Archiwum kategorii 'Bliski Wschód'

Izraelski humanitaryzm

Izraelska organizacja pozarządowa Betselem działająca w obronie praw człowieka rozpowszechniła film wideo, na którym izraelski żołnierz strzela z małej odległości do Palestyńczyka w kajdankach

Izraelscy żołnierze pod dowództwem kilku oficerów zatrzymali 7 lipca we wsi Nilin na Zachodnim Brzegu 27-letniego Palestyńczyka, który brał udział w demonstracji przeciwko izraelskiemu “murowi bezpieczeństwa”. Na pierwszych ujęciach filmu widać mężczyznę w zielonej koszuli wymachującego palestyńską flagą i pokazującego znak “V” uniesioną dłonią.

Następne ujęcie: ten sam mężczyzna z zawiązanymi oczami i kajdankami na rękach, trzymany za ramię przez izraelskiego wojskowego w mundurze pułkownika służy za cel innemu izraelskiemu żołnierzowi, który ładuje karabin pociskiem stalowym oblanym gumą. Strzela Palestyńczykowi w nogi z odległości półtora metra.

Kolejne ujęcie: Palestyńczyk leży na ziemi, postrzelona noga ofiary drga konwulsyjnie.

Ofiara, Ashraf Abu Rama, został zatrzymany na pół godziny przez izraelskich żołnierzy i był przez nich bity. Po “eksperymencie” ze strzałem kulą gumową z bliskiej odległości został opatrzony przez lekarza wojskowego i wypuszczony.

Betselem informuje, że sceny znęcania się nad palestyńskim demonstrantem nakręciła ukradkiem ze swego okna kamerą wideo 14-letnia Palestynka, która w niedzielę rano dostarczyła film tej organizacji pozarządowej.

Izraelska organizacja praw człowieka nie ma informacji, czy w tej sprawie toczy się dochodzenie.

Betselem przypomina, że członkowie izraelskich służb specjalnych mają rozkaz informowania przełożonych o tego rodzaju nadużyciach. Komunikat podkreśla, że Betselem zażądała śledztwa w tej sprawie, “szczególnie poważnej” ze względu na udział w wydarzeniu izraelskiego oficera w randze pułkownika.

www.btselem.org
Źródło : Rzeczpospolita: Izraelski żołnierz strzelał do zakutego w kajdanki Palestyńczyka
EB 20-07-2008

Koszt wojny w Iraku i Afganistanie

Źródło: Rzeczpospolita: Wojna kosztuje biliony dolarów
Piotr Gillert 14-11-2007, ostatnia aktualizacja 14-11-2007 19:21

Wielkie kredyty, zaniechanie inwestycji, konieczność opieki nad tysiącami kombatantów, wahania na rynku ropy – to dodatkowe koszty wojen w Iraku i Afganistanie - pisze nasz korespondent w Waszyngtonie

Najnowszy raport na temat ceny prowadzenia przez USA wojny z terrorem zawiera gigantyczne liczby. - Pełny koszt wojny dla naszej gospodarki wyraża się w sposób, o którym obecna administracja nigdy nie mówi: finansujemy ją z pożyczonych pieniędzy - oświadczył przywódca demokratów w Senacie Harry Reid.

Od 2002 roku z budżetu wydano lub zaaprobowano do wydania do końca września przyszłego roku ponad 800 mld dolarów na obie wojny. Zdaniem demokratów do tej liczby należałoby doliczyć odsetki od kredytów zaciągniętych w tym celu przez rząd, koszt zaniechanych z powodu wojen inwestycji, długoterminowe wydatki na opiekę nad tysiącami kombatantów i koszty wywołanych konfliktem zaburzeń na rynku ropy.

Gdy wziąć wszystkie te czynniki pod uwagę, wydatki wojenne zdaniem demokratów okazałyby się dwukrotnie wyższe, a w najbliższej dekadzie mogłyby wzrosnąć nawet do 3,5 bln dolarów.

Publikacja raportu demokratów zbiega się w czasie z kolejnym starciem między zdominowanym przez nich Kongresem i prezydentem Bushem. Administracja oczekuje na jak najszybsze zatwierdzenie dodatkowych funduszy wojennych (50 mld dolarów). Tymczasem demokraci zapowiedzieli, że zatwierdzą je tylko pod warunkiem, że rząd natychmiast rozpocznie redukcję liczebności wojsk w Iraku i zapowie pełne wycofanie do połowy grudnia 2008 roku.

Debata ta wpisuje się w trwającą obecnie prezydencką kampanię wyborczą. Demokraci próbują wykorzystać niepopularność ciągnącej się wojny w walce z republikanami. Wytykają więc republikańskiej administracji m. in., że pompuje miliardy dolarów do Iraku, a oszczędza na własnych obywatelach. We wtorek prezydent zablokował środki budżetowe dla departamentów Edukacji, Zdrowia i Pracy, bo uznał, że Kongres przeznaczył dla nich o 10 mld dolarów za dużo.

- Zdaniem Busha za dużo wydajemy na amerykańskich uczniów, na opiekę zdrowotną nad dziećmi, na istotne dla społeczności lokalnych inwestycje. A tymczasem wysyłamy kolejne 200 mld dolarów do Bagdadu i Kabulu - grzmi demokratyczny kongresmen Steny Ho-yer.

Pragnąc uzmysłowić przeciętnemu wyborcy, o jaki ciężar chodzi, demokraci obliczyli dotychczasowy realny koszt obu wojen przypadający na statystyczną amerykańską rodzinę. Według ich analiz sięgnął już 20 tys. dolarów.

Obecność żołnierzy w Iraku i Afganistanie kosztowała już amerykańskich podatników mniej więcej tyle (z uwzględnieniem inflacji) co katastrofalna wojna w Wietnamie. Gospodarka USA, z PKB w wysokości ponad 13 bln dolarów rocznie, jest znacznie bogatsza niż wtedy, dlatego zdaniem wielu ekspertów społeczeństwo nie odczuwa ciężaru konfliktu na Bliskim Wschodzie. Dla porównania: bez ukrytych kosztów druga wojna światowa pochłonęła około 30 procent amerykańskiego PKB, wojna koreańska w latach 50. około 14 procent, a wietnamska - 9 procent. Wydatki na prowadzone obecnie wojny przekraczają 1 procent PKB.

Innym istotnym czynnikiem jest „koszt w ludziach“. Już wiadomo, że mijający rok będzie rekordowy pod względem liczby ofiar armii amerykańskiej w Iraku. Do 7 listopada zginęło tam 854 amerykańskich żołnierzy, a od rozpoczęcia wojny - prawie 3900. Straty te są jednak nieporównywalnie mniejsze niż w Korei czy Wietnamie.

Autonomia Palestyńska a Chrześcijanie

Źródło: Rzeczpospolita: Chrześcijanie giną w Gazie
08.10.2007

Islamscy radykałowie porwali i zamordowali znanego chrześcijańskiego działacza. Wyznawcy Chrystusa nie mają co liczyć na pomoc ze strony kontrolującego Strefę Hamasu

Szef największej chrześcijańskiej księgarni w Strefie Gazy został brutalnie zamordowany. Ciało porwanego kilka dni wcześniej Ramiego Ajada znaleziono porzucone na polu w pobliżu miejscowości Zeitun. Według świadków było w wyjątkowo drastyczny sposób pokiereszowane. Chrześcijanin zginął odciosu nożem.

Jak poinformowała jego rodzina, Ajad od dłuższego czasu dostawał pogróżki od radykalnych muzułmanów. Grozili mu śmiercią, oskarżając o działalność misjonarską. Jego księgarnia stała się zaś celem ataków. Kilka miesięcy temu islamiści podłożyli pod nią nawet silny ładunek wybuchowy. Lokal został niemal doszczętnie zniszczony. Tylko cudem nikomu nic się nie stało.

W zamieszkanej przez około 1,5 mln ludzi Strefie Gazy jest zaledwie 2,3 tys. chrześcijan. Przedstawiciele tej społeczności są przerażeni. Od kilku miesięcy, gdy kontrolę nad Strefą przejął ekstremistyczny Hamas, akty przemocy wymierzone w wyznawców Chrystusa są tam bowiem na porządku dziennym.

Dwa tygodnie temu wmieście Gazazamaskowani islamiści wtargnęli do mieszkania sędziwej chrześcijanki. Kobieta -nazwana przez nich niewierną -została brutalnie pobita i okradziona. Kilka miesięcy wcześniej radykałowie zdemolowali chrześcijańską szkołę i sprofanowali kaplicę. Połamano znajdujące się w niej krzyże, spalono wszystkie egzemplarze Biblii i zniszczono meble. Straty wyniosły około pół miliona dolarów. Wcześniej jeden z kościołów został obrzucony granatami w reakcji na słynny, krytyczny wobec islamu, wykład Benedykta XVI w Ratyzbonie.

Po tych wydarzeniach chrześcijanie ze Strefy Gazy apelowali do społeczności międzynarodowej, żeby wzięła ich w obronę przed radykałami. Bezskutecznie. Wydarzenia te nie wywołały również specjalnego zainteresowania światowej prasy i licznych organizacji zajmujących się obroną praw człowieka.

Wyznawcy Chrystusa ze Strefy Gazy nie mają złudzeń, że sprawujący tam funkcje policyjne bojówkarze islamskiego Hamasu zapewnią im bezpieczeństwo. Wprost przeciwnie -uważają, że nowe władze zachęcają do podobnych ataków. Przywódca wojskowego skrzydła tej organizacji, Szejk Abu Saker, wystosował niedawno do chrześcijan ostre ultimatum.

- Jeżeli chcecie żyć w pokoju, musicie zaakceptować islamski porządek -powiedział szejk cytowany przez izraelski dziennik “Jedijot Achronot”. Podkreślił, że chrześcijanom nie wolno już pić alkoholu, a chrześcijanki nie mogą wychodzić na ulicę bez chust przykrywających włosy. Jeżeli ktoś zostanie zaś przyłapany na działalności misjonarskiej, “zostanie potraktowany bardzo surowo”.

- Natychmiast musi zostać wstrzymana działalność chrześcijańskich kafejek internetowych i barów. Jeżeli tak się nie stanie, ostro je zaatakujemy - powiedział Abu Saker i dodał, że jego ludzie “blisko przyjrzą” się wszystkim chrześcijańskim instytucjom w Gazie, których “i tak jest za dużo”.
p.z.

