Archiwum dla wrzesień, 2007



Icchak Arad - komunistyczny zbrodniarz wojenny?

Źródło: Rzeczpospolita: Bohater czy zabójca
11.09.2007

Czy wieloletni szef instytutu Yad Vashem jest komunistycznym zbrodniarzem wojennym? Litewska prokuratura ma co do jego osoby poważne podejrzenia

Icchak Arad jest jednym z najbardziej szanowanych historyków Holokaustu. Autor wielu książek, świadek na procesach niemieckich zbrodniarzy, w latach 1972 - 1993 szef instytutu Yad Vashem. W dodatku osoba, która ocalała z Holokaustu, bohaterski partyzant, wreszcie izraelski generał.

Nic dziwnego, że wniosek litewskiej prokuratury, która zwróciła się do izraelskiego rządu o umożliwienie jej przesłuchania Arada, wywołał w Izraelu burzę. Litwini rozważają, czy nie wszcząć przeciwko niemu postępowania w sprawie udziału w zbrodniach wojennych.

Historyczny rewizjonizm?

- To wyjątkowo rażący, destrukcyjny przykład historycznego rewizjonizmu. Każdy uczciwy człowiek i instytucja, na czele z naszym instytutem, musi przeciwko temu ostro zaprotestować - mówi “Rz” rzeczniczka Yad Vashem. Oburzony jest również izraelski rząd. - Na razie nie komentujemy tej sprawy - odpowiada “Rz” Edward Szapiro z izraelskiego MSZ. Nieoficjalnie wiadomo jednak, że władze uważają litewski wniosek za skandaliczny.

Jakie podejrzenia ciążą na urodzonym w Święcianach w pobliżu Wilna izraelskim historyku?

- Nasi prokuratorzy pozyskali dane wskazujące, że służąc w sowieckiej partyzantce działającej podczas II wojny światowej na terenie Wileńszczyzny, Arad mógł brać udział w represjach wymierzonych w cywilów, litewskich partyzantów i jeńców -powiedziała “Rz” Aurelija Juodyte, rzeczniczka litewskiej Prokuratury Generalnej. - O konkretnych zarzutach będzie można mówić dopiero po przesłuchaniu - dodaje.

Arad nie zamierza jechać na Litwę. Stanowczo odrzuca oskarżenia. Tymczasem sprawą być może powinien zainteresować się również polski wymiar sprawiedliwości. Jeden z oddziałów, w których służył Arad, mordował bowiem żołnierzy AK.

Chodzi o cieszącą się ponurą sławą brygadę pułkownika Fiodora Markowa. - Ten oddział, podobnie jak inne sowieckie grupy partyzanckie, zamiast walczyć z Niemcami, skupiał się na rozpracowywaniu i niszczeniu polskiego, litewskiego i białoruskiego podziemia - mówi “Rz” dr Kazimierz Krajewski z IPN.

Zabójstwo “Kmicica”

26 sierpnia 1943 roku Markow zaprosił na rozmowy miejscowego dowódcę AK porucznika Stanisława Burzyńskiego “Kmicica”. Polski oficer został aresztowany, a Sowieci otoczyli i rozbroili pozbawionych dowódcy Polaków.

NKWD wybrało około 50 “najgroźniejszych polskich faszystów” (w tym “Kmicica”). Zostali zabici. - Później oddział wymordował jeszcze kilkudziesięciu akowców. W sumie ludzie Markowa mają na koncie śmierć około 80 polskich żołnierzy - podkreśla Krajewski. - Do tego dochodzą liczne zabójstwa cywilów i grabieże.

W to, że Arad brał udział w masakrach, nie wierzy długoletni pracownik Yad Vashem, prof. Israel Gutman. - Znam go doskonale. To nie jest człowiek, który mógłby kogoś zamordować - zapewnia “Rz”. Według niego cywile zabici przez oddział Arada byli kolaborantami. -Litwini wyciągają takie sprawy, żeby zrównać cierpienia, których doznali od Sowietów, z Holokaustem -dodaje.

