Wyniki wyszukań dla 'Traktat Lizboński'

Prawdziwa twarz przedstawicieli Unii Europejskiej

Prawdziwa twarz socjalistycznych przedstawicieli Unii Europejskiej. Przyzwyczajajcie się po przyjęciu Traktatu Lizbońskiego taki sposób negocjacji zostanie wprowadzony w całej Unii.
Z perspektywy tej rozmowy popatrz na działania i zachowanie Donalda Tuska i odpowiedz sobie na pytanie: dlaczego on tak się zachowuje?

———-

Jak się rozmawia na unijnych salonach? Cohn Bendit myśli, że jest nadal na paryskiej barykadzie, a irlandzki polityk ignoruje decyzję swoich rodaków. To cud, że Vaclavowi Klausowi nie puściły nerwy.

Jako pierwsi przedstawiamy w języku polskim zapis dyskusji, o której mówi cała polityczna Europa. Miała miejsce w piątek 5 grudnia w Pradze, gdzie prezydent Czech Vaclav Klaus był w skandaliczny sposób pouczany przez oficjeli Unii Europejskiej.


Vaclav Klaus:

Bardzo się cieszę, że mogę Was dzisiaj przywitać na Zamku Praskim. Szczególnie mnie cieszy możliwość dyskusji dlatego, że wiem jak moje poglądy i postawy są w mediach często demonizowane i przedstawiane w sposób karykaturalny. Jest to szansa byśmy mogli bezpośrednio i bez zakłóceń przedyskutować swoje postawy. Jestem tym, który zawsze mówił, że dla członkostwa Republiki Czeskiej w Unii Europejskiej nie ma alternatywy. To ja byłem tym, który w 1996 roku złożył do premiera Dinima wniosek Czech o przystąpienie do UE. To ja podpisałem Traktat Akcesyjny. Stoimy na progu czeskiego przewodnictwa w UE. Jestem przekonany, że z tym sobie bez problemów poradzimy. Rząd i inne organy władzy Republiki Czeskiej są na to przewodnictwo odpowiednio przygotowane.

Hans-Gert Pöttering:

Dziękujemy za przyjęcie. Jestem w Parlamencie Europejskim od 1979 roku, całe swoje życie jestem „na usługach Europy”. To, że Czechy są obecnie państwem członkowskim UE, a wkrótce będą przewodniczyć Unii Europejskiej to cud, o którym przed trzydziestu laty nam się nawet nie śniło. Chciałbym przeprosić w imieniu kolegi Josepha Daula, który jest na wcześniej zaplanowanej wizycie w Finlandii, ale rozumiem, że osobiście spotkaliście się tutaj na Zamku Praskim kilka tygodni temu. Jest tradycją, że każdy z członków Konferencji PE będzie miał podczas przyjęcia krótkie słowo i możliwość zadania pytań. Proszę najpierw kolegę Schulza.

Martin Schulz:

W imieniu socjaldemokratów chciałbym powiedzieć, że jesteśmy gotowi wesprzeć czeską prezydencję, która nie będzie łatwa. Będzie ona miała wpływ na nadchodzącą kampanię wyborczą do PE oraz długo dyskutowane problemy, których w UE nie można rozwiązać. Chodzi o pakiet klimatyczny, mimo że Francja ma ambicję wynegocjowania tej kwestii jeszcze przed końcem roku. Potem Traktat Lizboński, co do którego jest duża różnica zdań między Czechami a stanowiskiem PE. Europejscy socjaliści będą walczyć o to, aby był ratyfikowany. Traktat Lizboński jest konieczny, nieunikniony, absolutnie niezbędny. Wiem, że w tym względzie ma Pan poniekąd kontrowersyjne poglądy, panie Prezydencie.

Vaclav Klaus:

(żartobliwie) Przecież mnie znacie, ja nie jestem kontrowersyjny.

Martin Schulz:

(także żartobliwie) Ja jestem obecnie w PE znany z tego, że nie jestem kontrowersyjny, więc będziemy się rozumieli.

Graham Watson:

Panie Prezydencie, my wszyscy znamy niemiecki, angielski, francuski, hiszpański i włoski. Różnorodność językowa jest w Unii Europejskiej wielką wartością. Życzymy Waszej prezydencji sukcesu. Będzie w niej dominować konieczność poradzenia sobie z kryzysem finansowym i ekonomicznym. Ważne jest, aby kontynuować agendę lizbońską. Historia pokazała, że znalezienie rozwiązania umożliwia europejska solidarność, która pozwoliła nam zatrzymać wejście Rosji do Gruzji, która pozwoliła na znalezienie rozwiązania kryzysu finansowego. Większość dzisiejszych problemów ma charakter ponadnarodowy i ich rozwiązanie można znaleźć na poziomie ponadnarodowym. Możemy mieć odmienne poglądy ws. architektury „europejskiego domu”, ale ważne jest, aby ten dom był zbudowany.


Daniel Cohn-Bendit:

Przyniosłem Panu flagę, którą tu najwyraźniej wszędzie macie na Zamku Praskim. To jest flaga Unii Europejskiej, tak ją postawię tutaj przed Panem. To będzie trudne przewodniczenie. Czechy będą miały do czynienia z projektem dyrektywy ws. prawa pracy i pakietem klimatycznym. Pakiet klimatyczny UE reprezentuje mniejszą cząstkę, niż byśmy sobie życzyli. To konieczne, aby tego minimum dotrzymać. Jestem przekonany, że zmiany klimatyczne stanowią nie tylko zagrożenie, ale i niebezpieczeństwo dla dalszego rozwoju planety. Opieram się na poglądzie naukowym i zgodzie większości w PE. Wiem, że się Pan ze mną nie zgodzi. Może Pan wierzyć, w co chce, ja jestem przekonany, że globalne ocieplenie jest rzeczywistością, nie jest to kwestia mojej wiary. Traktat Lizboński: Pana pogląd na to mnie nie interesuje, chcę wiedzieć, co pan zrobi, aby zatwierdził go czeski sejm i senat. Będzie Pan respektował demokratyczną wolę przedstawicieli narodu? Będzie Pan musiał to podpisać.

Co więcej, chcę, aby Pan mi wyjaśnił, jaki jest poziom Pana przyjaźni w panem Declan Ganley‘em z Irlandii. Jak może Pan się spotykać z człowiekiem, co do którego nie jest jasne, kto go opłaca? Będąc na swoim stanowisku, nie może się Pan z nim spotykać. To jest człowiek, którego majątek pochodzi z wątpliwych źródeł i chce je teraz wykorzystać na finansowanie swojej kampanii wyborczej do PE.

Vaclav Klaus:

Muszę powiedzieć, że tym tonem nikt jeszcze ze mną tutaj nie mówił przez 6 lat mojej prezydentury. Nie jest Pan tutaj na paryskich barykadach. Sądziłem, że taki styl komunikacji wobec nas skończył się 19 lat temu (razem z upadkiem komunizmu – przyp. Fronda.pl). Widzę, że się myliłem. Ja bym sobie nie pozwolił pytać Pana, z czego jest finansowana działalność Zielonych. Jeśli zależy Panu na racjonalnej dyskusji przez te pół godziny, które mamy na negocjacje, proszę Panie Przewodniczący oddać słowo dalszym osobom.

Hans-Gert Pötering:

Nie, my mamy dosyć czasu. Mój kolega będzie kontynuował, ponieważ każdy z członków będzie pytał Pana o co tylko chce. (Do Cohn-Bendita) Proszę kontynuować.

Vaclav Klaus:

To niewiarygodne, czegoś takiego jeszcze nie przeżyłem.


Daniel Cohn-Bendit:

Pan mnie jeszcze tutaj nie gościł. Z prezydentem Havlem rozumieliśmy się zawsze bardzo dobrze. A co mi Pan powie o swoim stanowisku w sprawie prawa antydyskryminacyjnego? Co do naszych finansów jeszcze będę Pana instruował.

Brian Crowley:

Ja jestem z Irlandii i jestem członkiem tamtejszej partii rządzącej. Mój ojciec walczył całe życie o niepodległość przeciw brytyjskiej dominacji. Wielu moich krewnych straciło z tego powodu życie. Mogę sobie zatem pozwolić, żeby powiedzieć, że Irlandczycy chcą Traktatu Lizbońskiego. Przez fakt, że po przyjeździe do Irlandii spotkał się Pan z Ganley’em, dopuścił się Pan obrazy irlandzkiego narodu. Ten człowiek nie wykazał, z czego finansował swoją kampanię. Spotkać się z kimś, kto nie posiada mandatu z wyboru jest niebywałą zniewagą narodu irlandzkiego. Chcę Pana po prostu poinformować, jak to odczuwają Irlandczycy.

