Archiwum kategorii 'Ekologia' Category

Koszt ekologii

Opłaty ekologiczne do tej pory stanowiły margines w wydatkach polskich firm i w niewielkim stopniu przekładały się na nasze wydatki. Jednak Unia Europejska stawia na coraz czystsze technologie i ochronę środowiska, a Polska musi się do tego dostosować. Firmy, które dotąd zaniedbywały ekologiczne inwestycje, płacą wyższe kary, a koszty przerzucają na klientów. W najbliższych latach za wzrost opłat w coraz większym stopniu odpowiedzialna będzie więc ekologia. W przyszłym roku za wywóz śmieci zapłacimy prawdopodobnie o połowę więcej, w ciągu czterech lat woda podrożeje o 60 proc., a droższa energia pociągnie za sobą wyższe koszty ogrzewania.

Ekologia - koszty ekologii

Woda będzie drożała z powodu bardzo kosztownych inwestycji w modernizację i rozbudowę obecnej infrastruktury. Są one w dużej części finansowane z taryf dla mieszkańców. Firma Saur Neptun Gdańsk, dostarczająca wodę dla mieszkańców stolicy Pomorza, szacuje, że zobowiązania ekologiczne odpowiadają za podwyżki w około 40 proc. Teraz koszty opłat ekologicznych są w Gdańsku dużo niższe – za wodę i odprowadzanie ścieków czteroosobowa rodzina z Gdańska płaci rocznie niemal 200 zł. Kwoty te będą szybko rosły.

60 proc. - o tyle wzrosną w ciąguczterech lat opłaty za dostawy wody – prognozują eksperci

Nie lepiej jest w gospodarce odpadami. To jedna z najbardziej zaniedbanych dziedzin, więc rząd w ubiegłym roku pięciokrotnie podniósł opłatę ekologiczną za składowanie śmieci. Koszty firm wywożących śmieci wzrosły w ten sposób o 750 mln zł rocznie, a w przyszłym roku powinno to być już 1,5 mld zł, choć minister środowiska Maciej Nowicki nie podjął jeszcze ostatecznej decyzji. – Podnieśliśmy ceny, ale i tak są one śmiesznie niskie, bo np. w Niemczech za wywóz śmieci płaci się dziesięciokrotnie więcej – zauważa Tomasz Uciński, prezes Przedsiębiorstwa Gospdoarki Komunalnej w Koszalinie.

Polacy nie są w stanie płacić tak dużo za wywóz śmieci jak zachodni sąsiedzi. Teraz jest to obciążenie dla rodziny rzędu 24 zł miesięcznie. Jaka jest granica podwyżek? – Ceny wzrosną tak, by opłacało się spalanie odpadów – prognozuje Jerzy Ziaja z Ogólnopolskiej Izby Recyklingu. Opłaty za wywóz odpadów musiałyby więc być dwukrotnie wyższe od obecnych. Elektrownie produkują też za mało energii pochodzącej ze źródeł odnawialnych. W tym roku powinna ona stanowić 7 proc. sprzedaży dostawców energii. Zielony prąd jest jednak droższy od produkowanego z węgla – w efekcie jego udział jest mniejszy. Z tego powodu dostawcy energii zapłacili za ubiegły rok niemal 300 mln zł kar. – To jest podatek ekologiczny, który płacimy wszyscy, ale też inwestowanie na przyszłość – uważa Grzegorz Lot, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Vattenfalla.

Z szacunków tej firmy wynika, że każdy klient płaci teraz rocznie ok. 35 zł z powodu korzystania z zielonej energii. Te koszty możemy sobie powetować, wyłączając niepotrzebny sprzęt, albo gasząc światło. – Zużywamy stosunkowo dużo energii i powinniśmy ją oszczędzać. Zmiana oświetlenia na energooszczędne zmniejsza rachunek o ok. 50 zł rocznie – dodaje Lot.

Elektrownie alarmują, że wzrost cen produkcji energii tylko z powodu niższych limitów emisji dwutlenku węgla ma wynieść 15 proc. Ministerstwo Środowiska szacuje je na 12 proc. i optymistycznie przewiduje, że końcowi odbiorcy energii zapłacą tylko o 4 proc. więcej. Jak będzie rzeczywiście – okaże się za rok, kiedy przyjdzie pierwsze rozliczenie z limitów CO2. – Opłaty ekologiczne do tej pory nie stanowiły znaczącej pozycji w naszych kosztach, ale mogą na trwałe drastycznie wzrosnąć w najbliższym czasie z powodu potencjalnego deficytu uprawnień do emisji CO2. Taka sytuacja z pewnością odbije się na cenach ciepła – mówi Bogusław Regulski, wiceprezes Zarządu Izby Gospodarczej Ciepłownictwo Polskie.

Ale na tym nie kończą się kłopoty energetyki. W tym roku przedsiębiorstwa powinny dostosować się do unijnych norm emisji dwutlenku siarki, a potem do norm emisji tlenków azotu. – Za cztery lata w cenie energii różne obciążenia związane z wymogami ekologicznyczmi mogą stanowić aż jedną trzecią kosztów – szacuje Franciszek Pchełka, dyrektor Towarzystwa Gospodarczego Polskie Elektrownie.

Rodzina, która w ubiegłym roku płaciła za wodę, ciepło, energię i śmieci ok. 360 zł miesięcznie, teraz musi wydać na ten cel 400 zł, a w przyszłym roku zapłaci powyżej 450 zł.

Rachunki eksploatacyjne rosną z wielu względów. W ostatnich latach duży wpływ na ich wysokość miały ceny paliw, surowców i koszty pracy. Obecnie wzrasta znaczenie opłat ekologicznych.

Źródło : Rzeczpospolita: Za ekologiczne inwestycje zapłacą klienci
Magdalena Kozmana 26-04-2008

————————-

Portfele Polaków staną się cieńsze nie tylko z powodu rosnących cen paliw i żywności. Zaostrzane przez Unię Europejską przepisy ekologiczne poważnie zwiększą w najbliższych miesiącach koszty utrzymania naszych rodzin.

Teraz obowiązek spełniania norm środowiskowych podnosi wysokość rachunków za energię elektryczną, ciepło, wodę i wywóz śmieci o ok. 300 zł rocznie. W 2009 r. będzie to co najmniej 500 zł, a w niektórych wypadkach nawet 645 zł – wynika z szacunków „Rz”. – Mamy brudne i przestarzałe technologie, będziemy więc ponosili coraz wyższe koszty korzystania z nich – mówi Mateusz Walewski z Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych. Koszty proekologicznych inwestycji przerzucane są na końcowych odbiorców. A prowadzić je muszą wszyscy: producenci energii i ciepła, dostawcy wody i odbiorcy śmieci. Każde opóźnienie kończy się karą, którą też ostatecznie płaci klient.

Według resortu środowiska, by dostosować się do unijnych norm, inwestycje w ekologię powinny wynieść w tym roku ok. 15 mld zł. W ostatnich latach były dwukrotnie mniejsze.

Polska jest niedostosowana np. do unijnych norm dotyczących recyklingu i składowania odpadów. Zajmujące się tym firmy zaniedbały inwestycje w selektywną zbiórkę i odbiór posegregowanych odpadów. Tymczasem do końca 2008 r. Polska powinna zamknąć niebezpieczne dla środowiska składowiska. Na pozostałych ceny wzrosną. Na pokrycie ekologicznych kar idzie już jedna trzecia naszych opłat za śmieci. Za rok udział ten będzie wyższy – suma rachunków za wywóz śmieci w 2009 r. wzrośnie w porównaniu z tym rokiem o ponad 110 zł – i sięgnie 400 zł.

Koszty ekologicznych dyrektyw stanowią też ok. 20 proc. ponoszonych przez Polaków opłat za usługi wodno-kanalizacyjne. I udział ten będzie rósł. – W Gdańsku przewiduje się przez cztery lata wzrost taryfy za wodę i ścieki o 15 proc. rocznie – mówi Zbigniew Maksymiuk, prezes Saur Neptun Gdańsk, firmy zaopatrującej to miasto w wodę.

Rachunki możemy obniżyć, zużywając mniej energii i produkując mniej śmieci. Można np. wymienić sprzęt AGD na energooszczędny. Niestety – jego ceny także podniesie wkrótce… ekologiczna opłata produktowa, dzięki której będzie można zutylizować stary sprzęt.
Źródło : Rzeczpospolita: Nasze drogie środowisko
Magdalena Kozmana 26-04-2008

Prądy morskie źródłem energii

Zanosi się na rewolucję: nowa technika umożliwia wykorzystywanie do wytwarzania energii elektrycznej prądów morskich, a nawet rzek – bez budowania zapór

Energia elektryczna, a raczej jej niedostatek, staje się problemem globalnym. Dlatego na całym świecie trwają próby opracowania nowych sposobów produkcji elektryczności. Gwałtowne zjawiska atmosferyczne, takie jak ostatnio w Polsce (brak prądu w regionie Szczecina po opadach śniegu), skłaniają specjalistów do formułowania nowej strategii energetycznej.

