Wyniki wyszukań dla 'jaruzelski'

Kiedy spłacisz 70000 zł Tuskowego długu

Dobry artykuł o zadłużeniu Państwa ukazał się w Rzepie. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek na jej łamach przedstawiono w taki sposób ten problem. Miejmy nadzieję, że rozwinie się z tego jakaś większa dyskusja w mediach. No i oczywiście, że temat zostanie podjęty przed przyszłymi wyborami.

A ludzie żyją sobie szczęśliwi i nieświadomi. Sądzą, że zawsze będzie można korzystać z bezpłatnej służby zdrowia a po 65 roku życia będzie można przejść na dożywotnią emeryturę (zapewniającą godne życie :) .
Ależ to będzie niemiłe zaskoczenie dla większości społeczeństwa jak to wszystko się skończy.

Dla tych którzy przejrzą na oczy czytając poniższy artykuł polecam ANTYPORADNIK PRZYSZŁEGO EMERYTA i CZWARTY FILAR

Ogólnie polecam blog Dwa Grosze Po przeczytaniu kilkudziesięciu wpisów wpada się w małą panikę (albo dużą). Mimo dyskomfortu warto.

———

Ostrożne uwzględnienie samych kosztów dotychczasowych obietnic emerytalnych bez kosztu darmowego leczenia oznacza, że dług publiczny na głowę każdego obywatela wynosi ponad 70 tys. złotych

Według oficjalnych statystyk dług publiczny w przeliczeniu na jednego obywatela Polski wynosi około 17 tys. złotych. Jednak tak naprawdę jest on znacznie wyższy. Oficjalne dane na temat zadłużenia sektora publicznego, czyli tak naprawdę nas, podatników, są niejasne i nierzetelne, bo ujmują tylko małą część istniejącego zadłużenia. Głównym brakującym elementem w statystyce zadłużenia publicznego są dopłaty z budżetu, czyli z naszych podatków, do emerytury oraz zakup usług leczenia, które są płatne później niż w bieżącym roku budżetowym. Taki nierzetelny sposób księgowania jest wygodny dla polityków. Pozwala im chwalić się bieżącymi wydatkami bez ukazywania ich długoterminowych konsekwencji. Gdy na przykład kilka lat temu Sejm uchwalił wcześniejsze emerytury górnicze warte 70 mld zł, to oficjalny dług państwa nie wzrósł ani o złotówkę. A przecież posłowie skutecznie zobowiązali nas do wypłaty tej sumy w przyszłości.

Ostrożne uwzględnienie samych kosztów dotychczasowych obietnic emerytalnych bez uwzględnienia wszakże kosztu darmowego leczenia oznacza, że dług publiczny na głowę każdego obywatela sięga ponad 70 tys. złotych. Tak więc dług publiczny Polski wynosi nie około 47 proc. PKB, jak twierdzi się oficjalnie, lecz ponad 200 proc. PKB!

Co to jest dług

Dane te nie zaskoczą rozsądnego człowieka, który wie, co to jest dług. Bo wie on, że dług to pieniądze, które jesteśmy winni innym. By to zrozumieć, nie trzeba znać ani ekonomii, ani księgowości. Tą logiką kieruje się prawo, które zobowiązuje sektor prywatny do księgowania wszystkich jego zobowiązań. Jednak państwo uznaje, że obowiązuje je inna logika. Państwo uznaje bowiem, że nie musi księgować całego swojego długu.

Liczne autorytety i aparat państwowy udają, że dług można dowolnie definiować, a duża część zobowiązań z odległej przyszłości nie istnieje w teraźniejszości. Jest to nierzetelne. By jasno i rzetelnie przedstawić sytuację finansową Polski, należy ująć i przedstawić całe zadłużenie sektora publicznego niezależnie od terminu jego zapłaty i niezależnie od tego, komu zobowiązaliśmy się zapłacić te pieniądze.

Na razie państwo poprawnie księguje tylko papiery wartościowe emitowane przez sektor publiczny, takie jak obligacje Skarbu Państwa, oraz kredyty zaciągnięte w bankach. Dlatego ten rodzaj długu, bez względu na to, czy jest płatny za rok czy za dziesięć lat, jest uwzględniony w oficjalnej statystyce zadłużenia sektora publicznego. Natomiast zobowiązania państwa wobec Polaków w postaci przyszłych emerytur oraz obiecanego darmowego leczenia są księgowane tylko w budżecie roku, w którym zostaną zapłacone. Oznacza to, że dopłaty do emerytur i koszt leczenia bieżącego roku są zaksięgowane w budżecie na rok 2009. Natomiast te same zobowiązania za lata 2010, 2011, 2012 itp. nie są nigdzie ujęte. Choć, oczywiście, jak najbardziej stanowią wymagalne zobowiązania państwa. Takie księgowanie stanowczo zaniża dane dotyczące zadłużenia sektora publicznego. Takie ujęcie długu publicznego byłoby rzetelnym uproszczeniem, gdyby struktura wiekowa społeczeństwa się nie zmieniała – mniej więcej ta sama liczba emerytów, rencistów i osób wymagających leczenia przypadałaby na pracujących i płacących podatki. Ale od lat 60. ubiegłego wieku nasze społeczeństwo się starzeje.

Negatywne konsekwencje

Dotychczasowy sposób przedstawiania zobowiązań Polski ma poważne negatywne skutki, zwłaszcza dla młodych i nienarodzonych Polaków. Wyższe ukryte zadłużenie dziś oznacza większe podatki oraz redukcję świadczeń w przyszłości, gdy trzeba będzie spłacić całe, zarówno to ujawnione, jak i nieujawnione w oficjalnych danych, zadłużenie. Na takiej zasadzie zadziałała reforma emerytalna. Przejście od systemu pokoleniowego, w którym dzieci i wnuki płaciły za emerytury rodziców i dziadków, do systemu składkowego, w którym każdy oszczędza na swoją emeryturę, polega na tym, że obecni młodzi zapłacą za emerytury dwa razy. Najpierw zapłacą za emerytury swoich dziadków i rodziców, a potem jeszcze raz zapłacą za własne niższe emerytury. Podobnie trzeba będzie zrobić z emeryturami mundurowymi, sędziów, prokuratorów, rolników oraz kosztami leczenia wszystkich Polaków.

Ukrywając przed nami skalę rzeczywistego zadłużenia, rządzący ze wszystkich obozów politycznych chcą ukryć, że w przyszłości czekają nas podwyżki podatków oraz niższe, niż obiecano świadczenia. Rzetelnym sposobem prezentowania zadłużenia sektora publicznego jest ukazanie całego zadłużenia niezależnie od terminu jego zapłaty i tego, komu winni jesteśmy pieniądze.

Najczęstszą odpowiedzią na rozbieżność pomiędzy oficjalnymi danymi a rzeczywistym zadłużeniem publicznym jest stwierdzenie: „ale w innych krajach też tak robią”. Owszem, w większości krajów, choć nie we wszystkich, władze tak liczą dług, by nie oddawał on prawdziwego, a wyższego poziomu zadłużenia.

Politycy wszystkich krajów mają tendencję do wydawania więcej, niż podatnicy są w stanie zapłacić. Sytuacja Polski jest więc podobna do większości rozwiniętego świata. I tu, i tam politycy zaaprobowali metodologię liczenia zadłużenia publicznego, która zaniża oficjalnie podawane zadłużenie publiczne. I przez wiele lat mogli tak czynić bezkarnie, ponieważ fałszowano księgowość zobowiązań wybiegających dziesiątki lat do przodu.

Kto za to zapłaci

Długi, które zaciągali politycy, stawały się wymagalne dawno po tym, gdy nie tylko kończyły się ich kadencje, ale również, gdy większości z nich już nie było wśród nas. Za emerytury rolnicze udzielone przez Gierka, liczne branżowe przywileje emerytalne utworzone przez ekipę Jaruzelskiego płacą podatnicy, którzy wtedy byli dziećmi lub których jeszcze w ogóle nie było. Podobnie będzie z kosztem umożliwienia zdrowym ludziom przechodzenia na renty i wcześniejsze emerytury przez SLD w połowie lat 90.

Młodzi podatnicy będą płacić jeszcze przez wiele lat po tym, gdy politycy, którzy zwiększyli tym rozdawnictwem swą popularność i władzę, odejdą z polityki lub wręcz z tego świata. Okres rozliczenia się z podjętych zobowiązań można było dodatkowo przedłużać, zaciągając nowe kredyty w miejsce wcześniejszych zobowiązań. Pożyczanie bowiem to przesuwanie konsumpcji w czasie – z przyszłości na teraźniejszość – oraz przesuwanie płatności z dziś na przyszłość.

Ale większy dług dziś to wyższe podatki i mniej pieniędzy na inwestycje i świadczenia jutro. A niestety, dalej już tak przerzucać długów na przyszłość się nie da. Ta niegdysiejsza odległa przyszłość jest już coraz bliżej, a my bierzemy udział w bezprecedensowym starzeniu się społeczeństw. I dziś już możemy stwierdzić, że nawet po wielu reformach nie starczy pieniędzy podatników na istniejące, ale niezewidencjonowane zobowiązania państwa. Powojenny system opieki społecznej opierał się na opłatach pokoleń młodszych na wydatki socjalne starszych.

System ten sprawdzał się dobrze, dopóki rosła liczba podatników. Jednak od lat 60. ubiegłego wieku wraz ze starzeniem się społeczeństw coraz mniejsza liczba pracujących musi utrzymać coraz większą liczbę beneficjentów różnych przywilejów obiecanych w przeszłości przez polityków. Starzenie się społeczeństwa uczyniło dotychczasowe sposoby zabezpieczenia socjalnego coraz bardziej kosztownymi, dolegliwymi i niedającymi się utrzymać w niedalekiej już przyszłości.

Co możemy zrobić?

Zachowujmy się tak, jakbyśmy byli bardzo zadłużeni – bo jesteśmy. W najbliższych dekadach Polska potrzebuje wygenerować znaczną nadwyżkę budżetową oraz ograniczyć koszty przywilejów emerytalnych i darmowego leczenia na koszt podatników – w innym wypadku czekają nas drastycznie wyższe podatki oraz drastycznie niższe świadczenia.

Oznacza to zmniejszenie wydatków państwa, podniesienie podatków oraz unieważnienie części zobowiązań. Im szybciej dokonamy tych zmian, tym mniej będą one bolesne. Ponadto elementarna uczciwość wymaga, by policzyć poziom prawdziwego zadłużenia Polski – i podawać go do wiadomości publicznej co roku w ustawie budżetowej oraz co miesiąc razem z danymi na temat zadłużenia publicznego.

Tak, by wszystkie pokolenia Polaków mogły z pełną świadomością zadecydować, na jaki system zabezpieczeń społecznych stać nas tak naprawdę, a nie według nierzetelnych liczb przedstawianych nam dotychczas. Bez rzetelnych informacji demokracja nie działa. Brak pełnej ewidencji tworzonych zobowiązań pozwala rządzącym rozdawać liczne przywileje w celu zwiększenia swej władzy bez ukazywania społeczeństwu pełnych kosztów takich działań.

Autor jest absolwentem Harvard UnivAssociates i Deutsche Morgan Grenfell.

Rzeczpospolita: Dług publiczny: rośnie, będzie jeszcze gorzej
Paweł Dobrowolski 05-10-2009

Leszek Balcerowicz – kilka faktów

W najbardziej wpływowych mediach po 1989 r. konsekwentnie lansowano mit Leszka Balcerowicza jako swoistego tytana nowatorskiej myśli ekonomicznej. “Tytana” upowszechniającego jedynie słuszne poglądy na temat polskiej gospodarki, wbrew wrzaskowi różnych “populistycznych” dyletantów. W rzeczywistości Balcerowicz był przez wszystkie lata po 1989 r. jedynie posłusznym narzędziem w rękach sterujących nim zagranicznych globalistów typu George Soros. Z ogromnym oddaniem i konformizmem służył ich działaniom zmierzającym do opanowania kluczowych dziedzin polskiej gospodarki, przemysłu, bankowości.

Konformizmu uczył się już za młodu, pod “odpowiednim” wpływem ojca, dyrektora PGR-u. Już w młodości Leszek Balcerowicz dał szczególnie wymowny dowód umiejętności przystosowywania się do silniejszych, do tych, którzy dzierżyli władzę. Wstąpił do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, i to w czasie, gdy partia ta była szczególnie mocno skompromitowana – w 1969 roku. Gdy odliczymy trwający rok obowiązkowy staż kandydacki, okazuje się, że Balcerowicz zgłosił się do PZPR tuż po bezwzględnym moczarowskim stłumieniu ruchów studenckich i tzw. kampanii antysyjonistycznej oraz po interwencji w Czechosłowacji. Miał wtedy 22 lata. Trudno więc tłumaczyć niedojrzałością jego decyzję wstąpienia do partii komunistycznej, którą podejmowali wówczas tylko najgorsi karierowicze. Ciekawe, jak tłumaczy ten pomarcowy zaciąg Balcerowicza do partii Bronisław Geremek, który przez lata był jego najbliższym współpracownikiem w Unii Wolności.

Początkowo przez blisko dziesięć lat Balcerowicz pracował w SGPiS pod kierownictwem Pawła Bożyka, szefa doradców ówczesnego pierwszego sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka. Sam Bożyk, później złośliwie komentując wyjątkowo doktrynerskie poczynania Balcerowicza, mówił o nim, że był to jego jeden z najbardziej odległych od praktyki gospodarczej uczniów.

W latach 1978-1980 pracował w szczególnie antyreformatorskiej instytucji, za to prawdziwej szkole konformizmu – w Instytucie Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu przy KC PZPR.

W latach 90. ex post uczyniono z Balcerowicza rzekomego czołowego ekonomistę, wywodzącego się spośród opozycji solidarnościowej. W rzeczywistości przed latem 1989 roku nikt go za takiego nie uważał. Jeszcze w początkach 1989 roku Balcerowicza, mającego wówczas tylko stopień doktora, nie wzięto ani do 20-osobowego składu solidarnościowego w zespole ds. gospodarki i polityki społecznej przy Okrągłym Stole, ani do wspierającego go grona ekspertów (!!!). Próżno więc szukać jego nazwiska w informatorze “Okrągły stół. Kto jest kim. ‘Solidarność’ – opozycja. Biogramy, wypowiedzi”, Warszawa 1989.

Wykonawca planu Sorosa

Swą przyspieszoną karierę w 1989 r., awans na wicepremiera i ministra finansów, Balcerowicz zawdzięczał tylko i wyłącznie protekcji prawej ręki premiera Mazowieckiego, jego zausznika – ekonomisty Waldemara Kuczyńskiego. Początkowo ofiarował się tylko z rolą doradcy Kuczyńskiego (por. L. Balcerowicz, “800 dni”, Warszawa 1992, s. 10) i sam był zaskoczony swym nieoczekiwanym ogromnym awansem. Zawdzięczał go głównie temu, że kolejno odmówiły cztery pierwsze osoby, którym zaproponowano stanowisko ministra finansów we wrześniu 1989 r., a Balcerowicz urząd ten skwapliwie przyjął. Tym gorliwiej podjął się realizacji importowanego ze Stanów Zjednoczonych do Polski planu Sorosa-Sachsa, w Polsce funkcjonującego pod fałszywą nazwą “plan Balcerowicza”.

W rzeczywistości cały plan był pomysłem słynnego amerykańskiego lewicowego miliardera George’a Sorosa, przybyłego z Węgier do USA giełdowego spekulanta żydowskiego pochodzenia. O tym, że cały rzekomy plan Balcerowicza był w istocie dziełem Sorosa, możemy dowiedzieć się również z bardzo nieostrożnej enuncjacji W. Kuczyńskiego, wspomnianego już zausznika Mazowieckiego, ministra przekształceń własnościowych w jego rządzie. Jak wyznał Kuczyński w książce “Zwierzenia zausznika” (Warszawa 1992, s. 82-83): “Soros przyjechał z planem reformy gospodarki polskiej, zwanym planem Sorosa. To była kombinacja szokowej operacji antyinflacyjnej z restrukturyzacją naszych firm”. Balcerowiczowi jako wicepremierowi nadzorującemu polską politykę gospodarczą przypadło zaś tylko zadanie firmowania tego wszystkiego i uwiarygodniania polityki służącej gospodarczym celom Zachodu.

Celom tym służyła skrajnie doktrynersko realizowana polityka gospodarcza Balcerowicza, skupiająca się głównie na walce z inflacją, przy zaniedbaniu wysiłków na rzecz wzrostu gospodarczego i pobudzania polskiego eksportu. Jednym z najszkodliwszych elementów tej polityki było nastawienie na przyśpieszoną gruntowną prywatyzację polskiego przemysłu i banków, stanowiącą faktyczną wyprzedaż za bezcen.

Rzecznik terapii szokowej

Wielkie wsparcie dla Balcerowicza stanowiły zachęty do jak najszybszej terapii szokowej lansowane już latem 1989 r. przez współdziałającego z Sorosem amerykańskiego ekonomistę Jeffreya Sachsa. Reklamował on się w Polsce jako ten, który z dnia na dzień zwalczył w Boliwii ogromną inflację. Obiecywał tę samą skuteczną terapię w Polsce, zapominając uprzedzić, że jego boliwijski sukces dokonał się kosztem ogromnie wysokiego bezrobocia i buntu boliwijskich robotników, wprowadzenia w Boliwii stanu wyjątkowego i internowania przywódców związkowych. O tym wszystkim milczano w najbardziej wpływowych polskich mediach, tym chętniej za to nagłaśniając obietnice Sachsa łatwej, bezbolesnej i szybkiej terapii szokowej. Szczególnie kłamliwa pod tym względem była informacja w “Gazecie Wyborczej” z 24 sierpnia 1989 r., zamieszczona pod znamiennym tytułem: “Cud gospodarczy w Polsce?”. Sachs obiecywał tam m.in.: “Likwidujemy całkowicie inflację w ciągu sześciu miesięcy. Stopa życiowa zacznie wzrastać za pół roku (…) Nie dajcie sobie wmówić, że radykalny program gospodarczy wymaga cierpień i wyrzeczeń”.

