Archiwum dla grudzień 16th, 2006

Interwencja ZSRR podczas stanu wojennego

Źródło: Rzeczpospolita: Jaruzelski żąda wsparcia, Kreml się uchyla
12.12.2006

Kreml odrzucił możliwość zbrojnej interwencji w Polsce. Uznał bowiem, że konsekwencją takiego kroku może być nawet odsunięcie partii komunistycznej od władzy - twierdzi historyk IPN

Czy przed 13 grudnia groziła nam interwencja państw Układu Warszawskiego? Jaka była polityka “bratnich państw socjalistycznych” w ostatnich miesiącach przed wprowadzeniem stanu wojennego?

Relację - na podstawie dokumentów z archiwów polskich i innych krajów Europy Wschodniej - rozpocznijmy 19 października 1981, czyli dzień po wyborze Wojciecha Jaruzelskiego na I sekretarza KC PZPR. Tego dnia szef partii rozmawiał telefonicznie z Leonidem Breżniewiem, szefem Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. “Zgodziłem się przyjąć to stanowisko po wewnętrznej walce i tylko dlatego, że wiedziałem, że wy mnie popieracie, i że wy jesteście za taką decyzją” - deklarował. Dodał też, że uczyni wszystko - “jako komunista i jako żołnierz” - w celu zmiany sytuacji w PRL.

Wkrótce sowieckie kierownictwo spotkała jednak przykra niespodzianka. Na posiedzeniu Biura Politycznego KC KPZR 29 października 1981 r. Breżniew mówił: “Nie wierzę, aby tow. Jaruzelski zrobił cokolwiek konstruktywnego. Wydaje mi się, że nie jest zbyt śmiałym człowiekiem [...]. Tow. Jaruzelski nie przejawia żadnej inicjatywy. Być może trzeba się przygotować do rozmowy z nim”.

Pierwsze dni urzędowania nowego I sekretarza nie przyniosły przełomu, natomiast - jak oświadczył ówczesny szef KGB Juri Andropow - “polscy przywódcy napomykają o pomocy militarnej ze strony bratnich państw”, co zapewne odebrano jako kolejną próbę ucieczki od rozwiązania problemu własnymi siłami. Zarówno Andropow, jak i minister obrony Dmitrij Ustinow uznali, że to niemożliwe - “powinniśmy zdecydowanie trzymać się swojej linii - nie wprowadzać naszych wojsk do Polski”.

Wsparcie dla towarzyszy

Od 1 do 4 grudnia 1981 r. w Moskwie odbywało się posiedzenie Komitetu Ministrów Obrony państw-stron Układu Warszawskiego. Niespodziewanie na prośbę reprezentantów PRL zaproponowano przyjęcie komunikatu wyrażającego zaniepokojenie sytuacją w Polsce i wyrażającego potrzebę “podjęcia odpowiednich kroków w celu zapewnienia bezpieczeństwa wspólnoty socjalistycznej”. Zdaniem strony polskiej stanowić to miało “wsparcie dla komunistów i sił patriotycznych, które chcą bronić socjalistycznego państwa, a jednocześnie ostrzeżenie dla sił kontrrewolucyjnych”.

Propozycja została odrzucona (podobnie jak jej łagodniejszy wariant) po sprzeciwie delegacji rumuńskiej i węgierskiej. Wydarzenie to dowodzi, że już w 1981 r. gen. Jaruzelski pragnął wykorzystać rzekome zagrożenie interwencją wojsk Układu Warszawskiego dla usprawiedliwienia stanu wojennego. Przyjęcie komunikatu przydałoby jego poczynaniom wiarygodności.

Niepowodzenie nie zniechęciło gen. Jaruzelskiego. 8 i 9 grudnia 1981 r. spotkał się on kolejno z marszałkiem Kulikowem i sowieckim wicepremierem Bajbakowem, którym przedstawił żądania dotyczące udzielenia wsparcia militarnego oraz gospodarczego. Miało to być warunkiem wprowadzenia stanu wojennego (co ciekawe, stronie sowieckiej najwyraźniej nie przekazano jeszcze dokładnego terminu tej operacji).

Pogrzebana doktryna

10 grudnia o żądaniach debatowano na posiedzeniu Biura Politycznego KC KPZR. O ile kwestia pomocy ekonomicznej nie wywołała kontrowersji, o tyle emocje wzbudziło drugie żądanie Jaruzelskiego. Potraktowano je najwyraźniej jako próbę odroczenia rozprawy z opozycją.

Najbardziej jednoznacznie wypowiedział się Andropow: “Nie możemy ryzykować. Nie zamierzamy wprowadzać wojsk do Polski. Jest to słuszne stanowisko i musimy się go trzymać do końca. Nie wiem, jak rozwinie się sprawa z Polską, ale jeśli nawet Polska będzie pod władzą “Solidarności”, to będzie to tylko tyle. A jeśli na Związek Radziecki rzucą się kraje kapitalistyczne, a oni już mają odpowiednie uzgodnienia o różnego rodzaju sankcjach ekonomicznych i politycznych, to dla nas będzie to bardzo ciężkie. Powinniśmy przejawiać troskę o nasz kraj, o umacnianie Związku Radzieckiego. To jest nasza główna linia”. Apelował o zrobienie “czegoś” w celu zabezpieczenia tranzytowych linii komunikacyjnych.

Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, iż słowa te padły w atmosferze zdenerwowania wywołanego wrażeniem, iż Jaruzelski wymiguje się od podjęcia zdecydowanych działań, to wydaje się że odzwierciedlają one ostateczne stanowisko Moskwy. Nawet w warunkach “zaproszenia” przez najwyższe władze PRL (i oczywiście idącej za tym chęci współpracy) Kreml odrzucił możliwość zbrojnej interwencji. Uznał bowiem, że konsekwencją może być nawet odsunięcie partii komunistycznej od władzy. Tym samym “doktryna Breżniewa” została pogrzebana jeszcze za życia sowieckiego przywódcy.

Nikt nie chce interwencji

Andriej Gromyko, minister spraw zagranicznych, najwyraźniej zirytowany apelował do nieobecnych liderów PZPR, aby podjęli decyzję, czy “wycofują się ze swoich pozycji” wobec żądań przejęcia władzy przez “Solidarność”, czy też “wprowadzają stan wojenny, izolują ekstremistów “Solidarności” i zaprowadzają właściwy porządek”. Gromyko uznał, że należy “jakoś stłumić oczekiwania Jaruzelskiego i innych przywódców na wprowadzenie wojsk”. Warto przywołać także kolejny fragment jego wypowiedzi: “Sądzę, że nie powinniśmy teraz dawać jakichkolwiek zdecydowanych wskazówek, które zmusiłyby ich do takich czy innych działań. Myślę, żezajmiemy tutaj właściwe stanowisko: zaprowadzenie porządku w Polsce jest sprawą Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej - Komitetu Centralnego, Biura Politycznego”.

Marszałek Ustinow poinformował o wzmacnianiu sowieckich garnizonów w PRL, stwierdził też, że jest “skłonny sądzić, iż Polacy nie zdecydują się na konfrontację”. On też był za tym, by władzom PRL nie narzucano rozwiązań. W podobnym duchu wypowiedział się Michaił Susłow: “Prowadzimy szerokie działania na rzecz pokoju i teraz nie wolno nam zmieniać swojego stanowiska. Światowa opinia publiczna nie zrozumie nas. [...] Niechaj sami towarzysze polscy określą, jakie działania mają podjąć. Nie powinniśmy popychać ich do jakichś bardziej zdecydowanych działań. [...] Myślę, że mamy tu wszyscy zgodny pogląd, że nie może być mowy o żadnym wprowadzeniu wojsk”. Wiktor Griszyn: “O wprowadzeniu wojsk nie może być mowy”.

Podsumowując, 10 grudnia 1981 r. Moskwa nie tylko podtrzymała swoje dotychczasowe stanowisko, że nie zamierza wprowadzić wojsk do Polski, lecz także była skłonna rozszerzyć “politykę nieinterwencji” o nowy element - złagodzenie nacisków na przywódców PRL (wychodzono najwyraźniej z założenia, iż owa presja była źródłem prośby o pomoc militarną).

Z zapisków generała Anoszkina

Podstawowym źródłem odtworzenia międzynarodowego aspektu rozwoju wydarzeń w kolejnych godzinach jest “zeszyt roboczy” generała Anoszkina, adiutanta marszałka Kulikowa. 10 grudnia po południu do sowieckiego ambasadora w Warszawie z polecenia Jaruzelskiego zadzwonił gen. Milewski i poprosił o zajęcie stanowiska w następujących kwestiach:

“1) Prosimy, aby przyjechał do nas ktoś z kierownictwa partyjnego. Kto będzie i kiedy?

2) Ogłosić oświadczenie o poparciu dla nas. [...]

3) Czy możemy liczyć na pomoc po linii wojskowej ze strony ZSRR (o dodatkowym wprowadzeniu wojsk)?

4) Jakie będą przedsięwzięcia w zakresie pomocy ekonomicznej dla Polski ze strony ZSRR?”.

Po skontaktowaniu się w tej sprawie z centralą Aristow udzielił następujących wyjaśnień:

“1) Nikt nie przyjedzie.

2) Środki zostaną podjęte.

3) Nie będziemy wprowadzać wojsk.

4) Odpowiedź przygotuje Bajbakow”.

Gen. Anoszkin zanotował słowa: “To dla nas straszna nowina! Przez półtora roku paplanina o wprowadzeniu wojsk - wszystko odpadło. Jaka jest sytuacja Jaruzelskiego?!”, będące zapewne zapisem reakcji Milewskiego. Kolejny element odpowiedzi dla Milewskiego Anoszkin odnotował 11 grudnia, cytując fragment depeszy Aristowa: “Na tym etapie nie będzie radzieckiej obecności”.

Dopiero wieczorem 11 grudnia, podczas rozmowy z gen. Florianem Siwickim, strona sowiecka została poinformowana o prawdopodobnym terminie rozpoczęcia operacji “z soboty na niedzielę”, z zastrzeżeniem, że “decyzja ta nie została dotąd przekazana do wykonania”. Zgodnie z dalszym zapisem Anoszkina Siwicki przekazał, że Jaruzelski jest rozczarowany, iż ze strony sowieckiej nie przyjechał nikt z kierownictwa, “aby przekonsultować z nami zagadnienia wielkiej pomocy gospodarczej i wojskowej”, poprosił także o wyjaśnienie, jak można rozumieć następny etap wydarzeń (skoro na obecnym etapie “nie będzie radzieckiej obecności”).

Najwyraźniej polscy generałowie mieli nadzieję, że usłyszą deklarację o wsparciu wojskowym już po wprowadzeniu stanu wojennego. Siwicki posunął się wręcz - według Anoszkina - do szantażu: “jeśli nie będzie politycznego, ekonomicznego i wojskowego wsparcia ze strony ZSRR, to nasz kraj może być stracony (dla Układu Warszawskiego)”.

W odpowiedzi Kulikow udzielił Siwickiemu wsparcia psychicznego, mówiąc: “macie realną siłę”. Odwoływał się do wcześniejszych obietnic rozwiązania sprawy własnymi siłami. Zażądał również odpowiedzi na pytanie, czy “mechanizm został uruchomiony”, czy Jaruzelski nadal się waha.

Jak zanotował Anoszkin “Siwicki odjechał nieusatysfakcjonowany. Niczego nowego od W.G. Kulikowa nie uzyskał i nie usłyszał. Naczelny dowódca Zjednoczonych Sił Zbrojnych jest spętany przez Moskwę!”. Zagadkowe jest to ostatnie zdanie. Może ono albo być cytatem z wypowiedzi wzburzonego Siwickiego, albo też wyrażać nastroje samego Kulikowa, co świadczyłoby o tym, że on sam był skłonny udzielić “wsparcia militarnego”.

Gen. Jaruzelski wprowadził stan wojenny nocą z 12 na 13 grudnia 1981 r. Związkowi Sowieckiemu udało się rozwiązać polski kryzys bez użycia własnych wojsk. Nie zapobiegło to jednak sankcjom ekonomicznym i politycznym, których tak obawiał się Andropow. Niezależnie jednak od tego, jaką strategię przyjąłby Kreml, nie ulega wątpliwości, że to wydarzenia Sierpnia ‘80 zadały systemowi komunistycznemu śmiertelny cios.
Łukasz Kamiński
Autor jest historykiem z Uniwersytetu Wrocławskiego i zastępcą dyrektora Biura Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej. Artykuł stanowi skróconą wersję wstępu do książki “Przed i po 13 grudnia. Państwa bloku wschodniego wobec kryzysu w PRL 1980 - 1982″, której I tom ukaże się w najbliższych dniach.

Wspomnienia ze stanu wojennego

Źródło: Rzeczpospolita: http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/dodatek1_061209/index.html
09.12.2006

Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski prezes Fundacji im. Brata Alberta w Radwanowicach b. duszpasterz nowohuckiej “Solidarności”
Komitet pomocy na plebanii

Jako kleryk szóstego roku seminarium duchownego miałem wtedy praktykę w Chrzanowie. Zaraz po północy obudziło mnie dobijanie się do plebanii. To były kobiety, którym wyciągnięto z domów mężów i synów. Były przerażone nagłymi aresztowaniami bez podania powodów. Nie wiedziały, co robić, więc przybiegły do kościoła. Mówiły o wyjątkowej brutalności milicji, wykrzykiwaniu, obelgach. Ktoś opowiadał, że przewodniczącego “Solidarności” w Fabloku zabrali w samej piżamie, skutego kajdankami na oczach żony i dzieci. Najpierw nie wiedzieliśmy, że to stan wojenny. Sądziliśmy, że chodzi o jakąś lokalną akcję. Kościół został otwarty, ludzie napływali. Od pierwszej mszy zamiast kazania wszyscy na klęczkach śpiewali “Święty Boże, święty mocny”. Natychmiast na plebanii zawiązał się komitet pomocy dla ofiar stanu wojennego, ludzie zaczęli przynosić, co kto miał. Kościół był jedynym miejscem, gdzie szukano oparcia i pociechy. Tu ludzie zgłaszali, kto został internowany.
j.sad.

