Archiwum kategorii 'Chiny' Category

Logo Beijing 2008 - skąd się wzięło

Logo Igrzysk Olimpijskich w Chinach - skąd się wzięło

Olimpiada w Chinach - czy bojkotować?

Skąd to nagłe oburzenie, że Międzynarodowy Komitet Olimpijski powierzył Pekinowi igrzyska patrząc na dobro swoje, a nie Tybetańczyków czy wyznawców Falun Gong? Przecież robi to od 100 lat, wyprzedając olimpijską ideę po kawałku każdemu, kto zapewni pieniądze i przepych.
Igrzyska w Pekinie - przygotowania

Dokładnie za pół roku, w niedzielny wieczór 24 sierpnia, przewodniczący MKOl Jacques Rogge ogłosi, że chińskie Igrzyska XXIX Olimpiady uważa za zamknięte. Stojąc na stadionie zwanym Ptasim Gniazdem, cudzie sportowej architektury, podziękuje za 16 dni wysiłku i emocji. Być może wróci też do starego olimpijskiego zaklęcia: “To były najlepsze igrzyska w historii”. Dla jego poprzednika, markiza Juana Antonio Samarancha, każde kolejne były najlepsze. Rogge ma więcej umiaru.Na razie wiadomo, że Pekin przygotuje igrzyska największe, najdroższe – i najbardziej kontrowersyjne od czasu upadku muru berlińskiego. Sportowcy wolnego świata zjadą do kraju cenzury i prześladowań. Kraju supernowoczesnych miast i dziewiętnastowiecznych wiosek, tłumiącego brutalnie każdy wolny głos z Tybetu, godzącego się na rzeź w Darfurze, dopóki zarabia na sprzedawaniu Sudanowi broni i tanio kupuje od niego ropę, państwa szantażującego Tajwan rakietami. Święto sportu i młodości ma się odbyć tam, gdzie nieprawomyślnych blogerów skazuje się na lata więzienia, więźniom wycina organy na sprzedaż, a egzekucji jest więcej niż w pozostałych krajach świata razem wziętych.

Komunistyczne władze zobowiązały się przestrzegać podczas igrzysk pewnych standardów, ale prawa człowieka w ich wydaniu będą miały urok wioski potiomkinowskiej. Swoboda dla dziennikarzy? Tak, ale tylko zagranicznych. Dostęp do zachodniej prasy? W dziewięciu wybranych punktach sprzedaży i tylko od otwarcia do zamknięcia igrzysk. Dla Falun Gong i Tybetu żadnego pobłażania nie będzie.

Do chińskiej reprezentacji nie zostanie dopuszczony żaden Tybetańczyk. Nawet Hitler w 1936 roku w Berlinie zrobił wyjątek dla dwojga niemieckich sportowców żydowskiego pochodzenia, tyle że wtedy miał się kto o nich upomnieć. Dziś ani MKOl, ani żadne z państw tego nie zrobi, bo Chiny i ich rozpędzona gospodarka dają zarobić każdemu chętnemu, ale każą sobie za to płacić milczeniem. Więc ani słowa o masakrze na placu Niebiańskiego Spokoju, o Tybecie, prześladowaniach religijnych. Z placu Niebiańskiego Spokoju ma ruszyć maraton, najbardziej romantyczna konkurencja igrzysk, i MKOl nie ma nic przeciwko, przynajmniej oficjalnie. Protesty i bojkoty pozostawiono prywatnej inicjatywie. Niech apelują sportowcy, Amnesty International, Steven Spielberg, niedoszły reżyser ceremonii otwarcia. I tak niewiele z tego wyniknie.

Coubertin na bok

Od MKOl zbyt wiele wymagać nie należy, jego losy to niekończąca się lista kompromisów z rzeczywistością. “Istotą igrzysk nie jest zwyciężyć, ale wziąć udział. Nie musisz wygrać, bylebyś walczył dobrze” – pisał francuski baron Pierre de Coubertin, który starożytny pomysł odkurzył dla współczesności. Antyczne igrzyska były przede wszystkim świętem religijnym. Baron, uczeń jezuitów, wierzył, że i jemu uda się stworzyć coś na kształt religii sportu, bratającej narody i wychowującej do pokoju. Nowożytny olimpizm był projektem na wiek XX, lecz skrojonym według wymiarów dziewiętnastowiecznych, i gorset zasad szybko zaczął uciskać. Dziś przed każdymi igrzyskami słychać wezwania do powrotu do czasów bezinteresownego święta, które nie kłaniało się polityce ani mamonie. To wzruszające, problem w tym, że takie igrzyska nigdy nie istniały. Pozostały pięknym zmyśleniem, a sam baron przymykał oko na naginanie marzeń do życia.

Zaczęło się już od pierwszych igrzysk. Coubertin chciał, żeby premiera była u niego w Paryżu i w okrągłym 1900 roku. Grecki król Jerzy I wymusił na nim, by odbyła się w Atenach cztery lata wcześniej. Król pochodził z dynastii duńskiej, poddani niespecjalnie go kochali. Chciał wkupić się w łaski Greków, fundując im olimpijski spektakl. Zrobił to za pieniądze milionera Gheorgiosa Averoffa. A Coubertina odsunął od wpływu na organizację, bo Francuz miał za dużo uwag.

Krew w basenie

Olimpizm nie zmieniał świata. Od początku dawał się nieść jego prądom. Miał uciszać armaty, a sam się przed nimi wycofywał. Lud wcale nie chciał być wychowywany do pokoju. Entuzjazm, z jakim europejskie ulice przyjęły wybuch pierwszej wojny światowej, był wymowny. W starożytności zawieszano wojny, żeby rozegrać igrzyska, w XX wieku było odwrotnie.

Wielka polityka wkraczała na olimpijskie stadiony bez pytania i przy każdej okazji. Raz głośno, jak w Berlinie w 1936 czy w Monachium w 1972 roku, raz po cichu, jak w przypadku farmakologicznego dopingu, który rozwijali naukowcy pracujący na zlecenie rządów, gdy sukcesy na bieżniach i matach stały się argumentem w zimnej wojnie.

Właściwie każde igrzyska miały swoje incydenty z politycznym tłem. W Londynie w 1908 roku podczas ceremonii otwarcia chorąży amerykańskiej ekipy Ralph Rose złamał protokół, odmawiając pochylenia flagi USA przed siedzącym na trybunie królem Edwardem VII. Powiedział, że “ten sztandar nie kłania się żadnemu z ziemskich królów”. W 1956 roku w Melbourne, podczas igrzysk rozgrywanych tuż po budapeszteńskim październiku, olimpijski basen zabarwił się krwią, bo Węgrzy w meczu piłki wodnej pobili się z rywalami z ZSRR. Gdy węgierscy emigranci, którzy zapełnili trybuny, ruszyli na pomoc swoim, sportowcy ZSRR ledwo uniknęli linczu. W 1968 roku w Meksyku czarnoskórzy sprinterzy amerykańscy, stojąc na podium, wyciągnęli w górę zaciśnięte pięści w czarnych rękawiczkach. Protestowali przeciw segregacji rasowej w USA w imieniu Czarnych Panter. – My nie reprezentujemy Stanów Zjednoczonych – mówili. Zostali wyrzuceni z igrzysk, a po powrocie do domu czekały na nich groźby śmierci i ostracyzm.
Olimpiada w Meksyku - protest przeciw segregacji rasowej w USA

Wyliczać można bez końca. Władysław Kozakiewicz stronniczej moskiewskiej publiczności pokazał po zwycięstwie w skoku o tyczce, co o niej sądzi. Nasze gazety o jego geście nie napisały, ale cała Polska widziała. W 1984 roku w Los Angeles mafia ormiańskich emigrantów groziła śmiercią sportowcom z Turcji, mieszkający w Kalifornii Sikhowie wyzywali z trybun hinduskich sportowców, a mecz Indie – Pakistan w hokeju na trawie skończył się bijatyką. Jeszcze cztery lata temu w Atenach zdarzyło się, że irański dżudoka wolał poddać się bez walki, niż zmierzyć się z rywalem z Izraela.