Karykatury Mahometa w Szwecji

Źródło: Rzeczpospolita: Al Kaida grozi Szwedom
17.09.2007

100 tysięcy dolarów za głowę autora karykatury Mahometa, 50 tysięcy za głowę naczelnego gazety, która je wydrukowała, proponuje al Kaida

-Wzywamy do zabójstwa rysownika Larsa Vilksa, który ośmielił się obrazić naszego proroka - ogłosiła al Kaida w półgodzinnym komunikacie wygłoszonym przez jej irackiego przywódcę Abu Omara al Bagdadi. Za głowę Szweda wyznaczyła nagrodę 100 tysięcy dolarów. Chyba że ktoś “zarżnie Vilksa jak jagnię” - zapowiedziała. Wtedy nagroda ma być wyższa -150 tysięcy dolarów. Trochę taniej - na 50 tysięcy dolarów - al Kaida wyceniła głowę redaktora naczelnego gazety “Nerikes Allehanda”Ulfa Johanssona, który 18 sierpnia zgodził się opublikować karykaturę -głowę Mahometa na ciele psa.

Publikacja wywoła oburzenie w islamskim świecie. Ostre protesty pojawiły się w Iranie, Pakistanie i Afganistanie. Wtedy szwedzkie MSZ postanowiło wyrazić skruchę. Ale to nie wystarczyło. - Szwedzki rząd powinien przeprosić. W przeciwnym razie iracka al Kaida zaatakuje jej gospodarkę i takie gigantyczne firmy jak Ericsson, Volvo, Ikea, Scania - grzmiał podczas weekendu Abu Omar al Bagdadi. Rząd nie przeprosił. Premier zdystansował się wczoraj od całej afery, podkreślając zarazem, że w Szwecji panuje wolność opinii.

Wobec gróźb ze strony al Kaidy podwyższono stan bezpieczeństwa w największych szwedzkich firmach. Te, którym grożono, ostrzegają pracowników. Ericsson prosił zatrudnionych na Bliskim Wschodzie, by nie eksponowali logo na ubraniach i aby uważali, gdzie parkują samochody.

Ofiarą reakcji na satyryczne rysunki padło nawet dzieło sztuki Larsa Vilksa: drewniana rzeźba psa na rondzie w Trelleborgu, na południu kraju. Siedmiometrową rzeźbę podpalono już trzy razy, choć nie obrazowała proroka i nie miała z jego postacią nic wspólnego.

- To irracjonalne. Absolutnie nie zaakceptujemy gróźb i prób zamachu na wolność wypowiedzi panującą w naszym kraju -mówi “Rz” wiceszef redakcji zagranicznej szwedzkiej telewizji Ingrid Thörnqvist. -Musimy mieć szacunek do tego, wco oni wierzą, ale muzułmanie też muszą respektować naszą wolność słowa.

Z podobnymi wydarzeniami Europa miała do czynienia na przełomie 2005 i 2006 roku po opublikowaniu tuzina karykatur Mahometa przez duński dziennik “Jyllands-Posten”. Do protestów wezwał wzywali duchowni i politycy islamscy. Tłumy podpalały duńskie placówki dyplomatyczne w Syrii i Libanie. Duńskie towary bojkotowano od Turcji po Arabię Saudyjską. Władze dziennika przeprosiły muzułmanów w styczniu 2006 r.
ANNA NOWACKA-ISAKSSON ze Sztokholmu, k. z., afp

————————

Źródło: Rzeczpospolita: Nie żałuję, że narysowałem proroka
17.09.2007

Rz: Jak zareagował pan na groźby al Kaidy i wyznaczenie nagrody 150 tysięcy dolarów dla tego, kto zarżnie pana jak jagnię?

Lars Vilks, szwedzki artysta, autor kontrowersyjnych karykatur : - Dowiedziałem się o groźbach z mediów i przyjąłem to bardzo spokojnie. Będę miał ochronę policji bezpieczeństwa Säpo, kiedy tylko przylecę z Frankfurtu nad Menem do Sztokholmu. Ochrona policji wpływa oczywiście na moją swobodę poruszania się po kraju. Jednak za każdym razem trzeba oceniać czynnik ryzyka od nowa. Nie można się dać ponieść paranoi. Mój przypadek to nie fatwa rzucona przez ajatollaha Chomeiniego na Salmana Rushdiego. Grozi mi bowiem niewielka grupa muzułmanów. Większość muzułmanów w Szwecji od tego postępowania się odcina, nawet ci najbardziej agresywni. Nie boję się. I nie żałuję, że narysowałem proroka.

Rzecznik premiera Szwecji nie chciał komentować gróźb islamistów, mówiąc, że “to sprawa policji, a nie kwestia polityczna”. Czy nie zaskoczyła pana postawa rządu szwedzkiego?

Przyznaję, że to trochę dziwne. Ostatnie działania i wypowiedzi islamistów należy potępić, wyrazić dezaprobatę. Co innego bowiem, gdy głoszą, że są urażeni, a zupełnie co innego, gdy wygłaszają groźby. Nawet w kryzysowej sytuacji powinno się oddzielać politykę od religii i działać racjonalnie. Nie spodziewałem się, że sprawy posuną się aż tak daleko i że dojdzie do takich gróźb.

Czy rysując psa z głową Mahometa, był pan świadomy, że pies w świecie muzułmańskim oznacza coś najbardziej nieczystego i porównanie z tym zwierzęciem uznawane jest za największą zniewagę? Co chciał pan osiągnąć?

Chciałem wywołać debatę nad wolnością wypowiedzi, pokazać, że nie da się jej negować. Problem jednak polega na tym, że islam nie dostosowuje się do z sekularyzowanego świata i czyni z religii kwestię wagi państwowej. Inne religie spory tego rodzaju mają już za sobą. Polska jest, niestety, pod tym względem parę lat do tyłu. Dorota Nieznalska została skazana na ograniczenie wolności i prace społeczne za stworzenie instalacji, która obrażała uczucia religijne [wyrok został uchylony przez sąd wyższej instancji - przyp. red.].

Karykatury z motywami chrześcijańskimi i krytyka religii są w naszej tradycji przyjęte. Kiedy narysowałem Jezusa jako słonia, muzułmanin napisał mi w blogu, że nie widział nic gorszego od takiej karykatury. Pewien pastor zaś ocenił, że słoń był “słodki”. W Szwecji odbyła się też ekspozycja Elisabeth Ohlson “Ecce homo”, która przedstawiała Jezusa w otoczeniu transwestytów i homoseksualistów. Ekspozycję poparł nasz arcybiskup, wystawiając fotografie w katedrze w Uppsali.

Sądzę, że muzułmanie kiedyś zrozumieją, iż religia to sfera prywatna i nauczą się oddzielać ją od spraw publicznych. By ten proces wspomóc, potrzebne jest obrażanie islamu. W końcu muzułmanie się do tego przyzwyczają. Znormalizowanie krytyki to tylko kwestia czasu.

Zanim pojawiły się groźby al Kaidy, oburzeni ambasadorowie państw muzułmańskich w Szwecji zaproponowali utworzenie w pana kraju parlamentarnej komisji do spraw islamofobii, by chronić muzułmanów przed znieważaniem proroka Mahometa.

To świadczy o tym, jak nieproporcjonalne do wydarzeń mogą być ich reakcje. I że posuwają się oni nawet do wtrącania w sprawy wewnętrzne innych państw.

Jak zareagowali pana koledzy artyści na prowokację z Mahometem jako psem?

Rysując proroka, zrobiłem rzecz niepoprawną politycznie. Tymczasem w świecie artystycznym Szwecji panuje tradycja przekonań lewicowych. Wyznawców islamu traktuje się jako wrogów wroga, czyli Stanów Zjednoczonych. Ponieważ polityka ma pewne znaczenie w sztuce, darzy się muzułmanów przez to nieco większą sympatią. Większość artystów albo jest negatywnie nastawiona do moich karykatur, albo przyjęła pozycję wyczekującą i milczała.
rozmawiała Anna Nowacka-Isaksson

Program Atomowy Iranu

Źródło: Rzeczpospolita: Tarcza nie ma żadnego związku z Iranem
19.07.2007

ROZMOWA z Hadi Faradżwand ambasadorem Iranu w Polsce

Rz: Amerykanie mówią, że chcą wybudować tarczę antyrakietową, żeby chronić siebie i Europejczyków między innymi przed Iranem. Czy Iran jest zagrożeniem dla Ameryki i Europy?

HADI FARADŻWAND: Pomysł tarczy nie jest nowy. To poprawiona wersja projektu, który pojawił się już za prezydenta Reagana. Za Clintona zaczęto ponownie o nim myśleć, a decyzja o realizacji to czasy Busha. Gdy projekt powstawał, nie było jeszcze mowy o zagrożeniu ze strony Iranu. Także teraz techniczna strona projektu wyraźnie wskazuje, że służy on osiągnięciu strategicznej przewagi nad innymi krajami, prawdopodobnie Rosją i Chinami. Iran nie ma rakiet, które mogłyby razić cele w Stanach Zjednoczonych czy w Europie. To, że Amerykanie wymieniają Iran w kontekście projektu tarczy antyrakietowej, jest po prostu posunięciem propagandowym.

Teraz Iran nie ma takich rakiet. Ale Amerykanom chodzi o przeciwstawienie się temu, co będzie zagrożeniem za 10 czy 15 lat.

Iran nie ma zamiaru pracować nad tego typu pociskami czy rakietami. Mówienie o zagrożeniu w przyszłości jest nieuzasadnione.

Część amerykańskiej tarczy antyrakietowej zapewne powstanie w Polsce. Jak to wpłynie na stosunki irańsko-polskie?

Sam fakt, że Polska decyduje się na budowę systemu obrony antyrakietowej, to jej wewnętrzna sprawa. Natomiast deklaracji politycznych, że tarcza jest wymierzona przeciw Iranowi, oczywiście byśmy sobie nie życzyli. Tym bardziej że władze Polski dobrze wiedzą, że tak naprawdę ten system nie służy przeciwstawieniu się zagrożeniu ze strony Iranu.

Mówi pan, że Iran nie stanowi zagrożenia dla żadnego państwa. Jednak prezydent Ahmadineżad zapowiada wymazanie z mapy Izraela. W mediach zachodnich pojawiają się też spekulacje, że Iran ma zamiar militarnie się zaangażować w sąsiednim Iraku.

Iran w ciągu ostatnich 200 lat nigdy na nikogo nie napadł. Słowa prezydenta zostały zinterpretowane z myślą o określonym efekcie propagandowym. Jeżeli zaś chodzi o Irak, to nasza polityka nie służy żadnym innym celom niż zapewnieniu pokoju. Najlepszy dowód to przyjęcie propozycji bezpośrednich rozmów z USA poświęconych dalszej stabilizacji w Iraku.