Innego zdania jest izraelski historyk prof. Dow Lewin, który również służył w sowieckiej partyzantce na Wileńszczyźnie. - Przyłączyliśmy się do Sowietów, bo tylko oni nas chcieli -mówi “Rz”. - Czy zdarzały się zabójstwa cywilów? Zdarzały się, ale pamiętajmy, że to była straszliwa, brudna wojna. Wszystkie strony były bardzo brutalne -podkreśla Lewin, który uważa, że wyciąganie tej sprawy po latach jest niepotrzebne.
PIOTR ZYCHOWICZ, współpraca r. mic.

——————————–
ROZMOWA z Icchak Arad

Rz: Mordował pan cywilów?

Icchak Arad : - Co za bzdura! Stawiane mi zarzuty są po prostu oburzające. Nigdy nie zabiłem żadnego cywila. Coś takiego mogło się zdarzyć w walce, ale żebym miał zastrzelić z zimną krwią cywila albo jeńca - nigdy. Raz tylko wziąłem do niewoli kilku Litwinów. Zwolniliśmy ich później wszystkich, oprócz jednego. Okazał się on bowiem policjantem, jeszcze przedwojennym. Pamiętam, że rozstrzelaliśmy go z rozkazu dowództwa. Ale to nie ja nacisnąłem na spust.

Czyli sowieckie oddziały, w których pan walczył, nie prowadziły działań wymierzonych w cywilów?

Powtarzam: nigdy nie zabiłem żadnego cywila. Wiem, że spore kontrowersje wzbudza to, że zabieraliśmy chłopom jedzenie i inne rzeczy potrzebne nam do przeżycia w lesie. Faktycznie, czasami dochodziło do grabieży. Proszę jednak pamiętać, że wojna partyzancka na tamtych terenach była wyjątkowo bezwzględna. Wasza Armia Krajowa zaopatrywała się w podobny sposób.

Walczył pan z oddziałami Armii Krajowej?

Faktycznie, w lesie toczyliśmy taką “małą wojnę” z polską partyzantką. Szczegóły po tylu latach zacierają mi się w pamięci. Raczej nie brałem bezpośredniego udziału w tych potyczkach z Polakami. Proszę jednak pamiętać, że wielu lokalnych dowódców Armii Krajowej zawierało wówczas taktyczne porozumienia z Wehrmachtem.

Jak więc pan wytłumaczy oskarżenia litewskiej prokuratury?

To bardzo proste. Od wielu lat jako historyk badam Holokaust na Litwie. Zasiadam nawet w specjalnej litewskiej komisji badającej nazistowskie zbrodnie, sporo na ten temat napisałem. Siłą rzeczy nie mogłem pominąć roli litewskich oddziałów kolaboranckich w mordowaniu Żydów. Opisałem szczegółowo wiele z dokonanych przez nich straszliwych zbrodni. Z tego powodu znienawidzili mnie spadkobiercy tych kolaborantów - wszelkiej maści litewscy nacjonaliści i radykałowie. Teraz, wysuwając podobne oskarżenia, chcą się na mnie zemścić i zdyskredytować.

Pojedzie pan na przesłuchanie do Wilna?

Nie, nie pojadę.

Dlaczego? Mógłby pan tam przedstawić dowody swojej niewinności, skompromitować oskarżycieli i oczyścić się z zarzutów.

Proszę pana, mam obecnie 81 lat. Litwini podczas drugiej wojny światowej wymordowali kilkudziesięciu członków mojej rodziny. Dziadków, wujów i wielu dalszych krewnych. Nie będę teraz tam jechał i się przed nimi tłumaczył, że nie jestem zbrodniarzem. Nie będę udowadniał, że nie jestem wielbłądem. Jeżeli chcą mnie skazać za te rzekome zbrodnie na cywilach, to niech skażą mnie również za to, że przeżyłem Holokaust i walczyłem z Niemcami.
rozmawiał Piotr Zychowicz

Żydzi dzisja - populacja

Źródło: Rzeczpospolita: Żydzi dzisiaj
01.09.2007

Rok temu na kuli ziemskiej żyło 13 mln Żydów. To o 5 milionów mniej, niż liczył świat żydowski tuż przez II wojną światową.