Nader szybko miało się okazać, że realizowana przez Balcerowicza terapia szokowa doprowadziła do wielkiego pasma cierpień i wyrzeczeń przeważającej części społeczeństwa, z korzyścią dla gromady cwaniaków polskich i zagranicznych. Pisał o tym jednoznacznie bardzo ostry amerykański krytyk terapii szokowej, noblista z dziedziny ekonomii, prof. J. Stiglitz. Dzięki skokowym podwyżkom cen państwo zagrabiło wieloletnie oszczędności obywateli. Straciły ogromną część wartości zbierane przez wiele lat wkłady na mieszkania. Państwo zgarnęło przeważną część oszczędności dolarowych, szacowanych na koniec 1988 r. na 7-15 miliardów dolarów amerykańskich (por. S. Dąbrowski, Logika postkomunistów, “Nowy Świat”, 13 stycznia 1993 r.). Przypomnijmy zapomniane już dane o rozmiarach podwyżek cen w 1990 r. Według tekstu “Gazety Wyborczej” z 29 stycznia 1991 r., opartego na danych GUS, średnie ceny w 1990 r. były sześcio-, siedmiokrotnie wyższe niż w 1989 roku. Przy tym chleb średnio podrożał 13 razy, makaron – 22 razy, ceny mebli, naczyń kuchennych, lodówek wzrosły 8-10 razy. Ceny podstawowych artykułów w wielu przypadkach stały się wyższe niż w krajach EWG. W tym samym czasie miesięczne wynagrodzenie mieszkańca Polski odpowiadało 2-3-dniowym zarobkom Francuzów lub Niemców.

Jak wielkie rozmiary przybrało skokowe zubożenie polskiego społeczeństwa w efekcie balcerowiczowskiej terapii szokowej, doskonale dokumentowała podstawowa wręcz książka o polityce społecznej wydana w 1995 r. pod redakcją prof. Juliana Auleytnera. Według niej, w samym tylko 1990 r. przeciętne płace spadły o 24 proc., realna wartość przeciętnej emerytury i renty – o 19 proc., a dochody netto z rolnictwa na 1 pracującego – o 63 proc. Rolników szczególnie dotknęło otwarcie przez Balcerowicza granic na produkty rolne z zagranicy, w dużej mierze dotowane przez rządy zachodnie i sprowadzane do Polski po dumpingowych cenach.

Dzięki wpływom starej nomenklatury tzw. plan Balcerowicza, szumnie reklamowany jako nowa, rewolucyjna wręcz reforma gospodarcza, był faktycznie tylko nową kolejną odmianą stosowanych przez rządy PRL “operacji dochodowo-cenowych”. Z tą różnicą, że tamtych nie udało się zrealizować władzom ze względu na opory społeczeństwa. Balcerowiczowi zaś to wszystko powiodło się kosztem gigantycznego ograbienia społeczeństwa z oszczędności i bardzo dużego zubożenia wielkiej części ludności. Udało się dlatego, że mógł skorzystać z ogromnego poparcia społeczeństwa dla rządu Mazowieckiego. Naród zbyt łatwo zawierzył ówczesnemu kierownictwu Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, które twierdziło, że plan Balcerowicza to jedyny skuteczny program naprawy gospodarczej, niemający rzekomo żadnej alternatywy. Tak uzyskano przyzwolenie społeczne dla drastycznego planu gospodarczego, którego władzom PRL w żadnym razie nie udałoby się zrealizować ze względu na opór Narodu. Jak szczerze wyznawał na łamach “Prawa i Życia” 10 marca 1990 r. były minister handlu wewnętrznego w rządzie M. Rakowskiego, Marcin Nurowski, “realizacja takiego programu gospodarczego w naszym wykonaniu doprowadziłaby do gigantycznej awantury w kraju”.

Skorzystała stara nomenklatura

Plan Sorosa-Balcerowicza zyskał entuzjastyczne wręcz wsparcie różnych byłych prominentów reżimu komunistycznego – od byłych ministrów PRL-owskich Nurowskiego i Mieczysława Wilczka, po byłego wicepremiera w rządzie Rakowskiego – Mieczysława Sekułę czy byłego rzecznika rządu Jaruzelskiego – Jerzego Urbana. Stało się tak nieprzypadkowo. Stara nomenklatura partyjna stanowiła trzon kadry kierowniczej w gospodarce, wprowadzającej plan Sorosa-Balcerowicza. Postarano się też o zablokowanie prawdziwie potrzebnych głębokich reform strukturalnych, od reformy banków począwszy, po restrukturyzację przemysłu, które mogłyby być niekorzystne dla starej kadry partyjnej. Tym żarliwiej wspierali za to mnożące się spółki nomenklaturowe. Zadbali również o możliwie jak najbardziej nieprecyzyjne i wadliwe przepisy w różnych dziedzinach, tak aby ułatwić dokonywanie różnych aferowych manipulacji (vide: afera FOZZ, afera z rublem transferowym, tytoniowa, ziemniaczana etc.). Balcerowicz ponosi lwią część odpowiedzialności za brak kontroli, który ułatwił dokonywanie afer przy współudziale osób usadowionych na wpływowych stanowiskach gospodarczych. Rzecz znamienna – w 1989 r. zniesiono karę konfiskaty majątku za nadużycia gospodarcze. Cwaniacy z zagranicy i wysoko uplasowani w aparacie gospodarczym ludzie starej nomenklatury świetnie wykorzystali do swych celów szanse spekulacji i drenażu dolarów z Polski dzięki utrzymywaniu przez półtora roku kursu dolara do złotego na sztywnym, niezmienionym poziomie.

Profesor Łukasz Czuma tak pisał o mechanizmie tych manipulacji w I tomie “Encyklopedii Białych Plam”: “(…) jeśli ktoś z zagranicy wymienił 1 mln dolarów na złotówki, które następnie włożył na wysoki procent – np. na 150 proc. rocznie – do banku w Polsce, to przy stałym kursie wymiennym dolara do złotówki zyskiwał w ciągu roku 1,5 mln i mógł wywieźć z Polski 2,5 mln dolarów (…) nieprecyzyjne prawodawstwo, uchwalone przez Sejm ‘kontraktowy’, pozwoliło na takie operacje na podstawie działania m.in. tzw. oscylatora”. Ocenia się, że z ówczesnej Polski wyparowały w owym czasie miliardy dolarów. Balcerowicza obciąża fakt, że nie zastopowano na czas różnych tego typu manipulacji.

Fachowcy z “Czerwonej oberży”

Dawni komunistyczni działacze byli siłą dominującą w superministerstwie gospodarczym kierowanym przez Balcerowicza – wszechwładnym resorcie finansów. Na najwyższych szczeblach tego ministerstwa zastępcami w randze wiceministrów byli, obok bezpartyjnego (choć dawniej członka PZPR) Marka Dąbrowskiego, trzej wiceministrowie z PZPR: Janusz Sawicki, Andrzej Podsiadło i Jerzy Napiórkowski. Ogromną część dyrektorów i naczelników stanowili również członkowie PZPR. Podobnie układały się stosunki w innych resortach gospodarczych podległych Balcerowiczowi, gdzie PZPR-owcy stanowili dominującą część kierownictw ministerstw. Szczególnie wymowna była sytuacja w obsadzie pozycji w tak kluczowej sferze życia gospodarczego jak banki. Dominowały tam bez reszty postacie ze starej PZPR-owskiej nomenklatury typu były członek Biura Politycznego KC PZPR, a w 1990 r. prezes Narodowego Banku Polskiego Władysław Baka czy były minister rządów PRL-owskich, a w 1990 prezes Banku PKO Marian Krzak.

Zdecydowana większość tych marksistowskich “fachowców” skupionych wokół Balcerowicza wywodziła się ze Szkoły Głównej Planowania i Statystyki, która przez lata była potocznie nazywana wielce zasłużonym mianem “Czerwonej oberży”. Była bowiem jako uczelnia prawdziwą “czerwoną kuźnią kadr”, jak wspomniał Adam Glapiński w książce “Lewy czerwcowy”. Nieprzypadkowo tak świetny obserwator anomalii życia gospodarczego jak Stefan Kisielewski (Kisiel) ostro wytykał na jesieni 1990 r. Balcerowiczowi, jako jeden z największych jego błędów, skrajną tolerancję wobec starej komunistycznej nomenklatury. W wypowiedzi z 20 września 1990 r. Kisiel stwierdził: “(…) sądziłem, że nasza reforma zacznie się od usunięcia tej właśnie nomenklatury: ludzi, którzy na drodze do kapitalizmu mogą być jedynie zawalidrogami. (…) Balcerowicz mógł te osoby usunąć metodą rewolucyjną, zaraz w styczniu, za jednym zamachem-dekretem. Tymczasem nie uczynił tego i nomenklatura nadal istnieje” (cyt. za: “Testament Kisiela”, Poznań 1992, s. 53).

Kisiel nie docenił podstawowej przyczyny utrzymania ludzi z “Czerwonej oberży” na kluczowych stanowiskach wokół Balcerowicza. Ten teoretyk, niemający zielonego pojęcia o praktyce funkcjonowania gospodarki, był wprost niewolniczo uzależniony od swych PZPR-owskich pomagierów. Byli oni wielce usłużni wobec Balcerowicza, ale nie bezinteresownie. Zajmując kierownicze stanowiska, wykorzystywali dostęp do najtajniejszych informacji gospodarczych w celu przyśpieszonego tworzenia fortun dla siebie i “kolesiów” w ówczesnych “przełomowych” czasach. Jeszcze w maju 1995 r. Lech Kaczyński jako szef NIK tak mówił o różnych przejawach zdominowania węzłowych punktów gospodarki przez ludzi starej partyjnej nomenklatury: “Banki i Ministerstwo Finansów – gdzie do dziś w lwiej części kierownicze stanowiska zajmują ludzie dawnego systemu, na przykład prezes Pekao SA Marian Kanton i jego zastępca Janusz Czarzasty, Bogusław Kott – prezes Big Banku, Krzysztof Szwarc – prezes Banku Rozwoju Eksportu, czy też Andrzej Wróblewski – przewodniczący Rady Nadzorczej Banku Śląskiego, minister finansów w rządzie Mieczysława Rakowskiego. To tylko niektóre przykłady. To wszystko – jeśli można tak powiedzieć – ‘zawodnicy z jednej drużyny’. Tych ludzi nigdy nie wymieniono, mimo że od 1989 roku minęło 6 lat” (z wywiadu L. Kaczyńskiego dla “Gazety Wyborczej” z 29 maja 1995 r.). Balcerowicza obciąża fakt, że w czasie swego panowania nad resortem finansów wyraźnie nie zrobił niczego, aby wymienić różnych PZPR-owskich prominentów na młodych zdolnych fachowców spoza układów. Ani przez chwilę nie pomyślano też o wykorzystaniu w celu reformowania polskich finansów licznych wybitnych polonijnych fachowców od gospodarki i bankowości.

Serwilizm wobec Zachodu

Związki Balcerowicza z komunistami były gorąco wspierane przez najbardziej wpływowe zachodnie kręgi gospodarcze. Nader wymowne pod tym względem było zachowanie amerykańskiego protektora Balcerowicza – Jeffreya Sachsa. W wywiadzie dla komunistycznej “Polityki” z 6 stycznia 1990 r. Sachs wystąpił z jednoznacznym gorącym poparciem dla byłego członka Biura Politycznego KC PZPR prof. Władysława Baki, wówczas prezesa Narodowego Banku Polskiego. Określił go jako prawdziwego gwaranta “twardej, prowadzonej żelazną ręką polityki kredytowej”. Jak akcentował J. Sachs: “Odkąd prezesem NBP został profesor Baka, są coraz liczniejsze dowody, iż NBP staje się prawdziwym bankiem centralnym. Przedsiębiorstwa gorączkowo poszukują kredytów w bankach komercyjnych, te zwracają się do NBP, a Baka mówi – nie”. Dodajmy, że w tym samym czasie “dziwnym trafem” różne zarządzane przez komunistów spółki mogły liczyć na szybkie kredyty. A do tego doszła i taka “gratka”, jak wynegocjonowana przez M.F. Rakowskiego “pożyczka moskiewska”.

Wpływowe zachodnie, a zwłaszcza amerykańskie, kręgi gospodarcze, a także MFW, gorąco popierały “dogadanie się” z czołowymi komunistami w Polsce (i na Węgrzech) w oparciu o zabezpieczenie sobie nawzajem realizacji podstawowych celów na zasadzie wzajemności. Dla przywódców komunistycznych celem tym było utrzymanie w swych krajach centralnych pozycji, zwłaszcza w życiu gospodarczym, w okresie po rozpoczęciu transformacji systemowych. Dla przedstawicieli zaś Zachodu najważniejsze w Europie Środkowej było dalsze spłacanie odpowiednio oprocentowanego zadłużenia z czasów komunistycznych. Jak zwykle dla Zachodu pieniądz (money, money…) miał dużo większe znaczenie niż względy moralno-wolnościowe. Stąd na przykład wynikało ogromne poparcie prezydenta G. Busha (ojca obecnego prezydenta USA) dla kandydatury W. Jaruzelskiego na prezydenta Polski w lipcu 1989 roku. (Bush przebywał w Polsce na tydzień przed wyborem Jaruzelskiego i skutecznie naciskał na kierownictwo OKP w sprawie uratowania jego kandydatury).

Balcerowicz nieprzypadkowo stał się głównym gwarantem spłaty polskiego zadłużenia wobec Zachodu. Jeszcze w 1989 r. stanowczo stwierdził w Sejmie, że trzeba jak najszybciej spłacać komunistyczne długi, aby nie wywołać zaniepokojenia zachodnich bankierów. Rzecz w tym, że właśnie w latach 1989-1990 istniała bezpowrotnie zmarnowana przez Balcerowicza szansa całkowitego anulowania polskich długów wobec Zachodu. Pisał o tym w kwietniu 1991 r. na łamach “Ładu” Witold Gadomski, skądinąd jeden z czołowych liberałów (!) w polskim środowisku ekonomicznym (później poseł KLD, redaktor naczelny “Gazety Bankowej”, a wreszcie współpracownik “Gazety Wyborczej”): “Sprzyjająca dla Polski koniunktura międzynarodowa, która pojawiła się na wiosnę 1989 roku i trwała mniej więcej przez rok, pozwalała myśleć o uregulowaniu zadłużenia naszego kraju. Potrzebna była do tego dobra wola naszych wierzycieli i organizacji międzynarodowych (Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego. (…) Polska, jak wszyscy dłużnicy, chciałaby traktować swój dług w kategoriach politycznych. Ma przy tym większe niż inne kraje ku temu powody. Przede wszystkim dług nasz został zaciągnięty przez państwo niesuwerenne – PRL, którym rządziła wąska grupa ludzi posłusznych ZSRR. Polska pierwsza pozbyła się komunistycznych rządów, przyczyniając się do rozpadu całego systemu. Daliśmy w ten sposób Zachodowi prezent, oszczędzając mu miliardy dolarów, wydawanych wcześniej na obronę przed komunistami. Argumenty te miały szanse trafić do przekonania polityków zachodnich, a musimy pamiętać, że większość naszego długu została przejęta przez rządy, prywatnym bankom jesteśmy winni niewielką część z 50 miliardów. Niestety, koniunktura szybko minęła”.

A koniunktura minęła głównie ze względu na całkowitą niechęć Balcerowicza do zajęcia się tą sprawą. (O zmarnowaniu szansy anulowania polskich długów piszę szerzej w książce “Zagrożenia dla Polski i polskości”, Warszawa 1998, t. II, s. 26-30, powołując się m.in. na wystąpienia w tej sprawie prof. S. Kurowskiego, S. Kisielewskiego, J. Gościmskiego, S. Albinowskiego).

Usłużność Balcerowicza wobec MFW i czołowych przedstawicieli amerykańskiego establishmentu przyniosła mu ogromne profity w grudniu 1990 r., po druzgocącej przegranej jego szefa T. Mazowieckiego w wyborach prezydenckich. Zaledwie w kilka dni po tej klęsce, bo już 19 grudnia 1990 r., amerykański ambasador w Warszawie Thomas W. Simmons ostentacyjnie poprosił o oficjalne spotkanie z Balcerowiczem. Miało to najwyraźniej za cel wyeksponowanie amerykańskiego poparcia dla jego osoby. Simmons, jako ambasador w Warszawie, cieszył się ogromnym poparciem prezydenta G. Busha. Zdzisław Najder odnotował w swych wspomnieniach skandaliczne wprost zalecenie prezydenta G. Busha, gdy zwracając się do polskiej delegacji w Białym Domu, przykazywał: “I słuchajcie, co nasz ambasador mówi, że macie robić”. Zaczęły się mnożyć również naciski innego typu. Z błyskawiczną pomocą pospieszył Balcerowiczowi wciąż serwilistycznie wykonujący amerykańskie polecenia Jan Nowak-Jeziorański, “kurier z Waszyngtonu”.

Wykorzystując kompletną niewiedzę Wałęsy w sprawach gospodarczych, straszył go i innych polityków polskich, jakim to niebywałym nieszczęściem dla Polski stanie się rzekomo odejście Balcerowicza. W wywiadach udzielanych prasie Nowak posuwał się do wszelkiego rodzaju szantażów. Dosłownie robił wszystko, co tylko możliwe, by zastraszyć Polaków w kraju groźbą utraty wszelkich szans na pomoc od Zachodu w przypadku odsunięcia Balcerowicza od władzy nad polską gospodarką. Na przykład w wywiadzie dla “Życia Warszawy” z 21 grudnia 1990 r. Nowak-Jeziorański stwierdził, że: “Nie da się utrzymać pomocy z zagranicy bez utrzymania Balcerowicza”.