Hrabia patrzy na ręce

Dziś za igrzyska hańby są uważane te berlińskie z 1936 roku, ale głównie dlatego, że wiemy, co było dalej. Hitler chciał pokazać światu wielkie Niemcy i rzucić wyzwanie Amerykanom. Polityczny zamysł był widoczny na każdym kroku. Jeśli jednak chodzi o antysemickie i rasistowskie ekscesy, Hitlera trzymali w ryzach ówczesny belgijski przewodniczący MKOl hrabia Henri de Baillet-Latour i państwa grożące bojkotem. Ponoć Baillet-Latour, gdy przyjechał na rok przed zawodami na inspekcję i zobaczył przy drodze plakaty z antyżydowskimi hasłami, dał Hitlerowi do wyboru: albo je zdejmiecie, albo ja oddam olimpiadę komu innemu. Hitler wpadł w szał, ale gdy się uspokoił, rzucił: “Będzie, jak pan chce”, i wybiegł z pokoju.

Kilka reprezentacji podjęło decyzję o starcie w Berlinie w ostatniej chwili. Sportowcy USA mimo nalegań diaspory żydowskiej przyjechali, ale zrezygnowali z pozdrawiania wodza podczas defilady. W loży honorowej już podczas igrzysk Baillet-Latour ciągle patrzył Hitlerowi i jego świcie na ręce. Musiał to robić dobrze, skoro czarnoskóry sprinter Jesse Owens, bohater tamtych igrzysk, wspominał, że absolutnie nie czuł się dyskryminowany, a polska prasa pisała o wielkiej gościnności gospodarzy i nawet w wyciągniętych w górę dłoniach widziała zwykłe pozdrowienie. Propagandziści Hitlera nazistowską symbolikę umiejętnie przemieszali z antyczną i z zapewnieniami, że Trzecia Rzesza niczego tak nie miłuje jak pokoju. To oni wymyślili sztafetę z ogniem zapalonym w Olimpii, zwyczaj, który przetrwał do dziś.

Gospodarzy igrzysk z niezbyt chlubną kartą było więcej. W Meksyku dziesięć dni przed rozpoczęciem igrzysk 1968 roku prezydent kraju Gustavo Diaz Ordaz wysłał wojsko na plac Tlatelolco i krwawo stłumił rewoltę młodzieży, zabijając ponad 250 osób. W 1980 roku Moskwa dysydentów prewencyjnie aresztowała albo wydalała z kraju.

Dwie wioski

Sportową politykę, której Hitler spróbował w 1936 roku, kraje komunistyczne zamieniły w system. Najpierw jednak Rosja radziecka musiała zacząć zauważać igrzyska, bo od rewolucji październikowej je ignorowała, uważając za burżuazyjną rozrywkę. MKOl też zresztą okazywał ZSRR ostentacyjną niechęć: dla niego wciąż istniała carska Rosja reprezentowana przez arystokratów emigrantów. Baillet-Latour deklarował, że póki żyje, flaga sowiecka nie zawiśnie na olimpijskim maszcie.
Olimpiada w Moskwie
Olimpiada w Moskwie

Belgijski szef MKOl zmarł w czasie wojny, a po niej nastąpiło szybkie zbratanie. ZSRR wystąpił pierwszy raz na igrzyskach w Helsinkach w 1952 roku. Zbudował tam własną wioskę olimpijską, w której radzieccy agenci pilnowali sportowców przed złapaniem kapitalistycznej infekcji.

Władzę w MKOl przejmował akurat Avery Brundage, idealista z Chicago, który widząc, w jakim kierunku zmierza świat, uznał, że najlepiej będzie zachować neutralność. Za swoją misję uznał przede wszystkim wierność zasadzie amatorstwa i ochronę igrzysk przed, jak mówił, “zaprzedaniem złotemu cielcowi”. To on przystawił pieczątkę na stworzonym w całym bloku wschodnim systemie, który nazwano państwowym zawodowstwem. Władza nie tylko pokrywała koszty przygotowań sportowców, ale utrzymywała ich na fikcyjnych etatach poza sportem. Wszystko to było podlane sosem szczytnych haseł i Brundage po wizycie w ZSRR orzekł nawet, że żadne państwo nie realizuje idei de Coubertina lepiej.

Dyplomacja w dresie

Państwowa pomoc dla olimpijczyków nie była niczym nowym. Pierwsi byli Amerykanie, za nimi poszli inni, ale trzeba było zimnej wojny, żeby powstały takie monstra jak radziecki i enerdowski system planowania sportowego. Nieuznawana w zachodnim świecie NRD postanowiła przypominać o sobie właśnie przez sport. Jej reprezentantów nazywano dyplomatami w dresach, jeździła za nimi cała armia oficjeli i agentów. Sportowcy NRD zawsze mieli najlepsze warunki do treningu, ZSRR do miast igrzysk wysyłał statki ze sprzętem, a bywało, że i z pokojami dla olimpijczyków. Taki statek cumował np. w 1976 roku w Montrealu, miał też zakotwiczyć osiem lat później w Los Angeles, ale jak wiadomo, tam akurat nie dopłynął.

Wschód rzucił wyzwanie, Zachód je podjął. Podczas zimnej wojny igrzyska i ich bojkoty stały się swego rodzaju raportem o stanie świata. Pokazywały, co go dzieli, i pozwalały stronom policzyć siły. Bojkotowano przez cały okres powojenny – aż do igrzysk 1992 roku w Barcelonie – i dla najróżniejszych celów. W 1952 roku wysłania sportowców odmówiła NRD, bo MKOl oczekiwał wspólnej reprezentacji zachodnio- i wschodnioniemieckiej (taka w końcu powstała, dopiero w 1968 roku NRD wystartowała pod własną flagą). W 1956 roku w Melbourne Irak, Liban i Egipt ogłosiły bojkot z powodu zajęcia przez Izrael Kanału Sueskiego, a Holandia i Hiszpania – w proteście przeciw inwazji ZSRR na Węgry. Chiny nie startowały w igrzyskach aż do lat 80., póki MKOl nie uznał, że Tajwan to nie Tajwan, tylko “Chińskie Tajpej”. Kraje czarnej Afryki wymaszerowały z wioski olimpijskiej dosłownie w przeddzień olimpiady 1976 roku, bo nie spodobało im się, że dopuszczono Nową Zelandię, która nie zerwała do końca sportowych kontaktów z wyklętą za rasizm RPA.

Strzały w Monachium

Tylko olimpijski rok 1972 zapowiadał się pod tym względem wyjątkowo spokojnie. Do RFN na igrzyska, które miały pokazać uśmiechniętą twarz Niemiec, zjechały aż 122 reprezentacje, co miało jeszcze długo pozostać rekordem. Zabawa trwała dziesięć dni, przyszły król Szwecji Karol XVI Gustaw poznawał wśród olimpijskich hostess swoją przyszłą żonę Sylwię, atmosfera była znakomita. Jedenastego dnia nad ranem na wioskę olimpijską uderzyli palestyńscy terroryści z Czarnego Września. Dwóch sportowców Izraela zamordowali, dziewięciu innych porwali. Zażądali uwolnienia więźniów z izraelskich cel. W nieudanej próbie odbicia zakładników na lotnisku zginęli wszyscy porwani. Avery Brundage ogłosił, że mimo wszystko “igrzyska muszą trwać”.

Skończył się jednak czas niewinności, od tej pory wydatki na zapewnienie bezpieczeństwa poszybowały w górę. I bez nich obrastające w nowe konkurencje igrzyska były już imprezą potwornie drogą. Przy niechęci MKOl do szerszego otworzenia drzwi sponsorom i telewizjom gospodarze nie mieli szans na odzyskanie wydatków. Rozsądni uciekali od organizowania olimpiad – Denver oddało igrzyska zimowe 1976 roku, bo mieszkańcy nie mieli zamiaru płacić. Mniej rozsądni, jak frankofoni z Quebecu, którzy liczyli na to, że olimpiada w Montrealu rozrusza gospodarkę prowincji i może kiedyś pomoże oderwać się od Kanady, spłacali długi jeszcze w XXI wieku. Przez następne lata o letnie igrzyska ubiegały się tylko mocarstwa. O te w 1980 roku – Moskwa i Los Angeles, w 1984 – tylko LA, a w 1988 – za amerykańskie pieniądze – Seul.