Jak naprawdę brzmiały słowa dotyczące Izraela?

Nie było żadnych wypowiedzi sugerujących, że Iran zamierza zniszczyć Izrael czy dokonać jakiejkolwiek agresji. Z drugiej strony żaden kraj nie może przyjąć okupacji jako podstawy swego istnienia. Jesteśmy zwolennikami demokratycznego rozwiązania problemu Izraela. Polegałoby to na tym, że wszyscy mieszkający tu od pokoleń - Żydzi, muzułmanie i chrześcijanie, a także Palestyńczycy, którzy są na wygnaniu - określiliby w referendum przyszłość tego terytorium i rodzaj rządów.

Przejdźmy do irańskiego programu atomowego. Ostatnio pojawiły się doniesienia, że Teheran jest skłonny do jego spowolnienia. Czy zaczyna się zgadzać z krytyką, że program nuklearny burzy spokój w świecie?

Program atomowy Iranu ma charakter pokojowy. Potwierdzała to wielokrotnie Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej. Iran, posiadając już pokojową energię jądrową, mógłby się przyczynić do rozwoju współpracy gospodarczej w regionie. I w rezultacie do zwiększenia stabilizacji. Iran zawsze współpracował z MAEA. Kwestia spowolnienia czy zatrzymania programu z zasady nie jest rozpatrywana.

Wcześniej inspektorzy MAEA nie byli dopuszczani do obiektów atomowych w Iranie, a plomby zakładane przez Agencję były zrywane. Program atomowy Iranu w ogóle jest tajemniczy. I pewnie stąd podejrzenia, że ma cele nie tylko pokojowe.

Nie mają one zupełnie pokrycia w faktach. Iran pozwalał inspektorom Agencji na dokonywanie inspekcji w każdym miejscu, w którym sobie życzyli. Dotyczy to również miejsc o charakterze militarnym. Nasz program nuklearny jest całkowicie pod kontrolą MAEA i Iran będzie kontynuował współpracę z tą instytucją w zakresie nadzoru nad programem.

Reprezentuje pan kraj, który Amerykanie zaliczyli do osi zła, kraj, który ma wizerunek fundamentalistycznego i zagrażającego światu. Czy dyplomaci z Iranu mają w związku z tym utrudnioną pracę, czują się izolowani?

Szczycę się, że jestem przedstawicielem wielkiego kraju. W żaden sposób nie jesteśmy izolowani. Takie postrzeganie Iranu wynika z tego, że USA tak nas przedstawiają. Ale Ameryka to nie jest cały świat. Mamy dobre stosunki z wieloma państwami, rozwija się nasza współpraca gospodarcza ze wszystkimi krajami, między innymi z państwami europejskimi. Ostatnio na przykład podpisaliśmy 30-miliardowy kontrakt na dostawę gazu do Austrii.
rozmawiał Jerzy Haszczyński

Watykan nie wyśle bombowców przeciwko al Kaidzie - antychrześcijańskie prześladowania

Źródło: Rzeczpospolita: Watykan nie wyśle bombowców przeciwko al Kaidzie
29.03.2007

Islamscy ekstremiści chcą polować na chrześcijan, bić, zabijać. Od katolików Bóg nie żąda zabicia wszystkich idiotów na ziemi

Rz: Europie, która wstydzi się swych korzeni, mówi pan o nękaniu chrześcijan. To takie niemodne…

Thomas Grimaux : Nie zależy mi, by być modnym. Próbuję zwrócić uwagę na antychrześcijańskie prześladowania, także w Europie. Są prześladowania podstępne i krwawe. Podstępne można znaleźć na przykład w filmach, w których ksiądz katolicki jest ośmieszany. Chodzi o negatywne nastawienie do wszystkiego co katolickie. Ale są też napaści na księży, pastorów, popów. W Kosowie i Bośni niszczono kościoły. W dawnym bloku wschodnim większość świątyń była ograbiana, profanowana - stały się salami kinowymi, jeśli nie chlewami…

Znajduje pan dziś takie przypadki?

Na przykład turecka okupacja północnej części Cypru. Kościoły nie służą tam za świątynie. Jeden pełni nawet funkcję toalety publicznej. Kilka miesięcy temu do katedry w Paryżu weszła grupa homoseksualistów, by urządzić “ślub” dwóm kobietom. Proboszcz prosił, by sobie poszli, a oni go pobili. Nienawiść narasta. W imię laickości chce się zakazać widocznych znaków religijnych. Stewardesa, która nosiła krzyżyk, została zwolniona z pracy. Przestano wysyłać życzenia bożonarodzeniowe, robić żłóbki, stawiać choinki.

Przejaw głupoty?

Zdarzają się idioci, ale ja mówię o celowych działaniach orędowników laickości zwalczających obecność Kościoła.

Po opublikowaniu karykatur Mahometa płonęły ambasady. Dlaczego chrześcijanie nie wyjdą na ulice?

Po publikacji karykatur, tak jak po przemówieniu Benedykta XVI w Ratyzbonie, doszło do krwawych starć. W Egipcie zginęło dziesięciu Koptów. Zamordowano katolicką zakonnicę. Islamscy ekstremiści mają wolę urządzania polowań na chrześcijan, bicia, zabijania. Od katolików Bóg nie żąda zabicia wszystkich idiotów na ziemi.

Mówię o reagowaniu.

W krajach takich jak Francja trudno organizować protesty, bo prawie nie ma już praktykujących katolików. Jest nas może trzy - pięć procent. Gdybyśmy chcieli manifestować, nie byłoby nas dużo.

Co chce pan osiągnąć, dokumentując prześladowania?

Rozpoznać rzeczywistość, o której się zapomina albo której się nie zna. Są cztery źródła prześladowań chrześcijan. Pierwsze to komunizm. W Chinach o niektórych biskupach katolickich nie wiadomo, czy jeszcze żyją, są w więzieniach. Miliony katolików nie mogą praktykować religii. Drugie - hinduizm. Trzecie - islamski ekstremizm, z Arabią Saudyjską na czele. Katolik, który odmawia różaniec w domu, może zostać zatrzymany, wsadzony do więzienia, torturowany. Czwarty występuje w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych. To laicyzm, który chce sprowadzić religię do sfery prywatności, promuje niepohamowany liberalizm i relatywizm.

Jak z tym walczyć?

Z punktu widzenia doktryny katolickiej zawsze będą prześladowania, a my musimy się modlić za prześladowców. Z politycznego punktu widzenia trzeba wrócić do zdrowej koncepcji państwa, polityki i religii. Watykan nie wyśle bombowców przeciw al Kaidzie. Nie my podkładamy bomby w Arabii Saudyjskiej, nie my mordujemy w Chinach. Katolicy nie robią awantur w lokalach dla homoseksualistów, to ci ostatni przychodzą do katedry. Trzeba być dumnym ze swej wiary. Widzieć rzeczy takimi, jakie one są, i nie bać się o tym mówić.
rozmawiała Małgorzata Tryc-Ostrowska

Thomas Grimaux - francuski dziennikarz, autor książki “Prześladowania antychrześcijańskie w świecie” współpracuje z międzynarodową organizacją Pomoc Kościołowi w Potrzebie.

Inwestorzy z Bliskiego Wschodu inwestują w Europie

Źródło: Rzeczpospolita: Szejkowie ciągną do Europy
20.01.2007

Dżin to demon, który według arabskich legend powstał z płomienia. Posiada nadnaturalną moc i strzeże skarbów. Jest niewidzialny, ale może przybrać postać potwora, zwierzęcia lub człowieka. Kibice klubu piłkarskiego Liverpool nie mają wątpliwości: w Wielkiej Brytanii dżin zmaterializował się jako szejk Mohammed bin Rashid al Maktoum, który pod koniec ubiegłego roku kupił słynną angielską drużynę za 885 mln dolarów

Cena jest zawrotna, ale na władcy Dubaju oraz premierze i wiceprezydencie Zjednoczonych Emiratów Arabskich wydatek nie zrobił większego wrażenia. Kibicom obiecał nowy stadion za blisko 400 mln dolarów i zapowiedział kolejne inwestycje na Starym Kontynencie.

Zakupy w Europie stały się niezwykle modne wśród bliskowschodnich szejków, których portfele wypchane są petrodolarami. Ekonomiści szacują, że tylko w latach 2005 - 2007 państwa znad Zatoki Perskiej na handlu ropą zarobią na czysto 587 miliardów dolarów. Większość tej sumy trafi na prywatne konta władców oraz członków ich rodzin. Na Starym Kontynencie szejkowie wykupują nie tylko markowe ciuchy w butikach Fendi, Louis Vuitton czy Versace, ale także akcje europejskich koncernów. Przejmują na własność mniejsze firmy. Inwestują w niemal każdej branży. Liczą, że dzięki temu zapewnią dostatnie życie swoim dzieciom oraz kolejnym pokoleniom poddanych, kiedy wyczerpią się zasoby złóż naftowych.

Najazd szejków na europejskie rynki nie dziwi analityków. Zdaniem Moshina Khana, dyrektora departamentu Bliskiego Wschodu w MFW, na świecie jest niewiele rynków, które są w stanie wchłonąć ogromną falę arabskich inwestycji.

Zniechęceni do Ameryki

Pomnażaniem fortuny perskich władców zajmują się specjalne fundusze inwestycyjne, które powstały nawet w najmniejszych emiratach. Według szacunków banku Standard Chartered na całym świecie zarządzają już majątkiem o wartości 1,5 biliona dolarów. Ostatnio najchętniej inwestują w Europie, bo po zamachach terrorystycznych w Stanach Zjednoczonych amerykański rząd nieprzychylnie patrzy na arabskich inwestorów.

Szejk Mohammed bin Rashid al Maktoum śmiertelnie obraził się na Amerykanów, kiedy w marcu ubiegłego roku uniemożliwili jego firmie Dubai Ports przejęcie portów w Nowym Jorku, New Jersey, Filadelfii, Baltimore, Nowym Orleanie i Miami. Amerykańscy kongresmeni zgłaszali również zastrzeżenia do przejęcia przez inwestorów z Dubaju firmy Doncasters produkującej podzespoły wykorzystywane m.in. przez amerykański przemysł zbrojeniowy. W dodatku we wrześniu ubiegłego roku do sądu w Miami wpłynął pozew przeciwko szejkowi o zatrudnienie 30 tys. nieletnich chłopców, którzy w ciągu ostatnich 30 lat brali udział jako dżokeje w organizowanych w Dubaju wyścigach wielbłądów. Al Maktoum rozkazał natychmiast odesłać do domu wszystkie dzieci pracujące w jego stajniach, ale był wściekły, bo amerykański sąd popsuł jego ulubioną zabawę. Tegobyło już za wiele. Szejk przestał odwiedzać swoją ogromną stadninę koni na Florydzie i postanowił, że będzie inwestować głównie w Europie.

