Archiwum kategorii 'Ekonomia' Category

Dlaczego europejczycy są lewicowi - czyli lewicowa indoktrynacja

Lewicowa indokrynacja? Młodzież dowiaduje się w szkołach, że międzynarodowe korporacje to szarańcza, a kapitaliści to potwory

„Codzienna walka”, „Kapitał wypiera pracę”, „Nowoczesne niewolnictwo”, „Powrót do średniowiecza” – takie tytuły królują po dziś dzień w niemieckich podręcznikach szkolnych.

– Przeważa niechęć do kapitalizmu – twierdzi Stefan Theil, autor opracowania na temat wizerunku kapitalizmu w niemieckich szkołach. Jeden z podręczników zamieszcza zdjęcie opasłego kapitalisty z różą w zębach obok spoconego robotnika. W innym – kapitalista z książkowej ilustracji cieszy się z rozszerzenia UE, bo umożliwi mu to obniżenie obowiązujących w Niemczech standardów socjalnych.

Praca, depresja, rak

W wielu podręcznikach można znaleźć obszerne cytaty z programów związków zawodowych. – Przedsiębiorstwa są przedstawiane jako miejsca, w których robi się podejrzane interesy – twierdzi Theil.

Podobnie jest z podręcznikami francuskimi, które głoszą, że wzrost gospodarczy „wymusza nieuporządkowany styl życia, prowadzi do przepracowania, stresu, depresji, zawałów, a nawet sprzyja zachorowalności na raka”. Tak przynajmniej twierdzą autorzy „Histoire du XXe siecle” (Historia XX wieku), podstawowego podręcznika przygotowującego do egzaminów na studia wyższe.

– Zdumiewające, jak małą wiedzę na tematy ekonomiczne mają absolwenci szkół średnich – mówi prof. Günter Faltin z Wolnego Uniwersytetu w Berlinie. Wini konserwatywnych nauczycieli, którzy wyrośli w okresie niemieckiego cudu gospodarczego i państwa dobrobytu zapoczątkowanego przez Ludwiga Erharda i jego program społecznej gospodarki rynkowej. Właśnie mija 60 lat funkcjonowania tego modelu i wprowadzenia niemieckiej marki (DM), która niemal z dnia na dzień zmieniła obraz niemieckiej gospodarki i zapełniła półki sklepowe. Niemcy tęsknią do tych czasów i nie przyjmują do wiadomości, że wraz z rozwojem globalizacji wszystko się zmieniło. Jeszcze trzy lata temu połowa pytanych o zdanie obywateli oceniała „stosunki gospodarcze” jako niesprawiedliwe. Dzisiaj, gdy liczba bezrobotnych zmniejszyła się o półtora miliona, trzy czwarte ankietowanych wyraża niezadowolenie z kierunku rozwoju gospodarczego. – Jednej z przyczyn takiego stanu rzeczy należy szukać właśnie w niemieckich podręcznikach szkolnych – twierdzi prof. Faltin.

Niemcy nie chcą zakładać firm

– Nie jest wcale tak źle. Podręczniki przedstawiają bardziej zróżnicowany obraz gospodarki niż się na pozór wydaje – twierdzi Susanne Grindel z Instytutu Georga-Eckerta zajmującego się badaniami porównawczymi podręczników z różnych krajów.

Jedno jest jednak pewne. Niemieckie podręczniki podkreślają w większym stopniu rolę państwa w organizowaniu życia gospodarczego niż na przykład angielskie czy amerykańskie, które kładą nacisk na osobistą odpowiedzialność obywateli za ich status ekonomiczny. Dlatego zaledwie co piąty Niemiec jest zdania, że warto prowadzić własną działalność gospodarczą, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych wskaźnik ten jest dwa razy wyższy.

– Czas uświadomić wszystkim, że pojęcie społecznej gospodarki rynkowej to nie tylko sprawa podziału dóbr, ale uporządkowany system gospodarki rynkowej, który opiera się na wolności osobistej, konkurencji i odpowiedzialności jednostki – głosi Hans Tietmeyer z Initiative Neue Soziale Marktwirtschaft (Inicjatywa Nowej Społecznej Gospodarki Rynkowej).

– Zapomniano już, że sukces gospodarczy RFN był wynikiem neoliberalnego eksperymentu bez precedensu – tłumaczy „Der Spiegel”, wyjaśniając mechanizm reform Ludwiga Erharda.

Wyniki badań podręczników historii www.insm.de/index.html

————————

dr Ireneusz Krzemiński, socjolog, Uniwersytet Warszawski

W Niemczech w ostatnich latach do głosu doszła intelektualna lewica, która stanowi tam część elit. Lewicowe poglądy są szerzone w szkołach i na uniwersytetach. Lewica stanowi dominującą siłę na uczelniach, jednak nie jest to moim zdaniem stałe zjawisko. To się zmienia. W tej chwili wrogie wobec kapitalizmu nastroje są również powodowane rosnącym kryzysem gospodarczym. Ja bym się tym specjalnie nie przejmował. Wszyscy pamiętamy, jak wrogo francuskie elity intelektualne podchodziły do rozszerzenia Unii Europejskiej o byłe kraje bloku wschodniego, w tym Polskę. Źródłem tego wrogiego nastawienia były między innymi francuskie uniwersytety zdominowane przez wykładowców o lewicowych poglądach. Mimo to jesteśmy dziś członkami Unii. Na szczęście w takich krajach jak USA i Wielka Brytania liberalizm oraz konserwatyzm znowu rosną w siłę. Sytuacja w Polsce jest oczywiście zupełnie inna niż na Zachodzie. Przede wszystkim kryzys gospodarczy na razie do nas nie dotarł. Nawet nie rozważamy takiej możliwości, że może kiedyś do nas dotrzeć. Kiedy to się stanie, także u nas będą mnożyć się głosy krytykujące kapitalizm. W mediach, na uniwersytetach i w szkolnych podręcznikach.

To, że dziś mniej krytycznie podchodzimy do kapitalizmu niż Zachód, jest także związane z naszym doświadczeniem socjalizmu. Przez cały okres PRL przeciwstawiało się oba te systemy: kapitalizm i socjalizm. Socjalizm był tym dobrym, a kapitalizm tym złym systemem. Aż okazało się, że socjalizm zaprowadził nas w ślepą uliczkę. Polacy zrozumieli, że kapitalizm oznacza wolny rynek i demokrację, a w porównaniu z socjalizmem ma tę zaletę, że mimo iż nie jest doskonały, można go poprawić, udoskonalić. To doświadczenie, którego brak elitom na Zachodzie.

—not. ryb

Piotr Jendroszczyk z Berlina
————-

Źródło : Rzeczpospolita: Niemcy nie lubią kapitalizmu
Aleksandra Rybińska, Piotr Jendroszczyk 24-06-2008

Polityka gospodarcza Rosji

Cała polityka Putina oparta jest na budowaniu siły dzięki drogiej dzisiaj energii - mówi Konstantin Simonow, prezes Centrum Politycznego Rosji i autor raportu o transformacji Rosji w 2007 roku, w rozmowie z “Rz”


Rz: Gazprom jako Ministerstwo Spraw Zagranicznych Rosji, Rosnieft i grupa Abramowicza jako Ministerstwo Finansów. Jakim krajem może być Rosja, w której rządzą wielkie korporacje?

Konstantin Simonow: To prawda, wpływ wielkich korporacji, i to niekoniecznie państwowych, na rosyjską politykę staje się coraz większy. Zresztą Gazprom może być także Ministerstwem Handlu, bo cała polityka Putina oparta jest na budowaniu siły dzięki drogiej dzisiaj energii. W sytuacji, kiedy w Rosji znajduje się 27 procent światowych zapasów gazu, czy to się komuś podoba czy nie, to i tak będą one narzędziem naszej polityki zagranicznej. Głupio byłoby z tego nie korzystać. A mocny i coraz mocniejszy jest nie tylko Gazprom, ale i giganty metalowe – Rusal, Siewierstal, Norylsk Nickel – które przecież są prywatne, tyle że prowadzone przez biznesmenów przyjaznych Kremlowi. W tej sytuacji nie ma co się dziwić, że rosyjskie władze wspierają ekspansję tych firm poza granicami kraju.