Furia pani Thatcher

Moskwa 1980 roku to były pierwsze igrzyska w bloku komunistycznym. Wojsko pomagało budować obiekty, Breżniew żądał od towarzyszy perfekcji, a w fotelu ambasadora Hiszpanii w Moskwie knuł swoją olimpijską intrygę markiz Juan Antonio Samaranch. Jego czas nadejdzie wkrótce, tuż po igrzyskach okaleczonych przez największy powojenny bojkot.

Prezydent USA James Carter zagroził nim niedługo po sowieckiej inwazji na Afganistan w 1979 roku. Bardziej precyzyjnie groźbę wyłożył sekretarz stanu Cyrus Vance: albo odwołujemy letnie igrzyska, albo przenosimy je gdzie indziej. Carter musiał licytować wysoko. Amerykańscy zakładnicy w Iranie czekali na uwolnienie, prezydent miał opinię mięczaka, a kampania wyborcza była na horyzoncie. Amerykańska administracja pociągnęła za sobą do bojkotu ponad 60 krajów, ale wiele z tych, na których Carterowi zależało, wysłało sportowców. Czasami wbrew własnej woli, jak Wielka Brytania, której komitet olimpijski nic sobie nie robił z pełnych furii tyrad Margaret Thatcher. Jedyne, co pani premier mogła zrobić, to zatrzymać w domu rozkazem sportowców, którzy służyli w armii, a pozostałym odebrać prawo startu pod brytyjską flagą. Wystartowali więc pod olimpijską, tak jak m.in. Włosi, Francuzi, Australijczycy, Belgowie i Holendrzy. Na czerwonym dywanie rozwiniętym w wiosce olimpijskiej defilował dumnie Jaser Arafat, gość specjalny Breżniewa. Opowiadał, że to tylko kwestia czasu, gdy Organizacja Wyzwolenia Palestyny wyśle swoją reprezentację.

Hamburger Games

Największym zwycięzcą moskiewskich igrzysk był Samaranch, człowiek, który przeprowadzi ruch olimpijski przez kłopoty do wielkich pieniędzy. Ze służby swojemu królowi został wyrzucony, bo wbrew jego woli poszedł na ceremonię otwarcia (Hiszpania była wśród bojkotujących), ale z poparciem krajów socjalistycznych wybrano go w Moskwie na nowego szefa MKOl. Do łagodzenia tarć między wielkimi blokami politycznymi ktoś tak śliski jak on nadawał się świetnie. Zrozumiał, że polityczna logika szkodzi igrzyskom, lepsza będzie logika portfela. Członkowie MKOl już wtedy świetnie się nią posługiwali. Przybywając na igrzyska, żądali, by gościć ich jak monarchów i rozpieszczać prezentami. Za kilkanaście lat wybory gospodarza igrzysk staną się obwoźnym spektaklem korupcyjnym, ukróconym dopiero przez wielki skandal związany z wyborem Salt Lake City, ale na razie Samaranch musiał doprowadzić do tego, by miasta znów chciały się bić o prawo goszczenia sportowców.

Zrobił to z pomocą młodego amerykańskiego biznesmena Petera Ueberrotha. Pozwolił mu zorganizować w Los Angeles igrzyska prywatne. Nie było wyjścia, bo nikt inny tej olimpiady nie chciał, a rząd amerykański odmówił finansowej pomocy. Ueberroth dostał od Samarancha wolną rękę, zebrał grupę sponsorów i na igrzyskach nazwanych nawet przez amerykańską prasę Hamburger Games zarobił ponad 200 mln dolarów. Coca-Cola reklamowała się przy igrzyskach od 1928 roku, McDonald’s od 1976, ale teraz te i inne firmy weszły na stadiony na zupełnie innych prawach. Z czasem to one staną się prawdziwymi władcami pięciu olimpijskich kół.

ZSRR i jego sojusznicy (z wyjątkiem Rumunii) na igrzyska do Los Angeles nie przyjechali. Radzieccy towarzysze długo szukali powodu, by zemścić się za bojkot moskiewski: a to nie podobały im się zasady zwrotu kosztów, a to akredytacja dla Radia Wolna Europa. 8 maja ogłosili, że nie przyjadą, bo nie byliby w stanie zapewnić swoim sportowcom bezpieczeństwa w mieście terrorystycznych band, zepsucia i smogu. Do ZSRR dołączyło kilkanaście krajów, w tym Polska. Wkrótce potem do władzy doszedł Michaił Gorbaczow. Kończył się czas bojkotów.

Czerwona wieża

Do Seulu w 1988 roku nie przyjechali tylko sportowcy z KRLD, Kuby i Etiopii, w Barcelonie w 1992 roku byli już wszyscy, nawet RPA, która właśnie rozmontowała apartheid. Wielka polityka wychodziła, mijając się w drzwiach z nowymi panami: ponadnarodowymi koncernami i telewizją. One przejęły władzę tak skutecznie, że np. w 1996 roku, na stulecie nowożytnych igrzysk, powierzono ich organizację nie Atenom, ale Atlancie, bo tam ma siedzibę CocaCola. I to one nie dopuszczą dziś do tego, by igrzyska w Chinach się nie odbyły. To jest paradoks MKOl. Gdy jeszcze chciało mu się zmieniać świat, był na to za słaby. Jak urósł w siłę, stał się najbogatszą organizacją pozarządową, to troszczył się już przede wszystkim o siebie i stan kasy. Oczywiście, że jego członkowie mieli wątpliwości, gdy w 2001 roku dawali olimpiadę Pekinowi, ale pokusa była silniejsza. Chęć spróbowania czegoś, czego jeszcze nie było, zdobycia nowego rynku. Najbardziej wystawne igrzyska czekały w promocji, za niewielką cenę przymknięcia oczu na to, co złe u gospodarzy. Jakkolwiek by to zabrzmiało, nie MKOl pierwszy i nie ostatni. Francja podświetla wieżę Eiffla na czerwono, gdy przyjeżdża chiński przywódca, kolejne kraje uginają się przed nim, nie przyjmując Dalajlamy, a na placu Niebiańskiego Spokoju, niedaleko od miejsca, którym wjeżdżały czołgi, wisi logo Starbucks. Jeśli za pół roku pojawią się tam też olimpijskie kółka, naprawdę będzie to takie oburzające?
Źródło : Rzeczpospolita: Piękne zmyślenia barona de Coubertina
Paweł Wilkowicz 22-02-2008

Ekspansja gospodarcza Chin

Źródło: Tygodnik Powszechny: Gwiaździsty sztandar made in China
2007-11-29

Nie ma ostatnio tygodnia, by w którymś z krajów Zachodu, także w Polsce, nie wybuchała jakaś „chińska afera” – ze szkodliwymi chińskimi zabawkami bądź z talerzami malowanymi farbą zawierającą ołów. Z Chin płyną nie tylko zabawki i talerze, ale także zatruta żywność. Tyle że kiedyś, dawno temu, to samo robili… Amerykanie.
Piotr Bernadyn z Tokio /2007-11-29

Niedawno w jednym z chińskich miast wybudowano fabrykę firmy elektronicznej NEC. Nie była to jednak inwestycja znanego japońskiego koncernu o tej nazwie, lecz od początku do końca chińska „atrapa”: z własnym laboratorium, halami i działem sprzedaży. Japończycy wykryli fałszerstwo dopiero, gdy klienci zaczęli się skarżyć na słabą jakość zakupionych produktów.

Nigdzie podrabianie nie jest tak rozpowszechnione jak w Chinach. Dotyczy to nawet leków i żywności. – Gdyby Chińczycy wiedzieli, jak szkodliwe jest jedzenie, które codziennie kupują, w kraju wybuchłaby rewolucja – twierdzi w rozmowie z „Tygodnikiem” Zhou Qing, autor książki o skandalicznych warunkach, w jakich w Chinach produkowana jest żywność (książka w ojczyźnie autora nie mogła się ukazać, przywiózł rękopis do Japonii).

Plaga dotyka zatem przede wszystkim samych Chińczyków, choć coraz częściej wybrakowane towary trafiają za granicę. Wywołuje to międzynarodowe napięcia. Jednak obok troski o jakość chińskich towarów, kryje się za nimi także lęk – przed rosnącą rolą Chin na świecie.