Powinna ona polegać na tym, aby produkować energią elektryczną w możliwie jak największej liczbie miejsc, wtedy awarie wielkich elektrowni lub linii przesyłowych biegnących z takich kolosów będą o wiele mniej dolegliwe. Jedną z takich propozycji jest prąd z prądu… morskiego.

W Europie

W Bretanii, u ujścia rzeki Odet, jej prąd i pływy morskie nakładają się, tworząc co kilka godzin rwący nurt. Właśnie w tym miejscu zainstalowano na głębokości 19 metrów eksperymentalną turbinę przetwarzającą ruch wody na energię elektryczną. Nazwano ją Sabella D03 (sabella to nazwa robaka żyjącego w przybrzeżnych wodach Bretanii). Waży 7 ton, ma 5,5 metra wysokości oraz rotor ze śmigłem o rozpiętości 3,3 metra. Obraca się powoli, dziesięć do 15 razy na minutę, podobnie jak śmigła przetwarzające wiatr w energię elektryczną.

Brzegi śmigła są zaokrąglone i nie stwarzają niebezpieczeństwa dla przepływających ryb – stanowią przeszkodę tej rangi co podwodne skały omywane prądem. Rotor ze śmigłem nie porusza się prędzej od wody. Żeby kontrolować na bieżąco ekologiczny aspekt podwodnej turbiny, zainstalowano na niej kamerę rejestrującą zachowanie ryb w jej pobliżu. Sabella D03 jest prototypem zbudowanym w skali jeden do trzech.

Możemy się obyć bez groźnej dla środowiska ropy naftowej. Zastąpi ją czysty ocean

Będzie pracować od czterech miesięcy do pół roku. Jeśli próba wypadnie pomyślnie, firma Hydrohelix Energies zbuduje sześć podwodnych turbin, trzy razy większych od prototypu (każda z nich dostarczy 200 kilowatów). Zostaną rozlokowane przy brzegach Bretanii, na przykład w Raz de Sein, gdzie prąd płynie z prędkością 3,5 metra na sekundę, lub Iles d’Ouessant (4 metry na sekundę).

– Potencjał prądów morskich we Francji jest taki, że wykorzystując je, można uzyskać rocznie ponad 10 tys. gigawatów. Eksploatacja podwodnych „złóż energetycznych” wymaga u nas rozlokowania 5 tys. turbin. Jeden kilowat wytwarzanego przez nie prądu kosztowałby 0,03 euro, podczas gdy jeden kilowat taniego prądu z elektrowni atomowych kosztuje 0,028 euro – wyjaśnia dr Jean-Francois Daviau, specjalista z Hydrohelix Energies. W Europie wykorzystywanie siły prądów morskich do produkcji elektryczności planuje także hiszpański koncern Iberdrola i szkocki Pelamis. Angielski Lunar Energy rozpocznie latem bieżącego roku rozmieszczanie ośmiu turbin przy półwyspie St. David, każda wysokości 15 i długości 25 metrów.

Na świecie

Poza naszym kontynentem 300 podwodnych turbin u swoich wybrzeży zamierza zainstalować w 2015 roku Korea Południowa (koncern Hyundai). Testowa turbina o mocy 1 megawata zostanie zanurzona w marcu 2009 roku w cieśninie Wando Hoenggan. Próby z turbiną AquaBuOY prowadzi kanadyjski koncern Finavera.

Nowatorską technologią zainteresowane są władze San Francisco – istnieje projekt umieszczenia podwodnych turbin w cieśninie Golden Gate. – Nie chcę widzieć ani jednej platformy wiertniczej u wybrzeży Kalifornii, w produkcji elektryczności możemy się obyć bez ropy, zastąpi ją ocean – deklaruje burmistrz Gavin Newsom.

Zdaniem wielu amerykańskich naukowców, prądy i pływy morskie są w stanie generować więcej energii elektrycznej niż promienie słoneczne i wiatr. Specjaliści z Electric Power Research Institute w Palo Alto w Kalifornii obliczyli, że 10 proc. zapotrzebowania na elektryczność w USA można zaspokoić, wykorzystując energię fal, prądów i pływów.

Eksperyment z zasilaniem miasta w prąd wytwarzany z energii wody trwa w Nowym Jorku. W ramach projektu RITE – Roosevelt Island Tidal Energy – sześć prototypowych turbin umieszczono w ujściu East River. Ich śmigła obracają się 32 razy na minutę – taka prędkość, podobnie jak w przypadku prototypu francuskiego, nie zagraża rybom ani żadnym innym morskim stworzeniom.

Docelowo RITE przewiduje zainstalowanie 294 takich turbin zbudowanych przez Verdant Power Ltd. Ta podwodna „ferma prądowa” dostarczy elektryczności 8 tys. nowojorskich gospodarstw. Już w roku 2006 burmistrz Nowego Jorku Michael Bloomberg ogłosił, że dzięki nowej technologii ta metropolia zredukuje emisję gazów cieplarnianych o jedną trzecią.

Więcej informacji o projekcie Sabelle www.hydrohelix.fr

Najlepsze warunki do instalowania podwodnych turbin znajdują się na oceanicznych wodach przybrzeżnych, wszędzie tam, gdzie występują silne pływy, a jednocześnie do morza czy oceanu wpadają rzeki o silnym prądzie. Na akwenach wewnętrznych, takich jak Bałtyk czy Morze Śródziemne, pływy są minimalne. Jednak turbiny podwodne można będzie instalować także z dala od oceanów, na rzekach w głębi lądów, również z dala od ujścia, wszędzie tam, gdzie głębokość i prąd są wystarczające. W Polsce warunki takie występują m.in. w rzekach Pomorza, na Wiśle, Odrze, Sanie. Idealne do tego są np. wielkie rzeki Syberii, Chin czy kontynentów: Australii, Ameryki Północnej i Południowej

Źródło : Rzeczpospolita: Morze będzie wytwarzać prąd z prądu
Krzysztof Kowalski 10-04-2008

Energia elektryczna z pływów morskich

Energia elektryczna z prądów morskich

Globalne ocieplenie

Istnieją podstawy do sceptycyzmu wobec teorii ludzkich przyczyn globalnego ocieplania. Ale zamiast racjonalnej dyskusji nad dowodami, narzucono nam ideologiczny „konsensus”

Od jakiegoś czasu słyszy się opinię, na ogół wypowiadaną z wielką satysfakcją, że nie ma już dziś ideologii. Podstawy tego sądu są tajemnicze, a jego treść niejasna. Z jednej strony, zdaje się chodzić o to, że nie ma już ideologii komunizmu, z drugiej zaś o to, że wszyscy teraz jesteśmy niebywale wprost jasno myślącymi, swobodnie debatującymi, praktycznymi i nieuprzedzonymi miłośnikami prawdy.

Kłopot jednak w tym, że ci, co śmierć ideologii obwieszczają, chętnie też mówią o kapitalizmie jako o ideologii – oczywiście o takiej, którą należy zwalczać. To jednak osobna kwestia i nie o nią teraz chodzi. Tak czy inaczej wystarczy spojrzeć wokół, by stwierdzić, że ideologii jest pełno (i najczęściej są one wyznawane właśnie przez tych, którzy twierdzą, że ideologii już nie ma).

Można by nawet zaryzykować tezę, że ideologie – jeśli przez to słowo rozumiemy głównie postawę charakteryzującą się odpornością na fakty, a nawet ich zaprzeczaniem, gdy jej zagrażają – są o wiele liczniejsze, o wiele silniejsze, od czasu upadku komunizmu.

Najpopularniejsze obecne ideologie są w pewien sposób ze sobą powiązane: łączy je wyraźna nienawiść do kapitalizmu (choć nie proponują nic w zamian), romantyczne wyobrażenie natury, człowieka, raju na Ziemi (to już dobrze znamy), wiara w biurokrację, centralizm i etatyzm i poczucie moralnej wyższości nad tymi, którzy danej ideologii nie podzielają. Wszystkie też głoszą troskę o ludzkość.

Ideologie te zdają się wypełniać ponurą pustkę, która została po upadku komunizmu i bankructwie marksizmu jako systemu myślenia, który wszystko tłumaczył i wskazywał drogę ku świetlanej przyszłości. Ostał się w ich myśleniu antykapitalizm, ale w zielonej otoczce: od marksizmu, wraz z jego wyobrażeniami o pokonaniu natury i uprzemysłowienia świata, wrócili do romantyzmu, wraz z jego wyobrażeniami o szlachetności natury i potrzebie jej chronienia.