Tyle że często im się to nie udaje…

To też prawda. Siewierstal chciał kupić Arcelor, ale Europa się przestraszyła i wolała sprzedać go Mittalowi. Łukoil chciał kupić w Polsce Rafinerię Gdańską, ale podniósł się wrzask, że to byłby najazd rosyjskiego KGB…

A nie byłby?

Nie, bo Łukoil, choć dobrze żyje z Kremlem, jest dobrze zarządzaną firmą prywatną. Europa jest bardzo skuteczna w stawianiu barier inwestycyjnych.

Wy mówicie o stawianiu barier? A czym jest w takim razie podpisanie przez Władimira Putina w ostatnim dniu kadencji prezydenckiej dekretu ograniczającego dostęp kapitału zagranicznego do 46 branż w gospodarce? W dodatku ten dekret zaczął obowiązywać 7 maja, kiedy Putin objął urząd premiera!

Rzeczywiście, Putin zorientował się, że w ostatnim czasie doszło do ogromnych inwestycji zagranicznych w naszym przemyśle wydobywczym, a zwłaszcza w dziedzinie nośników energii. ExxonMobil, ConocoPhillips, które za czasów Rockefellera się podzieliły, teraz zbierają siły. Zresztą nie dotyczy to wyłącznie USA. Jest jeszcze przecież francuski Total Elf, który umocnił się w Europie. Jeśli do tego dodamy niemieckie E.ON czy Ruhrgas, obraz jest pełny. Podobnie jest w sektorze metalurgicznym, gdzie ArcelorMittal wyrósł na światowego giganta. Putin to wszystko obserwował, wyciągnął wnioski i tak powstała jego strategia. Ale nie mają racji ci, którzy myślą, że Putin kupuje za granicą firmy, żeby mieszać się w politykę. On kupuje po to, aby zarobić pieniądze. To dlatego Rosja zainteresowała się Afryką i Ameryką Łacińską. Być może jednak okaże się, że to wszystko już za późno.

W Wenezueli, Boliwii i Ekwadorze po nacjonalizacji i usunięciu zachodnich koncernów powstanie luka. Czy myśli pan, że Rosjanie będą dążyli, aby ją wypełnić?

Z pewnością będą tam potrzebne technologie, więc postaramy się znaleźć tam swoje miejsce. Tyle że będzie tam silna konkurencja. Byliśmy już przekonani, że mamy rafinerię w Możejkach, a okazało się, że kupił ją polski Orlen.

Kupił rafinerię, ale bez ropy.

Nie macie się co łudzić, rurociąg Przyjaźń pozostanie zamknięty i nie jest to element nacisku na Litwę, ale na Polskę. Rosjanie nie mogą zapomnieć, że usłyszeli od ludzi z Orlenu: jeśli nie sprzedacie nam ropy, kupimy ją sobie w Wenezueli. I nie ma znaczenia, że to Łukoil jest największym klientem rafinerii w Możejkach i głównym odbiorcą jej produkcji.

A czy w blokowaniu zachodnich inwestycji w wydobycie ropy i gazu też chodzi tylko o biznes?

Putin zdał sobie sprawę, że rosyjski udział w europejskim przemyśle wydobywczym jest ośmiokrotnie niższy od inwestycji zagranicznych w tym sektorze w Rosji, dlatego niektóre zachodnie firmy musiały opuścić Rosję. Jesteśmy w stanie udostępnić udziały w tych branżach, ale wyłącznie na zasadach wzajemności. I nie jest to nacisk polityczny, lecz twarde reguły biznesu. A Putin jest najpierw biznesmenem, a potem dopiero politykiem. Najlepszym dowodem jest to, że po zakończeniu kadencji prezydenckiej został premierem. Jemu już się znudziło odpowiadać na pytania związane z prawami człowieka, o sytuację w Czeczenii. Teraz będzie się zajmował biznesem i jeśli ktoś go zapyta, jak tam w Rosji z demokracją, odpowie: zapytajcie prezydenta.

Dlaczego Europa tak bardzo obawia się rosyjskich inwestycji?

Europa jest bardzo strachliwa. Boi się nie tylko pieniędzy rosyjskich, ale i inwestycji funduszy państwowych, arabskich czy chińskich. Natomiast zamykając drogę projektom rosyjskim w energetyce, Europa prowadzi własną grę biznesową. Biurokraci w Brukseli zdają sobie sprawę, że ich istnienie zależy właśnie od złych stosunków z Rosją. Sądzą, że Europa wreszcie się zjednoczy, jeśli znajdzie wspólnego wroga. Czyli szykuje nam się kolejna zimna wojna. Ale koniec końców i tak wiadomo, że Rosjanie sami sobie nie poradzą z wydobyciem gazu ze złóż Sztokmana, bo nie mają odpowiednich technologii, a Europie potrzebny jest ten gaz. Więc w polityce zimna wojna zmieni się w zimny pokój, a potem sytuacja całkowicie się znormalizuje. Innego wyjścia nie ma. A gospodarka niech idzie własną drogą.

Konstantin Simonow skończył nauki polityczne na uniwersytetach w Manchesterze i Moskwie – na tej uczelni skończył też ekonomię. Od kilkunastu lat przygotowuje analizy i opracowania z zakresu międzynarodowych stosunków gospodarczych i politycznych. Zanim związał się w 1997 r. z Centrum Politycznym Rosji pracował też w innych think-tankach oraz w mediach. Od 2003 r. kieruje tą instytucją, latem 2006 r. stanął też na czele Narodowego Instytutu Bezpieczeństwa Energetycznego NESF. Wykłada na Uniwersytecie Moskiewskim oraz Wyższej Szkole Ekonomii.

Źródło : Rzeczpospolita: Putin to biznesmen, a dopiero potem polityk
Danuta Walewska, Paweł Mazurkiewicz 20-05-2008

Zwiazki Zawodowe terroryzują Polskę

Zgodnie z prawem firmy pokrywają koszty związkowych etatów i udostępniają pomieszczenia. W rzeczywistości jednak prawa związkowców są dużo szersze – w wielu firmach regulują je bowiem dodatkowe umowy – np. społeczne, od kilku lat powszechne m.in. w energetyce, górnictwie i sektorze paliwowym. Negocjowane za rządów SLD i PiS dokumenty przewidują m.in., że spółki muszą pokrywać wydatki na prawników i organizację negocjacji.

Kwoty te nie są małe. Z poufnych dokumentów jednego z koncernów energetycznych, do których dotarła “Rz”, wynika, że każda runda negocjacji ze związkami nt. restrukturyzacji kosztowała od 40 do 75 tys. zł. Trzydniowe rozmowy toczono bowiem w wynajętym na ten cel hotelu. Firma płaciła też faktury za usługi prawników wynajętych przez związkowców – blisko 190 tys. zł rocznie.

W sumie roczne wydatki na utrzymanie związków w owej firmie sięgnęły w 2007 roku 3 mln zł, co w jej przypadku daje 245 zł na zatrudnionego. Gdyby ten wskaźnik odnieść do zatrudnienia w państwowych firmach figurujących na Liście 500 “Rz”, otrzymalibyśmy kwotę 110 mln zł rocznie.

To jednak bardzo ostrożne szacunki – poziom tzw. uzwiązkowienia w poszczególnych branżach się różni. Do najwyższych należy w górnictwie – na utrzymanie związków w trzech największych spółkach węglowych wydaje się rocznie ponad 40 mln zł (czyli 377 zł na zatrudnionego). Dla porównania – to połowa kosztu budowy nowoczesnego taśmociągu w kopalni.

Około 90 proc. kosztów związkowych stanowią pensje, i to niemałe. – Oddelegowany dostaje trzykrotność średniej pensji ze stanowiska, które zajmował przed pracą w związku – tłumaczy Madej. Związkowcy mają też inne przywileje, np. szef górniczej “S” Dominik Kolorz, który codziennie korzysta ze służbowego auta z kierowcą. – Nie mam prawa jazdy – tłumaczy związkowiec. W KGHM zatrudniającym 17,5 tys. osób, działa ponad 40 zakładowych organizacji związkowych. Z nieoficjalnych szacunków sprzed kilku lat wynika, że koszty wynagrodzeń i utrzymania infrastruktury związkowej w koncernie mogą sięgać nawet ok. 10 mln zł (588 zł na osobę).