3,5 mln z nich mieszkało wtedy w Polsce. W 1945 r. wśród żywych zostało tylko 12 mln - jedną trzecią wymordowano podczas Zagłady . Jeżeli wziąć pod uwagę, że żydowskie rodziny religijne są wielodzietne, to gdyby nie było Zagłady, najprawdopodobniej naród żydowski liczyłby dziś blisko 30 mln. Ale, niestety, Żydów jest tylko 13 mln, z czego w Izraelu mieszka 5 mln 235 tys. W Ameryce Północnej jest ich 5 mln 652 tys., z czego większość mieszka w USA. W Ameryce Łacińskiej -398 tys., w Europie -1 mln 161 tys., w Rosji - 235 tys., w Polsce - kilka tysięcy. W byłych republikach sowieckich, razem z krajami bałtyckimi, jest 380 tys. Żydów, w Australii - 102 tys., z czego połowa to wychodźcy z Polski oraz ci, którzy ocaleli przed Zagładą. W Afryce Południowej mieszka 73 tys. Żydów, a na Ukrainie jest ich 109 tys. i jeszcze kilka dziesiątków tysięcy w innych miejscach świata.

Najważniejszym czynnikiem zmniejszania się liczby Żydówna świecie jest asymilacja, którą powodują także mieszane małżeństwa. Jeżeli spojrzymy na statystykę dotyczącą ślubów mieszanych (z przedstawicielami innych wyznań), to otrzymamy skalę problemu demograficznego, dotyczącego narodu żydowskiego.

W USA jest to 54 proc. małżeństw zawieranych przez Żydów, w Kanadzie -35 proc., w Argentynie -45 proc., we Francji -40 -50 proc., w Wielkiej Brytanii 40 - 45 proc., w Niemczech - 60 proc., w Rosji - 80 proc., i na Ukrainie aż 80 proc. Prawie 35 proc. emigrantów, którzy przyjechali do Izraela z byłego ZSRR, to nie Żydzi według przepisów religii żydowskiej. Chodzi tu opary małżeńskie mieszane.

Asymilacja doprowadza do ślubów mieszanych, a te prowadzą do asymilacji. Odzwierciedla ona chęć uniknięcia losu żydowskiego albo silne dążenie do integracji z większością. Jest też procesem kulturalnym albo religijnym, albo jednym i drugim. Wreszcie asymilacja jest wyrazem kosmopolityzmu, uniwersalizmu i intelektualizmu żydowskiego. Dyktatury naciskają na asymilację i dejudaizację. Demokracja stwarza natomiast warunki do wolności postępowania w każdej dziedzinie życia, włącznie z możliwością przejścia z jednego narodu do drugiego.

Żydzi skłaniają się do asymilacji. Jej badacze, w szczególności Jonathan Frenkel w swojej książce “Asymilacja i gmina” z lat 60., widzą w asymilacji wynik tych wszystkich okoliczności, o których wspomniałem wyżej.

W ostatnich czasach ludzie się szczycą swoim pochodzeniem żydowskim, ale nie wracają do narodu żydowskiego. Pochodzenie jest dla nich nie wadą, ale zaletą. Jest to zjawisko widoczne na całym świecie i w Polsce, w której po ustanowieniu demokracji było trzech ministrów spraw zagranicznych pochodzenia żydowskiego. Żaden z nich się tego nie wypierał. Podczas obchodów 25. rocznicy powstania “Solidarności” spotkałem się ze zmarłym niedawno arcybiskupem paryskim Jeanem-Marie Lustigierem. Niegdyś nazywał się Lustig. Rozmawialiśmy między sobą po polsku i… po żydowsku! Jest to wzruszająca wielokulturowość.

Najsilniej procesy asymilacyjne zachodzą w środowisku akademickim. Ponad 90 proc. młodych Żydów w Ameryce Północnej to studenci, podobnie w Wielkiej Brytanii, w Argentynie, Afryce Południowej, we Francji (chyba w najmniejszej skali). Na wyższych uczelniach dokonuje się wielowyznaniowy i wielokulturowy proces integracji.

Gdyby nie powstanie państwa Izrael, sytuacja demograficzna narodu żydowskiego byłaby o wiele gorsza. W Izraelu wszystko jest żydowskie - symbole, oświata, religia, język. Izrael jest państwem żydowskim w pełnym sensie tego słowa, chociaż 20 proc. jego obywateli stanowią Arabowie (muzułmanie i chrześcijanie). Poza Izraelem większość Żydów i tych, co są częściowo Żydami, jest związanych ze społeczeństwami, w których żyją, są nawet członkami elit. Zostaną oni poza granicami swojej historycznej ojczyzny. Im bardziej świat staje się demokratyczny, tym mniej jest rasistowski, bardziej zaś pluralistyczny i tolerancyjny. Dlatego też szansa na dodatkową falę emigracji Żydów do Izraela jest nikła. ¦
Szewach Weiss
Autor był przewodniczącym Knesetu, ambasadorem Izraela w Polsce. Kieruje Radą Instytutu Pamięci Yad Vashem.