Zachodnie naciski na rzecz utrzymania dominacji Balcerowicza w polskim życiu gospodarczym miały gruntowne uzasadnienie w fakcie jego ogromnej usłużności wobec różnych zachodnich lobby finansowych. I to nie tylko amerykańskich. Na przykład członkiem Rady Ekonomicznej, tak znaczącego ciała doradczego przy prezesie Rady Ministrów, był w 1990 r. ówczesny gubernator banku centralnego Izraela Michael Brun. Człowiek ten był wtajemniczony w najgłębsze tajniki naszej gospodarki, takie jak zmiany kursu złotego do dolara – wiadomość na wagę złota dla spekulantów. W liście do Balcerowicza wysuwał on swoje sugestie w tej sprawie. Kto nie wierzy, niech zajrzy do książki Balcerowicza “800 dni”. Czy za takie zjawiska, jak dopuszczenie wpływowego cudzoziemca do kluczowych polskich tajemnic finansowych, nie należało postawić Balcerowicza przed Trybunałem Stanu?

Bałagan w Ministerstwie Finansów i bankowości

Balcerowicz, jako wicepremier i minister finansów, był szczególnie mocno odpowiedzialny za niebywały bałagan w podlegającym mu resorcie. Jakże wymowne pod tym względem i szokujące zarazem były informacje zawarte w zamieszczonym 18 sierpnia 1991 r. w “Tygodniku Gdańskim” wywiadzie z dyrektorem Anatolem Lawiną, wysokim urzędnikiem Najwyższej Izby Kontroli. Powiedział w nim m.in.: “Najdramatyczniejsze i najbardziej niebezpieczne jest – używając języka więziennego – dojście do ‘przekrętów’ finansowych i to na wielką skalę. Tak jest w bankach, przedsiębiorstwach handlu zagranicznego, w Ministerstwie Współpracy z Zagranicą. A Ministerstwo Finansów? Nie znam żadnej sprawy, która by była tam rzetelnie udokumentowana i załatwiona… Ministerstwo Finansów robi wszystko, by zatuszować sprawę nadużyć i bałaganu”.

Kierownictwo resortu finansów z L. Balcerowiczem na czele było bezpośrednio odpowiedzialne za fatalne zaniedbania w funkcjonowaniu systemu bankowego, który już w 1989 r. powszechnie oceniano jako skandaliczny (por. np. wywiad z prof. Antonim Kuklińskim dla “Życia Warszawy” z 9 grudnia 1989 r.). Co więcej, sam wicepremier Balcerowicz dawno przyznał, że “system bankowy jest przedmiotem uzasadnionej krytyki”. Potem jednak minęły miesiące, wreszcie rok, a potem znów kolejne miesiące bez naprawy tego fatalnego systemu, aż wreszcie doszło do afery Art. B, która obnażyła wszystkie skutki opóźnienia reformy bankowości polskiej.

Przypomnijmy tu tak zapomniany dziś fakt, że w 1991 r., pod koniec gospodarczej dyktatury Balcerowicza, powszechnie mówiono o jego odpowiedzialności za fatalny stan funkcjonowania systemu bankowego. W tej prawie z ostrą krytyką pod adresem ministra finansów wychodzili nawet czołowi liberałowie z partii Jana Krzysztofa Bieleckiego. Warto choćby przypomnieć, co mówił wówczas na temat Balcerowicza obecny przywódca PO Donald Tusk. Otóż, wypowiadając się w imieniu KLD w początkach 1991 r., Tusk stwierdził, że liberałowie mają obiekcje do działalności Balcerowicza jako “ministra finansów, zwłaszcza z powodu dysfunkcjonalości systemu bankowego” (!) (cyt. za: T. Roguski “Liberałowie liczą na sukces”, “Rzeczpospolita”, 4 września 1991 r.). Dziś ten sam Tusk dosłownie idzie w zaparte, by wybronić wszelkie przejawy działań Balcerowicza.

prof. Jerzy Robert Nowak

Źródło: Leszek Balcerowicz

Inwazje sowieckie/ rosyjskie

Poziom rujnowania i grabieży w Gruzji przewyższa to, co znamy z Czechosłowacji 1968 roku. Dlatego trudno powiedzieć, że historia powtarza się wprost – pisze rosyjska publicystka Natalia Gorbaniewska

Dzisiejsza wojna niewątpliwie porusza moje emocje. Nie mogę nie powiedzieć: znów ten sierpień. Niedawno napisałam wiersz, który kończył się słowami:

„I pułki szły szeregiem,i obudziły Praski Hrad,we śnie poczuł on czołgi”.

Bez wątpienia są różnice między tym, co się stało w roku 1968, a tym, co się dzieje teraz. O dziwo, miałam wtedy o wiele więcej sympatii do komunisty Aleksandra Dubczeka niż dziś do jawnego antykomunisty Micheila Saakaszwilego. Muszę jednak przyznać, że w odróżnieniu od wielu innych nigdy nie znajdowałam upodobania w dubczekowskim „socjalizmie z ludzką twarzą”. W ogóle nie odczuwam sympatii do polityków, wyjątkami byli Ronald Reagan i oczywiście Vaclav Havel, ale oni przyszli do polityki skądinąd: jeden był aktorem, drugi – dramaturgiem.

Historia się powtarza

Wszystko zaczęło się niby od inwazji Gruzji na Osetię Południową, ale dziś widać wyraźnie, że napad Rosji na Gruzję był zaplanowany dużo wcześniej, a tak zwani południowoosetyjscy separatyści (całe kierownictwo tej republiki) są postsowieccy. Gruzja została przez nich sprowokowana. Inna rzecz, że dała się sprowokować.

Była to kompletna głupota, prowokacja nastąpiła bowiem według moskiewskiego scenariusza, a może nawet z bezpośredniego rozkazu Moskwy. Nieważne, czy wojska rosyjskie zostały skierowane do Cchinwali przed czy po rozpoczęciu szturmu na południowoosetyjską stolicę. Myślę, że gdyby szturmu na Cchinwali nie było, zorganizowano by inną prowokację, np. w Abchazji.

Poziom rujnowania i grabieży w Gruzji przewyższa to, co znamy z Czechosłowacji 1968 roku. Dlatego trudno powiedzieć, że historia powtarza się wprost. Powtarza się, ale inaczej. Wtedy to była sprawa totalitarnego, imperialnego Związku Sowieckiego. Dziś jest to dzieło tych, którzy chcą przywrócić Rosję do stanu poprzedniego – nie tylko imperium, ale i totalitaryzmu.

Na razie, co prawda, nie są w stanie tego zrobić. Ich bezsilność, jak sądzę, prowadzi do zaostrzenia agresji.

Nasze czołgi na obcej ziemi

Początkowo chciałam napisać tekst „Legenda Praskiej Wiosny: 40 lat później”. Niedawno do moskiewskiego czasopisma „Zapas nienaruszalny” (numer sierpniowy) napisałam bowiem artykuł „Legenda naszej demonstracji: czterdzieści lat później”. Tekst ten został oparty głównie na materiałach z rosyjskiego Internetu.

Dlaczego Internetu? Otóż po okresie niesamowitej wolności, jaką w Rosji w latach 90. cieszyły się wszystkie środki masowego przekazu, w nowym stuleciu nastąpiło jej wyraźne ograniczenie. W ciągu ostatnich ośmiu lat zniszczona została niezależna telewizja, nawet ta częściowo związana z władzami. Choć niezależne media można policzyć na palcach jednej ręki, to jednak prawie wszyscy mają nieograniczony kontakt z odbiorcami przez Internet. Sama w ostatnich latach stałam się aktywnym uczestnikiem wymiany wolnego słowa w sieci. Powiem więcej: dziś niemal niemożliwe jest zrozumienie stanu świadomości społeczeństwa rosyjskiego bez Internetu.

Gdy ostatnio przeglądałam rosyjski Internet, zorientowałam się, że nasza demonstracja na placu Czerwonym sprzed 40 lat nie została zapomniana. Przeciwnie, na jej podstawie zbudowano legendę, która żyje własnym życiem. Powiem więcej: dzisiejsza rosyjska awantura w Gruzji często wywołuje skojarzenia z Czechosłowacją, i to nie tylko z 1968 rokiem, ale przeważnie z rokiem 1938.

Przytoczę jeden przykład: Michaił Berg na stronie internetowej grani.ru w artykule „Osetyjskie Sudety” pisze: „Prawa człowieka, (czyli prawa Osetyjczyków w Gruzji, czyli Niemców w Sudetach) wcale nie interesują drapieżnika z imperialnymi cechami. Władza, która utopiła we krwi Czeczenię, która zniszczyła Grozny w o wiele większym stopniu niż Saakaszwili Cchinwali, która zabijała własnych obywateli w Północnej Osetii i Biesłanie, która zniszczyła kontrolę społeczeństwa nad sobą, zniszczyła wolną prasę i opozycję…” (http: //grani.ru/Politics/Russia/m.140057. html).

Rzadziej można spotkać skojarzenia z Czechosłowacją roku 1968. Jurij Rost, jeden z najlepszych dziennikarzy Radia Echo Moskwy, powiedział: „Ani razu nie padło określenie, które z mojego punktu widzenia powinno było paść. 40 lat temu sowieckie czołgi weszły do Pragi. Była to akcja przyjaźni (czyt. bratniej pomocy – N.G.), a w rzeczywistości – okupacja. To, co dziś widzimy w Gruzji, to też jest okupacja”.

A Siergiej Kowalew przypomniał słowa z piosenki Aleksandra Galicza, które w tamtych dniach nie on jeden wspominał: „Obywatele, ojczyzna w niebiezpieczeństwie! Nasze czołgi na obcej ziemi”. Te czołgi „na obcej ziemi” są spuścizną po Związku Sowieckim. W rosyjskiej akcji w Gruzji widzimy wyraźnie cień wszystkich byłych sowieckich inwazji.

Nie będę kłamać, że podobne opinie wypowiada większość społeczeństwa rosyjskiego. W Internecie większość Rosjan podziela poglądy patriotyczne, wielkomocarstwowe, czyli imperialne. A co myśli tzw. milcząca większość, tego nikt nie wie. O panujących poglądach można sądzić jedynie na podstawie wyników ostatnich wyborów parlamentarnych i prezydenckich. Tym bardziej że Rosjanie są pod wpływem prorządowej telewizji, która ogłupia ich dzień w dzień.

Duchowa strawa dla Rosjan

A teraz parę słów na temat filmu, który miała pokazać telewizja rosyjska. Bardzo szczegółowo opisał to Cyryl, mieszkaniec Pragi, dlatego przytoczę w skrócie jego opowieść:

“Biorąc pod uwagę istotę i dokonania reżimu panującego dziś w Rosji, obawy Ukraińców nie wydają się zwykłą paniką”

„Otrzymałem dziś e-maila od znanego reżysera Gasanowa, który kończy film dla telewizji Rossija (II kanał). W swoich filmach potrafił już obrazić Węgry, Ukrainę, republiki bałtyckie. Robi film w duchu: wszyscy jesteście barany, i dlaczego nas, Rosjan, tak nie lubią. Ten film telewizja Rossija chciała pokazać 20 sierpnia w przeddzień rocznicy okupacji Czechosłowacji… Cel Gasanowa. Ujawnić i oskarżyć. Oskarżyć, że to Czesi napadali na żołnierzy sowieckich… Oskarżyć, że w czasie II wojny światowej Czechosłowacja kwiatami witała Hitlera. Oskarżyć, że Praskiej Wiosny po prostu nie było. Według Gasanowa Czesi to barany i powinni być zadowoleni z okupacji…”.

Cyryl podaje autentyczny tekst Gasanowa. Choć jest długi, warto go przytoczyć. Jest to niemal kompletna doktryna ideologiczna: „Wydarzenia sierpnia 1968 roku (…) pozostają mało znane dla widza rosyjskiego. Zwykle opisuje się te wydarzenia według schematu: w CSRS w 1968 roku rozpoczęły się reformy demokratyczne, które zostały rozjechane przez czołgi sowieckie. W rzeczywistości (…) wydarzenia w Czechosłowacji były jedynie tłem złożonych procesów, które w roku 1968 ogarnęły świat. Były to procesy ideologiczne, społeczne i ekonomiczne. W różnych krajach (Francja, Niemcy Zachodnie, a zwłaszcza USA) reagowano na kryzys różnie, ale prawie nigdzie nie obeszło się bez rozlewu krwi. (…) Różnica z Czechosłowacją polega na tym, że tam miała miejsce interwencja zewnętrzna.

O wiele ważniejszy jest fakt, że w latach 1967 – 1968 świat balansował na granicy wojny między Europą Wschodnią a Zachodnią i sytuacja nie układała się na korzyść ZSRR. Aby zmniejszyć przewagę NATO, przede wszystkim w lotnictwie i taktycznej broni jądrowej, trzeba było mieć w centrum Europy dodatkowe dziesiątki dywizji sowieckich, bowiem armia czeska nie była w stanie prowadzić wojny na dłuższą metę. Według ocen sowieckich wojskowych armie NATO mogłyby opanować Pragę w ciągu kilku dni, a w ciągu kolejnych pięciu mogłyby być na granicy ze Związkiem Sowieckim. Jednak Novotny, a później Dubczek kategorycznie odmawiali ustępstw wobec ZSRR w tej materii. Na tym polegała główna przyczyna sowieckiej inwazji, a nie reformy, które zresztą, jak wspominali przywódcy CSRS, w rzeczywistości nie były realizowane. (…)(…) Bardzo ciekawe są wspomnienia Wojciecha Jaruzelskiego, jedynego aktywnego uczestnika tych wydarzeń, który dożył do dzisiejszego dnia. On podaje fakty, że w kierownictwie KP Czechosłowacji dojrzewały idee dotyczące wyjścia z Układu Warszawskiego. Mogło to zagrozić ówczesnej równowadze sił w Europie i świecie” (http://kirill-praha.livejournal.com/21996.html).

Świadomie pomijam kontrargumenty Cyryla wobec fałszerstw i przemilczeń w tym filmie. Można jednak przypuszczać, jaką duchową strawę szykuje rosyjskim widzom państwowa telewizja. Zadam natomiast pytanie: jaka będzie czeska reakcja na ten film? I czy w ogóle będzie?

Kolej na Ukrainę?

Pisząc ten tekst, zastanawiałam się: czy film rzeczywiście zostanie pokazany? Myślę, że powinien, bo niemal idealnie pasuje on do dzisiejszej imperialnej, antyzachodniej i antynatowskiej ideologii.

W nocy z 18 na 19 sierpnia Cyryl w liście do mnie napisał: „Film będzie w programie, ale nie 20 – 21 sierpnia, lecz wtedy, kiedy »na górze« zadecydują, że pokazać można, kiedy już nie będzie skojarzeń z Gruzją. To znaczy dwa – trzy tygodnie od zaplanowanej daty. Nie uznali filmu za zły, uznali natomiast, że teraz o Czechosłowacji 1968 roku lepiej nie mówić, lepiej przemilczeć”. Cóż, na tle czołgów w Gruzji czołgi w Pradze sprzed 40 lat mogą zostać uznane za niepotrzebne przypomnienie wywołujące niepotrzebne emocje.

Teraz wróćmy do listy krajów, które doświadczyły albo mogą doświadczyć sowieckiej (rosyjskiej) inwazji. Pan Nowicki z Ukrainy zamieścił w Internecie notatkę „Ukraina następna”. Przytoczył słowa Aleksandra Suszki, dyrektora ukraińskiego Instytutu Współpracy Euroatlantyckiej. „Obserwujemy cykliczność w działaniach »pokojowych« imperium: Finlandia – 1939, Węgry – 1956, Czechosłowacja – 1968, Afganistan – 1979, Gruzja – 2008, Ukraina – ?. Życie przyspiesza. Dlatego na pewno nie później niż 2017 rok” (http://novitsky.livejournal.com/132177.htm).

Biorąc pod uwagę istotę i dokonania reżimu panującego dziś w Rosji, obawy Ukraińców nie wydają się zwykłą paniką. Rosja za podstawę swoich działań bierze konieczność obrony interesów obywateli rosyjskich. W Osetii Południowej i Abchazji paszporty rosyjskie rozdawano hojną ręką. Dlatego nie może nie wywołać niepokoju to, że we wschodniej części Ukrainy – zwłaszcza na Krymie – obserwujemy masowe wydawanie paszportów rosyjskich. Mówi o tym wiele źródeł internetowych.

Spytajmy jednak samych siebie: czy obecne władze przetrwają do 2017 roku? Zacytuję jednego z moich internetowych kolegów, aby zakończyć ten tekst nieco bardziej optymistycznie: „Mimo rzeczywistych zniszczeń, krzywd i ofiar wojna gruzińska stawia zasadnicze pytanie najnowszej historii Rosji… Natychmiast przypomina się 1968 rok, okupacja Czechosłowacji, zniszczenie nadziei Praskiej Wiosny. Była to kropla, która zatrzymała próby odwilży podejmowane przez kierownictwo sowieckie. Rozpoczęła się epoka stagnacji. Zapoczątkowała ona ruch ludzi w kierunku: »won z własnego kraju«. W rzeczywistości emigracja stała się jedyną możliwością dla ludzi sumienia – ale nie bohaterów – by wyrazić swą dezaprobatę dla zwycięskiej ohydy. W roku 1979 – następny krok – wtargnięcie do Afganistanu i ostateczne usztywnienie systemu. Zamyka się możliwość jako tako swobodnej emigracji. A to już symbolizuje kryzys systemu. Wojna gruzińska – wyraźny znak zbliżającego się kryzysu dzisiejszego systemu. Nie wiemy jednak, jak długo musi on wojować, aby osiągnąć poziom krytyczny. Mam nadzieję, że niedługo” (http://otkaznik.livejournal.com/59153.html).Ja też chcę mieć taką nadzieję.