Należą do tych ekoideologii – na zewnątrz zielonych, wewnątrz antyzachodnich, antypluralistycznych i wrogich wobec otwartego społeczeństwa – zarówno antyglobalizm, jak i ruch przeciwko genetycznie zmodyfikowanym produktom. Lecz może najgłośniejszą dziś, najbardziej zajadłą i najbardziej niebezpieczną, jest kwestia tak zwanego globalnego ocieplania.

O globalnym ocieplaniu czyta się i słyszy prawie codziennie. Że jest ono faktem stwierdzonym naukowo, że jest globalne i że jego przyczyną jest ludzkie działanie – są to trzy najważniejsze założenia, uchodzące powszechnie za prawdy niekwestionowane. Zewsząd, we wszystkich mediach, słyszymy o wzroście globalnej temperatury wskutek gazów cieplarnianych. Skutki globalnego ocieplania są, powtarza się w kółko, nieuniknione i mrożące krew w żyłach. Niektórzy „eksperci” przewidują wzrost temperatury o trzy do dziesięciu stopni przed końcem tego wieku. Kalifornia ma się zmienić do niepoznaki: znikną winnice, foki, plaże, nastąpią powodzie i susza, pożary zniszczą lasy. Niewykluczone, mówią „eksperci”, że rok 2007 był najcieplejszym ze wszystkich, na które mamy dane; średnia globalna temperatura, oświadcza inny raport, jest wyższa niż kiedykolwiek od 12 000 lat. Zagrożone są ponoć i rychło wyginą, jeśli nie podejmiemy natychmiastowych kroków, niedźwiedzie polarne i pingwiny.

Na temat trzech powyższych założeń – że ocieplanie jest faktem, że jest globalne i że jest wynikiem działań człowieka – czyta się też i słyszy o rzekomym powszechnym konsensusie. „Debata na temat naukowości zjawiska zmiany klimatu jest zamknięta”, powiedział już parę lat temu David Milliband, ówczesny minister środowiska Wielkiej Brytanii. Powtarzają to nie tylko politycy i media; ta sama presja istnieje tam, gdzie par excellence można by się spodziewać neutralności, otwarcia i gotowości poszukiwania prawdy: wewnątrz tak zwanej wspólnoty akademickiej, a zwłaszcza naukowej.

„Niewygodna prawda” – film Ala Gore’a na temat ocieplania – bywa nawet przez naukowców przyjmowana czasem jak Biblia. Dziennikarzom i normalnym widzom nie tylko nie przychodzi do głowy sprawdzić, ile tam jest prawdy, a ile manipulacji, zafałszowania, przemilczeń i zwykłego wypaczania faktów. Duński naukowiec Bjorn Lomborg, który jako jeden z pierwszych ośmielił się zakwestionować niektóre dogmaty ekologów, już wiele lat temu został potępiony przez duńską Akademię Nauk oraz przez swoich kolegów naukowców i nadal jest zwalczany, choć wcale nie zaprzecza (jak to czynią niektórzy inni wyklęci), że są poważne podstawy, by sądzić, że ocieplanie istnieje, że jest globalne i że jest ono może nawet w znacznej mierze skutkiem ludzkich działań. Jego ostatnia książka skupia się głównie na astronomicznych kosztach i zarazem prawie całkowitej nieskuteczności środków proponowanych na ich zwalczanie.

Baczność, konsensus!

Pewien naukowiec pracujący nad ocieplaniem i otrzymujący wyniki, które podważają wiele elementów powszechnie przyjętego konsensusu, opowiadał mi o tym, jak wysyłał swój artykuł na ten temat do różnych pism naukowych. Redaktor jednego znanego i prestiżowego amerykańskiego pisma naukowego oświadczył, że artykuły kwestionujące konsensus na temat globalnego ocieplania nie będą nawet brane pod uwagę; inny powiedział, że nigdy nie drukuje artykułów kwestionujących globalne ocieplanie, ponieważ za argumentami ich autorów zawsze kryją się cele polityczne.

W tej sferze, jak w przypadku pozostałych modnych politycznie poprawnych ideologii, wszelkie zgłaszane wątpliwości zasługują jedynie na potępienie. Do ośmielających się kwestionować dogmaty o ocieplaniu przemawia się z pogardą, imputując im, w najlepszym przypadku, polityczne motywacje, a najczęściej po prostu czyste zło.

Kwestionowanie globalnego ocieplania, a tym bardziej jego ludzkich przyczyn, wielokrotnie już zostało nazwane zbrodnią, a przez niektórych nawet porównywane do zbrodni zaprzeczania Holocaustu. Nazywanie kwestionujących negacjonistami stało się już powszechne. Regularnie też pojawiają się sugestie, że kwestionujący są opłacani przez przedsiębiorstwa węglowe i naftowe. Brytyjska Royal Society oświadczyła: „Istnieją ludzie i organizacje, niektórzy z nich opłacani przez amerykański przemysł naftowy, którzy chcą podważyć naukę o zmianie klimatu i pracę ONZ-owskiego Międzynarodowego Panelu o Zmianie Klimatu (IPCC)”.

Tu może jaskrawiej niż gdzie indziej widać, jak bardzo zawężyła się przestrzeń racjonalnej dyskusji – ta wąska sfera wolności między terenem opinii powszechnie przyjętych jako jedynie słuszne a terenem opinii nie do przyjęcia w przyzwoitym towarzystwie, z którymi nie wolno nawet dyskutować. Przestrzeń, w której można debatować za pomocą racjonalnych argumentów i na podstawie naukowych dowodów. Co (zauważmy przy okazji) znaczy, że sfera ideologii raczej się rozrasta, niż maleje.

Gdy słyszymy słowo konsensus, należy zawsze mieć się na baczności. Zauważmy, że w sprawach, o których coś wiemy na pewno, nie mówi się nigdy, że istnieje konsensus; nie mówimy o nim w odniesieniu do drugiego prawa termodynamiki albo faktu, że Aleksandria leży w Egipcie. Zawsze, gdy jest mowa o konsensusie w jakiejś sprawie, znaczy to, że nikt właściwie nie ma pojęcia o tym, jak jest naprawdę; samo słowo implikuje brak prawdziwej wiedzy.

Z drugiej strony, naukowcy nie mówią (a jeśli mówią, to nie powinni) o konsensusie w sprawach, które są kontrowersyjne: twierdzenie, że istnieje on na przykład co do teorii strun albo czarnej materii, jest nie tylko niezgodne z prawdą; jest także sposobem zastraszania tych o odmiennych poglądach.

Kto poleci na Bali

Nauki nie uprawia się przez konsensus. A jednak tu – gdzie niby chodzi o sprawy naukowe, o fakty – cały czas jest o nim mowa. I jeden tylko wniosek można z tego wyciągnąć (gdyby obserwacja metod zagłuszania, wykluczania, potępiania i demonizowania kwestionujących nie była wystarczającą poszlaką): że jest to sprawa polityczna, w której wchodzi w grę wiele rzeczy: nie tylko ideologia, lecz stanowiska i duże sumy pieniędzy; losy nie tylko pracowników naukowych, lecz nawet całych ośrodków; i stanowiska mnóstwa biurokratów i pracowników pozarządowych organizacji.

Można to ująć bardzo prosto: jeśli ktoś powie, że nie ma globalnego ocieplania, nie otrzyma funduszy na jego badanie i zwalczanie. Bez funduszy nie istniałyby całe instytuty zajmujące się globalnym ocieplaniem; tysiące naukowców musiałoby się starać o fundusze (o wiele mniejsze i trudniej dostępne, jeśli temat nie jest modny) w innej dziedzinie albo w ogóle nie miałoby pracy.

Mówiąc ogólniej, straszenie globalnym ocieplaniem jest gigantycznym przemysłem, bez którego media straciłyby źródło prawie codziennych sensacji, a – co ważniejsze – bogaci biali biurokraci nie otrzymywaliby rządowych funduszy, by latać do luksusowych hoteli w dalekich słonecznych krajach – na przykład na Bali, gdzie odbyła się niedawno ogromna konferencja na temat globalnego ocieplania – by tam tłumaczyć biednym czarnym i brązowym ludziom, że powinni przez powrót do prymitywnego życia przyczynić się do zmniejszania skutków gazów cieplarnianych. Byliby zmuszeni szukać innych pretekstów do zwiększania roli państwa, do kontrolowania i regulowania coraz to większych sfer naszego życia.