Amerykańskie dynastie w polityce

Źródło: Rzeczpospolita: Dynastie z woli ludu
01.09.2007

Amerykańskie dynastie są klasą obywateli czynnie zaangażowanych w politykę, w której chęć i gotowość do działalności publicznej przechodzi z pokolenia na pokolenie

Jeśli Hillary Clinton wygra przyszłoroczne wybory prezydenckie i utrzyma władzę w następnych, to w momencie zakończenia jej drugiej kadencji w styczniu 2017 roku minie 28 lat rządów dwóch rodzin. Ponieważ niektórzy doliczają do tego czas, jaki George Bush senior spędził na stanowisku wiceprezydenta, można będzie mówić o ponad trzech dekadach, w których największą demokracją świata rządziły tylko dwie rodziny: Bushów i Clintonów.

Bananowe Stany Zjednoczone?

Niektórzy amerykańscy komentatorzy lamentują, że jeśli tak się stanie, będzie to symbolem upadku amerykańskich ideałów. - Nasz kraj zamienia się w bananową republikę - ostrzegają. Owszem, są kraje, gdzie polityczne dynastie wydają się czymś normalnym: Indie, Filipiny, Kongo, a szczególnie Korea Północna. Ale Ameryka?

David Boaz, współtwórca waszyngtońskiego Instytutu Cato, opublikował niedawno na łamach brytyjskiej prasy zgryźliwą krytykę tego zjawiska, zauważając, że 18 ze 100 obecnych senatorów USA wywodzi się z politycznych dynastii. Gdy jednak pytam go, czy sądzi, że amerykańska demokracja jest zagrożona, zdecydowanie zaprzecza.

- Do pewnego stopnia dynastie są naturalnym zjawiskiem. W końcu podobnie jest w biznesie, dzieci często idą w ślady ojców. Pytanie brzmi: w którym momencie to zjawisko powinno nas zaniepokoić? - zastanawia się Boaz. - Dziś jest szczególnie aktualne ze względu na sytuację, jaka może nas czekać na najwyższym szczeblu władzy w Ameryce. Bush, Clinton, Bush, znów Clinton, a potem kto wie, może znowu Bush, tym razem Jeb (do niedawna gubernator Florydy), brat obecnego prezydenta. To oczywiście sprawia bardzo dziwne wrażenie, ale prawdopodobnie jest jedynie przejściowym wynaturzeniem - mówi mi Boaz.

Ale czy rzeczywiście? Czy Ameryką nie rządzą powiązane ze sobą więzami krwi elity, które są demokratyczną wersją dawnej arystokracji? Czy to przypadek, że George W. Bush i John Kerry, którzy starli się ze sobą w ostatnich wyborach prezydenckich, są - odległymi, ale jednak - kuzynami?

Zaczęło się od Adamsów

- Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, tak już w Ameryce bywało - uspokaja mnie Stephen Hess, historyk z Brookings Institution i autor książki “Amerykańskie dynastie polityczne”.

Co nie znaczy, że to Amerykanów nie martwiło. Na przykład Waszyngton został pierwszym prezydentem USA z wielu powodów: był bohaterem wojny o niepodległość, człowiekiem o nieposzlakowanej opinii i zdolnościach przywódczych. Ale w oczach sobie ówczesnych rodaków miał jeszcze jedną wielką zaletę, o której dziś rzadko się wspomina: nie posiadał potomka. Jak zauważają w swym opracowaniu o wpływowych rodzinach amerykańskiej polityki Melissa Ware i Brian Flanagan z Centrum Studiów Prezydenckich imienia Hauensteina, brak syna, który mógłby zająć miejsce Waszyngtona po jego śmierci, dawał Amerykanom gwarancję, że nie będzie powrotu do monarchii. Zwolennicy młodego amerykańskiego państwa mieli powody, by się tego obawiać - część ówczesnych mieszkańców kraju popierała stary ustrój. Większość gardziła jednak światem uprzywilejowanych elit, od którego uciekali przez Atlantyk ich przodkowie.