Andrzej Przewoźnik, sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walki i Męczeństwa
Kurs historii najnowszej

Miałem wówczas 18 lat i współpracowałem ze środowiskiem katowickiej “Solidarności”, które pomagało szkołom. Otrzymałem od nich bibułę, którą rozprowadziłem w rejonie Krakowa. O stanie wojennym dowiedziałem się w niedzielę, 13 grudnia rano na krakowskiej giełdzie staroci. Już po południu widziałem zwiększoną ilość wozów milicyjnych, transportery opancerzone. Moim pierwszym odruchem było oczyszczenie mieszkania z ulotek. Potem przez dwa, trzy tygodnie rozprowadziłem je wszystkie. Nie czułem strachu, ale przede wszystkim wściekłość, że coś takiego jak stan wojenny mogło się zdarzyć. Pierwszy raz zobaczyłem wtedy, jak ludzi wyprowadza się z domów, jak się ich aresztuje. Interesowałem się historią, byłem wychowany w kulcie powstania warszawskiego, ideałów akowskich. Dlatego stan wojenny tak bardzo mnie oburzał. To był dla mnie błyskawiczny kurs najnowszej historii, który wpłynął na moje dalsze życie. To właśnie obrazy, które widziałem na ulicach 13 grudnia, sprawiły, że zaangażowałem się w podziemie bez chwili zastanowienia.
map

Jerzy Połomski, piosenkarz
Między Nowym Jorkiem a Chicago

Wyszedłem przed dom, żeby uruchomić samochód. Mijał mnie kolega, aktor Bogdan Krzywicki, przed którym wyraziłem zdziwienie, że jednocześnie wysiadł mi odbiornik radiowy i telewizyjny. Dopiero on uprzytomnił mi, że ogłoszono stan wojenny. Pierwsze uczucie to wielkie zdziwienie. Drugie, że grożą restrykcje. Żeby nie poddać się przygnębieniu i mieć rodzinny nastrój, zatargałem do domu aż cztery choinki. Potem musiałem pójść do biura paszportowego, bo z zespołem Break Water miałem zakontraktowany cykl recitali w Stanach Zjednoczonych. O dziwo, udało nam się wyjechać. Koncerty miałem rozplakatowane pod nieszczęśliwym w tych okolicznościach tytułem “Cała sala śpiewa z nami”. Organizator nie przewidział, że później przyjdzie mi się z tego tłumaczyć przed polonijną publicznością. Cały stan wojenny przeczekałem między Nowym Jorkiem a Chicago. Brałem udział w koncertach na rzecz kolegów w Polsce, którzy przyłączyli się do bojkotu telewizji. Myślałem, że już nie wrócę do kraju. Zdecydowałem się na to dopiero wtedy, gdy Moskwa pochowała dwóch kolejnych pierwszych sekretarzy, a w Polsce odwołano stan wojenny.
j.r.k.

Dr hab. Antoni Dudek, historyk
Nagranie generała

Gdy ogłoszono stan wojenny, miałem 14 lat i zacząłem dopiero szkołę średnią. Osiedle, przy którym mieszkaliśmy w Krakowie, było przy trasie do Nowej Huty. Jechała tam kolumna wozów pancernych do pacyfikacji miejscowego kombinatu. To było w nocy i pamiętam ogromny huk tych pojazdów. Nie było żadnych zajęć w szkole, więc poszliśmy z kolegami obejrzeć patrole milicyjno-wojskowe chodzące po Krakowie. Już wtedy miałem temperament historyka i jak tylko w telewizji pojawił się generał Jaruzelski, wyciągnąłem mój wielki szpulowy magnetofon i zacząłem nagrywać jego wystąpienie i po kolei wszystkie komunikaty, które wówczas ogłaszano. Okazało się to zajęciem całkowicie bezsensownym, bo nazajutrz i tak wszystko wydrukowały gazety. Do dziś pamiętam, że dość radykalnie zmieniono program telewizyjny. Zostawiono tylko jeden kanał i wyświetlono film “Jarzębina czerwona” o walkach na Wale Pomorskim w 1945 roku. To było dość surrealistyczne, bo ten film nijak się miał do tego, co się wówczas wydarzyło. Dlaczego nagle walki o Wał Pomorski? Ktoś miał taką fantazję z nowego kierownictwa telewizji.
map

Janusz Kurtyka, prezes Instytutu Pamięci Narodowej
Paradoks dziejów

Miałem 22 lata i mieszkałem w Krakowie. Tuż przed 13 grudnia zakończył się strajk studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego, wróciłem do domu i bardzo długo spałem. O stanie wojennym dowiedziałem się dopiero rano. Pierwszą myślą było sprawdzenie, co się dzieje w siedzibie Zarządu Regionu “Solidarności”. Na miejscu znalazłem się już po wkroczeniu tam ZOMO i SB. Kordon nikogo nie przepuszczał. Paradoks historii sprawił, że kiedy już byłem szefem oddziału krakowskiego IPN, jednym z moich - bardzo rzeczowych - partnerów w różnych działaniach organizacyjnych był oficer UOP, który 13 grudnia, jako młody oficer SB stał na czele ekipy wkraczającej do regionu “Solidarności”. Z pierwszych dni stanu wojennego pamiętam niemal powstańczy nastrój. Byłem wtedy bardzo młody i wydawało mi się, że pojawi się szeroki opór, wybuchnie kolejne powstanie. Już wtedy wiedziałem jednak, że gdyby nawet tak się stało, byłoby to przedsięwzięcie skazane na niepowodzenie. Doświadczyłem wtedy pierwszy raz nieuchronności procesu historycznego. Przystąpiłem do konspiracji solidarnościowej i NZS-owskiej.
map

Prof. Jerzy Eisler, historyk
Piechotą do mamy

W grudniu 1981 r. miałem 29 lat i byłem doktorantem w Instytucie Historii. O stanie wojennym dowiedziałem się wyjątkowo późno. W niedzielę tuż po południu przyszła przyjaciółka mojej szwagierki i powiedziała: “Witam w stanie wojny”. Dla mnie najważniejsze nie było wtedy uniknięcie aresztowania - nie byłem bowiem żadnym prominentnym działaczem “Solidarności”. Bardzo bałem się natomiast wezwania do wojska, bo miałem przydział mobilizacyjny do brygady wojsk obrony wewnętrznej w Górze Kalwarii. Wobec tego poszedłem piechotą do mojej mamy, gdzie byłem zameldowany. Po drodze widziałem oczywiście żołnierzy. Poprosiłem mamę, aby na okres paru tygodni wyprowadziła się do przyjaciółki. Nikogo nie było w domu, więc nie można było wręczyć mi wezwania do wojska. W ten sposób udało mi się uniknąć tego, że mógłbym spotkać w mundurze na ulicy kogoś ze swoich kolegów. Wieczorem oglądaliśmy dziennik telewizyjny. Mój wspaniały teść, człowiek, który nigdy nie używał brzydkich słów, po przemówieniu Jaruzelskiego zaklął i poszedł do łazienki nerwowo palić papierosy. Ja zaś obejrzałem początek filmu “Jarzębina czerwona”, ale nie byłem w stanie 13 grudnia oglądać filmu o chwale ludowego Wojska Polskiego. Od zwariowania i poczucia bezsensu uratowała mnie moja najstarsza córka Kasia, która miała wówczas dopiero dwa tygodnie. Jako młody tata nie mogłem po prostu zwariować, choć czułem złość i rozpacz.
map

Agnieszka Holland, reżyser
Początek długiej nocy w Szwecji

Na początku grudnia 1981 r. pojechałam do Szwecji. Jeździłam po różnych miastach, pokazując swój film “Aktorzy prowincjonalni” i mówiąc o sytuacji w Polsce. 16 XII miał przyjechać mąż z córeczką i święta mieliśmy spędzić u rodziny w Göteborgu. W trakcie moich peregrynacji fatalistyczno-katastroficzna wizja tego, co musi się w mym kraju wydarzyć, narastała. Miałam za sobą doświadczenie czeskie i zmiażdżenie praskiej wiosny. Czułam, że coś strasznego stanie się teraz, wkrótce. Nalegałam, żeby rodzina przyspieszyła swój przyjazd. Bez skutku.

13 XII rano dotarłam do Göteborga, na dworcu czekał na mnie kuzyn. “Co myślisz, że będzie?” - spytał. ” Finis Polonia” - odpowiedziałam, mając na myśli swe przeczucia. On zrozumiał, że już wiem. Ja tymczasem paplałam całą drogę do jego mieszkania i zamilkłam dopiero, kiedy zobaczyłam w telewizorze czołgi na ulicach Warszawy. Następne dni spędziłam jak w transie. Bombardowali mnie szwedzcy dziennikarze, byłam jedyną jakoś znaną osobą z Polski. Wahałam się kilka dni, zwyciężyło poczucie obowiązku wobec więzionych i prześladowanych: zaczęłam udzielać ostrych wywiadów, wiedząc, że ryzykuję długą rozłąkę z krajem i bliskimi. Tak też się stało. Bardziej niż gniew odczuwałam rozpacz. Zapowiadała się długa noc. Wiedziałam, że moje życie i życie wielu mych rodaków nigdy już nie będzie takie samo.
j.r.k.

Górnictwo a stan wojenny

Źródło: Rzeczpospolita: Wciąż budzą się z tym wspomnieniem…
09.12.2006

Trza fedrować, fedrować, fedrować! - to zawołanie towarzyszyło polskiemu górnictwu przez całe czterdziestolecie Polski Ludowej

Władza kokietowała górników w sposób szczególny: “z pracy, trudu i znoju waszych rąk rośnie ludowa ojczyzna”, “węgiel - towar nr 1 polskiego eksportu”. I oto oni właśnie “zdradzili” władzę ludową. I dlatego tak brutalnie potraktowano górników i Śląsk 25 lat temu w czasie wprowadzania stanu wojennego.

W akcjach strajkowych w samym tylko górnictwie węgla kamiennego na Górnym Śląsku wzięło udział ponad 45 tys. osób. Zginęło dziewięciu górników kopalni Wujek. Wielu było rannych. Ponad 120 trafiło do szpitali, a 3 tys. udzielono pomocy lekarskiej. Ponad 1 tys. górników zwolniono dyscyplinarnie, a 141 wytoczono proces. Strajkowało 25 na 68 kopalń. Zatrzymano prawie 1 tys. osób, skazano 121, kilkaset postawiono przed kolegiami ds. wykroczeń. Oprócz górników pracę straciło prawie 1,5 tys. pracowników innych zakładów.

Kopidoły i łapańce

Do tłumienia protestów wojewódzka Milicja Obywatelska miała 5,5 tys. funkcjonariuszy, z czego 2,5 tys. przysłano spoza Śląska, a część sił stanowili członkowie Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej. Posługiwano się również jednostkami wojska.

Na Śląsku atak na zakłady przemysłowe był totalny, dobrze zorganizowany, przeprowadzony wielkimi siłami. Zastraszyć miały też komunikaty Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego zapowiadające ostre represje.

Wbrew temu, a może właśnie na skutek tej skali operacji, odzew na wprowadzenie stanu wojennego był największy w kraju. Mimo braku łączności i koordynacji niezależnie od siebie zastrajkowało w regionie kilkadziesiąt przedsiębiorstw. Największe nasilenie protestów wystąpiło 14 i 15 grudnia, czyli w poniedziałek i wtorek po wprowadzeniu stanu wojennego. Strajkowały kopalnie, huty, w tym największa - Huta Katowice, przedsiębiorstwa transportowe, fabryki.

W 1987 roku jeden z liderów śląskiego podziemia ps. Karol (późniejszy premier Jerzy Buzek) opowiadał:

- Kim były kopidoły, które zjechały do kopalni 13 i 14 grudnia 1981 roku i zaczęły strajkować? Akurat tego dnia zjechali strajkować i Ślązacy, i napływowi. Ale rzeczywiście postawy miejscowych i napływowych są różne. Ma to swoje wytłumaczenie. Na terenie, na którym jesteśmy obcy, gdzie nie zostajemy dłużej, pozwalamy sobie na robienie różnych rzeczy, takich, z których nie będziemy musieli się rozliczać. Tam, gdzie chcemy zostać na zawsze, czy w miejscu urodzenia jakiś wewnętrzny hamulec broni nas przed ich robieniem. Z drugiej strony ludzie, którzy nie urodzili się na Śląsku, a tylko tu zamieszkali, chętniej idą na manifestacje. “Jak mnie wypieprzą, to najwyżej wrócę w Kieleckie” - myśli łapaniec. U napływowych z jednej strony spotykamy się z postawą naganną moralnie, z drugiej, z nieprawdopodobną odwagą i zdolnościami do brawurowej akcji. Ale tym, którzy mówią, że 13 grudnia kopidoły poszły kopać, należałoby to wcisnąć z powrotem w gardło. Determinacja śląskich górników brała się może stąd, że oni w pewnym sensie uznawali “Solidarność” za swoją władzę. I tej władzy, w tym momencie, oddali cześć. W kopalniach działy się wówczas rzeczy straszne. Świadomość ludzka nie wymaże tego tak szybko. Ci, co wtedy strajkowali i oglądali rozbijanie kopalń przez ZOMO, wciąż budzą się z tym wspomnieniem.

Ataki 14 i 15 grudnia

14 grudnia 1981 r. zaatakowano trzy strajkujące zakłady: kopalnię Wieczorek oraz huty Katowice i Baildon. Pacyfikacja katowickiej kopalni Wieczorek trwała cztery godziny. Przeciwko dwóm tysiącom strajkujących wysłano siedmiuset milicjantów i armatki wodne.

Przed godz. 16 zaatakowano Hutę Katowice. Siły były większe: obok ZOMO, ORMO i sześciu armatek wodnych użyto czterech kompanii piechoty, czterech kompanii czołgów i dwóch kompanii rozpoznania (kilkuset żołnierzy i kilkadziesiąt czołgów). Interwencja odniosła połowiczny sukces - strajkujący wycofali się na lepiej zabezpieczone wydziały.

Wieczorem rozpoczęła się interwencja w hucie Baildon w Katowicach, gdzie strajk podjęły 4 tys. osób. Zaangażowano siły milicyjne oraz dwie kompanie rozpoznania wojska. Akcja trwała dwie godziny. Strajkujący nie stawiali oporu, zostali jednak pobici w trakcie przepuszczania przez “ścieżkę zdrowia”.

Następnego dnia ponad tysiąc zomowców, kilkuset ormowców oraz cztery armatki wodne wysłano na teren Rybnickiego Okręgu Węglowego. Kilkusetosobową grupę skierowano do tłumienia strajku w KWK Staszic. Zomowców wspierały dwie kompanie wojska i pluton czołgów. Użyto gazów i armatek wodnych. Brutalnie zaatakowano również mieszkańców hotelu pracowniczego, skąd wypychano górników przez okna.

W kopalni Jastrzębie przeciw 3 tys. strajkujących górników użyto gazów i pałek. Stosunkowo spokojnie przebiegało “odblokowanie” kopalni Moszczenica, gdzie załoga opuściła bocznymi drogami atakowany zakład.

W trzeciej jastrzębskiej kopalni - Manifest Lipcowy (dawniej i dziś Zofiówka) - strajkowało 2,5 tys. osób. W ich pamięci została strzelanina, jaka miała miejsce w czasie pacyfikacji.

- Większość stwierdziła, że zostajemy, wychodzimy na plac i bronimy kopalni. Każdy bierze, co może, do ręki. Błyskawicznie wszelkiego rodzaju pręty, łomy, trzonki od kilofów, od młotów zostały wyzbierane. Wielotysięczna rzesza górników staje przed cechownią na długości bramy Jedynki i Dwójki z zamiarem obrony kopalni. Atak rozpoczął się w południe. - Zza bramy padły serie z broni palnej - opowiadał Alojzy Pietrzyk, górnik kopalni Manifest Lipcowy. - Rannych górników odnoszono na punkt opatrunkowy. W tym czasie bezbronni górnicy w konfrontacji z czołgami i z bronią palną tłukli reflektory w tych czołgach, które wjechały, walili stylami po burtach i ciągle spychani byli przez te czołgi. Za nimi szły ZOMO. Krzyczano “gestapo, gestapo”. Spychani byliśmy w stronę warsztatów mechanicznych, szybów, magazynów, a część w stronę placu drzewnego. Przed kopalnią ludzie rzucali pieniędzmi po burtach czołgów. Wołali do żołnierzy, bo myśleli, że ci w mundurach to Rosjanie. Pluli na nich….

To były pierwsze strzały w stanie wojennym.

Dziewięciu zabitych w Wujku

16 grudnia 1981 r. to był najtragiczniejszy dzień stanu wojennego. Przeciwko strajkującym górnikom katowickiej kopalni Wujek wysłano ponad dziesięć kompanii milicji, sześć kompanii wojska, sześć plutonów czołgów, pluton specjalny ZOMO (17 osób), siedem armatek wodnych, helikopter, 55 wozów bojowych. Użyto broni - było dziewięć ofiar śmiertelnych i 21 rannych.