Życzę Panu, aby był Pan w stanie wykonać program Waszego przewodnictwa. Aby udało się Wam osiągnąć to, czego życzy Pan obywatelom europejskim.


Francis Wurz:

Francuski prezydent powiedział, że tarcza antyrakietowa nie jest dobra dla Europy. Chciałbym zapytać Pana o Pańskie stanowisko w tej sprawie, Panie Prezydencie.

Hanne Dahl:

Panie Prezydencie, dziękuję. Ja nie dam Panu żadnej flagi, ponieważ w moim kraju uważa się za słuszne dawać razem z własną flagą także flagę gospodarza, to w złym tonie darować jedną flagę. Pan Pöttering pewnie Panu powie, że w wielu kwestiach ja nie dokonuję przeglądu Konferencji przewodniczących PE, ale bardzo się cieszę, że się z Panem spotykam osobiście. Nie zgadzamy się z polityką klimatyczną, ani z koncepcją gospodarki rynkowej w Unii Europejskiej.

Jak już Pan powiedział, istnieje potrzeba, aby nie był Pan demonizowany w Europie, a to, co dziś od pana usłyszałem, mnie zadowala. Nie jest Pan demonem, ale odważnym prezydentem, który broni swoich poglądów. Zgadzam się z Panem, że debatę należy w Europie kontynuować. Jest koniecznością, żeby zapewnić wysoką frekwencję wyborczą w nadchodzących wyborach do PE. Jest koniecznością, aby w Unii Europejskiej była możliwość sprzeciwu. Jest możliwość sprzeciwu wobec jakiejś dyrektywy, ale nie można sprzeciwić się traktatom. Jestem dumny z tego, że nie przyjęliście wszystkiego, co przychodzi z Brukseli.


Irena Belohorská:

Ja będę mówić po angielsku, chociaż wiem, że pan prezydent zrozumiałby mnie, gdybym mówiła po słowacku. Traktat z Nicei jest traktatem dla 15 krajów, ale Unia się rozszerzyła. Traktat Lizboński jest traktatem dla 27 krajów i dlatego jestem niezadowolona z tego, że najwyższy przedstawiciel jednego z nowych krajów członkowskich występuje przeciw temu właśnie traktatowi, nad którym wspólnie pracowaliśmy.

Vaclav Klaus:

Dziękuję za to nowe doświadczenie, które zyskałem spotkając się tu z Państwem. Nie przypuszczałem, że coś takiego jest możliwe i w ciągu ostatnich 19 lat nic podobnego nie przeżyłem. Myślałem, że to należy już do przeszłości, że żyjemy w demokracji, ale w UE doprawdy działa post-demokracja. Mówili Państwo o wartościach europejskich. Wartością europejską jest przede wszystkim wolność i demokracja, zwłaszcza poszanowanie dla obywateli państw członkowskich UE. To jest dziś w UE szczególnie istotne. Trzeba tego bronić i starać się o to.

Przede wszystkim chciałbym podkreślić to, co myśli większość obywateli Republiki Czeskiej, że dla nas, dla członkostwa w UE nie ma alternatywy. To ja składałem wniosek o nasze przystąpienie do UE w 1996 roku, a w 2003 roku podpisałem Traktat Akcesyjny.

Porozumienie w ramach Unii ma jednak mnóstwo alternatyw. Uznawać jedno z nich za święte, nienaruszalne, w sprawie którego nie wolno zadawać pytań, krytykować go, stoi w sprzeczności z samą istotą Europy.

Jeśli chodzi o Traktat Lizboński, chciałbym przypomnieć, że nie jest on jeszcze ratyfikowany nawet w Niemczech. Traktat konstytucyjny, za który uważany jest Lizboński, w referendum odrzucony został wolą dwóch innych krajów. Jeżeli pan Crowley mówi o zniewadze irlandzkich wyborców, to muszę z kolei przypomnieć, że największą zniewagą wobec irlandzkiego elektoratu jest nierespektowanie tego, co zostało przegłosowane w czerwcowym referendum ws. Traktatu Lizbońskiego. Ja spotkałem się w Irlandii z kimś, za kim stoi zdanie większości w kraju, a Pan, panie Crowley, jest rzecznikiem poglądów, które w Irlandii są mniejszościowe. To jest namacalny wynik referendum.

Brian Crowley:

Pan nie będzie mi mówił, jakie poglądy mają Irlandczycy. Jako Irlandczyk wiem to najlepiej.


Vaclav Klaus:

Ja nie spekuluję o poglądach Irlandczyków. Ja tylko stwierdzam, jakie są wymierne dane o ich stanowisku, wynikające z referendum.

Odnośnie Traktatu Lizbońskiego – u nas nie jest on ratyfikowany dlatego, że o nim nie zdecydował nasz parlament. O to nie należy winić prezydenta. Poczekajmy na decyzje obu izb parlamentu, to jest aktualna faza procesu ratyfikacyjnego, w którym prezydent republiki nie odgrywa żadnej roli. Na dzień dzisiejszy nie mogę podpisać traktatu, bo nie leży na moim stole. Najpierw musi o tym zdecydować parlament. Dopiero wtedy ja będę się tą sprawą zajmował. Jeśli chodzi o pakiet klimatyczny, czeski rząd będzie się w tej sprawie kierował zasadą racjonalności.

Prawo antydyskryminacyjne – jestem przekonany, że to jest radykalnie złe prawo, ale ja na jego przyjęcie, nawet gdybym chciał, nie mam wpływu. Jest w parlamencie i tam nie ma większości potrzebnej do jego przyjęcia.

Pan Watson wspomniał o agendzie lizbońskiej – to już rzecz prawie zapomniana. I słusznie zapomniana.

Kryzys finansowy – jestem przekonany, że w sprawie kryzysu finansowego czeski rząd będzie po stronie zwolenników racjonalnych kroków. Nie byłoby mądrym krokiem, żeby pod pretekstem walki z kryzysem, likwidować wolny rynek. Myślę, że Republika Czeska jest w tym wypadku w korzystnej sytuacji. Doświadczyła kryzysu finansowego i bankowego w latach 1997-98. Banki od tego czasu zachowywały się bardzo odpowiedzialnie i nie są dzisiaj tak mocno narażone na ryzyko. Teraz okazuje się to być zaletą.

Odnośnie radaru – w tym wypadku Czechy mają swobodę decyzji i same wybiorą, co jest dla nich odpowiednie. Dla wielu ludzi u nas i dla mnie także, to jest kwestia promocji więzi transatlantyckich. Mam nadzieję, że w dającej się przewidzieć przyszłości ratyfikujemy odpowiednią umowę.


Hans-Gert Pöttering:

Jeszcze przed moją ostatnią wypowiedzią oddam słowo koledze Schulzowi.


Martin Schulz:

Unia Europejska jest unią suwerennych państw, a nie federacją. Z tego, co Pan mówił rozumiem, że irlandzkie „nie” dla Traktatu, trzeba respektować. Co jednak z szacunkiem wobec głosów wyborców w Hiszpanii, w Luksemburgu, którzy znaczną większością głosów powiedzieli Traktatowi Lizbońskiemu „tak”?

Vaclav Klaus:

W UE jeszcze obowiązuje zasada jednomyślności, więc trzeba ją respektować. Unia może funkcjonować tylko wtedy, o ile respektowane są jej własne reguły i zasady. Należy wrócić do deklaracji z Laeken i renegocjować Traktat Lizboński. Istnieje potrzeba decentralizacji, rozmów o tym, jak przywrócić władzę na poziomie państw członkowskich, bliżej ich obywateli, jak przejść od poziomu superpaństwa do poziomu międzyrządowego.

Hans-Gert Pöttering:

Jeszcze zanim powiem ostatnie słowo chciałbym powiedzieć, że Konferencja Przewodniczących PE dyskutowała o terminie Pana wystąpienia w PE i proponuje Panu 19 lutego. W kwietniu postaramy się o wystąpienie prezydenta a USA, a parlament ma ostatnie posiedzenie 7 maja.