“Jeszcze nigdy bałwochwalstwo wobec monarchów i poddańczość wobec arystokracji nie zostały wymazane z tak wielu umysłów w tak krótkim czasie”, pisał triumfalnie w 1776 roku, gdy Stany ogłosiły Deklarację Niepodległości, John Adams, jeden z twórców USA.

Ten sam Adams, syn sygnatariusza Deklaracji, został potem drugim prezydentem młodego państwa, a jego syn - John Quincy Adams - szóstym. Od Adamsów zaczyna się zwykle spis amerykańskich dynastii politycznych.

Szczególne miejsce mają w niej na przykład Harrisonowie. William Harrison pamiętany jest nie tylko z tego, że wygłosił najdłuższe ze wszystkich prezydenckich przemówień inauguracyjnych i rządził najkrócej ze wszystkich prezydentów (przemówienie było tak długie, a dzień tak zimny, że Harrison przeziębił się i miesiąc później zmarł). Przede wszystkim znany jest jako jedyny prezydent, który był dziadkiem innego prezydenta, Benjamina.

Kariery wdów

Przykłady z dalszej historii można by mnożyć: klany Taftów, Rooseveltów czy wreszcie Kennedych. Także na poziomie lokalnym. Na przykład kongresmen Rodney Frelinghuysen jest szóstym w historii przedstawicielem tej rodziny, jaki reprezentuje stan New Jersey w Kongresie USA.

- Niemal każdy stan ma co najmniej dwie takie rodziny - szacuje Hess, gdy pytam go o zasięg tego zjawiska. Twierdzi zresztą, że zasięg ten zwiększył się w ostatnich dziesięcioleciach. - Gdy w latach 60. pisałem książkę o dynastiach Ameryki, moja praca dotyczyła niemal wyłącznie mężczyzn. Od tamtej pory do polityki aktywnie włączyły się nowe grupy społeczne: kobiety, Afroamerykanie - mówi Hess.

Gdy przed dwoma laty wybrałem się do Memphis w stanie Tennessee, by zbierać materiały do tekstu o Elvisie Presleyu, tamtejsi Murzyni przez godzinę zamiast o królu rock and rolla opowiadali mi o miejscowej rodzinie Fordów, która zdominowała czarną politykę w tym mieście i w całym stanie.

Dość powszechne i w pełni akceptowane przez Amerykanów jest też zjawisko mianowania osoby z najbliższej rodziny na miejsce zmarłego członka Kongresu.

Jeden z najbardziej niezwykłych takich przypadków miał miejsce w 2001 roku w stanie Missouri. Tamtejszy gubernator Mel Carnahan, polityk znany i powszechnie lubiany, ubiegał się o miejsce w Senacie USA, ale zaledwie trzy tygodnie przed wyborami zginął w wypadku awionetki. Na wpisanie nowego nazwiska na kartach do głosowania było za późno, głosowano więc na nieboszczyka, a pełniący obowiązki gubernatora ogłosił, że w razie zwycięstwa Carnahana mianuje na jego miejsce wdowę po nim - Jean. W dowód szacunku dla zmarłego jegorywal w wyborach zawiesił kampanię wyborczą na czas żałoby. Carnahan zwyciężył zza grobu, wysyłając tym samym Jean, która nigdy wcześniej nie pełniła żadnego publicznego stanowiska, do Waszyngtonu. Niezwykłe były okoliczności, ale nie sam mechanizm. Jak Ameryka długa i szeroka, wdowy po zmarłych politykach przejmują ich stanowiska do czasu zorganizowania specjalnych wyborów.

W obecnym składzie Izby Reprezentantów zasiadają na przykład cztery wdowy, które właśnie w ten sposób znalazły się na Kapitolu, a potem wygrały wybory uzupełniające.

Mianowanie członka rodziny na swoje miejsce może mieć też bardziej radosną przyczynę: gdy przed paroma laty senator z Alaski Frank Murkowski został wybrany na stanowisko gubernatora tego stanu, na swe miejsce na Kapitolu mianował na dwa lata, jakie pozostały do upływu kadencji, swoją córkę Lisę. Wyborcy byli tak zachwyceni, że wybrali ją w 2004 roku w normalnych wyborach.

