Homoseksualizm nie jest chorobą - kto o tym zdecydował

W konkursie na najbardziej skuteczny lobbing XX wieku na podium z pewnością stanęłyby środowiska gejowskie. Ofiarami tego konkursu są… sami homoseksualiści.
Pierwszym znaczącym sukcesem lobby gejowskiego było skreślenie homoseksualizmu z listy chorób psychicznych przez Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne w latach 70. Dwadzieścia lat później Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) poszła w ślady Amerykanów. Pierwszy raz w historii o skreśleniu czegoś z listy chorób zadecydowały nie badania naukowe, a referendum przeprowadzone wśród psychiatrów i psychologów. Dobór osób głosujących nie był, zresztą, reprezentatywny. Celowo nie zapytano o zdanie dość licznej grupy specjalistów o odmiennych poglądach.

Jest droga wyjścia
Nawet francuska feministka Elizabeth Badinter nie kryła oburzenia, kiedy pisała o decyzji WHO: „Nie można godzić się na to, by nauka rozstrzygała o fałszu i prawdzie na drodze nacisków grup społecznych, czy (…) referendum”. Nie tylko Badinter wiedziała, że to wpływ lobby homoseksualnego, a nie rzetelna wiedza naukowa, zdecydował o zwrocie w psychiatrii. Intencja była czytelna: jeśli coś nie jest chorobą, jest normalne. I nie można już wmawiać gejom, że „mogą z tego wyjść”. Tymczasem sam dr Robert Spitzer, który doprowadził do skreślenia homoseksualizmu z listy zaburzeń w 1973 r., po latach przyznał się do pomyłki. Przeprowadził serię badań wśród osób homoseksualnych, które poddały się terapii.

Okazało się, że przed jej rozpoczęciem tylko 2 proc. gejów uważało, że „spełnia” się w relacji heteroseksualnej (u kobiet – 0 proc.!). Po terapii już 66 proc. mężczyzn i 44 proc. kobiet uważało się za zdolne do trwania w związku z osobą płci przeciwnej. Dr Spitzer powiedział wtedy: „Jestem przekonany, że wielu ludzi dokonało poważnych zmian w kierunku stania się heteroseksualistami. Podchodziłem do tych badań sceptycznie. Teraz twierdzę, że te zmiany mogą być trwałe”. Tego oczywiście nie chciały uznać organizacje gejów i lesbijek. A za nimi posłusznie podążyły najważniejsze światowe media.

Homo-plan
Wprawdzie spiskowe teorie dziejów są skompromitowaną próbą tłumaczenia rzeczywistości (choć nadal mają wzięcie), jednak równie absurdalne jest odrzucanie możliwości sterowania zbiorową świadomością przez wpływowe grupy nacisku. W przypadku inwazji lobby homoseksualnego argumenty cisną się właściwie same. W 1987 roku w USA gejowskie pismo „Guide Magazine” opublikowało artykuł Marshalla Kirka, który był wyrażonym wprost programem oswajania społeczeństwa z „równouprawnioną” orientacją seksualną. Aż dziwne, że w Polsce przez całe lata nikt nie przedrukował tego znamiennego tekstu. Tylko „Rzeczpospolita” zdobyła się na to w ubiegłym roku („Przerobić heteroseksualną Amerykę”, nr 139/2007).

„Krok 1: Mówcie o homoseksualistach i homoseksualizmie tak często i tak głośno, jak to możliwe. Stoi za tym prosta zasada: niemal każde zachowanie zaczyna wyglądać normalnie, jeśli stykasz się z nim dość często w swoim bliskim otoczeniu (…).

Krok 2: Przedstawiajcie gejów jako ofiary, nie jako agresywnych rywali (…).W tym celu osoby występujące w kampanii powinny być prawe i przyzwoite, miłe w obyciu i godne uznania wedle zwyczajnych standardów, całkowicie niewyróżniające się wyglądem – jednym słowem, nierozróżnialne od heteroseksualistów, do których chcemy dotrzeć (…).

Krok 3: Nasza kampania nie może domagać się bezpośredniego wsparcia dla praktyk homoseksualnych; powinna natomiast obrać za główny wątek walkę z dyskryminacją. Wolność słowa, wolność wyznania, wolność zrzeszania się, prawo do sprawiedliwego procesu i powszechna ochrona prawna – takie problemy powinna uwypuklać nasza kampania.

Krok 4: Zadbajcie, żeby geje dobrze wypadali (…). W krótkim czasie zręczna i bystra kampania medialna może przemienić wspólnotę gejowską w matkę chrzestną cywilizacji zachodniej. Równolegle nie powinniśmy zapominać o poparciu ze strony gwiazd.

Krok 5: Sprawcie, aby wrogowie wypadli źle. Na późniejszym etapie kampanii, kiedy już reklamy gejowskie spowszednieją, nadejdzie czas rozprawić się z pozostającymi nadal przeciwnikami. Mówiąc bez ogródek – trzeba ich zmieszać z błotem. Mamy przy tym dwojakie cele. Po pierwsze chcemy zastąpić pewną siebie homofobię ogółu wstydem i poczuciem winy. Po drugie chcemy sprawić, by wrogowie gejów wyglądali tak paskudnie, że przeciętny Amerykanin będzie chciał się od nich trzymać z daleka”.

Owoce tak zakrojonego planu działania widać gołym okiem. Autor artykułu pisze także, że podjęcie tych działań jest pilne ze względu na „dobro każdej osoby homoseksualnej”. Z pewnością nie pytał o zdanie tych homoseksualistów, którzy czują się źle ze swoimi skłonnościami (które, przypomnijmy, nie są grzechem! grzechem są dopiero czyny homoseksualne) i próbują wyjść na prostą.
Jacek Dziedzina

Źródło: Gość Niedzielny: Homo-lobby nr 1
artykuł z numeru 19/2008 11-05-2008

Lewica niszczy społeczeństwo

Wpływowi XX-wieczni ideologowie lewicowi głosili program przebudowy świata nie poprzez politykę, ale poprzez kulturę. Ostatnie przemiany cywilizacyjne nie są więc wcale nieodpartą konsekwencją logiki dziejów

Jan Paweł II w książce „Przekroczyć próg nadziei” pisał, że dziś toczy się bój o duszę tego świata. Precyzował, że miejscami szczególnie zażartego konfliktu, zdaniem papieża, są „nowożytne areopagi”: „Areopagi te to świat nauki, kultury, środków przekazu; są to środowiska elit intelektualnych, środowiska pisarzy i artystów”.

Papieska diagnoza uznająca prymat kultury nad polityką znakomicie koresponduje z tezami wielu współczesnych politologów i psychologów społecznych, którzy piszą o wyższości władzy kulturowej nad władzą polityczną. Dzisiaj Hollywood czy CNN wywierają większy wpływ na Amerykanów niż Senat czy Izba Reprezentantów. Coraz rzadziej wyobraźnię zbiorową poruszają politycy, a coraz częściej gwiazdy mediów. To właśnie trendy kulturowe i obyczajowe lansowane przez środki masowego przekazu w największym stopniu zmieniają oblicze cywilizacji.

W jakim kierunku podążają owe zmiany? Jan Paweł II nie miał powodów do zadowolenia. Wielokrotnie pisał, że martwi go postępująca, zwłaszcza w Europie Zachodniej i Ameryce Północnej, sekularyzacja i dechrystianizacja. Ubolewał nad kryzysem rodziny, zapaścią demograficzną i upadkiem tradycyjnych wartości. Nad podniesieniem aborcji, eutanazji czy związków jednopłciowych do rangi normy.

Symptomy owych przemian cywilizacyjnych można wymieniać jeszcze długo – jednak zasadnicze w tym kontekście wydaje się pytanie: czy przemiany te są wynikiem bezosobowych procesów kulturowych, czyli wynikają z obiektywnej logiki dziejów, czy też są rezultatem świadomych strategii człowieka? Odpowiedź, jaką najczęściej słyszy się w mediach, brzmi: „świat zmierza w tym kierunku”, „taka jest już kolej rzeczy”, „ludzkość dojrzewa i wyzwala się z dawnych ograniczeń” itp.

Jan Paweł II miał na ten temat nieco inne zdanie. Pisząc o wspomnianej wojnie o duszę świata, precyzował: „Jeśli bowiem z jednej strony jest w nim (w świecie) obecna Ewangelia i ewangelizacja, to z drugiej strony jest w nim także obecna potężna antyewangelizacja, która ma też swoje środki i swoje programy i z całą determinacją przeciwstawia się Ewangelii i ewangelizacji”. Siły antyewangelizacji, zdaniem papieża, jako swoje strategiczne punkty oddziaływania wybrały „nowożytne areopagi”.

Czy Jan Paweł II nie przesadzał, pisząc o potężnych siłach dysponujących ogromnymi środkami i programami, by walczyć z chrześcijaństwem? Moglibyśmy uznać tę diagnozę za przejaw spiskowej teorii dziejów, gdybyśmy nie znali strategii wpływowych XX-wiecznych ideologów lewicowych, którzy głosili program przebudowania świata nie poprzez politykę, ale poprzez kulturę. Żeby poznać ich założenia, musimy się cofnąć o niemal 100 lat.

Długi marsz przez instytucje

Na początku ubiegłego stulecia klasa robotnicza nie spełniła nadziei, jakie pokładali w niej przywódcy światowego komunizmu. Robotnicy rosyjscy nie wsparli masowo rewolucji bolszewickiej, dlatego Sowieci musieli utrzymywać władzę, stosując terror. Robotnicy polscy nie przyłączyli się do Armii Czerwonej, kiedy ta maszerowała na Warszawę, ale bronili swej burżuazyjnej ojczyzny przed komunistami. Robotnicy francuscy, angielscy czy niemieccy byli, z nielicznymi wyjątkami, mało zainteresowani rewolucją socjalistyczną.