„Chcą nas wytruć!”

O ile o „chińskich bublach” mówi się od dawna, to o szkodliwej chińskiej żywności głośno zrobiło się dopiero wiosną tego roku, gdy kilka tysięcy amerykańskich psów i kotów śmiertelnie zatruło się importowanym pokarmem. Potem popłynęły informacje o wstrzymywaniu kolejnych dostaw z Chin: ryb skażonych antybiotykiem, zabawek pokrytych trującą farbą z dodatkiem ołowiu, toksycznych suszonych owoców. Ze sklepów w Europie, USA i Kanadzie wycofywać zaczęto opony, materace, komórki czy ognie sztuczne. Wszystko „made in China”.

„Nasz eksport jest w 99 proc. bez zarzutu” – tak protestuje, tradycyjnie już, chiński MSZ. A rynek wewnętrzny? „Jest coraz lepiej, tylko 20 proc. żywności nie spełnia norm”.

W tym roku w ramach retorsji Chiny wycofały amerykańskie mandarynki, w których wykryto od razu bakterie, pleśń i dwutlenek siarki. Pekin miał do amerykańskich mediów pretensje o wzbudzanie histerii. Częściowo słuszne: „Czy Chiny planują wytruć Amerykanów i ich zwierzęta!?” – wołały media w USA. Waszyngtonowi Pekin zarzucił, że problemem nie są wybrakowane towary, lecz rosnący deficyt handlowy USA, więc administracja Busha szuka pretekstu do sztucznej ochrony własnego rynku.

Jednak groźby kar i bojkotu ze strony USA – a także Unii Europejskiej – zrobiły swoje: Chińczycy przyznali, że problem istnieje („Jesteśmy wciąż krajem rozwijającym się”), godząc się nawet na współpracę z zagranicą we wdrażaniu nowego systemu kontroli jakości. Do olimpiady w 2008 r. ma być lepiej. Zwłaszcza z żywnością, której nie ufa dziś 70 proc. chińskich konsumentów. Władze obiecały zwiększyć liczbę kontroli, zaostrzyły kary i, jak to w Chinach, wydały wyrok śmierci na dwóch urzędników oskarżonych o przyjmowanie łapówek za dopuszczanie na rynek podrobionych lekarstw.

– Tych dwóch skazano, bo amerykańskie psy i koty zatruły się chińskim pokarmem – komentuje szyderczo Zhou Qing. Jego zdaniem proces był „dla zagranicy”, podczas gdy to chińskie społeczeństwo jest główną ofiarą własnych bubli. A tu Zhou jest sceptyczny: poprawi się jakość towarów na eksport, reszta zostanie bez zmian.

Nie tylko Chiny

Dlaczego podrabiają, także własne marki? Dlaczego – jak ostatnio w czasie święta narodowego – kontrola w prowincji Heibei wykazała, że połowa rodzimej wódki i blisko 100 proc. importowanych alkoholi w sprzedaży było podrobionych? Wini się komunizm, kapitalizm, biedę, prawo, globalizację, wreszcie chińską mentalność.

Po pierwsze, towary podrabia się w wielu krajach Azji i nie tylko. Dostawy z meksykańską żywnością są zawracane z amerykańskiej granicy równie często jak chińskie. Ale Chiny są wielkie i rozwijają się najszybciej w świecie.

Można też szukać analogii w przeszłości. To, co jedni nazywają „chińskim duchem przedsiębiorczości”, ma wiele wspólnego z rozwojem gospodarki USA przed stu laty. Prezydent Theodore Roosevelt utworzył w 1905 r. Urząd Żywności i Leków po serii skandali, wywołanych pojawieniem się na rynku m.in. nawozów sztucznych albo glukozy sprzedawanej jako miód.

Regulacje prawne w Chinach nie nadążają – jak kiedyś w USA – za rozwojem gospodarczym. Pogoń za zyskiem i mordercza konkurencja (wymuszana także przez dyktujące niskie ceny zachodnie koncerny) skłania wielu przedsiębiorców do gry nie fair. Gwałtowne przemieszczenia społeczne idą w parze z rozluźnieniem norm moralnych. W swej książce Zhou Qing opisuje, jak pewien właściciel baru starał się utrzymać klientów, dodając do zupy… morfinę.

Trudno za każdą chińską patologię winić partię komunistyczną. Ale system polityczny, pełen frazesów o socjalistycznej demokracji, jest dyktaturą technokratów, sprawujących (przy pomocy cenzury i policyjnej pałki) władzę legitymizowaną gospodarczym wzrostem. Wzrost zatem musi trwać.

Chęć walki z korupcją głoszona przez chińskich przywódców może być szczera. Przeszkoda tkwi w powiązaniach lokalnych notabli z biznesem. W Heibei okazało się, że wiele restauracji sprzedających podrobiony alkohol należało do funkcjonariuszy partyjnych lub ich rodzin. A to nomenklatura, wydając rozporządzenia, stanowi prawo.

Winna kultura?

„Ten system formuje złych ludzi” – pisał znany intelektualista Liu Junning po aferze z niewolniczym wykorzystaniem dzieci w chińskich kopalniach. „Przez ostatnie kilkaset lat dużo się w społeczeństwie zmieniło, poza jednym: ludzkie prawa nie są chronione i wciąż depcze się godność. Niewolnictwu w kopalniach winna jest nie gospodarka rynkowa, lecz partyjni notable, właściciele kopalni i przede wszystkim system, który nie chroni praw jednostki do życia, wolności i własności”.

23 lata temu ukazała się książka tajwańskiego naukowca Yo Banga pt. „Ugly Chinaman”. W ChRL nie doczekała się publikacji, na Tajwanie wznawiano ją nie raz. To ostry pamflet na chińską kulturę.

Przypisywanie narodom cech charakteru wyszło na Zachodzie z mody i ociera się o polityczną niepoprawność. Ale na Dalekim Wschodzie, gdzie nacjonalizm jest żywy, wciąż ma wzięcie. Yo Bang zaczyna pytaniem, czy po rewolucji kulturalnej „da się jeszcze uratować naród moralnych degeneratów”? Później, jak Liu, cofa się daleko w przeszłość. Jego zdaniem chińska kultura od setek lat jest „uszkodzona”. Jak wielki naród mógł się tak zdegenerować? – pyta.

Jego zdaniem powód tkwi w tyranii, własnej i obcej, której naród był poddawany przez wieki. Upadek tak wielkiej cywilizacji musiał się odbić na psychice wszystkich Chińczyków, bez względu na to, gdzie mieszkają. W rezultacie przeciętny Chińczyk ma niezrównoważoną osobowość, oscylującą między ekstremami – arogancją i kompleksem niższości.

„Chińskie dzielnice w USA łatwo odróżnić od japońskich i koreańskich, bo panuje tam zawsze bałagan” – pisze Yo Bang. W relacjach międzyludzkich normą jest kłamstwo, Chińczyk ufa tylko rodzinie, przejawia skłonność do konformizmu i służalczości, a z drugiej strony do intryg i konfliktów. Najlepiej widać to po chińskiej diasporze w USA.

Do każdej jego tezy znajdzie się zapewne antyteza. Ale jeśli teza Yo Banga choć w części jest prawdziwa, to lekarstwem na chorą chińską duszę byłby powrót Chin do naturalnego im splendoru. W tym kierunku prawdopodobnie zmierzają.

Japoński „Newsweek” przestrzegał niedawno przed zbliżającą się inwazją chińskich turystów. Skrupulatnie, przy pomocy wykresów udowadnia, że turyści z Chin mają za granicą złą opinię za brak manier, dyscypliny i rasizm. Chińskie władze świadome są chyba problemu, bo przed olimpiadą próbują edukować naród, że np. nie wypada wpychać się bez kolejki, śmiecić, załatwiać się, gdzie popadnie. Mocą ustawy odbierane będą paszporty tym, którzy przynieśli ojczyźnie za granicą wstyd.

Azjatycka inwazja

Jakość chińskich towarów będzie się zapewne poprawiać. Walka z korupcją i nauka kindersztuby też może przynieść efekty. Brak demokracji nie jest przeszkodą – przykładem Singapur, w którym Lee Kuan Yew drakońskim karami wypalił patologie.