Z kolei stan Wyoming czekają w przyszłym roku wybory uzupełniające po niedawnej śmierci tamtejszego senatora Craiga Thomasa. Kto według “Washington Post” wymieniany jest wśród potencjalnych następców Thomasa? Dwóch jego synów, a także stanowy kongresmen, który jest synem byłego senatora, oraz Lynne Cheney, żona obecnego wiceprezydenta USA, który niegdyś był kongresmenem z tego stanu. I jak tu nie mówić o polityce dynastycznej w Ameryce?

W służbie narodu

Hess pochlebnie wypowiada się o roli, jaką w historii Ameryki odegrały polityczne dynastie. - Rodziny, których badaniem zajmowałem się jako historyk, służyły krajowi w sposób znacznie wykraczający poza przeciętną - wyjaśnia.

Przykładem mogą być Rooseveltowie. Założycielem dynastii był nowojorski radny z przełomu XVII i XVIII wieku Nicholas Roosevelt. Część jego potomków pozostała w Nowym Jorku i z nich wywodził się późniejszy prezydent Theodore. Część przeniosła się do pobliskiego Hyde Park i z tej linii wywodził się inny mieszkaniec Białego Domu: Franklin Delano Roosevelt.

Przez gęstą sieć małżeństw w obrębie amerykańskiej klasy rządzącej Rooseveltowie spokrewnieni byli z dwoma innymi prezydentami USA (Ulyssesem Grantem i Zacharym Taylorem), a nawet premierem Wielkiej Brytanii Winstonem Churchillem.

Wszyscy czterej synowie Theodore’a brali czynny udział w I wojnie światowej. Najmłodszy zginął we Francji, ale pozostali trzej ponownie zaciągnęli się do wojska podczas II wojny światowej. Prezydentem był już wtedy Franklin, ale i jego czterej synowie służyli w armii podczas wojny - jeden został nawet generałem. Dwóch zasiadło potem w Izbie Reprezentantów. Żona Franklina Eleonora reprezentowała swój kraj w ONZ. Życie kolejnych pokoleń Rooseveltów skupiało się więc wokół służby dla kraju.

Amerykańskie dynastie są klasą obywateli czynnie zaangażowanych w politykę, w której chęć i gotowość do działalności publicznej przechodzi z pokolenia na pokolenie. Czemu jednak społeczeństwo tak chętnie korzysta z ich usług?

Znajomość marki

- W końcu ktoś na tych ludzi musi zagłosować, sami się nie wybierają - mówi Hess. No właśnie, ale dlaczego na nich głosują?

Zdaniem Boaza jedną z przyczyn jest zjawisko znane z praktyki rynkowej, a mianowicie: znajomość marki. Wielu wyborców słabo się orientuje w świecie polityki, także tej lokalnej, i w dniu wyborów stawia na kandydata, którego nazwisko wydaje się mu znajome. Z niektórych badań wynika na przykład, że w 2000 roku wielu wyborców miało kłopoty z odróżnieniem kandydata George’a W. Busha od jego ojca, byłego prezydenta. Po prostu George Bush był dla nich znaną marką. Podobnie jest dziś z nazwiskiem Clinton. - W dzisiejszej Ameryce, jeśli masz na nazwisko Clinton, jesteś sławny lub sławna. Powinowactwo ze znanym politykiem jest wielce pomocne - uważa Boaz.

Czy jedynym wytłumaczeniem jest ignorancja przeciętnego wyborcy, który po prostu stawia krzyżyk (lub robi dziurkę) przy nazwisku polityka, którego nazwisko wydaje mu się znajome - wybiera przywódców tak, jak się wybiera proszek do prania w supermarkecie?

Drobny błąd Tocqueville’a

Odpowiedź, jak mi się wydaje, znalazłem u Alexisa de Tocqueville’a. Pod koniec swej książki “O demokracji w Ameryce” XIX-wieczny myśliciel pisze: “Naszych współczesnych ustawicznie zżerają dwie sprzeczne namiętności? potrzeba, by ktoś prowadził ich za rękę, i pragnienie zachowania wolności. Nie mogą pozbyć się żadnego z tych przeciwnych instynktów, starają się zaspokoić oba naraz. Marzą więc o jedynej, opiekuńczej i wszechstronnej władzy, którą wybieraliby jednak wszyscy obywatele. (…) Każdy pozwala się krępować, ponieważ widzi, że to nie jakiś człowiek czy klasa, lecz samo społeczeństwo trzyma w ręku drugi koniec łańcucha”.