Dlaczego masy pracujące nie poparły partii, która miała przynieść im wyzwolenie z ucisku? Ponieważ miały fałszywą świadomość, brzmiała klasyczna odpowiedź marksistowska. Dlaczego jednak miały fałszywą świadomość? Odpowiedzi na to pytanie udzielił jeden z przywódców włoskiej partii komunistycznej w okresie międzywojennym, filozof Antonio Gramsci. Jego zdaniem robotnicy nie mogli rozpoznać swojego prawdziwego interesu klasowego, ponieważ ich dusze przesiąknięte były ideami chrześcijaństwa. Według niego rewolucja komunistyczna mogła udać się w Rosji, ponieważ na Wschodzie państwo było wszystkim. Dlatego bolszewicy, przejmując władzę w państwie, mogli wprowadzić ustrój komunistyczny. Na Zachodzie jednak sytuacja wyglądała inaczej: tam państwo nie było wszechmocne, gdyż istniała „mocna struktura społeczeństwa obywatelskiego”. Dlatego w społeczeństwach zachodnich należało – zdaniem Gramsciego – wybrać inną strategię: nastawić się na „długi marsz przez instytucje”.

Włoski marksista kreślił następujący plan działania: trzeba przejmować i przekształcać szkoły, uczelnie, czasopisma, gazety, teatr, kino, sztukę. Należy opanować ośrodki opiniotwórcze (owe „nowożytne areopagi”) po to, by zmienić dominującą kulturę, a przede wszystkim wyrugować z niej wpływy chrześcijaństwa. Formowany przez nową kulturę człowiek przyszłości, wyzwolony od miazmatów religii, miał zostać tak ukształtowany, by sam, bez przymusu państwa, przyjął komunistyczne postulaty jako swoje.

Gramsci uważał, że pierwszoplanowym zadaniem lewicy nie jest zdobycie władzy i zmiana ustroju, bo przy panującej na Zachodzie mentalności i strukturze społecznej nie ma ona szans na długie utrzymanie się. Głównym celem jest więc zmiana świadomości zbiorowej w ten sposób, aby władza sama dostała się w ręce lewicy. Był to oczywiście projekt długofalowy, rozpisany na dziesiątki lat. Stanowił także odwrócenie strategii Lenina, który – używając żargonu marksistowskiego – twierdził, że najpierw trzeba zdobyć „bazę” (czyli środki produkcji), a potem można dokonywać zmian w „nadbudowie” (czyli w kulturze).

Seks dla lepszego jutra

Podobne poglądy prezentował węgierski filozof komunistyczny György Lukacs. On także uważał, że marksizm będzie się mógł zakorzenić w duszy człowieka Zachodu dopiero wówczas, gdy wyrugowane zostanie stamtąd chrześcijaństwo.

Kiedy na Węgrzech wybuchła rewolucja komunistyczna pod wodzą Beli Kuna, Lukacs został mianowany ministrem kultury. Wprowadzał wówczas w życie swe, jak sam je nazywał, „demoniczne idee”. „Jedyne rozwiązanie widziałem w rewolucyjnej destrukcji społeczeństwa“ – wspominał.

Jednym z głównych obiektów ataku Lukacsa była rodzina, którą uważał za fundament chrześcijaństwa i cywilizacji zachodniej. Dlatego celem jego działalności w rządzie Kuna było zniszczenie tradycyjnej rodziny. W tym celu wprowadził do szkół program edukacji seksualnej, w ramach którego uczono, że monogamiczne małżeństwo jest przeżytkiem, promowano „wolną miłość”, czyli rozwiązłość płciową, a także atakowano chrześcijaństwo jako religię zakazującą człowiekowi doznawania rozkoszy.

To właśnie w tamtych czasach powstało określenie „rewolucja seksualna”. To nieprawda, że narodziło się ono wśród amerykańskich hipisów, dzieci kwiatów w epoce Woodstock. Jako pierwszy sformułowanie to zaczął propagować po I wojnie światowej działacz komunistyczny i psychoanalityk Wilhelm Reich, który założył w Wiedniu Socjalistyczne Towarzystwo Konsultacji i Badań Seksuologicznych, a w Berlinie Niemieckie Towarzystwo Proletariackiej Polityki Seksualnej. Opracowany wówczas przez niego program proletariackiej edukacji seksualnej (tzw. prol-sex) zakładał zachęcanie młodzieży do masturbowania się czy tworzenie domów publicznych dla dorastających chłopców.

W swojej pracy „Psychologia masowa faszyzmu” Reich pisał, że źródłem powstania faszyzmu jest tłumienie popędu seksualnego, za co odpowiedzialna jest represyjna kultura chrześcijańska ze swoją ideą monogamicznego małżeństwa. Po to więc, by nigdy więcej nie pojawił się faszyzm, należy zniszczyć tradycyjny model rodziny i zastąpić go „wolną miłością”. Reich głosił, że po rewolucji francuskiej, która przyniosła wyzwolenie polityczne, i bolszewickiej, która przyniosła wyzwolenie społeczne, należy doprowadzić do trzeciej rewolucji – seksualnej, która przyniesie wyzwolenie obyczajowe.

Jaki jednak związek istnieje między owymi działaczami komunistycznymi, którzy głosili swe poglądy w okresie międzywojennym, a czasami współczesnymi? Otóż wspomniany Wilhelm Reich wyemigrował po II wojnie światowej do Stanów Zjednoczonych, gdzie nie tylko zapoczątkował modę na psychoanalizę wśród amerykańskich elit umysłowych, lecz także znalazł podatny grunt dla głoszenia swych haseł o „rewolucji seksualnej”. Dla zbuntowanej młodzieży w 1968 roku był jednym z głównych idoli. Koszulki z jego podobizną noszono obok wizerunków Marksa i Mao.

Reich związany był również z niezwykle wpływowym środowiskiem tzw. Szkoły Frankfurckiej. W 1923 roku wspomniany już György Lukacs wraz z niemieckimi komunistami założył na Uniwersytecie we Frankfurcie Instytut Marksizmu, którego pierwowzorem był moskiewski Instytut Marksa-Engelsa. Z czasem zmienił on nazwę na Instytut Badań Społecznych, ale do historii wszedł pod nazwą Szkoły Frankfurckiej. Kiedy do władzy w Niemczech doszedł Hitler, większość liderów tego środowiska wyemigrowała do USA, gdzie zajęła ważne miejsce w amerykańskim życiu akademickim. Do najbardziej prominentnych przedstawicieli tej formacji należeli m.in. Max Horkheimer, Theodore Adorno czy Herbert Marcuse – później główny ideolog rewolty młodzieżowej 1968 roku.

Przedstawiciele Szkoły Frankfurckiej przejęli od Gramsciego koncepcję „długiego marszu przez instytucje”To kultura, a nie polityka, miała się stać głównym narzędziem przebudowy społecznej.

Szkoła Frankfurcka była laboratorium myśli nowej lewicy. Przejęła od starej lewicy marksistowskie schematy myślenia i przełożyła je na pojęcia kulturowe. Przede wszystkim zastąpiła determinizm ekonomiczny determinizmem kulturowym. Dokonała też zasadniczych zmian w ideologii – ponieważ robotnicy nie sprawdzili się jako awangarda socjalizmu, gdyż zbyt często opowiadali się po stronie kapitalistów lub chrześcijaństwa, w roli „uciśnionego proletariusza” zaczęto więc obsadzać nowe grupy społeczne: młodzież (zwłaszcza podczas wydarzeń w 1968 roku), kobiety (stąd ideologia feministyczna i gender studies), homoseksualistów (rozkwit lobby gejowskiego) itd. Ostatnio coraz częściej w roli prześladowanej ofiary, którą trzeba wyzwolić z kapitalistycznego ucisku, obsadzana jest… Matka Ziemia.

Nie zmienił się natomiast sposób działania nowej lewicy, którym jest podkopanie chrześcijańskich fundamentów naszej cywilizacji. Temu służy wypracowana przez Szkołę Frankfurcką tzw. teoria krytyczna. Ta rozpowszechniona dziś na uniwersytetach zachodnich teoria mówi o tym, że kultura zachodnia odpowiedzialna jest za pojawienie się największych bolączek współczesnego świata: imperializmu, rasizmu, nazizmu, faszyzmu, antysemityzmu, seksizmu, ksenofobii, homofobii i innych plag społecznych. Na ławie oskarżonych posadzone zostają: chrześcijaństwo – jako źródło wykluczenia, patriarchalna rodzina – jako miejsce formowania się osobowości autorytarnych, tradycja – jako przyczyna zacofania, moralność – jako przeszkoda dla samorealizacji, kapitalizm – jako forma wyzysku człowieka, patriotyzm – jako rozsadnik nietolerancji itd.

Skutki tego typu myślenia obserwujemy dziś na Zachodzie na każdym kroku – w programach edukacyjnych, w ofercie mediów, w nowym ustawodawstwie itp. Można oczywiście tłumaczyć to bezosobowymi i nieuchronnymi procesami cywilizacyjnymi. Zaprzeczają temu jednak wypowiedzi przedstawicieli pokolenia ’68, którzy od lat są głównymi rzecznikami kulturowej rewolucji.

Jeden z nich, Charles Reich, pisał w swym programowym tekście z 1970 roku: „Nadchodzi rewolucja. Nie będzie podobna do rewolucji z przeszłości. Będzie zapoczątkowana przez jednostkę i kulturę; zmieni strukturę polityczną dopiero w końcowym akcie. Nie będzie wymagała przemocy, aby osiągnąć sukces, i nie będzie się jej można skutecznie oprzeć przemocą. Rozprzestrzenia się ona teraz z zaskakującą gwałtownością i już nasze prawa, instytucje, struktury społeczne zmieniają się w wyniku jej działania… To jest rewolucja nowej generacji”. O „rewolucji nowej generacji” pisał też wprost guru pokolenia ’68 Herbert Marcuse: „tradycyjna idea rewolucji i tradycyjna strategia rewolucji skończyły się… To, co musimy przeprowadzić, jest rodzajem rozbijającej, rozproszonej dezintegracji systemu”. Według niego na ruinach starego porządku powstać powinien nowy twór – „społeczeństwo permisywne”.

