Wyniki wyszukań dla 'olejniczak'

Lewica i komuniści – nic ich nie łączy ;)

Lewicy i komunistów nic nie łączy. A oto dowód

Wojciech Jaruzelski i Wojciech Olejniczak, 7 maja 2008

Źródło : Rzeczpospolita: Stare rytuały nowej lewicy
Piotr Semka 09-05-2008

Wojciech Olejniczak – twarz lewicy

Wojciech Olejniczak - twarz lewicy
Wojciech Olejniczak – twarz lewicy

źródło: Rzeczpospolita

Nowa Lewica czyli środowisko “Krytyki Politycznej”

Dzieła Lenina traktują ze śmiertelną powagą i liczą, że nie narażą się tym na śmieszność. O postkomunistach mówią: “nie nasz cyrk, nie nasze małpy”. Mają średnio niewiele ponad 20 lat, wytyczone ścieżki kariery oraz własne pismo – “Krytykę Polityczną”

Droga, którą codziennie pokonują, uzmysławia im, jak wiele jeszcze jest do zrobienia. Żeby wejść do lokalu “Krytyki Politycznej” na pierwszym piętrze budynku przy Chmielnej w Warszawie, muszą minąć kilka par drzwi ze znakami “K+M+B”. W kamienicy, której front wypełniają drogie butiki, wiekowi lokatorzy manifestują przywiązanie do starego porządku. Nowa lewica rodzi się tam, gdzie konserwatyzm i liberalizm demonstrują dziś swoją obecność.

W przestronnym wnętrzu zamienili 60-metrowy salon w salę konferencyjną z wysięgnikami do kamer. Nowe czasy potrzebują nowych technologii. Podczas spotkań, a spotykają się tu wszyscy ze wszystkimi, tłok na korytarzach tworzy atmosferę. Tyle o bazie. W pokoiku Sławomira Sierakowskiego rodzi się nadbudowa. Redaktor naczelny “Krytyki Politycznej”, przypalając papierosa, mówi: – Celem jest stworzenie formacji lewicowej z prawdziwego zdarzenia. Przez oddziaływanie intelektualne we wszystkich sferach życia publicznego: w kulturze, filozoficznych sporach i ekonomii.

Doktoranci rewolucji

Założyciel “Krytyki” ma 27 lat, gładko zaczesane włosy i wyraziste poglądy. W chwilach wolnych pisze doktorat o politycznych implikacjach współczesnej filozofii francuskiej. A wszystko to pośród rozłożonych “Szewców” (razem z Janem Klatą wystawiają teraz sztukę Witkacego), kawy, dezodorantu i dwóch popielniczek zapełnionych petami. – Nasz wybór jest zarazem wyborem stylu życia, w którym się czyta, pisze, dyskutuje, ale także pije wódkę i tańczy – wyjaśnia.

Dorota Głażewska, drobna blondynka z naukowym zacięciem, bada na Uniwersytecie Warszawskim zaangażowanie społeczne. W “Krytyce” odpowiada za stronę organizacyjną – strony internetowe, Klub Krytyki Politycznej i ogólnie za życie środowiska. To wszystko sprawia, że wpada na Chmielną od razu po zajęciach na uczelni, a pracę często kończy tak, by na Ursynów odwiozło ją ostatnie metro. Maciej Gdula, 29-latek, to syn Andrzeja – byłego wiceministra spraw wewnętrznych i szefa Wydziału Społeczno-Prawnego w KC PZPR, a później doradcy prezydenta Kwaśniewskiego. Maciej w czasach młodzieńczych był punkiem, nosił irokeza i – jak mówi – ciągle ma w sobie poczucie niezgody. Choć z czasem bunt mu się ustatecznił. Po lekturze piątego numeru “Krytyki Politycznej” napisał artykuł o systemie edukacji i wsiąkł w środowisko. – “Krytyce” poświęcam cały wolny czas – przyznaje. Jest w tym liczącym kilkanaście osób towarzystwie jedynym prominenckim dzieckiem. Ale deklaruje: – Aleksander Kwaśniewski nie jest bohaterem mojego romansu. – Co na to ojciec? – Cóż, pewnie jest mu przykro.

Nowa lewica jest dziś z założenia antyeseldowska. Prawie taka, jaką by sobie wymarzyła prawica. Sierakowski: – Paradoksalnie prawa strona sceny politycznej jest mi często bliższa niż lewa. Łączy nas sprzeciw wobec liberalnego frazesu i wyobrażenia dopuszczające głębsze zmiany polityczne. Wśród polityków prawicy jest wielu intelektualistów – Jan Rokita, Ludwik Dorn, Marek Jurek. I choć nie podzielam ich poglądów, rozmowa z nimi będzie interesująca.

Ludzie “Krytyki” w większości związani są z Wydziałem Socjologii i Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Ireneusz Krzemiński, profesor na tym wydziale i liberał, komentuje z ironią: – Sławomir Sierakowski dostał jakieś fundusze i poświęcił się bardziej działalności polityczno-organizacyjnej, niż pisaniu doktoratu. Przyznaje jednak, że podziwia pracowitość grupy.

Sierakowski na pomysł, który uczynił go liderem nowej lewicy, wpadł cztery lata temu. U kolegów ze studiów zamówił kilka artykułów i z młodzieńczą śmiałością poprosił legendę “Solidarności” Zbigniewa Bujaka, którego poznał na seminariach Magdaleny Środy, o wyłożenie 10 tys. zł na druk pisma. – Dał nam swoje prywatne pieniądze i tak to poszło – wspomina. Pierwszy numer “Krytyki Politycznej” ukazał się w tysiącu egzemplarzy. A nawet z dodrukiem, bo część nakładu wykupił Adam Michnik. Dziś pismo wychodzi w 4 tys. egzemplarzy i sprzedawane na pniu, zostawiając miejsce na półkach dla sztandarowych tytułów starej lewicy, takich jak “Dziś” Mieczysława Rakowskiego.