Wreszcie chciałbym coś powiedzieć i opuścić ten pokój na dobre. To, żeby Pan nas porównywał do Związku Sowieckiego, jest więcej niż niedopuszczalne. Każdy z nas ma swoje głębokie zakorzenienie w swoim kraju i w naszych okręgach wyborczych. Chodzi nam o wolność i demokrację, o pojednanie w Europie. My popieramy czeskie przewodnictwo, mamy dobrą wolę i nie jesteśmy naiwni.

Vaclav Klaus:

Ja nie porównywałem Was ze Związkiem Sowieckim, słowo Związek Sowiecki nie wypowiedziałem. Powiedziałem natomiast, że takiej atmosfery i stylu negocjacji, jak dzisiejszy, nie doświadczyłem doprawdy przez minionych 19 lat w Republice Czeskiej.

Dziękuję Panom za możliwość spotkania z Wami, jako posłami PE. Jest to doświadczenie odmienne od tych, które mam ze spotkań z prezydentami i premierami krajów członkowskich UE.

—————

Finał historii w Parlamencie Europejskim (dyskusja o zachowaniu Daniel Cohn-Bendit, Hans-Gert Pöttering, Martin Schulz między innymi z udziałem Nicolas Sarkozy)

———–

Vaclav Klaus – prezydent Republiki Czeskiej

Hans-Gert Pöttering – niemiecki polityk chadecki. Przewodniczący Parlamentu Europejskiego

Martin Schulz – niemiecki polityk, przewodniczący Grupy Socjalistycznej w Parlamencie Europejskim

Daniel Cohn-Bendit – jeden z przywódców rewolucji ‘68. W wyborach w 1999 wszedł do PE z listy francuskich Zielonych, w 2004 – z listy Zielonych niemieckich. Współprzewodniczący Grupy Zieloni – Wolny Sojusz Europejski

Brian Crowley – irlandzki polityk prawicowy, współprzewodniczący frakcji Unia na rzecz Europy Narodów w PE

Francis Wurtz – członek Francuskiej Partii Komunistycznej. Przewodniczący Konfederacyjnej Grupy Zjednoczonej Lewicy Europejskiej/Nordycka Zielona Lewica PE

Hanne Dahl – duńska eurodeputowana, współprzewodnicząca Grupy Niepodległość/Demokracja

Irena Belohorská – słowacka eurodeputowana, niezrzeszona

Źródło: Fronda.pl : Skandal w Pradze
8. grudnia 2008

————

Inne artykuły /wypowiedzi prezydenta Czech Vaclav Klausa

- Prawdziwa twarz przedstawicieli Unii Europejskiej – skandaliczne zachowanie parlamentarzystów europejskich na spotkaniu z Prezydentem Vaclavem Klausem

- Madry człowiek Vaclav Klaus – prezydent Czech

- Głos Wolności – rozmowa z Vaclavem Klausem

- Vaclav Klaus o integracji europejskiej, tarczy antyrakietowej i ekologach

- Traktat Reformujący EU- Konstytucja Europejska

Madry człowiek Vaclav Klaus – prezydent Czech

Wywiad z prezydentem Czech Vaclavem Klausem m.in. o kryzysie gospodarczym, Unii Europejskiej, fałszywych ideach i socjalizmie.

Wywiadu możesz odsłuchać tutaj (mp3)

Jest pan zaskoczony obecnym kryzysem na świecie?

Nie jestem specjalnie tym zdziwiony, wiele spraw było widocznych przez ostatnie parę lat, a szczególnie w ciągu ostatnich miesięcy, więc nic nie spadło nagle z nieba

A skala kryzysu?

Jest to coś zupełnie nowego jeśli chodzi o skalę. Zaczęło się od pierwszego etapu, którym był kryzys związany z rynkiem nieruchomości. Drugim etapem był kryzys finansowy związany z kredytami – to rozpoczęło się mniej więcej dwa miesiące, czy miesiąc temu. Jednak to, co ostatnio stało się na rynkach finansowych, jest dla nas czymś, czego skala jest zupełnie nowa i dziwne jest, że Stany Zjednoczone dopuściły do tego, że panika finansowa aż tak daleko się posunęła.

A czy odpowiedź, jakiej udzielają rządy Stanów Zjednoczonych i państw Unii europejskiej jest odpowiedzią adekwatną na kryzys światowy?

Musimy znaleźć odpowiedzi na dwa pytania. Po pierwsze jakie są rzeczywiste powody tego kryzysu, a po drugie – co należy zrobić w tej chwili. Uważam, że to, co robione jest w tej chwili przypomina przyjmowanie pigułki w sytuacji, gdy rozwinęła się już jakaś choroba po tylko, by zlikwidować symptomy. Nie dotarliśmy natomiast w żadnym wypadku do korzeni tego problemu. Czasem takie pigułki są potrzebne, jednak obawiam się, że świat wykorzysta nadmiernie obecną sytuację kryzysową do tego,  by wprowadzić bardzo surowe regulacje sektora gospodarczego, a będzie to bardzo poważny błąd. Tego typu regulacje w gospodarce wprowadzono już w latach trzydziestych, w okresie wielkiego kryzysu i był to ogromny błąd, którego powtórzenia bardzo się teraz obawiam. Boję się reperkusji [w sektorze] regulacji obecnego kryzysu.

Jak należałoby zareagować na kryzys światowy?

Muszę powiedzieć, że ja osobiście nie zajmuję się w tej chwili rozwiązywaniem kryzysu finansowego, jednak uważam, że po pierwsze należałoby powstrzymać panikę i nadmierną reakcję, która pojawiła się w wielu krajach. Po drugie – to co robią Stany Zjednoczone w tej chwili i co robi część państw europejskich jest dla mnie czymś bardzo niepokojącym – chodzi o objęcie gwarancjami kredytowymi we wszystkich bankach wszystkich depozytów złożonych przez obywateli – moim zdaniem jest to bardzo poważny błąd. Jest to związane także z pomysłem ubezpieczania [gwarantowania] kredytów międzybankowych oraz nacjonalizacją różnych sektorów działalności i usług. Moim zdaniem rzeczywiście jest to poważny błąd.

Ale to jest błąd, który ma zapobiec panice…

Nie wierzę w to. Naprawdę nie wierzę. Takie kroki tylko zwiększają panikę, jaka jest na rynku. Gdyby te kroki nie były podejmowane, zwykli ludzie nie byliby aż tak bardzo przerażeni. Tak więc ta panika nie jest w ten sposób łagodzona – a wręcz przeciwnie – jest wzmacniana.

Czyli można wyciągnąć wniosek, że świat szedł w złym kierunku, a idzie w jeszcze gorszym?

Myślę, że tak właśnie ta sytuacja wygląda, ponieważ nie znajduje się obecnie ani w rękach banków centralnych ani ministrów finansów – a powinna być właśnie przez banki centralne i ministrów finansów kontrolowana. W tej chwili poziom decyzyjny znalazł się w rękach polityków, takich na przykład jak Angela Merkel czy francuski prezydent Sarkozy. Oni nie są zainteresowani szczegółami finansowymi. Oni są zainteresowani jedynie swoją własną popularnością a także pokazaniem opinii publicznej, że są bardzo aktywni. Chcą zmaksymalizować korzyści wynikające z tej sytuacji dla ich pozycji politycznej – a nie są zainteresowani sytuacją ekonomiczną w swoich państwach. I to jest dla mnie bardzo niepokojące.

Czy w czasie spotkań na szczycie Unii Europejskiej z prezydentem Sarkozym czy z kanclerz Merkel pan prezydent powtarza im to samo? Mówi: „Uwaga, koledzy, idziemy w złym kierunku”?

Zawsze staramy się im takie poglądy przedstawić. Nie wiemy jednak, czy oni tego słuchają…

Ale zbliża się prezydencja Czech w Unii Europejskiej. Głos Czech będzie mocniejszy? Czy pan prezydent wykorzysta ten głos?