Podobnym językiem mówi dziś w Polsce środowisko „Krytyki Politycznej”, które także głosi hasło przemodelowania mentalności społecznej przez kulturę i nastawia się na długofalowe działania. Przedstawiciele tej formacji ubolewają, że nasz kraj nie wszedł jeszcze w tę fazę rozwoju, którą państwa zachodnioeuropejskie mają już za sobą.

Uczcie się od Amerykanów

Jan Paweł II zdawał sobie sprawę z potęgi kultury. Często podkreślał, że naród polski mógł przetrwać ponad 120 lat bez własnego państwa właśnie dzięki niej. Dlatego nie ograniczał się jedynie do diagnozy, że na świecie trwa dziś swoisty Kulturkampf, ale zachęcał chrześcijan, by brali udział w batalii o przyszły kształt cywilizacji.

Wydaje się, że na to wyzwanie współczesności lepiej potrafią dziś odpowiadać chrześcijanie w USA niż w Europie Zachodniej. Oba te miejsca podlegają silnej presji sekularyzacyjnej, ale ludzie wierzący w Ameryce potrafią stworzyć dla niej alternatywę w przestrzeni publicznej. Religia nadal zachowuje tam żywotność, a nawet potrafi przechodzić do ofensywy, co na zachodzie Europy jest nie do pomyślenia.

Jedną z głównych przyczyn tego stanu jest prawidłowe rozpoznanie przez amerykańskich chrześcijan charakteru starcia kulturowego. Liderzy środowisk katolickich i protestanckich w USA mówią wprost, że główna linia starcia cywilizacyjnego przebiega dziś przez redakcje, sądy, szkoły i uniwersytety, a stawką w toczącym się konflikcie jest nie tylko oblicze mediów, kształt prawa czy sposób edukacji, ale przyszłość chrześcijaństwa. Dlatego tak wiele wierzących osób angażuje swoje środki, czas i energię, by budować i wspierać nowe instytucje w dziedzinie edukacji, prawa i mediów. Przykładem może być choćby znany miliarder Tom Monaghan, który stworzył sieć szkół katolickich, a jego okrętem flagowym jest wybudowany od podstaw uniwersytet Ave Maria w Naples na Florydzie. Polska znajduje się dziś w pewnym rozdwojeniu: z jednej strony należy do Unii Europejskiej, ale z drugiej – jeśli chodzi o sprawy religijne, obyczajowe czy kulturowe – bliżej jest jej do USA niż do większości krajów UE. Otwarte pozostaje pytanie: czy weźmiemy przykład ze Stanów Zjednoczonych, czy z Europy Zachodniej?

Ojciec Maciej Zięba posiada w swym archiwum aż sześć listów od Jana Pawła II, w których papież zachęca do szukania inspiracji u Amerykanów. W jednym z nich (w grudniu 1993 r.) pisał: „Takie czasy nastały, że w wyciąganiu Polaków z aktualnego »poplątania« pomagają Amerykanie. Dzieje się to nie po raz pierwszy, ale tym razem ci bracia zza oceanu uczą nas lepiej rozumieć to, co my sami powinniśmy lepiej rozumieć od nich. Ale co poradzić, skoro nasze »lewicowo-laickie« rozumienie zostało »nawiedzone« przez mit »absolutu europejskiego«”.

Między Polską a USA istnieje wiele różnic, które uniemożliwiają skopiowanie modelu amerykańskiego – nie ma u nas prawdziwej wolności gospodarczej, zamożnego społeczeństwa, silnej klasy średniej czy tradycji mecenatu prywatnego. Według o. Zięby polscy chrześcijanie mogą się jednak uczyć od amerykańskich kolegów oddolnej samoorganizacji, godzenia wiary z nowoczesnością czy zaangażowania w sferę publiczną, by być słyszalnym na „nowożytnych areopagach”.

Jednym z fundamentów cywilizacji chrześcijańskiej jest pojęcie wolnej woli. Zakłada ono, że nie ma nieubłaganych konieczności dziejowych, które zmuszałyby nas do wyrzeczenia się Boga i dechrystianizacji. Wszystko zależy więc od wolnej woli człowieka. Od osobistych wyborów poszczególnych ludzi.

Źródło : Rzeczpospolita: Kto zdobędzie nowożytne areopagi?
Grzegorz Górny 09-05-2008

Lewica i komuniści - nic ich nie łączy ;)

Lewicy i komunistów nic nie łączy. A oto dowód

Wojciech Jaruzelski i Wojciech Olejniczak, 7 maja 2008

Źródło : Rzeczpospolita: Stare rytuały nowej lewicy
Piotr Semka 09-05-2008

Reklama skierowania do dzieci - czyli pranie mózgów

Producenci żywności prześcigają się w wymyślaniu upominków dla dzieci. One prześcigają się ich zdobywaniu. To niepokojące zjawisko - mówią psycholodzy.

Ośmioletni Dominik ma kolekcję ponad stu gadżetów. – Wśród nich są kartolepki z “Harry’ego Pottera” (z rogalików), kapsle z “Epoki lodowcowej” (z chipsów), figurki Shreka (z chipsów), Kinder niespodzianki – wylicza mama Dominika. – Ostatnio zbiera danglery (plastikowe breloczki) i naklejki Funky Punky (z chipsów).

Przyznaje‚ że godzi się na tę pasję kolekcjonowania z obawy‚ żeby syn nie został odsunięty od grupy rówieśniczej.

– Uczniowie‚ którzy z jakichś powodów nie zbierają gadżetów‚ automatycznie tracą możliwość uczestniczenia w zabawach i grach zespołowych – dzieli się swoim doświadczeniem Kamil z Gimnazjum nr 76 w Warszawie. – Na początku upominki kolekcjonuje zaledwie kilka osób‚ wkrótce jednak są nimi zainteresowani prawie wszyscy chłopcy w klasie. Rekordziści mają nawet po kilkaset gadżetów.

Rywalizacja na pokaz

Wśród popularnych upominków są też karty do gry‚ kapsle‚ boinksy (plastikowe skaczące kółka), wyrzutnie‚ tatuaże‚ figurki‚ pluszaki‚ kartolepki‚ zwykłe naklejki czy mininaklejki. Na niektórych umieszczono hasła‚ jak w przypadku naklejek Funki Punky z chipsów Cheetos: “Masz doła? To go zakop” czy “Zgadzam się‚ a i tak robię swoje”.

Do rywalizacji o gadżety przystępują też rodzice. – W naszym społeczeństwie jest wielu neofitów‚ którzy praktykują następujący sposób myślenia: “Skoro mamy pieniądze‚ pokażmy światu‚ że faktycznie je posiadamy” – mówi psycholog dr Ludwika Wojciechowska z Uniwersytetu Warszawskiego. – Tacy rodzice pragną‚ żeby ich dziecko pod jakimś względem okazało się lepsze od rówieśników. Kupują mu więc markowe ubrania lub‚ jak to robią niektórzy‚ zaopatrują w upominki reklamowe – tłumaczy. Przyznaje‚ że zjawisko rywalizacji między uczniami o ilość posiadanych gadżetów jest bardzo niepokojące. – Dzieci, zbierając zabawki, myślą wyłącznie o sobie i dominującej pozycji w grupie. Nie zastanawiają się‚ jak czują się ich koledzy‚ którzy takich upominków nie mają. Rzadko odczuwają potrzebę podzielenia się z nimi.

Klient jak każdy inny

Karty z podobiznami gwiazd futbolu po raz pierwszy pojawiły się w opakowaniach amerykańskich płatków śniadaniowych. Do początku lat 90. znajdowały się na nich wyłącznie zdjęcia idoli. Pomysł ewoluował‚ odkąd restauracji McDonald’s udało się nakłonić chłopców do zrobienia sobie fotografii pamiątkowej‚ którą później mogły kupować dziewczynki.

Obecnie zabawki dołączane do chipsów‚ rogalików‚ gum balonowych czy batoników mało kogo dziwią. – W Polsce traktuje się dzieci jak zwykłych konsumentów. Inaczej niż w Szwecji‚ gdzie obowiązuje całkowity zakaz emitowania reklam produktów skierowanych do najmłodszych – tłumaczy Sławomir Wojtkowski‚ dyrektor Warszawskiej Szkoły Reklamy. Jego słowa znajdują potwierdzenie w badaniach przeprowadzonych przez AGB Nielsen Media Research, z których wynika‚ że liczba reklam telewizyjnych skierowanych do najmłodszych systematycznie wzrasta.

– Założeniem dobrej reklamy jest to‚ żeby po jej obejrzeniu dzieci nakłoniły rodziców do zakupu określonego produktu. W tym celu świadomie wykorzystywane jest dziecięce pragnienie posiadania i zabawy‚ a także potrzeba akceptacji ze strony grupy rówieśniczej – tłumaczy Wojtkowski. Zdaniem wielu psychologów dzieci odbierają reklamy bezkrytycznie. Nie uświadamiają sobie‚ że upominki znajdują się często w tzw. śmieciach żywieniowych‚ czyli pożywieniu zbędnym dla ich zdrowia a zawierającym dużo tłuszczu‚ cukrów i konserwantów.