Pisząc te słowa, Tocqueville miał na myśli społeczeństwa europejskie. Mylił się jednak, przewidując, że w amerykańskiej demokracji niemożliwe jest wykształcenie się klasy rządzących. Ona istnieje, a tak zwane dynastie są tak naprawdę kolejnymi pokoleniami ekspertów od rządzenia. Nie jest to, tak jak arystokracja, kasta oparta wyłącznie na urodzeniu. Nie jest to hermetyczna grupa, do której ciężko dostać się z zewnątrz i która kurczowo się władzy trzyma. Jak zauważa Hess, cechą wielkich rodzin amerykańskiej polityki jest to, że ich kolejni potomkowie dobrowolnie schodzą z politycznej sceny, stając się biznesmenami czy naukowcami. Ale klasa rządzących istnieje i kieruje się własnymi regułami. By do niej przystąpić, trzeba te reguły przyjąć - skończyć właściwe szkoły (Yale, Harvard), być w młodości stażystą u kongresmena, pracować w czyimś sztabie wyborczym, nauczyć się sposobu mówienia, myślenia i działania elit. Farmer z Iowy czy inżynier z Chicago nie zrobi w Ameryce szybkiej kariery politycznej - prawdopodobnie zresztą nie zrobi żadnej.

Istnienie rządzącej elity bierze się moim zdaniem właśnie z tej wewnętrznie sprzecznej potrzeby wolności pod rządami sprawnej, silnej władzy, o której pisał Tocqueville. Pod rządami specjalistów od rządzenia. A ponieważ, jak zauważa David Boaz, talent przekazywany jest zwykle w genach, Amerykanie chętnie widzą u władzy krewnych tych, którzy już wcześniej się w tej dziedzinie sprawdzili.

Political fiction 2016: Clinton czy Bush?

A mimo to Stephen Hess kwestionuje zasadność mówienia o dynastiach tak w przypadku Bushów, jak i Clintonów.

- Po pierwsze ojciec George’a Busha seniora był mało znanym kongresmenem z Connecticut. Po drugie, gdyby syn chciał pójść w ślady ojca, to zostałby w tym stanie, by przejąć po nim schedę. Tymczasem on wyjechał do dalekiego Teksasu, by zostać przedsiębiorcą - argumentuje Hess.

Jeszcze trudniej jest jego zdaniem mówić o dynastii Clintonów. - Nie było nikogo przed Billem i nie będzie raczej nikogo po Hillary, chyba że czeka nas jakaś niespodzianka ze strony Chelsea - mówi Hess.

Ale kto wie. Córka prezydenta i kandydatki na prezydenta osiągnie minimalny wiek wymagany do ubiegania się o ten urząd przed wyborami 2016 roku, a więc akurat na zakończenie ewentualnej drugiej kadencji swej mamy. Być może nadal w wielkiej polityce liczyć się będzie Jeb Bush, a może karierę do tego czasu zrobi jego przystojny i niepozbawiony ambicji politycznych syn.

Nie jest jednak jasne, czy w tym przypadku magia znanej marki będzie przyciągała, czy raczej odpychała wyborców pragnących oddać stery kraju w pewne ręce. Bratanek obecnego prezydenta nazywa się bowiem… George Bush. George P. Bush.
Piotr Gillert

Cyberwojna - pierwsze potyczki - Chiny kontra USA

Źródło: Rzeczpospolita: Wirtualna trzecia wojna światowa
05.09.2007

Pomiędzy światowymi mocarstwami toczy się już prawdziwa cyberwojna. Chińscy hakerzy przypuścili niedawno zmasowany atak na komputery Pentagonu. Tylko dzięki szybkiej reakcji Amerykanów nie udało im się wykraść ściśle tajnych danych

Do ataku doszło w lipcu, ale sprawa wyszła na jaw dzięki wczorajszej publikacji “Financial Times”. Według gazety cybernetyczna inwazja zmusiła Departament Obrony do zawieszenia na tydzień działania części swojej sieci. Był to najpoważniejszy tego typu atak w historii Stanów Zjednoczonych.