Najbardziej fanatyczni orędownicy natychmiastowych działań w celu ocalenia planety i uniknięcia niechybnej katastrofy, spowodowanej przez globalne ocieplanie, zdają się sądzić, że działania takie w jakiś sposób przyczynią się do większej społecznej solidarności na Ziemi (choć mechanizmy, dzięki którym miałoby to nastąpić, pozostają tajemnicą). Większość z nich nie kryje się ze swoim antykapitalizmem i etatyzmem; czasem wypowiadają go wprost – jak na przykład francuski naukowiec, chemik Jean Jouzel, który w wywiadzie dla gazety „Le Monde” oświadczył, że w celu zwalczania globalnego ocieplania trzeba zmienić (przypuszczalnie siłą) „dominujące credo ekonomiczne” i „odejść od czysto kapitalistycznego wzrostu, gdzie liczą się tylko pieniądze, do wzrostu bardziej ekologicznego i szanującego środowisko”. Taka jest też, w sposób gołym okiem widoczna, postawa Ala Gore’a.

Nie ma też wielkiego dla nich znaczenia, że działania te, jak wielokrotnie dowodzili Bjorn Lomborg i inni, będą nie tylko uciążliwe, mało skuteczne i kosztowne, lecz że ich koszty wykluczą prawdziwe polepszenie warunków życia biednych różnych krajów Trzeciego Świata – tych właśnie, o których zwolennicy protokołu z Kioto i tysięcy innych drakońskich antyociepleniowych środków rzekomo tak się troszczą. Lomborg obliczył, że za pieniądze wydane na spełnienie wymagań protokołu z Kioto można by wszystkim mieszkańcom Ziemi zapewnić dostęp do bieżącej wody. Troska o ludzi jednak zajmuje wśród zwolenników protokołu, wbrew ich deklaracjom, zdecydowanie podrzędne miejsce, po pingwinach i niedźwiedziach polarnych.

Wypada tu przypomnieć, że w identyczny sposób – histerią, presją modnej ideologii i niedostatecznymi bądź wadliwymi badaniami naukowymi – operowała troska o sokoły wędrowne a nie o chorych na malarię , która wymusiła zakaz DDT. Uśmierciło to dziesiątki milionów ludzi, głównie dzieci. DDT, jak się teraz okazuje, jest tak nieszkodliwe, że można z powodzeniem je jeść (sama nie próbowałam, ale pewien londyński profesor, który przez czterdzieści lat na ten temat wykładał, podczas każdego wykładu troszeczkę zjadał). Natomiast środek, który je zastąpił, jest nie tylko o wiele mniej skuteczny, lecz także wysoce trujący. Łatwo zgadnąć, jaki jest kolor skóry dzieci umierających na malarię.

Ocieplenie, ale jakie?

Tyle o ideologicznym tle. Istnieją podstawy do sceptycyzmu wobec teorii ludzkich przyczyn globalnego ocieplania i globalności ocieplania w ogóle. Jest ich nawet wiele. Może więc należałoby przyjrzeć się bliżej dowodom, jakie istnieją, i rzucić okiem na pracę tych, których się nie dopuszcza do głosu. A wtedy wszystko zaczyna wyglądać trochę inaczej.

Zacznijmy od tego, że nikt nie wie, w jakim stopniu ani w jaki sposób ludzka działalność przyczynia się do zmian klimatu. Obrońcy dogmatów teorii globalnego ocieplania zakładają, że wszystkie zmiany klimatyczne są skutkiem ludzkich działań, póki nie ma niezbitych dowodów, że tak nie jest. Ignorują też wszelkie dane, które nie stanowią poparcia dla ich tezy, a w szczególności badania nad rolą Słońca. Nikt też się nie zgadza co do tego, jakie dokładnie zaszły zmiany. Ani – tym bardziej – jakie zmiany mogą nastąpić w przyszłości. Na podstawie dostępnych danych wydaje się mało prawdopodobne, by obecne ocieplanie było większe niż cykliczne okresy ocieplenia, które występowały w ciągu ostatniego tysiąclecia.

Nikt też nie wie naprawdę, czy są podstawy do twierdzenia, że ocieplanie jest rzeczywiście globalne. Na ten temat pisał ostatnio wielki fizyk Freeman Dyson: „Ocieplający efekt CO2 jest najsilniejszy tam, gdzie powietrze jest zimne i suche, raczej w rejonach arktycznych niż w tropikach, raczej w górach niż w dolinach, głównie zimą, a nie latem, i głównie nocą, a nie za dnia. Ocieplanie rzeczywiście istnieje, ale głównie sprawia, że zimne miejsca stają się cieplejsze, nie zaś, że ciepłe stają się gorętsze. Przedstawianie lokalnych ociepleń jako globalnej średniej jest mylące”.

Nikt też nie wie, jakiej skali należy używać, by ocieplanie w sposób miarodajny ocenić. Skale w raporcie IPCC są bardzo selektywne. Nikt nie wie na pewno, dlaczego procent CO2 w atmosferze się zwiększa (choć co do tego, że się zwiększa, panuje chyba zgoda) ani w jakim stopniu przyczynia się do tego człowiek.

Sporo uczonych wątpi, by wzrost CO2 w atmosferze w istotny sposób wpływał na wzrost temperatury. Naukowcy badający te problemy w rzetelny sposób nie zgadzają się między sobą. Nie ma zgody ani co do tego, że globalne temperatury faktycznie wzrosły, ani co do przyczyn tego wzrostu.

Na wykresach pokazujących zmianę temperatury w ciągu ostatnich dziesięcioleci widać wyraźnie, że wzrost CO2 – którego większość jest rozpuszczana w oceanach – następował po wzroście temperatury, nie zaś przed nim (w czym zresztą nic dziwnego: wystarczy podgrzać butelkę coca-coli i obserwować, co następnie się dzieje z jej zawartością). Temperatura, owszem, rośnie trochę wraz ze wzrostem CO2, ale o wiele większy wydaje się być wzrost CO2 wraz ze wzrostem temperatur.

Naukowcom wypadło 500 lat

Raport IPCC z 2001 r. nadal jest biblią ideologów globalnego ocieplania i stanowi główną podstawę wezwań do podpisania protokołu z Kioto. Zawiera on słynny już wykres (znany, ze względu na swój kształt, jako kij hokejowy), na podstawie którego autorzy raportu wyciągają wniosek, że globalna temperatura jest wyższa, niż kiedykolwiek w ciągu ostatniego tysiąclecia. Okazuje się jednak, że z raportem tym są – jak udowodniono już w 2003 r. – poważne problemy.

Największy z nich dotyczy tak zwanego ciepłego okresu średniowiecznego, który nastąpił mniej więcej w połowie X wieku i trwał do połowy XV. Ostatnie badania sugerują, że faza ta (kiedy w Grenlandii istniało bogate rolnictwo) miała zasięg globalny i że była cieplejsza (z niektórych badań wynika, że o ponad 3 st.) od obecnej. Statki żeglowały w częściach Arktyki, gdzie teraz jest lód. Mimo to niedźwiedzie polarne jakoś to przeżyły (a obecnie mają się znakomicie).

Po tym ciepłym okresie nastąpiła tak zwana mała epoka lodowa, która trwała ok. 300 lat i podczas której średnia temperatura obniżyła się o półtora stopnia w ciągu pierwszych 100 lat. Od około 1750 r. temperatura zaczęła rosnąć; badania pokazują, że nie było to skutkiem wzrostu CO2, który (jak po każdej z czterech epok lodowych w ciągu ostatnich 400 tys. lat) nastąpił po nich, nie przed nimi.

Otóż w raporcie IPCC średniowiecznego ciepłego okresu w ogóle nie ma; nie ma go w wykresie, pokazującym temperaturę w ciągu ostatniego tysiąca lat, i nie ma go w bazie danych. Nie ma też małej epoki lodowej. Seria naukowych artykułów, poczynając od artykułu McIntyre’a z 2003r. (który ukazał się dopiero w 2005, ponieważ pismo Nature i rozmaite inne pisma naukowe odmawiały jego publikacji), pokazuje, że wykres IPCC jest wadliwy i że pominięcie okresu średniowiecznego było skutkiem błędnej selekcji danych i niesłusznych metod statystycznych.