Warto jednak zatrzymać się przy innym problemie, który ujawnił się w czasie tegorocznych napięć, zwłaszcza między Chinami a USA. Pytanie brzmi: czy Stany Zjednoczone są psychologicznie gotowe zaakceptować istnienie gospodarczej potęgi, która może zagrozić ich interesom?

20 lat temu ekspansja Japonii wydawała się nie mieć końca. Wysokiej klasy japońskie towary zalewały USA. W niezliczonej ilości artykułów i książek, także naukowych, wieszczono Ameryce zmierzch. Kilka razy omal nie doszło do wojny handlowej i to zawsze Japonia musiała ustąpić. Raz po raz okazywało się, że przywiązanie Amerykanów do wolnego handlu kończy się tam, gdzie zagrożony jest narodowy interes.

Tym razem konkurent ma potencjał, by sprawić jeszcze więcej kłopotów. Co więcej, Chiny nie są, jak Japonia, skrępowane układem bezpieczeństwa z USA. Alarmistyczne doniesienia mediów o szkodliwości chińskich towarów pokazują, jak łatwo wzbudzić u Amerykanów protekcjonistyczne uczucia. Głos internauty, wcale nieodosobniony, pod artykułem w „Washington Post”: „Najpierw zabrali nam miejsca pracy, teraz nadchodzi czas, że zostaniemy otruci. Nasze zwierzęta zdychają od skażonego pokarmu i uwierzcie: my będziemy następni. Nasze koncerny nauczyły Azjatów, że chciwość jest cnotą”. Inny pisał, że dość ma „leseferyzmu w przewodzie pokarmowym”.

Skazani na Chiny

Czy jednak możliwe jest odcięcie się od Chin, czego próbował amerykański producent żywności, reklamując swoje towary jako „China free”? Chińczycy produkują tanio. „Tak wielki jest głód Amerykanów za tanim importem, że menadżerowie korporacji wielokrotnie odrzucali wezwania naukowców, by nałożyć nowe, choćby skromne standardy jakości na produkty z zagranicy” – twierdzi Urząd Żywności i Leków w Waszyngtonie. A poza tym są już dziedziny, w których Chiny stały się niemal światowym monopolistą, np. w produkcji konserwantów żywności czy witaminy C.

Niektóre koncerny spożywcze w USA poleciły swym dostawcom szukać substytutów dla chińskich towarów. Okazało się, że jeśli nawet znalazł się towar z innego kraju, to co najmniej jeden z jego składników i tak wyprodukowany był w Chinach.

Gospodarki Chin i krajów bogatych są dziś komplementarne: Chińczycy produkują to, co się już Amerykanom czy Europejczykom nie opłaca. Sytuacja się zmieni, gdy w chińskim eksporcie dominować zaczną produkty bardziej zaawansowane.

To przyszłość. Na razie Chińczycy są numerem jeden w innych dziedzinach. Amerykański reporter sprawdzał latem w centrum handlowym, co jeszcze można kupić rodzimej produkcji. Na stoisku sportowym niewiele: większość artykułów było z Chin, nawet flaga amerykańska. Na stoisku z zabawkami: jeszcze gorzej. Krążąc między regałami, reporter znalazł jeden amerykański produkt – grę „Monopol”. Po otwarciu z pudelka wypadły kości i rekwizyty do gry… Nie były amerykańskiej produkcji. Miejmy nadzieję, że nie zawierały toksycznych substancji.

Cyberwojna - pierwsze potyczki - Chiny kontra USA

Źródło: Rzeczpospolita: Wirtualna trzecia wojna światowa
05.09.2007

Pomiędzy światowymi mocarstwami toczy się już prawdziwa cyberwojna. Chińscy hakerzy przypuścili niedawno zmasowany atak na komputery Pentagonu. Tylko dzięki szybkiej reakcji Amerykanów nie udało im się wykraść ściśle tajnych danych

Do ataku doszło w lipcu, ale sprawa wyszła na jaw dzięki wczorajszej publikacji “Financial Times”. Według gazety cybernetyczna inwazja zmusiła Departament Obrony do zawieszenia na tydzień działania części swojej sieci. Był to najpoważniejszy tego typu atak w historii Stanów Zjednoczonych.

Zdaniem przedstawicieli departamentu, z którymi rozmawiali dziennikarze, amerykański kontrwywiad nie ma żadnych wątpliwości, kim byli napastnicy. Ataku dokonali hakerzy chińskiej armii, którzy wcześniej przez kilka miesięcy starali się rozgryźć amerykańskie systemy zabezpieczeń.

-To dzikie, bezpodstawne oskarżenia. To myślenie charakterystyczne dla okresu zimnej wojny - powiedział wczoraj rzecznik chińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Jiang Ju. - Nasz rząd stanowczo potępia podobne praktyki, bo sam często pada ich ofiarą -podkreślił urzędnik.

Chińska droga na skróty

Takie wyjaśnienia wydają się jednak mało wiarygodne. Zaledwie tydzień wcześniej wyszło bowiem na jaw, że podobnego cyberataku chińska armia dokonała na rządowe komputery w Niemczech. Chińczycy wpuścili do nich groźne wirusy i usiłowali wykraść tajne informacje.

Chińskich hakerów najbardziej interesowały informacje dotyczące nowych technologii. - Oni idą na skróty. To, co Zachód wypracowywał przez pokolenia, Chińczycy chcą zdobyć jednym kliknięciem - mówił wówczas Johannes Schmalzl, szef Urzędu OchronyKonstytucji (kontrwywiad) Badenii-Wirtembergii.

Co Chińczykom udało się wykraść z amerykańskich komputerów? Na razie nie wiadomo. Amerykańscy eksperci starają się właśnie oszacować straty. Wydaje się jednak, że dzięki doskonałym zabezpieczeniom i podjętym błyskawicznie działaniom obronnym udało się zapobiec najgorszemu -Chińczycy nie dostali się do danych opatrzonych klauzulą “ściśle tajne”.

Dzwonek alarmowy

Amerykanie zapowiadają jednak wprowadzenie kolejnych, znacznie bardziej szczelnych, zabezpieczeń. - To dla nas dzwonek alarmowy. Musimy być bardziej agresywni - powiedział cytowany przez “Financial Times” przedstawiciel departamentu. Amerykanie podkreślają, że sprawę traktują niezwykle poważnie.

-Chińska armia pokazała, że potrafi dokonać ataku, który obezwładnia nasz system. Posiada możliwość pozwalającą jej w sytuacji konfliktu wyrządzić nam wielkie szkody - powiedział inny amerykański urzędnik. Eksperci podkreślają zaś, że podobne działania będą w przyszłości nieodzownym elementem kampanii wojennych.

Zdaniem dr. Malcolma Davisa, eksperta ds. przyszłej wojny z King’s College w Londynie “do trzech klasycznych teatrów działań wojennych? morza, ziemi i powietrza, dojdzie niedługo czwarty? cyberprzestrzeń”.

- Hakerzy będą działali jak komandosi poza linią wroga. W czasach, w których niemal wszystko jest kontrolowane przez komputery, cyberatak będzie mógł sparaliżować nieprzyjacielską armię - mówił w wywiadzie udzielonym “Rz” .O tym, jak może być to groźne, przekonała się niedawno Estonia. Podczas sporu z Rosją o usunięcie z centrum Tallina pomnika żołnierza Armii Czerwonej, rosyjscy rządowi hakerzy dokonali zmasowanego ataku na estońskie rządowe komputery. Zablokowane zostały także strony banków, partii politycznych i gazet. Straty, wynikłe z zakłócenia działalności tych instytucji, szacowano na miliony euro. Nie jest tajemnicą, że w wielu armiach świata działają specjalne oddziały hakerów. Mają je między innymi USA, Chiny oraz nieustannie atakowany przez hakerów Izrael.

Sprawa została bardzo poważnie potraktowana przez NATO. Niewykluczone, że w Tallinie powstanie specjalne centrum Sojuszu, którego zadaniem będzie odpieranie przyszłych cyberataków na jego członków.