Wyklęty powstań, bywalcu Le Madame

Środowisko skupione wokół “Krytyki Politycznej” liczy 200 – 300 osób, w większości młodych zapaleńców. W “Krytyce” spędzają swój wolny czas. Uczestniczą w feministycznych manifach, paradzie równości, odzyskują klub Le Madame. O takich jak oni Paul Johnson mówi: zawodowi rewolucjoniści. Wierzą w radykalne hasła i proste idee. Żądają natychmiastowej budowy drugiej Szwecji: – Trzeba opowiedzieć się wprost za budową Europy socjalnej, gdyż jest to jedyna droga do zrealizowania wartości socjaldemokratycznych – twierdzi Sierakowski. Ekonomiści, pytani o poglądy gospodarcze środowiska “Krytyki Politycznej”, wznoszą oczy ku niebu, wspominają Nikodema Dyzmę i przyznają, że na tle ekonomicznych pomysłów Sierakowskiego i jego kolegów Leszek Miller jawi się jako mąż stanu.

Z “Krytyką” identyfikują się jednak także znane w publicystyce postacie: Kinga Dunin, Agnieszka Graff, Jacek Żakowski, Kazimiera Szczuka. I coraz większa liczba artystów: Artur Żmijewski, Wilhelm Sasnal, Jan Klata. Nawet słynna palma Joanny Rajkowskiej, postawiona na rondzie de Gaulle’a za warszawskich rządów Lecha Kaczyńskiego, z założenia apolityczna, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przechyliła się na lewo.

Zasługą osobowości Sierakowskiego jest to, że potrafi indywidualności poskładać w dosyć zwartą grupę. Lider “Krytyki” ma biografię jakby skrojoną na potrzeby obrońcy proletariatu (wykluczonych – zgodnie z nową nomenklaturą lewicy). Chłopak z robotniczego blokowiska na Jelonkach, syn urzędniczki z fabryki Róży Luksemburg na Woli. Od dzieciństwa samodzielny, także finansowo. Korepetycje z matematyki, sprzątanie w lokalach Magdy Gessler, mycie okien w fabryce na Żeraniu i – o ironio – w wieżowcu zajmowanym dziś przez IPN przy Towarowej. – Jeździłem na 6 rano z robotnikami, wstawaliśmy z kolegą skatowani brzaskiem, to dawało poczucie satysfakcji – opowiada. Do tego harcerstwo. Twarda drużyna, w której trzeba było przebiec 15 km, zrobić 100 pompek, a oprócz tego, jak się chciało być “gościem”, mieć dobre oceny. No i czytać. – Nie piłem alkoholu i nie paliłem do 20. roku życia. Byliśmy twardzielami – mówi.

Na przełomie podstawówki i ogólniaka zainteresowali go Kuroń, Michnik, Miłosz. Zaczytywał się “Pierwszym krokiem w chmurach” Marka Hłaski. Fascynuje go charyzmatyczność okresu kontrkultury lat 50. i 60. Piękni dwudziestoletni, klimat spotkań w Kameralnej i listu 34, opozycji. No i opozycja lat 70. – Urodziłem się za późno – żałuje. Teraz pali trzy paczki dziennie, jakby chciał odtworzyć atmosferę rewolucji za pomocą tytoniowego dymu. I narzeka: – W latach 90. czasy się zrobiły nieromantyczne.

Ostatnia nadzieja czerwonych

Jednak to proza życia – kryzys SLD – sprawił, że jako lider młodego, niezależnego i bardzo nielicznego środowiska błyskawicznie odniósł sukces. Ma twarz rozpoznawalną na ulicy i nazwisko wyrobione w mediach. Dziś to on, jako przedstawiciel lewicy, komentuje publicznie sprawę tarczy antyrakietowej i szanse nowej inicjatywy politycznej Marka Jurka. Wojciech Olejniczak dzwoni do niego po rady. Niemodnie jest dziś nie znać Sierakowskiego.

A zaczynali od imprez w Radości. Domek odziedziczony po dziadkach (- Jak kiedyś dojdziemy do władzy, wprowadzimy 100-proc. prawo spadkowe i skończy się dziedziczenie – za żartami kryje się bezkompromisowość) stał się miejscem tzw. sabatów, na które przyjeżdżali m.in. Olga Tokarczuk, Maciej Nowak, Janek Klata, Paweł Demirski, Artur Żmijewski. Na tych imprezach michnikowszczyzna zaznajamiała się z pampersami. Mikołaj Lizut poznał Cezarego Michalskiego, tenże Michalski tańczył z polskimi feministkami, a Wojciech Olejniczak dyskutował na balkonie z Kazimierą Szczuką, co nawet oplotkował “Przekrój”. – Nagle wszyscy zaczęli z nami rozmawiać, traktować nas poważnie. To mnie przekonało, że jak się ma pomysł i działa grupowo, nie trzeba iść na kompromis, by funkcjonować w publicznej debacie – mówi Sierakowski.

Grupa “Krytyki Politycznej” całą ofensywę medialną oparła na założeniu, że to, co nienazwane, nie istnieje. Wzięli przykład ze środowiska konserwatystów – Marka Cichockiego, Tomasza Merty i Dariusza Gawina, którzy po wyborze Kwaśniewskiego na prezydenta utworzyli w 1995 r. Warszawski Klub Krytyki Politycznej. – Uznaliśmy, że musimy stworzyć środowisko, które będzie produkowało język polityczny. To jest fundament w polityce – przyznaje Sierakowski. Dzisiaj sam chce znaleźć szczepionkę na to, co współtworzyli Merta czy Cichocki. – Jeśli w Polsce mamy dziś język prawicy, konserwatywno-liberalny, a nie mamy języka lewicowego, to taki Wojciech Olejniczak, choćby chciał, niewiele może zrobić, bo staje przed oporem mediów i neoliberalnych ekspertów. Wszystko, co powie, będzie się kojarzyło z populizmem. Najpierw trzeba stworzyć warunki i możliwości do uprawiania lewicowej polityki.

Na salony “Krytyka Polityczna” weszła tak naprawdę po słynnym liście otwartym do obywateli Europy w sprawie traktatu konstytucyjnego Unii Europejskiej. Sprzeciwili się wysuniętemu wtedy przez Jana Rokitę hasłu “Nicea albo śmierć”. List podpisało 200 intelektualistów i Aleksander Kwaśniewski zaprosił ich do pałacu, a Jarosław Kaczyński nazwał grupę Sierakowskiego stowarzyszeniem białej flagi.