Czy wydatki na związki zawodowe muszą być tak duże? Żeby je ograniczyć, rząd musiałby zmienić kilka ustaw, m.in. ustawę o związkach zawodowych, radach pracowniczych czy komercjalizacji i prywatyzacji. Najwięcej jednak zależy od samych pracodawców. – Płacimy za przychylność – mówią pracodawcy.

Źródło : Rzeczpospolita: Niebezpieczne związki
Agnieszka Łakoma, Karolina Baca 15-04-2008

Skąd się biorą pieniądze?

Skąd się bierze pieniądz?
Jak działają banki?
Co to jest kredyt?
Jak działa bank centralny?
Na te i inne pytania związane z pieniądzem, długiem i bankami znajdziesz w poniższym filmie.

Antykapitalizm niemieckich socjalistów

Gdy przyjrzeć się dzisiejszej nagonce na Nokię w Niemczech, śmieszne wydają się zarzuty o „prześladowanie” biznesmenów w Polsce za rządów Jarosława Kaczyńskiego – pisze zastępca redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej”

W ojczyźnie Karola Marksa odżywa właśnie wyjątkowo obrzydliwa forma populizmu. Posługując się językiem, jakiego używano do niedawna na zachodzie Europy w stosunku do Polski, można by stwierdzić, że mamy do czynienia ze „zjawiskiem budzącym najwyższy niepokój”.

Politycy z lewej i prawej strony prześcigają się w rzucaniu obelg na Nokię, fiński koncern, który ośmielił się zamknąć ostatnią w Niemczech fabrykę telefonów komórkowych i zwolnić ponad 2 tys. pracowników. Liderzy SPD mówią o bezdusznym wyzysku i „brutalnym kapitalizmie z epoki kamienia”, a ministrowie rządu Angeli Merkel (m. in. Horst Seehofer z „prawicowej” CSU) ostentacyjnie nawołują do bojkotu skandynawskiej firmy.

– Nie chcę już widzieć w moim domu żadnej nokii – mówi przywódca socjalistów Kurt Beck.

Obronimy was przed potworem

Stąd nagle ten seans nienawiści? Ano stąd, że pod koniec stycznia i w ostatnim tygodniu lutego w trzech niemieckich landach – Hesji, Dolnej Saksonii i Hamburgu – odbędą się wybory, a atak na Nokię jest najlepszym i najtańszym sposobem, by podlizać się elektoratowi. Wszak szary niemiecki wyborca jest wychowywany od lat w aurze podejrzliwości wobec kapitalizmu. Dlatego łatwo nim manipulować i wciskać bajki o „społecznej gospodarce rynkowej” i opiekuńczej roli państwa. Dziś nad Renem każdy kapitalista to krwawy, żarłoczny, bezwzględny potwór zainteresowany wyłącznie zyskami i nieliczący się ze zwykłym człowiekiem. A politycy? Politycy oczywiście liczą się ze zwykłym człowiekiem i was, drodzy wyborcy, przed owym monstrum obronią własną piersią.

Stosownej indoktrynacji poddawane są już szkolne dzieci. Stefan Theil pisze w ostatnim numerze periodyku „Foreign Policy”, że w podręcznikach ekonomii główny nacisk kładzie się na „wychwalanie korporacyjnej i kolektywistycznej tradycji niemieckiego systemu”. Nauczanie odbywa się przez pryzmat „odwiecznego konfliktu między pracownikiem a pracodawcą”, a główna batalia toczy się o wysokość pensji i kodeks pracy.

Walka, walka, walka. Nic dziwnego, że w takiej atmosferze Nokia nie jest już dobrze zarządzaną firmą sprzedającą nowoczesne produkty, nie jest już powszechnie poważaną marką. Jest wrogiem.

Szef wpływowego związku zawodowego IG Metall Berthold Huber mówi w radiu: „Nie pozostaje nam nic innego, jak walczyć”. Jeden z pracowników zakładu Nokii w Bochum obwieszcza reporterom: „Jesteśmy w stanie wojny”. A Kurt Beck w specjalnie nagranym internetowym klipie deklaruje: „Będziemy walczyć ramię w ramię z ludźmi, którzy stracili pracę”.

Masy przeciw biznesowi

Tak oto podsycany jest rewolucyjny zapał mas. Jak za dawnych, dobrych lat… Żadna rewolucja jednak się nie powiedzie, jeśli nie uda się wstrząsnąć ludzkimi pokładami jadu. Masy mają skierować swój gniew przeciwko wielkiemu biznesowi: w zależności od potrzeb mogą to być banki, firmy ubezpieczeniowe, fundusze inwestycyjne (nazwane niegdyś przez byłego wicekanclerza Franza Münteferinga „szarańczą”) czy producenci komórek. Poważni politycy z poważnych partii bez skrupułów przekraczają kolejne granice populizmu. Czym się różnią tyrady Becka i Seehofera od wściekłych ataków na globalizację w wykonaniu Jeana-Marie Le Pena?

Nokia przeniesie teraz produkcję do nowo budowanej fabryki w Rumunii. Niemiecka klasa polityczna zapewne wolałaby, żeby Rumuni nie eksportowali telefonów, tylko pokornie korzystali z unijnych zapomóg (opłacanych z pieniędzy… niemieckich podatników), ale prawa wolnego rynku są – chwała Bogu – bezlitosne. Siła robocza w Klużu jest wielokrotnie tańsza niż w Bochum. Podatki osobisty i korporacyjny są w Rumunii płaskie i wynoszą 16 procent, podczas gdy w Niemczech dopiero niedawno CIT został obniżony z blisko 39 do 30 proc., a najwyższa stawka PIT sięga 42 proc. No i w Siedmiogrodzie nie panoszy się IG Metall.

Niemieccy politycy, poza kilkoma chlubnymi wyjątkami, nie chcą zrozumieć, że nie żyjemy już ani w XIX, ani w XX wieku. Nie mieści im się w głowie, że prywatna firma bardziej dba o swoich akcjonariuszy niż o zapewnienie bezpieczeństwa socjalnego lokalnej społeczności. Nie potrafią pojąć, że niskie podatki służą rozwojowi przedsiębiorczości, a wysokie przedsiębiorczość dławią. Otwierają szeroko oczy, kiedy ktoś nieśmiało zauważy, że większość państw byłego bloku sowieckiego cieszy się dzisiaj dużo większym liberalizmem gospodarczym niż Niemcy. Z niedowierzaniem kręcą głową, gdy dowiadują się, że w Polsce, by założyć zakład naprawiający komputery, nie trzeba się zapisywać do cechu, zdawać egzaminów i być informatykiem z wykształcenia.

Czy będą równie zdziwieni, gdy zaczną kupować montowane w Rumunii komórki i okaże się, że działają równie dobrze, a może i lepiej niż nokie produkowane w Zagłębiu Ruhry?

Zostaje nauczka

Afera z fińską firmą to festiwal cynizmu najwyższej próby. Wyobraźmy sobie teraz niemieckiego polityka, który na forum publicznym, np. w Davos, będzie namawiał zagraniczne koncerny do inwestowania w jego ojczyźnie. Owszem, Niemcy oferują fantastyczne warunki: znakomitą infrastrukturę, doświadczoną kadrę menedżerską, przejrzyste prawo. A oprócz tego szczerą nienawiść do kapitalizmu większości społeczeństwa podkręcaną od czasu do czasu i przez socjaldemokratów, i przez chadeków.Gdy przyjrzeć się dzisiejszej nagonce na Nokię, śmieszne wydają się zarzuty o „prześladowanie” biznesmenów w Polsce za rządów Jarosława Kaczyńskiego. Były premier rzeczywiście kilkakrotnie zagalopował się w krytyce „oligarchów” en masse, ale trudno porównywać tamte puste groźby z bardzo dobrze przemyślanym bojkotem fińskiego koncernu przez berliński establishment.