PIOTR ZYCHOWICZ

Giną, bo wierzą w Chrystusa - prześladowania Chrześcijan

Źródło: Rzeczpospolita: Giną, bo wierzą w Chrystusa
29.03.2007

W krajach Trzeciego Świata zabijanych jest coraz więcej chrześcijan. W niektórych państwach ich sytuacja jest gorsza niż w Rzymie za czasów Nerona

W jednej ze szkół w nigeryjskim mieście Gombe chrześcijańska nauczycielka uczyła muzułmańskie dzieci. W dniu, w którym przeprowadzała trudne egzaminy, obrażeni na nią podopieczni oskarżyli ją o”zbezczeszczenie Koranu”.

Kobieta została wywleczona z klasy na boisko szkolne. Tam dzieci dokonały na niej zbiorowego linczu. Rozwścieczony, krzyczący “Allah Akbar!” tłum długo bił i kopał leżącą nauczycielkę. Według nigeryjskiej gazety “This Day” konającą kobietę podpalono.

Co roku na całym świecie dochodzi do tysięcy zbrodni na wyznawcach Chrystusa. Zarówno duchowni, jak i wierni są zarzynani, bici, topieni, kamienowani i paleni. Nie pozwala się im praktykować wiary, wtrąca do więzień i obozów koncentracyjnych. Na porządku dziennym jest palenie świątyń.

- Chrześcijanie są najbardziej prześladowaną grupą religijną na świecie. Ico ciekawe, padają ofiarą wyznawców tych religii, które powszechnie uznawane są za najsilniej dyskryminowane: muzułmanów, hinduistów czy buddystów -powiedział “Rz” dr Grzegorz Kucharczyk, autor książki “Pod rządami półksiężyca” (wydana przez Christianitas).

Krzyż to zakazany symbol

Szczególnie w krajach muzułmańskich chrześcijanie traktowani są jak obywatele drugiej kategorii. Na terenie Arabii Saudyjskiej zabronione są nawet prywatne praktyki chrześcijańskie. Za posiadanie Biblii grozi zaś aresztowanie przez specjalną policję religijną. Doszło nawet do tego, że tamtejszy rząd zwrócił się swego czasu do skandynawskich ambasad, aby nie wywieszały flag narodowych… bo widnieje na nich symbol krzyża.

Grzegorz Kucharczyk zwraca uwagę na zaskakującą asymetrię. -Arabia Saudyjska pakuje miliony petrodolarów w budowę meczetów w Europie. Jednocześnie nie dopuszcza nawet myśli o tym, żeby pozwolić na zbudowanie na swoim terenie kościoła -podkreślił.

Wyjątkowo ostre, zinstytucjonalizowane prześladowania wymierzone w chrześcijan stosowane są jednak przede wszystkim w krajach komunistycznych - ChRL, Korei Północnej, Wietnamie, Laosie.

Obozy i egzekucje

Według amerykańskiej organizacji International Christian Concern w obozach koncentracyjnych w Korei Północnej przebywa od 50 do 100 tysięcy chrześcijan. - To, co dzieje się w tym kraju, to prawdziwy horror. Za samo posiadanie Biblii ludzie są stawiani przed plutonem egzekucyjnym. Cała ich rodzina trafia zaś do obozu -powiedział “Rz” Jeremy Sewall z ICC. Tortury, głód, wyjątkowo ciężka praca, mrożące krew w żyłach eksperymenty medyczne. Ze zbudowanych według sowieckich wzorców obozów mało kto wychodzi żywy. -W Korei można czcić tylko jednego boga: Kim Dzong Ila. To wyjątkowo zazdrosny bóg, który nienawidzi wszelkiej konkurencji - podkreślił Sewall.

Zachodu to nie obchodzi

Według ekspertów każdego dnia na prześladowania narażonych jest 200 milionów wyznawców Chrystusa. Niestety, nie mogą liczyć na pomoc potężnych krajów chrześcijańskich z Europy i Ameryki. - Cywilizacja zachodnia odchodzi od swoich chrześcijańskich wartości i nic jej nie obchodzą cierpienia współwyznawców w Trzecim Świecie. Ze względu na polityczną poprawność Europejczycy po prostu wstydzą się upomnieć o wyznawców Chrystusa -mówi Sewall.

Podkreśla, że najważniejsze światowe media, takie jak “New York Times”, CNN czy BBC, po prostu odmawiają pisania o prześladowaniach chrześcijan. - Ci ludzie czują się opuszczeni i zapomniani - powiedział “Rz” Jeremy Sewall.
PIOTR ZYCHOWICZ

Ostatnie przypadki prześladowań chrześcijan na świecie

Irak

Dwa dni temu w położonym na północy Kirkuku zamordowano w bestialski sposób dwie katolickie zakonnice. Jedna miała 85, druga 79 lat. Jedna została zaszlachtowana w ogrodzie własnego domu, drugą mordercy dopadli w łóżku, gdzie leżała po przebytej kilka dni wcześniej operacji.

Trynidad i Tobago

Nieznani sprawcy zamordowali protestanckiego pastora podczas odprawiania porannej mszy. Morderca przystawił mu pistolet do głowy i dwukrotnie nacisnął spust. Kevin Austin zginął na miejscu. Brutalnego mordu dokonano na oczach wiernych, w tym wielu małych dzieci.

Uzbekistan

Sąd skazał ewangelickiego duchownego Dimitra Szestakowa na cztery lata pobytu w kolonii karnej o zaostrzonym rygorze. Uznano, że propagował religijny ekstremizm. Warunki panujące w uzbeckich łagrach określane są jako straszliwe.

Chiny

W prowincji Henan brutalnym represjom poddano żonę jednego z tamtejszych pastorów. Gdy upomniała się o skonfiskowane jej rzeczy - telefon komórkowy, komputer i Biblię - została brutalnie pobita przez funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa. Następnie osadzono ją w areszcie za “zakłócanie porządku publicznego”. p.z.

Rosyjski niedźwiedź i chiński smok, czyli romans z rozsądku

Źródło: Rzeczpospolita: Rosyjski niedźwiedź i chiński smok, czyli romans z rozsądku
27.03.2007

Za rządów Władimira Putina na linii Moskwa - Pekin doszło do zmian, o jakich nikomu się nie śniło jeszcze dekadę temu. Ale o sojuszu za wcześnie mówić - to raczej romans z rozsądku.

Chiński przywódca Hu Jintao zaczął wczoraj trzydniową wizytę w Rosji i już może być pewien, że zakończy się ona sukcesem. Oba kraje mają podpisać umowy gospodarcze o łącznej wartości około 4,3 mld dolarów. Eksperci zgodnie twierdzą, że relacje chińsko-rosyjskie są najlepsze w historii. I jak powiedział minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow, “nic nie jest w stanie ich zakłócić”.

Podstawą tego ocieplenia nie są osobiste sympatie czy wspólnota idei, ale zbieżność doraźnych interesów. Oba kraje łączy stosunek do Ameryki. Zarówno Rosja, której relacje ze Stanami Zjednoczonymi wyraźnie się w ostatnich latach pogorszyły, jak i Chiny, regularnie krytykowane w raportach Pentagonu za tempo i “nieprzejrzystość” zbrojeń, uważają amerykańską dominację nad światem za źródło poważnego zagrożenia dla własnych interesów. Robią więc wszystko, by utrudnić Ameryce prowadzenie wielkomocarstwowej polityki. Przykładem są rosyjsko-chińskie działania na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ w sprawie Iranu czy powołana z inicjatywy obu państw Szanghajska Organizacja Współpracy.

Ta niepozorna w momencie narodzin grupa zrzeszająca także byłe republiki sowieckie w Azji Środkowej okazała się - wedle słów samego Putina - “zaskakująco skuteczna”. Rosyjski prezydent nie wyjaśnia w czym, ale w Waszyngtonie i tak to wiedzą:w ograniczaniu wpływów USA w tym kluczowym regionie. Rosyjsko-chińskie partnerstwo nie jest jednak tylko reakcją na działania Stanów Zjednoczonych. Zaczęło żyć własnym życiem, nabierać własnej dynamiki.