Lenin, Żiżek, Sierakowski

Środowisko jest dziś najbardziej cenione właśnie za tworzenie klimatu do dyskusji. Na liście gości znajduje się miejsce i dla Antoniego Dudka, i dla Jana Rokity, i dla Slavoja Żiżka. To w “Krytyce” postać kultowa. Drukują go prawie w każdym numerze, na ścianach do dziś wiszą zaproszenia na spotkanie, które odbyło się kilka miesięcy temu. Żiżek, o którym autor “Tygodnika Powszechnego” Michał Paweł Markowski napisał, że chciałby pisać o rzeczywistości, ale nie ma do niej dostępu, bo dla niego filozofia jest jedynie komentarzem do medialnych wydarzeń, uczy “Krytykę” myśleć radykalnie.

Nawet jednak przeciwnicy ideologiczni “Krytyki Politycznej” przyznają, że w ludziach, którzy ją tworzą, jest pasja, głód intelektualny i żarliwość. Oraz operatywność. Żyją z darowizn, potrafią znaleźć sponsorów. PWN za darmo drukuje im pismo, a Ministerstwo Kultury dopiero teraz obiecało wciągnąć “Krytykę” na listę pism sponsorowanych. Sierakowski zasypia w redakcji o 7 rano przy włączonym telewizorze. Budzą go koledzy albo telefony. Współczesna bohema? Sierakowski się krzywi: – Bohema to mieszczańskie wymysły. Ale po chwili sam podkreśla, że obrazy związanego z “Krytyką” Wilhelma Sasnala kupują na świecie po 200 tysięcy dolarów.

Stworzyli własny salon, nie zatrzaskując sobie drzwi do innych. W trudnej sztuce lawirowania między sympatiami zwalczających się środowisk Sierakowski okazał się mistrzem. Z redaktorem naczelnym “Gazety Wyborczej” spotykał się regularnie, choć ich drogi ideowe w końcu się rozeszły: – Adam był trochę rozczarowany, że nie pragniemy kontynuować jego dorobku III RP, tylko budować wobec niego lewicową alternatywę. Ale jakby przypomniał sobie własną przeszłość, ruszył głową i wydobył się z oparów lustracji, tekstów o ranach na czole Konrada, myślę, że zrozumiał, iż sam na moim miejscu zachowałby się tak samo. Albo ma się poglądy, albo nie.

Za porażkę uznają fakt, że do tej pory nie udało im się zorganizować kilku stypendiów na wyjazd do Szwecji dla nieliberalnie myślących ekonomistów. – Gdyby tak stworzyć konkurs na najlepszą keynesistowską rozprawę naukową, założyć instytut, który co kwartał będzie wydawał raport… Po raz pierwszy w Polsce byłaby alternatywa dla Centrum im. Adama Smitha i Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową – rozmarza się Sierakowski.

Ludzie “Krytyki” lojalnie ostrzegają: jeśli dojdziemy do władzy, urządzimy tu prawdziwą systemową rewolucję. – Chodzi nam o zmianę głębszą – punktuje Kazimiera Szczuka. – Przywrócenie tradycyjnego podziału na prawicę, lewicę i centrum. O upolitycznienie kwestii uchodzących dziś za tematy zastępcze, jak prawa pracownicze, prawa kobiet, miejsce mniejszości, ochrona środowiska, położenie emigrantów. Debatę w sprawie zaangażowania Kościoła w życie publiczne i gospodarki liberalnej lub socjalnej.

I trudno ich lekceważyć. Jeden z młodych prawicowców – aktualnie wysoki urzędnik państwowy – pytany o Sierakowskiego, przytacza opowieść o starym Indianinie, który w początkach kolei żelaznej przeżył bolesne zderzenie z lokomotywą. Kiedy podczas rekonwalescencji usłyszał gwiżdżący czajnik, zerwał się z łóżka, zrzucił go na ziemię i zaczął deptać. Widząc zdumione spojrzenia obserwatorów, Indianin z przekonaniem oświadczył: – Trzeba zabić gada, póki mały. Pytanie, czy młode środowiska konserwatywno-liberalne mają dziś w sobie przenikliwość i zdecydowanie starego Indianina. ¦
Agnieszka Rybak

Źródło: Rzeczpospolita: Rewolucja z dostawą do domu
28.04.2007

Pierwsze dni Stanu Wojennego

Źródło: Rzeczpospolita: Sieroty po generale
09.12.2006

Śmierć, mundur, władza. Każdy pamięta stan inaczej. Działacz przekonuje, że ręki do zła nie przyłożył. Żołnierz dostał wyrok za list do generała. A matka jest pewna, że jej syn zostanie świętym

ZOMO - Stan Wojenny

Historia śmierci

Piotr ma trzech braci. Właściwie, kiedy go zabili, braci było dwóch – Radosław i Jarosław. Potem na świat przyszedł Łukasz. W dzieciństwie mama mówiła mu, że najstarszy brat kiedyś ich odwiedzi. Dopiero potem dowiedział się, że skatowany przez ZOMO Piotr umierał przez sześć dni.

Niedziela, 13 grudnia 1981r ., Poznań

Rodzinny dom państwa Majchrzaków budzi się do życia w ospałym rytmie niedzieli. Pani Teresa – nauczycielka w przedszkolu – zaczyna się krzątać przy śniadaniu. Budzi się mąż, wstają synowie. Za oknem zima, nikt nie przeczuwa, co się stało. Najmłodszy syn, 10-letni Jarosław, chce oglądać bajkę w telewizji. Witają go mundury prezenterów. – W nocy Wolna Europa mówiła, że coś się dzieje. Ale dopiero z telewizji dowiedzieliśmy się, że to stan wojenny. Byliśmy przerażeni – wspomina pani Teresa.

Majchrzakowie mieli się czego obawiać – rodzina z długimi tradycjami patriotycznymi, związana z Kościołem i sympatyzująca z opozycją. Niespełna 20-letni Piotr jest najbardziej zaangażowany. Wychowany na matczynej bibule o Katyniu, oddycha “Solidarnością”.

Spodziewają się problemów. Pani Teresa upycha nieprawomyślne gazety w dwie siermiężne torby, szczelnie zakrywa bochnami chleba i jajkami. Jedzie z Piotrem wywieźć to do siostry, do Konina. Tam pewnie spokojniej. – Rodzice powtarzali mi, że rewizje są w zwyczaju komunistów. Bardzo się tego bałam, dlatego chciałam się pozbyć opozycyjnych gazet – wspomina.