Taka też była konkluzja niezależnej komisji Senatu amerykańskiego z 2005r. i licznych uczonych, którzy próbowali bezowocnie wykres hokejowy odtworzyć. Wszystko zdaje się wskazywać na to, że jego autorzy świadomie wykluczyli okres średniowieczny z bazy danych. Że wzrost temperatury w połowie XVIII w. nie był skutkiem wzrostu poziomu CO2, widać wyraźnie, gdy nakłada się na siebie krzywe temperatur i krzywe CO2 – czego autorzy raportu IPCC jednak nie uczynili. Jednym z najważniejszych dowodów na to, że CO2 nie jest przyczyną zmian klimatycznych, lecz może co najwyżej te zmiany trochę powiększać, jest – jak pisze Nir Shaviv, izraelski astrofizyk i klimatolog – opóźnienie, z jakim wariacje poziomu dwutlenku węgla następują względem wariacji temperatur. Wszędzie, gdzie dysponujemy dostatecznie dokładnymi danymi, można stwierdzić opóźnienie CO2 względem temperatury od kilkuset do tysiąca lat.

IPCC w swoim raporcie całkowicie też zignorował rolę Słońca, promieniowania kosmicznego i cyklicznego wzrostu temperatur z tymi zjawiskami związanych; fizycy Słońca, którzy tym tematem się zajmują, nadal regularnie spotykają się z odrzuceniem swoich artykułów przez pisma naukowe. Nir Shaviv sądzi, że Słońce jest odpowiedzialne za około dwie trzecie wzrostu temperatur w ostatnim stuleciu. Istnieje cały szereg różnych korelacji między klimatem a aktywnością Słońca, w różnych skalach czasowych: od 11-letniego cyklu słonecznego do tysięcy lat. Te korelacje, pisze Shaviv, mogą być bardzo ważne w tłumaczeniu obecnego ocieplania, bo aktywność Słońca w XX wieku wyraźnie wzrosła.

Wygodna fikcja Gore’a

Choć liczni uczeni udowodnili ponad wszelką wątpliwość, że wykres IPCC jest wadliwy, ONZ ani go nie usunął, ani nie poprawił, i nadal posługuje się nim w swoich publikacjach. Media nie kwapią się o tym mówić, ani o coraz liczniejszych gronach uczonych, którzy odrzucają konkluzje raportu.Dokument komisji Senatu wspomina, że w zeszłym roku ponad 400 uczonych z różnych krajów zgłosiło zastrzeżenia co do raportu i zakwestionowało rzekomy konsensus co do antropopochodnego ocieplania globalnego. Inni naukowcy już kilka lat temu publicznie oświadczyli, że protokół z Kioto nie ma żadnej naukowej podstawy; raport IPCC, do którego się odwołują, taką podstawą nie jest. O tych wypowiedziach też prawie żadne media nie mówią. W grudniu zeszłego roku ponad 100 znanych uczonych całego świata napisało w liście otwartym do ONZ, że próby kontrolowania klimatu są jałowe.

Film Ala Gore’a o globalnym ocieplaniu pt. „Niewygodna prawda” powtarza, choć w bardziej prymitywny i histeryczny sposób, wszystkie pseudofakty z raportu IPCC i dodaje do nich szereg przez siebie wymyślonych.

Film Gore’a ma też na szereg innych wad, wśród których niemałą rolę gra bezpodstawne straszenie rychłą klęską. Na przykład: „Mamy zaledwie dziesięć lat, by uniknąć potężnej katastrofy, która mogłaby wpędzić całą naszą planetę w korkociąg destrukcji na ogromną skalę i spowodować skrajne zmiany pogody, powodzie, susze, epidemie i zabójcze upały”. Jest to wyssana z palca fikcja. Dlaczego dziesięć lat? Nie wiadomo. Nie ma żadnych podstaw, by twierdzić, że skrajne zjawiska meteorologiczne stają się częstsze albo gwałtowniejsze i groźniejsze. Poza tym: topniejące śniegi na Kilimandżaro nie są dowodem ocieplania, jak twierdzi Gore ; dane wzięte z rdzeni lodowych nie udowadniają, że wzrost poziomu CO2 był przyczyną wzrostu temperatur przez ponad pół miliona lat; żadne niedźwiedzie polarne nie utopiły się wskutek topniejącego lodu na Arktyce; jezioro Czad nie wysuszyło się wskutek globalnego ocieplania; nic nie pozwala przewidywać, że poziom morza podniesie się o siedem metrów (badania pokazują, że może się podnieść o 10 – 40 centymetrów w ciągu następnego stulecia); żadni mieszkańcy wysp na Pacyfiku nie zostali ewakuowani do Nowej Zelandii wskutek podnoszącego się poziomu morza.Na ogólne twierdzenie, że „lodowce się roztapiają”, nie ma najmniejszych dowodów; przeciwnie, badania zdają się pokazywać, że podczas ostatnich kilkudziesięciu lat spore części Antarktyki raczej się oziębiają i że lodu przybywa. Między 2003r. a 2005r. nie ociepliła się temperatura oceanów. Wszystkie dane sugerują, że temperatury w średniowieczu były wyższe niż teraz. Należy też pamiętać, że w latach 70. Amerykańscy naukowcy wysłali list do prezydenta Nixona, wyrażając obawy globalnego oziębienia i domagając się działań, by zapobiec nadejściu nowej epoki lodowej.

W zeszłym roku protest przeciwko decyzji rządu brytyjskiego, by film Gore’a rozprowadzić po szkołach, trafił do sądu. Po wysłuchaniu ekspertów sąd uznał, że zawarte w nim twierdzenia są bezpodstawne albo zgoła fałszywe. Zarządził ponadto, że film można pokazywać w szkołach tylko, jeśli nauczyciele wyjaśnią, iż jest to dzieło polityczne.

Autorka jest tłumaczką i publicystką, mieszka w Paryżu

Naukowe teksty na wszystkie tematy związane z globalnym ocieplaniem, można znaleźć na www.climatedaily.com, gdzie zebrane są linki do artykułów i stron internetowych o zmianie klimatu, ze wszystkich stron tej debaty. Warto także spojrzeć na www.lomborg.com i www.sciencebits.com

Źródło : Rzeczpospolita: Niedźwiedzie polarne mają się dobrze
15-03-2008

ekoNakazy i ekoZakazy - czyli debilizm do kwadratu

Władze szwajcarskiego kantonu Ticino ograniczyły maksymalną prędkość dopuszczalną na międzynarodowej autostradzie łączącej południową Szwajcarię z Włochami do 80 kilometrów na godzinę

Jadąc powoli, samochody będą bowiem spalać mniej benzyny i w mniejszym stopniu zatruwać środowisko.

Wszystko z powodu nadmiernego – zdaniem urzędników – stężenia dwutlenku węgla w powietrzu. Kierowcy są wściekli, ale lokalne władze pozostają nieugięte.

Ograniczenie prędkości na autostradzie to zresztą niejedyny pomysł na ratowanie środowiska w Ticino. Urzędnicy zaapelowali do obywateli kantonu, by unikali jeżdżenia samochodami (powinni raczej korzystać z ekologicznych rowerów) oraz obniżyli temperaturę panującą w mieszkaniach i domach.

Sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem ekonakazy i ekozakazy wydawane są na Zachodzie coraz częściej. Na przykład władze jednego z miasteczek leżących w pobliżu Manchesteru w Wielkiej Brytanii uznały, że krematoria zużywają zdecydowanie zbyt dużo energii, z której nie ma żadnego pożytku. Zatem według urzędników wytworzona podczas spalania ciał energia powinna być wykorzystywana do ocieplenia wnętrz krematoriów i mieszczących się obok kaplic.

Niemiecka partia Zielonych tak przejęła się metanem, który wydziela się z krowich odchodów, że wpadła na pomysł, by bawarscy rolnicy odprowadzali specjalny podatek od liczby „min” zostawianych na polach przez ich zwierzęta. Czasem szał walki z globalnym ociepleniem prowadzi do obyczajowych paradoksów. Ostatnio część ekologów z zachwytem przyjęła wyniki badań opublikowanych przez „British Medical Journal”. Pokazują, że rozwodnicy zużywają 46 proc. więcej prądu i 56 proc. więcej wody niż małżeństwa.

Pojawiło się więc pytanie, czy ekolodzy nie powinni teraz wystąpić w obronie tradycyjnej rodziny, a być może nawet zażądać zakazu rozwodów.
Źródło : Rzeczpospolita: Autostrady i rozwody niszczą naszą planetę
p.z. 27-02-2008

Al Gore laureat Pokojowej Nagrody Nobla

Źródło: Rzeczpospolita: Prorok globalnej ekohisterii
Tomasz P. Terlikowski
05-01-2008,

Al Gore jest żywym dowodem na to, że aby dostać pokojowego Nobla, nie trzeba zrobić nic wielkiego. Nie trzeba nawet zrobić nic, co by związane było z pokojem. Wystarczy mieć tylko odpowiednie poglądy

Al Gore Nagroda Nobla
Al Gore laureat Pokojowej Nagrody Nobla

Wielkie narracje odeszły już w przeszłość. Odwoływanie się do religii, ale również do wielkich systemów filozoficznych czy ideologicznych –wszystko to budzi niechęć, lekkie zażenowanie, a przynajmniej lekceważenie. Ich miejsce nie pozostało jednak puste. Zajęły je wielkie histerie. A wśród nich poczesne miejsce zajmuje obecnie strach przed globalnym ociepleniem, które stać się ma nowym Armagedonem (niespełna kilka lat temu była nim „pluskwa milenijna“).