Nauczka jednak pozostaje, albowiem przeogromna jest wśród polityków pokusa wzniecania niezdrowych uczuć u wyborców. Na szczęście Polacy, w przeciwieństwie do zachodnich sąsiadów, nie są aż tak podatni na antykapitalistyczne slogany, skoro ugrupowanie uważane za skrajnie liberalne i sprzyjające „wielkiemu biznesowi” w cuglach wygrało wybory.Na koniec jeszcze drobna osobista deklaracja (świadomie ocierająca się o kryptoreklamę): jestem dumnym posiadaczem nokii i gdy w najbliższym czasie wybiorę się za Odrę, będę się z nią bezwstydnie obnosił. Jeśli jednak Finowie zmiękną i ulegną hordom niemieckich populistów, nie będzie już dla nokii miejsca w moim domu.

Źródło : Rzeczpospolita: Niemiecki seans nienawiści do kapitalizmu
Marek Magierowski 24-01-2008

Ekspansja gospodarcza Chin

Źródło: Tygodnik Powszechny: Gwiaździsty sztandar made in China
2007-11-29

Nie ma ostatnio tygodnia, by w którymś z krajów Zachodu, także w Polsce, nie wybuchała jakaś „chińska afera” – ze szkodliwymi chińskimi zabawkami bądź z talerzami malowanymi farbą zawierającą ołów. Z Chin płyną nie tylko zabawki i talerze, ale także zatruta żywność. Tyle że kiedyś, dawno temu, to samo robili… Amerykanie.
Piotr Bernadyn z Tokio /2007-11-29

Niedawno w jednym z chińskich miast wybudowano fabrykę firmy elektronicznej NEC. Nie była to jednak inwestycja znanego japońskiego koncernu o tej nazwie, lecz od początku do końca chińska „atrapa”: z własnym laboratorium, halami i działem sprzedaży. Japończycy wykryli fałszerstwo dopiero, gdy klienci zaczęli się skarżyć na słabą jakość zakupionych produktów.

Nigdzie podrabianie nie jest tak rozpowszechnione jak w Chinach. Dotyczy to nawet leków i żywności. – Gdyby Chińczycy wiedzieli, jak szkodliwe jest jedzenie, które codziennie kupują, w kraju wybuchłaby rewolucja – twierdzi w rozmowie z „Tygodnikiem” Zhou Qing, autor książki o skandalicznych warunkach, w jakich w Chinach produkowana jest żywność (książka w ojczyźnie autora nie mogła się ukazać, przywiózł rękopis do Japonii).

Plaga dotyka zatem przede wszystkim samych Chińczyków, choć coraz częściej wybrakowane towary trafiają za granicę. Wywołuje to międzynarodowe napięcia. Jednak obok troski o jakość chińskich towarów, kryje się za nimi także lęk – przed rosnącą rolą Chin na świecie.

„Chcą nas wytruć!”

O ile o „chińskich bublach” mówi się od dawna, to o szkodliwej chińskiej żywności głośno zrobiło się dopiero wiosną tego roku, gdy kilka tysięcy amerykańskich psów i kotów śmiertelnie zatruło się importowanym pokarmem. Potem popłynęły informacje o wstrzymywaniu kolejnych dostaw z Chin: ryb skażonych antybiotykiem, zabawek pokrytych trującą farbą z dodatkiem ołowiu, toksycznych suszonych owoców. Ze sklepów w Europie, USA i Kanadzie wycofywać zaczęto opony, materace, komórki czy ognie sztuczne. Wszystko „made in China”.

„Nasz eksport jest w 99 proc. bez zarzutu” – tak protestuje, tradycyjnie już, chiński MSZ. A rynek wewnętrzny? „Jest coraz lepiej, tylko 20 proc. żywności nie spełnia norm”.

W tym roku w ramach retorsji Chiny wycofały amerykańskie mandarynki, w których wykryto od razu bakterie, pleśń i dwutlenek siarki. Pekin miał do amerykańskich mediów pretensje o wzbudzanie histerii. Częściowo słuszne: „Czy Chiny planują wytruć Amerykanów i ich zwierzęta!?” – wołały media w USA. Waszyngtonowi Pekin zarzucił, że problemem nie są wybrakowane towary, lecz rosnący deficyt handlowy USA, więc administracja Busha szuka pretekstu do sztucznej ochrony własnego rynku.

Jednak groźby kar i bojkotu ze strony USA – a także Unii Europejskiej – zrobiły swoje: Chińczycy przyznali, że problem istnieje („Jesteśmy wciąż krajem rozwijającym się”), godząc się nawet na współpracę z zagranicą we wdrażaniu nowego systemu kontroli jakości. Do olimpiady w 2008 r. ma być lepiej. Zwłaszcza z żywnością, której nie ufa dziś 70 proc. chińskich konsumentów. Władze obiecały zwiększyć liczbę kontroli, zaostrzyły kary i, jak to w Chinach, wydały wyrok śmierci na dwóch urzędników oskarżonych o przyjmowanie łapówek za dopuszczanie na rynek podrobionych lekarstw.

– Tych dwóch skazano, bo amerykańskie psy i koty zatruły się chińskim pokarmem – komentuje szyderczo Zhou Qing. Jego zdaniem proces był „dla zagranicy”, podczas gdy to chińskie społeczeństwo jest główną ofiarą własnych bubli. A tu Zhou jest sceptyczny: poprawi się jakość towarów na eksport, reszta zostanie bez zmian.

Nie tylko Chiny

Dlaczego podrabiają, także własne marki? Dlaczego – jak ostatnio w czasie święta narodowego – kontrola w prowincji Heibei wykazała, że połowa rodzimej wódki i blisko 100 proc. importowanych alkoholi w sprzedaży było podrobionych? Wini się komunizm, kapitalizm, biedę, prawo, globalizację, wreszcie chińską mentalność.

Po pierwsze, towary podrabia się w wielu krajach Azji i nie tylko. Dostawy z meksykańską żywnością są zawracane z amerykańskiej granicy równie często jak chińskie. Ale Chiny są wielkie i rozwijają się najszybciej w świecie.

Można też szukać analogii w przeszłości. To, co jedni nazywają „chińskim duchem przedsiębiorczości”, ma wiele wspólnego z rozwojem gospodarki USA przed stu laty. Prezydent Theodore Roosevelt utworzył w 1905 r. Urząd Żywności i Leków po serii skandali, wywołanych pojawieniem się na rynku m.in. nawozów sztucznych albo glukozy sprzedawanej jako miód.

Regulacje prawne w Chinach nie nadążają – jak kiedyś w USA – za rozwojem gospodarczym. Pogoń za zyskiem i mordercza konkurencja (wymuszana także przez dyktujące niskie ceny zachodnie koncerny) skłania wielu przedsiębiorców do gry nie fair. Gwałtowne przemieszczenia społeczne idą w parze z rozluźnieniem norm moralnych. W swej książce Zhou Qing opisuje, jak pewien właściciel baru starał się utrzymać klientów, dodając do zupy… morfinę.

Trudno za każdą chińską patologię winić partię komunistyczną. Ale system polityczny, pełen frazesów o socjalistycznej demokracji, jest dyktaturą technokratów, sprawujących (przy pomocy cenzury i policyjnej pałki) władzę legitymizowaną gospodarczym wzrostem. Wzrost zatem musi trwać.

Chęć walki z korupcją głoszona przez chińskich przywódców może być szczera. Przeszkoda tkwi w powiązaniach lokalnych notabli z biznesem. W Heibei okazało się, że wiele restauracji sprzedających podrobiony alkohol należało do funkcjonariuszy partyjnych lub ich rodzin. A to nomenklatura, wydając rozporządzenia, stanowi prawo.

Winna kultura?