Mama ośmioletniego Grzesia przyznaje‚ że kontrolowanie zdrowej diety dziecka podczas akcji promocyjnych jest szczególnie trudne. – Jeżeli sama nie kupię chipsów‚ to syn wykorzysta na ten cel pieniądze przeznaczone na drugie śniadanie – wyjaśnia. Kamil potwierdza‚ że w szczytowym momencie mody smak‚ cena i wartość odżywcza produktów w ogóle przestają się liczyć. – Przede wszystkim chodzi o niespodziankę‚ którą można znaleźć w środku opakowania – tłumaczy.

Rodzicu pilnuj się sam

Sami producenci zdają się nie zauważać problemu. – Moda na zbieranie upominków reklamowych wspomaga wśród dzieci nawiązywanie kontaktów z rówieśnikami‚ co sprzyja interakcjom w grupie rówieśniczej – przekonuje Małgorzata Skonieczna‚ przedstawicielka Frito Lay‚ producenta chipsów Cheetos i Lays w Polsce. Pytana o ewentualne przypadki odsunięcia dziecka od grupy z powodu nieposiadania przez nie gadżetów odpowiada: – To do obowiązków wychowawców należy takie kształtowanie postaw i wyborów dzieci‚ by relacje między rówieśnikami rozwijały się prawidłowo. Przejmowanie tych zadań przez firmę byłoby przejawem arogancji wobec opiekunów – wyjaśnia. Jej zdaniem chipsy produkowane przez Frito Lay nie są niezdrowe. – Spełniają wszystkie rygorystyczne normy‚ ale oczywiście spożywanie każdego produktu w nadmiernych ilościach nie jest wskazane – mówi. Podkreśla‚ że obowiązkiem opiekunów jest do takich sytuacji nie dopuścić.

Zdaniem dr Wojciechowskiej uprzywilejowaną pozycję w walce z negatywnymi skutkami gadżetomanii mają pedagodzy szkolni. – Małe dzieci uznają nauczycieli za niepodważalne autorytety‚ dzięki czemu stosunkowo łatwo jest im kształtować pozytywne zachowania uczniów – tłumaczy. Wielu z nich jednak nie widzi tu żadnego problemu. – Dopóki nie gra się gadżetami na lekcjach‚ to w ogóle im to nie przeszkadza. Podobnie jest z rodzicami‚ którzy nie akceptują tylko gry na pieniądze – mówi Kamil.

W myśl zasady “chcieć to móc” postanowili postąpić rodzice i wychowawcy Niepublicznej Szkoły Podstawowej nr 47 w Warszawie‚ usuwając ze sklepiku szkolnego “śmieciową” żywność. – Wprowadziliśmy również kampanię informacyjną dotyczącą zdrowego odżywiania – podkreśla Kazimierz Stankiewicz‚ dyrektor placówki. Dodaje‚ że od czasu zmian zaobserwował mniejsze zainteresowanie upominkami reklamowymi wśród dzieci. Jednak‚ zdaniem dr Wojciechowskiej‚ takie działania są pomocne‚ ale nie docierają do źródła problemu. Uważa‚ że w Polsce powinien powstać specjalny program wychowawczy‚ który uczyłby dzieci technik obrony przed reklamą. W szczególności – umiejętności wyzwolenia się spod jej negatywnego wpływu.
Źródło : Rzeczpospolita: Potop atrakcji z chipsów
Anna Sztandera 08-05-2008

Prawo do posiadania broni

Kierownictwo Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej odcięło się od projektu zmian przepisów o dostępie obywateli do broni już 48 godzin po jego zaprezentowaniu przez Andrzeja Czumę. Pozawerbalny komunikat liderów PO był czytelny – jako eksces na miarę internetowych wynurzeń Janusza Palikota propozycję posła Czumy należało spektakularnie spacyfikować.

Uzbrojony Polak straszy

To źle dla zwolenników liberalizacji, a i dla Platformy nie najlepiej, bo bezrefleksyjne odrzucenie projektu było ze strony tej partii naruszeniem obietnic zaufania oraz szacunku państwa wobec obywateli. Poniechano powołania zespołu ekspertów, odstąpiono od analizy skutków proponowanej regulacji i podjęto polityczną decyzję.

Jeśli jest ona merytorycznie błędna (co pozostaje kwestią otwartą), to domagającej się szerszego dostępu do broni mniejszości odebrano jej prawa bez żadnej przyczyny. A dotyczy to praw nie byle jakich, bo prawo do obrony życia i zdrowia własnego oraz członków rodziny przed bezprawnym zamachem są podstawowymi prawami obywatelskimi. Nawet jeśli konstytucja – zapewniając każdemu ochronę życia – nie gwarantuje dostępu do skutecznych narzędzi tej ochrony. Podkreślić również należy, że polskie przepisy normujące możliwość uzyskania pozwolenia na broń należą obecnie do najbardziej restrykcyjnych w Unii Europejskiej.

W społeczeństwie, któremu od ponad dwu stuleci (z wyjątkiem międzywojennego epizodu) posiadania broni zabraniano, podstawową trudność sprawia większości już samo zrozumienie, że zakaz dostępu obywateli do broni nie jest dogmatem, a argumenty zwolenników jej posiadania nie muszą być z definicji niepoważne. Od PO należy oczekiwać, że wzniesie się ponad uprzedzenia i uważnie sprawę zbada. Wciąż jest to możliwe, warto więc zrelacjonować pokrótce najważniejsze racje zwolenników liberalizacji.

Zakazy dostępu do broni narodziły się jako gwarancje kontroli nad narzędziami przymusu wobec maluczkich, którym wmawiano zresztą, że nie o ową kontrolę chodzi, tylko o to, by będące atrybutem pozycji społecznej miecze nie trafiły w ręce niegodnego plebsu. Ta ideologia ewoluowała następnie, przybierając postać teorii, iż człowiek jest z natury zbyt agresywny i nieprzewidywalny, by można było mu pozwolić na posiadanie broni. Szczególnie akcentowały to formacje ustrojowe traktujące obywateli jak element państwu wrogi. Do dziś zresztą niechęć wobec wizji uzbrojonego społeczeństwa najsilniejsza jest w większości krajów postkomunistycznych. W Polsce koncepcja owej szczególnej niedojrzałości społecznej dodatkowo przez dwieście lat z okładem rozwijana była przez kolejnych okupantów, którym uzbrojony Polak był solą w oku. Starali się wpoić mu niechęć do broni argumentami siłowymi i wykorzystując demagogiczną indoktrynację.

Kto chce zabić, zabije

W Wielkiej Brytanii broni innej niż myśliwska od wielu lat posiadać nie wolno, lecz liczba nielegalnych pistoletów i rewolwerów rośnie lawinowo wraz z przestępczością. Natomiast np. w Czechach czy Niemczech, w przeliczeniu na tysiąc mieszkańców, legalnej broni jest kilkakrotnie więcej niż w Polsce, bez szkody dla publicznego bezpieczeństwa. To ważne przykłady, bo z krajów bliskich nam kulturowo. Dowodzą, że to nie legalna broń jest przyczyną przestępczości, lecz nierozwiązane problemy społeczne, etniczne itp.

Tezę tę dodatkowo potwierdzają statystyki poszczególnych krajów, z których wynika, że przestępstw z wykorzystaniem legalnej broni nieomal się nie popełnia, a i migracja broni pomiędzy białą a czarną strefą jest niewielka. Analogiczne wnioski wyciąga się z porównania USA ze Szwajcarią i Kanadą – krajów podobnych pod względem dostępności broni, a tak różnych w statystykach przestępczości.

Stany Zjednoczone stanowią zresztą osobne zagadnienie. Kraj ten, z wysoką liczbą zabójstw popełnianych z użyciem broni palnej, przedstawia się jako koronny dowód na fatalny związek pomiędzy rozpowszechnieniem broni a przestępczością. Niesłusznie, skoro i tam przestępstwa popełnia się głównie z użyciem broni nielegalnej, a feralne statystyki windowane są przez mieszkańców różnorakich gett żyjących w warunkach niewyobrażalnej dysfunkcji społecznej.

Oczywiście przestępstwa oraz wypadki z użyciem legalnej broni też się zdarzają, stąd pytanie, czy nie należałoby zakazać dostępu do broni, gdyby miało to uratować choćby jedno życie. Analiza statystyk prowadzi jednak do wniosku, że nasycenie bronią ma wpływ na liczbę zabójstw z jej użyciem, ale nie na liczbę zabójstw ogółem. Jeśli ktoś chce kogoś zabić, zrobi to dowolnym dostępnym narzędziem (nożem, młotkiem czy siekierą) albo i gołymi rękami. Jeżeli zaś takiego zamiaru nie ma, morderstwa nie popełni.

Ponadto dostęp obywateli do legalnej broni wiąże się ze znacznym zmniejszeniem przestępczości. Jak wynika z niedawnych amerykańskich doświadczeń, w trzydziestu kilku stanach w ciągu kilku lat od wprowadzenia prawa pozwalającego na noszenie ukrytej broni przestępczość kryminalna systematycznie malała. W pozostałych zaś rosła lub utrzymywała się na dotychczasowym poziomie. Ponieważ nowelizacje prawa były dokonywane w różnym czasie (co wykluczyło wpływ jakiegoś innego czynnika), wynika z tej prawidłowości wniosek, że licząc się ze zbrojnym oporem, przestępcy mniej spontanicznie podejmują ryzyko bezprawnego zamachu.

Czytaj dalej ‘Prawo do posiadania broni’

Perspektywy Unii Europejskiej

Traktat lizboński nie rozwiąże żadnych problemów Unii! Biurokracja, protekcjonizm, bezsensowne subsydia dla rolników czy nadmiar przepisów, to wszystko zostanie. Mamy do czynienia z wyjątkowo archaicznym dokumentem – przekonuje brytyjski politolog Hugo Robinson

Polska jest o krok od ratyfikacji traktatu lizbońskiego. Brakuje tylko podpisu prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Gdyby pan mógł, co by pan mu poradził? Podpisywać czy nie?