Rosja ma gigantyczny przemysł zbrojeniowy, ogromne zasoby wiedzy naukowej i bogactw naturalnych, ale słabą gospodarkę. Chiny rozwijają się w zawrotnym tempie, ale potrzebują nowoczesnych technologii (w tym wojskowych) i coraz więcej surowców energetycznych, by podtrzymać wzrost. Co więcej, dla Moskwy dalekowschodni kierunek energetycznej ekspansji stanowi bardzo atrakcyjną alternatywę wobec nadąsanych odbiorców europejskich. I dodatkowy instrument nacisku na nich: jak nas zdenerwujecie, poślemy ropę Chińczykom.

Ten romans z rozsądku podszyty jest jednak nieufnością. Starsi mieszkańcy Pekinu pamiętają jeszcze czasy, gdy radziecka ambasada w centrum miasta oblężona była przez złowrogi tłum czerwonogwardzistów, a Mao szykował naród do wielkiej wojny z ZSRR. Wśród Rosjan panuje obawa, że w dalszej perspektywie wzrost Chin może oznaczać schyłek Rosji. Jak pisze rosyjska prasa, szczególnie odczuwalne jest to w dalekowschodniej części kraju, gdzie na słabo zaludnione tereny zjeżdża coraz większa rzesza chińskich imigrantów.

Z kolei Chińczycy podejrzewają, że Rosji wcale nie zależy na wzroście chińskiej potęgi, o czym świadczyć może rozgrywanie przeciwko sobie Pekinu i Tokio w kwestii dalekowschodnich dostaw rosyjskiej ropy. Obawiają się, że gdy Rosja stanie na nogi, nie będzie już tak przyjazna. Na razie jednak obie strony uznają, że w przewidywalnej przyszłości nie powinny się siebie bać. Wspólnota doraźnych interesów sprawia, że nie współpracować zwyczajnie nie ma sensu.
Piotr Gillert, zastępca kierownika działu zagranicznego “Rzeczpospolitej”

Chińskie gwiezdne wojny

Źródło: Rzeczpospolita: Chińskie gwiezdne wojny
20.01.2007

Jako trzeci kraj w historii Chiny przeprowadziły udaną próbę zestrzelenia satelity w kosmosie. Nowa chińska broń może być wymierzona tylko w jeden kraj - Stany Zjednoczone

Waszyngton potwierdza: Chiny użyły 11 stycznia rakiety średniego zasięgu do zniszczenia swego starego satelity meteorologicznego.

Gwiezdne Wojny - Chiny

Wcześniej tylko ZSRR i USA przeprowadzały tego rodzaju testy. Wystrzelony z Centrum Kosmicznego w Xichang w środkowych Chinach pocisk kinetyczny - a więc nieuzbrojony w materiał wybuchowy - roztrzaskał cel krążący na wysokości ponad 860 km. Jak podają źródła amerykańskie, satelita, i tak przeznaczony już na złom, rozleciał się na tysiące kawałeczków.

W obecnym układzie geopolitycznym jest tylko jeden kraj, przeciw któremu Chiny mogą skierować taką broń: Stany Zjednoczone. Po tzw. niższej orbicie okołoziemskiej, gdzie został przeprowadzony test, krąży większość amerykańskich satelitów działających na potrzeby wywiadu oraz systemu GPS. Baker Spring, ekspert amerykańskiej Heritage Foundation, przyznaje w rozmowie z “Rz”, że Amerykanie otrzymali cios w czuły punkt. - Armia USA od lat inwestowała ogromne sumy w satelitarne systemy wymiany informacji i jest dziś uzależniona od tej technologii. Teraz okazuje się, że mogą zakłócić ich działanie i sparaliżować prowadzone przez Waszyngton działania wojenne - przyznaje analityk.

Nic dziwnego, że chiński test zaniepokoił Biały Dom. - Stany Zjednoczone uważają, że stworzenie i użycie takiej broni jest niezgodne z duchem współpracy między oboma krajami - oświadczył rzecznik Rady Bezpieczeństwa Narodowego Gordon Johndroe.

Sprzeciw wyraziły też rządy Wielkiej Brytanii, Japonii, Korei Południowej, Australii i Kanady. Rzecznik brytyjskich władz podkreślał, że próbę przeprowadzono bez uprzedzenia.

Rząd w Pekinie nie potwierdził doniesień o teście, zapewnił jedynie, że jego program kosmiczny na charakter pokojowy. -Trudno to nazwać pokojowym wykorzystaniem przestrzeni kosmicznej -stwierdził jednak szef japońskiego MSZ Taro Aso. Tokio domaga się od Pekinu wyjaśnień.

Jesienią Chińczycy wywołali ogromne zaniepokojenie w Pentagonie, skutecznie oślepiając amerykańskiego satelitę szpiegowskiego przy użyciu lasera. Wiadomo, że od paru lat pracują nad mikrosatelitami zdolnymi unieruchomić sprzęt przeciwnika w kosmosie. Broń rakietowa znacznie zwiększa ich kosmiczny potencjał.

Jak twierdzi John Pike, analityk z portalu globalsecurity.org, będzie to miało poważne konsekwencje dla zdolności bojowych armii USA, uzależnionej od sprawnej komunikacji satelitarnej. W razie wojny o Tajwan Chińczycy byliby prawdopodobnie wstanie zestrzelić wszystkie amerykańskie satelity szpiegowskie w regionie. -To tak, jakby zamknęli nam oczy -uważa Pike.

Według “New York Timesa”, posunięcie Chińczyków może być próbą zmuszenia George’a W. Busha do zmiany polityki militaryzacji kosmosu. W nowej strategii ogłoszonej w zeszłym roku prezydent wypowiedział się przeciw kontroli zbrojeń w kosmosie. Amerykański sinolog Wenran Jiang zauważa, że jednym z niepokojących elementów tej strategii jest dla Pekinu rozbudowa tarczy antyrakietowej.

Baker Spring nie sądzi, by Chińczycy, mając w ręce taki atut, chcieli podejmować z Waszyngtonem rokowania na temat ograniczania zbrojeń. Przekonuje jednak, że Amerykanie wciąż mogą uratować swoją przewagę militarną. - Stany Zjednoczone powinny przyspieszyć program zbrojeń kosmicznych, w tym rozwijanie systemu obrony antyrakietowej. To dziedzina, w której Chiny są na razie właściwie bezbronne - mówi nam amerykański ekspert.
PIOTR GILLERT, JĘDRZEJ BIELECKI z Waszyngtonu

Uderzenie w satelitę na orbicie okołoziemskiej

Uderzenie w satelitę na orbicie okołoziemskiej

Satelita Feng Yun od 1999 roku służył chińskim meteorologom do obserwacji pogody. Termin jego przydatności już minął, ale był wciąż czynny, a więc widoczny na radarach kosmicznych. Dzięki temu stanowił idealny obiekt symulowanego ataku. Uwolniony przez rakietę pocisk kinetyczny (pozbawiony ładunku wybuchowego) samą siłą uderzenia roztrzaskał Feng Yun na drobne kawałki. Japoński rząd wyraził w piątek obawy, czy krążące po niskiej orbicie Ziemi szczątki satelity nie będą stanowiły zagrożenia dla innych misji kosmicznych.

Pomyślmy o Chinach Oburzenie i niepokój - tak można by określić reakcje na chiński test. Nie powinien on jednak dziwić. Pekin przeprowadził go z prostego powodu: bo mógł. Jeszcze w zeszłym roku Pekin wolał nie drażnić tygrysa. Teraz zdecydował się na próbę, bo stwierdził widocznie, że nic mu nie grozi. Z chińskiego punktu widzenia oburzenie Ameryki trudno uznać za uzasadnione. Chińczycy pamiętają, że Amerykanie sami przeprowadzali kiedyś podobne testy, a niedawno opowiedzieli się przeciwko kontroli zbrojeń w kosmosie. W dodatku nad ChRL wciąż przelatują amerykańskie instalacje szpiegowskie. Dziś chińscy generałowie mówią swym kolegom zza Pacyfiku: - Chcieliście zbrojeń w kosmosie, to je macie! Krok po kroku cierpliwi Chińczycy budują swą potęgę. Do Ameryki jeszcze im daleko, ale jednak z dnia na dzień coraz bliżej. To powinno i nam dać domyślenia. Od paru lat Unia Europejska rozważa, czy znieść, czy nie, embargo na dostawy broni dla Chin. Polska nie ma w tej sprawie zdania, sądząc, że nas to nie dotyczy. Błąd. Przede wszystkim dlatego, że Polska postawiła na sojusz z Ameryką i pilnowała tylko spraw znanych i bliskich - czyli związanych z Rosją. Od dziś musimy także myśleć o Chinach.