Na miejscu polegli:
Józef Czekalski (48 lat),
Krzysztof Giza (24 lata),
Ryszard Gzik (35 lat),
Bogusław Kopczak (28 lat),
Zenon Zając (22 lata),
Zbigniew Wilk (30 lat),
Andrzej Pełka (19 lat,)
oraz zmarli w szpitalu
Jan Stawisiński (21 lat)
Joachim Gnida (28 lat).
Najdłuższy strajk

Wojskowi komisarze zakładów pracy prowadzili negocjacje ze strajkującymi załogami. Grozili represjami karnymi i interwencją. Czasami groźby wywoływały efekt oczekiwany, czasami zaostrzały protest. W kopalni Anna w Pszowie komisarz wojskowy, chcąc zdementować informacje o krwawej pacyfikacji w kopalni Jastrzębie, zaproponował wyjazd delegacji strajkujących. Po powrocie… potwierdziła ona użycie siły. W efekcie górnicy zjechali pod ziemię i tam ponad stu kontynuowało strajk do 20 grudnia.

W całym regionie najdłużej protestowały: Huta Katowice oraz kopalnie Piast i Ziemowit.

Atak na Hutę Katowice - ze względu na znaczenie kombinatu, obawy przed sabotażem oraz możliwością podejmowania różnorodnych działań ze strony strajkujących - przygotowywano długo. Komitet strajkowy, nie widząc żadnych możliwości negocjacji, 23 grudnia o godz. 5.30 zakończył strajk. O 13 do huty wjechały czołgi 10. Sudeckiej Dywizji Pancernej. Z pracy zwolniono blisko jedną piątą załogi.

23 grudnia zakończył się również strajk w kopalni Ziemowit. Spod ziemi wyjechało 1300 górników.

Najdłużej trwała strajkowa szychta w Piaście, gdzie blisko 1 tys. ludzi siedziało pod ziemią dwa tygodnie - do 28 grudnia 1981 r. Był to ostatni w Polsce strajkujący po wprowadzeniu stanu wojennego zakład przemysłowy. W czasie procesu mecenas Jerzy Kurcyusz, obrońca oskarżonego o kierowanie strajkiem Zbigniewa Bogacza, powiedział: “Wbrew oporom ludzi złych lub głupich, wbrew żądaniom drakońskich kar porozumienie kiedyś nastąpić musi”. Sąd Bogacza uniewinnił, a był to wyrok w tym okresie wyjątkowy.

W 1984 roku Tadeusz Jedynak, ówczesny szef śląskiego podziemia, (internowany przez rok - od 13 grudnia 1981 do 23 grudnia 1982) tłumaczył mi:

- Widzieliśmy tę siłę 13 grudnia. Myślę, że Śląsk został jakby uratowany. Wbrew pozorom ubecja do końca nie miała rozpracowanych wszystkich działaczy. Oni znali ludzi z nazwiska, ale nie mogli tak wyłożyć ludzi na patelnię, jak to zrobili w innych regionach. Może dlatego, że to za duże terytorium, za dużo MKZ-ów, żeby wszędzie szperać. Było parę nazwisk znanych i tych ludzi w jakiś sposób się przycisnęło. Oczywiście zdejmowano zakładowych przewodniczących, zdejmowano jakichś innych ludzi. A te strajki w zakładach po 13 grudnia robili całkiem inni ludzie. Ludzie, którzy się od tych swoich przywódców na zakładach pracy nauczyli.

Żądania górników były konkretne: odwołanie stanu wojennego oraz uwolnienie internowanych i aresztowanych działaczy “Solidarności”. Komunikaty podane przez zmilitaryzowane telewizję i radio oraz specjalne gazetki mówiły o nieodpowiedzialnych elementach; wrócono do retoryki używanej w prasie po wydarzeniach radomskich w roku 1976.

Kij i marchewka

Przywódcy strajków dostali wyroki od trzech do siedmiu lat więzienia. Nikt wówczas nie miał nadziei na szybką amnestię. Ludzie, których odwiedzałem na początku 1982 roku na Śląsku, patrzyli na mnie z przerażeniem i zdziwieniem. Obawiali się prowokacji. W 1982 roku, kiedy wielu działaczy “Solidarności” zostało internowanych, kiedy wielu siedziało w więzieniach, szczególnie na Śląsku władza starała się zmusić górników, robotników nastawionych opozycyjnie, do wyjazdu z Polski. Wojskowi byli komisarzami w kopalniach. To pogarszało stosunki międzyludzkie i zwiększyło ilość tragicznych wypadków pod ziemią.

Dla górników był kij i marchewka. Kartka górnicza dawała możliwość kupienia sześciu kilogramów mięsa wtedy, gdy zwykły śmiertelnik miał szansę jedynie na 2,5 kg. Górnik miał też większe przydziały alkoholu i papierosów, które w pierwszym okresie stanu wojennego były reglamentowane. Najważniejsze były jednak przywileje z tytuły książeczek G, czyli możliwość kupowania za pracę w soboty i niedziele towarów, których w Polsce nie było. Lodówek, pralek, nart. Barbórki lat 1982 - 1988 wiązały się zawsze z akademiami, karczmami piwnymi, orderami, ale też ćwiartką gorzały i pętem kiełbasy.

W 1982 roku zwiększono wydobycie. Militaryzacja kopalń, przywiązanie do zakładu i nakaz przychodzenia sześć dni w tygodniu do roboty swoje robiły. Górnicy, przytłoczeni ciężarem najdłuższego w dziejach PRL protestu przeciw władzy, przestali czuć się gospodarzami zakładów. Bali się podpaść, bo równało się to z przeniesieniem do innego, gorzej płatnego oddziału wydobywczego, a zależne było od decyzji sztygara. Bali się ludzi, których w 1982 r. przyjmowano do kopalń, a których zadaniem była nie tyle praca wydobywcza, ile szpiegowanie.

JAROSŁAW J. SZCZEPAŃSKI
W tekście korzystałem m.in. z opracowania Jana Jurkiewicza “Solidarność Śląsko-Dąbrowska” oraz swoich materiałów i publikacji, m.in. książki “Górnik polski. Ludzie z pierwszych stron gazet”, Iskry 2005.

Kartki towarowe w stanie wojennym

Źródło: Rzeczpospolita: W kolejce po wszystko
09.12.2006

Tak się kończył w Polsce socjalizm

“Grzybki będą musiały nam podczas świąt zastąpić mięso, ryby a może i jaja” - pisała w “Życiu Warszawy” datowanym 12 - 13 grudnia 1981 roku Irena Gumowska, ówczesna guru gospodyń domowych. Na polskim stole wołowe z kością na długo zajęło wówczas miejsce schabowego. A kilka rolek papieru toaletowego stało się mile widzianym prezentem imieninowym.

Kartka towarowa z PRL

Zapamiętana i wyłaniająca się z dokumentów gospodarcza codzienność okresu stanu wojennego i lat 80. to kartki, kolejki i niedobór niemal wszystkiego. W fabrykach - komisarze wojskowi, przestoje wskutek wyłączeń prądu, niedostatek surowców i materiałów. Brak dewiz na import i możliwości kupowania na kredyt, bo wiele państw zachodnich wprowadziło sankcje wobec Polski. Wreszcie - emigracja. W latach 80. z Polski wyjechało kilkaset tysięcy ludzi. Nie tylko z przyczyn politycznych, ale także z poczucia ekonomicznej beznadziei.

Polskie porównania lata 1980 - 2005
Polskie porównania lata 1980 - 2005

Za czym kolejka ta stoi?

W 1982 roku na kartki były: mięso, masło, cukier, kasze, słodycze, proszek do prania, buty, obrączki ślubne. Pieluchy (z tetry, o pampersach nikt nie słyszał) i śpioszki dla dzieci przez całe lata 80. sprzedawano za okazaniem karty ciąży. Reglamentacja objęła także wódkę (z możliwością zamiany na kawę) i papierosy: zamiast trzech paczek można było dostać 10 dag cukierków.

W szczególnej cenie były kartki na benzynę. W 1982 r. miesięczny jej przydział do malucha wynosił 30 litrów, ale jednorazowo można było zatankować najwyżej dziesięć. Kto mógł, szukał dojść do pracowników stacji benzynowych, korumpując ich na wszelkie sposoby.

Cały kartkowy przydział trzeba było wystać w kolejkach, podobnie, jak jajka, sery czy olej. Kupno mebli, pralki czy lodówki przez całe lata 80. graniczyło z cudem: najpierw należało zapisać się do społecznej kolejki przed sklepem, potem - meldować na dyżurach. Wtedy właśnie pojawiła się nowa profesja: stacza, zazwyczaj emeryta lub rencisty, który za opłatą czekał przed sklepem na dostawę.

W trochę innej sytuacji byli rolnicy. Mieli minimalne przydziały kartkowe, ale prosiaka mogli wyhodować sami i jeszcze zarobić na sprzedaży mięsa miastowym. Nielegalny ubój kwitł niemal tak samo bujnie jak bimbrownictwo.

Załamanie objęło cały handel i to na wiele lat. W 1988 roku “pokrycie przychodów pieniężnych ludności dostawami towarów, wynoszące 77 proc., zbliżyło się do poziomu fatalnego 1982 roku” - piszą Janusz Kaliński i Zbigniew Landau w “Gospodarce polskiej XX wieku”. Jak wyliczają, wartość całej sprzedaży detalicznej (po uwzględnieniu inflacji) była w 1989 roku o 1 proc. mniejsza niż w 1980. Dostawy mięsa, czekolady i jaj zmalały o połowę. A Polsce przez ten czas przybyło ponad 2,5 miliona mieszkańców.

Życie ze “zrzutów”

Te braki byłyby jeszcze trudniejsze do zniesienia, gdyby nie pomoc zagraniczna. Zaczęła się w 1981 roku: do listopada napłynęło 3,8 mln paczek ze świata, głównie z żywnością.

W stanie wojennym i przez parę następnych lat mieszkańcy wielu krajów pomagali biedującym Polakom. Na skalę tak dużą, że można by ten okres nazwać epoką zrzutów. Przesyłki czasem trafiały bezpośrednio do potrzebujących, najczęściej jednak do kościołów, w których te dary dzielono. W przeciętnej paczce były konserwy, olej, kawa, herbata, czekolada, mydło, pasta do zębów, proszek do prania. Ze “zrzutów” pochodziły także lekarstwa, mleko i odżywki dla niemowląt, a nawet nasiona.

Większe pieniądze, mniejsze zakupy

Brakom, czyli załamaniu równowagi rynkowej, miały przeciwdziałać podwyżki cen, wówczas głównie urzędowych. Zaczęły się dwa miesiące po wprowadzeniu stanu wojennego i trwały przez całe lata 80.

W 1982 roku ceny wzrosły o 101 proc., w następnych latach zwiększały się rocznie o 15 - 25 proc., a w roku 1988 już o 60 proc. Wskaźników inflacji wtedy nie ogłaszano, zresztą tak naprawdę nie było po co: żeby obliczyć je w zgodzie z rzeczywistością, należałoby wziąć pod uwagę także “górkę” zawartą w cenie telewizora, upominek dla ekspedientki za odłożenie rajstop dla dziecka czy telefon o dostawie mebli. No i opłatę za ryzyko dla baby z cielęciną.

Wskutek inflacji sklepowe rachunki robiły się coraz wyższe. W 1981 roku największym nominałem w obiegu był banknot 2000 złotych, w czerwcu następnego roku pojawił się “pięciotysięcznik”.

Choć nasze portfele były coraz grubsze, coraz mniej mogliśmy kupić. Płace wprawdzie rosły, ale cen nie doganiały. W 1981 roku średnia pensja wynosiła 7689 złotych, a w 1988 roku - 53 090 zł. Przeciętne zarobki wzrosły więc w tym czasie 6,9 razy, a ceny, te urzędowe - 7,7 razy.

Jeśli już mieliśmy pieniądze, zamienialiśmy je na dolary, marki czy franki. Pod koniec dekady w bankach znajdowały się depozyty walutowe warte prawie cztery razy więcej niż te w złotych. Krajowy pieniądz był zresztą coraz słabszy. W 1982 r. za dolara na czarnym rynku płacono 400 złotych (pół litra krajowej wódki w Peweksie kosztowało wówczas 65 - 85 centów), w 1988 r. - 2500 zł. Rok później, gdy dolary można już było legalnie kupić w kantorze - najpierw 7400 zł, a potem nawet i 15 tysięcy złotych.

Na zwolnionych obrotach

Lata 80. to prawdziwy schyłek realnego socjalizmu. Nieefektywna gospodarka funkcjonowała na zwolnionych obrotach. Produkcja sprzedana przemysłu w 1988 roku była realnie zaledwie o 13 proc. większa niż w 1979 roku. Fabrykom ciągle brakowało importowanych surowców, półproduktów i materiałów. No i prądu: codziennie groziły im wyłączenia.

Fatalnie było z inwestycjami, które zaczęły maleć już od 1979 roku.

Dochód narodowy wytworzony przez 11 lat nie sięgnął poziomu z roku 1978. Zadłużenie zagraniczne przestaliśmy spłacać już w 1981 roku. Stan wojenny spowodował, że nie doszły do skutku starania o członkostwo w Międzynarodowym Funduszu Walutowym, które mogły stworzyć szanse na negocjacje z wierzycielami. Potem narastały zaległe odsetki, a do 1989 roku dług zwiększył się z 26 mld do 41 miliardów dolarów.

Podejmowane przez władze próby przełamania kryzysu i reform nie dawały efektów. Gospodarce pomogła natomiast ustawa zezwalająca na tworzenie firm z udziałem kapitału zagranicznego. Powstające wówczas firmy polonijne ożywiły pewne jej dziedziny. Podobne skutki miała liberalizacja przepisów paszportowych po formalnym zniesieniu stanu wojennego. Polacy zaczęli masowo wyjeżdżać za granicę w celach handlowych, przywożąc do kraju najpierw tony proszków do prania i kawy, a potem - tureckie swetry, magnetowidy, kasety wideo, komputery w częściach i samochody. Rozbudzona podczas tych wyjazdów przedsiębiorczość w pełnej skali ujawniła się już w nowej epoce politycznej i gospodarczej.
HALINA BIŃCZAK

Rozliczenie stanu wojennego

Źródło: Rzeczpospolita: Stan wojenny bez rozliczenia
09.12.2006

Klimat do rozliczeń stanu wojennego w Polsce zmienił się dopiero po komisji Rywina

15 listopada 1997 roku. Sala Sądu Wojewódzkiego w Katowicach nabita. Ludzie stoją nie tylko dlatego, że za chwilę ma być ogłoszony wyrok, ale także z powodu tłoku. Początkowo jest cisza, ale gdy sędzia Ewa Krukowska wyczytuje kolejne nazwiska zomowców i słowo: “uniewinnić”, na sali narasta zamieszanie. Zanim sędzia kończy odczytywanie wyroku, zaczynają się okrzyki: “Niech się pani nie wysila”, “Hańba!”, “Sąd pod sąd”, “Strzelali do ludzi, a teraz nie ma winnych”. Zamieszanie jest tak wielkie, że między wyrokiem a uzasadnieniem sędzia ogłasza przerwę. W tym czasie zbulwersowana publiczność opuszcza salę. Potem w uzasadnieniu pojawi sięopinia, że odblokowywanie kopalń w stanie wojennym należało do obowiązków służbowych milicji.