Biznesową strategię układa w położonej pod Londynem niewielkiej wiosce Windlesham. Tutaj al Maktoum oraz jego dwaj bracia kupili ogromne rezydencje. Wśród nich także wartą 139 mln dolarów posiadłość Updown Court - najdroższy dom na świecie. Rodzina szejka ma w nim do dyspozycji 103 pokoje, pięć basenów, prywatne kino mogące pomieścić 50 widzów oraz kręgielnię. Sąsiedzi al Maktouma pieszczotliwie nazywają go szejk Mo, inni mówią o nim królik - to aluzja do seksualnych możliwości władcy Dubaju. Szejk ma dwie żony, siedmiu synów i dziewięć córek. Kiedy cała rodzina przyjeżdża do Windlesham, mieszkańcy wioski podziwiają kawalkadę kilkunastu luksusowych mercedesów i rolls-royce’ów majestatycznie przemierzających centrum miejscowości.

Al Maktoum doskonale czuje się w Wielkiej Brytanii i chętnie wydaje i inwestuje tu swoją fortunę szacowaną na blisko 28 mld dolarów. W sierpniu ubiegłego roku kontrolowany przez al Maktouma fundusz inwestycyjny Dubai International Capital (DIC) kupił za ponad miliard dolarów firmę Travelodge. Spółka prowadzi sieć blisko 300 hoteli w Wielkiej Brytanii, Irlandii i Hiszpanii. Niespełna rok temu Dubai Ports wyłożyło 7 mld dolarów na przejęcie brytyjskiej firmy P & O - pod względem wielkości czwartego na świecie operatora morskich terminali. Brytyjczycy bez protestu oddali szejkowi władzę nad P & O, choć założona sto siedemdziesiąt lat temu firma nigdy nie miała obcego udziałowca. W marcu 2005 roku DIC kupił za ponad 1,5 mld dolarów firmę Tussauds, do której należą m.in. słynne londyńskie Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud oraz ustawiona nad brzegiem Tamizy ogromna widokowa karuzela London Eye. Natomiast dwa lata temu fundusz nabył za miliard dolarów akcje koncernu motoryzacyjnego DaimlerChrysler, produkującego rozchwytywane nad Zatoką Perską mercedesy. DIC posiada 2 proc. udziałów i jest trzecim co do wielkości akcjonariuszem firmy.

Petrochemiczne inwestycje za petrodolary

Akcje DaimlerChryslera kupili także Kuwejtczycy, którzy kontrolują już pakiet ponad 7 proc. papierów wartościowych koncernu. Wśród największych udziałowców Arabów wyprzedza tylko Deutsche Bank, do którego należy przeszło 10 proc. akcji DaimlerChryslera. Na Starym Kontynencie kuwejccy szejkowie inwestują również w przemysł petrochemiczny, choć przecież nie mogą narzekać na brak rafinerii we własnym kraju. Kontrolowana przez emira Kuwejtu Sabaha al Ahmad al Jaber al Sabaha firma Kuwait Petroleum Corporation już na początku lat dziewięćdziesiątych kupiła sieć stacji paliwowych we Włoszech. Razem z włoską firmą paliwową Agip zarządza rafinerią w Milazzo. Sprzedaje paliwa w Szwecji, natomiast w Belgii odkupiła stacje benzynowe od koncernów BP i Aral.

Akcje europejskich firm petrochemicznych skupuje także szejk Khalifa bin Zayed al Nahayan, prezydent Zjednoczonych Emiratów Arabskich oraz władca Abu Zabi. Należąca do władz emiratu firma International Petroleum Investment Company posiada ponad 17 proc. udziałów austriackiego koncernu paliwowego OMV. W październiku 2005 roku kosztem ponad 700 milionów euro przejęła kontrolę nad przedsiębiorstwem Borealis, jednym z największych w Europie producentów plastikowych rur, przewodów i podzespołów motoryzacyjnych.

Wszystkie decyzje dotyczące inwestycji zagranicznych zapadają w siedzibie funduszu inwestycyjnego Abu Dhabi Investment Authority (ADIA), 40-piętrowej szklanej wieży, która góruje nad stolicą emiratu. ADIA to bardzo potężna i tajemnicza organizacja. Od momentu powstania trzydzieści lat temu nie wydano żadnego raportu opisującego jej działalność. O tym, gdzie inwestują szejkowie z Abu Dhabi, analitycy rynku finansowego dowiadują się z komunikatów innych spółek. Nieoficjalnie wiadomo, że ADIA zarządza majątkiem o wartości ok. 700 mld dolarów. To prawdopodobnie największy fundusz inwestycyjny na świecie. Khalifa bin Zayed al Nahayan może sobie pozwolić na kosztowne inwestycje, bo budżet jego państewka co miesiąc zasilają ponad 3 mld dolarów zarobione na sprzedaży ropy naftowej.

Disneyland i inne nieruchomości

Fortunę na zakup europejskich firm wydał także saudyjski książę al Waleed bin Talal Alsaud. Ten pięćdziesięciolatek zdobył swój majątek - szacowany przez magazyn “Forbes” na 20 mld dolarów - w nietypowy sposób, jak na członka rodziny królewskiej. Sam zarobił każdego dolara. W 1980 roku za pożyczone od ojca 30 tys. dolarów założył Kingdom Holding Company. Doradzał zagranicznym firmom, które zamierzały wejść na saudyjski rynek. Ale wkrótce zorientował się, że większe zyski daje skupowanie i sprzedawanie akcji firm, z którymi współpracował. Szybko stał się właścicielem pakietu udziałów amerykańskich koncernów: AOL, Apple Computers, News Corp., Citigroup i Motoroli.

Na początku lat dziewięćdziesiątych zaczął inwestować również w Europie. W 1994 roku kupił akcje holenderskiej firmy budowlanej Ballast Nedam Group, specjalizującej się w budowie tam i stadionów piłkarskich, oraz za 350 mln dolarów nabył blisko jedną czwartą udziałów Disneylandu wybudowanego pod Paryżem. Rok później przystąpił do spółki Canary Wharf, która w opuszczonych londyńskich dokach wzniosła nowe centrum finansowe Wielkiej Brytanii. Wartość projektu to grubo ponad miliard dolarów. Na Starym Kontynencie książę inwestuje również w nieruchomości, m.in. za 185 mln dolarów kupił hotel George V w Paryżu i wydał na jego remont kolejne 120 mln dolarów.

Na europejskich inwestycjach skupił się, podobnie jak szejk Mohammed bin Rashid al Maktoum, po zamachach terrorystycznych w 2001 roku. Tuż po ataku na World Trade Center zaoferował swoją pomoc, jednak burmistrz Nowego Jorku Rudolph Giuliani nie przyjął od księcia czeku na 10 mln dolarów. Urażony al Waleed bin Talal Alsaud dofinansował 20 mln dolarów rozbudowę paryskiego Luwru i postanowił przenieść swoje międzynarodowe biuro na Stary Kontynent.

Swoim imperium kieruje z pokładu luksusowego jachtu “Kingdom 5KR” zacumowanego w Antibes na francuskim Lazurowym Wybrzeżu. Wybudowana we włoskiej stoczni łódź to prawdziwy pałac na wodzie. Książę ma do dyspozycji 11 luksusowo wyposażonych kajut, wykończonych drewnem tekowym i masą perłową. Na pokładzie znajduje się kino, sauna, basen, a nawet miniaturowy okręt podwodny. Jacht zachwycił hollywoodzkich scenarzystów, którzy postanowili wykorzystać go w filmie o Jamesie Bondzie “Nigdy nie mów nigdy więcej”. Między swoim pałacem w Rijadzie a Niceą podróżuje flotą prywatnych odrzutowców składającą się z: Boeingów 747 i 767, Airbusa 340 oraz Hawkera Siddeley 125800A. Na lotnisko książę zazwyczaj zajeżdża rolls-royce’em phatomem.

Jednak można go zobaczyć podróżującego także daewoo matizem. To pamiątka po inwestycji w akcje koreańskiego koncernu motoryzacyjnego. Poddani księcia żartują, że za kierownicą autka wygląda jak dżin zamknięty w lampie Aladyna.

Nad Wisłą

Arabscy inwestorzy coraz częściej zaglądają także do Polski. W czerwcu 2002 roku wizytę w Senacie złożył emir Kataru, szejk Hamad bin Khalifa al-Thani. W dwa lata później Dolny Śląsk wizytowała delegacja biznesmenów z tego kraju. Odwiedzili Polanicę-Zdrój, Duszniki-Zdrój i Lądek-Zdrój. Interesowali się tamtejszymi uzdrowiskami.Arabskich inwestycji jest niewiele, ale na naszym rynku działają już pierwsze bliskowschodnie przedsiębiorstwa. Wśród nich jest saudyjska firma Zamil Steel - producent stalowych hal, w których urządzane są magazyny, fabryki, hipermarkety oraz obiekty sportowe. Biuro w Warszawie otworzyła również firma Sabic jeden z największych na świecie koncernów petrochemicznych, którego centrala znajduje się w Rijadzie. Arabscy inwestorzy chętnie lokują pieniądze na warszawskiej giełdzie, gdzie inwestują przez brytyjskie i luksemburskie fundusze inwestycyjne. - Inwestorzy z Kataru skupili już udziały polskich spółek o wartości 60 mln dolarów - mówi Marek Kubicki, redaktor naczelny serwisu internetowego arabia.pl.
Jarosław Olechowski

Irańska broń atomowa

Źródło: Rzeczpospolita: Irańska bomba spod lady
13.01.2007

Nie można wykluczyć, że Teheran chce sprowokować Izrael do wyprzedzającego uderzenia. Wtedy społeczność międzynarodowa uzna atomowy kontratak ze strony Iranu za odpowiedź adekwatną, a nawet uzasadnioną

Wygląda na to, że ciągu najbliższych 12 miesięcy Amerykanie albo Izraelczycy, a prawdopodobnie jedni i drudzy, zaatakują Iran, aby zdruzgotać jego ambicje nuklearne. Te ataki mogą nastąpić raczej wcześniej niż później. Izraelscy analitycy wojskowi twierdzą, że interwencji trzeba dokonać, zanim naukowcy irańscy doprowadzą do końca cykl jądrowy, czyli w ciągu 2007 roku, i zaczną produkować uran bojowy. Sam prezydent Ahmadineżad chwalił się, że “cykl zostanie ukończony” podczas uroczystości Dziesięciu Dni Świtu na początku lutego, kiedy Irańczycy świętują rocznicę rewolucji islamskiej. Z tą chwilą Iran, jak mówią Izraelczycy, osiągnie “punkt, z którego nie ma powrotu”: będzie mógł uzyskiwać wzbogacony uran i gromadzić go z dala od instalacji nuklearnych, gdzie nikt już go nie znajdzie.