Uważam, że ludzie w państwach europejskich – a dotyczy to zarówno starych państw, jak i nowoprzyjętych – przeceniają znaczenie prezydencji unijnej. Zbyt wiele uwagi przykładają do prezydencji w Unii Europejskiej. Nie chodzi tu o rzeczywistą demokrację, która w Unii jest jak gdyby tylko odgrywana. Jeśli weźmiemy pod uwagę znaczenie prezydencji dużych państw członkowskich, takich jak na przykład Niemiec i porównamy to z prezydencją małych państw członkowskich – jak na przykład Słowenii na początku tego roku, to zauważymy, że różnice są wyraźne. Niestety obawiam się, że Czechy nie doprowadzą w czasie swojej prezydencji do żadnej rewolucji w Unii Europejskiej. Żałuję gdyż uważam, że w Unii przydałaby się taka rewolucja – rewolucja aksamitna.

Na czym miałaby polegać aksamitna rewolucja w Unii Europejskiej?

Jest to użycie starego czeskiego pojęcia w tym kontekście. Aksamitnej rewolucji. W latach 90-tych moim marzeniem było wejście Czech do Unii Europejskiej i wprowadzenie w Unii w ten sposób zmian. Chodził o to, by wprowadzić większy poziom demokracji. Chodziło o wprowadzenie deregulacji, odbiurokratyzowanie struktur unijnych, zastąpienie potężnych zasad regulacyjnych… To trzeba zrobić. Czesi i Polacy doskonale wiedzą o co chodzi, bo właśnie to robiliśmy w naszych państwach po upadku komunizmu. Wprowadzaliśmy deregulację, prywatyzowaliśmy, zmniejszaliśmy poziom subsydiów, liberalizowaliśmy gospodarkę…

Ale pan prezydent wie, że Unia Europejska płynie w drugą stronę. Na stole leży traktat lizboński, którego jeszcze nie podpisał prezydent Lech Kaczyński, i którego pan też nie chce podpisać. Dlaczego nie chce pan podpisać traktatu z Lizbony?

Dlatego, że w zasadzie konstytucja europejska i kosmetyczne zmiany, które w niej wprowadzono i nazwano Traktatem Lizbońskim, nie idą w kierunku tej aksamitnej rewolucji – przeciwnie – zwiększają poziom centralizacji i biurokratyzacji, przenoszą poziom decyzyjny z państw członkowskich do Brukseli. To jest wręcz kontrrewolucja.

Ale żadne imperium nie powstałoby bez biurokracji. Może jeśli chcemy silnej Europy, która ma znaczenie w globalnym świecie, to musimy mieć globalizację, urzędników, rozmaite rozporządzenia, które może nie każdemu się podobają, ale są konieczne dla spójności?

To świetne pytanie. Z pewnością użyję go wiele razy w przyszłości. Pan, w sposób bardzo wyraźny powiedział, że chciałby pan mieć imperialną Europę, chciałby pan mieć imperium. Ja nie chcę imperialnej Europy. Chcę po prostu mieszkać w Czechach. Myślę, że większość Polaków będzie szczęśliwa żyjąc i mieszkając po prostu w Polsce. Nie mam absolutnie żadnych ambicji imperialnych. Nie potrzebuję silnej Europy. To błąd w sposobie myślenia. Nie zależy mi na tym, żeby ta Europa była Europą imperialną. Myślę, że Polacy i Czesi także takiej Europy nie chcą mieć. Takiej Europy potrzebują chyba tylko ci politycy, którzy w Brukseli mieszkają lub często do niej podróżują, politycy europejscy, którzy chcą taką imperialną Europę stworzyć i być wielkimi przyjaciółmi szefów państw – takich jak Chiny, Stany Zjednoczone i  inne duże kraje… Ale to nie jest moje marzenie. To nie jest moja ambicja. Absolutnie nie jest to silna, imperialna Europa.

Ale nie jest tak, że w tym globalnym świecie, który staje się teraz wielobiegunowy, gdzie są Stany Zjednoczone, Rosja, silne Chiny, Indie nie ochroni pan wartości czeskich czy my nie ochronimy wartości polskich, nie będąc w zintegrowanej silnej Europie…

Uważam, że jest fikcja. To zły sposób patrzenia na tę sprawę. Myślę, że powinniśmy przedyskutować, czym tak naprawdę jest globalizacja i nie powinniśmy mówić, że globalizacja jest związana z centralizacją Europy. Uważam, że w ten sposób powtarzany jest stary pomysł Orwella – podział świata na trzy wielkie strefy. Nie należy tego powtarzać. Myślę, że problem, z którym mamy teraz do czynienia, to internacjonalizacja wszelkiej działalności ludzkiej – a nie – typowa globalizacja. Te sprawy są często mylone. Globalizacja jest też często błędnie interpretowana jako trend… Powinniśmy o tym porozmawiać – jednak to jest temat na inną, bardziej niż obecna złożoną rozmowę.

Jeszcze jedno pytanie na temat kryzysu światowego – czy nastąpi recesja gospodarcza?

Obawiam się, że zdecydowanie będziemy mieć do czynienia z radykalnym obniżeniem poziomu wzrostu gospodarczego. Będzie to widoczne w naszych państwach w przyszłości. Pojawia się jednak pytanie, czy dojdziemy do poziomu ujemnego wzrostu gospodarczego, czy będzie to recesja na minusie… Trudno na to odpowiedzieć. Spowolnienie gospodarcze jest wyraźnie zauważalne w Stanach Zjednoczonych i w Europie. W drugim kwartale bieżącego roku – z tego, co wiem – poziom wzrostu gospodarczego w Europie wynosił minus półtora procenta. W Stanach Zjednoczonych, w trzecim kwartale te dane również pojawiały się na minusie. W związku z tym, na pewno zauważymy spowolnienie gospodarcze i w Polsce i w Czechach, ale czy będzie to recesja? Trudno powiedzieć.

Pan prezydent w poglądach politycznych, ekonomicznych płynie pod prąd większości, ale jeszcze bardziej płynie pan pod prąd w poglądach na temat ocieplenia klimatu. Dlaczego pan uważa, że dogmat ocieplenia klimatu na świecie jest fałszywy?

Myślę, że dogmat globalnego ocieplenia oparty jest na błędnych analizach i błędnych przesłankach. Uważam, że absolutnie nie jest to spowodowane dyskusją o temperaturze czy emisji dwutlenku węgla. Te właśnie argumenty używane są przez osoby, które chcą rządzić światem, chcą nas całkowicie zmanipulować. Wzbudzają panikę, mówiąc o dramatycznym ociepleniu klimatu i tego strasznych skutkach. Uważam, że powinniśmy być opanowani – a nie panikować. Niewielkie ocieplenie może faktycznie nastąpić, ale nie będzie miało poważniejszych skutków dla ludzkości – dlatego powinniśmy skoncentrować się na istotniejszych kwestiach, rzeczywistych priorytetach – a nie na fikcyjnych.

Ale to właśnie ludzkość teraz podejmuje decyzję, żeby mniej dwutlenku węgla wysyłać w atmosferę, są coraz większe normy dotyczące zanieczyszczenia środowiska. Uważa pan, że to też jest zły kierunek?

To, co pan powiedział, to nie jest prawda. Uważam, że ludzkość w żadnym wypadku nie jest zainteresowana zwalczaniem globalnego ocieplenia. Natomiast zainteresowane są tym takie osoby jak Al Gore, Angela Merkel, Gordon Brown czy prezydent Sarkozy… Są to politycy, dziennikarze, przedstawiciele ruchów środowiskowych – ale na pewno nie chodzi tu o ludzkość. Natomiast muszę również powiedzieć, że nie widzę związku pomiędzy ociepleniem klimatu a emisją dwutlenku węgla. Nie wierzę w ten związek i nie mogę poprzeć środków, o których pan mówi ponieważ uważam, że podstawy dla ich wprowadzenia są niesłuszne.

Uważa pan, że to co robi Al Gore, to jest wielka manipulacja i oszustwo?

Tak. Tak bym to określił.

Interes polityczny? Interes ekonomiczny?

Oba. Tak myślę. Jeśli chodzi o Ala Gore’a to obydwa argumenty są słuszne. Nie wiem, czy Al Gore ma w tej chwili jakieś ambicje polityczne, ale z całą pewnością ma ambicje polityczne, ponieważ chce być postrzegany jako zbawca świata – a więc jest to coś więcej niż tylko ambicja polityczna czy gospodarcza.

Pan prezydent uważa, że ideologia ocielenia klimatu jest podobna do ideologii komunizmu? Do ideologii, które chciały zawładnąć ludzką duszą po to, żeby pociągnąć ja w fałszywym kierunku?