Mijają siedzibę “Solidarności” na Zwierzynieckiej, budynek obstawiony. Milicjanci rzucają do Piotra: “Co się patrzysz jak bandyta? Pokazuj, co masz w torbie!”. Wtedy po raz ostatni matce udało się go uchronić przed milicyjną pałką. “Mamy chleb” – przekonała ich.

Poniedziałek, 14 grudnia

Piotr przynosi do domu wiadomości – w drodze do szkoły widzi czołgi na Osiedlu Warszawskim. Dobrze, że wczoraj pojechali do Konina, bo dziś już trzeba mieć przepustki.

Sobota, 13 lutego 1982 r.

Piotr regularnie chodzi pod krzyże upamiętniające poznański Czerwiec ‘56 – pierwszy w PRL strajk generalny i demonstracje, krwawo stłumione przez wojsko i milicję. Tym razem wybiera się na manifestację wraz z kolegą Krzysztofem. Czterej milicjanci ciągną do samochodu Wojtka Cieślewicza. Piotr dostaje pałką, gdy chce mu pomóc. Wraca przybity. – Nigdy w życiu nie chcę już tak dostać – mówi. Wojtek w szpitalu dwukrotnie przechodzi trepanację czaszki. Umiera 2 marca, nie odzyskując przytomności. Jest pierwszą ofiarą stanu wojennego w Wielkopolsce.

Kilkanaście dni później Piotr nie wraca na noc. Zostaje zatrzymany, bo milicjanci uznali, że i tak nie zdąży wrócić do domu przed godziną policyjną.

Zamykają go w alei Marcinkowskiego. Matka płacze całą noc. – To był wstęp do tragedii – wspomina po latach. Piotr przychodzi o 6 rano. Ma glejt z aresztu – trzeba zapłacić 1,8 tys. złotych. Z nauczycielskiej pensji, która wynosi wówczas 1,1 tys. złotych. – Mamusiu, zapłać za mnie – prosi. I znowu powtarza: – Nie chcę do nich wrócić.

- Syneczku, zapłacę. Ważne, że jesteś.

Gdy zdejmuje koszulę, matka przeżywa szok. Całe ciało jest w krwistych pręgach. Kazali im się rozebrać do majtek, zerwali mu krzyżyk. Dostał, gdy ktoś zaśpiewał “Boże, coś Polskę…”. Nie wiedzieli kto i bili, gdzie popadnie.

Wtorek, 11 maja

Piotr nie idzie do szkoły, bo ma praktyki – jest uczniem technikum ogrodniczego. Matka robi mu śniadanie, ale chłopak go nie zabiera. Dziś ma odebrać książeczkę wojskową, ale munduru się boi. Idzie na mszę, modli się, żeby nie pójść do wojska. Kiedy wraca, widzą się po raz ostatni.

Teresa Majchrzak idzie do szkoły Radosława na nagłe wezwanie – wicedyrektor mówi rodzicom, aby w tym dniu szczególnie pilnowali dzieci. Podobno ZOMO przygotowuje akcję przeciwko młodzieży. – Boże, czy ja zdążę ostrzec Piotra? – martwi się matka. W domu już go nie ma. Jest 20.00, potem 21.00. Rodzina czeka coraz bardziej przybita. Radosław wieszczy: – Zaraz będzie godzina policyjna i znów go zamkną…

Matka płacze. Pęka szklanka, gdy robi kolację. Mija północ.

Środa, 12 maja

O 6.00 Teresa Majchrzak wybiega z domu. Z budki dzwoni do szpitala, potem na komendę. Milicjanci przekonują: “Pani syn wyjechał na wycieczkę”. Zaczyna rozumieć, że coś jest nie w porządku. Nie może się skupić na pracy. Koleżankom mówi: “Wydaje mi się, że Piotr już nie wróci. W nocy ukazała mi się Matka Boska i dziecko unoszone ku górze”. Pocieszają, że wszystko będzie dobrze.

O 14.00 dociera do niej mąż. Przyszedł telegram, trzeba odebrać. W telegramie napisane: “Syn w szpitalu”. Pani Teresa pędzi na miejsce. Lekarz ma spuszczoną głowę, idzie w towarzystwie dwóch osobników w długich płaszczach. – Chcę rozmawiać z matką – rzuca.

- Ja jestem matką! – Jeden procent życia… – Dam panu wszystkie pieniądze!!! Niech mi pan go odda!!!

- Nie mogę nic zrobić… – Niech mnie pan do niego wpuści!

- Nie może pani go oglądać… Kobieta przedziera się do syna. – Piotr z wybitymi oczkami, głowa owinięta po trepanacji… Strop czaszki wyłamany… – wspomina, szlochając.

Oddycha maszyna. – Piotr, nie zostawiaj mnie!!! Piotr, nie zostawiaj mnie!!! – krzyczy przeraźliwie. – Mówiłeś, że jeszcze tyle mamy do zrobienia!!!

Tak mówił – że trzeba coś robić, bo inaczej Polski nie zbudujemy. Odpowiadała mu trochę żartobliwie: – Wszyscy, którzy Polskę budowali, już nie żyją.

A on: – Może zapiszę się w historii?

Milicja nie dała matce opłakiwać syna. Zabierają ją na Młyńską do prokuratora. “Kogo znał? Z kim się spotykał?” – wielogodzinne przesłuchania o szklance wody.

Wtorek, 18 maja

Piotr umiera po kilkudziesięciu godzinach męki. Najpierw twierdzili, że pobił go pijak. Potem, że wdał się w bójkę z niemieckimi turystami. Rzuciła im: – Mordercy!!!

Chodziła po ludziach, pytała. Zamykali drzwi. To było dla niej straszne – w biały dzień zamordowali jej dziecko i nikt nie kiwnął palcem.

Co z tego, że widzieli? Podobno mówią, że i tak nic nie przywróci życia chłopakowi. Było parę śledztw, wszystkie wyprowadzone na manowce. Nie mogła się z tym pogodzić. Walczyła, jak umiała – chyba do tego momentu, kiedy znów do niej przyszli. Powiedzieli: “Jeżeli się pani nie uspokoi, to coś się może stać mężowi i synom”. Nie, nie wystraszyła się. Zapytała go nawet: “Czy w Polsce działają Czerwone Brygady?”. Kręcili, że jest banda, nad którą nie panują. Odpowiedziała im: – To wy jesteście tą bandą.