Kto ma uderzyć

Z szacunków wywiadu wynika, że Iran potrzebuje jeszcze dwóch lat na zgromadzenie potrzebnej do wyprodukowania bomby atomowej ilości uranu bojowego. Mniejsze ilości mogą na razie otrzymywać drobne grupki terrorystyczne wspierane przez Teheran, na przykład Hamas, Hezbollah czy Islamski Dżihad, do produkcji brudnych bomb łączących konwencjonalny ładunek wybuchowy z materiałem radioaktywnym. Niedawno Home Office potwierdziło, że zamierza przeszkolić większą liczbę policjantów do pracy z brudnymi bombami.

Tylko Amerykanie i Izraelczycy są gotowi powstrzymać Irańczyków, nim przekroczą punkt krytyczny, i tylko oni wykazują taką wolę. W tym miesiącu USA zamierzają wprowadzić do Zatoki dodatkowy lotniskowiec z grupą uderzeniową, by wzmocnić obecną tam już flotę krążowników, niszczycieli i okrętów podwodnych. Wyżsi urzędnicy zastrzegają, że wzmocnienie sił Marynarki Wojennej w rejonie nie musi oznaczać przygotowań do ataku, ale przyznają, że dzięki temu będą mieli większe możliwości uderzenia na Iran.

Być może jednak bolesne doświadczenia irackie były dla Waszyngtonu zbyt potężną traumą, by zdobył się na otwarcie kolejnego frontu na Bliskim Wschodzie. Pozostaje Izrael. A że prezydent Ahmadineżad raz po raz nawołuje do wymazania Izraela z mapy, a w zeszłym miesiącu zorganizował w Teheranie konferencję na której negowano Holokaust, Izraelczycy mają wyjątkowo silną motywację.

Niszczyć i czekać

- Zagrożone jest samo istnienie państwa izraelskiego, a w tej sprawie nie może być miejsca na żaden kompromis - powiedział mi pewien wysoko postawiony Izraelczyk. - Jesteśmy wytworem europejskiego Holokaustu i zrobimy wszystko, powiadam, wszystko, żeby nie dopuścić do następnego Holokaustu w Izraelu. Jeżeli nie zadziałają Amerykanie, to my zadziałamy. A ta chwila może być bliżej, niż ludzie mają śmiałość przypuszczać. W zeszłym miesiącu to samo podkreślił premier Izraela Ehud Olmert. Kiedy niemiecki tygodnik “Der Spiegel” pytał go, czy może wykluczyć atak wojskowy na Iran, odpowiedział krótko: “Niczego nie wykluczam”. Oczywiście Izraelczycy nie zamierzają opowiadać, jak może wyglądać ewentualna operacja wojskowa, ale panuje zgoda, że nie chodzi o jakieś ostateczne załatwienie sprawy. Jeżeli bowiem zdobycie broni nuklearnej nadal będzie dla Iranu priorytetem, w końcu ją zdobędzie i nie da się temu zapobiec. Można zniszczyć irańskie instalacje, ale kraj ten ma dość naukowców, inżynierów, umiejętności i pieniędzy, by zacząć od nowa.

Scenariusz optymalny zakłada, że irańskie prace uda się zahamować do momentu aż powstanie skuteczny parasol antyrakietowy, a może w tym czasie w Teheranie pojawi się nowa władza, mniej przywiązana do wizji islamskiego podboju. Uderzenia będą więc miały na celu zakłócenie i spowolnienie działań Iranu przez zniszczenie kluczowych ogniw w łańcuchu nuklearnym.

Bezużyteczne pociski

Mapę nuklearnych ambicji Iranu, a tym samym głównych celów przyszłego ataku, wyznaczają cztery najważniejsze ośrodki: Buszehr, gdzie właśnie powstaje elektrownia atomowa, Natanz, gdzie mieści się główny zakład wzbogacania uranu, Arak, gdzie otwarto fabrykę ciężkiej wody do produkcji plutonu bojowego, oraz Isfahan, gdzie trzy tysiące uczonych uczestniczy w rozmaitych działaniach związanych z energią jądrową, od opracowywania projektów broni atomowej po produkcję gazu UF6 (sześciofluorku uranu) wykorzystywanego przy wzbogacaniu uranu w wirówkach.

Szacuje się, że Iran może posiadać nawet 70 ośrodków związanych z programem nuklearnym. Zdaniem amerykańskich analityków wystarczyłoby jednak piętnaście celnych uderzeń, aby opóźnić realizację programu i na wiele lat zahamować budowę irańskiej bomby. Problem w tym, że amerykańskie pociski konwencjonalne są w stanie przebić 9 metrów utwardzonego gruntu lub 30 metrów ziemi, tymczasem niektóre instalacje irańskie mieszczą się na głębokości 60 metrów. Co gorsza, większość irańskich urządzeń osłaniają naprzemiennie ułożone warstwy betonu i ziemi, skonstruowane tak, by amortyzować siłę uderzeniową bomb penetrujących.

Głównym elementem procesu wzbogacania uranu są wirówki. One właśnie stanowią najsłabsze ogniwo i główny cel ataku. Są to urządzenia bardzo czułe na ruchy ziemi, a w niestabilnym otoczeniu łatwo się psują i przestają działać. Zdjęcia satelitarne zakładów w Natanz wskazują, że dwie główne instalacje wirówkowe znajdują się na głębokości co najmniej 23 metrów, pod osłoną betonu zbrojonego i ziemi, poza zasięgiem rażenia amerykańskich bomb.

Neutronowa alternatywa

Działanie wirówek można jednak zakłócić, wprawiając ziemię w drżenie za pomocą uderzenia nuklearnego. Pewne źródło europejskie podaje, że do tego celu idealnie nadaje się bomba neutronowa. Ta czysta broń atomowa emituje ogromne ilości neutronów o wysokiej energii, które zdolne są przeniknąć najtwardszy pancerz czołgu, niszczą wszelką tkankę organiczną i każdy system elektroniczny, na jakie natrafią. Bomba neutronowa ma dwie zalety: zasięg jej niszczycielskiej siły ogranicza się do kilkuset metrów, a jej wybuch nie pozostawia właściwie żadnego skażenia radioaktywnego. Podobno w skład izraelskiego arsenału nuklearnego wchodzi solidny zapas bomb neutronowych. Przypuszcza się dziś powszechnie, że tajemniczy podwójny błysk nad Oceanem Indyjskim we wrześniu 1979 roku, wychwycony przez amerykańskiego satelitę, pojawił się podczas testu izraelskiej bomby neutronowej o mocy 3 kiloton.

Prócz pocisków zdolnych wprawiać ziemię w drżenie, Izrael posiada również zespół nader precyzyjnych systemów rakietowych. Chodzi o pociski, które można odpalić z ziemi, morza lub powietrza i za ich pomocą przenosić również ładunki nuklearne. Odległość między Izraelem a Iranem sprawia, że atak z powietrza jest opcją wątpliwą, ale Izrael ma też inne możliwości: może na przykład zaatakować urządzenia irańskie za pomocą jednego z trzech okrętów podwodnych klasy Delfin, które w ciągu ostatnich ośmiu lat sprowadził z Niemiec. Urzędnicy z Pentagonu, a także z Departamentu Stanu, twierdzą, że w roku 2000 izraelski okręt podwodny przeprowadził na Morzu Śródziemnym próbę rakietową z nieuzbrojonym pociskiem zdolnym do przenoszenia ładunków nuklearnych.

Retoryczne pytania

Atak wojskowy w wykonaniu USA lub Izraela będzie ostatecznością, świadectwem, że dyplomacja zawiodła, a Iran lada chwila zamierza przystąpić do produkcji materiałów bojowych. W ostatnich latach, a zwłaszcza w ciągu ostatnich 12 miesięcy, najprzeróżniejsze organizacje występujące w imieniu różnych stron (G8 w imieniu krajów wysoko uprzemysłowionych, EU3 w imieniu Europy, P6 w imieniu ONZ) wydawały gniewne pomruki, podczas gdy zręczni negocjatorzy irańscy krążyli wśród niewiernych, zajmując się odwracaniem uwagi. Hossein Mousavian, delegat Iranu w Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, powiedział to otwarcie w wywiadzie dla irańskiej telewizji: Iran przedłużał negocjacje z Wielką Brytanią, Francją i Niemcami, aby w ten sposób “kupić czas” na dokończenie swych instalacji nuklearnych.

W ubiegłym miesiącu Rada Bezpieczeństwa ONZ przyjęła wreszcie rezolucję nakładającą na Iran łagodne sankcje. Niekorzystny dla Ahmadineżada wynik tego głosowania najwyraźniej nie miał wpływu na wojowniczą treść ani na pełen pogróżek styl jego reakcji po kilku dniach. Iran - ogłosił Ahmadineżad - właśnie przystąpił do instalowania 3 tysięcy nowych wirówek. Czy to się podoba Zachodowi, czy nie - ciągnął - Iran jest mocarstwem atomowym, toteż inne kraje “we własnym interesie powinny ułożyć sobie z nim poprawne stosunki”. Dodał jeszcze, że sankcje Irańczykom nie zaszkodzą. Ostrzegł jednak, że “sygnatariusze tej rezolucji (…) wkrótce pożałują swojego nieprzemyślanego i nieskutecznego kroku”.

Oficjalne deklaracje Teheranu, że program nuklearny ma charakter wyłącznie cywilny, spotykają się dziś z powszechną niewiarą ekspertów wojskowych, którzy pytają: po co krajowi posiadającemu jedne z największych w świecie złoża ropy i gazu coraz bardziej rozbudowany i kosztowny program nuklearny? Skoro zamiary Iranu są pokojowe, dlaczego przez tyle lat zwodzono oenzetowskich inspektorów? Dlaczego irańskie instalacje budowane są pod ziemią? I wreszcie: po co Iranowi tysiące wirówek umożliwiających wzbogacanie uranu i produkcję materiału o charakterze wojskowym? Warto też dodać, że irańskiemu programowi nuklearnemu towarzyszy energiczna rozbudowa systemów rakietowych. Już teraz w zasięgu irańskich pocisków znajduje się cały Bliski Wschód i część południowej Europy. Pod koniec dekady ich zasięg obejmie całą Europę, po czym zacznie zmierzać w stronę wymiaru globalnego.