Muszę powiedzieć, że porównanie ekologicznej ideologii globalnego ocieplenia z ideologią komunizmu nie jest aż tak proste – tym bardziej, że nie chcę upraszczać. Przeżyliśmy wszyscy okres komunizmu – nie chcę więc stosować łatwych i tanich porównań. Jeśli jednak pomyślimy o strukturze tych ideologii, to pewne podobieństwa możemy zauważyć. W okresie komunizmu mówiono o powstrzymaniu niszczenia i biedzie mas – w tej chwili mówimy, że należy powstrzymać niszczenie i biedę planety… Czyż nie jest to podobne?

Słyszymy o tym, że tajfuny, które nawiedzają Stany Zjednoczone są konsekwencją ocieplenia klimatu. Widzimy białe niedźwiedzie dryfujące po oceanach na poderwanych wyspach lodowych… to jak mamy to interpretować?

To totalna manipulacja. Myślę, że nikt racjonalnie myślący nie wierzy w tego typu stwierdzenia. Jest to błędne wykorzystanie danych. Byłem w zeszłym tygodniu Stanach Zjednoczonych, w Seattle, gdzie wygłaszałem przemówienie. Po tym przemówieniu rozmawiałem z jedną z obecnych tam kobiet. Była zaszokowana. Podeszła do mnie i zapytała: “Czy pan nie widzi globalnego ocieplenia?” Zapytałem: „A czy pani widzi globalne ocieplenie? Czy wie pani o ile wzrosła średnia temperatura w ciągu całego 20 wieku? Powiedziała, że nie wie… Więc odpowiedziałem jej, że średnia temperatura w ciągu ostatnich 100 lat wzrosła o siedemdziesiąt cztery setne stopnia Celsjusza.  Mniej niż jeden stopień przez stulecie! Ta agresywna zwolenniczka dogmatu globalnego ocieplenia była całkowicie zszokowana i powiedziała, że nigdy czegoś takiego nie słyszała… Po prostu żyjemy w szalonym świecie.

I wyciągamy wnioski z fałszywych przesłanek? Czyli budujemy świat na fałszywych przesłankach?

Byłby bardzo ostrożny. Mówi pan, że MY budujemy świat. Używa pan niesłusznie liczby mnogiej, ponieważ ja takiego świata w żadnym wypadku nie buduję. Myślę, że pan również go nie buduje – ani ta pani… Świat buduje się sam. Świat buduje się spontanicznie. Sformułowanie o budowaniu świata pochodzi z leksykonu komunistycznego. Myślę, że świata nikt nie buduje. No… chyba, że Al Gore…

Źródło: Polskie Radio: Salon polityczny Trójki

14.10.2008

————

Inne artykuły /wypowiedzi prezydenta Czech Vaclav Klausa

- Prawdziwa twarz przedstawicieli Unii Europejskiej – skandaliczne zachowanie parlamentarzystów europejskich na spotkaniu z Prezydentem Vaclavem Klausem

- Madry człowiek Vaclav Klaus – prezydent Czech

- Głos Wolności – rozmowa z Vaclavem Klausem

- Vaclav Klaus o integracji europejskiej, tarczy antyrakietowej i ekologach

- Traktat Reformujący EU- Konstytucja Europejska

Głos Wolności – rozmowa z Vaclavem Klausem

Rozmowa z Vaclavem Klausem prezydentem Republiki Czeskiej

Rz: Czy podczas czwartkowej wizyty w Pradze prezydent Lech Kaczyński próbował pana przekonać do traktatu lizbońskiego?

Vaclav Klaus: Prezydent Kaczyński nie próbował przekonywać mnie, że traktat lizboński jest piękny. Moje stanowisko w tej sprawie jest powszechnie znane i nie ma mowy, żeby się zmieniło.

Jak zareagowałby pan, gdyby prezydent Kaczyński ostatecznie podpisał traktat?

Zaakceptowałbym to bez mrugnięcia okiem. To jego prawo, by tak postąpić, i nigdy nie śmiałbym go za to krytykować. Ani publicznie, ani prywatnie.

Czy podpisze pan traktat? Niektórzy politycy w Czechach twierdzą, że powinien pan to zrobić, gdyż w przeciwnym razie naruszy pan konstytucję, a co za tym idzie – interes narodowy Czech…

Biorąc pod uwagę czeski interes narodowy, jeżeli już używamy tego terminu, nigdy nie powinienem podpisać traktatu lizbońskiego.

Osobiście dziękował pan mieszkańcom Irlandii za to, że głosowali przeciwko traktatowi. Czy Unia Europejska i Europejczycy w ogóle potrzebują traktatu lizbońskiego?

Taki dokument nie jest potrzebny do standardowego funkcjonowania Unii – w tym do jej dalszego rozszerzenia – i w przyszłości może zaszkodzić wolności i demokracji w Europie.

Leżąc niedawno w szpitalu po operacji biodra, żartował pan, że może sam napisać nowy europejski traktat. Co by pan w nim zamieścił? Co byłoby najważniejsze?

Najważniejszy byłby powrót do międzyrządowości (konfederacyjny model integracji europejskiej z 1961 r. oparty na unii suwerennych ojczyzn – przyp. red.) oraz jednomyślnego podejmowania decyzji. Powrót „unii” do „wspólnoty”.

Nie lubi pan być nazywamy Europejczykiem. Opowiada się pan przeciwko europejskiej biurokracji. Dziś mówi pan, że jest przeciwko Europie a la francaise. Dlaczego?

Jestem Europejczykiem (to jedna z moich cech tożsamości), ale to poczucie nie jest bardzo silne. Jest na przykład znacznie słabsze niż poczucie bycia Europejczykiem z Europy Środkowej czy Słowianinem. Nie jestem teraz przeciwko Europie a la francaise, ale jestem przeciwko tendencjom do coraz większego zacieśniania integracji europejskiej i przeciwko jej socjalizacji. Te tendencje są dziś wyraźnie obecne w ambicjach Francji podczas jej przewodnictwa w UE.

Od 1 stycznia 2009 r. to Czechy będą stać na czele Unii Europejskiej. Chciałby pan, żeby wszyscy członkowie UE mówili wtedy jednym głosem? Co będzie dla pana najważniejsze podczas tego przewodnictwa?

Nie mam wielkich ambicji, jeśli chodzi o przewodnictwo UE. To po prostu formalna, a nie rzeczywista, rola. Porównanie niemieckiego i słoweńskiego przewodnictwa całkiem wyraźnie to pokazuje.

Prezydenci Czech i Polski mówią dziś niemal jednym głosem, jeśli chodzi o sprawy Unii Europejskiej. Czy możemy się spodziewać nowego sojuszu polsko-czeskiego?

Zawsze będzie mi miło stać ramię w ramię z prezydentem Polski. Określenie „sojusz” jest jednak zbyt silne. Nie wierzę, by obywatele obu krajów byli do niego chętni.

Polska i Czechy są dziś sojusznikami USA. Łączy je też amerykańska tarcza antyrakietowa. Czy to może zaszkodzić obu krajom w relacjach z UE? Czy Polska i Czechy mogą być postrzegane w Unii jako konie trojańskie Ameryki?

Rzeczywiste interesy obu naszych krajów w pozytywnych stosunkach z USA są tak silne, że reakcje niektórych „antyamerykańskich” polityków w UE nie są uważane za istotne.

Istnieją obawy, że czeski parlament może nie ratyfikować umowy z Waszyngtonem w sprawie tarczy. Czy to możliwe? Czy jest pan pewien, że proces ten zakończy się w Czechach pozytywnie?

Za wcześnie, by o tym mówić, ale oczekuję, że parlament ratyfikuje tę umowę.

Polska wciąż jest w trakcie negocjacji w sprawie tarczy. Co pana zdaniem powinna teraz zrobić? Czy miałby pan dla Warszawy jakieś propozycje?

Nie mam żadnych propozycji dla Polski. Jestem przekonany, że Polacy sami wiedzą, co robić.