Natalia Gorbaniewska

Rosyjska poetka, dziennikarka, tłumaczka. Za przekłady literatury polskiej została nagrodzona przez Polski PEN Club. Jest laureatką Nagrody im. Jerzego Giedroycia. Urodziła się w w 1936 roku w Moskwie. Już na studiach związała się z ruchem demokratycznym. 25 sierpnia 1968 roku jako współorganizatorka demonstracji w Moskwie przeciwko inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację została zatrzymana przez milicję. Po wielomiesięcznym śledztwie Gorbaniewska została uznana za psychicznie chorą i uwięziona – najpierw w szpitalu psychiatrycznym w Kazaniu, a potem w więzieniu w Moskwie. Na wolność wyszła w 1972 roku. W grudniu 1975 roku została zmuszona do opuszczenia kraju. Osiedliła się w Paryżu. Pracowała jako dziennikarka w rosyjskich pismach emigracyjnych oraz Radiu Swoboda. Od kwietnia 2005 roku jest obywatelką Polski.

tłumaczył Mikołaj Orłow
Rzeczpospolita: Gruzja – długi cień sowieckich inwazji
Natalia Gorbaniewska 08-09-2008

Lewica i komuniści – nic ich nie łączy ;)

Lewicy i komunistów nic nie łączy. A oto dowód

Wojciech Jaruzelski i Wojciech Olejniczak, 7 maja 2008

Źródło : Rzeczpospolita: Stare rytuały nowej lewicy
Piotr Semka 09-05-2008

Podejście intelektualistów socjalistów do komunizmu

Źródło: Rzeczpospolita: Moraliści unurzani we krwi
28.04.2007

Rozmowa Grzegorza Dobieckiego ze Stéphanem Courtois i Jeanem-Louisem Panné, inicjatorami i współautorami “Czarnej księgi komunizmu”

Grzegorz Dobiecki: Generał Wojciech Jaruzelski został oskarżony o zbrodnię komunistyczną za wprowadzenie stanu wojennego. Postawione mu zarzuty dotyczą przede wszystkim kierowania związkiem przestępczym o charakterze zbrojnym. Jak panowie, jako historycy, oceniają zasadność oskarżenia i kwalifikację samego czynu?

Stéphane Courtois: Kwalifikacja jest łagodna. Bo to nie był pucz w stylu latynoskich caudillos czy afrykańskich kacyków, lecz akt kolaboracji z obcym mocarstwem. Przypadek marszałka Petaina. Jean-Louis Panné: Ale takiej oceny nie mógłby sobie wyrobić czytelnik francuskich gazet. Żadna nie przedstawiła rzetelnie, o co Jaruzelski jest oskarżony i dlaczego. Informacje były bardzo skąpe, przypominały raczej dezinformację. Wracał głównie znany argument: mniejsze zło. Uważam, że nie należy go odrzucać. Jednak w stanie wojennym wiele osób straciło życie. Dlatego osądzenie generałów i sekretarzy, choćby symboliczne, wydaje się imperatywem historycznym i moralnym. Sprawa ma przy tym szczególny kontekst polityczny. Polska była pierwszym krajem, który uwolnił się spod komunistycznych rządów. Ceną było kompromisowe porozumienie opozycji z władzami. Dzisiaj słychać głosy, że już za późno, że stare dzieje, że osąd po 18 latach nie ma sensu. Zauważmy jednak, że wtedy odpowiedni ludzie go nie przeprowadzili, bo nie mogli – albo nie chcieli. Teraz, kiedy władze Polski wreszcie mogą i chcą, przypisuje się im najgorsze intencje.

S.C.: Co pozostaje w zgodzie z linią wszelkich grup komunistycznych albo post-, neoczy filokomunistycznych. Amnestia i amnezja. To ciągle ta sama linia, którą nakreślił Nikita Chruszczow w swym tajnym raporcie. Jesteśmy unurzani we krwi po szyję, ale za nic nie ponosimy odpowiedzialności. I ciszej nad tymi trumnami, sami zatroszczymy się o oficjalną pamięć. Kiedy dzisiaj, nawet z opóźnieniem, chce się dochodzić prawdy, natychmiast padają oskarżenia o reakcjonizm. Przypominanie o zbrodniach komunistycznych miałoby oznaczać powrót do tzw. zimnowojennej retoryki.

Jeżeli zbrodnie komunistyczne pojawiają się we francuskiej prasie – to zwykle w cudzysłowie. Dlaczego?

S.C.: Osoby, które o tym decydują, uważają najwyraźniej, że te czyny nie były zbrodniami. Albo ściślej: że były usprawiedliwione. A zbrodnia usprawiedliwiona przestaje być zbrodnią. We Francji w wielu kręgach pozostaje w mocy stara komunistyczna zasada: nie da się usmażyć omletu, nie rozbijając jajek. Jak się robi rewolucję, trzeba zamordować nieco kontrrewolucjonistów, burżujów i kapitalistów. Owszem, to przykre, ale nieuniknione. Przykład podobnego rozumowania, i to na najwyższym szczeblu państwa, widzieliśmy po publikacji “Czarnej księgi komunizmu” w 1997 r. Ówczesny premier Lionel Jospin oświadczył przed Zgromadzeniem Narodowym, że jest dumny z obecności ministrów komunistycznych w swym rządzie. Według jego określenia “komuniści nigdy nie podnieśli ręki na wolność”. Mieliśmy więc do czynienia – i nadal mamy – z absolutną negacją zbrodniczego charakteru komunizmu przez znaczną część lewicy we Francji.

Nie tylko we Francji. 19 kwietnia, po siedmiu latach redagowania sformułowań, Unia Europejska napiętnowała zbrodnie totalitarne. Nie zdecydowała się jednak na ustanowienie kar za ich negowanie. Co więcej, UE nie potępiła wprost zbrodni stalinowskich. Jak to interpretować?

J.L.P.: Jako chowanie głowy w piasek. Przyjęcie określenia “totalitarne” pozwoliło uniknąć nazwania rzeczy po imieniu. Za ścisłością sformułowań, czyli uczciwością historyczną, opowiadała się w Parlamencie Europejskim niemała część deputowanych. Jej wysiłki zostały storpedowane przede wszystkim przez grupki ze skrajnej lewicy twierdzące, że historyczna debata została już zamknięta, a wszystkie zbrodnie dostatecznie wyraźnie napiętnowane. W istocie, oceniając zbrodnie stalinowskie, UE przyjęła – tu użyję cudzysłowu – “postępową” interpretację historii dopuszczającą rozmaite “okoliczności łagodzące”. Jeszcze raz górę wzięła moralność o zmiennej geometrii, zależnej od zbrodni i ich sprawców. Zbrodnią absolutną jest więc eksterminacja Żydów przez nazistów. Czyny komunistów są bardziej “akceptowalne”.

Przypomnijmy i to, że w 2005 r. Parlament Europejski odmówił oddania hołdu polskim oficerom zamordowanym w 1940 r. przez NKWD. Czy Europa – mowa o tzw. starej Unii – postrzega Katyń jako marginalną sprawę, którą z niezrozumiałym uporem rozdmuchują Polacy? Jako “detal historii” (za określenie w ten sposób komór gazowych Le Pen otrzymał wyrok – red.)?

S.C.: Myślę, że problem jest poważniejszy, a przykład Francji dobrze go ilustruje. Przez całe dziesięciolecia podporządkowana Moskwie Francuska Partia Komunistyczna (PCF) była potęgą. Dlatego zdołała narzucić wykładnię historii najnowszej. Najpierw obowiązywało kłamstwo o zbrodni hitlerowskiej. Kiedy prawda wyszła na jaw – przynajmniej dla tych, którzy chcieli ją poznać – pojawił się plan B. Przedstawiał on przedwojenną Polskę jako państwo faszystowskie. Naturalnąkoleją rzeczy oficerowie-faszyści zginęli z rąk antyfaszystów. Dziejowej sprawiedliwości stało się zadość. Najgorsze, że lewica jest do dziś przekonana, iż tylko ona ma prawo decydować, kto jest faszystą, a kto antyfaszystą. Widział pan dopiski na afiszach wyborczych Sarkozy’ego. Faszysta! Toż to idiotyzm.

Widziałem też dopiski “100 milionów ofiar” na plakatach trockisty Besancenota i komunistki Buffet. Kogo reprezentowało aż pięciu kandydatów skrajnej lewicy?

J.L.P.: To już kwestia trybu wyłaniania i zatwierdzania oficjalnych kandydatur. Skrajna lewica miała w wyborach prezydenckich nadreprezentację zupełnie nieodpowiadającą jej rzeczywistym wpływom politycznym. Zresztą wyniki głosowania w pierwszej turze potwierdziły, że ten obóz przestał się liczyć organizacyjnie. Jednak liczy się nadal ideologicznie. Jego emanacją stają się najróżniejsze stowarzyszenia obrony praw człowieka, organizacje antyrasistowskie, ekologiczne, alterglobalistyczne, komitety pomocy dla imigrantów i bezdomnych. Idee lewackie nie potrzebują już ulicznej agitacji i rozrzucania ulotek. Znalazły nowy pas transmisyjny do mas: Internet. Są ciągle modne w środowisku akademickim. Dowody, niby niewinne, widać na ulicy. Sierpy i młoty, podobizny Che Guevary – do nabycia w co drugim paryskim butiku. Niedawno zapytałem młodego człowieka w koszulce z emblematem KGB, czy założyłby wdzianko z napisem “Gestapo”. Odpowiedział: nie, przecież kagiebiści dopier…lili gestapowcom. Skądinąd koszulki z napisem “Gestapo” czy swastyką nie kupiłby w Paryżu legalnie. Te wszystkie uwagi można pewnie odnieść również do wielu innych krajów Europy Zachodniej, niemniej jednak znowu wypada powiedzieć, że sytuacja Francji jest specjalna. Tutaj nałożyły się na siebie idee Wielkiej Rewolucji, wpływy komunistów i legenda Maja ‘68. Toksyczna mieszanka. Ale – proszę mi wierzyć – nie żywi się nią przeciętny obywatel Francji.

S.C.: Za to intelektualiści za nią przepadają. Od 1968 r. stołeczny salon uważa się za urząd cenzury nowej moralności, tej rewolucyjnej. Francja szczyci się swoją wyjątkowością kulturalną. Zgoda, ale w takim razie do wyjątkowej sfery zaliczmy również, jako zabytek, archaizm polityczny i ideologiczny.

Dziś się mówi: poprawność polityczna. Kiedyś to był zwykły konformizm.

J.L.P.: Byli również nonkonformiści. Raymond Aron, Albert Camus. André Malraux przeszedł z przedwojennego obozu lewicowych radykałów na stronę generała de Gaulle’a.

S.C.: Tak, tylko że we wszelkich rankingach wybitnych Francuzów pisarz Camus znajdzie się zawsze za Jeanem-Paulem Sartrem. Gdyż Sartre “wielkim filozofem był”, a z takim tytułem największe bzdury uchodzą bezkarnie. Największa nieuczciwość intelektualna i moralna. Nawet wspieranie morderców z bandy Baader-Meinhof i antysemickich terrorystów palestyńskich. Sartre mylił się we wszystkim, od początku do końca. A przecież na jego pogrzeb przyszły tłumy. Trudno pojąć, że to zaślepienie wciąż trwa. Łatwiej już wytłumaczyć, skąd się wzięło. Premier Jospin przed swym startem w wyborach prezydenckich w 2002 r. do ostatniej chwili wypierał się wieloletniej przynależności do komórki trockistowskiej. Faktycznie nigdy nie przestał być leninowcem, dlatego zresztą te wybory przegrał. Własną porażkę też tłumaczył po leninowsku: naród nie dorósł. Według recepty Brechta wypadałoby zmienić naród. Bardzo wielu członków francuskiej Partii Socjalistycznej myśli w podobny sposób, bo też bardzo wielu z nich to ekstrockiści. Masowo wprowadzał ich do PS w 1981 r. Franćois Mitterrand, żeby zniwelować wpływy stalinowskiej partii komunistycznej. Skażenie leninizmem przetrwało Mitterranda.

A co się dzieje, gdy ktoś pójdzie w przeciwną stronę? Jak filozof André Glucksmann, w młodości flirtujący z maoizmem, a dzisiaj głośno popierający kandydaturę Sarkozy’ego? Albo – żeby daleko nie szukać – jak historyk Stéphane Courtois?

S.C.: Zasłużyłem na status diabła, renegata i zaprzańca. W dodatku sam nie wiem, co czynię. Rok temu “Le Nouvel Observateur” napisał, że stałem się ideologiemdokończenie A9 prawicy katolickiej. Nie jestem katolikiem, ale napisali – znaczy prawda. Ostatnio ten sam tygodnik ogłosił, że wybrałem obóz Sarkozy’ego. Nie dokonałem takiego wyboru, ale może mi się tak tylko wydaje.

J.L.P.: Problem jest dużo poważniejszy niż tylko nieuleczalny przypadek “Le Nouvel Observateur”. Przed dwoma laty stulecie świętowała gazeta “L’Humanité”, już formalnie niezależna od PCF. Były organ partii komunistycznej przeżywa kłopoty finansowe, więc podniósł się lament: cóż to byłby za cios dla wolnego słowa, gdyby jej zabrakło. Pismo założone w 1905 r. przez Jeana Jaures’a przetrwało jako wolna trybuna tylko do lat 20. Później – bez żadnej przerwy, bez cienia wahania, kłamiąc codziennie – popierało już niezmiennie bolszewicką Rosję i ZSRR. Także w chwilach miażdżenia powstania w Budapeszcie, kneblowania praskiej wiosny i internowania “Solidarności”. Za “L’Humanité” ujęły się również redakcje bliskie prawicy. Problem polega bowiem na tym, że francuskie środowisko dziennikarskie w 80 procentach jest lewicowe. Nawet w gazetach związanych z nurtem konserwatywnym, jak “Le Figaro”, pojawiają się teksty, które z powodzeniem mogłaby wydrukować “L’Humanité”. To nie jest żadna dywersja, lecz owa sztafeta pokoleń francuskiej inteligencji. Chciałoby się powiedzieć: genetyczne obciążenie Majem ‘68.

Możliwe, że przypadki, które znalazłem, są odosobnione. Jednak je przytoczę. Od kilku lat patronem ulicy w Drancy nie jest już Lenin. Kiedy Jean-Christophe Lagarde z centrowej partii UDF pokonał w wyborach lokalnych komunistycznego mera miasteczka, nakazał zmianę nazwy ulicy. Lagarde dołączył przed rokiem do grupy deputowanych rządzącej UMP, która zgłosiła projekt ustanowienia Dnia Hołdu dla Ofiar Komunizmu w rocznicę upadku muru berlińskiego. A z panów wypowiedzi może wynikać, że we Francji nic się w tej mierze zrobić nie da.

S.C.: Niezupełnie. Od czterech lat wraz z m.in. Władimirem Bukowskim 7 października organizujemy właśnie taki dzień pamięci, i to międzynarodowy. Nadaliśmy mu nazwę Memento Gułag. Poza Francją nasze konferencje odbywały się już w Rzymie, Bukareszcie i Berlinie. Przyznaję jednak, że wzięliśmy sprawy we własne ręce, bo – niestety – nie wierzymy, żeby zacna inicjatywa poselska, o której pan mówi, kiedykolwiek wyszła poza fazę projektu. Wspaniale, że są tacy merowie jak pan Lagarde. Ale wskażę co najmniej kilkanaście miasteczek tylko wokół Paryża z ulicami Lenina, Maurice’a Thoreza czy Jacques’a Duclos (członek władz Kominternu i Kominformu). Ten ostatni był agentem NKWD i KGB. Jednoznacznie potwierdzają to dokumenty z archiwów moskiewskich, do których miałem dostęp. Czytałem jego listy do sowieckich generałów. We Francji ciągle nie mówi się o tym głośno. Tabu.

Inny temat tabu to hiszpańska wojna domowa. Romantyczny mit każe wierzyć, że po stronie Republiki walczyli jedynie ludzie szlachetni, kryształowe charaktery. Lepiej tych pomników nie ruszać, bo nie wiadomo, co wychynie spod warstwy brązu?

J.-L.P.: Nikt nie twierdzi, że frankiści wspierani przez hitlerowskie Niemcy byli tą dobrą stroną. Ale na ówczesną Hiszpanię należy patrzeć jak na teatr wojny nie tylko domowej. Ścierały się tam dwie potęgi totalitarne, a Republika stała się zakładnikiem ich konfrontacji.

S.C.: Legenda Brygad Międzynarodowych skrywa prawdę o zamiarach Związku Radzieckiego wobec Republiki Hiszpańskiej. Bardzo wcześnie, już od 1937 r., wywiad sowiecki, Armia Czerwona, hiszpańska kompartia i Międzynarodówka Komunistyczna przejmowały kontrolę nad Republiką. Pamiętajmy, że właśnie w czasie tej wojny Stalin przyjął koncept “demokracji ludowej” opracowany przez Togliattiego. Testowany w Hiszpanii, posłużył potem za model dla zniewolonych krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Dokumenty nie pozostawiają wątpliwości: Brygady Międzynarodowe pozostawały pod całkowitą kontrolą sowieckiej policji politycznej. Miały wewnętrzny aparat represji likwidujący ludzi niewygodnych. W Moskwie, w archiwach Kominternu, leżały teczki każdego członka Brygad. Byli więc oni w dyspozycji NKWD i jego szefa Jeżowa, osobiście odpowiedzialnego za “wielki terror” z lat 1937 – 1938. Zwierzchnika organizacji przestępczej dopuszczającej się zbrodni przeciwko ludzkości. Taka kwalifikacja jest oczywista, nawet jeśli NKWD nie został nigdy publicznie napiętnowany jak gestapo i SS.