Historia munduru

W jego rodzinie z Ruskimi walczyło się od zawsze. Młodszy chorąży ze Strzegomia jest chyba jedynym żołnierzem zawodowym skazanym z dekretu o wprowadzeniu stanu wojennego. Właściwie to nie jest już chorążym, pracuje przy kamieniach.

Listopad 1981 r., Krosno Odrzańskie

Leszek Niepsuj służy w Lubuskiej Brygadzie Wojsk Ochrony Pogranicza, niedawno skończył szkołę chorążych. W armii został w 1978 r. po służbie zasadniczej. Krosno to jego pierwszy przydział. Liczy, że dzięki mundurowi szybciej się usamodzielni. W wojsku jest już dwóch z jego trzech braci.

Niepsuj jest zdolnym chorążym. Dowodzi plutonem w kompanii ochrony, uczy młodych poborowych. – Żyliśmy wtedy w izolacji – wspomina. – Wojsko nie za bardzo wtedy wiedziało, co się dzieje w społeczeństwie.

Oficerowie polityczni wpajali im, że KOR i ROPCiO to rewizjoniści i kontrrewolucjoniści.

Dopiero w latach 1980 – 1981 w armii pojawiają się żołnierze z poboru, którzy zdążyli zasmakować “Solidarności”. Podkomendni Niepsuja przynoszą ulotki. Z prześcieradła robią biało-czerwoną flagę, piszą na niej “Solidarność Żołnierska” i umieszczają symbol Polski Walczącej. Niepsuj chowa to w sejfie. – Lepiej, żeby was z tym nikt nie widział – tłumaczy. Myśli tak jak oni, wychowany w tradycji patriotycznej. Jeden dziadek był w POW , drugi w Legionach, a rodzinną relikwią jest medal od Piłsudskiego. Mimo że przytłaczająca większość żołnierzy zawodowych to członkowie PZPR, Niepsuj nie ma czerwonej legitymacji.

Od czasu tzw. wydarzeń bydgoskich – pobicia przez MO Jana Rulewskiego w marcu 1981 r. – atmosfera w jednostce gęstnieje. Po projekcji “Człowieka z żelaza” w wojskowym kinie żołnierze organizują manifestację. Niepsuj jest w tej części kadry, która spodziewa się interwencji ZSRR. – Zaczęliśmy się do tego przygotowywać – wspomina. Jak? Uśmiech: – Po wojskowemu.

Myśleli, że trzeba się będzie bić.
Niedziela, 13 grudnia, Strzegom

Stan wojenny zastaje Niepsuja w rodzinnym Strzegomiu. – W swojej wielkiej naiwności spodziewałem się, że generał postawił wojsko przeciwko Ruskim. Że jest takim Konradem Wallenrodem.

Wraca do jednostki. Jego żołnierze zostają wysłani do zabezpieczenia pacyfikacji gorzowskiego Ursusa.

Wracają załamani. Słyszą Urbana w telewizji: “Nic takiego nie miało miejsca”.

- Wtedy zrozumieliśmy, że to wystąpienie przeciwko własnemu społeczeństwu – wspomina Niepsuj. Dziękuje Bogu, że jego tam nie wysłano. Oni mieli ślepe naboje, on dostałby ostre.

Środa, 16 grudnia

Młodszy chorąży zaczyna się nie podobać dowódcom. Dostaje nowy przydział: z Krosna do Gubina. Jeszcze dalej od domu w Strzegomiu na Dolnym Śląsku. Żona w ósmym miesiącu ciąży, w razie porodu nie ma jej kto zawieźć do szpitala. Rok wcześniej przy narodzinach umarła ich córeczka.

Na Śląsku strzelanie do górników z Wujka. Niepsuj – który ma w plutonie wielu Ślązaków – nie wytrzymuje. Sięga do sejfu po ulotki i rozprowadza wśród żołnierzy. Chce pokazać, że nie cała kadra jest z partią. Wśród ulotek znalazł się m.in. “List otwarty do generała Wojciecha Jaruzelskiego”:

“I wy lud polski wojskiem ludowym straszycie generalicja… “ludowa” dawno zapomniała skąd wyszła i komu przysięgę składała”. Mówi, że nie będzie strzelał do braci.

Donosi najbliższy przyjaciel.
Środa, 30 grudnia, Gubin

Podczas służby Niepsuj zostaje zatrzymany przez Wojskową Służbę Wewnętrzną. Kto? Co? Kiedy? Jak? Dają mu dobę do namysłu. Robią przeszukania w całej brygadzie. Następnego dnia dowódca kontrwywiadu pyta, czy będzie współpracował. Odmawia.

Piątek, 1 stycznia 1982 r., Strzegom

WSW robi rewizję u jego rodziny w Strzegomiu. Dopiero wówczas jego najbliżsi dowiadują się, że zostałaresztowany. Za co? Z dekretu o stanie wojennym: “kto rozpowszechnia informacje, mogące zagrażać bezpieczeństwu państwa…”. Rodzina jedzie do Zielonej Góry i przez pięć dni szuka Niepsuja. Nikt nie chce powiedzieć, gdzie siedzi. Odnaleźli go w piwnicy Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej.

Nie mogą rozmawiać, jednak przekazują list. “Mamusia przesyła Ci ciepłą odzież”.

Wtorek, 5 stycznia 1982 r., Zielona Góra

Prokurator wojskowy por. Kazimierz Bakaj ogłasza, że Niepsuj będzie sądzony w trybie doraźnym. Przewożą go do aresztu śledczego w Zielonej Górze. Tam rodzina widzi go po raz pierwszy. Jeszcze przed rozprawą usunięto mu dystynkcje. Trzeszczący mróz, wojskowe buty na gołych nogach. Brat wciska mu swoje skarpety.

Kiedy 16 grudnia Niepsuj rozdawał ulotki, dekret o wprowadzeniu stanu wojennego nie był jeszcze opublikowany. Prokuratura wojskowa przyjmuje, że chorąży rozprowadzał antysocjalistyczne materiały 21 grudnia w Krośnie. I to mimo że wtedy służył już on w Gubinie.

Wtorek, 12 stycznia

W mowie oskarżycielskiej prokurator wspomina o karze śmierci. Pod Niepsujem uginają się nogi. Sędzia jest starej daty i niejedno już sam przeżył. Daje minimalny wymiar kary – 3 lata więzienia. Degradacja, pozbawienie praw publicznych. Rodzina pisze do Sądu Śląskiego Okręgu Wojskowego i naczelnego prokuratora wojskowego, aby zmienić tryb procesu z doraźnego na zwykły. Bezskutecznie.