Źródło: Rzeczpospolita: Ten traktat szkodzi wolności

Katarzyna Zuchowicz  26-07-2008

————

Inne artykuły /wypowiedzi prezydenta Czech Vaclav Klausa

- Prawdziwa twarz przedstawicieli Unii Europejskiej – skandaliczne zachowanie parlamentarzystów europejskich na spotkaniu z Prezydentem Vaclavem Klausem

- Madry człowiek Vaclav Klaus – prezydent Czech

- Głos Wolności – rozmowa z Vaclavem Klausem

- Vaclav Klaus o integracji europejskiej, tarczy antyrakietowej i ekologach

- Traktat Reformujący EU- Konstytucja Europejska

Declan Ganley – człowiek, który pokonał Taraktat Lizboński

Kampania przed referendum w Irlandii wchodzi w decydującą fazę. Przez ulice Dublina mknie autobus Libertasu, antylizbońskiej organizacji biznesmena Declana Ganleya. Jej szef, wyluzowany i ironiczny, co chwilę rzuca dowcipem, działacze się śmieją. Choć jest gorąco, a Ganley od rana prowadził na ulicach kampanię, nie wygląda na zmęczonego. Siada wśród sterty ulotek, tłumacząc polskiemu dziennikarzowi, dlaczego agituje przeciw Lizbonie.

– Europa powinna być rządzona demokratycznie, a nie przez brukselską elitę, której nikt nie wybiera. Nie chcę narzuconego z góry prezydenta i ministra spraw zagranicznych Europy, co przewiduje traktat z Lizbony.– A gdyby powstał traktat zakładający ich wybór w ogólnoeuropejskim głosowaniu powszechnym? – pada pytanie.

– To by mi zaczęło przypominać demokrację! – w oku Ganleya pojawia się błysk. Człowiek, który stał się w wielu krajach ikoną eurosceptyków, na każdym kroku podkreśla swoje prounijne poglądy. – Nie jestem żadnym eurosceptykiem, jestem proeuropejski. Ale chcę Europy demokratycznej, a nie zarządzanej przez elitę, która nie musi odpowiadać przed ludźmi za swe decyzje – tłumaczy.

Według irlandzkiej Komisji Referendalnej grupa Ganleya wydała na kampanię najwięcej ze wszystkich irlandzkich organizacji – około 1,3 miliona euro. Pracownicy Libertasu rozdali 2 miliony broszur. Dla porównania, rządząca prawicowa partia Fianna Fail przeznaczyła na kampanię za przyjęciem traktatu tylko około 700 tys. euro. Fine Gael, druga siła polityczna na Zielonej Wyspie, na ten sam cel wydała 500 tysięcy.

Pieniądze, które Ganley rzucił na szalę, rozdrażniły jego przeciwników. 39-letni przedsiębiorca z Galway mówi tymczasem z rozbrajającą miną, że przeznaczył z własnej kieszeni na kampanię… 6 tysięcy euro. Reszta miała pochodzić z darów i składek. Kto je wręczył? Tajemnica.

Ponieważ niewiele wiadomo o pochodzeniu jego fortuny, wokół postaci Ganleya tworzą się mity. Irlandzkie gazety nazywają go tajemniczym Panem „Nie”, a jego polityczni przeciwnicy przypisują mu powiązania z kręgami nacjonalistycznymi. Niektórzy widzą w nim agenta CIA, który działa w imieniu amerykańskich republikanów chcących „osłabić Europę”. Wytyka mu się też, że mówi z brytyjskim akcentem.Kim jest naprawdę ten tajemniczy człowiek?

Biznes w Iraku, Albanii, Rosji…

Ganley urodził się w rodzinie irlandzkiej mieszkającej w Londynie. Żył tam przez kilkanaście lat i dlatego do dziś mówi z londyńskim akcentem. Gdy skończył 13. rok życia, jego rodzice wrócili do Irlandii.

Już w młodości miał żyłkę do interesów, ćwiczył ją, sprzedając i kupując akcje. Po szkole pracował najpierw na budowie, a potem jako drobny urzędnik w przedsiębiorstwie ubezpieczeniowym. Etatowa praca szybko mu się znudziła i zaczął próbować sił, rozkręcając własny biznes. Zarabiał, gdzie tylko mógł. Sposób, w jaki doszedł do pierwszego miliona, okryty jest tajemnicą. Wiadomo tylko, że działał niekonwencjonalnie, szukając zysku w miejscach, które inni biznesmeni omijali, np. w Iraku i Albanii. Szczególne zainteresowanie wzbudzała w nim Rosja oraz państwa byłego bloku sowieckiego, gdzie po upadku komunizmu otworzyły się szerokie perspektywy dla ekspansji biznesu. W 1992 roku był krótko doradcą ekonomicznym rządu łotewskiego.

Na początku lat 90. założył niewielką firmę przemysłu drzewnego Kipelova, która z czasem rozrosła się do rozmiarów przedsiębiorstwa zatrudniającego 6 tysięcy ludzi. W 1997 roku, gdy sprzedawał Kipelovą, była to największa firma drzewna na terenie dawnego ZSRR. Kupił ją Renaissance Capital, przedsiębiorstwo założone przez Borisa Jordana, jednego z byłych szefów Gazprom Media i gazpromowej telewizji NTV.

Prowadząc interesy na Wschodzie, Ganley nie ominął również Polski.– Spędziłem sporo czasu w Warszawie, a moja żona ma polskie korzenie. Jej dziadek służył w polskim legionie austriackiej armii w czasie I wojny – mówi nam biznesmen.

Gdy doszedł do wielkich pieniędzy, próbował realizować bardzo ambitne projekty. Proponował między innymi ubezpieczanie… zachodnich satelitów, które mieliby wystrzeliwać w kosmos Rosjanie. Nie udało się. Za to całkiem nieźle mu szło w telekomunikacji. Jego firma Broadnet działała w dziesięciu państwach UE, zanim sprzedał ją za ogromne pieniądze.

W pewnym momencie spółki Ganleya zaczęły robić interesy z przemysłem obronnym USA. Stało się to później pretekstem do oskarżeń o rzekome powiązania biznesmena z CIA. Rivada Networks, której jest prezesem, zatrudnia kilku byłych amerykańskich wojskowych. Według irlandzkiego tygodnika „Phoenix” Ganley zalicza do swych bliskich przyjaciół dowódcę amerykańskiej armii na Pacyfiku admirała Timothy J. Keatinga oraz byłego podsekretarza stanu USA do spraw handlu Johna Kneuera.

Te związki posłużyły zwolennikom „tak” do wysuwania sugestii, że biznesmen działa na zlecenie z Ameryki, a być może nawet otrzymuje stamtąd pieniądze. I to mimo że spaliły na panewce jego próby uzyskania kontraktu na sieć telefonii mobilnej w Iraku, w których starał się wykorzystać kontakty w amerykańskiej administracji rządowej.

– Declan wydaje się większy, potężniejszy, niż jest w rzeczywistości. To, co osiągnął w życiu, robi wielkie wrażenie na ludziach. Chciałbym jednak podkreślić, że to człowiek uczciwy, który nigdy nie kłamał na temat swoich osiągnięć – broni go partner i współzałożyciel Libertas Chris Coughlan.

Droga do władzy?

Ganley mógłby mieszkać w swoim XIX-wiecznym pałacyku w Galway, którego poprzednim właścicielem był znany piosenkarz Donovan, cieszyć się towarzystwem żony i bawić czworo małych dzieci. Zaspokoiwszy ambicje biznesowe, szef Libertasu najwidoczniej nabrał jednak ochoty na karierę polityczną. Jego przystąpienie do kampanii przeciw traktatowi lizbońskiemu było dla zwolenników „tak” niczym grom z jasnego nieba. Irlandzka klasa polityczna, niemal w całości prolizbońska, miała przeciw sobie tylko kilka biednych jak mysz kościelna antylizbońskich organizacji lewicowych. Myślała więc, że referendum pójdzie jak po maśle. Aż tu nagle pojawił się Ganley i sfinansował wielką, profesjonalną kampanię przeciwko traktatowi.

Pikanterii tej historii dodaje fakt, że Ganley jest członkiem Fianna Fail i – jak ujawnił „Rz” – wspierał partię swoimi pieniędzmi.

Gdy pytamy go, czy nie czuł dyskomfortu, prowadząc kampanię przeciw własnemu ugrupowaniu, uśmiecha się szelmowsko i odwraca wzrok. Przez chwilę głęboko się zastanawia. – Moja sytuacja we Fianna Fail wygląda mniej więcej tak: chodzę wokół wielkiego muru i szukam jakiejś małej dziury, żeby móc się przecisnąć – wyjaśnia i nagle wybucha głośnym śmiechem.