J.-L.P.: Bardzo wielu ludzi pojechało do Hiszpanii bić się z faszystami w imię własnych przekonań. Tyle że ów mit porywu serca, solidarności ze słuszną sprawą roztacza się – niesłusznie – również na Brygady Międzynarodowe.

W tym tonie napisał pan niedawno list do redakcji “Le Monde”, reagując na korespondencję z Warszawy pióra Célii Chauffour. Dziennikarka oburzała się, że władze Polski chcą pozbawić rent garstkę dąbrowszczaków, weteranów Brygad Międzynarodowych. Nie wyjaśniła do końca, dlaczego.

J.-L.P.: Między Polską a Hiszpanią czy – szerzej – między Wschodem a Zachodem Europy istnieje konflikt pamięci. Sądzę, że dałoby się go łatwo zażegnać, gdyby tylko Zachód – zamiast ulegać komunistycznej mitologii – zechciał poznać dalsze kariery niektórych członków Brygad Międzynarodowych ze Wschodu. Zasługi generała Waltera w likwidowaniu antykomunistycznego ruchu oporu, czyli w polskiej wojnie domowej. Jego współpracę z Iwanem Sierowem z NKWD. Więcej niż prawdopodobne kontakty Bernarda Kona z wywiadem sowieckim. Działalność generała Juliusza Hibnera na czele Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. On sam ją zresztą opisał we wspomnieniach zamieszczonych w “Zeszytach Historycznych” Instytutu Literackiego. Nic nie stoi na przeszkodzie, by rząd hiszpański przyznał własne renty żyjącym jeszcze polskim członkom Brygad. Jednocześnie dobrze by się stało, gdyby władze Polski nie potraktowały ich wszystkich zbiorowo i automatycznie. Każdy przypadek wypada rozpatrzyć osobno, bo w tym gronie są nie tylko funkcjonariusze komunistycznej Służby Bezpieczeństwa i aparatu represji. Są także ludzie z piękną przeszłością. Taka była teza mojego listu do “Le Monde”. Pozostał bez odpowiedzi, co mnie zresztą specjalnie nie zdziwiło.

S.C.: A ja mam ciągle siłę i ochotę się dziwić. Na przykład kiedy słyszę, że w Portugalii – to było trzy miesiące temu – odbywa się zjazd 63 partii komunistycznych. Sześćdziesięciu trzech! Albo że w Parlamencie Europejskim mamy grupę Zjednoczonej Lewicy dotowaną przez tę instytucję. W jej skład wchodzi kilkanaście stronnictw, które są dziedzicami w prostej linii partii komunistycznych sprzed okresu 1989 – 1991. Czy to kogoś szokuje? Nikogo. Co innego, gdyby to były partie neonazistowskie…

J.-L.P.: Antyfaszystowską uzurpację lewicy zdemaskował Franćois Furet. Dlatego był tak atakowany za swoją “Przeszłość iluzji”. Wywołał niemal furię, bo dotknął – moim zdaniem – sedna sprawy. Wykazał, że lewica nie ma monopolu na antyfaszyzm. Od wydania “Przeszłości iluzji” minęło 15 lat, Furet umarł, a ataki na niego trwają.

Proszę nie mówić, że nic się nie zmienia. Gdyby tak było, nie wydaliby panowie “Czarnej księgi komunizmu”, zwłaszcza we Francji.

S.C.: Ta praca ma ciąg dalszy. Wydaliśmy cztery obszerne tomy o totalitaryzmie, również opracowane przez międzynarodowy zespół historyków m.in. z Andrzejem Paczkowskim w składzie. “Czarna księga” ukazała się w 80. rocznicę wybuchu Rewolucji Październikowej; za pół roku na swój sposób “uczcimy” 90. rocznicę tego wydarzenia. Dla Larousse’a przygotowujemy “Słownik komunizmu”, chyba pierwsze tak kompletne opracowanie w świecie. Rzeczywiście, niech to będzie dowód, że jednak coś się zmienia, a wyjątkowość Francji może polegać i na tym, że są w tym kraju historycy gotowi rzetelnie wykonywać swoją pracę.

J.-L.P.: Reakcjoniści gotowi mieć nowe problemy.

S.C.: No cóż, psy szczekają, karawana jedzie dalej…

Żeby nie było wątpliwości co do ról: punkt widzenia zależy od punktu szczekania?

S.C.: Przynajmniej tak to wygląda z wysokości karawany.
rozmawiał Grzegorz Dobiecki

Jean-Louis Panné
Francuski historyk i publicysta. Jest autorem książek i artykułów na temat dziejów najnowszych, edytorem książek Simone Veil Witolda Gombrowicza, Hannah Arendt. W latach 80. należał do stowarzyszenia “Solidaritéavec Solidarność”. Pomagał internowanym i ich rodzinom. Współpracował z solidarnościowym “Tygodnikiem Mazowsze”. Jest jednym ze współautorów “Czarnej Księgi Komunizmu”.

Stéphane Courtois
Niegdyś sam zafascynowany komunizmem, obecnie uznawany jest za jednego z największych krytyków tego systemu we Francji. Jest wykładowcą paryskiej Sorbony. Wydaje również periodyk “Communisme”. We wstępie wydanej przez siebie w 1997 roku “Czarnej księgi komunizmu” napisał, że komunizm jest odpowiedzialny za śmierć większej liczby ludzi niż narodowy socjalizm. To stwierdzenie wywołało szok wśród – nadal niepotrafiącychsobie poradzić ze swoim zaangażowaniem na rzecz zbrodniczego systemu – francuskich intelektualistów. Wielu z nich nie szczędziło Courtois ostrej krytyki.

Bronisław Geremek przeciwko lustracji

Źródło: Rzeczpospolita: W roli głównej profesor Geremek
27.04.2007

Czy antylustracyjny protest profesora Bronisława Geremka jest jedynie odruchem serca i sumienia? Trudno nie zauważyć, jak bardzo ta sprawa pasuje obozowi centrolewicy, który z akcji przeciw lustracji uczynił ważny element swojej obecnej taktyki. Koalicja Lewica i Demokraci, pozostając dziś w opozycji, nie musi się specjalnie martwić, że spór o lustrację europosła Geremka zaostrzy konflikt między obecnym rządem a Brukselą i jeszcze bardziej pogorszy wizerunek Polski.

Decyzja o przeniesieniu konfliktu lustracyjnego z krajowego podwórka na unijne nie jest więc przypadkiem. Centrolewica uznała, że w Polsce – gdzie straciła polityczne wpływy – nie jest w stanie wygrać tej batalii. Łatwiej będzie jej na arenie brukselskiej, gdzie wciąż jest gigantem, posiadając kilku znanych powszechnie polityków i zaufanie zachodnich elit. Dzięki tym wpływom Lewicy i Demokratów już dziś Polska jest przedstawiana w zachodnich mediach jako krwawa dyktatura prawicowych autokratów. Grunt pod kolejne przedstawienie został więc przygotowany. Jak teatrolodzy przyjrzyjmy się więc trzem elementom przygotowanego przez centrolewicę nowego spektaklu: aktorowi dobrze dobranemu do głównej roli, idealnej scenie, na której rozgrywa się ów dramat, i naiwnej widowni.
Aktor pierwszoplanowy

Bronisław Geremek to postać, która w sposób chyba najbardziej skuteczny spośród polskich polityków może umiędzynarodowić akcję bojkotu oświadczeń lustracyjnych. Profesor znany jest w kręgach francuskich elit lewicowych od lat 50., gdy studiował na Sorbonie, a potem w latach 60. szefował tamtejszemu Centrum Kultury Polskiej. W czasach ostrej reglamentacji przez władze PRL wyjazdów na Zachód stypendium, z którego korzystał Geremek, było bezcennym skarbem i zapewniało mu monopol na kontakty z francuskimi elitami. Gdy w PRL powstawała demokratyczna opozycja, a potem działała “Solidarność”, na Zachodzie to właśnie Geremek był traktowany jako główny ich strateg.

Doskonała znajomość francuskiego, wytworny sposób bycia w połączeniu z ogromnym talentem dyplomatycznymuczyniły go wymarzonym rozmówcą dla zachodnich korespondentów w Polsce. Michnik i Kuroń, a potem Wałęsa, zachwycali zachodnich korespondentów jako autentyczni bojownicy o demokrację i trybuni ludowi, ale to profesor Geremek był tym, do kogo przychodzili, aby porozmawiać o taktyce antykomunistycznej opozycji.

Tę pozycję Bronisław Geremek utrzymał po roku 1989. Nadal był wyrocznią dla zachodnich polityków i publicystów, gdy usiłowali zorientować się, kto jest w polskim życiu publicznym dobry, a kto zły. Byłoby jednak niesprawiedliwością nie wspomnieć, że swoje dyplomatyczne talenty wykorzystał też, lansując polską kandydaturę do NATO, a potem do Unii Europejskiej. Przez wiele lat przewodniczył Sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, potem był szefem polskiej dyplomacji. Te stanowiska dały mu osobiste wpływy niewspółmierne do politycznej siły jego środowiska. Gdy rozpoczął się schyłek Unii Wolności, Geremek wraz ze swoją partią znalazł się na marginesie poważnej polityki. Ratunkiem okazała się Europa – w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2004 roku ambitny profesor i kilku jego partyjnych kolegów zdobyli mandaty i powrócili na polityczną – tym razem brukselską – scenę.

Z polskiej perspektywy Geremek jednak nadal był słabo widoczny. W świetle jupiterów znalazł się ponownie dopiero w ostatnich dniach, gdy włączył się w akcję bojkotu lustracji. Dla zachodnich mediów jest doskonałym kandydatem na ofiarę reżimu Kaczyńskich: intelektualista ocalały z Holokaustu i bohater “Solidarności”. Skoro taki człowiek tak ostro zaprotestowałzaprotestował przeciw lustracji, to musi to być sprawa życia i śmierci. Tak w każdym razie uważa wielu brukselskich polityków.

Sam proces lustracji przedstawiany jest przez zachodnich dziennikarzy jako prześladowanie zasłużonych dysydentów. “Geremek wie, że nie chodzi tylko o niego. Lustracja ma – za pomocą jedynie archiwów komunistycznej tajnej policji – wyrównać rachunki Kaczyńskich nie tylko z byłymi agentami, ale także tą częścią dawnej opozycji, która, doszedłszy do władzy wraz z Lechem Wałęsą, zagrodziła im drogę do rządów u narodzin demokracji w Polsce” – tłumaczy belgijski dziennik “Le Soir”.
Na deskach teatru europejskiego

Aktor antylustracyjnego spektaklu dla Zachodu został wybrany tym bardziej trafnie, że na stałe występuje na najbardziej odpowiedniej scenie. Parlament Europejski jest areną, na której dominuje lewica. Mimo formalnego wyrównania sił obozu prawicowego i lewicowego to politycypolitycy lewicy należą do najaktywniejszych, inicjując rozmaite śledztwa, rezolucje i protesty. Dość wspomnieć tylko sprawy dotyczące Polski: ciągnące się śledztwo w sprawie naszego udziału w lotniczym przerzucie więźniów CIA czy debaty o homofobii w Polsce.

Skąd wiedza eurodeputowanych o Polsce? Z zachodnich mediów. A w sprawie Geremka także od niego samego. W trakcie środowej sesji Parlamentu Europejskiego nie dopuszczono do głosu posła Michała Kamińskiego z PiS, który chciał sprostować wiele przekłamań, jakie znalazły się w wypowiedziach obrońców profesora.

Przeciwnicy lustrowania profesora Geremka – przynajmniej ci z Niemiec – stosują zresztą wobec tego problemu podwójną miarę. Szef europarlamentu Hans Poettering powinien przecież pamiętać, że po zjednoczeniu Niemiec nawet najzacniejsi opozycjoniści wypełniali kwestionariusze lustracyjne i nikt nie czuł się upokorzony.

Teraz brukselski “Le Soir” rzuca hasło “wszyscy z Bronisławem Geremkiem!”, wzywa do walki z “czystkami lustracyjnym”. Jeśli dorzucić do tego hasło prześladowań polskich dąbrowszczaków – to możemy się niedługo doczekać demonstracji pod polskimi ambasadami. “Jak po 13 grudnia” – jak zapewne efektownie ogłosi wiele zachodnich mediów.
Widzowie mocno biją brawo

Ważnym elementem poparcia zachodnich elit dla akcji profesora Geremka jest brak większego zrozumienia dla moralnego wymiaru dekomunizacji. I tu znów standardy wyznacza lewica, która bije na alarm, gdy dostrzeże gdzieś cień groźby faszyzmu, ale już w kwestii komunizmu tradycyjnie stosuje inną miarę.

Wspomnijmy tu, że w latach PRL ludzie opozycji KOR-owskiej uparcie tłumaczyli politykom Zachodu, na czym polega zło komunizmu. Miał w tym swój pozytywny udział i profesor Geremek.

Dziś ci sami ludzie, w imię bezwzględnej walki politycznej przeciw prawicy, wykorzystują brak wiedzy Zachodu o zbrodniach komunizmu i demonstracyjnie sabotują lustrację. Proces lustracyjny przedstawiają jako nienawistny rytuał. Prof. Geremek krytykuje na lamach “Le Monde” plany dekomunizacji, mówiąc, że są “nie do przyjęcia w demokratycznej Europie”. Tylko patrzeć, gdy sygnatariusze niedawnego listu w obronie weteranów wojny w Hiszpanii rozpoczną kampanię w obronie generała Jaruzelskiego.

Na potrzeby ludzi Zachodu historia Polski zostanie napisana na nowo, choć według starych peerelowskich wzorców. I być może niedługo usłyszymy znów, że działacze Komunistycznej Partii Polski byli herosami walki z faszystowskim reżimem Piłsudskiego, a pracownicy UB walczyli jedynie z rozbuchanym po wojnie antysemityzmem.

Po 1968 roku środowisko pomarcowe wykonało ogromną pracę intelektualną, aby rozliczyć się z błędami pokolenia swoich ojców, zazwyczaj głęboko zaangażowanych w komunizm i PRL. Dziś cała refleksja została odesłana do lamusa. Powraca zasada, że nie ma wroga na lewicy, a hasło walki z faszyzmem może usprawiedliwić każdy alians polityczny.

Daniel Cohn-Bendit, w 1968 roku lider młodzieżowego buntu we Francji, dziś eurodeputowany Zielonych i wpływowy polityk europejskiej lewicy, oskarża obecny polski rząd o stalinizm. Równocześnie prawdziwi staliniści z brygad dąbrowszczaków są gloryfikowani jako obrońcy demokracji.

Nic dziwnego, że w takim pomieszaniu pojęć antylustracyjny show w Brukseli może liczyć na gorący aplauz widowni.
Piotr Semka

Demokratyczny millenaryzm

Źródło: Rzeczpospolita: Demokratyczny millenaryzm
17.03.2007

W latach 90. hasło końca historii miało nas pozbawić możliwości wyboru drogi modernizacji. Także i dziś nie słabnie tęsknota za rządami konieczności, która obwieszcza obywatelom swoje nieomylne wyroki

1.

Kiedy w latach 80 tych spotykałem mieszkańców zachodniej Europy zaskakiwała mnie ich obojętność wobec przeszłości. Sposób w jaki przeżywali politykę wydawał mi się gruntownie a historyczny – pozbawiony stałego wychylenia wstecz, które charakteryzowało nasze doświadczenie polityczności. W przeciwieństwie do nas, którzy jako problemy własne i współczesne przeżywaliśmy ideowe różnice okresu okupacji, międzywojnia, a nawet polskich powstań XVIII i XIX wieku – ich polityka działa się tu i teraz.

Kiedy myśmy rozpalali się do czerwoności Piłsudskim, Dmowskim i Sikorskim, ich zdumienie biorąc za dowód nieuctwa i braku horyzontów – oni ożywiali się dyskutując raczej o Kohlu, Reaganie i Thatcher niż Adenauerze, Roosevelcie i Churchillu o Cromwellu, Burbonach czy Bismarcku nawet nie wspominając. Historia była dla nas namiastką polityki, przeszłość stanowiła ersatz teraźniejszości. Przyzwyczajeni do życia w niewoli nie tylko nie potrafiliśmy wyobrazić sobie życia w wolnym państwie, ale obyczaje ludzi wolnych mieliśmy za gorsze i gorszące.
2.

PRL nie miał historii, bo historię – co oczywiste – mają tylko podmioty polityki. Tak jak czas jest miarą ruchu, historia jest miarą czynu. Dlatego luksus własnej historii posiadać mogą tylko wolne, suwerenne wspólnoty polityczne, wspólnoty, które działają – słowem twórcy politycznych dzieł (a nie materia z której te dzieła powstają). Przedmiotom polityki pozostaje tylko życie cudze, zegar bijący na ratuszu suwerena. Nie chodzi o to, że wspólnoty nie suwerenne istnieją poza historią, ale, że są elementami historii cudzej.

W tym sensie historia PRL-u stanowi podrozdział politycznej historii ZSRR – której poza historią rodzinną i prywatną wydarto niewiele: wyspy pisanych z dużej litery polskich miesięcy, antykomunistyczną partyzantkę, obchody milenium, historię polskiego Kościoła, opozycję demokratyczną, miesiące Solidarności, skrawki dziejów niezależnej kultury. W sumie niedługie okresy podmiotowości i pojedyncze wątki, które tworzyły historię tak krótką, że jeszcze w latach 80-tych czymś nieledwie współczesnym wydawała się polityka międzywojnia czy rzeczywistość tragicznej eksplozji politycznej suwerenności w Warszawie 44. Skoro podmiotowość, która pozwala tworzyć historię obdarza zarazem teraźniejszością – wspólnoty nie suwerenne muszą żyć wspomnieniami, albo, co gorsza, zmyśleniami.
3.