Świadectwo irańskiej wiarygodności

Izrael nie jest jedynym państwem w regionie, dla którego perspektywa Iranu jako mocarstwa nuklearnego jest powodem do niepokoju. W Iraku konflikty wewnętrzne coraz bardziej się komplikują, zasadniczo jednak linie podziału w świecie muzułmańskim nabierają ostrości. Arabia Saudyjska, główny ośrodek świata sunnickiego, ze szczególnym niepokojem przygląda się, jak szyicki Iran zdobywa pozycję hegemona w regionie Zatoki Perskiej, a być może nie tylko tam.

Władze Arabii Saudyjskiej, a także mniejszych krajów regionu, Kuwejtu, Bahrajnu, Omanu, Kataru i Zjednoczonych Emiratów Arabskich, podobno rozważają już możliwość uruchomienia wspólnego programu nuklearnego. Egipt ze swoimi nuklearnymi ambicjami będzie im deptał po piętach, podobnie Turcja.

Skuteczne uderzenie w irańskie instalacje nuklearne, czy to w wykonaniu amerykańskim, czy izraelskim, wzbudzi dyskretną uciechę na całym Bliskim Wschodzie, ale reakcje publiczne i dyplomatyczne wyrazy oburzenia będą zapewne równie płomienne, jak te z 1981 roku, kiedy Izraelczycy dokonali wyprzedzającego uderzenia, niszcząc reaktor atomowy Saddama Husajna w Osiraku.

Niedawne sukcesy w Iraku i Libanie są dla Teheranu dodatkową zachętą. Nie oddając ani jednego strzału, bez ofiar w ludziach, Iran stał się w Iraku głównym rozgrywającym, bardziej wpływowym nawet od Amerykanów. - Irańczycy mają przed sobą wiele lat, kiedy będą mogli traktować Irak jak własne podwórko - powiedział mi w zeszłym tygodniu pewien wysoko postawiony polityk iracki. Równocześnie zaś, dzięki swoim syryjskim sojusznikom i podopiecznym z Hezbollahu, Iran zdobył dominującą pozycję w Libanie.

Poza tym Irańczycy starają się umacniać w świecie islamskim swoje wpływy ekonomiczne. Tu jednak pojawiają się dwie nieusuwalne przeszkody: po pierwsze Iran jest krajem szyickim w regionie zdominowanym przez sunnitów, po drugie jest krajem niearabskim w regionie zdominowanym przez Arabów. Aby przezwyciężyć te utrudnienia, musi dowieść swojej wiarygodności, a może to zrobić nie tylko przez zdobycie najpotężniejszej broni, ale również stając się pierwszym wśród równych pod względem wrogości do państwa żydowskiego, będącej symbolem jedności całego świata islamu.

Sen o potędze

Brak jeszcze odpowiedzi na dwa pytania: dlaczego Irańczycy tak bardzo obnoszą się ze swoim programem nuklearnym? I dlaczego w tak ewidentny sposób drażnią Izraelczyków, nieustannie grożąc im zagładą? Można wręcz odnieść wrażenie, że starają się sprowokować ich do ataku. Ale być może naprawdę to właśnie starają się osiągnąć.

Pojawiały się już doniesienia, że poza własnym programem nuklearnym Iran posiada kilka bomb atomowych, które sprzedali im spod lady zdeprawowani naukowcy z byłego ZSRR. Istnieje więc możliwość, że Irańczycy mają już w swoim arsenale kilka sztuk taktycznej broni jądrowej.

Być może Teheran przypuszcza, że jeżeli Izrael da się sprowokować do wyprzedzającego uderzenia, społeczność międzynarodowa uzna atomowy kontratak ze strony Iranu za odpowiedź adekwatną, a nawet uzasadnioną. Teherańscy mułłowie, których polityczny kompas stale prowadzi ku groźnemu skrzyżowaniu ideologicznej gorączki z religijnym fanatyzmem, mogą liczyć, że dzięki takiemu rozwojowi wydarzeń zdobędą poważanie w świecie islamskim, a zarazem ziści się ich kosmiczny sen o potędze.
Douglas Davis, przełożył Łukasz Sommer
Artykuł ukazał się na łamach tygodnika ‚‚Spectator” 6.01.2007

Egzekucja Husajna

Źródło: Rzeczpospolita: Zabijanie Husajna

06.01.2007

Ludzi Zachodu ciągnie w stronę przemocy, szczególnie przemocy wizualnej. I nie różnimy się tym specjalnie od muzułmanów, których kulturę lubimy nazywać niecywilizowaną

Saddam Husajn w ostatnich chwilach życia: niezaciągnięta pętla na szyi, siwa broda, puste oczy, usta poruszające się w niemej modlitwie, a może przeklinające los… I w chwili poruszenia zapadni szafotu - cięcie. Zamazane, ziarniste kształty, plamy światła i koniec.

Tak miała wyglądać oficjalna wersja egzekucji jednego z najgorszych dyktatorów XX wieku. Żadna “normalna” telewizja, żaden “szanujący się” internetowy serwis informacyjny nie posunął się dalej. Jednak w chwili, gdy eksperci BBC i CNN rozważali na antenie moralne “za i przeciw” ujawnienia bądź ukrycia pełnego obrazu egzekucji Saddama, wideo pokazujące wszystko - bez skrótów - już kursowało po telefonach komórkowych Irakijczyków i witrynach internetowych na całym świecie.

Anonimowy operator, który nagrał śmierć Saddama na swojej komórce, musiał stać u stóp szafotu, ujęcia pokazują skazanego od dołu, schowanego za poręczami konstrukcji, ginącego w cieniach sali egzekucyjnej, która przypomina jakąś rozpadającą się stróżówkę. I do tego ten dźwięk. Tak samo zdeformowany jak obraz, gubiący słowa modlitwy Saddama pod okrzykami prowokujących go świadków egzekucji: ” Muktada! Muktada! Muktada!”. To imię dowódcy szyickiej milicji Muktady al Sadra, która sieje dziś popłoch w Iraku. Ojciec Muktady został zamordowany na rozkaz Saddama. Przekaz ze strony jątrzycieli jest jasny: “Przypomnij sobie, sunnicki psie, za co stoisz na tym szafocie. I pamiętaj, że to teraz szyicki kraj”.

“I wy to nazywacie odwagą?” - pyta Saddam i jest to niezwykła odpowiedź jak na człowieka w obliczu śmierci. Trzeźwa, ironiczna nawet, bez cienia strachu, pełna godności. Pełna godności? Jak to, przecież mówimy o despocie, który ma na sumieniu śmierć co najmniej kilkuset tysięcy ofiar. Tylko subtelni ludzie Zachodu zamroczeni swoim bogactwem i spokojem mogą odnaleźć ślady godności w bandycie. Mówimy przecież o mordercy obywateli własnego państwa, barbarzyńcy, który prowadzał własnych synów na publiczne egzekucje… A jednak to prawda. Jedynym aktorem tego krótkiego filmu o zabijaniu, który zachowuje na nim odrobinę godności, jest Saddam Husajn.

Po co zrobiono ten film? Dlaczego - co przyznają przedstawiciele władz irackich - grupie około 20 osób obecnych przy egzekucji nie próbowano nawet odebrać komórek? Z głupoty czy wyrachowania? Przecież z pewnością na salę nie wszedł nikt z bronią, dlaczego zatem, skoro wszystko miało być ściśle tajne, zostawiono im telefony z funkcją wideo? Dlaczego nikt nie zabrał aparatu mężczyźnie, który nagrał film, nawet obecny na sali doradca rządu ds. bezpieczeństwa Mowaffak al Roubaie? To są pytania o dwa wymiary tej egzekucji: polityczny i czysto ludzki. Odpowiedź na pierwsze może pokazać, kto zyska na fakcie, że świat zobaczył moment ostatecznego upokorzenia tyrana, odpowiedź na drugie pozwoli być może zrozumieć, dlaczego wszyscy na tym stracimy.

Dziś cały świat jest oburzony ujawnieniem całości egzekucji. Nawet najwięksi zwolennicy skazania i stracenia Saddama nie chcą bronić tego filmu. Rząd iracki rozpoczął śledztwo w sprawie wycieku, ale co to za śledztwo? Prowadzą je przecież władze pozbawione autorytetu, wyczerpane krwawym konfliktem, zrozpaczone własną nieumiejętnością opanowania sytuacji. Premier Nouri al Maliki przyznał przed kilku dniami, że najchętniej ustąpiłby ze stanowiska jeszcze przed końcem kadencji. Czy w tej sytuacji można liczyć na ustalenie tożsamości operatora, który wstrząsnął światem? A jeśli nawet, to co z tego? Irakijczycy oglądają dziś egzekucje Saddama jak najlepszy show w mieście. Za co niby karać winnego wycieku? Za pokazanie, jak wyglądała śmierć jednego z najbardziej znienawidzonych ludzi w Iraku? Za prowokowanie sporów wśród Irakijczyków? Przecież chaos w tym kraju widoczny jest dla każdego, kogo nie znudziła jeszcze monotonia codziennych zamachów w Iraku. Jakkolwiek odrażający jest ten film, może powinniśmy być za niego wdzięczni, bo pokazuje bezwzględną prawdę o podziałach w kraju.

Amerykanie twierdzą, że cały skandal wybuchł, ponieważ przed egzekucją oddali Saddama Irakijczykom. Zapewne mają rację, jednak musieli się liczyć z możliwością komplikacji - w końcu wiedzą, jak trudna jest sytuacja władz irackich. A skoro tak, to rodzą się dziesiątki politycznych teorii spiskowych.

Dlaczego zaryzykowali i pozwolili, by wydarzenie, które miało być aktem irackiej sprawiedliwości, stało się kolejnym przejawem braku kompetencji władz? A może Amerykanom zależało, aby świat zobaczył upokorzenia Saddama? I nie chodzi oczywiście o Europejczyków zdegustowanych barbarzyństwem tego widowiska, ale o muzułmanów w Iraku i innych krajach. Może wyciek miał być ostrzeżeniem Amerykanów i rządu irackiego wobec szyitów i samego Muktady al Sadra, a może wręcz przeciwnie - posłaniem dla sunnitów, którzy przecież dominują w świecie muzułmańskim? Może miało ono dać im prosty przekaz: Zobaczcie, jak ważne jest, byście nie poddali się w Iraku. Skoro szyici traktują jak psa nawet Saddama, mogą tak potraktować każdego z was.