– Oczywiście, że nie podpisywać! Ten dokument nie jest do niczego potrzebny ani Polsce, ani Europie. Przeciwnie. Z drugiej jednak strony, patrząc realnie – szanse na to, by wasz prezydent nie zgodził się na ratyfikacje, są niewielkie. Polska raczej nie storpeduje traktatu.

Dlaczego uważa pan, że traktat nie jest dobry dla Polski?

– Bo przekazuje szereg ważnych kompetencji i decyzji z polskiego parlamentu do Brukseli. W kilkudziesięciu kluczowych sprawach Polska nie będzie mogła zastosować prawa weta, a jurysdykcja Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości będzie radykalnie rozszerzona. Nastąpi wielka centralizacja władzy w rękach wąskiej grupy eurokratów, którzy daleko od Warszawy będą podejmować kluczowe dla Polaków decyzje. A przecież to polski, wybrany demokratycznie parlament, a nie Bruksela, ma za zadanie reprezentować polski naród.

Badania wskazują, że Polacy są nastawieni euroentuzjastycznie. Może nie będzie im to przeszkadzać?

– Zacznie im przeszkadzać, gdy zorientują się, że coraz więcej decyzji jest podejmowanych za ich plecami. Kiedyś ludzie akceptowali fakt, że Unia przejmuje pewne kompetencje państw – ale chodziło o tak mało kontrowersyjne sprawy jak jednolity europejski rynek. Traktat lizboński narzuca jednak ten mechanizm na przykład w kwestiach przestępczości czy imigracji. To kwestie fundamentalne, ściśle związane ze specjalną relacją państwo – obywatele. Obawiam się, że gdy Bruksela zacznie narzucać poszczególnym państwom przepisy, których nie będą chcieli ich obywatele, to nastroje wobec Unii gwałtownie się zmienią. Ludzie zapytają, dlaczego nie mogą sami o sobie decydować. Gdyby w sprawie traktatu przeprowadzono referendum, politycy mogliby powiedzieć: „Sami tego chcieliście”. A tak?

Unia Europejska lubi podkreślać przywiązanie do zasad demokracji. Jak pan myśli, dlaczego w sprawie traktatu politycy woleli nie odwoływać się do woli narodów?

– W Wielkiej Brytanii sprawa jest prosta – rząd wie, że społeczeństwo odrzuciłoby traktat. Moja organizacja prowadziła wielką kampanię na rzecz referendum. Jeżeli narodowy parlament ma nieodwracalnie przekazać część swych uprawnień ponadnarodowej biurokracji, to warto spytać ludzi o zdanie. Kiedyś rząd nam to obiecał. Wystarczyło jednak przepakować Konstytucję UE w traktat i obietnicę złamano. To niesmaczne. Holendrzy i Francuzi, odrzucając unijną konstytucję w referendum, pokazali, że Europejczycy nie chcą dalszej integracji. Mimo to eurokraci bezwstydnie ją forsują ponad głowami narodów. Referenda powinny być zorganizowane we wszystkich państwach członkowskich. Tymczasem głosować będą tylko Irlandczycy i wszystko wskazuje na to, że wspierana przez rząd kampania na „tak” odniesie sukces.

Unia ma jednak demokratyczne instytucje. Na przykład Parlament Europejski.

– Zwolennicy traktatu często powołują się na ten argument. Wskazują, że kompetencje PE mają zostać zwiększone. Oczywiście, zgoda. Parlament to ciało o niebo lepsze niż Komisja czy Rada UE. Ale pamiętajmy, że to bardzo specyficzna instytucja. Wybierana małą ilością głosów (frekwencja w wyborach europejskich jest na ogół niska), a więc nie posiada specjalnej legitymizacji. Nie wiem, jak jest w Polsce, ale w Wielkiej Brytanii związek pomiędzy obywatelami a PE jest znikomy. Ludzie nie interesują się tym, co się dzieję podczas jego obrad, gazety o tym nie piszą. Nikt się nie czuje związany z tym gremium. Najważniejszy jest parlament państwowy.

Może to cena, jaką trzeba zapłacić za dobrobyt i wzmocnienie kontynentu?

– Ale ten traktat nie rozwiąże żadnych problemów, które trapią Unię! Jego twórcy nie myślą o prawdziwej, głębokiej reformie, której ta instytucja wymaga. Po ratyfikacji traktatu stare problemy się nasilą. Biurokracja, protekcjonizm, bezsensowne subsydia dla rolników czy nadmiar przepisów. Ten traktat nie stawia czoła fundamentalnym wyzwaniom, którym należy sprostać, żeby Unia Europejska mogła sprawnie działać w XXI wieku. Mamy do czynienia z wyjątkowo archaicznym dokumentem. To na pewno nie jest żadne „wzmocnienie kontynentu”. Proszę mnie dobrze zrozumieć: nie chcę, żeby Unia padła. Chcę, żeby to była nowoczesna, sprawna struktura. W obecnym kształcie długo jednak nie pociągnie.

A czy zgadza się pan z tezą, że znaleźliśmy się na drodze do budowy europejskiego superpaństwa?

– Aż tak źle nie jest. Centralizacja władzy w rękach eurokratów to wprawdzie drobny krok w tę stronę, ale do utworzenia takiego molocha i zniesienia państw narodowych jeszcze daleka droga. Faktycznie, przewidziano stworzenie instytucji prezydenta UE, będzie również unijny minister spraw zagranicznych. Ale by zbudować europejskie superpaństwo, potrzeba jeszcze kilku traktatów. Proszę zresztą pamiętać o poważnej przeszkodzie – nie ma czegoś takiego jak europejski naród, europejska opinia publiczna czy europejski patriotyzm.

W Polsce istnieją obawy, że Unia może zostać zdominowana przez Francję i Niemcy, i realizować interesy tych krajów?

– Bracia Kaczyńscy mieli dobre powody, żeby sprzeciwiać się nowemu systemowi głosowania w UE. Rację miał również Jan Rokita, gdy bronił systemu z Nicei. Dla Polski był on wyjątkowo korzystny. A teraz wasze wpływy zostaną poważnie zmniejszone. Podobnie jak wiele innych krajów, w szeregu spraw nie będziecie mogli stosować prawa weta. Przekonuje się nas, że to pozwoli „zdynamizować Unię” i przyspieszyć proces podejmowania decyzji. W Wielkiej Brytanii wielu ludzi, zwłaszcza związanych z biznesem, nie podziela tego poglądu. Dla nich to, że Unia będzie mogła swobodnie ustalać kolejne prawa, jest niemiłą perspektywą. I tak zmagają się z tysiącem przepisów narzucanych z Brukseli. Wracając do pańskiego pytania – choć traktat rzeczywiście poprawi pozycję Niemiec, to wydaje się, że na tym dokumencie stracą wszystkie państwa narodowe. Zyskają eurokraci.

W Polsce wielkie kontrowersje wzbudza zawarta w traktacie Karta praw podstawowych.

– I nic dziwnego. To pewnie najważniejsza i najbardziej kontrowersyjna część traktatu. Określa się ją czasami mianem traktatu w traktacie. To nieprzewidywalny i niebezpieczny dokument. Nie bardzo nawet wiadomo, o co w nim chodzi, jaka jest różnica między pryncypiami a prawami. Karta praw podstawowych – brzmi szlachetnie. Ale spróbujmy to przełożyć na język prawniczy. Wtedy okaże się, że dokument daje wolną rękę prawnikom, którzy mogą go dowolnie interpretować. Deklaracje szybko mogą się przerodzić w nakazy prawne. Idea w obowiązek. Brytyjski rząd przecież zębami i pazurami walczył, aby powstrzymać przyjęcie Karty.

W Polsce szczególne obawy wzbudziły zapisy dotyczące praw dla homoseksualistów…

– Wiem, że to u was drażliwy temat. W Wielkiej Brytanii dyskusja na temat traktatu skupia się raczej wokół zapisów ekonomicznych. Na przykład „prawo do strajku”. Organizacje zrzeszające biznesmenów niepokoją się, że może to zniszczyć konkurencyjność brytyjskich towarów i odwrócić liberalne reformy wprowadzone przez panią Thatcher. Lewica też się niepokoi. Na przykład zapisami o „prawie do własności”. Karta nie jest więc ani lewicowa, ani prawicowa. To po prostu mętny dokument wprowadzający prawniczą niejednoznaczność.

Ostro krytykuje pan kierunek, w jakim zmierza Unia. Jak zatem według pana powinna wyglądać wspólnota?

– Przede wszystkim powinna być bardziej elastyczna, żeby kraje, które nie chcą głębszej integracji, nie musiały w niej uczestniczyć. Państwa członkowskie powinny odzyskać swoje prawa. Problemem Unii jest bowiem jej zachłanność. Wszelkie zmiany są nieodwracalne. Jeszcze nie było przypadku, żeby Unia zrezygnowała z jakichś prerogatyw, które odebrała państwom.

A w kwestii gospodarki? Co Unia powinna zrobić, żeby móc konkurować ze Stanami Zjednoczonymi czy wzrastającymi azjatyckimi potęgami: Indiami i Chinami?

– Trzeba zrezygnować z wszystkich regulacji, które dławią naszą przedsiębiorczość i konkurencyjność. Protekcjonizm handlowy to dziś przeżytek. Polityka Unii jest tak naprawdę kierowana przez rozmaite grupy interesu, na przykład francuskich rolników czy włoski biznes tekstylny. W połowie roku, gdy Francja przejmie kierownictwo Unii, na pewno zobaczymy dalsze „postępy” w tej dziedzinie. Nicolas Sarkozy jest, niestety, bardzo gaullistowski, bardzo protekcjonalistyczny i podejrzliwy wobec wolnego rynku. Wszystko to, o czym mówię, zwiększa cenę naszych produktów. Zamiast walczyć z Chińczykami, sami się im podkładamy. Prawdziwymi przegranymi są europejscy konsumenci.