Nie jest dziś wyjątkowe przekonanie, że w 1989 roku nie weszliśmy w nurt historii, że zamiast skąpać się w niej po uszy, weszliśmy w nią tylko jedną nogą, połowicznie – wciąż z nadzieją wypatrując łódek niesionych cudzym nurtem. Na liście najważniejszych pojęć lat 90-tych podmiotowość, suwerenność polityki i kultury, tożsamość, interes narodowy czy racja stanu przegrały z ideami związanymi z transformacją ustrojową i gospodarczą. Próbę odpowiedzi na pytanie skąd idziemy i dokąd zmierzamy, pytanie jak w nowych warunkach zamierzamy realizować swoją tożsamość – zastąpiła pasja imitatorska (doganianie, dopasowywanie się, dostosowywanie etc.).

Ma to oczywiście pewien związek z doświadczeniem ogólniejszym niż polskie, które – jako koniec historii – językiem Kojeva i Hegla zapisał Francis Fukuyama. Skala i gwałtowność upadku komunizmu przywodziła na myśl wizje raczej eschatologiczne niż politologiczne, co wydawało się otwierać perspektywę jakby pozahistorycznego czasu. W nadchodzącej epoce wymarzonego przez Kanta wiecznego pokoju wielu wydawało się, że przygoda politycznego rozumu skończyła się na dobre. Skoro zaś dzieje polityczne osiągnęły swój kres, to jedynym co pozostaje do zrobienia są zadania dla maruderów, którzy najkrótszą i dobrze znaną drogą mają doszlusować do rozumnego oceanu trwania.

Gwałtowna krytyka, którą przyjęto tezy Fukuyamy nie powinna przysłonić faktu, jak dobrze odzwierciedlają one dość rozpowszechnione mniemanie dziedziców zachodniej cywilizacji, rodzaj pop heglizmu głoszącego, że – cokolwiek to znaczy – obecny model polityczny zachodu stanowi rozumny kres ewolucji ustrojowej świata. Jako taki może on po pierwsze podlegać korektom raczej niż głębokim przeobrażeniom, po drugie stanowi uniwersalny wzorzec dla innych, którzy jak się często sądzi znajdują się na wcześniejszych etapach rozwoju.

Kto nie wierzy niech weźmie pierwszą z brzegu europejską gazetę i zobaczy jak poważnie traktuje się tam przekonanie, że model własny stanowi wzorzec ustrojowego metra, a historia politycznego postępu, opisuje etapy upodabniania się świata do porządku obowiązującego w mieście gdzie znajduje się redakcja tej właśnie gazety.
4.

Rzecz jasna dla nas od wizji demokratyczno-liberalnych pop-heglistów ważniejsza jest polska wersja doktryny końca historii, ów polski millenaryzm, który stanowił ważny składnik ideowej otuliny transformacji. Choć dziś jest to koncepcja trochę zapomniana i pozbawiona głośnych obrońców – a i w przeszłości jak chcą niektórzy traktowana raczej instrumentalnie – to jest ona ciągle godna uwagi bo, podobnie jak wizja Fukuyamy, nie tylko posiada spory krąg wiernych i wpływowych wyznawców, ale dla bardzo licznej rzeszy nadal stanowi żywe kryterium oceny rzeczywistości politycznej. Pozostawienie wspólnoty politycznej poza strumieniem historii, i nasze ciągłe problemy z podmiotowością – a więc sprawy, z którymi zmagamy się do dzisiaj – pozostają z nią w ścisłym związku.
5.

Niesuwerenność, brak podmiotowości wspólnoty politycznej może przyjmować zarówno formę okupacji jaki i pewnych form złych (choć formalnie suwerennych) rządów np. oligarchii czy despotii. Jednak na poziomie kultury – zinterioryzowana przez wspólnotę – niesuwerenność zawsze wyraża się ideą rządów konieczności. Trudno wątpić, że obecny w krwioobiegu język konieczności, to dużo pewniejsza metoda paraliżowania podmiotowości od zawodnych przecież wojska czy tajnej policji. Potencjał podmiotowości kryje się w przekonaniu, że może być inaczej, i że to od nas – przynajmniej w jakimś stopniu – zależy jak będą się sprawy miały. Gdy ta myśl znika mamy do czynienia z niewolnikiem idealnym – z niewolą uwewnętrznioną. Pierwszy krok w nurt historii polega na odkryciu możliwości wyboru, na uświadomieniu sobie wielkiej rozmaitości możliwych scenariuszy i wreszcie, co bardzo ważne, na konstatacji ich wzajemnej niezgodności.

Jest to odkrycie niemożliwych do zażegnania sprzeczności pomiędzy konkurującymi wariantami marszruty i celów – bolesne odkrycie faktu, że wybór nie daje się podjąć na drodze uzgodnionej w ramach jakieś intersubiektywnie akceptowalnej procedury, w sposób który zdejmie z nas odpowiedzialność za ryzyko – przekładając je na barki władców, ekspertów czy pisanego z dużej litery rozumu.

Dlatego choć nic nie zwalnia nas z używania inteligencji, pamiętać należy, że polityczny rozum obdarza nas prawdopodobieństwem, a nie pewnością, że wielu obszarach musimy zdać się na wierność sobie, poczucie smaku czy wiarę i mimo tak niepewnych podstaw działać biorąc odpowiedzialność również za fatalne skutki swoich wyborów. Warunkiem suwerenności jest świadomość, że losem podmiotów politycznych jest konflikt racji i interesów, a działaniu nieodłącznie towarzyszy ryzyko, które można i należy pomniejszać, ale, którego niepodobna wyeliminować.
6.

W tym sensie projekt transformacyjny, przedstawiający pewien model demokracji i rynku jako jedyny i nie podległy negocjacji wzorzec do którego – co więcej – prowadzi tylko jedna droga próbował niemożliwego – miał zaprząc język konieczności do budowy wolnego państwa. Czy w ogóle nie widziano tu problemu, czy też zakładano, że modernizacja miała poprzedzać podmiotowość, (która tymczasem miała zadowolić się apolityczną sferą rzeczywistości “pozarządowej”) trudno dziś orzec. W tej sprawie opinie architektów były chyba dość różnorodne.

W każdym razie polityczna wolność miała być, przynajmniej na czas przemian, rodzajem “uświadomionej konieczności” celów, metod i kosztów modernizacji – i szło nie tylko o zasadnicze kierunki, ale i o najbardziej szczegółowe rozwiązania. Niepodległość nie zaowocowała wolną debatą ani nad przyszłym kształtem Polski, ani nawet nad sposobami działania, które doprowadzą ją do tego celu. Jako całkowicie bezalternatywny przedstawiano zarówno konkretny program reformy gospodarczej (inne były uważane po prostu za nierozumne), jak i transformacji ustrojowej. Związek władzy, racjonalności i doskonałych wzorców tworzyć miał wrażenie projektu, który w opozycji może mieć tylko głupców. Dziedziny tak spekulatywne jak ekonomia, prawo, ustrój polityczny przedstawiano jako systemy prawd, które nie podlegają żadnej dyskusji. O wszystkim orzekać mieli eksperci – kapłani konieczności, a pytanie o koszty przemian brali na siebie Panglossowie transformacji zawsze gotowi dowieść, że żyjemy na najlepszym ze światów, i że ci, którzy zanadto przejmują się “kosztami przemian” (jak nazywano niezbędne rzekomo ofiary transformacji, np. rolników z PGR-ów, pewną część emerytów, bezrobotnych, ofiary rosnącej w siłę mafii i skorumpowanej biurokracji, ale również panoszący się przemysł porno czy narkomanię) mają z pewnością kłopoty z przyjęciem “wielkiego daru wolności”.

Każdemu, kimkolwiek by nie był ekonomistą czy papieżem, a kto brał pod uwagę jakieś alternatywy, rozwiązania uwzględniające lokalne tradycje bądź kontekst natychmiast przyklejano etykietę fantasty jeśli nie głupca, który w swojej pysze chce budować jakąś trzecią drogę. Czy trzecia droga może gdzieś zaprowadzić, czy w ogóle istnieje – powtarzano. “Pytanie – rzucał sarkastycznie pod adresem Jana Pawła II jeden z agentów konieczności – sprowadza się w końcu do tego, czy Polska ma eksperymentować, szukać jakiejś “trzeciej drogi” (…) Czy będzie lepsza od innych, które zawiodły, dlatego, że jest polska?” Pytanie skądinąd bardzo zabawne, bo każdy kto ma choć minimalną wiedzę o rzeczywistości politycznej wie, że w empirycznym świecie istnieją wyłącznie trzecie drogi – i konia z rzędem temu kto znajdzie gdzieś pierwszą lub drugą.
7.

Inną ważną cechą silnego w początku lat 90 tych polskiego przeczucia końca historii była wizja nadchodzącej ery braku zasadniczych konfliktów. (W polityce zagranicznej, którą nie będę się tu zajmował występowało ono pod postacią obrazu rodziny narodów tak harmonijnej i bezinteresownej, że sama myśl o jakimkolwiek partykularyzmie stanowić miała głęboki nietakt). W sprawach wewnętrznych była to – jak pisze charakteryzując ten rodzaj zsekularyzowanych tęsknot religijnych Norman Kohn – millenarystyczna perspektywa utworzenia wspólnoty stanowiącej “jednomyślną, bezkonfliktową zbiorowość”. Demokracja urzeczywistniona i pożądana rysowała się nie jako instytucjonalizacja konfliktów, ale jako ich zakończenie. Widać to doskonale w traktowanej jako realny projekt polityczny moralistycznej wizji duchowego pojednania z PRL-owskim aparatem władzy i represji – pojednania miedzy katami i ofiarami. Budowanie platformy moralnej jednomyślności, która stanie u podstaw historycznego kompromisu, wspierała wizja politycznej apokatastazy, gdzie rozdarta rzeczywistość polityczna powraca do stanu utraconej jedności. Jedność ta, przekraczając porządek dotychczasowej polityki unieważnia i zamazuje dawne podziały – co więcej ukazuje wczorajszych wrogów jako nieświadomych tego faktu sprzymierzeńców. Ich sprzeczne na pozór postawy i działania z nowej perspektywy okazywały się sprzecznościami pozornymi, różnymi formami dążenia do tego samego celu.

Z tej perspektywy Mieczysław Rakowski od zawsze budował demokrację, Ireneusz Sekuła tworzył wolny rynek, Aleksander Kwaśniewski oddawał się działalności społecznej, Wojciech Jaruzelski dążył do niepodległości – zaś PRL en bloc był po prostu pewnym (wcześniejszym) projektem modernizacji Polski. Ten sposób myślenia wyrażał się nie tylko w praktycznym projekcie zbudowania trwałej konstrukcji na fundamencie okrągło stołowego kompromisu. Widać go również w głoszonej z powagą (przez najwyższe autorytety lat 90-tych) koncepcji końca epoki podziałów na lewicę i prawicę, czy pojawiającą się na samym początku przemian wizję demokracji bez partii, względnie demokrację jednej tylko partii czy ruchu społecznego nowego typu (co, swoją drogą stanowi mocny argument za tym, że w wielu istotnych wymiarach imitowany rzekomo wzorzec zachodniej demokracji istniał tylko w wyobraźni architektów polskich przemian ustrojowych).
8.

Ten millenarystyczny nastrój “końca historii” odnajdujemy również w koncepcji uzasadniającej brak lustracji – gdzie już bez osłonek racje polityczne (jak bezpieczeństwo państwa czy integralność dyskursu o sprawiedliwości) zastępowano dość mętnymi zresztą racjami religijnymi. Rzecz zasługuje na uwagę jako interesująca i po części udana próba wprowadzenia w obszar państwa elementów teokratycznych.

Czym innym bowiem była idea bezpośrednich rządów religijnego imperatywu miłosierdzia, jeśli nie urzeczywistnieniem pomysłu budowania porządku politycznego na nakazie postawy heroicznej, którą tradycja chrześcijańska uważa za jeden z podstawowych przejawów świętości. O tym, że jest to pomysł przypominający polityczne koncepcje wcielane w życie we Florencji Savonaroli, mówić nawet nie trzeba.
9.

Choć w kulturze katolickiej Polski ten rodzaj teokratyzacji polityki wywoływał niemały zamęt pojęciowy, to nie ma przecież wątpliwości, że doktrynalnie była ona mówiąc najdelikatniej dość ryzykowna. Zamęt powiększał fakt, że argumentacją tą posługiwała się strona nie tylko gwałtownie krytykująca Kościół za nadmiar politycznej pasji, ale strona, która podkreślając swój dystans do Kościoła zdawała się ewangelicznym radykalizmem przelicytowywać oziębłych katolików. Mówiąc trochę żartem miejsce Polaka-katolika zająć miał żarliwy Polak-millenarysta – a więc Polak nowej ery stanowiący za jednym zamachem kryterium chrześcijaństwa, europejskości, tolerancji, właściwej postawy obywatelskiej i oczywiście nowoczesności. Ciekawe jak rzadko zwracano wówczas uwagę na fakt, że ten polityczny projekt, który wznoszono na fundamencie darów Ducha Świętego (w argumentacji hojnie szafując Ewangelią) poważnie narusza autonomię sfery politycznej – i jako taki nie tylko nie mieści się w koncepcji świeckiego państwa, ale i w nauce społecznej Kościoła.

Nie od rzeczy będzie też przypomnieć, że polski millenaryzm posługiwał dość śmiało nieznaną katolicyzmowi koncepcją miłosierdzia i sprawiedliwości – gdzie sprawiedliwość utożsamiano z zemstą, nie widząc w niej formy miłosierdzia, a miłosierdzie traktowano nie jako zadanie i łaskę, ale dostępną dla każdego możliwość, ba zwykły obowiązek. Po trzecie wreszcie, że millenaryzm ten jak wszystkie projekty utopijne był oczywiście pelagiański – kierował się bowiem przekonaniem, że posługując się środkami politycznymi, edukacyjnymi i propagandowymi można (tu i teraz) wymusić na społeczeństwie cnoty heroiczne i przekraczając porządek skażonej grzechem natury zbudować jedność nie tylko bezgrzeszną, ale – w pewnych aspektach – świętą.

Rewolucyjna gorączka i gwałtowna walka z wrogami (w tym zwłaszcza z wyrosłymi na głównych przeciwników oziębłymi i pozornymi chrześcijanami, którzy nie kwapili się do przyjęcia orędzia nadchodzącej ery jedności i zgody) dopełniają wizji, pod wieloma względami, typowego ruchu millenarystycznego. Katolicki problem z tego typu zjawiskami jest zawsze ten sam – zamiana eschatologicznej nadziei na usunięcie skutków grzechu pierworodnego, w program polityczny bywa na ogół nie tylko dowodem braku realizmu. Doraźnie skutkuje zwykle niechęcią wobec wolności, przywilejami dla wybranych, brutalnością wobec wrogów, obojętnością dla ofiar, które trzeba złożyć na ołtarzu sprawy i wreszcie lekceważeniem wobec sprawiedliwości, która w promieniach nadchodzącej epoki Ducha wydaje się czymś przebrzmiałym i nieaktualnym.
10.

Czy millenaryzm lat 90-tych nie był tylko zasłoną dymną stworzoną na potrzeby projektu transformacji, która pozwoli na gospodarczą i ustrojową modernizację, a zarazem nie naruszy żywotnych interesów postkomunistów? Biorąc pod uwagę okoliczności i interesy stron można go tak właśnie traktować, ale też poważnym błędem byłoby negowanie jego etycznego czy parareligijnego patosu.

O ile wątpię by gen. Kiszczak i jego “ludzie honoru”, prywatyzujący się towarzysze, różni “nieznani sprawcy”, przebrani za kaznodziejów byli agenci w typie Szczypiorskiego czy Maleszki, czy wreszcie wchodzący w struktury bankowe ex-komuniści bardzo poważnie traktowali wizję politycznej apokatastazy, to, sądząc po stopniu najwyższej egzaltacji, szczerość wielu ówczesnych proroków wydaje się nie ulegać kwestii. W tej sprawie wystarczy zajrzeć do czytelni czasopism. Przez litość oszczędzę cytatów.
11.

Czy projekt ten się udał? W tej części w której stanowił tylko zasłonę dymną dla postkomuny udał się prawie doskonale. W części w której był projektem modernizacyjnym udał się połowicznie – a więc w stopniu, w którym w ogóle może udać się robiony odgórnie projekt modernizacji bez podmiotowości. Choć trudno lekceważyć istotne dokonania, to przecież konstruktywistyczny, narzucony bez dyskusji i namysłu nad rzeczywistością model ustrojowy nie mógł stać się niczym więcej niż proceduralną demokracją, która istnieje i jakoś działa, ale z pewnością ani ziębi ani grzeje. Robiona odgórnie przebudowa i parasol rozciągnięty nad postkomunistami skutkował oligarchizacją państwa, schizofrenią dyskursu o sprawiedliwości i rynkiem spętanym siecią koncesji. Wizja rządów konieczności, która zaowocowała cyniczną nauką o wiórach transformacji (np. rolnikach, emerytach czy tzw. budżetówce ) musiała zakładać częściowe przynajmniej zawieszenie ideałów solidarności. Nic dziwnego, że to właśnie postulaty demokratyzacji, większej spójności dyskursu o sprawiedliwości i powrotu do idei solidarności legły u podstaw politycznego końca tego projektu.
12.