Scena z ogłoszenia pierwszego wyroku w sprawie zomowców odpowiedzialnych za śmierć górników w kopalni Wujek jest symboliczna dla procesu rozliczania przestępstw PRL w minionych 17 latach.

Pytanie o rozliczenie stanu wojennego powraca przy okazji kolejnych grudniowych rocznic. Od lat najczęściej pada odpowiedź - nie został on rozliczony. Czy jest jeszcze szansa, by coś tu zmienić?

Dotąd nigdy jednoznacznie nie odpowiedziano na pytanie, jak to rozliczenie w ogóle powinno wyglądać. Czy powinniśmy rozliczać stan wojenny jako taki, jego autorów i skutki? Czy może tylko przypadki, w których złamano wówczas obowiązujące prawo? Rzeczywistość ostatnich lat pokazała, że możliwe było tylko to drugie, i to też w sposób niepełny i nieudolny. Dopiero ostatnio zaczęło się to zmieniać.

- Rozliczenie stanu wojennego nie nastąpiło, bo nie było woli politycznej - uważa senator PiS Zbigniew Romaszewski. - Zdecydował o tym przede wszystkim aksamitny sposób wychodzenia z komunizmu, zapoczątkowany rozmowami Okrągłego Stołu. W efekcie nie nastąpiła wymiana elit, a ze strony elit postpezetpeerowskich istniał gigantyczny opór przeciw jakimkolwiek rozliczeniom, bo były zainteresowane utrzymaniem pozycji w strukturze społeczeństwa. To był grzech pierworodny III RP - dodaje.

Jan Rokita z PO, który w latach 1989 - 1991 stał na czele nadzwyczajnej komisji sejmowej badającej zabójstwa popełnione przez funkcjonariuszy MSW w stanie wojennym, zgadza się z tą opinią, ale tylko częściowo.

- Oddzielić od siebie trzeba dwie kwestie - rozliczeń autorów stanu wojennego oraz osądzenia przestępstw w stanie wojennym, popełnianych przez funkcjonariuszy milicji. Kwestia pierwsza ma wymiar polityczny i dopiero w ostatnich latach doszło w tej sprawie do przełomu. Wynikało to z klimatu po aferze Rywina. Pierwszym sygnałem było skazanie generała Czesława Kiszczaka w 2004 roku, a kolejnym - śledztwo IPN dotyczące autorów stanu wojennego. Co do drugiej kwestii, niektóre przestępstwa zostały osądzone już dawno, a część z nich, w tym niektóre zabójstwa, jest już dziś nie wyjaśnialna - mówi Rokita.

Trybunału Stanu nie było

Prześledzenie kolejnych prób rozliczania stanu wojennego w ostatnich kilkunastu latach potwierdza tezę Rokity - sytuacja zaczęła się zmieniać około 2003 roku.

Nieudana była próba podważenia legalności całego stanu wojennego i wszystkich jego skutków w parlamencie. Sejm II kadencji w 1996 roku, zdominowany przez formacje postkomunistyczne, zgodził się z wnioskiem Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej, że nie ma podstaw do stawiania generała Wojciecha Jaruzelskiego i członków Rady Państwa przed Trybunałem Stanu. Mimo że dla nikogo nie ulegało wątpliwości, iż Rada Państwa wydała dekret o stanie wojennym wbrew PRL- owskiej konstytucji.

Posłowie uznali jednak, że autorzy stanu wojennego działali “w stanie wyższej konieczności”, bo polskie władze “miały pełne i obiektywne podstawy do tego, aby obawiać się zbrojnej interwencji wojsk Układu Warszawskiego lub interwencji wojsk ZSRR”.

Kiszczak i MO przed Temidą

Skoro stan wojenny był legalny, legalne było też jego prawo. Można więc było sądzić jedynie tych, którzy je złamali. Ale i to odbywało się z wielkimi problemami. Symboliczne znaczenie mają tu trzy najgłośniejsze sprawy lat 80.: zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki (choć został zamordowany już po formalnym zniesieniu stanu wojennego), śmierci górników z kopalni Wujek oraz zabójstwa Grzegorza Przemyka.

Już podczas procesu toruńskiego w 1985 roku było oczywiste, że czterej sądzeni oficerowie SB to nie są jedyni sprawcy śmierci księdza Jerzego Popiełuszki. Po 1990 roku przed sądem postawiono dwóch generałów MSW - byłego szefa SB Władysława Ciastonia i szefa Departamentu IV Zenona Płatka. Ich proces toczył się w latach 1992 - 1994. Zakończył się uniewinnieniem. Po kilku latach przed sądem znowu stanął sam Ciastoń. Jednak w 2002 roku znów został uniewinniony.

Jeszcze bardziej skomplikowane były dzieje procesu zomowców odpowiedzialnych za śmierć dziewięciu górników w kopalni Wujek. Ich proces przed Sądem Okręgowym w Katowicach zaczynał się trzykrotnie. Finał procesu rozpoczętego w 1993 roku został przytoczony wyżej. Podobny był efekt drugiego procesu, który toczył się w latach 1999 - 2001. Trzeci proces zaczął się we wrześniu 2004 r. Rokita we wszystkich zeznawał jako świadek i podkreśla, że dopiero teraz odniósł wrażenie, iż sąd chce doprowadzić sprawę do końca.

W oddzielnym postępowaniu sądzony był generał Czesław Kiszczak za wydanie szyfrogramu, który decyzję o użyciu broni scedowywał na dowódców lokalnych akcji pacyfikacyjnych. W 1996 roku, po pierwszym procesie, został uniewinniony. Na karę w zawieszeniu sąd skazał go dopiero po drugim procesie, w marcu 2004 r.

Podobnie wyglądała historia procesów milicjantów oskarżonych o śmiertelne pobicie Grzegorza Przemyka. W 1997 roku tylko jeden z nich Arkadiusz Denkiewicz otrzymał wyrok czterech lat (zmniejszony do dwóch na podstawie amnestii) za słowa “bijcie tak, aby nie było śladów”. Drugi milicjant Ireneusz K. był już cztery razy uniewinniany, a obecnie staje przed sądem po raz piąty. Ostatnio jednak być może pojawiła się szansa na przełom, bo znaleziono nowy materiał dowodowy - zdjęcia z nieoficjalnej wizji lokalnej, przeprowadzonej przez milicję w komisariacie przy ul. Jezuickiej krótko po śmierci maturzysty.

Tezę Rokity potwierdza natomiast ostateczny finał sprawy milicjantów odpowiedzialnych za śmierć trzech demonstrantów w Lubinie 31 sierpnia 1982 r. Z dwóch pierwszych procesów, zakończonych w 1995 i 1998 r., wyszli obronną ręką. Dopiero w 2003 roku zastępca komendanta wojewódzkiego MO w Legnicy Bogdan Garus, zastępca komendanta rejonowego w Lubinie Jan Maj oraz dowódca plutonu ZOMO Tadeusz Jarodzki otrzymali wyroki więzienia.

Komisja Rokity bez kropki nad i

Przed 2000 rokiem działająca w Sejmie kontraktowym komisja Rokity była bodaj jedynym organem państwa, który potraktował sprawę rozliczeń poważnie. Po dwóch latach pracy i przebadaniu 115 tajemniczych zgonów stwierdziła, że w 91 organy bezpieczeństwa miały na pewno lub prawie na pewno swój udział. Choć raport wskazywał na odpowiedzialność ponad 100 funkcjonariuszy, a także około 70 prokuratorów odpowiedzialnych za matactwa, nie było daleko idących konsekwencji prawnych. Osiem lat więzienia dostał milicjant, który podczas demonstracji w Krakowie 13 października 1982 r. zastrzelił Bogdana Włosika. Niewielkie wyroki otrzymali milicjanci odpowiedzialni za śmierć trzech innych osób.

IPN wziął sprawy w swoje ręce

Od tamtego czasu działo się niewiele (choć istotna była nowelizacja kodeksu karnego z 1995 roku, ustalająca, że bieg przedawnienia przestępstw funkcjonariuszy publicznych z czasu PRL zaczyna się w 1990 roku) aż do powstania w 2000 roku Instytutu Pamięci Narodowej. W badaniu przestępstw lat 80. wyspecjalizował się pion śledczy katowickiego oddziału IPN - właśnie tam w tym roku przygotowane zostały akty oskarżenia przeciw twórcom stanu wojennego. Mimo tych wysiłków wiele spraw nie zostało wyjaśnionych i dziś są na to niewielkie szanse. Jak choćby głośna sprawa śmierci działacza “Solidarności” RI Piotr Bartoszcze w lutym 1984 r. czy tajemniczych zabójstw trzech księży - Stefana Niedzielaka, Stanisława Suchowolca i Sylwestra Zycha - już w 1989 roku.

Niewykluczone, że gdyby nie zaniechania z lat 90., szanse na wyjaśnienie także tych spraw byłyby większe. Zbigniew Romaszewski nie dziwi się, że badanie tych spraw miało taki, a nie inny przebieg. - Jak dyspozycyjny aparat przemocy PRL miał sprawiedliwie osądzić przestępstwa tamtego systemu - pyta retorycznie. Rokita jednak zastrzega: - Konkluzja, że niczego w ogóle nie rozliczono, też jest nieprawdziwa.

PIOTR ŚMIŁOWICZ

Bibuła i kolportaż - czasopisma w stanie wojennym

Źródło: Rzeczpospolita: Bibuła i kolportaż
09.12.2006

W 1982 roku w podziemiu ukazywało się co najmniej osiemset czasopism

Wolności słowa drukowanego nigdy nie było w Polsce tyle, co w stanie wojennym. Była prawie nieograniczona. Kosztowała tyle, co ryza papieru, kawałek muślinu i pudełko pasty Komfort. Albo kilka miesięcy więzienia.

I nigdy wcześniej ani potem nie miała takiej wagi. Bibuła, a właściwie jej obieg, był podstawową formą istnienia zakazanej “Solidarności”, a kartka powielaczowa jej głównym orężem.

Zbrojne bojówki władzy nocą 13 grudnia splądrowały wszystkie lokale związkowe w poszukiwaniu arsenałów “Solidarności”. Nie znalazły ani jednej sztuki broni, ani jednego naboju. Nic nie dały rewizje w domach opozycjonistów. Po paru miesiącach gorliwego tropienia funkcjonariusze SB znaleźli u dwóch związkowców z Piotrkowa Trybunalskiego dwa pistolety własnej konstrukcji. Naprawdę to aktywiści partyjni i ormowcy zaopatrzyli się na początku stanu wojennego w pistolety. Wydano ich tyle, że - jak ustalił Andrzej Paczkowski - wystarczyłoby do wyposażenia w broń krótką pięciu dywizji.

Po wypowiedzeniu jej wojny polsko- jaruzelskiej podziemna “Solidarność” nie odstąpiła od walki non- violence. Koncepcję długiego marszu następująco wyłożyli 24 stycznia 1982 roku przywódcy Mazowsza - Zbigniew Bujak i Wiktor Kulerski - w liście do Władysława Frasyniuka kierującego podziemiem we Wrocławiu: “Należy przebudować organizację związkową w strukturę zdecentralizowaną i niesformalizowaną, opartą na grupach związkowców, których łączą więzy koleżeńskie, sąsiedzkie i przyjacielskie”. Trzeba się skupić - pisali - “na niesieniu pomocy prześladowanym i ich rodzinom; odrodzeniu niezależnej prasy i sieci jej kolportażu; stworzeniu nowej sieci łączności; wznowieniu ruchu wydawniczego; wypracowaniu systemu zbierania i przekazywania informacji; doprowadzeniu do wytworzenia się skutecznie działającej opinii publicznej, z którą będą się musieli liczyć służalcy; stopniowym organizowaniu biernego oporu i walki cywilnej”.

Głównym pomysłem na budowanie podziemnej “Solidarności” była produkcja i rozpowszechnianie bibuły. Bujak i Kulerski formułując tę koncepcję, czerpali nie tylko z doświadczeń pracy niepodległościowej pod zaborami i państwa podziemnego z czasów II wojny światowej, ale również z zaobserwowanej w ciągu z górą miesiąca spontanicznej reakcji społeczeństwa na zbrojną akcję WRON. Strajki zostały spacyfikowane, manifestacje uliczne rozbite, sparaliżowana działalność związkowa. A drugi obieg eksplodował!

Oprócz operacji o kryptonimie “Jodła”, polegającej na aresztowaniu i internowaniu przywódców “Solidarności” i opozycji, funkcjonariusze MSW mieli w pierwszym dniu stanu wojennego do przeprowadzenia również operacje “Klon” i “Azalia”. Pierwsza miała na celu zastraszenie liderów, którzy nie zostali internowani, aby nie podejmowali żadnej działalności publicznej, czyli odebranie społeczeństwu zdolności do samoorganizacji. Druga - przerwanie i udaremnienie łączności i komunikacji. Wyłączone zostały telefony i - co ważniejsze dla spacyfikowania “Solidarności” - teleksy; to tak, jakby dziś zamilkły telefony komórkowe i przestał działać Internet. Przywrócona na poważnie została cenzura publikacji i rozwinięta (bo zawsze w PRL istniała) perlustracja (kontrola) korespondencji, zawieszona większość gazet i czasopism, zmilitaryzowane telewizja i radio, zakazane swobodne podróżowanie. Bojówki ZOMO i SB, nie znalazłszy w siedzibach “Solidarności” arsenałów broni, zostawiały po sobie poprzewracane dalekopisy z przeciętymi przewodami, roztrzaskane lub unieruchomione powielacze, zniszczone urządzenia do nagrywania kaset magnetofonowych i sprzęt nagłaśniający. Jednym z głównych celów autorów stanu wojennego było bowiem przywrócenie monopolu władz na rozpowszechnianie informacji i sparaliżowanie swobodnej komunikacji społecznej. Tego celu nie osiągnięto.

Pierwsze niezależne gazety w stanie wojennym ukazały się od razu 13 grudnia. Wydawały je komitety strajkowe w dużych zakładach,zwłaszcza tam, gdzie odtwarzały się tymczasowe władze regionalne związku. Produkowane były przeważnie na zakładowym sprzęcie poligraficznym, żyły więc tyle, ile trwał strajk - dzień, dwa, maksimum trzy.

Niewiele później wyszły pierwsze numery czasopism stworzonych w konspiracji. Wrocławskie “Z dnia na dzień” (kontynuacja organu regionalnych władz “Solidarności”; pismo stało się rekordzistą kraju - ukazało się 540 jego numerów, w tym w konspiracji prawie 400) zostało wydrukowane już w nocy z 14 na 15 grudnia. Pierwszy numer krakowskich “Aktualności” nosił datę 14 grudnia. Warszawskie “Wiadomości Dnia”, później “Wiadomości” - 17 grudnia. Z tą samą datą ukazała się łódzka “Solidarność Walcząca”.

W Warszawie 7 stycznia 1982 roku zadebiutował “Tygodnik Wojenny”. Niewiele później, ale jeszcze w styczniu, ukazał się ” CDN Głos Wolnego Robotnika”, “Wola”, “KOS”. 11 lutego - “Tygodnik Mazowsze”, najbardziej znana gazeta podziemna. W Poznaniu “Obserwator Wielkopolski”, w Krakowie “Biuletyn Małopolski”, w Gdańsku “Solidarność”, we Wrocławiu “Biuletyn Dolnośląski” i “Solidarność Dolnośląska”. To tylko najbardziej popularne tytuły. Ich zasięg był ponadregionalny, redakcja - profesjonalna, trwałość wieloletnia. “Tygodnik Mazowsze” ukazywał się w nakładzie kilkudziesięciu tysięcy egzemplarzy, pozostałe osiągały po kilkanaście i więcej tysięcy. Rozpowszechnianiem każdego z pism zajmowało się od kilkuset do kilku tysięcy ludzi. Kolportaż bibuły w istocie stanowił siatkę organizacyjną podziemia.