Piątek, 22 stycznia, Strzegom

Niepsujowi rodzi się syn. Jakie ma mieć imię? Prokuratura nie pozwała przekazać tego jednego słowa. Żona daje mu na imię Jarek. On będzie go nazywał Michał.

Sobota, 23 stycznia, Warszawa

Prokurator składa apelację, chce podwyższenia wyroku do 8 lat. Słynny mecenas opozycji Maciej Bednarkiewicz dwoi się i troi. Izba Wojskowa Sądu Najwyższego podwyższa wyrok do 4,5 roku. Z uzasadnienia: “Przechowywał w swoim pokoju łącznie 30 sztuk listu otwartego do gen. Jaruzelskiego, 35 sztuk plakatu z napisem “Solidarność Żołnierska” oraz flagę biało-czerwoną z tym samym napisem i znakiem Polski Walczącej”.

Chorąży siedzi w Zielonej Górze, Wrocławiu, Wronkach, Sieradzu, Kaliszu, Strzelinie. Raz w miesiącu godzinne widzenie. Za kratami spotyka przywódców strajku w gorzowskim Ursusie, którego pacyfikację osłaniali jego żołnierze.

Poniedziałek, 21 marca 1983 r.

Niepsuj wychodzi po 15 miesiącach – mec. Bednarkiewicz pisze i do KC, i do Rady Państwa. Władza chce zmusić chorążego do wyjazdu za granicę, ale on zostaje. W rodzinnym Strzegomiu przez lata pracuje w kamieniołomach.

Piątek, 10 maja 1991 r.

Prokuratura Generalna wnosi o rewizję nadzwyczajną w sprawie Niepsuja. 4 czerwca Izba Wojskowa Sądu Najwyższego odrzuca ją ze względów proceduralnych.

Piątek, 20 grudnia

Po naciskach ze strony ówczesnego I prezesa Sądu Najwyższego Adama Strzembosza sąd wojskowy uchyla obydwa wyroki na Niepsuja i uznaje go za niewinnego. W jego życiu nic to nie zmieniło.

Środa, 19 lutego 1992 r.

Na prośbę Niepsuja sąd wojskowy zwraca mu dowody rzeczowe ze sprawy – “kalki maszynowe z zaczętym listem do gen. Jaruzelskiego”. Zauważył, że flagę “Solidarności Żołnierskiej” nazwali “płótnem”.

Historia władzy

W encyklopedii jest jego drzewo genealogiczne – z Zamoyskich, z Lubomirskich, z Branickich. Właściwie to został szlachetnie poczęty, a generała wsparł, bo to było jedyne wyjście dla Polski.

Noc z 12 na 13 grudnia, Warszawa

Poseł na Sejm PRL Kazimierz Morawski – a właściwie Kazimierz Bazyli Jerzy Wojciech Morawski – jedzie do swego mieszkania na stołecznej Sadybie. Jest prezesem Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Społecznego, jednej z koncesjonowanych przez władze organizacji katolickich, wegetującej gdzieś na obrzeżach władzy. Morawski widzi sznury autobusów z żołnierzami, zaczyna coś podejrzewać.

Trzy dni wcześniej był na rozmowie u generała Wojciecha Jaruzelskiego. Nowy partyjny włodarz spotykał się na konsultacjach z przedstawicielami różnych organizacji. W swych pamiętnikach “Stan wojenny. Dlaczego…” Jaruzelski pisze sucho: “9 grudnia przyjąłem Kazimierza Morawskiego, przewodniczącego Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Społecznego, Janusza Zabłockiego, przewodniczącego Polskiego Związku Katolicko-Społecznego, a także przewodniczącego Stowarzyszenia PAX Ryszarda Reiffa”. Morawskiemu wciąż mówi o narastaniu zagrożenia. Już wówczas Morawski myśli: “Coś się szykuje”.

Jednak nie tylko wspomnienie tamtego spotkania towarzyszy Morawskiemu w drodze do domu. Przypomina sobie niedawną wizytę w Moskwie. Pojechali na zaproszenie Cerkwi, ale mieli też jako posłowie nieoficjalne spotkanie na Kremlu. Choć I sekretarzem PZPR jest wtedy jeszcze Stanisław Kania, radziecki dygnitarz mówi wówczas Morawskiemu: “Uważamy, że tylko Jaruzelski może uratować Polskę. Inaczej my będziemy się musieli tym zająć”. I wyciąga teczki z informacjami o działaczach “Solidarności”. – Wiedzieli wszystko – zapewnia Morawski.

Pierwszemu wolnemu związkowi Morawski jest niechętny. W jego własnej organizacji pod szyldem “Solidarności” działają ludzie, którzy są z nim w ostrym konflikcie. Swoją niechęć podpiera autorytetami: – Nawet prymas Wyszyński mówił mi, że się boi, czy działalność “Solidarności” nie doprowadzi do krwawej interwencji Rosjan.

Niedziela, 13 grudnia

Morawski nie chce oglądać Jaruzelskiego w telewizji. Rodzina jest przerażona.

Przychodzi wezwanie do siedziby ChSS. Na miejscu Morawski dowiaduje się, że WRON zawiesza wszelką działalność stowarzyszenia. – Nie oszukujmy się, w organizacjach katolickich wpływywładz były ogromne. Często byliśmy uważani za kolaborantów. Ale nie było innego państwa polskiego – mówi dzisiaj.

Środa, 16 grudnia

Na Śląsku ZOMO brutalnie pacyfikuję kopalnię Wujek. – Byłem przerażony. Myślałem, że uda się to wszystko przeprowadzić bez rozlewu krwi – wspomina Morawski. W nocy ktoś przebija wszystkie opony w jego samochodzie.

Czerwiec 1982 r.

Morawskiego zaprasza do siebie generał Jaruzelski. Proponuje stanowisko w Radzie Państwa, jednej z kluczowych struktur władzy w PRL. – Uważałem, że jest jedno państwo polskie i innego nie będzie. Drobnymi krokami kroczyliśmy do wolności – wspomina Morawski. Mówi generałowi: “Tak jest”.