Czyżby ambitny biznesmen liczył na to, że zwycięska akcja antylizbońska będzie trampoliną do władzy we Fianna Fail? Niewykluczone, ale jest też inna możliwość. – Być może ta kampania jest wstępem do utworzenia w Irlandii pierwszej partii promującej ekonomiczny liberalizm. Declan Ganley byłby oczywiście liderem – mówi irlandzki politolog Peadar ó Broin.

Po przegranym referendum stał się postacią bardzo niewygodną dla politycznego establishmentu Irlandii, szczególnie po prawej stronie sceny politycznej. Dawni przyjaciele zaprzeczają, że go znają. Gdziekolwiek zapytać, trafia się na pełne zażenowania milczenie. W drugiej połowie lat 90. Ganley był jednym z głównych „dobroczyńców” partii premiera Briana Cowena, przeznaczając setki tysięcy euro na jej kampanie wyborcze. Dziś żaden z działaczy Fianna Fail nie chce się przyznać do kontaktów z milionerem.

Rzecznik prasowy Fianna Fail Gene McKenna reaguje nerwowo, gdy pada nazwisko Ganleya. Próbuje kręcić, ale w końcu musi przyznać, że wróg nr 1 ma tę samą legitymację.

– Tak, o ile wiem, wciąż należy do Fianna Fail – sapie McKenna. – Jednak nie jestem w stanie powiedzieć, od kiedy. Nie znam listy członków partii na pamięć. Zresztą nie muszę w szczegółach wiedzieć, kto jest członkiem. Szczególnie na niskim szczeblu, na prowincji.

Mimo że kierownictwo Fianna Fail nakazało swym członkom „bezkompromisowe” poparcie dla traktatu, głośna kampania Ganleya nie jest, zdaniem McKenny, powodem do wykluczenia go z partii. – Nie wszyscy u nas popierają ten traktat. Każdy ma prawo do własnego zdania. Fianna Fail to nie jest południowoamerykańska dyktatura – tłumaczy.

McKenna uważa, że Ganley zaszkodził głównie sobie, „chodząc po różnych mediach i opowiadając kłamstwa”. – Ten człowiek występuje wszędzie, gdzie się da, i mówi rzeczy, które nie są zgodne z prawdą. Szkodzi samemu sobie a przede wszystkim szkodzi Irlandii – twierdzi.

O tym, że Ganley w przeszłości finansował partię, McKenna „nic nie wie”. – Nie oznacza to, że to niemożliwe. Wiele osób wspiera partię. Jest ich tak wiele, że nie jestem w stanie powiedzieć, kto i kiedy przekazywał pieniądze – podkreśla.

Nagroda za przeczytanie traktatu

Ganley zmusił premiera Irlandii Briana Cowena do wstydliwego wyznania, że „nie przeczytał traktatu w całości”. Dzięki temu z człowieka, o którym wcześniej nigdzie poza Irlandią nikt nie słyszał, stał się postacią znaną w całej Europie.

Zdaniem politologa Uniwersytetu w Dublinie Johna Coakleya niechęć byłych partyjnych kolegów nie powstrzyma Ganleya. – Jest zręcznym i inteligentnym biznesmenem. To właściwości, które otwierają mu drogę do polityki – uważa Coakley. Według niego Ganley w sprytny sposób przypisał sobie wszystkie zasługi za zwycięstwo przeciwników traktatu. – Bądźmy szczerzy, tego dokumentu nikt nie przeczytał. Tylko on, jako jedyny. To zrobiło wrażenie na ludziach. I teraz co z tego, że tak naprawdę nie on obalił traktat lizboński? Był we właściwym miejscu o właściwej porze. Skoncentrował całą uwagę na sobie – podkreśla politolog.

– Lepszego startu do politycznej kariery nie można sobie wyobrazić. On chce się wspiąć na samą górę. Ma pieniądze, ma popularność, teraz potrzeba mu już tylko jednego. Władzy.

Źródło : Rzeczpospolita: Pan „Nie” czyta traktat
Aleksandra Rybińska, Marcin Szymaniak 21-06-2008

Perspektywy Unii Europejskiej

Traktat lizboński nie rozwiąże żadnych problemów Unii! Biurokracja, protekcjonizm, bezsensowne subsydia dla rolników czy nadmiar przepisów, to wszystko zostanie. Mamy do czynienia z wyjątkowo archaicznym dokumentem – przekonuje brytyjski politolog Hugo Robinson

Polska jest o krok od ratyfikacji traktatu lizbońskiego. Brakuje tylko podpisu prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Gdyby pan mógł, co by pan mu poradził? Podpisywać czy nie?

– Oczywiście, że nie podpisywać! Ten dokument nie jest do niczego potrzebny ani Polsce, ani Europie. Przeciwnie. Z drugiej jednak strony, patrząc realnie – szanse na to, by wasz prezydent nie zgodził się na ratyfikacje, są niewielkie. Polska raczej nie storpeduje traktatu.

Dlaczego uważa pan, że traktat nie jest dobry dla Polski?

– Bo przekazuje szereg ważnych kompetencji i decyzji z polskiego parlamentu do Brukseli. W kilkudziesięciu kluczowych sprawach Polska nie będzie mogła zastosować prawa weta, a jurysdykcja Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości będzie radykalnie rozszerzona. Nastąpi wielka centralizacja władzy w rękach wąskiej grupy eurokratów, którzy daleko od Warszawy będą podejmować kluczowe dla Polaków decyzje. A przecież to polski, wybrany demokratycznie parlament, a nie Bruksela, ma za zadanie reprezentować polski naród.

Badania wskazują, że Polacy są nastawieni euroentuzjastycznie. Może nie będzie im to przeszkadzać?

– Zacznie im przeszkadzać, gdy zorientują się, że coraz więcej decyzji jest podejmowanych za ich plecami. Kiedyś ludzie akceptowali fakt, że Unia przejmuje pewne kompetencje państw – ale chodziło o tak mało kontrowersyjne sprawy jak jednolity europejski rynek. Traktat lizboński narzuca jednak ten mechanizm na przykład w kwestiach przestępczości czy imigracji. To kwestie fundamentalne, ściśle związane ze specjalną relacją państwo – obywatele. Obawiam się, że gdy Bruksela zacznie narzucać poszczególnym państwom przepisy, których nie będą chcieli ich obywatele, to nastroje wobec Unii gwałtownie się zmienią. Ludzie zapytają, dlaczego nie mogą sami o sobie decydować. Gdyby w sprawie traktatu przeprowadzono referendum, politycy mogliby powiedzieć: „Sami tego chcieliście”. A tak?

Unia Europejska lubi podkreślać przywiązanie do zasad demokracji. Jak pan myśli, dlaczego w sprawie traktatu politycy woleli nie odwoływać się do woli narodów?

– W Wielkiej Brytanii sprawa jest prosta – rząd wie, że społeczeństwo odrzuciłoby traktat. Moja organizacja prowadziła wielką kampanię na rzecz referendum. Jeżeli narodowy parlament ma nieodwracalnie przekazać część swych uprawnień ponadnarodowej biurokracji, to warto spytać ludzi o zdanie. Kiedyś rząd nam to obiecał. Wystarczyło jednak przepakować Konstytucję UE w traktat i obietnicę złamano. To niesmaczne. Holendrzy i Francuzi, odrzucając unijną konstytucję w referendum, pokazali, że Europejczycy nie chcą dalszej integracji. Mimo to eurokraci bezwstydnie ją forsują ponad głowami narodów. Referenda powinny być zorganizowane we wszystkich państwach członkowskich. Tymczasem głosować będą tylko Irlandczycy i wszystko wskazuje na to, że wspierana przez rząd kampania na „tak” odniesie sukces.

Unia ma jednak demokratyczne instytucje. Na przykład Parlament Europejski.

– Zwolennicy traktatu często powołują się na ten argument. Wskazują, że kompetencje PE mają zostać zwiększone. Oczywiście, zgoda. Parlament to ciało o niebo lepsze niż Komisja czy Rada UE. Ale pamiętajmy, że to bardzo specyficzna instytucja. Wybierana małą ilością głosów (frekwencja w wyborach europejskich jest na ogół niska), a więc nie posiada specjalnej legitymizacji. Nie wiem, jak jest w Polsce, ale w Wielkiej Brytanii związek pomiędzy obywatelami a PE jest znikomy. Ludzie nie interesują się tym, co się dzieję podczas jego obrad, gazety o tym nie piszą. Nikt się nie czuje związany z tym gremium. Najważniejszy jest parlament państwowy.