„Ten system formuje złych ludzi” – pisał znany intelektualista Liu Junning po aferze z niewolniczym wykorzystaniem dzieci w chińskich kopalniach. „Przez ostatnie kilkaset lat dużo się w społeczeństwie zmieniło, poza jednym: ludzkie prawa nie są chronione i wciąż depcze się godność. Niewolnictwu w kopalniach winna jest nie gospodarka rynkowa, lecz partyjni notable, właściciele kopalni i przede wszystkim system, który nie chroni praw jednostki do życia, wolności i własności”.

23 lata temu ukazała się książka tajwańskiego naukowca Yo Banga pt. „Ugly Chinaman”. W ChRL nie doczekała się publikacji, na Tajwanie wznawiano ją nie raz. To ostry pamflet na chińską kulturę.

Przypisywanie narodom cech charakteru wyszło na Zachodzie z mody i ociera się o polityczną niepoprawność. Ale na Dalekim Wschodzie, gdzie nacjonalizm jest żywy, wciąż ma wzięcie. Yo Bang zaczyna pytaniem, czy po rewolucji kulturalnej „da się jeszcze uratować naród moralnych degeneratów”? Później, jak Liu, cofa się daleko w przeszłość. Jego zdaniem chińska kultura od setek lat jest „uszkodzona”. Jak wielki naród mógł się tak zdegenerować? – pyta.

Jego zdaniem powód tkwi w tyranii, własnej i obcej, której naród był poddawany przez wieki. Upadek tak wielkiej cywilizacji musiał się odbić na psychice wszystkich Chińczyków, bez względu na to, gdzie mieszkają. W rezultacie przeciętny Chińczyk ma niezrównoważoną osobowość, oscylującą między ekstremami – arogancją i kompleksem niższości.

„Chińskie dzielnice w USA łatwo odróżnić od japońskich i koreańskich, bo panuje tam zawsze bałagan” – pisze Yo Bang. W relacjach międzyludzkich normą jest kłamstwo, Chińczyk ufa tylko rodzinie, przejawia skłonność do konformizmu i służalczości, a z drugiej strony do intryg i konfliktów. Najlepiej widać to po chińskiej diasporze w USA.

Do każdej jego tezy znajdzie się zapewne antyteza. Ale jeśli teza Yo Banga choć w części jest prawdziwa, to lekarstwem na chorą chińską duszę byłby powrót Chin do naturalnego im splendoru. W tym kierunku prawdopodobnie zmierzają.

Japoński „Newsweek” przestrzegał niedawno przed zbliżającą się inwazją chińskich turystów. Skrupulatnie, przy pomocy wykresów udowadnia, że turyści z Chin mają za granicą złą opinię za brak manier, dyscypliny i rasizm. Chińskie władze świadome są chyba problemu, bo przed olimpiadą próbują edukować naród, że np. nie wypada wpychać się bez kolejki, śmiecić, załatwiać się, gdzie popadnie. Mocą ustawy odbierane będą paszporty tym, którzy przynieśli ojczyźnie za granicą wstyd.

Azjatycka inwazja

Jakość chińskich towarów będzie się zapewne poprawiać. Walka z korupcją i nauka kindersztuby też może przynieść efekty. Brak demokracji nie jest przeszkodą – przykładem Singapur, w którym Lee Kuan Yew drakońskim karami wypalił patologie.

Warto jednak zatrzymać się przy innym problemie, który ujawnił się w czasie tegorocznych napięć, zwłaszcza między Chinami a USA. Pytanie brzmi: czy Stany Zjednoczone są psychologicznie gotowe zaakceptować istnienie gospodarczej potęgi, która może zagrozić ich interesom?

20 lat temu ekspansja Japonii wydawała się nie mieć końca. Wysokiej klasy japońskie towary zalewały USA. W niezliczonej ilości artykułów i książek, także naukowych, wieszczono Ameryce zmierzch. Kilka razy omal nie doszło do wojny handlowej i to zawsze Japonia musiała ustąpić. Raz po raz okazywało się, że przywiązanie Amerykanów do wolnego handlu kończy się tam, gdzie zagrożony jest narodowy interes.

Tym razem konkurent ma potencjał, by sprawić jeszcze więcej kłopotów. Co więcej, Chiny nie są, jak Japonia, skrępowane układem bezpieczeństwa z USA. Alarmistyczne doniesienia mediów o szkodliwości chińskich towarów pokazują, jak łatwo wzbudzić u Amerykanów protekcjonistyczne uczucia. Głos internauty, wcale nieodosobniony, pod artykułem w „Washington Post”: „Najpierw zabrali nam miejsca pracy, teraz nadchodzi czas, że zostaniemy otruci. Nasze zwierzęta zdychają od skażonego pokarmu i uwierzcie: my będziemy następni. Nasze koncerny nauczyły Azjatów, że chciwość jest cnotą”. Inny pisał, że dość ma „leseferyzmu w przewodzie pokarmowym”.

Skazani na Chiny

Czy jednak możliwe jest odcięcie się od Chin, czego próbował amerykański producent żywności, reklamując swoje towary jako „China free”? Chińczycy produkują tanio. „Tak wielki jest głód Amerykanów za tanim importem, że menadżerowie korporacji wielokrotnie odrzucali wezwania naukowców, by nałożyć nowe, choćby skromne standardy jakości na produkty z zagranicy” – twierdzi Urząd Żywności i Leków w Waszyngtonie. A poza tym są już dziedziny, w których Chiny stały się niemal światowym monopolistą, np. w produkcji konserwantów żywności czy witaminy C.

Niektóre koncerny spożywcze w USA poleciły swym dostawcom szukać substytutów dla chińskich towarów. Okazało się, że jeśli nawet znalazł się towar z innego kraju, to co najmniej jeden z jego składników i tak wyprodukowany był w Chinach.

Gospodarki Chin i krajów bogatych są dziś komplementarne: Chińczycy produkują to, co się już Amerykanom czy Europejczykom nie opłaca. Sytuacja się zmieni, gdy w chińskim eksporcie dominować zaczną produkty bardziej zaawansowane.

To przyszłość. Na razie Chińczycy są numerem jeden w innych dziedzinach. Amerykański reporter sprawdzał latem w centrum handlowym, co jeszcze można kupić rodzimej produkcji. Na stoisku sportowym niewiele: większość artykułów było z Chin, nawet flaga amerykańska. Na stoisku z zabawkami: jeszcze gorzej. Krążąc między regałami, reporter znalazł jeden amerykański produkt – grę „Monopol”. Po otwarciu z pudelka wypadły kości i rekwizyty do gry… Nie były amerykańskiej produkcji. Miejmy nadzieję, że nie zawierały toksycznych substancji.

Euro 2012 a wzrost gospodarczy

Źródło: Rzeczpospolita: Bez impulsu dla gospodarki
11.06.2007

Wbrew oczekiwaniom ani drużyna piłkarska, ani gospodarka Niemiec nie zyskały specjalnie na ostatnich mistrzostwach świata w piłce nożnej

- Nadzieje na koniunkturalny impuls dla gospodarki były niestety całkiem przesadzone - informuje dziennik “Sűddeutsche Zeitung”, powołując się na raport specjalistów Niemieckiego Instytutu Gospodarczego (DIW). Według danych dziennika zagraniczni goście zostawili w Niemczech ok. 500 mln euro, czyli tylko połowę oczekiwanej kwoty, a w swych zakupach skoncentrowali się na piwie, jedzeniu i gadżetach. Aż 40 proc. sklepów zanotowało w czasie mundialu spadek obrotów, bo wielu ich stałych klientów unikało w tym czasie wypraw do centrów miast.

Markus Kurscheidt z Uniwersytetu w Bochum, współautor obszernej analizy o ekonomicznych efektach mundialu 2006 w Niemczech, ocenia, że Niemcy zarobili na mundialu nie więcej niż dwa mld euro. Dodatkowy wzrost gospodarczy liczy się w promilach. Kurscheidt przyznaje także, że zsumowanie wszystkich kosztów organizacji mistrzostw świata okazało się niemożliwe. Rząd przyznaje się zaledwie do wydatków na inwestycje nieprzekraczających 3 mld euro. Nie obejmują jednak wielu pozycji, jak modernizacja dworców kolejowych czy ogromnych kosztów związanych z zapewnieniem bezpieczeństwa.