Czy Unia może jeszcze zmienić kurs?

– Oczywiście. Jak wcześniej powiedziałem, musi przyjść moment, w którym Europejczycy stwierdzą, że mają dość i wystąpią przeciw Unii. Zobaczymy, jak będzie się sprawdzało euro. Na przykład Portugalia i Hiszpania już mają kłopoty ze zbyt silnym kursem euro, na który nie mają wpływu. Euro to symbol integracji. Jeżeli unia monetarna poniesie porażkę, to będzie wielki cios dla koncepcji unii politycznej. Są zresztą inne słabe punkty, gdzie mogą się pojawić rysy, a nawet pęknięcia. Musimy na to liczyć.

Czyli Unia potrzebuje kryzysu, żeby rozpocząć poważne reformy?

Tak. Unia w obecnym kształcie długo nie przetrwa. Euroentuzjaści prowadzili swoją kampanię od wielu lat. Przekonali ludzi do swojej wizji. Teraz przyszła pora, żeby głośno przemówili eurosceptycy. Musimy dotrzeć do Europejczyków. Pokazać im, że jest alternatywa. Obecnie tylko Wielka Brytania i Polska są krajami, gdzie wśród elit – klasy politycznej czy przedsiębiorców – występują nastroje eurosceptyczne. Czytam najważniejsze francuskie i hiszpańskie gazety i wiem, że tam tego nie ma. Na górze panuje powszechny konsensus, przekonanie, że w Unii wszystko idzie świetnie. Euroseptycyzm występuje zaś wśród zwykłych obywateli. Prędzej czy później nastroje te przenikną do elit.

Hugo Robinson jest politologiem z konserwatywnego, brytyjskiego think tanku Open Europe.

Źródło : Rzeczpospolita: W obecnym kształcie Unia długo nie przetrwa
Piotr Zychowicz 05-05-2008

Koszt ekologii

Opłaty ekologiczne do tej pory stanowiły margines w wydatkach polskich firm i w niewielkim stopniu przekładały się na nasze wydatki. Jednak Unia Europejska stawia na coraz czystsze technologie i ochronę środowiska, a Polska musi się do tego dostosować. Firmy, które dotąd zaniedbywały ekologiczne inwestycje, płacą wyższe kary, a koszty przerzucają na klientów. W najbliższych latach za wzrost opłat w coraz większym stopniu odpowiedzialna będzie więc ekologia. W przyszłym roku za wywóz śmieci zapłacimy prawdopodobnie o połowę więcej, w ciągu czterech lat woda podrożeje o 60 proc., a droższa energia pociągnie za sobą wyższe koszty ogrzewania.

Ekologia - koszty ekologii

Woda będzie drożała z powodu bardzo kosztownych inwestycji w modernizację i rozbudowę obecnej infrastruktury. Są one w dużej części finansowane z taryf dla mieszkańców. Firma Saur Neptun Gdańsk, dostarczająca wodę dla mieszkańców stolicy Pomorza, szacuje, że zobowiązania ekologiczne odpowiadają za podwyżki w około 40 proc. Teraz koszty opłat ekologicznych są w Gdańsku dużo niższe – za wodę i odprowadzanie ścieków czteroosobowa rodzina z Gdańska płaci rocznie niemal 200 zł. Kwoty te będą szybko rosły.

60 proc. - o tyle wzrosną w ciąguczterech lat opłaty za dostawy wody – prognozują eksperci

Nie lepiej jest w gospodarce odpadami. To jedna z najbardziej zaniedbanych dziedzin, więc rząd w ubiegłym roku pięciokrotnie podniósł opłatę ekologiczną za składowanie śmieci. Koszty firm wywożących śmieci wzrosły w ten sposób o 750 mln zł rocznie, a w przyszłym roku powinno to być już 1,5 mld zł, choć minister środowiska Maciej Nowicki nie podjął jeszcze ostatecznej decyzji. – Podnieśliśmy ceny, ale i tak są one śmiesznie niskie, bo np. w Niemczech za wywóz śmieci płaci się dziesięciokrotnie więcej – zauważa Tomasz Uciński, prezes Przedsiębiorstwa Gospdoarki Komunalnej w Koszalinie.

Polacy nie są w stanie płacić tak dużo za wywóz śmieci jak zachodni sąsiedzi. Teraz jest to obciążenie dla rodziny rzędu 24 zł miesięcznie. Jaka jest granica podwyżek? – Ceny wzrosną tak, by opłacało się spalanie odpadów – prognozuje Jerzy Ziaja z Ogólnopolskiej Izby Recyklingu. Opłaty za wywóz odpadów musiałyby więc być dwukrotnie wyższe od obecnych. Elektrownie produkują też za mało energii pochodzącej ze źródeł odnawialnych. W tym roku powinna ona stanowić 7 proc. sprzedaży dostawców energii. Zielony prąd jest jednak droższy od produkowanego z węgla – w efekcie jego udział jest mniejszy. Z tego powodu dostawcy energii zapłacili za ubiegły rok niemal 300 mln zł kar. – To jest podatek ekologiczny, który płacimy wszyscy, ale też inwestowanie na przyszłość – uważa Grzegorz Lot, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Vattenfalla.

Z szacunków tej firmy wynika, że każdy klient płaci teraz rocznie ok. 35 zł z powodu korzystania z zielonej energii. Te koszty możemy sobie powetować, wyłączając niepotrzebny sprzęt, albo gasząc światło. – Zużywamy stosunkowo dużo energii i powinniśmy ją oszczędzać. Zmiana oświetlenia na energooszczędne zmniejsza rachunek o ok. 50 zł rocznie – dodaje Lot.

Elektrownie alarmują, że wzrost cen produkcji energii tylko z powodu niższych limitów emisji dwutlenku węgla ma wynieść 15 proc. Ministerstwo Środowiska szacuje je na 12 proc. i optymistycznie przewiduje, że końcowi odbiorcy energii zapłacą tylko o 4 proc. więcej. Jak będzie rzeczywiście – okaże się za rok, kiedy przyjdzie pierwsze rozliczenie z limitów CO2. – Opłaty ekologiczne do tej pory nie stanowiły znaczącej pozycji w naszych kosztach, ale mogą na trwałe drastycznie wzrosnąć w najbliższym czasie z powodu potencjalnego deficytu uprawnień do emisji CO2. Taka sytuacja z pewnością odbije się na cenach ciepła – mówi Bogusław Regulski, wiceprezes Zarządu Izby Gospodarczej Ciepłownictwo Polskie.

Ale na tym nie kończą się kłopoty energetyki. W tym roku przedsiębiorstwa powinny dostosować się do unijnych norm emisji dwutlenku siarki, a potem do norm emisji tlenków azotu. – Za cztery lata w cenie energii różne obciążenia związane z wymogami ekologicznyczmi mogą stanowić aż jedną trzecią kosztów – szacuje Franciszek Pchełka, dyrektor Towarzystwa Gospodarczego Polskie Elektrownie.

Rodzina, która w ubiegłym roku płaciła za wodę, ciepło, energię i śmieci ok. 360 zł miesięcznie, teraz musi wydać na ten cel 400 zł, a w przyszłym roku zapłaci powyżej 450 zł.

Rachunki eksploatacyjne rosną z wielu względów. W ostatnich latach duży wpływ na ich wysokość miały ceny paliw, surowców i koszty pracy. Obecnie wzrasta znaczenie opłat ekologicznych.

Źródło : Rzeczpospolita: Za ekologiczne inwestycje zapłacą klienci
Magdalena Kozmana 26-04-2008

————————-

Portfele Polaków staną się cieńsze nie tylko z powodu rosnących cen paliw i żywności. Zaostrzane przez Unię Europejską przepisy ekologiczne poważnie zwiększą w najbliższych miesiącach koszty utrzymania naszych rodzin.

Teraz obowiązek spełniania norm środowiskowych podnosi wysokość rachunków za energię elektryczną, ciepło, wodę i wywóz śmieci o ok. 300 zł rocznie. W 2009 r. będzie to co najmniej 500 zł, a w niektórych wypadkach nawet 645 zł – wynika z szacunków „Rz”. – Mamy brudne i przestarzałe technologie, będziemy więc ponosili coraz wyższe koszty korzystania z nich – mówi Mateusz Walewski z Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych. Koszty proekologicznych inwestycji przerzucane są na końcowych odbiorców. A prowadzić je muszą wszyscy: producenci energii i ciepła, dostawcy wody i odbiorcy śmieci. Każde opóźnienie kończy się karą, którą też ostatecznie płaci klient.

Według resortu środowiska, by dostosować się do unijnych norm, inwestycje w ekologię powinny wynieść w tym roku ok. 15 mld zł. W ostatnich latach były dwukrotnie mniejsze.

Polska jest niedostosowana np. do unijnych norm dotyczących recyklingu i składowania odpadów. Zajmujące się tym firmy zaniedbały inwestycje w selektywną zbiórkę i odbiór posegregowanych odpadów. Tymczasem do końca 2008 r. Polska powinna zamknąć niebezpieczne dla środowiska składowiska. Na pozostałych ceny wzrosną. Na pokrycie ekologicznych kar idzie już jedna trzecia naszych opłat za śmieci. Za rok udział ten będzie wyższy – suma rachunków za wywóz śmieci w 2009 r. wzrośnie w porównaniu z tym rokiem o ponad 110 zł – i sięgnie 400 zł.

Koszty ekologicznych dyrektyw stanowią też ok. 20 proc. ponoszonych przez Polaków opłat za usługi wodno-kanalizacyjne. I udział ten będzie rósł. – W Gdańsku przewiduje się przez cztery lata wzrost taryfy za wodę i ścieki o 15 proc. rocznie – mówi Zbigniew Maksymiuk, prezes Saur Neptun Gdańsk, firmy zaopatrującej to miasto w wodę.