Wcześniej tak powiedział Gierkowi, którego znał jeszcze z czasów katowickich. Kiedy Gierek został I sekretarzem, oświadczył Morawskiemu: “Chcę, żebyście zostali posłem”. Morawski wiedział, że wybory to fikcja. Posłem PRL był od 1972 r. do 1989 r. Do końca pozostał też w Radzie Państwa.

Część rodziny odwraca się od niego. Jedna z kuzynek odwiedza go w biurze i w drzwiach pyta: “Twój ojciec był posłem BBWR. Kiedy Piłsudski zamknął Witosa w Brześciu, to złożył mandat. Czy ty zrobisz to samo?”.

I wychodzi. Czemu Morawski angażuje się w ustrój, który odebrał jego rodzinie majątek, a rodziców skazał na wegetację? Jest jednym z pięciorga dzieci Tadeusza Leona Morawskiego i Julii z Lubomirskich. W czasie wojny ukrywali oni w swym pałacu w Małej Wsi pod Grójcem znaną żydowską działaczkę PPS Dorotę Kłuszyńską. Chodziła po obejściu i pokazywała: “Zobacz, jak mieszka służba, a jak wy żyjecie”. Miał raptem kilkanaście lat, zauroczyła go.

Po wojnie Morawscy osiedlili się w Warszawie. Ojciec, Tadeusz Leon Morawski, znał jeszcze sprzed wojny ministra odbudowy w rządzie PKWN – Michała Kaczorowskiego. Minister załatwił mu pracę w centrali materiałów budowlanych. Wyrzucili go po roku. Kazimierz miał trochę szczęścia – w rodzinie był najmłodszy. W momencie zakończenia wojny miał tylko 16 lat, a więc zdołał się przyzwyczaić do nowego ustroju. Gorzej było z rodzicami i najstarszym rodzeństwem. Wegetowali do końca swoich dni.

Dziś Kazimierz Morawski mówi, że tragedię rodziny bardziej rozumie teraz, niż wtedy. Matka co tydzień jeździła do Małej Wsi. Nie mogła się pogodzić z tym, co się stało.

Pomogła im Kłuszyńska. Jako poseł napisała do Cyrankiewicza prośbę o przydzielenie Morawskim mieszkania. Przydzielił – dostali lokal przy placu Na Rozdrożu. Do dziś mieszkają tam członkowie rodziny. Potem załatwiła zgodę na wykopanie kosztowności ukrytych przez rodzinę w parku przy pałacu w Małej Wsi. Przez lata żyją ze sprzedaży antycznych sreber.

Kazimierz Morawski trafia do ekskluzywnego gimnazjum Reytana, w którym uczy się wiele dzieci prominentów, m.in. syn Gomułki. Zapisuje się do Organizacji Młodzieży TUR – młodzieżówki PPS – i jeździ na obozy młodzieży socjalistycznej. Czerwony krawat zakłada w ubikacji, bo w domu się boi.

Po maturze trafia do Akademii Nauk Politycznych, ale rezygnuje po roku, nie chcąc się zapisywać do powstającej PZPR, która wchłania PPS.

W Poznaniu kończy cztery lata studiów w sekcji ekonomiczno-politycznej, ale magisterium nie pisze.

Dobry przedwojenny znajomy rodziny, legenda sceny Juliusz Osterwa namawia go na szkołę teatralną. Przepowiada: “Możesz być dobrym aktorem”. Morawski zdaje wszystkie egzaminy w akademii Aleksandra Zelwerowicza, zostaje statystą w teatrze. Ale ówczesna miłość, pierwsza żona Konstancja Rostworowska, mówi mu jasno: “Albo scena, albo ja”.

Przez jej rodzinę trafia do PAX – największej organizacji katolickiej, współpracującej z władzami. Zostaje dziennikarzem w gazecie stowarzyszenia – “Słowie Powszechnym”. Morawski jeździ po Polsce i pisze reportaże w stylu “Na rusztowaniach planu sześcioletniego”. Miał pięcioro dzieci, więc PAX daje mu za darmo mieszkanie na Sadybie.

W 1956 r., po konflikcie z nacjonalistycznym założycielem stowarzyszenia Bolesławem Piaseckim, Morawski odchodzi z organizacji. Wraz z Janem Frankowskim tworzy środowisko skupione wokół pisma “Za i przeciw”. Z czasem przybiera ono nazwę Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Społecznego.

W 1962 r. Morawski dostaje prestiżowe zadanie – zostaje korespondentem przy Soborze Watykańskim II. – Miałem rodzinę we Włoszech – tłumaczy z nutą przechwałki w głosie. I tłumaczy: jego ciotka Luciana Frassati miała bliskiego przyjaciela w watykańskim Sekretariacie Stanu. Owym przyjacielem był Giovanni Battista Montini, jeszcze podczas soboru wybrany na papieża Pawła VI. Wcześniej Frassati przyjaźniła się z Mussolinim. Rodzina Frassatii jest we Włoszech świetnie ustosunkowana i ma znakomite notowania w Watykanie. Jan Paweł II osobiście beatyfikował Pier Giorgio Frassatiego. To wujek Morawskiego.

Pod koniec lat 70. Morawski zostaje naczelnym “Za i przeciw” i prezesem ChSS. Idzie do prymasa Wyszyńskiego. Prosi o życzliwość i przeprasza za to, że w jednym ze swych wcześniejszych artykułówskrytykował słynny list biskupów polskich do episkopatu Niemiec “Wybaczamy i prosimy o wybaczenie”.

W tym samym czasie karierę robi jego brat – Zdzisław. Pierwszą pracę jeszcze pod koniec lat 40. załatwiła mu Dorota Kłuszyńska – został dziennikarzem Polskiej Agencji Prasowej. Od 1966 r. jeździ na placówki – Algieria i trzykrotnie Watykan. Zapisuje się do PZPR. Twierdzi, że inaczej się nie da zrobić kariery. W stanie wojennym zostaje naczelnym “Życia Warszawy”.

Czy dziś, po ćwierćwieczu, Kazimierz Morawski nadal uważa, że było warto przykładać rękę do stanu wojennego?

Dłuższa chwila milczenia. – Uważam, że tak.

Wciąż wierzy, że tylko generał potrafił uratować kraj przed rozlewem krwi. Jednak – jego zdaniem – Jaruzelski nie wykorzystał sytuacji. Mógł reformować gospodarkę i wcześniej zacząć dogadywać się z opozycją. Lata 80. Morawski uważa za zmarnowane. – Po stanie wojennym Rosjanie już nic nie mogli zrobić Polsce – sądzi. Ale aż do przełomu 1989 roku jest prominentem.