Z analiz DIW wynika także, że zdecydowana większość turystów goszczących w czasie mundialu i tak miała zamiar odwiedzić Niemcy w roku ubiegłym. Podobne zjawisko zaobserwowano w czasie mistrzostw Europy w Grecji i Portugalii. Dodatkowe przychody z piłkarskiej turystyki okazały się w tych krajach niewiele większe.

W sumie niemieccy eksperci są mundialem rozczarowani. Wzrosło nieco zatrudnienie, jednak jedynie w okresie mistrzostw. Według danych “Sűddeutsche Zeitung” dzięki mundialowi powstało ok. 10 - 50 tys. nowych miejsc, co - jak ocenia dziennik - przy ponad czteromilionowym niemieckim bezrobociu nie jest godną wzmianki korzyścią. Co więcej, nie zanotowano żadnych znaczących efektów w postaci wzrostu obrotów handlu detalicznego. Okazało się też, że prognozy rządu przedstawiane przed mistrzostwami były całkowicie przesadzone.
PIOTR JENDROSZCZYK z Berlina

Rosyjski niedźwiedź i chiński smok, czyli romans z rozsądku

Źródło: Rzeczpospolita: Rosyjski niedźwiedź i chiński smok, czyli romans z rozsądku
27.03.2007

Za rządów Władimira Putina na linii Moskwa - Pekin doszło do zmian, o jakich nikomu się nie śniło jeszcze dekadę temu. Ale o sojuszu za wcześnie mówić - to raczej romans z rozsądku.

Chiński przywódca Hu Jintao zaczął wczoraj trzydniową wizytę w Rosji i już może być pewien, że zakończy się ona sukcesem. Oba kraje mają podpisać umowy gospodarcze o łącznej wartości około 4,3 mld dolarów. Eksperci zgodnie twierdzą, że relacje chińsko-rosyjskie są najlepsze w historii. I jak powiedział minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow, “nic nie jest w stanie ich zakłócić”.

Podstawą tego ocieplenia nie są osobiste sympatie czy wspólnota idei, ale zbieżność doraźnych interesów. Oba kraje łączy stosunek do Ameryki. Zarówno Rosja, której relacje ze Stanami Zjednoczonymi wyraźnie się w ostatnich latach pogorszyły, jak i Chiny, regularnie krytykowane w raportach Pentagonu za tempo i “nieprzejrzystość” zbrojeń, uważają amerykańską dominację nad światem za źródło poważnego zagrożenia dla własnych interesów. Robią więc wszystko, by utrudnić Ameryce prowadzenie wielkomocarstwowej polityki. Przykładem są rosyjsko-chińskie działania na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ w sprawie Iranu czy powołana z inicjatywy obu państw Szanghajska Organizacja Współpracy.

Ta niepozorna w momencie narodzin grupa zrzeszająca także byłe republiki sowieckie w Azji Środkowej okazała się - wedle słów samego Putina - “zaskakująco skuteczna”. Rosyjski prezydent nie wyjaśnia w czym, ale w Waszyngtonie i tak to wiedzą:w ograniczaniu wpływów USA w tym kluczowym regionie. Rosyjsko-chińskie partnerstwo nie jest jednak tylko reakcją na działania Stanów Zjednoczonych. Zaczęło żyć własnym życiem, nabierać własnej dynamiki.

Rosja ma gigantyczny przemysł zbrojeniowy, ogromne zasoby wiedzy naukowej i bogactw naturalnych, ale słabą gospodarkę. Chiny rozwijają się w zawrotnym tempie, ale potrzebują nowoczesnych technologii (w tym wojskowych) i coraz więcej surowców energetycznych, by podtrzymać wzrost. Co więcej, dla Moskwy dalekowschodni kierunek energetycznej ekspansji stanowi bardzo atrakcyjną alternatywę wobec nadąsanych odbiorców europejskich. I dodatkowy instrument nacisku na nich: jak nas zdenerwujecie, poślemy ropę Chińczykom.

Ten romans z rozsądku podszyty jest jednak nieufnością. Starsi mieszkańcy Pekinu pamiętają jeszcze czasy, gdy radziecka ambasada w centrum miasta oblężona była przez złowrogi tłum czerwonogwardzistów, a Mao szykował naród do wielkiej wojny z ZSRR. Wśród Rosjan panuje obawa, że w dalszej perspektywie wzrost Chin może oznaczać schyłek Rosji. Jak pisze rosyjska prasa, szczególnie odczuwalne jest to w dalekowschodniej części kraju, gdzie na słabo zaludnione tereny zjeżdża coraz większa rzesza chińskich imigrantów.

Z kolei Chińczycy podejrzewają, że Rosji wcale nie zależy na wzroście chińskiej potęgi, o czym świadczyć może rozgrywanie przeciwko sobie Pekinu i Tokio w kwestii dalekowschodnich dostaw rosyjskiej ropy. Obawiają się, że gdy Rosja stanie na nogi, nie będzie już tak przyjazna. Na razie jednak obie strony uznają, że w przewidywalnej przyszłości nie powinny się siebie bać. Wspólnota doraźnych interesów sprawia, że nie współpracować zwyczajnie nie ma sensu.
Piotr Gillert, zastępca kierownika działu zagranicznego “Rzeczpospolitej”

Inwestorzy z Bliskiego Wschodu inwestują w Europie

Źródło: Rzeczpospolita: Szejkowie ciągną do Europy
20.01.2007

Dżin to demon, który według arabskich legend powstał z płomienia. Posiada nadnaturalną moc i strzeże skarbów. Jest niewidzialny, ale może przybrać postać potwora, zwierzęcia lub człowieka. Kibice klubu piłkarskiego Liverpool nie mają wątpliwości: w Wielkiej Brytanii dżin zmaterializował się jako szejk Mohammed bin Rashid al Maktoum, który pod koniec ubiegłego roku kupił słynną angielską drużynę za 885 mln dolarów

Cena jest zawrotna, ale na władcy Dubaju oraz premierze i wiceprezydencie Zjednoczonych Emiratów Arabskich wydatek nie zrobił większego wrażenia. Kibicom obiecał nowy stadion za blisko 400 mln dolarów i zapowiedział kolejne inwestycje na Starym Kontynencie.

Zakupy w Europie stały się niezwykle modne wśród bliskowschodnich szejków, których portfele wypchane są petrodolarami. Ekonomiści szacują, że tylko w latach 2005 - 2007 państwa znad Zatoki Perskiej na handlu ropą zarobią na czysto 587 miliardów dolarów. Większość tej sumy trafi na prywatne konta władców oraz członków ich rodzin. Na Starym Kontynencie szejkowie wykupują nie tylko markowe ciuchy w butikach Fendi, Louis Vuitton czy Versace, ale także akcje europejskich koncernów. Przejmują na własność mniejsze firmy. Inwestują w niemal każdej branży. Liczą, że dzięki temu zapewnią dostatnie życie swoim dzieciom oraz kolejnym pokoleniom poddanych, kiedy wyczerpią się zasoby złóż naftowych.

Najazd szejków na europejskie rynki nie dziwi analityków. Zdaniem Moshina Khana, dyrektora departamentu Bliskiego Wschodu w MFW, na świecie jest niewiele rynków, które są w stanie wchłonąć ogromną falę arabskich inwestycji.

Zniechęceni do Ameryki

Pomnażaniem fortuny perskich władców zajmują się specjalne fundusze inwestycyjne, które powstały nawet w najmniejszych emiratach. Według szacunków banku Standard Chartered na całym świecie zarządzają już majątkiem o wartości 1,5 biliona dolarów. Ostatnio najchętniej inwestują w Europie, bo po zamachach terrorystycznych w Stanach Zjednoczonych amerykański rząd nieprzychylnie patrzy na arabskich inwestorów.