Ale gazetkę podziemną w stanie wojennym mógł w zasadzie wydać, kto chciał. Znajomość najprostszej techniki powielania - sitodruku - była po okresie solidarnościowego karnawału dość rozpowszechniona. Umiejętność drukowania wydawała się wówczas tak naturalna, że cenzura przegapiła swego rodzaju instruktaż - dodatek “Mały drukarz” opublikowany w… czasopiśmie dla dzieci “Miś”. Bibliografia podziemnego ruchu wydawniczego odnotowuje tytuły efemerycznych czasopism, wydanych raz lub kilka razy; ktoś chciał się publicznie wypowiedzieć i na tyle wystarczyło mu ochoty lub weny. Bibuła wychodziła nawet w ośrodkach internowania, gdzie gazetki były przepisywane ręcznie albo powielane za pomocą rozmaitych wynalazków. Matrycą drukarską mogła się na przykład stać cynfolia z opakowania czekolady nakłuwana igłą, a farbą drukarską - pasta do butów.

Dla okresu stanu wojennego charakterystyczna była znaczna liczba czasopism satyrycznych. Krakowska Wolna Oficyna Bezcykoryjnych wydała np. dwa numery “Wroniego Zwierciadła”, warszawska Nowa Agencja Informacyjna - “Żółwia wrona nie pokona”. Istniała też “Dżdżownica - Organ Pełzającej Kontrrewolucji”. Przeważnie były to efemeryczne tytuły. Przez kilka lat jednak ukazywała się ” Jaruzela” (aluzja do wydawanej legalnie w Łodzi “Karuzeli”); dokonała żywota już w 1989 roku pod zmienioną nazwą “Głos Szarego Członka”.

Jednym z weselszych tytułów, choć najzupełniej poważnego pisma, był biuletyn “Solidarności” w warszawskim Miejskim Przedsiębiorstwie Taksówkowym - “Głos Wolnego Taksówkarza”. Powszechnie żartowano, że łatwiej zdobyć “Głos…” niż wolną taksówkę.

Wiele czasopism podziemnych osiągało rozmiar sporych książek i wysoki poziom literacki, eseistyczny i publicystyczny. Można by wymienić co najmniej kilkadziesiąt tytułów takich almanachów. Ewenementem na skalę światową były naukowe, redagowane i wydawane w konspiracji periodyki, jak wrocławski socjologiczny “Przyjaciel Nauk” i warszawski “Almanach Humanistyczny”.

W 1982 roku w podziemiu ukazywało się w całym kraju co najmniej 800 czasopism. Wydano ponad 300 książek i broszur. W następnych latach liczba tytułów prasowych poza zasięgiem cenzury zbliżyła się do 2 tysięcy, książek - do 4,5 tysiąca.

Co czwarty dorosły obywatel Polski zetknął się w stanie wojennym z drugim obiegiem wydawniczym. W dużych miastach w miarę regularnie miewało kontakt z bibułą 40 procent czytających, a w metropoliach - 60 procent.
ANDRZEJ KACZYŃSKI

Wojciech Jaruzelski - donosicielem w czasach stalinowskich

Źródło: Rzeczpospolita: Dossier agenta “Wolskiego”
09.12.2006

Wojciech Jaruzelski był donosicielem Informacji Wojskowej w najbardziej ponurych czasach stalinowskich

Wojciech Jaruzelski donosicielem Informacji Wojskowej
Flamastry wyblakły i nazwisko Jaruzelskiego wyszło na wierzch

Środowisko, w którym w 1923 r. przyszedł na świat Wojciech Jaruzelski, stanowczo nie predestynowało go do kariery generała komunistycznej Polski. Jego szlachecka, inteligencka rodzina zawsze była niepodległościowa i katolicka.

W kierunku lewicowości nie pchnęły młodego Wojciecha także patriotyczna atmosfera II Rzeczypospolitej oraz nauki, jakie w latach 1933 - 1939 pobierał w podwarszawskim Kolegium Księży Marianów. Służył do mszy, a w szkolnej gazetce pisywał artykuły o bohaterach poległych w 1920 r. “w obronie kraju przed czerwonym najeźdźcą”. W czerwcu 1941 r. w ramach trzeciej, największej fali deportacji, która rozpoczęła się tuż przed uderzeniem Niemców, Jaruzelski został wywieziony z rodziną na Syberię. Tu zmarł jego ojciec, a on sam pracował przy wyrębie lasu. W lipcu 1943 r. został zmobilizowany do Armii Polskiej budowanej w ZSRR na polecenie Stalina pod polityczną kuratelą polskich komunistów. Uznano, że nadaje się na oficera, i wysłano go do szkoły w Riazaniu. Po jej ukończeniu Jaruzelski trafił do zwiadu 5. Pułku Piechoty. Z jednostką tą walczył na Lubelszczyźnie, na Wale Pomorskim i w Brandenburgii, docierając do Łaby.

Niedługo po zakończeniu działań wojennych w Europie macierzysta jednostka Jaruzelskiego trafiła w rejon Hrubieszowa, gdzie do lipca 1946 r. wspólnie z NKWD walczyła z UPA i oddziałami Narodowych Sił Zbrojnych. Stamtąd 5. Pułk Piechoty przeniesiono do Piotrkowa. W Piotrkowskiem zwalczał niepodległościową partyzantkę WIN, NSZ i KWP. Zanim pięć lat temu powyższe fakty opisał jego biograf Lech Kowalski, Jaruzelski pomijał je milczeniem. Albo mówił, że walczył tylko z Ukraińcami.

Błyskotliwa kariera

Fala sowietyzacji ludowego WP powinna zakończyć karierę Wojciecha Jaruzelskiego. Ludzie z takim pochodzeniem mieli być definitywnie usunięci. Ale nic takiego się nie stało. Przeciwnie - Jaruzelski z niebywałą szybkością wspinał się po kolejnych szczeblach kariery. W lipcu 1948 r. towarzysz Bierut nadał mu stopień majora, pół roku później z tych samych rąk dostał awans na podpułkownika. Niedługo potem Wojciech Jaruzelski objął w Dowództwie Wojsk Lądowych funkcję szefa Wydziału Szkół i Kursów Oficerów Rezerwy i Kursów Sztabu Wojsk Lądowych, gdzie rozpoczął przebudowę podległych struktur według wzorców obowiązujących w ZSRS.

Starał się też nadać procesowi szkolenia wojskowego “właściwe” oblicze. Ale całkowite wyeliminowanie elementu obcego klasowo nie zawsze się udawało. W jednym z listów do swojego przełożonego, sowieckiego generała Stanisława Popławskiego, Jaruzelski pisał: “mimo czujności, jaką wykazała Komisja Kwalifikacyjna przy naborze kandydatów do szkoły, kilku uczniów wykazało wrogi stosunek do obecnej rzeczywistości w Polsce i do Związku Radzieckiego. Zanotowano wrogie wypowiedzi ze strony niektórych uczniów pochodzących przeważnie ze środowiska inteligenckiego i drobnomieszczańskiego.”

Za Jaruzelskiego niezwykle istotnym elementem wyszkolenia bojowego stała się znajomość “Krótkiego kursu WKP(b)” i zagadnień omawianych na XIX Zjeździe KPZR. Podległy mu wydział opracował też “Program szkolenia politycznego i ogólnowojskowego dla 2- i 3- letnich Szkół Oficerskich na lata 1951/1952″, w którym krytykowano “biologię burżuazyjną” i wychwalano osiągnięcia sowieckich szarlatanów Iwana Miczurina i Trofima Łysenki.

Zaangażowanie Jaruzelskiego musiało budzić zadowolenie przełożonych. Ale czy mogło zatrzeć pamięć o jego fatalnym pochodzeniu klasowym? Dlaczego Jaruzelski nie został usunięty z wojska? Dlaczego przynajmniej nie zablokowano jego kolejnych awansów? Wystarczyła tu tylko gorliwość, czy może było coś więcej?

Wartościowy rezydent

7 maja 1949 r. szef Oddziału II Sztabu Generalnego WP (wywiad) gen. Wacław Komar zwrócił się do szefa Głównego Zarządu Informacji WP (kontrwywiad) płk. Stefana Kuhla z prośbą o opinię w sprawie 10 oficerów. Byli oni brani pod uwagę jako kandydaci do pracy w Oddziale II Sztabu Generalnego WP. Na liście po numerem 1 figurował ppłk Wojciech Jaruzelski.

Informacja Wojskowa, czyli bezpieka w mundurach, zbierała informacje o wszystkich “podejrzanych” w szeregach ludowego WP. Sprawdzenie przed awansem na ważne stanowisko chroniło komunistyczne wojsko przed “elementami wrogimi wobec socjalizmu i ZSRR”. Kiedy więc do GZI wpłynęło pismo gen. Komara, Kuhl nakazał sprawdzenie wspomnianych oficerów w ewidencji operacyjnej i archiwach. W wyniku tych czynności w notatce dla płk. Kuhla zebrano najważniejsze odnalezione informacje. Pod numerem 1 notatki pisano:

“1. Jaruzelski Wojciech s. Władysława, ur. w 1923 r. w m. [miejscowości] Kurów pow. Puławy. Syn zarządcy majątku. (…). W lipcu 1943 r. zostaje zmobilizowany do Armii Polskiej i od tego czasu służy w WP ostatnio - szef Wydziału Sztabu Dowództwa Wojsk Lądowych. Jest naszym tajnym informatorem, pseudonim “Wolski” - zwerbowanym 23.03.46 r. w 5. Pułku Piechoty 3. Dywizji Piechoty na uczuciach patriotycznych. Dobry tajny współpracownik, nadający się na rezydenta. Charakteryzowany jako jednostka wartościowa, członek Partii. Kompromitujących materiałów nie posiadamy”.

Posiadając takie informacje, płk Kuhl pozytywnie zaopiniował kandydaturę Jaruzelskiego do pracy w Oddziale II Sztabu Generalnego WP. Co ciekawe, podobną ocenę uzyskało też dwóch innych oficerów, którzy legitymizowali się “niewłaściwym” pochodzeniem społecznym. Ci także figurowali w ewidencji jako agenci Informacji Wojskowej.

Zaginione dokumenty, zamazane zapisy

Powyższa korespondencja dotycząca Wojciecha Jaruzelskiego została odnaleziona w Instytucie Pamięci Narodowej w 2005 r. Nie wyczerpuje ona listy dokumentów, które zachowały się w tej sprawie. Kilka innych szczegółów można ustalić za pomocą książek ewidencyjnych byłej Informacji Wojskowej, w której wpisywano wszystkich agentów tej struktury na terenie kraju. Tu także, dwukrotnie, pojawia się nazwisko Wojciecha Jaruzelskiego. Zapisy te jednoznacznie wskazują, że był on agentem o pseudonimie Wolski.

Ale teczek “Wolskiego” nie ma w archiwach IPN. Zniknęły prawdopodobnie w latach 70., kiedy Jaruzelski był już jednym z najbardziej wpływowych oficerów ludowego WP. W książce ewidencyjnej jest tylko adnotacja, że dokumenty są “u kierownictwa”. Potem ich ślad się urywa. Co ciekawe, usiłowano też zatrzeć wszelkie ślady łączące Jaruzelskiego z agentem “Wolskim” w ewidencji operacyjnej Informacji Wojskowej. O ile jednak wyjęcie kart ze stosownych kartotek operacyjnych z reguły jest czynnością łatwą i nie pozostawiającą żadnych śladów, o tyle usunięcie zapisów z opasłych dzienników ewidencyjnych jest zdecydowanie trudniejsze. Zdecydowano się więc na zamazanie ich flamastrami. Czynność tą wykonano nieudolnie - flamastry wyblakły i dziś zapisy można bez problemu odczytać. Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy ślady po agencie “Wolskim” zacierali jeszcze ludzie z podległej Jaruzelskiemu WSW, czy też może funkcjonariusze WSI już w czasach niepodległej Rzeczypospolitej.

Kiszczak, oficer prowadzący

Warto przy tym wspomnieć, że w 2005 r. opublikowano jeszcze jeden dokument dotyczący powyższej sprawy. Chodzi o raport enerdowskiego kontrwywiadu wojskowego z 14 marca 1986 r., który zdobył informacje o agenturalnej przeszłości Wojciecha Jaruzelskiego. Jest on tam charakteryzowany jako aktywny i wartościowy konfident, a jego oficerem prowadzącym w latach 50. miał być ówczesny młody oficer Informacji Wojskowej Czesław Kiszczak.

To właśnie Kiszczak miał uratować Jaruzelskiego przed usunięciem z wojska: “gdy w końcu roku 1952 ówczesny szef Głównego Zarządu Politycznego WP gen. Kazimierz Witaszewski zażądał zwolnienia tow. Jaruzelskiego z armii z powodu jego burżuazyjnego pochodzenia społecznego, tow. Kiszczakowi udało się zgromadzić stosowne dowody nadzwyczaj pozytywnej postawy ideologicznej oraz nastawienia tow. Jaruzelskiego do państwa i armii”.

Jeśli informacje podane w cytowanym meldunku są prawdziwe, jasne się staje, dlaczego do 1989 r. Kiszczak należał do najbliższych współpracowników gen. Jaruzelskiego.

Na kogo donosił

Ale zachowana dokumentacja nie odpowiada na szereg pytań dotyczących agenta “Wolskiego”. Jednym z najważniejszych jest kwestia, na kogo ów agent donosił. Nie ulega wątpliwości, że przedmiotem jego raportów nie były sprawy związane z UPA, polskim podziemiem czy nastrojami ludności - te informacje Jaruzelski pisał do swoich przełożonych i organów Informacji zupełnie oficjalnie. Tą samą drogą wędrowały jego raporty dotyczące nastrojów wśród podległych mu żołnierzy. Można więc postawić tezę, że informacje “Wolskiego”, jeśli miały być “wartościowe”, mogły dotyczyć tylko jednej materii: kadry oficerskiej macierzystej jednostki wojskowej. W późniejszym okresie zaś oficerów z Dowództwa Wojsk Lądowych i szeroko pojętego pionu szkolenia ludowego WP. Powyższą hipotezę potwierdza jeden z zachowanych zapisów ewidencyjnych, z którego wynika, że agent “Wolski” był umieszczony w Wyższej Szkole Piechoty. Do tej uczelni uczęszczał Jaruzelski.

To, co do tej pory odnaleziono w archiwach IPN, pozwala na postawienie fundamentalnej dla jego biografii kwestii. Czy człowiek z takiej rodziny mógł bez głębszej przyczyny piąć się po szczeblach kariery w czasach stalinowskich? Czy z tym pochodzeniem można było od tak sobie zostać szefem Głównego Zarządu Politycznego, a potem I sekretarzem KC PZPR? Czy Jaruzelski przetrwał w armii i robił błyskotliwą karierę dzięki agenturalnej współpracy z Informacją Wojskową? Czy Jaruzelski byłby prezydentem Polski, gdyby nie agent “Wolski”?
PIOTR GONTARCZYK

Obrona systemu - przyczyny wybuchu stanu wojennego

Źródło: Rzeczpospolita: Obrona systemu
09.12.2006

Czy gdyby w latach 1980 i 1981 w Polsce władza była ze społeczeństwem, udałoby się obronić wolnościowe aspiracje Polaków przed presją Związku Radzieckiego?