Może to cena, jaką trzeba zapłacić za dobrobyt i wzmocnienie kontynentu?

– Ale ten traktat nie rozwiąże żadnych problemów, które trapią Unię! Jego twórcy nie myślą o prawdziwej, głębokiej reformie, której ta instytucja wymaga. Po ratyfikacji traktatu stare problemy się nasilą. Biurokracja, protekcjonizm, bezsensowne subsydia dla rolników czy nadmiar przepisów. Ten traktat nie stawia czoła fundamentalnym wyzwaniom, którym należy sprostać, żeby Unia Europejska mogła sprawnie działać w XXI wieku. Mamy do czynienia z wyjątkowo archaicznym dokumentem. To na pewno nie jest żadne „wzmocnienie kontynentu”. Proszę mnie dobrze zrozumieć: nie chcę, żeby Unia padła. Chcę, żeby to była nowoczesna, sprawna struktura. W obecnym kształcie długo jednak nie pociągnie.

A czy zgadza się pan z tezą, że znaleźliśmy się na drodze do budowy europejskiego superpaństwa?

– Aż tak źle nie jest. Centralizacja władzy w rękach eurokratów to wprawdzie drobny krok w tę stronę, ale do utworzenia takiego molocha i zniesienia państw narodowych jeszcze daleka droga. Faktycznie, przewidziano stworzenie instytucji prezydenta UE, będzie również unijny minister spraw zagranicznych. Ale by zbudować europejskie superpaństwo, potrzeba jeszcze kilku traktatów. Proszę zresztą pamiętać o poważnej przeszkodzie – nie ma czegoś takiego jak europejski naród, europejska opinia publiczna czy europejski patriotyzm.

W Polsce istnieją obawy, że Unia może zostać zdominowana przez Francję i Niemcy, i realizować interesy tych krajów?

– Bracia Kaczyńscy mieli dobre powody, żeby sprzeciwiać się nowemu systemowi głosowania w UE. Rację miał również Jan Rokita, gdy bronił systemu z Nicei. Dla Polski był on wyjątkowo korzystny. A teraz wasze wpływy zostaną poważnie zmniejszone. Podobnie jak wiele innych krajów, w szeregu spraw nie będziecie mogli stosować prawa weta. Przekonuje się nas, że to pozwoli „zdynamizować Unię” i przyspieszyć proces podejmowania decyzji. W Wielkiej Brytanii wielu ludzi, zwłaszcza związanych z biznesem, nie podziela tego poglądu. Dla nich to, że Unia będzie mogła swobodnie ustalać kolejne prawa, jest niemiłą perspektywą. I tak zmagają się z tysiącem przepisów narzucanych z Brukseli. Wracając do pańskiego pytania – choć traktat rzeczywiście poprawi pozycję Niemiec, to wydaje się, że na tym dokumencie stracą wszystkie państwa narodowe. Zyskają eurokraci.

W Polsce wielkie kontrowersje wzbudza zawarta w traktacie Karta praw podstawowych.

– I nic dziwnego. To pewnie najważniejsza i najbardziej kontrowersyjna część traktatu. Określa się ją czasami mianem traktatu w traktacie. To nieprzewidywalny i niebezpieczny dokument. Nie bardzo nawet wiadomo, o co w nim chodzi, jaka jest różnica między pryncypiami a prawami. Karta praw podstawowych – brzmi szlachetnie. Ale spróbujmy to przełożyć na język prawniczy. Wtedy okaże się, że dokument daje wolną rękę prawnikom, którzy mogą go dowolnie interpretować. Deklaracje szybko mogą się przerodzić w nakazy prawne. Idea w obowiązek. Brytyjski rząd przecież zębami i pazurami walczył, aby powstrzymać przyjęcie Karty.

W Polsce szczególne obawy wzbudziły zapisy dotyczące praw dla homoseksualistów…

– Wiem, że to u was drażliwy temat. W Wielkiej Brytanii dyskusja na temat traktatu skupia się raczej wokół zapisów ekonomicznych. Na przykład „prawo do strajku”. Organizacje zrzeszające biznesmenów niepokoją się, że może to zniszczyć konkurencyjność brytyjskich towarów i odwrócić liberalne reformy wprowadzone przez panią Thatcher. Lewica też się niepokoi. Na przykład zapisami o „prawie do własności”. Karta nie jest więc ani lewicowa, ani prawicowa. To po prostu mętny dokument wprowadzający prawniczą niejednoznaczność.

Ostro krytykuje pan kierunek, w jakim zmierza Unia. Jak zatem według pana powinna wyglądać wspólnota?

– Przede wszystkim powinna być bardziej elastyczna, żeby kraje, które nie chcą głębszej integracji, nie musiały w niej uczestniczyć. Państwa członkowskie powinny odzyskać swoje prawa. Problemem Unii jest bowiem jej zachłanność. Wszelkie zmiany są nieodwracalne. Jeszcze nie było przypadku, żeby Unia zrezygnowała z jakichś prerogatyw, które odebrała państwom.

A w kwestii gospodarki? Co Unia powinna zrobić, żeby móc konkurować ze Stanami Zjednoczonymi czy wzrastającymi azjatyckimi potęgami: Indiami i Chinami?

– Trzeba zrezygnować z wszystkich regulacji, które dławią naszą przedsiębiorczość i konkurencyjność. Protekcjonizm handlowy to dziś przeżytek. Polityka Unii jest tak naprawdę kierowana przez rozmaite grupy interesu, na przykład francuskich rolników czy włoski biznes tekstylny. W połowie roku, gdy Francja przejmie kierownictwo Unii, na pewno zobaczymy dalsze „postępy” w tej dziedzinie. Nicolas Sarkozy jest, niestety, bardzo gaullistowski, bardzo protekcjonalistyczny i podejrzliwy wobec wolnego rynku. Wszystko to, o czym mówię, zwiększa cenę naszych produktów. Zamiast walczyć z Chińczykami, sami się im podkładamy. Prawdziwymi przegranymi są europejscy konsumenci.

Czy Unia może jeszcze zmienić kurs?

– Oczywiście. Jak wcześniej powiedziałem, musi przyjść moment, w którym Europejczycy stwierdzą, że mają dość i wystąpią przeciw Unii. Zobaczymy, jak będzie się sprawdzało euro. Na przykład Portugalia i Hiszpania już mają kłopoty ze zbyt silnym kursem euro, na który nie mają wpływu. Euro to symbol integracji. Jeżeli unia monetarna poniesie porażkę, to będzie wielki cios dla koncepcji unii politycznej. Są zresztą inne słabe punkty, gdzie mogą się pojawić rysy, a nawet pęknięcia. Musimy na to liczyć.

Czyli Unia potrzebuje kryzysu, żeby rozpocząć poważne reformy?

Tak. Unia w obecnym kształcie długo nie przetrwa. Euroentuzjaści prowadzili swoją kampanię od wielu lat. Przekonali ludzi do swojej wizji. Teraz przyszła pora, żeby głośno przemówili eurosceptycy. Musimy dotrzeć do Europejczyków. Pokazać im, że jest alternatywa. Obecnie tylko Wielka Brytania i Polska są krajami, gdzie wśród elit – klasy politycznej czy przedsiębiorców – występują nastroje eurosceptyczne. Czytam najważniejsze francuskie i hiszpańskie gazety i wiem, że tam tego nie ma. Na górze panuje powszechny konsensus, przekonanie, że w Unii wszystko idzie świetnie. Euroseptycyzm występuje zaś wśród zwykłych obywateli. Prędzej czy później nastroje te przenikną do elit.

Hugo Robinson jest politologiem z konserwatywnego, brytyjskiego think tanku Open Europe.

Źródło : Rzeczpospolita: W obecnym kształcie Unia długo nie przetrwa
Piotr Zychowicz 05-05-2008


Nowe artykuły na email

Kliknij poniższy link i zapisz się, a będziesz otrzymywał nowe artykuły na email:

ZAPISUJE SIĘ >>

 

Luty 2010
P W Ś C P S N
« sty    
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728

a

Statystyka

  • 575,104 odwiedzin