Najwytrwalszą Kasandrą „Pogodogedonu“ jest zaś Al (bert) Gore junior. Ten wiceprezydent Stanów Zjednoczonych za czasów Billa Clintona, niedoszły prezydent (wciąż kwestionuje wynik wyborczy, ale nie dzieli się wątpliwościami z Amerykanami, żeby ich nie zniechęcić do systemu demokratycznego), wyznawca nowych technologii, który wciąż przestrzega przed ich skutkami dla demokracji – zmartwychwstał politycznie i społecznie dzięki wielkiej akcji wywoływania ekohisterii. I właśnie za nią dostał Pokojową Nagrodę Nobla.

Credo Gore’a

Histeria ta (jak każda inna) niewiele ma wspólnego z faktami naukowymi, z odkryciami klimatologów, geografów czy choćby ekologów zajmujących się globalnym ociepleniem. Opiera się ona na zgrabnie przyrządzonym filmie (nagrodzonym, a jakże), bogato ilustrowanych książkach oraz pokazach slajdów uzupełnianych ciepłym, a gdy trzeba kaznodziejskim głosem Ala Gore’a, który już przez swoich medialnych sympatyków określany jest mianem gwiazdy pop kultury z pozytywnym przesłaniem.

Fakty, odkrycia naukowe czy choćby rzeczywistość nie zaprzątają przy tym głowy megagwiazdy politycznego show-biznesu. A najlepszym tego dowodem jest wyrok brytyjskiego sądu, który uznał, że film „Inconvenient Truth“ jest w wielu miejscach, i to kluczowych dla jego przesłania, zwyczajnie niezgodny z prawdą. – Apokaliptyczny scenariusz, który przedstawia, podobnie jak wizje wzrostu poziomu morza w najbliższym czasie o siedem metrów nie znajdują, pokrycia w opiniach naukowców – podkreślił sędzia Burton. Nie znajdują i zapewne nie znajdą, bowiem nie mają się one wcale opierać na wiedzy, a na wierze. Nie ukrywa tego zresztą sam autor, sugerując, że zajął się obroną klimatu Ziemi pod wpływem wypadku samochodowego swojego syna, który miał miejsce w 1989 roku. To on stał się powodem, dla którego Gore zajął się ekologią, i to z pasją baptystycznego kaznodziei głoszącego już nie sądny dzień chrześcijan, ale klimatyczny koniec świata. Pasja religijna była w jego twórczości tak mocna, że jeden z recenzentów jego twórczości M. Scott Peck nie wahał się określić jednej z jego prac „książką prorocką, a nawet świętą“.

Stopniowo zresztą, inie ma co ukrywać, że pod wpływem związków z ruchem ekologicznym Gore tracił – nawet czysto rodzinne – związki z chrześcijaństwem. Urodzony i wychowany jako baptysta już w swoich pierwszych książkach o ekologii dystansował się od tradycyjnego chrześcijaństwa. „Chrześcijańscy ignoranci, którzy obawiają się otwarcia umysłów na nauki głoszone poza ich własnym systemem wiary, odrzucając przekonanie, że ziemia jest naszą świętą matką, stają się zagrożeniem dla przetrwania ludzkości“ – przekonywał w swojej książce „Earth in Balance“.

W 2003 r. zerwał w końcu ze swoim wyznaniem, uznając je za zbyt konserwatywne, powiązane z prawicą religijną, a do tego niewystarczająco otwarte na ekologię. Kim jest zatem obecnie? Pytany o to przez dziennikarzy, odpowiadał, że chodzi z żoną do różnych wspólnot. – Jesteśmy teraz bardzo ekumeniczni – podkreślał w rozmowie w 2003 roku. Ale już w tegorocznym wywiadzie dla londyńskiego „The Times“ zdecydował się na większą szczerość: „Mam bardzo osobistą definicję tego, kim jest Stwórca Wszechświata. Wierzę, że jest On siłą poruszającą świat, ale nie sądzę, by ją w jakikolwiek sposób predeterminował“. A jego żona Tipper Gore uzupełniała w licznych radiowych wypowiedziach: „Sądzę, że jestem naśladowczynią Baba Rama Dassa“ (czyli harwardzkiego profesora, który choć zaczynał od eksperymentów z narkotykami, to ostatecznie został „mistrzem duchowym“, czerpiącym swoje inspiracje z hinduizmu).

Nawet jednak tak ograniczona wiara w „świętą matkę ziemię“ stworzoną przez Kreatora Wszechświata oraz w konieczność jej obrony przed zakusami złych ludzi, którzy mogą doprowadzić do końca jej istnienia, nie przekłada się na jakieś szczególne praktyki byłego wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych. W lipcu 2007 roku wywołał on na przykład niemały skandal wśród zafascynowanych nim ekologów, godząc się na podanie na weselu córki zagrożonej wyginięciem chilijskiej ryby.

– 50 procent spożywanych ryb tego gatunku pochodzi z nielegalnych połowów – grzmiała Rebecca Keeble z Humane Society International. – Al Gore mógł wybrać coś innego do zjedzenia – uzupełniała na łamach „Australia Daily Telegraph“. I na nic zdały się zapewnienia Gore’a i sztabu jego pracowników, że akurat te ryby zostały złowione całkowicie legalnie, i że istnieją na to dowody. Nic nie pomogły także zapewnienia, że były wiceprezydent absolutnie zgadza się z przeciwnikami nielegalnych połowów ryb zagrożonych wyginięciem.

Rzeczniczka Gore’a musiała się zresztą borykać nie tylko z zarzutami spożywania nieodpowiednich posiłków, ale także z wypominaniem przez radykalnych ekologów, że choć Gore wiele mówi o konieczności wyrzeczeń i ograniczania emisji gazów cieplarnianych –to jego własna rezydencja w Nashville pożera tyle samo energii, co małe miasteczko. Jednak to już się zmieniło. Po dwóch latach Gore zamontował w swoim domu wszystkie możliwe energetyczne nowinki, dzięki czemu zaoszczędza ok. 13 procent dotychczas zużywanej energii. O tej dobrej nowinie donosiły nawet polskie portale internetowe.

Darowane gafy

Niedbałość o fakty czy o zgodność własnych wypowiedzi z rzeczywistością nie zdarza się zresztą Gore’owi tylko w przypadku ekologii. Jeszcze jako wiceprezydent i późniejszy kandydat na prezydenta zasłynął wśród dziennikarzy jako człowiek mający kłopot z odróżnianiem rzeczywistości od swoich własnych projekcji. W licznych wywiadach zapewniał na przykład, że to na nim i jego żonie (pobrali się, mając 21 lat, mają czworo dzieci i są – jak zapewniają ich znajomi – znakomitym małżeństwem, z czwórką dzieci) wzorował jednego z głównych bohaterów „Love Story“ Erich Segal. Ten ostatni jednak zdecydowanie zaprzeczył i wskazał, że inspiracją był nie demokratyczny polityk, ale aktor Tommy Lee Jones.

Innym razem – na potrzeby kampanii – zapewniał, że jest synem farmera, który od dzieciństwa zaznał ciężkiej pracy na farmie i własnymi siłami osiągnął wszystko. Problem polega tylko na tym, że – jak ujawnił sympatyzujący z nim „New York Times“ – to wierutna bzdura. Al Gore junior jest bowiem synem Alberta Gore’a Seniora, wielokrotnego senatora i prominentnego polityka Partii Demokratycznej.

Jego ojciec nie tylko nigdy nie posłał go na farmę, ale wręcz zapowiedział dziennikarzom jeszcze przed jego urodzinami, że mają się strzec przed umieszczeniem informacji o narodzinach syna gdzieś w głębi gazety. A zatem dzień po narodzinach na pierwszej stronie „Tennessean“ ukazała się informacja o przyjściu na świat oczekiwanego potomka: „Dobrze panie Gore, oto i on, na pierwszej stronie“. W późniejszych latach młody Gore też nie poznał pracy na farmie, bowiem od dziecka był przygotowywany do odegrania roli polityka, a nie farmera.