Andrzej Friszke: Jest to pytanie retoryczne. Wszystkie znane dokumenty góry partyjnej świadczą o tym, że uważała ona to co, działo się w Polsce od sierpnia 1980 roku, za dotkliwą porażkę, i próbowała zachować możliwie wszystkie dotychczasowe mechanizmy ustrojowe, obronić je przed rewindykacjami społecznymi. Sama postawiła się więc, siłą rzeczy, w sytuacji konfrontacyjnej.

Z drugiej strony nie mogło być inaczej, społeczeństwo się radykalizowało. Rewolucja ma swoją dynamikę. I nawet gdyby jesienią 1980 roku partia nie wywołała konfliktu rejestracyjnego, nie prowokowała kryzysów lokalnych, okazała się bardziej dialogowa czy ustępliwa, to nie sądzę, by mogło to pohamować radykalizację nastrojów i dążeń. Ona by postępowała, ponieważ ludzie chcieli odzyskać wolność. A to dla PZPR oznaczało koniec systemu. Była tu absolutna sprzeczność racji, wizji świata, rozumienia dobra kraju. Obie strony były skazane na konfrontację.

W jakim stopniu rewolucyjna dynamika i radykalizowanie się “Solidarności” były prowokowane przez władze? We wrześniu 1980 roku członek Biura Politycznego Andrzej Żabiński mówił: dajmy działaczom “Solidarności” zachłysnąć się możliwościami i zaszczytami, pozwólmy im upajać się gabinetem z palmą i autem z kierowcą. W październiku 1981 roku minister spraw wewnętrznych Czesław Kiszczak zalecał, żeby “Solidarność” “wpuszczać w maliny” lokalnych, niezrozumiałych dla ogółu, konfliktów.

To ostatnie było już wyraźnie związane z przygotowaniami do stanu wojennego, miało na celu udowodnienie, że postępuje anarchizacja kraju.

Rewolucja “Solidarności” była pokojowa i polegała m.in. na tym, że “na dole”, w zakładach, związek doskonale porozumiewał się na przykład z inżynierami, którzy kiedyś należeli do partii albo nadal w niej byli. Większość ludzi ze średniego szczebla zarządzania potrafiła ułożyć sobie życie z “Solidarnością” na uczelniach, w zakładach czy szkołach. Więcej: część zarządów regionów potrafiła sobie nawet z niektórymi komitetami wojewódzkimi ułożyć niekonfrontacyjną współpracę. W partii powstał ruch struktur poziomych, który wyrażał chęć reform, zmiany systemu na w gruncie rzeczy pluralistyczny, bo akceptujący samorządność i prawo związku zawodowego do wyrażania opinii o różnych sprawach i wpływania na decyzje.

W ten sposób jednak struktura władzy, która polegała na monopolu kierownictwa partii w rządzeniu całym państwem metodą odgórnych dyspozycji, zaczęła się sypać. Najbardziej wyrazistym przejawem erozji systemu - i moim zdaniem bardzo istotnym powodem, dla którego została podjęta decyzja o wprowadzeniu stanu wojennego - była ustawa o samorządnym przedsiębiorstwie. Mimo oporu kierownictwa partii “Solidarność” wynegocjowała w Sejmie kompromisową wersję ustawy. Posłowie na początku września 1981 roku uznali się zatem za podmiot niezależny od kierownictwa partii. Za czynnik mediacji pomiędzy “Solidarnością” i władzą. Co to znaczyło? Że Sejm przestaje być narzędziem partii. A to już była zmiana systemowa. Różne niższe ogniwa władzy publicznej zajmowały pośrednią postawę, mediacyjną. A partia chciała bronić starego systemu, w którym miała monopol na wszystko.

Slogan, który ukuł generał Jaruzelski, o “linii walki i porozumienia”, odzwierciedla taktykę propagandową w całym okresie “Solidarności”. Na czym, według władzy, miało polegać “porozumienie”?

To dosyć trudno odtworzyć, bo nigdy to nie zostało opowiedziane w wyczerpujący sposób. “Linia walki” chyba jednak przeważała…

Porozumienie wyobrażano sobie w ten sposób, że będzie istniał tylko związek zawodowy, żaden ruch społeczny. “Solidarność” ograniczy się do dbania o przestrzeganie praw pracowniczych w zakładach. Zrezygnuje z wpływania na inne sfery - państwową, ustawodawczą, wychowawczą etc.

W ówczesnej atmosferze społecznej był to pomysł nie do zrealizowania. To byłaby kapitulacja i nikt tego poważnie nie rozpatrywał. Wejście “Solidarności” w taką rolę zostałoby odrzucone przez parę milionów aktywnych związkowców i musiałoby prowadzić do rozłamu.

Związek, jaki partia mogłaby zaakceptować, musiałby się składać z samych robotników. Odciąć się od ludzi, którzy mogliby mu nadać rangę polityczną. Atak szedł przede wszystkim na środowiska korowskie, ale umiarkowanych doradców, jak Mazowiecki, Geremek czy Olszewski, władza także uważała za “siły antysocjalistyczne”. Porozumienie z “Solidarnością” taką, jaką pamiętamy z lat 1980 i 1981, nie było możliwe. Było możliwe tylko “porozumienie” ze związkiem z uciętą głową polityczną.

Stanisław Kania miał ideę Rady Porozumienia Narodowego, do której miałyby wejść “Solidarność” i związki branżowe obok przedstawicieli partii i stronnictw satelitarnych. Tam toczyłyby się jakieś rozmowy, ustalano by jakieś kompromisy - ale partia zachowałaby prawo decyzji; gdyby bowiem doszło do kolizji poglądów, PZPR miała mieć w radzie większość. Pomysł został bardzo ogólnie zarysowany, nigdy nie był rozpisany w szczegółach. Dla “Solidarności”, która miała 10 milionów członków, wejście tam na równi ze Stronnictwem Demokratycznym, które miało 100 tysięcy członków, i ze związkami branżowymi, które były narzędziem partii, było nie do przyjęcia.

A zatem - walka. W reakcji na powstanie “Solidarności”, co najmniej od października 1980 roku, MON i MSW podejmują przygotowania do wprowadzenia stanu wojennego. Kiedy władze zdecydowały się na rozwiązanie siłowe?

Brane było pod uwagę kilkakrotnie. Na pewno w marcu 1981 roku w związku z kryzysem bydgoskim. Ale zaraz po tzw. porozumieniu warszawskim nastąpiła rozmowa w Brześciu Kani i Jaruzelskiego z Ustinowem i Andropowem, którzy wywierali bardzo silny nacisk na wprowadzenie stanu wojennego, przywódcy PZPR wzbraniali się zaś przed zastosowaniem wówczas takiego rozwiązania, lecz nie wykluczali go w przyszłości.

Myślę, że decyzja o stanie wojennym zapadła na początku września 1981 roku. Przesądziło o tym kilka spraw.

Po pierwsze: fiasko akcji SB na zjeździe związku. Działacze, którzy zostali wybrani na delegatów, nie reprezentowali na pewno linii ugody. Przebieg pierwszej tury wykazał, że zjazdem nie da się sterować. Z materiałów SB wynika, że agenci nie byli w stanie kontrolować obrad. Było ich parę procent, poza kilkoma osobami nie wiemy, kim byli, nie znamy nazwisk, ale na pewno nie byli w stanie wpływać na bieg zjazdu. “Posłanie do narodów Europy Środkowo-Wschodniej” było tego dobitnym dowodem.

Po drugie, związek przygotowywał ogólnonarodowy program reform “Rzeczpospolita samorządna”. Wiadomo było, że zostanie przyjęty. Z perspektywy PZPR oznaczało to uformowanie się wielkiej partii opozycyjnej, mającej inny projekt ustrojowy.

Po trzecie, wspomniana ustawa o samorządnym przedsiębiorstwie i przyjęcie przez Sejm postawy mediatora, co zapowiadało, że partia może stracić kontrolę nad izbą ustawodawczą.

Na posiedzeniu Komitetu Obrony Kraju we wrześniu 1981 roku nie doszło oczywiście do ogłoszenia stanu wojennego, ale zaczęto realizować ten wariant jako podstawowy.

Czy to postanowienie było tylko pochodną decyzji, która naprawdę zapadła na Kremlu, czy też polskie kierownictwo miało tu możliwość wyboru?

Na pewno miało możliwość manewru. Kreml domagał się rozprawy z “Solidarnością”, którą definiował jako kontrrewolucję, od września roku 1980. Samo powstanie niezależnych związków zawodowych zostało potraktowane jako akt antysystemowy. Naciski były bardzo brutalne. Największe zagrożenie sowiecką interwencją w Polsce było na początku grudnia 1980 roku. Breżniew formułował to tak, że w obliczu kontrrewolucji ZSRR nie zostawi Polski samej. Te naciski potem się powtarzały wielokrotnie.

Ale strategia Kremla polegała na tym, żeby samemu nie angażując się bezpośrednio, wywierać mocną presję na kierownictwo PZPR, tak by wzięło na siebie ciężar konfrontacji. Jeżeli okazywało słabość, Kreml szantażował je alternatywą personalną, ludźmi z tzw. betonu. Dość wyraziste to było np. w maju 1981 roku. Znamy zapis narady 16 maja Breżniewa, Husaka i Honeckera, kiedy wyraźnie mówiono, że betonowi sekretarze są alternatywą personalną, ale używaną właściwie dla nacisku na wahające się kierownictwo PZPR, żeby je popychać do bardziej radykalnych działań. Ani Kania, ani Jaruzelski nie byli w 1981 roku reformatorami. Nie zmierzali do rozmontowywania systemu. Nie, chcieli go bronić. Bronić systemu, jaki był w latach siedemdziesiątych - z małymi korektami. A społeczeństwo chciało wielkich zmian. I tu był konflikt w zasadzie nierozwiązywalny.

Czy w sprawie “wejdą - nie wejdą” kresem możliwości poznawczych jest zdanie radzieckiego dygnitarza Georgija Szachnazarowa: “mogliśmy wejść, ale nie chcieliśmy”?

Dopóki nie zostaną ujawnione akta kremlowskie, a nie zanosi się, by miało to się dokonać w najbliższych latach, będziemy skazani na spekulacje. Punktem wyjścia musi być jednak kilka wniosków, dość twardych, dotyczących stosunków międzynarodowych.

Po pierwsze, w roku 1981 ani Zachód, ani Wschód nie zamierzały rewidować podziału Europy na bloki. Reakcja Zachodu na wydarzenia w Polsce była więcej niż ostrożna. Nie odbyły się żadne istotne rozmowy międzynarodowe, w których by podniesiono problem zmiany naszego statusu, przesunięcia Polski do bloku państw demokratycznych czy jej neutralizacji. To się w ogóle nie mieściło w horyzoncie politycznego myślenia świata zachodniego w roku 1981, bo też zapewne musiałoby za sobą pociągnąć zmianę statusu NRD, a więc rewizję całego układu sił w środkowej Europie. Po wtóre, nie pojawił się też plan szerszej pomocy gospodarczej dla Polski, który mógłby zmniejszyć całkowitą jej zależność od Związku Radzieckiego: surowcową, finansową, w handlu zagranicznym. Polska była zniewolona więzami gospodarczymi z Sowietami. Związek Radziecki nie musiał tu wkraczać zbrojnie. Wystarczyłoby, żeby zakręcił kurki… A ze strony państw zachodnich nie było w tym czasie żadnych prób zmniejszenia tej zależności. Polska była skazana na zmaganie się z problemami w ramach bloku wschodniego. A miała w nim do czynienia z superkonserwatywnymi rządami, które uważały, że niczego nie należy zmieniać. To różniło jej sytuację od tej z roku 1956, kiedy jednak w ZSRR trwało poszukiwanie jakiejś formuły reform ustroju. W 1981 roku Kreml nie widział potrzeby żadnych zmian. Reżim enerdowski, czechosłowacki i rumuński były jeszcze bardziej konserwatywne.

Polityka amerykańska w końcu roku 1981 nie była przygotowana na to, żeby wobec Związku Radzieckiego zareagować mocniej niż tylko kategorycznym werbalnym protestem, ograniczonymi sankcjami gospodarczymi lub zawieszeniem rozmów rozbrojeniowych. To nie były środki dosyć mocne, żeby spowodować co najmniej zróżnicowanie bloku wschodniego na kraje bardziej i mniej zależne od Moskwy.

Czy “Solidarność” ma sobie coś do wyrzucenia? A co do zarzucenia mamy ówczesnym władzom?

Niektórzy uznali, że władza jest już w proszku, niezdolna do kontrakcji, i można na niej wymusić zmiany o charakterze ustrojowym. Diagnoza oczywiście błędna.

Po Sierpniu ‘80 miliony, które utożsamiły się z “Solidarnością”, miały nadzieję, że się poprawią: zaopatrzenie, usługi, atmosfera życia publicznego. I kolejne miesiące przynosiły rozczarowanie. A jesienią 1981 roku było już ono bardzo głębokie. Dla tych, co chcieli konfrontacji, to był sygnał, że nadchodzi moment, kiedy będzie ona stosunkowo łatwa. Że związek się sypie. To ich ośmielało.

Kardynalny i historyczny błąd popełniła jednak władza, nie szukając porozumienia i kompromisu, który mógłby uratować Polskę przed tragedią 13 grudnia. Bo to była tragedia narodowa - i w warstwie psychicznej, i przez zaprzepaszczenie na wiele lat szans rozwoju Polski, i z powodu wywołania w społeczeństwie podziałów, które do dziś mają negatywny wpływ na atmosferę życia w kraju. Rozmowa
Rozmawiał Andrzej Kaczyński

Stan Wojenny - 13 grudnia- Wspomnienia

Źródło: Rzeczpospolita: Niepamięć grudnia
09.12.2006

Jaruzelski przetrącił kręgosłup moralny każdemu z nas

Żołnierze przy koksowniku Stan Wojenny
Codzienny obrazek na ulicach Warszawy w grudniu 1981 r. Żołnierze przytupujący z zimna przy koksowniku i ludzie zdążający do swoich codziennych zajęć
CHRIS NIEDENTHAL/FORUM

11 grudnia 1981 r., piątek

Wieczorem na zebraniu Uczelnianego Komitetu Strajkowego Uniwersytetu Warszawskiego, które ma decydować o dalszym ciągu trwającego już miesiąc protestu, dochodzi do awantury. Matematycy (o których skądś wiadomo, że strajku mają dość) zgłaszają, że wprawdzie studiują na jednym wydziale, ale formalnie składa się on z trzech instytutów, więc odtąd będzie ich reprezentował nie jeden przedstawiciel, tylko trzech (jest to zgodne z literą, choć nie z duchem, przyjętego regulaminu). Charyzmatyczna członkini UKS Agnieszka stwierdza na to, że jest wstrząśnięta, bo walczymy przecież z komunistami, którzy permanentnie naginają prawo do swoich celów, a sami dopuszczamy się czegoś podobnego. I manifestacyjnie wychodzi.