Zdaniem przedstawicieli departamentu, z którymi rozmawiali dziennikarze, amerykański kontrwywiad nie ma żadnych wątpliwości, kim byli napastnicy. Ataku dokonali hakerzy chińskiej armii, którzy wcześniej przez kilka miesięcy starali się rozgryźć amerykańskie systemy zabezpieczeń.

-To dzikie, bezpodstawne oskarżenia. To myślenie charakterystyczne dla okresu zimnej wojny - powiedział wczoraj rzecznik chińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Jiang Ju. - Nasz rząd stanowczo potępia podobne praktyki, bo sam często pada ich ofiarą -podkreślił urzędnik.

Chińska droga na skróty

Takie wyjaśnienia wydają się jednak mało wiarygodne. Zaledwie tydzień wcześniej wyszło bowiem na jaw, że podobnego cyberataku chińska armia dokonała na rządowe komputery w Niemczech. Chińczycy wpuścili do nich groźne wirusy i usiłowali wykraść tajne informacje.

Chińskich hakerów najbardziej interesowały informacje dotyczące nowych technologii. - Oni idą na skróty. To, co Zachód wypracowywał przez pokolenia, Chińczycy chcą zdobyć jednym kliknięciem - mówił wówczas Johannes Schmalzl, szef Urzędu OchronyKonstytucji (kontrwywiad) Badenii-Wirtembergii.

Co Chińczykom udało się wykraść z amerykańskich komputerów? Na razie nie wiadomo. Amerykańscy eksperci starają się właśnie oszacować straty. Wydaje się jednak, że dzięki doskonałym zabezpieczeniom i podjętym błyskawicznie działaniom obronnym udało się zapobiec najgorszemu -Chińczycy nie dostali się do danych opatrzonych klauzulą “ściśle tajne”.

Dzwonek alarmowy

Amerykanie zapowiadają jednak wprowadzenie kolejnych, znacznie bardziej szczelnych, zabezpieczeń. - To dla nas dzwonek alarmowy. Musimy być bardziej agresywni - powiedział cytowany przez “Financial Times” przedstawiciel departamentu. Amerykanie podkreślają, że sprawę traktują niezwykle poważnie.

-Chińska armia pokazała, że potrafi dokonać ataku, który obezwładnia nasz system. Posiada możliwość pozwalającą jej w sytuacji konfliktu wyrządzić nam wielkie szkody - powiedział inny amerykański urzędnik. Eksperci podkreślają zaś, że podobne działania będą w przyszłości nieodzownym elementem kampanii wojennych.

Zdaniem dr. Malcolma Davisa, eksperta ds. przyszłej wojny z King’s College w Londynie “do trzech klasycznych teatrów działań wojennych? morza, ziemi i powietrza, dojdzie niedługo czwarty? cyberprzestrzeń”.

- Hakerzy będą działali jak komandosi poza linią wroga. W czasach, w których niemal wszystko jest kontrolowane przez komputery, cyberatak będzie mógł sparaliżować nieprzyjacielską armię - mówił w wywiadzie udzielonym “Rz” .O tym, jak może być to groźne, przekonała się niedawno Estonia. Podczas sporu z Rosją o usunięcie z centrum Tallina pomnika żołnierza Armii Czerwonej, rosyjscy rządowi hakerzy dokonali zmasowanego ataku na estońskie rządowe komputery. Zablokowane zostały także strony banków, partii politycznych i gazet. Straty, wynikłe z zakłócenia działalności tych instytucji, szacowano na miliony euro. Nie jest tajemnicą, że w wielu armiach świata działają specjalne oddziały hakerów. Mają je między innymi USA, Chiny oraz nieustannie atakowany przez hakerów Izrael.

Sprawa została bardzo poważnie potraktowana przez NATO. Niewykluczone, że w Tallinie powstanie specjalne centrum Sojuszu, którego zadaniem będzie odpieranie przyszłych cyberataków na jego członków.

PIOTR ZYCHOWICZ

« Poprzednia strona


Nowe artykuły na email

Kliknij poniższy link i zapisz się, a będziesz otrzymywał nowe artykuły na email:

ZAPISUJE SIĘ >>

 

wrzesień 2007
P W Ś C P S N
« sie   paź »
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Statystyka

  • 330,835 odwiedzin