Najsłynniejszą wpadką polityka było jednak wyznanie, że to on – podczas pracy w Kongresie – podjął inicjatywy, dzięki którym powstał Internet. Tego było za wiele dla dziennikarzy zajmujących się nowymi mediami. „W 1969 roku Departament Obrony zatwierdził działania agencji ARPANET. Gore miał wówczas 21 lat“ – grzmiał magazyn „Wired“

Działania Gore’a w latach 90., kiedy próbował wspomóc nauczycieli i uczniów w dostępie do tworzonej sieci, też nie miały większego znaczenia. Gore chciał bowiem, by nowa sieć rozwijała się pod pewnym (oczywiście, jak to w Stanach Zjednoczonych, względnym) nadzorem państwa, a jej rzeczywisty sukces związany jest raczej z anarchicznym sposobem rozwoju.

Miraż akcji niepolitycznej

Wszystkie te wypowiedzi, gafy i potknięcia zostały jednak Gore’owi wybaczone, gdy zadeklarował zerwanie z polityką. Po przegranych wyborach rozpoczął serię wykładów, później zaczepił się jako doradca Google’a i innych wielkich firm internetowych, ale konsekwentnie odmawiał komentowania prezydentury Busha. Po 11 września zadeklarował nawet, że Bush jest i jego naczelnym wodzem.

Wszystko zmieniło się jednak po decyzji o inwazji na Irak. Gore, jako jeden z nielicznych demokratów, zdecydowanie się jej przeciwstawił. I tak już zostało, były wiceprezydent jest nadal jednym z najwytrwalszych i najostrzejszych krytyków Busha. – Rzeczywistą cechą tej prezydentury jest to, że w istocie Bush jest słabym człowiekiem. On ukazuje się jako twardy facet, ale za zamkniętymi drzwiami jest całkowicie posłuszny tym, którzy wspierali go finansowo oraz własnej koalicji z gabinetu owalnego –mówił Gore w rozmowie z reporterem „New Yorkera“.

Powodem do ataków na Busha jest także jego pobożność, Wszystko to razem sprawia, że przegrany kandydat na prezydenta, któremu zarzucano drewniany styl i drętwość wypowiedzi, stał się jednym z najbardziej cenionych polityków wśród demokratycznie nastawionych dziennikarzy i publicystów. Magazyn „Time“ przewiduje nawet, że mimo zdecydowanej odmowy Gore’a możliwe jest jeszcze „skuszenie“ go i jego start w najbliższych wyborach, naprzeciw jednego z kandydatów republikańskich. Gore zaprzecza i zapewnia, że z polityką skończył, a teraz chce się zajmować wyłącznie wielką akcją moralną, jaką jest – według niego – ochrona ziemi przed ekologicznym Armagedonem.

Problem polega tylko na tym, że akurat ta akcja – o rzekomo moralnym charakterze – ma bardzo wymierne rezultaty polityczne. Dotyka bowiem oceny prezydentury Busha, jest często wykorzystywana do atakowania tego ostatniego. Jest próbą nie tyle zmiany życia jednostek (w czym –nawet jeśli dokonuje się to w atmosferze histerii–nie ma nic złego), ile wprowadzenia rozwiązań prawnych, które zmiany wymuszą, a ich brak będą karać finansowo. A głównym winowajcą – przecież już wskazanym – nie będą Chiny czy Rosja, lecz Stany Zjednoczone.

Dlatego oparta na fałszywych przesłankach i prorokująca nierealne scenariusze moralna wizja Ala Gore’a została nagrodzona. Powodem był jej antyamerykanizm i sprzeciw wobec Busha, a nie zasługi dla pokoju. Tych były wiceprezydent Stanów Zjednoczonych zwyczajnie nie ma. Ale też nie były mu one potrzebne. Liczyło się bowiem, co innego.

Zgazowania węgla

Źródło: Rzeczpospolita: Polscy naukowcy chcą, żeby węgiel palił się jeszcze pod ziemią
Barbara Cieszewska 04-12-2007

O pozyskiwaniu energii surowca bez wydobywania go na powierzchnię myślano w kraju już w latach 60. Teraz pomysł wrócił pod patronatem Brukseli

Zagazowanie węgla

Zgazowywanie to swego rodzaju kontrolowany pożar wywołany pod ziemią. Na powierzchnię wydobywany jest już tylko gaz (mieszanina tlenku węgla i wodoru), którego spalanie dostarcza energii.

Nad technologią zgazowywania węgla pod ziemią pracowano na świecie już na początku ubiegłego stulecia. Pierwsza eksperymentalna instalacja powstała w Anglii w 1912 r. Prace w niej zostały przerwane po wybuchu I wojny światowej. Większym zacięciem wykazali się Rosjanie, którzy badania nad technologią rozpoczęli w latach 30. XX w. Udało im się wykorzystać ją na skalę przemysłową. W Uzbekistanie jedna z instalacji działa już 50 lat. Technologię testowali Amerykanie.

W Polsce badania nad podziemnym zgazowywaniem węgla prowadzono w kopalni Mars w Zagłębiu Dąbrowskim w latach 60. Zarzucono je, ponieważ okazało się, że jest to technologia zbyt droga. Jednak dziś naukowcy ponownie zainteresowali się problemem. W ramach projektu HUGE pracują nad nim naukowcy z Głównego Instytutu Górnictwa. Badania finansuje Unia Europejska, a ściślej – Wspólnota Węgla i Stali. Na projekt przeznaczono 3 mln euro. Oprócz Polaków uczestniczą w nim naukowcy z Holandii, Wielkiej Brytanii i Niemiec.

GIG dysponuje wyjątkowym laboratorium doświadczalnym, jakim jest kopalnia Barbara służąca wyłącznie do celów naukowych.

Węgiel będzie zgazowywany w bardzo płytkim pokładzie, na głębokości 30 metrów pod ziemią, co niezupełnie odpowiada naturalnym warunkom. W przyszłości, kiedy technologia ta zostanie już opracowana, węgiel będzie zgazowywany w bardzo głęboko położonych pokładach, nawet poniżej 1 tys. metrów. Wykorzystywać się będzie także kopalnie już zlikwidowane, gdzie wciąż są jeszcze pokłady węgla, których nie opłacało się wydobywać klasycznymi metodami. Pokłady mogłyby być zgazowywane także ze względu na bezpieczeństwo. Im głębiej bowiem, tym większe zagrożenie wybuchami metanu i tąpnięciami.

Projekt HUGE przewidziano na dwa lata. Jeżeli wyniki będą pozytywne, technologia zostanie wdrożona w praktyce. Prawdopodobnie jednak nie nastąpi to wcześniej niż za dziesięć lat. Jest jednak wariant pesymistyczny. Amerykanie przeprowadzali podobne próby już w latach 80., zgazowując przy tym wiele tysięcy ton węgla, a mimo to dziś nie robią tego na skalę przemysłową. Może się więc okazać, że gra nie jest warta świeczki.

Szwecja kontra gazociąg północny

Źródło: Rzeczpospolita: Szwecja zaogniła spór o trasę gazociągu północnego
02.11.2007

Rząd szwedzki domaga się przeprowadzenia dodatkowych badań w celu sprawdzenia, czy gazociąg północny nie zagraża środowisku naturalnemu – powiedział Andreas Carlgren, minister ochrony środowiska tego kraju. To oznacza, że budowa gazowej magistrali może się opóźnić o kilka lat.

Koszt takich badań to ponad 30 mln dol. i jest prawdopodobne, że dowiodą one szkodliwości tej inwestycji, ponieważ trasa przebiega przez teren objęty ochroną w ramach programu Natura 2000, oraz składowiskami uzbrojenia, w tym broni chemicznej. – Aby podjąć ostateczną decyzję w sprawie tego projektu, rząd musi się zapoznać z wynikami wiarygodnych badań, które ostatecznie udowodnią, jakie mogą być efekty przeprowadzenia gazociągu północnego obecnie planowaną trasą , a jakie innymi alternatywnymi – powiedział szwedzki minister. W tej sytuacji Gazprom, który ma 51 proc. udziałów w planowanej inwestycji, oraz dwie firmy niemieckie BASF i E.ON (po 24,5 proc. każda) będą musiały zlecić wykonanie takich badań, których wcześniej domagała się jedynie Polska.

Przez dłuższy czas nasz kraj był osamotniony w obawach o negatywny wpływ inwestycji na stan środowiska naturalnego w Bałtyku. W kilku ostatnich dniach takie obawy wyraziły też Estonia i Finlandia, ale powszechnie czekano na wsparcie ze strony Szwecji. Efektem wcześniejszych zastrzeżeń Polski była zmiana przebiegu trasy gazociągu, który przesunięto z polskich wód terytorialnych.