Rachunki możemy obniżyć, zużywając mniej energii i produkując mniej śmieci. Można np. wymienić sprzęt AGD na energooszczędny. Niestety – jego ceny także podniesie wkrótce… ekologiczna opłata produktowa, dzięki której będzie można zutylizować stary sprzęt.
Źródło : Rzeczpospolita: Nasze drogie środowisko
Magdalena Kozmana 26-04-2008

Zwiazki Zawodowe terroryzują Polskę

Zgodnie z prawem firmy pokrywają koszty związkowych etatów i udostępniają pomieszczenia. W rzeczywistości jednak prawa związkowców są dużo szersze – w wielu firmach regulują je bowiem dodatkowe umowy – np. społeczne, od kilku lat powszechne m.in. w energetyce, górnictwie i sektorze paliwowym. Negocjowane za rządów SLD i PiS dokumenty przewidują m.in., że spółki muszą pokrywać wydatki na prawników i organizację negocjacji.

Kwoty te nie są małe. Z poufnych dokumentów jednego z koncernów energetycznych, do których dotarła “Rz”, wynika, że każda runda negocjacji ze związkami nt. restrukturyzacji kosztowała od 40 do 75 tys. zł. Trzydniowe rozmowy toczono bowiem w wynajętym na ten cel hotelu. Firma płaciła też faktury za usługi prawników wynajętych przez związkowców – blisko 190 tys. zł rocznie.

W sumie roczne wydatki na utrzymanie związków w owej firmie sięgnęły w 2007 roku 3 mln zł, co w jej przypadku daje 245 zł na zatrudnionego. Gdyby ten wskaźnik odnieść do zatrudnienia w państwowych firmach figurujących na Liście 500 “Rz”, otrzymalibyśmy kwotę 110 mln zł rocznie.

To jednak bardzo ostrożne szacunki – poziom tzw. uzwiązkowienia w poszczególnych branżach się różni. Do najwyższych należy w górnictwie – na utrzymanie związków w trzech największych spółkach węglowych wydaje się rocznie ponad 40 mln zł (czyli 377 zł na zatrudnionego). Dla porównania – to połowa kosztu budowy nowoczesnego taśmociągu w kopalni.

Około 90 proc. kosztów związkowych stanowią pensje, i to niemałe. – Oddelegowany dostaje trzykrotność średniej pensji ze stanowiska, które zajmował przed pracą w związku – tłumaczy Madej. Związkowcy mają też inne przywileje, np. szef górniczej “S” Dominik Kolorz, który codziennie korzysta ze służbowego auta z kierowcą. – Nie mam prawa jazdy – tłumaczy związkowiec. W KGHM zatrudniającym 17,5 tys. osób, działa ponad 40 zakładowych organizacji związkowych. Z nieoficjalnych szacunków sprzed kilku lat wynika, że koszty wynagrodzeń i utrzymania infrastruktury związkowej w koncernie mogą sięgać nawet ok. 10 mln zł (588 zł na osobę).

Czy wydatki na związki zawodowe muszą być tak duże? Żeby je ograniczyć, rząd musiałby zmienić kilka ustaw, m.in. ustawę o związkach zawodowych, radach pracowniczych czy komercjalizacji i prywatyzacji. Najwięcej jednak zależy od samych pracodawców. – Płacimy za przychylność – mówią pracodawcy.

Źródło : Rzeczpospolita: Niebezpieczne związki
Agnieszka Łakoma, Karolina Baca 15-04-2008

Prądy morskie źródłem energii

Zanosi się na rewolucję: nowa technika umożliwia wykorzystywanie do wytwarzania energii elektrycznej prądów morskich, a nawet rzek – bez budowania zapór

Energia elektryczna, a raczej jej niedostatek, staje się problemem globalnym. Dlatego na całym świecie trwają próby opracowania nowych sposobów produkcji elektryczności. Gwałtowne zjawiska atmosferyczne, takie jak ostatnio w Polsce (brak prądu w regionie Szczecina po opadach śniegu), skłaniają specjalistów do formułowania nowej strategii energetycznej.

Powinna ona polegać na tym, aby produkować energią elektryczną w możliwie jak największej liczbie miejsc, wtedy awarie wielkich elektrowni lub linii przesyłowych biegnących z takich kolosów będą o wiele mniej dolegliwe. Jedną z takich propozycji jest prąd z prądu… morskiego.

W Europie

W Bretanii, u ujścia rzeki Odet, jej prąd i pływy morskie nakładają się, tworząc co kilka godzin rwący nurt. Właśnie w tym miejscu zainstalowano na głębokości 19 metrów eksperymentalną turbinę przetwarzającą ruch wody na energię elektryczną. Nazwano ją Sabella D03 (sabella to nazwa robaka żyjącego w przybrzeżnych wodach Bretanii). Waży 7 ton, ma 5,5 metra wysokości oraz rotor ze śmigłem o rozpiętości 3,3 metra. Obraca się powoli, dziesięć do 15 razy na minutę, podobnie jak śmigła przetwarzające wiatr w energię elektryczną.

Brzegi śmigła są zaokrąglone i nie stwarzają niebezpieczeństwa dla przepływających ryb – stanowią przeszkodę tej rangi co podwodne skały omywane prądem. Rotor ze śmigłem nie porusza się prędzej od wody. Żeby kontrolować na bieżąco ekologiczny aspekt podwodnej turbiny, zainstalowano na niej kamerę rejestrującą zachowanie ryb w jej pobliżu. Sabella D03 jest prototypem zbudowanym w skali jeden do trzech.

Możemy się obyć bez groźnej dla środowiska ropy naftowej. Zastąpi ją czysty ocean

Będzie pracować od czterech miesięcy do pół roku. Jeśli próba wypadnie pomyślnie, firma Hydrohelix Energies zbuduje sześć podwodnych turbin, trzy razy większych od prototypu (każda z nich dostarczy 200 kilowatów). Zostaną rozlokowane przy brzegach Bretanii, na przykład w Raz de Sein, gdzie prąd płynie z prędkością 3,5 metra na sekundę, lub Iles d’Ouessant (4 metry na sekundę).

– Potencjał prądów morskich we Francji jest taki, że wykorzystując je, można uzyskać rocznie ponad 10 tys. gigawatów. Eksploatacja podwodnych „złóż energetycznych” wymaga u nas rozlokowania 5 tys. turbin. Jeden kilowat wytwarzanego przez nie prądu kosztowałby 0,03 euro, podczas gdy jeden kilowat taniego prądu z elektrowni atomowych kosztuje 0,028 euro – wyjaśnia dr Jean-Francois Daviau, specjalista z Hydrohelix Energies. W Europie wykorzystywanie siły prądów morskich do produkcji elektryczności planuje także hiszpański koncern Iberdrola i szkocki Pelamis. Angielski Lunar Energy rozpocznie latem bieżącego roku rozmieszczanie ośmiu turbin przy półwyspie St. David, każda wysokości 15 i długości 25 metrów.

Na świecie

Poza naszym kontynentem 300 podwodnych turbin u swoich wybrzeży zamierza zainstalować w 2015 roku Korea Południowa (koncern Hyundai). Testowa turbina o mocy 1 megawata zostanie zanurzona w marcu 2009 roku w cieśninie Wando Hoenggan. Próby z turbiną AquaBuOY prowadzi kanadyjski koncern Finavera.

Nowatorską technologią zainteresowane są władze San Francisco – istnieje projekt umieszczenia podwodnych turbin w cieśninie Golden Gate. – Nie chcę widzieć ani jednej platformy wiertniczej u wybrzeży Kalifornii, w produkcji elektryczności możemy się obyć bez ropy, zastąpi ją ocean – deklaruje burmistrz Gavin Newsom.

Zdaniem wielu amerykańskich naukowców, prądy i pływy morskie są w stanie generować więcej energii elektrycznej niż promienie słoneczne i wiatr. Specjaliści z Electric Power Research Institute w Palo Alto w Kalifornii obliczyli, że 10 proc. zapotrzebowania na elektryczność w USA można zaspokoić, wykorzystując energię fal, prądów i pływów.

Eksperyment z zasilaniem miasta w prąd wytwarzany z energii wody trwa w Nowym Jorku. W ramach projektu RITE – Roosevelt Island Tidal Energy – sześć prototypowych turbin umieszczono w ujściu East River. Ich śmigła obracają się 32 razy na minutę – taka prędkość, podobnie jak w przypadku prototypu francuskiego, nie zagraża rybom ani żadnym innym morskim stworzeniom.

Docelowo RITE przewiduje zainstalowanie 294 takich turbin zbudowanych przez Verdant Power Ltd. Ta podwodna „ferma prądowa” dostarczy elektryczności 8 tys. nowojorskich gospodarstw. Już w roku 2006 burmistrz Nowego Jorku Michael Bloomberg ogłosił, że dzięki nowej technologii ta metropolia zredukuje emisję gazów cieplarnianych o jedną trzecią.

Więcej informacji o projekcie Sabelle www.hydrohelix.fr

Najlepsze warunki do instalowania podwodnych turbin znajdują się na oceanicznych wodach przybrzeżnych, wszędzie tam, gdzie występują silne pływy, a jednocześnie do morza czy oceanu wpadają rzeki o silnym prądzie. Na akwenach wewnętrznych, takich jak Bałtyk czy Morze Śródziemne, pływy są minimalne. Jednak turbiny podwodne można będzie instalować także z dala od oceanów, na rzekach w głębi lądów, również z dala od ujścia, wszędzie tam, gdzie głębokość i prąd są wystarczające. W Polsce warunki takie występują m.in. w rzekach Pomorza, na Wiśle, Odrze, Sanie. Idealne do tego są np. wielkie rzeki Syberii, Chin czy kontynentów: Australii, Ameryki Północnej i Południowej

Źródło : Rzeczpospolita: Morze będzie wytwarzać prąd z prądu
Krzysztof Kowalski 10-04-2008

Energia elektryczna z pływów morskich

Energia elektryczna z prądów morskich

Zbrodniarze PRL są nietykalni

Sąd Najwyższy uznał, że zamykanie tak zwanych wrogów władzy ludowej było zgodne z przepisami.