Po jej wyjściu zgłoszony zostaje wniosek, by strajk zakończyć, który wygrywa dokładnie trzema głosami. Zebranie wprawdzie nie skończone, ale oddaję mandat Ryśkowi, swojemu koledze z wydziałowego komitetu, i wracam do budynku polonistyki, zapowiedzieć, że rano się zbieramy. O drugiej nad ranem Rysiek potwierdza moją informację, krzycząc od progu: “Zdrada!” i dodając, że on zostanie tu aż do zwycięstwa. Mam wrażenie, że ostentacyjnie stawia sobie przy wyjściu krzesełko, na którym owija się w śpiwór, żeby wstrząsać sumieniami małodusznych, gdy będą wracali do domów.

Przepraszam. Wiem, że są ludzie, których pamięć zachowuje poważne wydarzenia w wersji patetycznej. Moja przesuwa wszystko lub prawie wszystko w jakąś groteskę. To pewnie wada produkcyjna, jak kolorowych klisz ORWO z tamtych lat, na których wszystkie barwy robiły się mniej lub bardziej zielone.

12 grudnia 1981 r., sobota

Rano zwijamy manatki. Czujemy niesmak. Nawet nie z powodu porażki, ale tej manipulacji, niemoralnej choć legalnej. Naszą walkę z komunizmem postrzegaliśmy przecież jak pojedynek świętego Jerzego ze smokiem. I oto nagle smok przeniknął do wnętrza świętego.

Po przyjeździe do domu pewnie nie opowiadam o tym rodzicom i siostrze zbyt dokładnie. Raczej stylizuję się na partyzanta, który wrócił z lasu.

13 grudnia 1981 r., niedziela

Budzi mnie mama, wołając coś o stanie wyjątkowym. W telewizji Jaruzelski mówi, że są granice, których przekroczyć nie wolno. Przemówienie nadawane w kółko i w kółko wydaje się aż przesadnie dosłowną ilustracją poczucia, że nasz czas się skończył. Jesteśmy zapętleni jak Jaruzel i kto wie, może już tak zostanie na zawsze.

Od południa do naszego domu zaczynają docierać uczniowie, zaprzyjaźnieni z moją siostrą nauczycielką i moi dawni przyjaciele z liceum. Jak to nastolatki: co i rusz śmiejemy się, kpimy. Kiedy wieczorem mieszkanie pustoszeje, mama wybucha: w ojczyźnie doszło do katastrofy, a my stroiliśmy sobie żarty. Odpowiadam pierwszym, co mi przyszło do głowy: że śmiech to wyraz naszej niepodległości. Zdaje się, że przypadkiem powiedziałem coś mądrego.

14 grudnia 1981 r., poniedziałek.

Nic nie pamiętam. Powinienem przecież pojechać na uczelnię, zabarykadować się na wydziale. A jednak tam nie dotarłem. Stchórzyłem? Uznałem, że to bez sensu? Zaspałem? Wysilam pamięć, licząc nato, że znajdę jakieś urodziwe usprawiedliwienie. Ale w tym miejscu wspomnień zieje dziura. Tyle że nie dojechał prawie nikt. Owszem: Rysiek. Zawieźli go do komendy w Pałacu Mostowskich, ale chyba uznali, że mają do czynienia z wariatem, bo zaraz go wypuścili. Kiedy dwa miesiące później ruszyły zajęcia, powinniśmy uznać go za bohatera, ale zamiast tego zaczęły się szeptane rozważania, czy czegoś nie podpisał, skoro nie siedzi.

Następne dni i tygodnie wydają mi się zupełnie jałowe. Nie mieć pomysłu na resztę życia - głupie uczucie. I izolujące od bliźnich. Piotr Bratkowski napisał kiedyś, że stan wojenny pamięta jako nieustający ciąg spotkań towarzyskich. Ale myśmy byli kilka lat młodsi - właśnie kończyły się przyjaźnie szkolne, dopiero zaczynały studenckie. Byliśmy zbędnymi cząstkami, które nie zdążyły zorganizować sobie przydziału. Próby kontaktów z konspirą sprowadzały się do kolportażu gazetek wątpliwej jakości. Moja znajoma poszła do kościoła na Piwną, bo dowiedziała się, że tam można coś zrobić dla internowanych. Wyszła zawiedziona - nikt mnie tam nie chciał, powiedziała. Z pewnością istniał problem zaufania: człowiek, znany w najlepszym razie z widzenia, mógł być równie dobrze ubekiem. Ale chyba równolegle istniał i inny mechanizm: komitet skupił wokół siebie ludzi ze zwartego i dość elitarnego środowiska. Przybysze odbijali się od niego tak, jak trzynaście lat wcześniej od podobnie elitarnej grupy “komandosów”. Był to przejaw tyleż rozsądku, co arystokratyzmu. Wysokoenergetyczne więzi, które między Sierpniem a Grudniem budowało się z każdym, o ile miał w klapie znaczek “Solidarności”, rozpadły się definitywnie.
*

Od bardzo dawna nie sięgałem do tych wspomnień, a one przez ten czas zupełnie wyblakły. Ale nie tylko ja milczałem. O stanie wojennym właściwie się nie mówi. Także dzieciom, które tymczasem urodziły się i urosły.

W rezultacie ta część najnowszej historii Polski uległa dwóm procesom. Pierwszy: dla wszystkich, którzy są młodsi od nas, 13 grudnia to wydarzenie z przeszłości dość odległej, by ją lekceważyć. Odkładam odpowiednie odcinki na osi czasu: dla kogoś, kto dziś ma dziewiętnaście lat, to coś takiego jak dla mnie październikowy triumf Gomułki. Przecież ani razu nie zastanawiałem się, czy poszedłbym wtedy pod Pałac Kultury. Nawet nie jestem pewien, czy moi rodzice to zrobili. Nie zgadało się przez tyle lat.

Drugi proces określa się niekiedy mianem przegranej bitwy o pamięć. Dobrze zdawać sobie sprawę, że w wyniku skrócenia liceum do trzech lat nauczyciele historii nie mają żadnych szans, by przed maturą zdążyć z omówieniem wydarzeń powojennych. Szkoła więc milczy na temat 1981 roku. Milczy także, jako się rzekło, dom. A na obszarze pozbawionym w ten sposób interpretacji mnożą się chwasty interpretacji jakichkolwiek, zainspirowanych niedokładnie zrozumianymi resztkami kodów, którymi posługują się kombatanci lub ich dawni przeciwnicy. Jakaś “Solidarność”, jacyś Wałęsa, Jaruzelski, jakiś komunizm. Politycy powołujący się na “Solidarność” kłócą się okropnie, to pewnie tak robili i wtedy, więc dobrze, że im utarto nosa, a Kwaśniewski, co był w PZPR, to przynajmniej elegancki gość. No i skoro kiedyś tylko ocet na półkach, a teraz są supermarkety, no, to chyba dobrze, że ten stan wojenny zrobili.

Nie sądzę, żebym przesadzał w przedstawieniu tej kompletnej kaszy, w jaką zamieniła się niedawna przeszłość. Z badań społecznych wynika, że większość z nas uważa generała Jaruzelskiego za dobrego patriotę, a wyprowadzenie 13 grudnia wojska na ulicę za decyzję uzasadnioną. Jest to przecież jawny nonsens, który mógł się rozplenić wyłącznie w wyniku nieznajomości faktów i wyparciu dawnych emocji. Zwłaszcza kiedy słyszę go z ust dzisiejszych dwudziestolatków, nie umiem sobie wyobrazić ich samych przed ćwierćwieczem inaczej, jak tylko podczas antyjaruzelskich manifestacji ulicznych. Oni po prostu nie wiedzą, co mówią. I przede wszystkim: nie czują wagi wypowiadanych opinii.

Ale jest inny aspekt tej sprawy, który przemilczamy skwapliwiej niż inne. Oto bowiem, skoro, by odkłamać tę wizję generała jako dobroczyńcy narodu, należałoby zacząć od początku, od osobistych opowieści - to o czym mianowicie mielibyśmy opowiadać? Aktywni opozycjoniści tak, mają piękną kartę, ale ilu ich było w czterdziestomilionowym kraju? Nie przypuszczam, żeby moje resztki wspomnień odbiegały znacznie od tego, co znajdzie każdy, kto pogrzebie w pamięci. Jakieś nieprzemyślane strajki jesienią osiemdziesiątego pierwszego. Akty buńczucznej odwagi, bliskie, niestety, nieszkodliwemu wariactwu. Brak dojrzałości, gdy zamilkły telefony. Potem wyskoczenie z kolein, żadnej wyrazistej decyzji, zredukowanie swego życia do prywatnych spotkań, jeśli ktoś miał wtedy zaufanych przyjaciół, albo do całkowitej samotni, jeśli ich nie miał. Po jakimś czasie jakiś jeden czy drugi gest o ograniczonym stopniu ryzyka. Tyle.

Generał Jaruzelski przetrącił naszemu społeczeństwu moralny kręgosłup. To zdanie jest prawdziwe, ale nikogo nie dotyka. Trzeba je sformułować inaczej: generał Jaruzelski przetrącił kręgosłup moralny każdemu z nas. Instynkt przetrwania okazał się w tobie i we mnie silniejszy niż przywiązanie do wartości, którymi się upajaliśmy przez półtora roku (dlaczego nie pojechałem 14 grudnia rano okupować Uniwersytetu? Co z moim oddaniem dla idei Samorządnej Rzeczypospolitej Akademickiej?). Zostaliśmy wszyscy w praktyce, nie w deklaracjach, wyznawcami Realpolitik, o której słusznie mówiła mi poznana w 1985 roku nauczycielka, że jej najbardziej konsekwentnymi realizatorami byli w swoim czasie folksdojcze. Diabli wzięli samoorganizujące się społeczeństwo, które przed stanem wojennym było o włos, na wyciągnięcie ręki. Niedopuszczenie do tego to właśnie zbrodnia generała Jaruzelskiego, której wybaczyć się nie da. Także dlatego, że oznaczałoby to wybaczenie i dla nas. A my ostatecznie ugięliśmy się przed przemocą, uznaliśmy, że naprawdę są granice, których przekroczyć nie wolno, a mianowicie granice rozsądku. Okazaliśmy się rozsądni - doprawdy, to nie komplement - i z osiągnięciem wolności doczekaliśmy w miarę grzecznie do roku 1989. Wolność wróciła. Społeczna energia, to niebywałe osiągnięcie Sierpnia - nie.

Oczywiście, sam widzę, że piszę trochę “powyżej” tego, co było naprawdę. Że wyostrzam, ocierając się niesmacznie o histerię. Ale chcę powiedzieć, że milczymy o 13 grudnia w rozmowach z ludźmi młodszymi, ponieważ do wspominania mielibyśmy zbyt wiele wstydliwych zaniechań i niesmacznych kompromisów. Być może przypomina to trochę problem z ofiarami gwałtów, które też doświadczają wstydu (one - bezpodstawnie). Ale przyznajmy, że jeśli stan wojenny był gwałtem na społeczeństwie, to w wersji soft (wystarczy porównać doświadczenia Węgrów z 1956 albo Czechów z 1968). I, niestety, wystarczył. Obawiam się, że właśnie ten fakt to czarna dziura, w której zapadła się zbiorowa pamięć o nocy, gdy ogłoszono w Polsce stan wojenny.

JERZY SOSNOWSKI

Pierwsze dni Stanu Wojennego

Źródło: Rzeczpospolita: Sieroty po generale
09.12.2006

Śmierć, mundur, władza. Każdy pamięta stan inaczej. Działacz przekonuje, że ręki do zła nie przyłożył. Żołnierz dostał wyrok za list do generała. A matka jest pewna, że jej syn zostanie świętym

ZOMO - Stan Wojenny

Historia śmierci

Piotr ma trzech braci. Właściwie, kiedy go zabili, braci było dwóch - Radosław i Jarosław. Potem na świat przyszedł Łukasz. W dzieciństwie mama mówiła mu, że najstarszy brat kiedyś ich odwiedzi. Dopiero potem dowiedział się, że skatowany przez ZOMO Piotr umierał przez sześć dni.

Niedziela, 13 grudnia 1981r ., Poznań

Rodzinny dom państwa Majchrzaków budzi się do życia w ospałym rytmie niedzieli. Pani Teresa - nauczycielka w przedszkolu - zaczyna się krzątać przy śniadaniu. Budzi się mąż, wstają synowie. Za oknem zima, nikt nie przeczuwa, co się stało. Najmłodszy syn, 10-letni Jarosław, chce oglądać bajkę w telewizji. Witają go mundury prezenterów. - W nocy Wolna Europa mówiła, że coś się dzieje. Ale dopiero z telewizji dowiedzieliśmy się, że to stan wojenny. Byliśmy przerażeni - wspomina pani Teresa.

Majchrzakowie mieli się czego obawiać - rodzina z długimi tradycjami patriotycznymi, związana z Kościołem i sympatyzująca z opozycją. Niespełna 20-letni Piotr jest najbardziej zaangażowany. Wychowany na matczynej bibule o Katyniu, oddycha “Solidarnością”.

Spodziewają się problemów. Pani Teresa upycha nieprawomyślne gazety w dwie siermiężne torby, szczelnie zakrywa bochnami chleba i jajkami. Jedzie z Piotrem wywieźć to do siostry, do Konina. Tam pewnie spokojniej. - Rodzice powtarzali mi, że rewizje są w zwyczaju komunistów. Bardzo się tego bałam, dlatego chciałam się pozbyć opozycyjnych gazet - wspomina.

Mijają siedzibę “Solidarności” na Zwierzynieckiej, budynek obstawiony. Milicjanci rzucają do Piotra: “Co się patrzysz jak bandyta? Pokazuj, co masz w torbie!”. Wtedy po raz ostatni matce udało się go uchronić przed milicyjną pałką. “Mamy chleb” - przekonała ich.

Poniedziałek, 14 grudnia

Piotr przynosi do domu wiadomości - w drodze do szkoły widzi czołgi na Osiedlu Warszawskim. Dobrze, że wczoraj pojechali do Konina, bo dziś już trzeba mieć przepustki.

Sobota, 13 lutego 1982 r.

Piotr regularnie chodzi pod krzyże upamiętniające poznański Czerwiec ‘56 - pierwszy w PRL strajk generalny i demonstracje, krwawo stłumione przez wojsko i milicję. Tym razem wybiera się na manifestację wraz z kolegą Krzysztofem. Czterej milicjanci ciągną do samochodu Wojtka Cieślewicza. Piotr dostaje pałką, gdy chce mu pomóc. Wraca przybity. - Nigdy w życiu nie chcę już tak dostać - mówi. Wojtek w szpitalu dwukrotnie przechodzi trepanację czaszki. Umiera 2 marca, nie odzyskując przytomności. Jest pierwszą ofiarą stanu wojennego w Wielkopolsce.

Kilkanaście dni później Piotr nie wraca na noc. Zostaje zatrzymany, bo milicjanci uznali, że i tak nie zdąży wrócić do domu przed godziną policyjną.

Zamykają go w alei Marcinkowskiego. Matka płacze całą noc. - To był wstęp do tragedii - wspomina po latach. Piotr przychodzi o 6 rano. Ma glejt z aresztu - trzeba zapłacić 1,8 tys. złotych. Z nauczycielskiej pensji, która wynosi wówczas 1,1 tys. złotych. - Mamusiu, zapłać za mnie - prosi. I znowu powtarza: - Nie chcę do nich wrócić.

- Syneczku, zapłacę. Ważne, że jesteś.

Gdy zdejmuje koszulę, matka przeżywa szok. Całe ciało jest w krwistych pręgach. Kazali im się rozebrać do majtek, zerwali mu krzyżyk. Dostał, gdy ktoś zaśpiewał “Boże, coś Polskę…”. Nie wiedzieli kto i bili, gdzie popadnie.