Kościoły pełne nieochrzczonych katolików - Chrześcijanie na celowniku

Rozmowa z Marie-Ange Siebrecht, szefową działu Azji i Afryki w organizacji Pomoc Kościołowi w Potrzebie (Kirche in Not)

Rz: Jakie są największe potrzeby i bolączki katolików w Indiach?

Marie-Ange Siebrecht: Sytuacja chrześcijan w Indiach jest różna w zależności od regionu. W stanie Kerala, na południowym zachodzie, stanowią oni ponad 20 procent mieszkańców. Są tam od dawna. Wywodzą się aż od św. Tomasza Apostoła. Tam nie mają żadnych problemów, nie licząc biedy.

Natomiast na północy, w najbardziej hinduistycznej części Indii, są problemy z fundamentalistami. Kościół nie może otwarcie chrzcić ludzi. Osoby chcące przyjąć chrzest muszą wyjechać do innego stanu. Problem stwarzają też wędrowni kaznodzieje ewangeliccy, którzy często nęcą różnymi prezentami. Nierzadko pastorzy na wyścigi starają się ochrzcić za jednym zamachem nawet do 600 osób. Oczywiście to bardzo nie podoba się hinduistom. I to chyba jest zrozumiałe. Na dodatek wszystko idzie na konto katolików.

Dla przedstawicieli władz chrześcijanin to chrześcijanin, oni oficjalnie nie rozróżniają podziałów wśród chrześcijan, chociaż doskonale wiedzą, że Kościół katolicki nie dopuszcza się prozelityzmu i nigdy nie chrzci w ten sposób.

Czy chrześcijanie mają trudności z zatrudnieniem?

Nie, tak źle w Indiach nie jest. Zabroniona jest zmiana wyznania, nie można też prowadzić otwarcie ewangelizacji. W wielu północnych stanach diecezje katolickie są oficjalnie bardzo mało liczne. Natomiast kościoły wypełnione są bardzo oddanymi katolikami, którzy jednak nie są ochrzczeni i nie przyjmują sakramentów.

Co grozi dorosłemu, który przyjmie chrzest?

Jeśli człowiek przyjmie chrzest w regionie, w którym jest to zabronione, traci wszelkie prawa. Zdarzają się potajemne chrzty, dlatego nie znamy rzeczywistej liczby katolików. Najczęściej przyjmują chrzest potajemnie ludzie z najniższej kasty dalitów. Są wyjątki: na przykład następczyni Matki Teresy, Matka Nirmala, jest konwertytką, ale pochodzi z bardzo wysoko postawionej kasty.

Przyjęcie chrztu, nawet potajemne, wiąże się z ryzykiem, że ktoś doniesie władzom. Dlatego Kościół nie nakłania ludzi do przyjmowania chrztu. Po co ich narażać, skoro i tak ich pozycja społeczna jest niska. Lepiej, aby po prostu byli w Kościele, licząc na to, że może kiedyś będą mogli przyjąć chrzest. Są to ludzie, którzy uznają Chrystusa za swojego Pana, pozostając oficjalnie przy hinduizmie. Problem polega na tym, że Hindus w Indiach ma być hinduistą. Trzeba pamiętać, że w liczących miliard mieszkańców Indiach jest tylko 2 procent chrześcijan. Mimo to Kościół katolicki ma paradoksalnie bardzo silną pozycję dzięki szkołom, szpitalom i swojej działalności charytatywnej. I gdyby dziś na przykład zamknięto wszystkie szkoły katolickie, nic by w tym kraju nie działało. Dzieci najbardziej zagorzałych fundamentalistów chodzą do szkół katolickich.

Jakie są dla kapłana konsekwencje udzielenia chrztu?

W stanach, gdzie wprowadzono zakaz konwersji, ksiądz, którego złapanoby na udzielaniu chrztu, zostałby skazany na od dwóch do pięciu lat więzienia i karę 50 tysięcy rupii (120 euro). Dla tamtejszego księdza to olbrzymia kwota.

Kto organizuje ataki na chrześcijan?

Fundamentaliści z Rashtriya Swayamsewak Sangh (zbrojne ramię nacjonalistycznej Indyjskiej Partii Ludowej BJP). Bardzo często wspierają ich ludzie, którzy są akurat tam u władzy, a którzy nie chcą, aby najniższa kasta społeczna dążyła do wykształcenia również formacji duchowej. Najchętniej widzieliby ich jako niewolników. Władza obawia się ich, tak jak widzi zagrożenie w Kościele katolickim, który daje dobre wykształcenie, sprawuje opiekę nad najbiedniejszymi.

Czy rząd centralny próbuje coś robić z problemem prześladowania chrześcijan?

Indyjski Kongres Narodowy w zasadzie jest nastawiony przyjaźnie do Kościoła. Ale władze lokalne są właściwie niezależne. Rząd centralny nie ma uprawnień, by zmienić lokalne prawa w poszczególnych stanach.

Jak jest postrzegana postać Matki Teresy przez hinduistów?

Ona jest świętą dla wszystkich, dla hinduistów też. Nie oznacza to jednak, że cokolwiek to zmienia w ich stosunku do chrześcijaństwa.

Czy biskupi nie obawiają się o przyszłość Kościoła, skoro ludzie nie mogą przechodzić na chrześcijaństwo?

Biskupi cały czas podkreślają: “Powinniśmy mieć swobodę ewangelizacji”. Muszą jednak radzić sobie w takiej sytuacji, jaka jest. Kościół działa przez cały czas. Seminaria są pełne, wzrasta też liczba powołań do zakonów żeńskich. Jest około 12 tysięcy sióstr.

Jeśli chodzi o zakaz konwersji, nie wiem, jak długo ono się utrzyma, to zależy od rządu. Kościół jednak z pewnością będzie działał jak do tej pory. Oczywiście nie będzie chrztów w tych stanach, gdzie jest to zabronione, ale są możliwości, żeby w pewien sposób ominąć to prawo jadąc na przykład do sąsiedniego stanu, gdzie chrzest jest dozwolony. Nigdy jednak nie powinno się tego nagłaśniać w obawie przed prześladowaniami tych ludzi.

Te wszystkie prześladowania są jednak niczym w porównaniu z krajami islamskimi.

Rozmawiała Agnieszka Dzieduszycka

Chrześcijanie na celowniku kolejne artykuły


Indie 2005 rok
23 stycznia

Stan Maharasztra. Fundamentaliści hinduscy włamują się do klasztoru Sióstr Terezjanek. Niszczą wnętrza, zostawiają napisy na ścianach: “Na razie poprzestaliśmy na krzyżach, następnym razem weźmiemy się za wasze głowy”.

1 lutego

Stan Gudżarat. Zniesiono Wielki Piątek jako dzień wolny od pracy.

7 lutego

Atak na kościół w Maharasztrze. Ekstremiści hinduscy grożą śmiercią katolikom, jeśli się nie nawrócą na hinduizm.

19 lutego

Radżasthan. 250 pielgrzymów zaatakowanych, dziesięciu poważnie rannych.

Marzec - październik

Liczne ataki, zabójstwa, tortury, podpalenia kościołów w kilku stanach.

22 maja

Orissa. Hinduiści żądają od lokalnych władz natychmiastowego usunięcia ze stanowisk wszystkich chrześcijan pracujących w administracji publicznej i policji. Biskup z prowincji Kerala: “Tu już nie ma mowy o kilku niepowiązanych ze sobą przypadkach. Te ataki wyglądają na część zorganizowanego planu agresji wobec chrześcijan”.

Następna strona »


Nowe artykuły na email

Kliknij poniższy link i zapisz się, a będziesz otrzymywał nowe artykuły na email:

ZAPISUJE SIĘ >>

 

lipiec 2008
P W Ś C P S N
« cze    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Statystyka

  • 289,484 odwiedzin