Zapewnia, że eldorado nie miał. Pensja w Radzie Państwa? Podobno mizerna. No i żadnych sklepów za czerwonymi firanami. Bezskutecznie starał się o nowe mieszkanie w “zatoce czerwonych świń” na warszawskim Wilanowie, gdzie do dziś mieszka wielu notabli PRL.

Wiosna 1989 r.

W III RP Morawski sobie świetnie radzi. Jeszcze przed wyborami do Sejmu kontraktowego zmienia nazwę swej organizacji na Unię Chrześcijańsko-Społeczną. Chce budować partię. Jednak władzę przy urnach gromi “Solidarność”.

W związku z tym Morawski wiąże się z powstającym SLD. W III RP jego politycznym patronem zostaje Aleksander Kwaśniewski, dobry znajomy z czasów rządu Rakowskiego. Kiedy w 1995 r. Kwaśniewski wygrywa wybory prezydenckie, zatrudnia Morawskiego jako doradcę. Morawski zajmuje się załatwianiem wśród posłów SLD poparcia dla konkordatu – to jedna z inicjatyw nowego prezydenta obliczona na ocieplenie stosunków z Kościołem. Z Kancelarii Prezydenta odchodzi w marcu 2001 r., kiedy “Gazeta Polska” zarzuca mu udział w antysemickiej nagonce w 1968 roku. Do dziś używa wizytówki “b. doradca Prezydenta RP”.

W Leszka Millera też przez moment uwierzył. Budował dla niego chrześcijańskie ramię SLD. Nie wyszło. Twierdzi, że po aferach korupcyjnych namawiał Kwaśniewskiego do rozbicia rządu Millera. – Stań i powiedz w Sejmie, że korupcja, arogancja i bezideowość. Że odchodzą od programu! – miał apelować. Prezydent odpowiadał mniej lub bardziej grzecznie, że nie może.

Dziś Morawski twierdzi, że ani Miller, ani Kwaśniewski nie zdali egzaminu. – Ale Kwaśniewski był w sumie dobrym prezydentem – zastrzega.

Do nowego szefa SLD Wojciecha Olejniczaka napisał, że nie będzie współpracował z partią, która się nie rozliczy z przeszłości. Ale czy rozliczyła się z PRL? Kwaśniewski coś mówił, że przeprasza.

Historia najnowsza

Kazimierz Morawski odwiedził swego znajomego z PAX Tadeusza Mazowieckiego zaraz po jego premierowskiej nominacji. – Słuchaj, mam trochę nieruchomości do odzyskania – rzucił.

Premier wysłał go wtedy do diabła. Ale teraz jest lepiej – rodzina Morawskiego dostaje mienie w ramach reprywatyzacji. Jest nawet szansa na zwrot pałacyku w Małej Wsi. – Mam pięcioro dzieci i 18 wnuków, więc to, co dostaję, od razu wydaję – twierdzi. – Jeśli mówi się dziś tyle o dekomunizacji, to najpierw trzeba zmienić prawo narzucone w okresie stalinowskim i zwrócić mienie. Na tyle, na ile można.

Niedawno Skarb Państwa mógł mu zwrócić 1,5 miliona za jedną z działek, ale Morawski musi się jeszcze podzielić z trójką pozostałych spadkobierców.

W wyborach samorządowych w Warszawie głosował na PiS. Ma kuzynów w otoczeniu Marcinkiewicza. – Dziś, kiedy jestem w podeszłym wieku, bardziej odpowiada mi jako chrześcijaninowi podejście konserwatywno-demokratyczne – mówi. I precyzuje: – Chodzi o silne państwo na podłożu chrześcijańsko-społecznym.

Prezydentowi Kaczyńskiemu wysłał gratulacje. Może się z nim spotka? ***** Leszek Niepsuj przez kilka lat próbował wrócić do służby. Dowódcy z PRL stanęli na głowie, żeby w III RP mu w tym przeszkodzić. Tę wojnę też wygrali. Niepsuj pisał do prezydenta, pisał do rzecznika praw obywatelskich. Bezskutecznie. Nie rozumie, czemu nie pomogli koledzy z więziennych czasów, którzy zostali ministrami. Pewnie mieli ważniejsze sprawy.

W rodzinie sądzą, że wyrok przetrącił mu życie. Ale mówi, że jest dumny, iż jego dzieci mogą żyć w wolnej Polsce. Dziś pracuje w zakładzie kamieniarskim. Nikt mu nawet nie przywrócił stopnia wojskowego. Jest szeregowcem. ****** Piotr Majchrzak miałby teraz 43 lata, pewnie żonę i gromadkę dzieci. Dzieci kochał – marzył o stworzeniu domu dla niepełnosprawnych maluchów. Matka realizowała jego testament – przez 15 lat pracowała w przedszkolu, prowadząc oddział dla dzieci niepełnosprawnych. Działała społecznie, organizowała kolonie. Wszystko dla niego.

Liczyła, że państwo da jakieś odszkodowanie, za które mogłaby wybudować dom dla chorych dzieciaków. Ale państwo nie dało.

Jest rozczarowana Polską po 1989 r. Ciągłe bijatyki o stołki. Jak to tak, że jeden bierze 80 tysięcy, a drugi żyje za kilkaset złotych? Nie rozumie. Chyba prawdziwych patriotów jest bardzo mało.

Niedawno obejrzała teczkę Piotra w IPN. Szlochała, widząc zdjęcia głowy z dziurami po oczach. Ma już pewność, że został zamordowany milicyjną pałką. Ale nie wie, przez kogo. Teraz chce tylko tego jednego – dowiedzieć się prawdy. Napisze do ministra, może on pomoże?

U Jana Pawła II byli całą rodziną. Zapytał, czy przebaczyła zbrodniarzom. I powiedział: “Piotr jest teraz na samej górze”.

ANDRZEJ STANKIEWICZ


Nowe artykuły na email

Kliknij poniższy link i zapisz się, a będziesz otrzymywał nowe artykuły na email:

ZAPISUJE SIĘ >>

 

Luty 2010
P W Ś C P S N
« sty    
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728

a

Statystyka

  • 575,104 odwiedzin