Zamiast zgłębiać (i to raczej bez realnych szans na sukces) teorie spiskowe, można po prostu przyjąć, że chodziło przede wszystkim o zwykły akt zemsty na bandycie. Trzeba przyznać - udany. Anonimowy operator komórki zdołał bowiem uczynić ze śmierci, która miała być tajna, a przynajmniej kontrolowana - egzekucję publiczną. Ale zanim utoniemy w oburzeniu na prymitywne instynkty Irakijczyków, popatrzmy, czym w istocie był ten filmowy wyciek.

Przede wszystkim był on zaproszeniem większej części narodu do udziału w imprezie. Do egzekucji katów wybrały władze Iraku - spośród setek mejlowych zgłoszeń ofiar Saddama. Nie wszyscy mogli go zabić, ale dzięki filmowi wszyscy mogą się cieszyć z jego upokorzenia. Tak jak w średniowiecznych publicznych egzekucjach, jak przy paleniu na stosie czarownic - społeczność po prostu przecięła wrzód, wrzuciła chwast do ognia, a przy okazji ostrzegła potencjalnych morderców przed skutkami ich czynów.

Zabicie w imię prawa zawsze służyło czemuś więcej niż tylko wymierzeniu sprawiedliwości. W dawnych czasach, i to nie bardzo dawnych, na publiczne egzekucje przychodziły całe rodziny. Również w Polsce. Po wojnie strażników obozu koncentracyjnego w Majdanku powieszono na oczach tysięcy osób. Sfilmowano egzekucję i pokazywano ją potem w kinach. Gdy w 1946 roku wykonywano wyrok na kacie Kraju Warty ( Warthegau) Arturze Greiserze, niedaleko szubienicy sprzedawano lody, ciastka i napoje. Rodzice przyprowadzali przecież dzieci, wśród których potem zabawa w wieszanie stała się niezwykle popularna. Tak jak i po śmierci Saddama - jak podały agencje, w Pakistanie 9-letni chłopiec powiesił się podczas zabawy w śmierć Saddama, którą zobaczył na ekranie.

Dziś, dzięki Internetowi, w zemście na Saddamie możemy uczestniczyć wszyscy. I uczestniczymy milionami. Kilka dni temu oglądałem spektakl “Egzekucja Saddama” na portalu Google Video jako 4 886 000 035. osoba. Ocena internautów: 5 gwiazdek na 6 możliwych, czyli jest jeszcze miejsce na poprawę jakości - może technicznej, może zabijania. Nasza odrębność cywilizacyjna jakoś nie stawia tamy, gdy jest okazja zobaczyć, jak ginie dyktator. Nas, ludzi Zachodu, ciągnie w stronę przemocy, szczególnie przemocy wizualnej. I nie różnimy się specjalnie od muzułmanów, których kulturę lubimy nazywać niecywilizowaną.

W 2004 roku Amerykanie przeżyli horror związany z ujawnieniem tortur w więzieniu Abu Ghraib. I nie chodziło o “dzikich” przecież wyznawców islamu, ale o żołnierzy amerykańskich, którzy robili sobie zdjęcia u boku ofiar i chwalili się swoimi trofeami, wymieniali je między sobą, wysyłali mejlem na cały świat, zachowywali na pamiątkę. Po co? By pokazać wnuczkom? By chwalić się nimi na zlotach weteranów i na imieninach u cioci?

Powie ktoś, że żołnierze z Abu Ghraib to wrzód na zdrowym ciele Ameryki, nieporównywalny do gejzera nienawiści bijącego w świecie islamu. Czyżby? Skandal w Abu Ghraib pokazał najdobitniej w ostatnich latach, jak przemoc i barbarzyństwo wkraczają pełną parą w strefę “rozrywki”, w której żyje przeciętny człowiek Zachodu, jak brutalność, gwałt, wykorzystywanie seksualne, tortury stają się częścią normalnego środowiska, w którym przebywamy. Makabra, rozpad, obsesja ciała to przecież tematy dyżurne tej cywilizacji. W roli bohaterów kultury masowej występują seryjni zabójcy i wielokrotni gwałciciele, a w kinie trudno znaleźć film, w którym paru nastolatków nie tnie piłą automatyczną koleżanki z klasy. Smród i odpadki stają się najbardziej namacalnym świadectwem naszego bytowania na ziemi.

Zestawienie szafotu Saddama z ikonami zachodniego upadku z Abu Ghraib wskazuje na jeszcze jeden znak czasu. Dziś wszyscy możemy być rejestratorami współczesności. Żołnierze z Abu Ghraib weszli w rolę dziennikarzy - tradycyjnie to przecież zawodowi reporterzy rejestrowali obrazy wojny. Anonimowy operator spod szafotu Saddama odebrał natomiast władzę “oficjalnemu” kamerzyście, który filmował egzekucję na zlecenie rządu. Stał się łącznikiem między wydarzeniem a milionami odbiorców na całym świecie. Rozbił tabu, jakim w naszej cywilizacji ciągle pozostaje obraz śmierci człowieka.

Owszem, obraz śmierci i rozkładu pojawiał się od stuleci w sztuce, ale dla kogoś takiego jak Caravaggio czy Bosch ciało było przykładem realistycznego piękna zawierającego w sobie również wymiar moralny, czyli pełnię prawdy o człowieku. Dla Rembrandta, cytującego go trzy stulecia później Francisa Bacona czy Soutina rozkładające się mięso miało być symbolem nieuniknionego rozpadu, ale również zapowiedzią przejścia do prawdziwego życia.

Najpełniejszym zobrazowaniem tej wizji w sztuce i zbiorowym doświadczeniu Zachodu stała się męka, ukrzyżowanie i złożenie do grobu, a następnie zmartwychwstanie Chrystusa.

Dziś w zdjęciach męczarni więźniów Abu Ghraib czy upodlenia Saddama Husajna nie ma zapowiedzi zmartwychwstania. Jest poszerzenie sfery wyboru, którą wielu ludzi utożsamia z wolnością. Poszerzenie o prawo do bycia barbarzyńcą, prawo do nienawidzenia innych, prawo do zemsty.

Irak jest tym boleśniejszym przejawem kryzysu współczesnego świata, że za to, co dziś dzieje się w tym kraju, odpowiedzialność ponosimy wszyscy, którzy wspieramy jego okupację. Nie ma sensu odwracać wzroku od tego filmu, bo to my jesteśmy częścią irackiego problemu i to my zaprowadziliśmy despotę Saddama na szafot.

Dlatego zdjęcia z jego egzekucji to nie jest wyłącznie jakaś aberracja moralna ani przejaw barbarzyństwa szyitów. To również nasze własne odbicie, jak kiedyś w balzakowskim lustrze przechadzających się po gościńcu. Dziś zamiast lokalnej powieści obyczajowej mamy globalny Internet, ale to tylko różnica w formie.

Dariusz Rosiak

Ameryka powinna ostrzej rozmawiać z Rosją

Źródło: Rzeczpospolita: Ameryka powinna ostrzej rozmawiać z Rosją
20.12.2006

Tak długo, jak tysiące fanatyków za wszelką cenę będą chciały nas zaatakować, ryzyko powtórki 11 września jest ogromne. Jeśli nie dojdzie do kolejnego zamachu, to będzie cud - mówi amerykański neokonserwatysta Richard Perle w rozmowie z Jackiem Przybylskim

Rz: Czy Amerykanie wiedzą, jak postępować z Rosją Władimira Putina?

Richard Perle
: Obecna administracja pozwoliła, by jej nadzieje wzięły górę nad rzeczywistością. Kiedy prezydent Bush mówił, że spojrzał w duszę Putina, zobaczył coś, czego tam nie było. Teraz należy jasno powiedzieć, że sytuacja w Rosji staje się niepokojąca, bo krajem rządzą dawni członkowie KGB. Dużo czasu zajęło nam zauważenie, jak poważny to problem. Mam nadzieję, że wkrótce amerykańska polityka się zmieni i że zaczniemy ostrzej rozmawiać z Rosjanami.

Czy po zagadkowych morderstwach - Politkowskiej w Moskwie i Litwinienki w Londynie - nie boi się pan jeździć po Europie?

Ameryka powinna potraktować tę kwestię bardzo poważnie. Oczywiście, analitycy będą dyskutować, czy można udowodnić komuś winę, ale sposób, w jaki dokonano tych morderstw, wydaje się znajomy. Nie można na to pozwalać.

Polska też ma spore kłopoty z Rosją. Czy sądzi pan, że w polskim interesie jest przyjęcie oferty budowy w naszym kraju bazy amerykańskiego systemu obrony przeciwrakietowej?

W interesie nas wszystkich leży zniechęcanie rządów, które są przekonane, że mogą osiągnąć jakieś cele, grożąc rakietami. Jeśli Amerykanie zapytają Polaków, czy moglibyście pracować z nami nad tarczą antyrakietową, mam nadzieję, że odpowiedź będzie brzmiała “tak” i że będzie to kolejny element naszego sojuszu.

Polsce nie zagraża Iran ani Korea Północna. A przed Rosją i Białorusią tarcza nas nie ochroni.

System ma zestrzeliwać rakiety dalekiego zasięgu, ale rozwijamy też możliwości obrony przed rakietami krótkiego zasięgu. Taka baza mogłaby więc chronić przed oboma rodzajami rakiet. Poza tym sojusz polega na tym, że gdy Polska ma problemy, my jej pomagamy i odwrotnie.

Polski rząd wysłał kilka tysięcy ludzi do Iraku i wciąż nie może doprosić się choćby zniesienia wiz do USA.

Nasza polityka wizowa jest najgłupsza na świecie. Gdy przyjeżdżam do Warszawy, jest mi wstyd z tego powodu. Mam nadzieję, że w końcu uda się ten problem rozwiązać.

Co poza rakietami balistycznymi stanowi teraz największe zagrożenie dla państw zachodnich?

Broń masowego rażenia w rękach zamachowców-samobójców. Chodzi im zwłaszcza o Amerykanów, ale na celowniku mogą znaleźć się też Brytyjczycy, Hiszpanie czy Polacy. W czasie zimnej wojny przyzwyczailiśmy się, że dobrym sposobem obrony jest odstraszanie. Na razie nie mamy odpowiednich mechanizmów, by skutecznie chronić się przed islamskimi ekstremistami.

To znaczy, że wkrótce może nastąpić kolejny zamach na skalę World Trade Center?