Szejk Mohammed bin Rashid al Maktoum śmiertelnie obraził się na Amerykanów, kiedy w marcu ubiegłego roku uniemożliwili jego firmie Dubai Ports przejęcie portów w Nowym Jorku, New Jersey, Filadelfii, Baltimore, Nowym Orleanie i Miami. Amerykańscy kongresmeni zgłaszali również zastrzeżenia do przejęcia przez inwestorów z Dubaju firmy Doncasters produkującej podzespoły wykorzystywane m.in. przez amerykański przemysł zbrojeniowy. W dodatku we wrześniu ubiegłego roku do sądu w Miami wpłynął pozew przeciwko szejkowi o zatrudnienie 30 tys. nieletnich chłopców, którzy w ciągu ostatnich 30 lat brali udział jako dżokeje w organizowanych w Dubaju wyścigach wielbłądów. Al Maktoum rozkazał natychmiast odesłać do domu wszystkie dzieci pracujące w jego stajniach, ale był wściekły, bo amerykański sąd popsuł jego ulubioną zabawę. Tegobyło już za wiele. Szejk przestał odwiedzać swoją ogromną stadninę koni na Florydzie i postanowił, że będzie inwestować głównie w Europie.

Biznesową strategię układa w położonej pod Londynem niewielkiej wiosce Windlesham. Tutaj al Maktoum oraz jego dwaj bracia kupili ogromne rezydencje. Wśród nich także wartą 139 mln dolarów posiadłość Updown Court - najdroższy dom na świecie. Rodzina szejka ma w nim do dyspozycji 103 pokoje, pięć basenów, prywatne kino mogące pomieścić 50 widzów oraz kręgielnię. Sąsiedzi al Maktouma pieszczotliwie nazywają go szejk Mo, inni mówią o nim królik - to aluzja do seksualnych możliwości władcy Dubaju. Szejk ma dwie żony, siedmiu synów i dziewięć córek. Kiedy cała rodzina przyjeżdża do Windlesham, mieszkańcy wioski podziwiają kawalkadę kilkunastu luksusowych mercedesów i rolls-royce’ów majestatycznie przemierzających centrum miejscowości.

Al Maktoum doskonale czuje się w Wielkiej Brytanii i chętnie wydaje i inwestuje tu swoją fortunę szacowaną na blisko 28 mld dolarów. W sierpniu ubiegłego roku kontrolowany przez al Maktouma fundusz inwestycyjny Dubai International Capital (DIC) kupił za ponad miliard dolarów firmę Travelodge. Spółka prowadzi sieć blisko 300 hoteli w Wielkiej Brytanii, Irlandii i Hiszpanii. Niespełna rok temu Dubai Ports wyłożyło 7 mld dolarów na przejęcie brytyjskiej firmy P & O - pod względem wielkości czwartego na świecie operatora morskich terminali. Brytyjczycy bez protestu oddali szejkowi władzę nad P & O, choć założona sto siedemdziesiąt lat temu firma nigdy nie miała obcego udziałowca. W marcu 2005 roku DIC kupił za ponad 1,5 mld dolarów firmę Tussauds, do której należą m.in. słynne londyńskie Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud oraz ustawiona nad brzegiem Tamizy ogromna widokowa karuzela London Eye. Natomiast dwa lata temu fundusz nabył za miliard dolarów akcje koncernu motoryzacyjnego DaimlerChrysler, produkującego rozchwytywane nad Zatoką Perską mercedesy. DIC posiada 2 proc. udziałów i jest trzecim co do wielkości akcjonariuszem firmy.

Petrochemiczne inwestycje za petrodolary

Akcje DaimlerChryslera kupili także Kuwejtczycy, którzy kontrolują już pakiet ponad 7 proc. papierów wartościowych koncernu. Wśród największych udziałowców Arabów wyprzedza tylko Deutsche Bank, do którego należy przeszło 10 proc. akcji DaimlerChryslera. Na Starym Kontynencie kuwejccy szejkowie inwestują również w przemysł petrochemiczny, choć przecież nie mogą narzekać na brak rafinerii we własnym kraju. Kontrolowana przez emira Kuwejtu Sabaha al Ahmad al Jaber al Sabaha firma Kuwait Petroleum Corporation już na początku lat dziewięćdziesiątych kupiła sieć stacji paliwowych we Włoszech. Razem z włoską firmą paliwową Agip zarządza rafinerią w Milazzo. Sprzedaje paliwa w Szwecji, natomiast w Belgii odkupiła stacje benzynowe od koncernów BP i Aral.

Akcje europejskich firm petrochemicznych skupuje także szejk Khalifa bin Zayed al Nahayan, prezydent Zjednoczonych Emiratów Arabskich oraz władca Abu Zabi. Należąca do władz emiratu firma International Petroleum Investment Company posiada ponad 17 proc. udziałów austriackiego koncernu paliwowego OMV. W październiku 2005 roku kosztem ponad 700 milionów euro przejęła kontrolę nad przedsiębiorstwem Borealis, jednym z największych w Europie producentów plastikowych rur, przewodów i podzespołów motoryzacyjnych.

Wszystkie decyzje dotyczące inwestycji zagranicznych zapadają w siedzibie funduszu inwestycyjnego Abu Dhabi Investment Authority (ADIA), 40-piętrowej szklanej wieży, która góruje nad stolicą emiratu. ADIA to bardzo potężna i tajemnicza organizacja. Od momentu powstania trzydzieści lat temu nie wydano żadnego raportu opisującego jej działalność. O tym, gdzie inwestują szejkowie z Abu Dhabi, analitycy rynku finansowego dowiadują się z komunikatów innych spółek. Nieoficjalnie wiadomo, że ADIA zarządza majątkiem o wartości ok. 700 mld dolarów. To prawdopodobnie największy fundusz inwestycyjny na świecie. Khalifa bin Zayed al Nahayan może sobie pozwolić na kosztowne inwestycje, bo budżet jego państewka co miesiąc zasilają ponad 3 mld dolarów zarobione na sprzedaży ropy naftowej.

Disneyland i inne nieruchomości

Fortunę na zakup europejskich firm wydał także saudyjski książę al Waleed bin Talal Alsaud. Ten pięćdziesięciolatek zdobył swój majątek - szacowany przez magazyn “Forbes” na 20 mld dolarów - w nietypowy sposób, jak na członka rodziny królewskiej. Sam zarobił każdego dolara. W 1980 roku za pożyczone od ojca 30 tys. dolarów założył Kingdom Holding Company. Doradzał zagranicznym firmom, które zamierzały wejść na saudyjski rynek. Ale wkrótce zorientował się, że większe zyski daje skupowanie i sprzedawanie akcji firm, z którymi współpracował. Szybko stał się właścicielem pakietu udziałów amerykańskich koncernów: AOL, Apple Computers, News Corp., Citigroup i Motoroli.

Na początku lat dziewięćdziesiątych zaczął inwestować również w Europie. W 1994 roku kupił akcje holenderskiej firmy budowlanej Ballast Nedam Group, specjalizującej się w budowie tam i stadionów piłkarskich, oraz za 350 mln dolarów nabył blisko jedną czwartą udziałów Disneylandu wybudowanego pod Paryżem. Rok później przystąpił do spółki Canary Wharf, która w opuszczonych londyńskich dokach wzniosła nowe centrum finansowe Wielkiej Brytanii. Wartość projektu to grubo ponad miliard dolarów. Na Starym Kontynencie książę inwestuje również w nieruchomości, m.in. za 185 mln dolarów kupił hotel George V w Paryżu i wydał na jego remont kolejne 120 mln dolarów.

Na europejskich inwestycjach skupił się, podobnie jak szejk Mohammed bin Rashid al Maktoum, po zamachach terrorystycznych w 2001 roku. Tuż po ataku na World Trade Center zaoferował swoją pomoc, jednak burmistrz Nowego Jorku Rudolph Giuliani nie przyjął od księcia czeku na 10 mln dolarów. Urażony al Waleed bin Talal Alsaud dofinansował 20 mln dolarów rozbudowę paryskiego Luwru i postanowił przenieść swoje międzynarodowe biuro na Stary Kontynent.