Śledczym IPN już raczej się nie uda doprowadzić do skazania stalinowskiego prokuratora Kazimierza Graffa. Był oskarżony o dopuszczenie do bezprawnego przetrzymywania w latach 40. tzw. wrogów władzy ludowej, m.in. działacza podziemia Stanisława Figurskiego, który przez miesiąc był trzymany w areszcie bez postanowienia o tymczasowym aresztowaniu. W tym czasie siłą zmuszono go do przyznania się do winy.

Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie, a potem Sąd Najwyższy, który rozpatrywał zażalenie prokuratorów IPN, nie dopatrzył się w działalności Graffa przestępstwa. Uznał, że działał zgodnie z ówczesnym prawem. – To już kolejna kuriozalna decyzja sądu w sprawach, w których oskarżeni są komunistyczni sędziowie i prokuratorzy – twierdzą nieoficjalnie śledczy IPN.

– Czekamy na uzasadnienie decyzji Sądu Najwyższego, a potem rozważymy, czy wystąpić z kasacją – mówi Andrzej Arseniuk, rzecznik IPN.

Graff ma więcej ciemnych plam w życiorysie. Osobiście uczestniczył m.in. w rozstrzeliwaniu żołnierzy państwa podziemnego w 1946 r., których sąd w Siedlcach w ciągu trzech dni skazał na śmierć. Jego roli w tej sprawie nie udało się jednak dowieść, gdyż nie zachowały się akta z tamtych wydarzeń.

Po umorzeniu sprawy Figurskiego śledczy IPN mają coraz mniej powodów do optymizmu. To już kolejna taka sprawa, która upadła. Tak było m.in. z tzw. sędziami stanu wojennego. Katowicki IPN zarzucał bezprawne stosowanie nieopublikowanego dekretu o stanie wojennym z 1981 roku.

– Sprawę ucięła uchwała Sądu Najwyższego z grudnia 2007 r. W efekcie ponad 20 sędziów i prokuratorów uniknie odpowiedzialności – mówi prokurator Piotr Nalepa z katowickiego oddziału IPN.

Zdaniem prof. Andrzeja Paczkowskiego tego rodzaju sprawy świadczą o przekonaniu przedstawicieli Temidy, że coś takiego jak zbrodnia sądowa nie istnieje. Akty oskarżenia są odrzucane, gdyż zdaniem sędziów nie mają odpowiedniego umocowania prawnego.

– Takie działania to przykład sędziowskiego korporacjonizmu. Linia obrony jest zawsze podobna. Działano na podstawie ówczesnych przepisów, nie łamano więc prawa, nawet jeśli zapadały wyroki śmierci – dodaje historyk dr Antoni Dudek.

Źródło : Rzeczpospolita: Stalinowskie winy bez kary
Tomasz Pietryga 16-04-2008

—————–

Śledczy Graff nieuchwytny dla IPN

Akt oskarżenia przeciwko Kazimierzowi Graffowi śledczy IPN skierowali do sądu 18 października 2007 r. Oskarżono go, że w latach 40. jako nadrzędny prokurator dopuścił do bezprawnego aresztowania Stanisława Figurskiego, jednego z działaczy niepodległościowych podziemia związanego z organizacją Ruch Oporu Armii Krajowej oraz Narodowym Zjednoczeniem Wojskowym.

słynny stalinowski proces tzw. grupy Witolda Pileckiego, żołnierza Armii Krajowej - rok 1949

Figurskiego zatrzymano w grudniu 1947 r. Dopiero po miesiącu wydano postanowienie o jego tymczasowym aresztowaniu. W tym czasie siłą zmuszono go do złożenia obciążających go wyjaśnień. Na tej podstawie w akcie oskarżenia przypisano mu dążenie do obalenia państwa polskiego oraz udział w napadach rabunkowych z bronią w ręku.

Kazimierz Graff po zwolnieniu z prokuratury został radcą prawnym. Do dziś mieszka w Warszawie

Kazimierz Graff pełnił w tym czasie „zastępstwo” na stanowisku szefa wojskowej prokuratury rejonowej w Warszawie, która prowadziła śledztwo.

W 1968 r. Graff został zwolniony z wojskowej prokuratury. Później został radcą prawnym. Dziś ma 91 lat, mieszka w Warszawie. – IPN zarzucił mu, że dopuścił do bezprawnego pozbawienia wolności Figurskiego, mimo że na podstawie wojskowego kodeksu postępowania karnego zobowiązany był w takiej sytuacji do uchylenia aresztu i zwolnienia osadzonego. Śledczy IPN uznali to za zbrodnię komunistyczną i na tej podstawie skierowali akt oskarżenia do sądu – mówi Andrzej Arseniuk, rzecznik Instytutu. Prokuratorzy powołali się na obowiązek stosowania w latach 40. konstytucji marcowej, która określała zasady i czas zatrzymań. Zatrzymanie bez postanowienia o tymczasowym aresztowaniu było możliwe tylko przez 48 godzin. Koronnym argumentem w tej sprawie miało być orzeczenie Sądu Najwyższego z 1958 r., który w bardzo podobnej sprawie utrzymał wyrok skazujący m.in. Józefa Różańskiego. Sąd uznał ważność zasad konstytucji marcowej.

Argumentacja nie przekonała jednak Wojskowego Sądu Okręgowego w Warszawie, który 22 stycznia 2008 r. umorzył postępowanie z uwagi na brak znamion czynu zabronionego.

– Dla śledczych IPN była to kuriozalna decyzja. Stąd też szybko skierowano zażalenie na to postępowanie do Sądu Najwyższego. Ten jednak utrzymał w mocy decyzje warszawskiego sądu. Teraz czekamy na uzasadnienie. Po jego otrzymaniu śledczy będą się zastanawiać, czy nie wnieść o kasację– mówi Arseniuk.

Sprawa Figurskiego nie jest jedyną ciemną plamą w życiorysie Graffa. W kwietniu 1946 r. osobiście uczestniczył w wykonaniu egzekucji na 12 członkach państwa podziemnego, którzy po trzech dniach od zatrzymania zostali skazani na kary śmierci przez Wydział ds. Doraźnych Sądu Okręgowego w Siedlcach.

W tej sprawie nie udało się oskarżyć Kazimierza Graffa, gdyż większość dokumentów jej dotyczących została zniszczona.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora

t.pietryga@rp.pl
Źródło : Rzeczpospolita: Śledczy Graff nieuchwytny dla IPN
Tomasz Pietryga 16-04-2008

————————-

Zbrodniarze śpią spokojnie

Postanowienie Sądu Najwyższego w sprawie prokuratora Kazimierza Graffa jest kolejną kuriozalną decyzją jednego z najwyższych organów prawa w Polsce, które kładzie się cieniem na polskim wymiarze sprawiedliwości.

W grudniu minionego roku uchwała Sądu Najwyższego zatrzymała śledztwo w stosunku do sędziów skazujących na wieloletnie wyroki za łamanie dekretu o stanie wojennym, który, nawet na mocy ówczesnych przepisów, nie był jeszcze prawem – bo nie został ogłoszony w Dzienniku Ustaw.

Sąd Najwyższy uznał, że skoro PRL nie był państwem prawa, to trudno pociągać do odpowiedzialności jego funkcjonariuszy, którzy naruszali fundamenty samej idei prawa. Wynika z tego bezspornie, że słudzy zbrodniczych reżimów, które z pewnością nie były państwami prawa, mogą spać spokojnie. Nawet jeśli naruszyli przepisy obowiązujące w ich państwie, które, skądinąd słusznie, trudno uznać za prawo.

W wypadku stalinowskiego prokuratora, który prześladował przeciwników politycznych i osobiście uczestniczył w egzekucjach, pojawia się nieco inne uzasadnienie. Graff działał zgodnie z ówczesnym prawem – czytaj przepisami – twierdzi Sąd Najwyższy. Zostawmy na boku fakt, że i to uzasadnienie przeczy prawdzie. Sąd Najwyższy zakwestionował wydawałoby się powszechnie przyjęte po II wojnie światowej normy, które mówią, że działanie zgodnie ze zbrodniczym prawem, czyli “ustawowym bezprawiem”, nie zwalnia z odpowiedzialności. Efektem tej zasady jest idea praw człowieka, zgodnie z którą można sądzić sprawców zbrodni przeciwko ludzkości niezależnie od lokalnego prawodawstwa.

Niby wszyscy zgadzamy się na to, niby akceptujemy trybunały przeciwko zbrodniarzom z Bałkanów czy Rwandy, ale jeśli przychodzi do polskiego podwórka, okazuje się, że zasady te przestają obowiązywać.

Czy tylko dlatego, że wśród prawników, którzy niedawno jeszcze byli sędziami Sądu Najwyższego, znaleźć możemy takich, którzy wydawali z pogwałceniem norm prawa wyroki w stanie wojennym? Czy dlatego, że wyrastające z PRL środowisko sędziowskie dba bardziej o korporacyjny interes niż o elementarne zasady prawa?

Źródło : Rzeczpospolita: Zbrodniarze śpią spokojnie
Bronisław Wildstein 15-04-2008

Następna strona »


Nowe artykuły na email

Kliknij poniższy link i zapisz się, a będziesz otrzymywał nowe artykuły na email:

ZAPISUJE SIĘ >>

 

maj 2008
P W Ś C P S N
« kwi    
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Statystyka

  • 258,006 odwiedzin