Tak długo, jak tysiące fanatyków za wszelką cenę będą chciały nas zaatakować, ryzyko powtórki 11 września jest ogromne. Jeśli nie dojdzie do kolejnego zamachu, to będzie cud. Co prawda od ataku na World Trade Center dobrze sobie radziliśmy, ale trzeba być optymistą, by wierzyć, że uda nam się wykryć każdy spisek.

Nie boi się pan, że podczas kolejnego wielkiego zamachu terroryści użyją tzw. brudnej bomby?

Bardzo się boję. Widzieliśmy w Londynie, co można zrobić za pomocą niewielkiej ilości polonu. Proszę sobie wyobrazić, że nie chodzi o gram, lecz o kilogram tego pierwiastka. W dodatku eksplozja rozniosłaby polon po gęsto zaludnionym terenie. Straty byłyby olbrzymie. Nie możemy mieć złudzeń: próbujemy się bronić przed ludźmi, którzy nawet przez chwilę nie zawahają się przed takim atakiem. Wiem, że trudno w to uwierzyć, że ktoś byłby w stanie zabić tysiące niewinnych ludzi, w tym pewnie wielu muzułmanów. Islamscy ekstremiści są jednak obojętni na ludzkie cierpienie.

Ale czy wojny w Afganistanie i Iraku sprawiły, że świat jest bezpieczniejszy?

To dopiero początek wojny, którą musimy wygrać. Mogliśmy zostawić al Kaidę w Afganistanie lub Saddama Husajna w Iraku. Schować głowę w piasek i mieć nadzieję, że nie zostaniemy zaatakowani. Administracja poprzedniego prezydenta wiedziała, co się dzieje w Afganistanie, ale nic nie zrobiła. Czekano zbyt długo i my tego błędu nie chcieliśmy powtórzyć. Nie mogliśmy czekać, aż Saddam Husajn zacznie dzielić się bronią masowego rażenia z terrorystami.

Był pan zwolennikiem obalenia Saddama za pomocą siły. Nie sądzi pan, że to był błąd?

To nie obalenie Saddama było błędem, lecz okupacja Iraku. Trzeba było natychmiast przekazać władzę Irakijczykom. Oczywiście, nie jestem w stanie udowodnić, że wtedy sytuacja byłaby dużo lepsza. Jednak na samym początku wojny nie było żadnej partyzantki i gdyby od razu powstał iracki rząd, być może nie byłoby ruchu oporu. Potrzebny był iracki de Gaulle lub MacArthur.

Czy ktoś taki teraz byłby w stanie poprawić sytuację w Iraku?

Ten kraj najbardziej potrzebuje pewnych siebie, uczciwych i kompetentnych liderów. Obawiam się, że na razie ich nie ma. Można jedynie mieć nadzieję, że w końcu przywódcy szyitów i sunnitów zauważą, że ten konflikt niszczy i jednych, i drugich.

Czyli widzi pan szansę na wygraną?

Bardziej prawdopodobne jest to, że sytuacja w Iraku zacznie się poprawiać, niż to, że będzie się pogarszać. Rozwój wydarzeń zależy - jak już mówiłem - od irackich przywódców, a także od bardziej umiejętnego wykorzystania wojsk koalicji. Mam na myśli większą integrację oddziałów międzynarodowych z siłami irackimi. Wojska amerykańskie nie najlepiej radzą sobie w walce z partyzantką. Oczywiście, do mieszanych jednostek mogą przenikać szpiedzy, ale przecież już teraz wielu Irakijczyków ostrzega partyzantów przed akcjami wojsk koalicji lub pomaga im w podkładaniu bomb przy drogach.

By wygrać wojnę partyzancką, trzeba przekonać do siebie ludność. Gdy byłem w Bagdadzie w 2003 roku, widziałem, że Irakijczycy są pełni nadziei. Wierzyli, że wreszcie po zasobności swoich portfeli zobaczą, jak bogaty w ropę jest ich kraj. Uważa pan, że Amerykanie są jeszcze w stanie wygrać wojnę o dusze Irakijczyków?

Z upadku Saddama cieszyła się większość, również wielu sunnitów, był on bowiem okrutnym dyktatorem. Niewielka grupka osób z otoczenia byłego prezydenta była rzecz jasna niezadowolona i to oni położyli podwaliny pod ruch oporu. Odzyskanie zaufania zwykłych ludzi w Iraku, którzy mieli ogromne nadzieje i którzy się zawiedli, nie będzie łatwe. Myślę jednak, że Irakijczycy mogą być zainteresowani pomysłem Ahmeda Chalabiego, który proponował, by wszyscy obywatele byli udziałowcami przemysłu naftowego. Dostawaliby dywidendy ze sprzedaży ropy.

Na razie na sytuację w Iraku wpływa wiele różnych państw. “New York Times” podał niedawno, że Arabia Saudyjska zagroziła Amerykanom rozpoczęciem finansowania walki sunnitów z szyitami.

Byłby to kolejny przykry dowód, ile zła Saudyjczycy czynią na świecie.

Wydawało się, że Arabia Saudyjska jest amerykańskim sojusznikiem…

Chyba opacznie zrozumieliśmy intencje Saudyjczyków. Moim zdaniem oni nie są przyjaciółmi Stanów Zjednoczonych. Współpracowali z ekstremistami - wahabitami - i zachęcali ich, by szerzyli swoją pełną przemocy,utopijną ideologię. Jeśli zapyta mnie pan, co zrobić, by zadać potężny cios ekstremistom, moja odpowiedź będzie brzmiała: zróbcie coś, by władze Arabii Saudyjskiej przestały ich wspierać.

Wróćmy do Iraku. Jak pan ocenia raport Jamesa Bakera, szefa Irackiej Grupy Badawczej?

Pomysł przerzucenia odpowiedzialności za losy wojny w Iraku ze zwierzchnika sił zbrojnych na grupę emerytowanych oficerów był zły. Raport też jest zły, bo zawiera dwie rady, które - gdyby wprowadzić je w życie - doprowadziłyby do pogorszenia sytuacji. Pierwsza to rozpoczęcie rozmów z Syrią i Iranem. Gdybyśmy to zrobili, każdy Irakijczyk widziałby w tym oznakę naszej słabości. Gdy Irakijczycy będą przekonani, że wojska amerykańskie wkrótce wyjadą, zaczną robić wszystko, aby przetrwać. I nasza sytuacja znacznie się pogorszy. Druga rada dotyczy zmiany roli amerykańskich wojsk w Iraku. W pierwszym kwartale 2008 roku miałyby one zakończyć obecną misję. Raport nic nie mówi o wycofaniu żołnierzy, ale jest powszechnie źle interpretowany. Jego autorzy musieli wiedzieć, że tak sformułowane zalecenie zostanie błędnie odczytane.

Jak długo zatem amerykańskie wojska zostaną w Iraku?

Dopóki prezydent Bush będzie zwierzchnikiem sił zbrojnych. Nie wierzę, by mógł wycofać wojska z Iraku, bo byłaby to gwarancja porażki. A prezydent nie zgadza się z tezą, że nasza klęska jest nieunikniona.

Niewycofanie żołnierzy z Iraku to niemal gwarancja porażki republikanów w wyborach prezydenckich.

Bush nie ubiega się już o prezydenturę. Może więc pozwolić sobie na robienie rzeczy, któreuważa za słuszne, nie martwiąc się o wynik wyborów. To człowiek wielkiej odwagi, który podejmuje niepopularne decyzje, bo jest przekonany, że są słuszne. Tak samo postępuje brytyjski premier Tony Blair. Poza tym do wyborów zostały dwa lata. W tym czasie sytuacja w Iraku może się jeszcze zmienić. Proszę pamiętać, że gdy w 1968 roku byliśmy zaangażowani w Wietnamie, Amerykanie wybrali kandydata republikanów - Richarda Nixona, chociaż demokrata był znacznie bardziej skłonny do szybkiego wycofania żołnierzy.

Czy sądzi pan, że za dwa lata Iran będzie miał broń atomową?

Nie wiem, czy będzie to za rok, dwa lata czy pięć. W tej sprawie toczy się dyskusja. Jeżeli nikt nie powstrzyma Irańczyków, będą mieli broń atomową. A wtedy będą ją chcieli mieć też Saudyjczycy i zapewne inne kraje regionu. Świat stanie się dużo bardziej niebezpieczny. Jeśli społeczność międzynarodowa będzie zdeterminowana, by powstrzymać władze w Teheranie, może wywrzeć skuteczny nacisk. Niestety, takie kraje jak Rosja czy Chiny są w tej kwestii po drugiej stronie barykady. Z kolei Niemcy, Francuzi i Brytyjczycy, choć są niezadowoleni, że Iran będzie miał broń atomową, wątpię, by coś w tej sprawie zrobili. Jeśli prezydent Ahmadineżad mówi o zniszczeniu Izraela, trzeba się zastanowić, czy taki człowiek powinien mieć broń atomową.

Nie wydaje się panu, że światowi przywódcy nie wierzą w słowa Ahmadineżada? Uważają, że wygaduje bzdury, ale myśli inaczej.

Skoro tak nie myśli, dlaczego tak mówi? I dlaczego tak wiele osób w różnych częściach świata bardzo cieszy się z jego słów? Prezydent Iranu jest gotów zapłacić wysoką cenę za brońatomową, więc jego deklaracje należy traktować poważnie.

Czy opcja militarna jest więc możliwa?

Irański program atomowy jest rozwijany w stosunkowo niewielkiej liczbie obiektów. Znamy ich położenie i możemy je zniszczyć za pomocą precyzyjnych bomb. Taki atak nie powstrzyma całkowicie irańskiego programu atomowego, ale z pewnością opóźni moment, w którym Iran będzie miał broń nuklearną. Prezydent Bush może podjąć decyzję o bombardowaniu, jeśli otrzyma informację, że Irańczycy są już bardzo blisko pozyskania bomby atomowej.
rozmawiał Jacek Przybylski

Richard Perle, jeden z czołowych amerykańskich neokonserwatystów, był przewodniczącym Rady Polityki Obronnej Departamentu Obrony w gabinecie George’a W. Busha, a w latach 1981 - 1987, za Ronalda Reagana - doradcą sekretarza obrony do spraw bezpieczeństwa

Następna strona »


Nowe artykuły na email

Kliknij poniższy link i zapisz się, a będziesz otrzymywał nowe artykuły na email:

ZAPISUJE SIĘ >>

 

listopad 2008
P W Ś C P S N
« paź    
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930

a

Statystyka

  • 356,022 odwiedzin