Wtorek, 11 maja

Piotr nie idzie do szkoły, bo ma praktyki - jest uczniem technikum ogrodniczego. Matka robi mu śniadanie, ale chłopak go nie zabiera. Dziś ma odebrać książeczkę wojskową, ale munduru się boi. Idzie na mszę, modli się, żeby nie pójść do wojska. Kiedy wraca, widzą się po raz ostatni.

Teresa Majchrzak idzie do szkoły Radosława na nagłe wezwanie - wicedyrektor mówi rodzicom, aby w tym dniu szczególnie pilnowali dzieci. Podobno ZOMO przygotowuje akcję przeciwko młodzieży. - Boże, czy ja zdążę ostrzec Piotra? - martwi się matka. W domu już go nie ma. Jest 20.00, potem 21.00. Rodzina czeka coraz bardziej przybita. Radosław wieszczy: - Zaraz będzie godzina policyjna i znów go zamkną…

Matka płacze. Pęka szklanka, gdy robi kolację. Mija północ.

Środa, 12 maja

O 6.00 Teresa Majchrzak wybiega z domu. Z budki dzwoni do szpitala, potem na komendę. Milicjanci przekonują: “Pani syn wyjechał na wycieczkę”. Zaczyna rozumieć, że coś jest nie w porządku. Nie może się skupić na pracy. Koleżankom mówi: “Wydaje mi się, że Piotr już nie wróci. W nocy ukazała mi się Matka Boska i dziecko unoszone ku górze”. Pocieszają, że wszystko będzie dobrze.

O 14.00 dociera do niej mąż. Przyszedł telegram, trzeba odebrać. W telegramie napisane: “Syn w szpitalu”. Pani Teresa pędzi na miejsce. Lekarz ma spuszczoną głowę, idzie w towarzystwie dwóch osobników w długich płaszczach. - Chcę rozmawiać z matką - rzuca.

- Ja jestem matką! - Jeden procent życia… - Dam panu wszystkie pieniądze!!! Niech mi pan go odda!!!

- Nie mogę nic zrobić… - Niech mnie pan do niego wpuści!

- Nie może pani go oglądać… Kobieta przedziera się do syna. - Piotr z wybitymi oczkami, głowa owinięta po trepanacji… Strop czaszki wyłamany… - wspomina, szlochając.

Oddycha maszyna. - Piotr, nie zostawiaj mnie!!! Piotr, nie zostawiaj mnie!!! - krzyczy przeraźliwie. - Mówiłeś, że jeszcze tyle mamy do zrobienia!!!

Tak mówił - że trzeba coś robić, bo inaczej Polski nie zbudujemy. Odpowiadała mu trochę żartobliwie: - Wszyscy, którzy Polskę budowali, już nie żyją.

A on: - Może zapiszę się w historii?

Milicja nie dała matce opłakiwać syna. Zabierają ją na Młyńską do prokuratora. “Kogo znał? Z kim się spotykał?” - wielogodzinne przesłuchania o szklance wody.

Wtorek, 18 maja

Piotr umiera po kilkudziesięciu godzinach męki. Najpierw twierdzili, że pobił go pijak. Potem, że wdał się w bójkę z niemieckimi turystami. Rzuciła im: - Mordercy!!!

Chodziła po ludziach, pytała. Zamykali drzwi. To było dla niej straszne - w biały dzień zamordowali jej dziecko i nikt nie kiwnął palcem.

Co z tego, że widzieli? Podobno mówią, że i tak nic nie przywróci życia chłopakowi. Było parę śledztw, wszystkie wyprowadzone na manowce. Nie mogła się z tym pogodzić. Walczyła, jak umiała - chyba do tego momentu, kiedy znów do niej przyszli. Powiedzieli: “Jeżeli się pani nie uspokoi, to coś się może stać mężowi i synom”. Nie, nie wystraszyła się. Zapytała go nawet: “Czy w Polsce działają Czerwone Brygady?”. Kręcili, że jest banda, nad którą nie panują. Odpowiedziała im: - To wy jesteście tą bandą.

Historia munduru

W jego rodzinie z Ruskimi walczyło się od zawsze. Młodszy chorąży ze Strzegomia jest chyba jedynym żołnierzem zawodowym skazanym z dekretu o wprowadzeniu stanu wojennego. Właściwie to nie jest już chorążym, pracuje przy kamieniach.

Listopad 1981 r., Krosno Odrzańskie

Leszek Niepsuj służy w Lubuskiej Brygadzie Wojsk Ochrony Pogranicza, niedawno skończył szkołę chorążych. W armii został w 1978 r. po służbie zasadniczej. Krosno to jego pierwszy przydział. Liczy, że dzięki mundurowi szybciej się usamodzielni. W wojsku jest już dwóch z jego trzech braci.

Niepsuj jest zdolnym chorążym. Dowodzi plutonem w kompanii ochrony, uczy młodych poborowych. - Żyliśmy wtedy w izolacji - wspomina. - Wojsko nie za bardzo wtedy wiedziało, co się dzieje w społeczeństwie.

Oficerowie polityczni wpajali im, że KOR i ROPCiO to rewizjoniści i kontrrewolucjoniści.

Dopiero w latach 1980 - 1981 w armii pojawiają się żołnierze z poboru, którzy zdążyli zasmakować “Solidarności”. Podkomendni Niepsuja przynoszą ulotki. Z prześcieradła robią biało-czerwoną flagę, piszą na niej “Solidarność Żołnierska” i umieszczają symbol Polski Walczącej. Niepsuj chowa to w sejfie. - Lepiej, żeby was z tym nikt nie widział - tłumaczy. Myśli tak jak oni, wychowany w tradycji patriotycznej. Jeden dziadek był w POW , drugi w Legionach, a rodzinną relikwią jest medal od Piłsudskiego. Mimo że przytłaczająca większość żołnierzy zawodowych to członkowie PZPR, Niepsuj nie ma czerwonej legitymacji.

Od czasu tzw. wydarzeń bydgoskich - pobicia przez MO Jana Rulewskiego w marcu 1981 r. - atmosfera w jednostce gęstnieje. Po projekcji “Człowieka z żelaza” w wojskowym kinie żołnierze organizują manifestację. Niepsuj jest w tej części kadry, która spodziewa się interwencji ZSRR. - Zaczęliśmy się do tego przygotowywać - wspomina. Jak? Uśmiech: - Po wojskowemu.

Myśleli, że trzeba się będzie bić.
Niedziela, 13 grudnia, Strzegom

Stan wojenny zastaje Niepsuja w rodzinnym Strzegomiu. - W swojej wielkiej naiwności spodziewałem się, że generał postawił wojsko przeciwko Ruskim. Że jest takim Konradem Wallenrodem.

Wraca do jednostki. Jego żołnierze zostają wysłani do zabezpieczenia pacyfikacji gorzowskiego Ursusa.

Wracają załamani. Słyszą Urbana w telewizji: “Nic takiego nie miało miejsca”.

- Wtedy zrozumieliśmy, że to wystąpienie przeciwko własnemu społeczeństwu - wspomina Niepsuj. Dziękuje Bogu, że jego tam nie wysłano. Oni mieli ślepe naboje, on dostałby ostre.

Środa, 16 grudnia

Młodszy chorąży zaczyna się nie podobać dowódcom. Dostaje nowy przydział: z Krosna do Gubina. Jeszcze dalej od domu w Strzegomiu na Dolnym Śląsku. Żona w ósmym miesiącu ciąży, w razie porodu nie ma jej kto zawieźć do szpitala. Rok wcześniej przy narodzinach umarła ich córeczka.

Na Śląsku strzelanie do górników z Wujka. Niepsuj - który ma w plutonie wielu Ślązaków - nie wytrzymuje. Sięga do sejfu po ulotki i rozprowadza wśród żołnierzy. Chce pokazać, że nie cała kadra jest z partią. Wśród ulotek znalazł się m.in. “List otwarty do generała Wojciecha Jaruzelskiego”:

“I wy lud polski wojskiem ludowym straszycie generalicja… “ludowa” dawno zapomniała skąd wyszła i komu przysięgę składała”. Mówi, że nie będzie strzelał do braci.

Donosi najbliższy przyjaciel.
Środa, 30 grudnia, Gubin

Podczas służby Niepsuj zostaje zatrzymany przez Wojskową Służbę Wewnętrzną. Kto? Co? Kiedy? Jak? Dają mu dobę do namysłu. Robią przeszukania w całej brygadzie. Następnego dnia dowódca kontrwywiadu pyta, czy będzie współpracował. Odmawia.

Piątek, 1 stycznia 1982 r., Strzegom

WSW robi rewizję u jego rodziny w Strzegomiu. Dopiero wówczas jego najbliżsi dowiadują się, że zostałaresztowany. Za co? Z dekretu o stanie wojennym: “kto rozpowszechnia informacje, mogące zagrażać bezpieczeństwu państwa…”. Rodzina jedzie do Zielonej Góry i przez pięć dni szuka Niepsuja. Nikt nie chce powiedzieć, gdzie siedzi. Odnaleźli go w piwnicy Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej.

Nie mogą rozmawiać, jednak przekazują list. “Mamusia przesyła Ci ciepłą odzież”.

Wtorek, 5 stycznia 1982 r., Zielona Góra

Prokurator wojskowy por. Kazimierz Bakaj ogłasza, że Niepsuj będzie sądzony w trybie doraźnym. Przewożą go do aresztu śledczego w Zielonej Górze. Tam rodzina widzi go po raz pierwszy. Jeszcze przed rozprawą usunięto mu dystynkcje. Trzeszczący mróz, wojskowe buty na gołych nogach. Brat wciska mu swoje skarpety.

Kiedy 16 grudnia Niepsuj rozdawał ulotki, dekret o wprowadzeniu stanu wojennego nie był jeszcze opublikowany. Prokuratura wojskowa przyjmuje, że chorąży rozprowadzał antysocjalistyczne materiały 21 grudnia w Krośnie. I to mimo że wtedy służył już on w Gubinie.

Wtorek, 12 stycznia

W mowie oskarżycielskiej prokurator wspomina o karze śmierci. Pod Niepsujem uginają się nogi. Sędzia jest starej daty i niejedno już sam przeżył. Daje minimalny wymiar kary - 3 lata więzienia. Degradacja, pozbawienie praw publicznych. Rodzina pisze do Sądu Śląskiego Okręgu Wojskowego i naczelnego prokuratora wojskowego, aby zmienić tryb procesu z doraźnego na zwykły. Bezskutecznie.

Piątek, 22 stycznia, Strzegom

Niepsujowi rodzi się syn. Jakie ma mieć imię? Prokuratura nie pozwała przekazać tego jednego słowa. Żona daje mu na imię Jarek. On będzie go nazywał Michał.

Sobota, 23 stycznia, Warszawa

Prokurator składa apelację, chce podwyższenia wyroku do 8 lat. Słynny mecenas opozycji Maciej Bednarkiewicz dwoi się i troi. Izba Wojskowa Sądu Najwyższego podwyższa wyrok do 4,5 roku. Z uzasadnienia: “Przechowywał w swoim pokoju łącznie 30 sztuk listu otwartego do gen. Jaruzelskiego, 35 sztuk plakatu z napisem “Solidarność Żołnierska” oraz flagę biało-czerwoną z tym samym napisem i znakiem Polski Walczącej”.

Chorąży siedzi w Zielonej Górze, Wrocławiu, Wronkach, Sieradzu, Kaliszu, Strzelinie. Raz w miesiącu godzinne widzenie. Za kratami spotyka przywódców strajku w gorzowskim Ursusie, którego pacyfikację osłaniali jego żołnierze.

Poniedziałek, 21 marca 1983 r.

Niepsuj wychodzi po 15 miesiącach - mec. Bednarkiewicz pisze i do KC, i do Rady Państwa. Władza chce zmusić chorążego do wyjazdu za granicę, ale on zostaje. W rodzinnym Strzegomiu przez lata pracuje w kamieniołomach.

Piątek, 10 maja 1991 r.

Prokuratura Generalna wnosi o rewizję nadzwyczajną w sprawie Niepsuja. 4 czerwca Izba Wojskowa Sądu Najwyższego odrzuca ją ze względów proceduralnych.

Piątek, 20 grudnia

Po naciskach ze strony ówczesnego I prezesa Sądu Najwyższego Adama Strzembosza sąd wojskowy uchyla obydwa wyroki na Niepsuja i uznaje go za niewinnego. W jego życiu nic to nie zmieniło.

Środa, 19 lutego 1992 r.

Na prośbę Niepsuja sąd wojskowy zwraca mu dowody rzeczowe ze sprawy - “kalki maszynowe z zaczętym listem do gen. Jaruzelskiego”. Zauważył, że flagę “Solidarności Żołnierskiej” nazwali “płótnem”.

Historia władzy

W encyklopedii jest jego drzewo genealogiczne - z Zamoyskich, z Lubomirskich, z Branickich. Właściwie to został szlachetnie poczęty, a generała wsparł, bo to było jedyne wyjście dla Polski.

Noc z 12 na 13 grudnia, Warszawa

Poseł na Sejm PRL Kazimierz Morawski - a właściwie Kazimierz Bazyli Jerzy Wojciech Morawski - jedzie do swego mieszkania na stołecznej Sadybie. Jest prezesem Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Społecznego, jednej z koncesjonowanych przez władze organizacji katolickich, wegetującej gdzieś na obrzeżach władzy. Morawski widzi sznury autobusów z żołnierzami, zaczyna coś podejrzewać.

Trzy dni wcześniej był na rozmowie u generała Wojciecha Jaruzelskiego. Nowy partyjny włodarz spotykał się na konsultacjach z przedstawicielami różnych organizacji. W swych pamiętnikach “Stan wojenny. Dlaczego…” Jaruzelski pisze sucho: “9 grudnia przyjąłem Kazimierza Morawskiego, przewodniczącego Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Społecznego, Janusza Zabłockiego, przewodniczącego Polskiego Związku Katolicko-Społecznego, a także przewodniczącego Stowarzyszenia PAX Ryszarda Reiffa”. Morawskiemu wciąż mówi o narastaniu zagrożenia. Już wówczas Morawski myśli: “Coś się szykuje”.

Jednak nie tylko wspomnienie tamtego spotkania towarzyszy Morawskiemu w drodze do domu. Przypomina sobie niedawną wizytę w Moskwie. Pojechali na zaproszenie Cerkwi, ale mieli też jako posłowie nieoficjalne spotkanie na Kremlu. Choć I sekretarzem PZPR jest wtedy jeszcze Stanisław Kania, radziecki dygnitarz mówi wówczas Morawskiemu: “Uważamy, że tylko Jaruzelski może uratować Polskę. Inaczej my będziemy się musieli tym zająć”. I wyciąga teczki z informacjami o działaczach “Solidarności”. - Wiedzieli wszystko - zapewnia Morawski.

Pierwszemu wolnemu związkowi Morawski jest niechętny. W jego własnej organizacji pod szyldem “Solidarności” działają ludzie, którzy są z nim w ostrym konflikcie. Swoją niechęć podpiera autorytetami: - Nawet prymas Wyszyński mówił mi, że się boi, czy działalność “Solidarności” nie doprowadzi do krwawej interwencji Rosjan.

Niedziela, 13 grudnia

Morawski nie chce oglądać Jaruzelskiego w telewizji. Rodzina jest przerażona.

Przychodzi wezwanie do siedziby ChSS. Na miejscu Mor