Gdy mowa o jego utopijnej sferze millenarystyczny projekt doznał rzecz jasna bolesnej porażki. Jej przyczyny może wytłumaczyć każdy kto choć trochę zna historię filozofii czy choćby Katechizm Kościoła Katolickiego. Jednak fakt, że bezkonfliktowa wspólnota narodowej zgody nie powstała i nie powstanie – nie pozwala ignorować wpływu tej milenarystycznej nadziei na kształtowanie się pewnych politycznych tęsknot i wyobrażeń. W głowach wielu przetrwała ona jako niespełnione, choć realne marzenie. Widać to nie tylko w widocznej na każdym kroku tęsknocie za moralnym komfortem jednomyślnej i bezalternatywnej rzeczywistości lat 90-tych, ale również w niektórych uduchowionych wizjach zwolenników nowego początku, członków niewielkiego, ale – jak twierdzą wrogowie – wpływowego kręgu millenarystów prawej fali (gwałtowne spory obu sekt, to jedno z najżałośniejszych widowisk politycznych obecnego czasu).

Trudno wątpić, że millenaryzm to jedno z zasadniczych źródeł politycznego infantylizmu, tej niesłabnącej ciągle tęsknoty za rządami konieczności, która codziennie obwieszcza obywatelom swoje nieomylne wyroki. To między innymi stąd właśnie czerpie soki tak dobrze znany ton żalu do rzeczywistości politycznej pełnej spornych racji, do świata realnych i głębokich konfliktów interesów i wartości, ów ton pretensji do rzeczywistości niełatwej do zrozumienia, zmuszającej do samodzielności, do ryzyka i do wyboru.

Mówię o politycznym infantylizmie, który stale rozgląda się za kimś kto zdejmie z niego nieznośny ciężar podmiotowości, kto powie jak się zachowywać, co wypada i co jest konieczne – a więc za kimś kto znowu pozwoli wyjść na brzeg historii.
Dariusz Karłowicz
Pełny tekst referatu wygłoszonego na seminarium ,,Czy żyjemy w posthistorycznych czasach?”, które odbyło się w Lucieniu, 23 lutego 2007 r. Było to drugie w tym roku – i ósme z kolei – spotkanie z cyklu seminariów organizowanych pod patronatem i z udziałem Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Lecha Kaczyńskiego.

Interwencja ZSRR podczas stanu wojennego

Źródło: Rzeczpospolita: Jaruzelski żąda wsparcia, Kreml się uchyla
12.12.2006

Kreml odrzucił możliwość zbrojnej interwencji w Polsce. Uznał bowiem, że konsekwencją takiego kroku może być nawet odsunięcie partii komunistycznej od władzy – twierdzi historyk IPN

Czy przed 13 grudnia groziła nam interwencja państw Układu Warszawskiego? Jaka była polityka “bratnich państw socjalistycznych” w ostatnich miesiącach przed wprowadzeniem stanu wojennego?

Relację – na podstawie dokumentów z archiwów polskich i innych krajów Europy Wschodniej – rozpocznijmy 19 października 1981, czyli dzień po wyborze Wojciecha Jaruzelskiego na I sekretarza KC PZPR. Tego dnia szef partii rozmawiał telefonicznie z Leonidem Breżniewiem, szefem Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. “Zgodziłem się przyjąć to stanowisko po wewnętrznej walce i tylko dlatego, że wiedziałem, że wy mnie popieracie, i że wy jesteście za taką decyzją” – deklarował. Dodał też, że uczyni wszystko – “jako komunista i jako żołnierz” – w celu zmiany sytuacji w PRL.

Wkrótce sowieckie kierownictwo spotkała jednak przykra niespodzianka. Na posiedzeniu Biura Politycznego KC KPZR 29 października 1981 r. Breżniew mówił: “Nie wierzę, aby tow. Jaruzelski zrobił cokolwiek konstruktywnego. Wydaje mi się, że nie jest zbyt śmiałym człowiekiem [...]. Tow. Jaruzelski nie przejawia żadnej inicjatywy. Być może trzeba się przygotować do rozmowy z nim”.

Pierwsze dni urzędowania nowego I sekretarza nie przyniosły przełomu, natomiast – jak oświadczył ówczesny szef KGB Juri Andropow – “polscy przywódcy napomykają o pomocy militarnej ze strony bratnich państw”, co zapewne odebrano jako kolejną próbę ucieczki od rozwiązania problemu własnymi siłami. Zarówno Andropow, jak i minister obrony Dmitrij Ustinow uznali, że to niemożliwe – “powinniśmy zdecydowanie trzymać się swojej linii – nie wprowadzać naszych wojsk do Polski”.

Wsparcie dla towarzyszy

Od 1 do 4 grudnia 1981 r. w Moskwie odbywało się posiedzenie Komitetu Ministrów Obrony państw-stron Układu Warszawskiego. Niespodziewanie na prośbę reprezentantów PRL zaproponowano przyjęcie komunikatu wyrażającego zaniepokojenie sytuacją w Polsce i wyrażającego potrzebę “podjęcia odpowiednich kroków w celu zapewnienia bezpieczeństwa wspólnoty socjalistycznej”. Zdaniem strony polskiej stanowić to miało “wsparcie dla komunistów i sił patriotycznych, które chcą bronić socjalistycznego państwa, a jednocześnie ostrzeżenie dla sił kontrrewolucyjnych”.

Propozycja została odrzucona (podobnie jak jej łagodniejszy wariant) po sprzeciwie delegacji rumuńskiej i węgierskiej. Wydarzenie to dowodzi, że już w 1981 r. gen. Jaruzelski pragnął wykorzystać rzekome zagrożenie interwencją wojsk Układu Warszawskiego dla usprawiedliwienia stanu wojennego. Przyjęcie komunikatu przydałoby jego poczynaniom wiarygodności.

Niepowodzenie nie zniechęciło gen. Jaruzelskiego. 8 i 9 grudnia 1981 r. spotkał się on kolejno z marszałkiem Kulikowem i sowieckim wicepremierem Bajbakowem, którym przedstawił żądania dotyczące udzielenia wsparcia militarnego oraz gospodarczego. Miało to być warunkiem wprowadzenia stanu wojennego (co ciekawe, stronie sowieckiej najwyraźniej nie przekazano jeszcze dokładnego terminu tej operacji).

Pogrzebana doktryna

10 grudnia o żądaniach debatowano na posiedzeniu Biura Politycznego KC KPZR. O ile kwestia pomocy ekonomicznej nie wywołała kontrowersji, o tyle emocje wzbudziło drugie żądanie Jaruzelskiego. Potraktowano je najwyraźniej jako próbę odroczenia rozprawy z opozycją.

Najbardziej jednoznacznie wypowiedział się Andropow: “Nie możemy ryzykować. Nie zamierzamy wprowadzać wojsk do Polski. Jest to słuszne stanowisko i musimy się go trzymać do końca. Nie wiem, jak rozwinie się sprawa z Polską, ale jeśli nawet Polska będzie pod władzą “Solidarności”, to będzie to tylko tyle. A jeśli na Związek Radziecki rzucą się kraje kapitalistyczne, a oni już mają odpowiednie uzgodnienia o różnego rodzaju sankcjach ekonomicznych i politycznych, to dla nas będzie to bardzo ciężkie. Powinniśmy przejawiać troskę o nasz kraj, o umacnianie Związku Radzieckiego. To jest nasza główna linia”. Apelował o zrobienie “czegoś” w celu zabezpieczenia tranzytowych linii komunikacyjnych.

Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, iż słowa te padły w atmosferze zdenerwowania wywołanego wrażeniem, iż Jaruzelski wymiguje się od podjęcia zdecydowanych działań, to wydaje się że odzwierciedlają one ostateczne stanowisko Moskwy. Nawet w warunkach “zaproszenia” przez najwyższe władze PRL (i oczywiście idącej za tym chęci współpracy) Kreml odrzucił możliwość zbrojnej interwencji. Uznał bowiem, że konsekwencją może być nawet odsunięcie partii komunistycznej od władzy. Tym samym “doktryna Breżniewa” została pogrzebana jeszcze za życia sowieckiego przywódcy.

Nikt nie chce interwencji

Andriej Gromyko, minister spraw zagranicznych, najwyraźniej zirytowany apelował do nieobecnych liderów PZPR, aby podjęli decyzję, czy “wycofują się ze swoich pozycji” wobec żądań przejęcia władzy przez “Solidarność”, czy też “wprowadzają stan wojenny, izolują ekstremistów “Solidarności” i zaprowadzają właściwy porządek”. Gromyko uznał, że należy “jakoś stłumić oczekiwania Jaruzelskiego i innych przywódców na wprowadzenie wojsk”. Warto przywołać także kolejny fragment jego wypowiedzi: “Sądzę, że nie powinniśmy teraz dawać jakichkolwiek zdecydowanych wskazówek, które zmusiłyby ich do takich czy innych działań. Myślę, żezajmiemy tutaj właściwe stanowisko: zaprowadzenie porządku w Polsce jest sprawą Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej – Komitetu Centralnego, Biura Politycznego”.

Marszałek Ustinow poinformował o wzmacnianiu sowieckich garnizonów w PRL, stwierdził też, że jest “skłonny sądzić, iż Polacy nie zdecydują się na konfrontację”. On też był za tym, by władzom PRL nie narzucano rozwiązań. W podobnym duchu wypowiedział się Michaił Susłow: “Prowadzimy szerokie działania na rzecz pokoju i teraz nie wolno nam zmieniać swojego stanowiska. Światowa opinia publiczna nie zrozumie nas. [...] Niechaj sami towarzysze polscy określą, jakie działania mają podjąć. Nie powinniśmy popychać ich do jakichś bardziej zdecydowanych działań. [...] Myślę, że mamy tu wszyscy zgodny pogląd, że nie może być mowy o żadnym wprowadzeniu wojsk”. Wiktor Griszyn: “O wprowadzeniu wojsk nie może być mowy”.

Podsumowując, 10 grudnia 1981 r. Moskwa nie tylko podtrzymała swoje dotychczasowe stanowisko, że nie zamierza wprowadzić wojsk do Polski, lecz także była skłonna rozszerzyć “politykę nieinterwencji” o nowy element – złagodzenie nacisków na przywódców PRL (wychodzono najwyraźniej z założenia, iż owa presja była źródłem prośby o pomoc militarną).

Z zapisków generała Anoszkina

Podstawowym źródłem odtworzenia międzynarodowego aspektu rozwoju wydarzeń w kolejnych godzinach jest “zeszyt roboczy” generała Anoszkina, adiutanta marszałka Kulikowa. 10 grudnia po południu do sowieckiego ambasadora w Warszawie z polecenia Jaruzelskiego zadzwonił gen. Milewski i poprosił o zajęcie stanowiska w następujących kwestiach:

“1) Prosimy, aby przyjechał do nas ktoś z kierownictwa partyjnego. Kto będzie i kiedy?

2) Ogłosić oświadczenie o poparciu dla nas. [...]

3) Czy możemy liczyć na pomoc po linii wojskowej ze strony ZSRR (o dodatkowym wprowadzeniu wojsk)?

4) Jakie będą przedsięwzięcia w zakresie pomocy ekonomicznej dla Polski ze strony ZSRR?”.

Po skontaktowaniu się w tej sprawie z centralą Aristow udzielił następujących wyjaśnień:

“1) Nikt nie przyjedzie.

2) Środki zostaną podjęte.

3) Nie będziemy wprowadzać wojsk.

4) Odpowiedź przygotuje Bajbakow”.

Gen. Anoszkin zanotował słowa: “To dla nas straszna nowina! Przez półtora roku paplanina o wprowadzeniu wojsk – wszystko odpadło. Jaka jest sytuacja Jaruzelskiego?!”, będące zapewne zapisem reakcji Milewskiego. Kolejny element odpowiedzi dla Milewskiego Anoszkin odnotował 11 grudnia, cytując fragment depeszy Aristowa: “Na tym etapie nie będzie radzieckiej obecności”.

Dopiero wieczorem 11 grudnia, podczas rozmowy z gen. Florianem Siwickim, strona sowiecka została poinformowana o prawdopodobnym terminie rozpoczęcia operacji “z soboty na niedzielę”, z zastrzeżeniem, że “decyzja ta nie została dotąd przekazana do wykonania”. Zgodnie z dalszym zapisem Anoszkina Siwicki przekazał, że Jaruzelski jest rozczarowany, iż ze strony sowieckiej nie przyjechał nikt z kierownictwa, “aby przekonsultować z nami zagadnienia wielkiej pomocy gospodarczej i wojskowej”, poprosił także o wyjaśnienie, jak można rozumieć następny etap wydarzeń (skoro na obecnym etapie “nie będzie radzieckiej obecności”).

Najwyraźniej polscy generałowie mieli nadzieję, że usłyszą deklarację o wsparciu wojskowym już po wprowadzeniu stanu wojennego. Siwicki posunął się wręcz – według Anoszkina – do szantażu: “jeśli nie będzie politycznego, ekonomicznego i wojskowego wsparcia ze strony ZSRR, to nasz kraj może być stracony (dla Układu Warszawskiego)”.

W odpowiedzi Kulikow udzielił Siwickiemu wsparcia psychicznego, mówiąc: “macie realną siłę”. Odwoływał się do wcześniejszych obietnic rozwiązania sprawy własnymi siłami. Zażądał również odpowiedzi na pytanie, czy “mechanizm został uruchomiony”, czy Jaruzelski nadal się waha.

Jak zanotował Anoszkin “Siwicki odjechał nieusatysfakcjonowany. Niczego nowego od W.G. Kulikowa nie uzyskał i nie usłyszał. Naczelny dowódca Zjednoczonych Sił Zbrojnych jest spętany przez Moskwę!”. Zagadkowe jest to ostatnie zdanie. Może ono albo być cytatem z wypowiedzi wzburzonego Siwickiego, albo też wyrażać nastroje samego Kulikowa, co świadczyłoby o tym, że on sam był skłonny udzielić “wsparcia militarnego”.

Gen. Jaruzelski wprowadził stan wojenny nocą z 12 na 13 grudnia 1981 r. Związkowi Sowieckiemu udało się rozwiązać polski kryzys bez użycia własnych wojsk. Nie zapobiegło to jednak sankcjom ekonomicznym i politycznym, których tak obawiał się Andropow. Niezależnie jednak od tego, jaką strategię przyjąłby Kreml, nie ulega wątpliwości, że to wydarzenia Sierpnia ‘80 zadały systemowi komunistycznemu śmiertelny cios.
Łukasz Kamiński
Autor jest historykiem z Uniwersytetu Wrocławskiego i zastępcą dyrektora Biura Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej. Artykuł stanowi skróconą wersję wstępu do książki “Przed i po 13 grudnia. Państwa bloku wschodniego wobec kryzysu w PRL 1980 – 1982″, której I tom ukaże się w najbliższych dniach.

Wspomnienia ze stanu wojennego

Źródło: Rzeczpospolita: http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/dodatek1_061209/index.html
09.12.2006

Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski prezes Fundacji im. Brata Alberta w Radwanowicach b. duszpasterz nowohuckiej “Solidarności”
Komitet pomocy na plebanii

Jako kleryk szóstego roku seminarium duchownego miałem wtedy praktykę w Chrzanowie. Zaraz po północy obudziło mnie dobijanie się do plebanii. To były kobiety, którym wyciągnięto z domów mężów i synów. Były przerażone nagłymi aresztowaniami bez podania powodów. Nie wiedziały, co robić, więc przybiegły do kościoła. Mówiły o wyjątkowej brutalności milicji, wykrzykiwaniu, obelgach. Ktoś opowiadał, że przewodniczącego “Solidarności” w Fabloku zabrali w samej piżamie, skutego kajdankami na oczach żony i dzieci. Najpierw nie wiedzieliśmy, że to stan wojenny. Sądziliśmy, że chodzi o jakąś lokalną akcję. Kościół został otwarty, ludzie napływali. Od pierwszej mszy zamiast kazania wszyscy na klęczkach śpiewali “Święty Boże, święty mocny”. Natychmiast na plebanii zawiązał się komitet pomocy dla ofiar stanu wojennego, ludzie zaczęli przynosić, co kto miał. Kościół był jedynym miejscem, gdzie szukano oparcia i pociechy. Tu ludzie zgłaszali, kto został internowany.
j.sad.

Andrzej Przewoźnik, sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walki i Męczeństwa
Kurs historii najnowszej

Miałem wówczas 18 lat i współpracowałem ze środowiskiem katowickiej “Solidarności”, które pomagało szkołom. Otrzymałem od nich bibułę, którą rozprowadziłem w rejonie Krakowa. O stanie wojennym dowiedziałem się w niedzielę, 13 grudnia rano na krakowskiej giełdzie staroci. Już po południu widziałem zwiększoną ilość wozów milicyjnych, transportery opancerzone. Moim pierwszym odruchem było oczyszczenie mieszkania z ulotek. Potem przez dwa, trzy tygodnie rozprowadziłem je wszystkie. Nie czułem strachu, ale przede wszystkim wściekłość, że coś takiego jak stan wojenny mogło się zdarzyć. Pierwszy raz zobaczyłem wtedy, jak ludzi wyprowadza się z domów, jak się ich aresztuje. Interesowałem się historią, byłem wychowany w kulcie powstania warszawskiego, ideałów akowskich. Dlatego stan wojenny tak bardzo mnie oburzał. To był dla mnie błyskawiczny kurs najnowszej historii, który wpłynął na moje dalsze życie. To właśnie obrazy, które widziałem na ulicach 13 grudnia, sprawiły, że zaangażowałem się w podziemie bez chwili zastanowienia.
map

Jerzy Połomski, piosenkarz
Między Nowym Jorkiem a Chicago

Wyszedłem przed dom, żeby uruchomić samochód. Mijał mnie kolega, aktor Bogdan Krzywicki, przed którym wyraziłem zdziwienie, że jednocześnie wysiadł mi odbiornik radiowy i telewizyjny. Dopiero on uprzytomnił mi, że ogłoszono stan wojenny. Pierwsze uczucie to wielkie zdziwienie. Drugie, że grożą restrykcje. Żeby nie poddać się przygnębieniu i mieć rodzinny nastrój, zatargałem do domu aż cztery choinki. Potem musiałem pójść do biura paszportowego, bo z zespołem Break Water miałem zakontraktowany cykl recitali w Stanach Zjednoczonych. O dziwo, udało nam się wyjechać. Koncerty miałem rozplakatowane pod nieszczęśliwym w tych okolicznościach tytułem “Cała sala śpiewa z nami”. Organizator nie przewidział, że później przyjdzie mi się z tego tłumaczyć przed polonijną publicznością. Cały stan wojenny przeczekałem między Nowym Jorkiem a Chicago. Brałem udział w koncertach na rzecz kolegów w Polsce, którzy przyłączyli się do bojkotu telewizji. Myślałem, że już nie wrócę do kraju. Zdecydowałem się na to dopiero wtedy, gdy Moskwa pochowała dwóch kolejnych pierwszych sekretarzy, a w Polsce odwołano stan wojenny.
j.r.k.