Kilka dni temu premier Rosji Wiktor Zubkow powiedział, że w tej sytuacji warto zastanowić się nad powrotem do pomysłu budowy drugiej nitki rurociągu jamalskiego prowadzącej przez Białoruś i Polskę do Niemiec. Według niezależnych wyliczeń Jamał 2 jest tańszy od gazociągu północnego o 2 – 3 mld dol. Wczoraj ten pomysł kategorycznie odrzucił rosyjski minister energii Wiktor Christienko. Jego zdaniem taka inwestycja nie ma uzasadnienia ekonomicznego. Zdaniem Gazpromu odkurzenie tego pomysłu będzie aktualne wówczas, kiedy na Białorusi i w Polsce znacząco wzrośnie popyt na gaz.
Danuta Walewska

Globalne ocieplenie - czyli bujdy pseudoekologów

Źródło: Rzeczpospolita: Amok klimatyczny
30.05.2007

Globalne ocieplenie to poważny problem, słyszymy, i powiedzmy, że i z tym można się zgodzić. Manipulacja zaczyna się w momencie, gdy do owych dwóch stwierdzeń dochodzi trzecie - że globalne ocieplenie to efekt działalności człowieka. Wielu klimatologów podaje to w wątpliwość i ich argumenty trafiają do przekonania. W czasach Jagiełły w Polsce uprawiano winorośl - pozostały po tym nazwy miejscowości jak Łagiewniki czy Winiary (zresztą uprawiano ją wtedy nawet w Anglii). Z kolei w czasach Jana Chryzostoma Paska zimą Bałtyk zamarzał tak, że budowano na nim karczmy dla podróżnych. A potem znowu się ociepliło. A przecież przez wszystkie te wieki emisja do atmosfery dwutlenku węgla, spowodowana działalnością człowieka, była znikoma. Zresztą nadal taka pozostaje: jeden wybuch wulkanu wyrzuca w atmosferę tyle gazów cieplarnianych, ile cała światowa gospodarka wytwarza w ciągu trzech lat.

Tak twierdzą klimatolodzy, ale to nie klimatolodzy mają w tej sprawie głos - rej wiodą działacze zielonych, politycy i media. Robienie histerii wokół protokołu z Kioto jest wygodne dla wielu środowisk. Intelektualne salony mają jeszcze jeden powód, by nienawidzić kapitalizmu i Ameryki, biznes ma argument, by klienci wyrzucali jeszcze niezużyte dobra i kupowali nowe, “energooszczędne”, bogate kraje zaś - możliwość dławienia rozwoju krajów biedniejszych limitami emisji spalin, by nie mogły one zagrozić ich socjalnemu ciepełku. No, a dla mediów histeria jest po prostu żywiołem. Kto by psuł tak świetną zabawę, dopuszczając do głosu sceptycznych naukowców?

Wobec masowej histerii jesteśmy bezsilni, co nie znaczy, że należy się w nią włączać, jak się zdarzyło właśnie kolegom z “Dziennika”. Dlaczego, pyta retorycznie jego redaktor naczelny, gazeta nieulegająca modom politycznej poprawności rozpoczyna kampanię przeciwko globalnemu ociepleniu? Hm, może: dlatego, że właśnie zaczęła im ulegać?
Rafał Ziemkiewicz

Sprawdźmy, czy paliwo z węgla jest opłacalne

Źródło: Rzeczpospolita
30.05.2006

Rozmowa z Markiem Ściążko, dyrektorem Instytutu Chemicznej Przeróbki Węgla w Zabrzu

Rz: Do Narodowego Planu Rozwoju na lata 2007 - 2013 ma być wprowadzony zapis o wspieraniu produkcji paliw z węgla. Sejmowa Komisja Gospodarki próbuje tym zainteresować rząd. Czy to ma ekonomiczny sens?

MAREK ŚCIĄŻKO: Najpierw trzeba zrobić studium opłacalności, czyli sprawdzić, jakie koszty wiążą się z produkcją paliw z węgla i czego możemy po niej oczekiwać. Liczby, które przedstawiono niedawno sejmowej komisji, są mało wiarygodne. Zawsze jest tak, że gdy zaczyna brakować gazu i ropy albo rosną ich ceny, przyjaźniej zaczynamy patrzeć na węgiel. Choćby dlatego, że mamy go w Polsce pod dostatkiem. Przy czym bezdyskusyjny jest fakt, że jeśli gaz i ropa są dostępne po rozsądnych cenach, wtedy węgiel jest zawsze na samym końcu.

Na razie nie ma chętnych do inwestowania w zgazowanie węgla czy wytwarzanie z niego paliwa. Co wstrzymuje inwestorów?

Ogromne ryzyko. Poza tym zwróćmy uwagę, że w kraju zużywamy ok. 18 mln ton ropy rocznie. Aby uzyskać taką ilość paliwa, trzeba byłoby przerobić 100 mln ton węgla, a więc wszystko, co wydobywamy.

Dzisiaj potrafilibyśmy zbudować zakład, który mógłby przerobić ok. 6 mln ton węgla, co dałoby nam najwyżej 2 mln ton paliwa. Nie rozwiązałoby to naszych problemów. Zakład przerabiający paliwo musiałby pracować 20 lub nawet 30 lat, by zwróciły się poniesione nakłady. A co będzie, gdy za dwa - trzy lata ceny ropy zaczną znów spadać?

Jednak Amerykanie zbudowali u siebie zakład zgazowania węgla. Może więc warto iść ich śladem?

Instalacja w Bullah w Północnej Dakocie z początku lat 80. jeszcze do niedawna była dotowana przez rząd. Senat amerykański uchwalił dopłaty w wysokości 25 proc. ponoszonych kosztów. Produkuje się tam z węgla brunatnego syntetyczny gaz ziemny. Amerykanie wpinają się w rurociąg biegnący z Alaski i odbiorca nawet nie wie, że otrzymuje gaz z węgla. Kiedy byłem tam na początku lat 90., wciąż mieli ogromne problemy techniczne. Dopiero od paru lat, kiedy ceny paliw wzrosły, wykazują efektywność ekonomiczną. Ponadto od dwóch lat do kanadyjskich złóż ropy naftowej instalacja pompuje dwutlenek węgla, za który kompania naftowa płaci Amerykanom. Są to więc technologie, które zaczynają się opłacać dopiero wtedy, gdy zarabia się na czymś dodatkowo, nie tylko na samym gazie czy wytwarzanym z węgla paliwie. Dzisiejsze zachwyty nad tą metodą, że jest super i trzeba ją wprowadzić, powodują więc jedynie pewien szum informacyjny. Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Zdecydowanie za wcześnie jest dzisiaj na podejmowanie w Polsce decyzji o jej wykorzystaniu.

Producenci węgla dowodzą opłacalności przerabiania go na paliwo. Produkcja litra paliwa ma kosztować 0,64 euro, czyli około 2,5 zł.

Na świecie są zaledwie trzy konsorcja, które opanowały technologię produkcji paliwa z węgla. Powstały grupy wielkich firm, jak np. UDE i Shell czy General Electric i Chevron Texaco. Nastąpiła więc konsolidacja wiedzy. Dotychczas General Electric oferował turbiny gazowe, ostatnio kupił prawa do technologii zgazowania węgla. W ostatnich dwóch latach podzielony został rynek technologii. Aby dzisiaj określić opłacalność przerobu węgla na paliwo, nie wystarczy oprzeć się na jakimkolwiek technicznym czy naukowym opracowaniu mówiącym o tym, jak ta technologia powinna wyglądać i ile kosztuje. Efektywność inwestycyjną takiego zakładu można ocenić po precyzyjnej analizie techniczno-ekonomicznej, ale dopiero po udostępnieniu danych przez te trzy konsorcja.

Jako przykład opłacalnej instalacji podaje się działającą w Sassol w Republice Południowej Afryki. Może powinniśmy kupić technologię w tym kraju?

To nie jest instalacja odpowiednia do warunków polskich. Inne są wymagania dotyczące samego węgla. My powinniśmy zastosować inne, współczesne technologie przeróbki. Wytwarzane tam są rzeczywiście paliwa silnikowe, czyli benzyna i olej napędowy, ale też wiele innych produktów chemicznych. Podejrzewam, że dzisiaj w Polsce to nie byłoby opłacalne. Są już technologie nowsze. RPA nie miała wtedy wyboru. Do produkcji paliw z węgla skłonił ją przymus ekonomiczny. Wprowadzono wobec tego kraju embargo za apartheid.

rozmawiała Barbara Cieszewska


Nowe artykuły na email

Kliknij poniższy link i zapisz się, a będziesz otrzymywał nowe artykuły na email:

ZAPISUJE SIĘ >>

 

lipiec 2008
P W Ś C P S N
« cze    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Statystyka

  • 289,488 odwiedzin