Dr hab. Antoni Dudek, historyk
Nagranie generała

Gdy ogłoszono stan wojenny, miałem 14 lat i zacząłem dopiero szkołę średnią. Osiedle, przy którym mieszkaliśmy w Krakowie, było przy trasie do Nowej Huty. Jechała tam kolumna wozów pancernych do pacyfikacji miejscowego kombinatu. To było w nocy i pamiętam ogromny huk tych pojazdów. Nie było żadnych zajęć w szkole, więc poszliśmy z kolegami obejrzeć patrole milicyjno-wojskowe chodzące po Krakowie. Już wtedy miałem temperament historyka i jak tylko w telewizji pojawił się generał Jaruzelski, wyciągnąłem mój wielki szpulowy magnetofon i zacząłem nagrywać jego wystąpienie i po kolei wszystkie komunikaty, które wówczas ogłaszano. Okazało się to zajęciem całkowicie bezsensownym, bo nazajutrz i tak wszystko wydrukowały gazety. Do dziś pamiętam, że dość radykalnie zmieniono program telewizyjny. Zostawiono tylko jeden kanał i wyświetlono film “Jarzębina czerwona” o walkach na Wale Pomorskim w 1945 roku. To było dość surrealistyczne, bo ten film nijak się miał do tego, co się wówczas wydarzyło. Dlaczego nagle walki o Wał Pomorski? Ktoś miał taką fantazję z nowego kierownictwa telewizji.
map

Janusz Kurtyka, prezes Instytutu Pamięci Narodowej
Paradoks dziejów

Miałem 22 lata i mieszkałem w Krakowie. Tuż przed 13 grudnia zakończył się strajk studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego, wróciłem do domu i bardzo długo spałem. O stanie wojennym dowiedziałem się dopiero rano. Pierwszą myślą było sprawdzenie, co się dzieje w siedzibie Zarządu Regionu “Solidarności”. Na miejscu znalazłem się już po wkroczeniu tam ZOMO i SB. Kordon nikogo nie przepuszczał. Paradoks historii sprawił, że kiedy już byłem szefem oddziału krakowskiego IPN, jednym z moich – bardzo rzeczowych – partnerów w różnych działaniach organizacyjnych był oficer UOP, który 13 grudnia, jako młody oficer SB stał na czele ekipy wkraczającej do regionu “Solidarności”. Z pierwszych dni stanu wojennego pamiętam niemal powstańczy nastrój. Byłem wtedy bardzo młody i wydawało mi się, że pojawi się szeroki opór, wybuchnie kolejne powstanie. Już wtedy wiedziałem jednak, że gdyby nawet tak się stało, byłoby to przedsięwzięcie skazane na niepowodzenie. Doświadczyłem wtedy pierwszy raz nieuchronności procesu historycznego. Przystąpiłem do konspiracji solidarnościowej i NZS-owskiej.
map

Prof. Jerzy Eisler, historyk
Piechotą do mamy

W grudniu 1981 r. miałem 29 lat i byłem doktorantem w Instytucie Historii. O stanie wojennym dowiedziałem się wyjątkowo późno. W niedzielę tuż po południu przyszła przyjaciółka mojej szwagierki i powiedziała: “Witam w stanie wojny”. Dla mnie najważniejsze nie było wtedy uniknięcie aresztowania – nie byłem bowiem żadnym prominentnym działaczem “Solidarności”. Bardzo bałem się natomiast wezwania do wojska, bo miałem przydział mobilizacyjny do brygady wojsk obrony wewnętrznej w Górze Kalwarii. Wobec tego poszedłem piechotą do mojej mamy, gdzie byłem zameldowany. Po drodze widziałem oczywiście żołnierzy. Poprosiłem mamę, aby na okres paru tygodni wyprowadziła się do przyjaciółki. Nikogo nie było w domu, więc nie można było wręczyć mi wezwania do wojska. W ten sposób udało mi się uniknąć tego, że mógłbym spotkać w mundurze na ulicy kogoś ze swoich kolegów. Wieczorem oglądaliśmy dziennik telewizyjny. Mój wspaniały teść, człowiek, który nigdy nie używał brzydkich słów, po przemówieniu Jaruzelskiego zaklął i poszedł do łazienki nerwowo palić papierosy. Ja zaś obejrzałem początek filmu “Jarzębina czerwona”, ale nie byłem w stanie 13 grudnia oglądać filmu o chwale ludowego Wojska Polskiego. Od zwariowania i poczucia bezsensu uratowała mnie moja najstarsza córka Kasia, która miała wówczas dopiero dwa tygodnie. Jako młody tata nie mogłem po prostu zwariować, choć czułem złość i rozpacz.
map

Agnieszka Holland, reżyser
Początek długiej nocy w Szwecji

Na początku grudnia 1981 r. pojechałam do Szwecji. Jeździłam po różnych miastach, pokazując swój film “Aktorzy prowincjonalni” i mówiąc o sytuacji w Polsce. 16 XII miał przyjechać mąż z córeczką i święta mieliśmy spędzić u rodziny w Göteborgu. W trakcie moich peregrynacji fatalistyczno-katastroficzna wizja tego, co musi się w mym kraju wydarzyć, narastała. Miałam za sobą doświadczenie czeskie i zmiażdżenie praskiej wiosny. Czułam, że coś strasznego stanie się teraz, wkrótce. Nalegałam, żeby rodzina przyspieszyła swój przyjazd. Bez skutku.

13 XII rano dotarłam do Göteborga, na dworcu czekał na mnie kuzyn. “Co myślisz, że będzie?” – spytał. ” Finis Polonia” – odpowiedziałam, mając na myśli swe przeczucia. On zrozumiał, że już wiem. Ja tymczasem paplałam całą drogę do jego mieszkania i zamilkłam dopiero, kiedy zobaczyłam w telewizorze czołgi na ulicach Warszawy. Następne dni spędziłam jak w transie. Bombardowali mnie szwedzcy dziennikarze, byłam jedyną jakoś znaną osobą z Polski. Wahałam się kilka dni, zwyciężyło poczucie obowiązku wobec więzionych i prześladowanych: zaczęłam udzielać ostrych wywiadów, wiedząc, że ryzykuję długą rozłąkę z krajem i bliskimi. Tak też się stało. Bardziej niż gniew odczuwałam rozpacz. Zapowiadała się długa noc. Wiedziałam, że moje życie i życie wielu mych rodaków nigdy już nie będzie takie samo.
j.r.k.

Rozliczenie stanu wojennego

Źródło: Rzeczpospolita: Stan wojenny bez rozliczenia
09.12.2006

Klimat do rozliczeń stanu wojennego w Polsce zmienił się dopiero po komisji Rywina

15 listopada 1997 roku. Sala Sądu Wojewódzkiego w Katowicach nabita. Ludzie stoją nie tylko dlatego, że za chwilę ma być ogłoszony wyrok, ale także z powodu tłoku. Początkowo jest cisza, ale gdy sędzia Ewa Krukowska wyczytuje kolejne nazwiska zomowców i słowo: “uniewinnić”, na sali narasta zamieszanie. Zanim sędzia kończy odczytywanie wyroku, zaczynają się okrzyki: “Niech się pani nie wysila”, “Hańba!”, “Sąd pod sąd”, “Strzelali do ludzi, a teraz nie ma winnych”. Zamieszanie jest tak wielkie, że między wyrokiem a uzasadnieniem sędzia ogłasza przerwę. W tym czasie zbulwersowana publiczność opuszcza salę. Potem w uzasadnieniu pojawi sięopinia, że odblokowywanie kopalń w stanie wojennym należało do obowiązków służbowych milicji.

Scena z ogłoszenia pierwszego wyroku w sprawie zomowców odpowiedzialnych za śmierć górników w kopalni Wujek jest symboliczna dla procesu rozliczania przestępstw PRL w minionych 17 latach.

Pytanie o rozliczenie stanu wojennego powraca przy okazji kolejnych grudniowych rocznic. Od lat najczęściej pada odpowiedź – nie został on rozliczony. Czy jest jeszcze szansa, by coś tu zmienić?

Dotąd nigdy jednoznacznie nie odpowiedziano na pytanie, jak to rozliczenie w ogóle powinno wyglądać. Czy powinniśmy rozliczać stan wojenny jako taki, jego autorów i skutki? Czy może tylko przypadki, w których złamano wówczas obowiązujące prawo? Rzeczywistość ostatnich lat pokazała, że możliwe było tylko to drugie, i to też w sposób niepełny i nieudolny. Dopiero ostatnio zaczęło się to zmieniać.

- Rozliczenie stanu wojennego nie nastąpiło, bo nie było woli politycznej – uważa senator PiS Zbigniew Romaszewski. – Zdecydował o tym przede wszystkim aksamitny sposób wychodzenia z komunizmu, zapoczątkowany rozmowami Okrągłego Stołu. W efekcie nie nastąpiła wymiana elit, a ze strony elit postpezetpeerowskich istniał gigantyczny opór przeciw jakimkolwiek rozliczeniom, bo były zainteresowane utrzymaniem pozycji w strukturze społeczeństwa. To był grzech pierworodny III RP – dodaje.

Jan Rokita z PO, który w latach 1989 – 1991 stał na czele nadzwyczajnej komisji sejmowej badającej zabójstwa popełnione przez funkcjonariuszy MSW w stanie wojennym, zgadza się z tą opinią, ale tylko częściowo.

- Oddzielić od siebie trzeba dwie kwestie – rozliczeń autorów stanu wojennego oraz osądzenia przestępstw w stanie wojennym, popełnianych przez funkcjonariuszy milicji. Kwestia pierwsza ma wymiar polityczny i dopiero w ostatnich latach doszło w tej sprawie do przełomu. Wynikało to z klimatu po aferze Rywina. Pierwszym sygnałem było skazanie generała Czesława Kiszczaka w 2004 roku, a kolejnym – śledztwo IPN dotyczące autorów stanu wojennego. Co do drugiej kwestii, niektóre przestępstwa zostały osądzone już dawno, a część z nich, w tym niektóre zabójstwa, jest już dziś nie wyjaśnialna – mówi Rokita.

Trybunału Stanu nie było

Prześledzenie kolejnych prób rozliczania stanu wojennego w ostatnich kilkunastu latach potwierdza tezę Rokity – sytuacja zaczęła się zmieniać około 2003 roku.

Nieudana była próba podważenia legalności całego stanu wojennego i wszystkich jego skutków w parlamencie. Sejm II kadencji w 1996 roku, zdominowany przez formacje postkomunistyczne, zgodził się z wnioskiem Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej, że nie ma podstaw do stawiania generała Wojciecha Jaruzelskiego i członków Rady Państwa przed Trybunałem Stanu. Mimo że dla nikogo nie ulegało wątpliwości, iż Rada Państwa wydała dekret o stanie wojennym wbrew PRL- owskiej konstytucji.

Posłowie uznali jednak, że autorzy stanu wojennego działali “w stanie wyższej konieczności”, bo polskie władze “miały pełne i obiektywne podstawy do tego, aby obawiać się zbrojnej interwencji wojsk Układu Warszawskiego lub interwencji wojsk ZSRR”.

Kiszczak i MO przed Temidą

Skoro stan wojenny był legalny, legalne było też jego prawo. Można więc było sądzić jedynie tych, którzy je złamali. Ale i to odbywało się z wielkimi problemami. Symboliczne znaczenie mają tu trzy najgłośniejsze sprawy lat 80.: zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki (choć został zamordowany już po formalnym zniesieniu stanu wojennego), śmierci górników z kopalni Wujek oraz zabójstwa Grzegorza Przemyka.

Już podczas procesu toruńskiego w 1985 roku było oczywiste, że czterej sądzeni oficerowie SB to nie są jedyni sprawcy śmierci księdza Jerzego Popiełuszki. Po 1990 roku przed sądem postawiono dwóch generałów MSW – byłego szefa SB Władysława Ciastonia i szefa Departamentu IV Zenona Płatka. Ich proces toczył się w latach 1992 – 1994. Zakończył się uniewinnieniem. Po kilku latach przed sądem znowu stanął sam Ciastoń. Jednak w 2002 roku znów został uniewinniony.

Jeszcze bardziej skomplikowane były dzieje procesu zomowców odpowiedzialnych za śmierć dziewięciu górników w kopalni Wujek. Ich proces przed Sądem Okręgowym w Katowicach zaczynał się trzykrotnie. Finał procesu rozpoczętego w 1993 roku został przytoczony wyżej. Podobny był efekt drugiego procesu, który toczył się w latach 1999 – 2001. Trzeci proces zaczął się we wrześniu 2004 r. Rokita we wszystkich zeznawał jako świadek i podkreśla, że dopiero teraz odniósł wrażenie, iż sąd chce doprowadzić sprawę do końca.

W oddzielnym postępowaniu sądzony był generał Czesław Kiszczak za wydanie szyfrogramu, który decyzję o użyciu broni scedowywał na dowódców lokalnych akcji pacyfikacyjnych. W 1996 roku, po pierwszym procesie, został uniewinniony. Na karę w zawieszeniu sąd skazał go dopiero po drugim procesie, w marcu 2004 r.

Podobnie wyglądała historia procesów milicjantów oskarżonych o śmiertelne pobicie Grzegorza Przemyka. W 1997 roku tylko jeden z nich Arkadiusz Denkiewicz otrzymał wyrok czterech lat (zmniejszony do dwóch na podstawie amnestii) za słowa “bijcie tak, aby nie było śladów”. Drugi milicjant Ireneusz K. był już cztery razy uniewinniany, a obecnie staje przed sądem po raz piąty. Ostatnio jednak być może pojawiła się szansa na przełom, bo znaleziono nowy materiał dowodowy – zdjęcia z nieoficjalnej wizji lokalnej, przeprowadzonej przez milicję w komisariacie przy ul. Jezuickiej krótko po śmierci maturzysty.

Tezę Rokity potwierdza natomiast ostateczny finał sprawy milicjantów odpowiedzialnych za śmierć trzech demonstrantów w Lubinie 31 sierpnia 1982 r. Z dwóch pierwszych procesów, zakończonych w 1995 i 1998 r., wyszli obronną ręką. Dopiero w 2003 roku zastępca komendanta wojewódzkiego MO w Legnicy Bogdan Garus, zastępca komendanta rejonowego w Lubinie Jan Maj oraz dowódca plutonu ZOMO Tadeusz Jarodzki otrzymali wyroki więzienia.

Komisja Rokity bez kropki nad i

Przed 2000 rokiem działająca w Sejmie kontraktowym komisja Rokity była bodaj jedynym organem państwa, który potraktował sprawę rozliczeń poważnie. Po dwóch latach pracy i przebadaniu 115 tajemniczych zgonów stwierdziła, że w 91 organy bezpieczeństwa miały na pewno lub prawie na pewno swój udział. Choć raport wskazywał na odpowiedzialność ponad 100 funkcjonariuszy, a także około 70 prokuratorów odpowiedzialnych za matactwa, nie było daleko idących konsekwencji prawnych. Osiem lat więzienia dostał milicjant, który podczas demonstracji w Krakowie 13 października 1982 r. zastrzelił Bogdana Włosika. Niewielkie wyroki otrzymali milicjanci odpowiedzialni za śmierć trzech innych osób.

IPN wziął sprawy w swoje ręce

Od tamtego czasu działo się niewiele (choć istotna była nowelizacja kodeksu karnego z 1995 roku, ustalająca, że bieg przedawnienia przestępstw funkcjonariuszy publicznych z czasu PRL zaczyna się w 1990 roku) aż do powstania w 2000 roku Instytutu Pamięci Narodowej. W badaniu przestępstw lat 80. wyspecjalizował się pion śledczy katowickiego oddziału IPN – właśnie tam w tym roku przygotowane zostały akty oskarżenia przeciw twórcom stanu wojennego. Mimo tych wysiłków wiele spraw nie zostało wyjaśnionych i dziś są na to niewielkie szanse. Jak choćby głośna sprawa śmierci działacza “Solidarności” RI Piotr Bartoszcze w lutym 1984 r. czy tajemniczych zabójstw trzech księży – Stefana Niedzielaka, Stanisława Suchowolca i Sylwestra Zycha – już w 1989 roku.

Niewykluczone, że gdyby nie zaniechania z lat 90., szanse na wyjaśnienie także tych spraw byłyby większe. Zbigniew Romaszewski nie dziwi się, że badanie tych spraw miało taki, a nie inny przebieg. – Jak dyspozycyjny aparat przemocy PRL miał sprawiedliwie osądzić przestępstwa tamtego systemu – pyta retorycznie. Rokita jednak zastrzega: – Konkluzja, że niczego w ogóle nie rozliczono, też jest nieprawdziwa.

PIOTR ŚMIŁOWICZ

Następna strona »


Nowe artykuły na email

Kliknij poniższy link i zapisz się, a będziesz otrzymywał nowe artykuły na email:

ZAPISUJE SIĘ >>

 

Luty 2010
P W Ś C P S N
« sty    
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728

a

Statystyka

  • 575,104 odwiedzin