Swoim imperium kieruje z pokładu luksusowego jachtu “Kingdom 5KR” zacumowanego w Antibes na francuskim Lazurowym Wybrzeżu. Wybudowana we włoskiej stoczni łódź to prawdziwy pałac na wodzie. Książę ma do dyspozycji 11 luksusowo wyposażonych kajut, wykończonych drewnem tekowym i masą perłową. Na pokładzie znajduje się kino, sauna, basen, a nawet miniaturowy okręt podwodny. Jacht zachwycił hollywoodzkich scenarzystów, którzy postanowili wykorzystać go w filmie o Jamesie Bondzie “Nigdy nie mów nigdy więcej”. Między swoim pałacem w Rijadzie a Niceą podróżuje flotą prywatnych odrzutowców składającą się z: Boeingów 747 i 767, Airbusa 340 oraz Hawkera Siddeley 125800A. Na lotnisko książę zazwyczaj zajeżdża rolls-royce’em phatomem.

Jednak można go zobaczyć podróżującego także daewoo matizem. To pamiątka po inwestycji w akcje koreańskiego koncernu motoryzacyjnego. Poddani księcia żartują, że za kierownicą autka wygląda jak dżin zamknięty w lampie Aladyna.

Nad Wisłą

Arabscy inwestorzy coraz częściej zaglądają także do Polski. W czerwcu 2002 roku wizytę w Senacie złożył emir Kataru, szejk Hamad bin Khalifa al-Thani. W dwa lata później Dolny Śląsk wizytowała delegacja biznesmenów z tego kraju. Odwiedzili Polanicę-Zdrój, Duszniki-Zdrój i Lądek-Zdrój. Interesowali się tamtejszymi uzdrowiskami.Arabskich inwestycji jest niewiele, ale na naszym rynku działają już pierwsze bliskowschodnie przedsiębiorstwa. Wśród nich jest saudyjska firma Zamil Steel - producent stalowych hal, w których urządzane są magazyny, fabryki, hipermarkety oraz obiekty sportowe. Biuro w Warszawie otworzyła również firma Sabic jeden z największych na świecie koncernów petrochemicznych, którego centrala znajduje się w Rijadzie. Arabscy inwestorzy chętnie lokują pieniądze na warszawskiej giełdzie, gdzie inwestują przez brytyjskie i luksemburskie fundusze inwestycyjne. - Inwestorzy z Kataru skupili już udziały polskich spółek o wartości 60 mln dolarów - mówi Marek Kubicki, redaktor naczelny serwisu internetowego arabia.pl.
Jarosław Olechowski

Ekonomia i etyka państwa socjalnego

Źródło: Tygodnik Powszechny: Z pełnego w próżne
25.07.2006

Rozrośnięte państwa socjalne, jak Polska, tworzą długofalowe bezrobocie, przyczyniając się do degradacji rodziny. Następuje w nich erozja norm etyki pracy i odpowiedzialności. Napędzają postawy roszczeniowe, sankcjonując sięganie po owoce cudzej pracy. Blokują autentyczną solidarność i wypierają społeczeństwo obywatelskie na rzecz politycznej klienteli demagogów. To system niemoralny.
Leszek Balcerowicz

Zagadnienie państwa socjalnego wiąże się z mnóstwem innych fundamentalnych tematów, dotyczących teorii państwa, rozwoju gospodarczego, kwestii sprawiedliwości i jej pojmowania. Zagadnienie, o którym mowa, budzi we współczesnych debatach wiele emocji i nieporozumień. Odbija się w nich magiczne myślenie i zwykła głupota, demagogia i cynizm, na które społeczeństwo daje się często nabrać. Wtedy, prędzej czy później, płaci wysoką cenę.

Państwo socjalne: co to jest?

Nie ma jednorodnego tworu, który można by nazwać „państwem socjalnym”, czy – jak to się również mówi – „państwem dobrobytu”. Nie istnieje podział na jednorodne państwa socjalne i państwa niesocjalne, jest bowiem wiele postaci tego, co się państwem socjalnym nazywa. Ale jak w ogóle opisać ten twór? Jednym z większych błędów jest definiowanie tworów człowieka, w tym rozmaitych konstrukcji instytucjonalnych, poprzez deklarowane cele – wtedy łatwo pada się ofiarą manipulacji, biorąc życzenia za rzeczywistość albo przyjmując za dobrą monetę deklamacje demagogów.

Dlatego trzeba definiować państwo socjalne (i wszelkie inne twory człowieka) w sposób niewartościujący – poprzez mechanizmy instytucjonalne. Można tu wyróżnić trzy konstytutywne składniki:

Po pierwsze są to wydatki socjalne, które dzielą się na dwie części. Pierwszą stanowią rozmaite zasiłki pieniężne. W tym mieszczą się emerytury (jeżeli nie są one efektem wcześniejszego oszczędzania, tylko podatków – składek płaconych w ramach tzw. systemu repartycyjnego), najrozmaitsze renty (podobnie finansowane) oraz zasiłki (od bezrobocia, pogrzebowe, rodzinne itd.). Drugą część stanowią dobra, za które nie płacimy bezpośrednio, ale przez podatki, jak choćby „darmowa” edukacja.

Po drugie są to podwyższone podatki, będące konsekwencją wydatków socjalnych. Za wszystkie dobra rzadkie trzeba bowiem płacić: jeżeli nie z własnej kieszeni, to właśnie poprzez podwyższone podatki. Do początku XX wieku relacja wydatków i podatków do PKB zwykle nie przekraczała dziesięciu procent, z wyjątkiem okresów wojen. A potem, szczególnie po II wojnie światowej, wzrosła ona w krajach rozwiniętych, wynosząc od trzydziestu do sześćdziesięciu procent PKB. Jedyną praktyczną przyczyną takiego stanu rzeczy był rozrost wydatków socjalnych.

Po trzecie wreszcie, są to najrozmaitsze regulacje, czyli przepisy, często nazywane właśnie „socjalnymi”. Najwięcej z nich dotyczy stosunków między pracodawcą a pracobiorcą, czyli tego, co nazywa się „rynkiem pracy”. Przepisy te czasem tak regulują ów rynek, że ów zanika. Każdy rynek to masa indywidualnych negocjacji między dostawcami i odbiorcami określonego dobra, co wymaga dostatecznej swobody umów. Jeżeli się ją nadmiernie zawęża, to nie ma mowy o rynku. W przypadku „rynku” pracy chodzi szczególnie o trzy typy regulacji zawierających się w pytaniach: Jaki jest poziom ochrony przed zwolnieniem z pracy? Czy obowiązuje urzędowa płaca minimalna, a jeśli tak, to na jakim poziomie? Wreszcie, jaki rodzaj negocjacji zbiorowych (czyli wykraczających poza negocjacje między indywidualnym pracobiorcą a indywidualnym pracodawcą) obowiązuje i czy owe zbiorowe negocjacje dotyczą poszczególnych branż i sektorów, czy też całego kraju?

Trzy wymienione składniki przyjmują różne stany i tworzą w efekcie mnóstwo odmian państwa socjalnego. Większość ludzi wyobraża sobie, że na jednym biegunie są kraje skandynawskie (w tym Szwecja), na drugim – „kowbojski” kapitalizm w Stanach Zjednoczonych. Nic podobnego. Pod pewnymi względami państwa skandynawskie są bliższe Ameryce i bardziej wolnorynkowe niż Niemcy, Francja i Włochy, zwłaszcza na rynku pracy (szczególnie w przypadku Danii). Ale z drugiej strony, są one podobne do Włoch, Francji, Niemiec pod względem poziomu wydatków socjalnych, choć mają różne ich struktury. Szczegółowe różnice mogą mieć bardzo duże znaczenie praktyczne.

Wzbogacanie bogatych

Największy rozdźwięk między tak deklarowanymi celami a rzeczywistością występuje w tzw. Trzecim Świecie. Rozdęte i źle zbudowane państwo socjalne jest największym nieszczęściem dla biednego kraju, bo uniemożliwia mu wyjście z biedy. Taki model państwa istnieje np. w Brazylii. Koszty pracy są tam na tyle wysokie, że Brazylia, w porównaniu z krajami Azji, rozwija się dosyć wolno. Swego rodzaju państwa socjalne istnieją też w Afryce – z „darmową” edukacją na szczeblu wyższym, kształcącą sfrustrowaną elitę, która następnie albo wznieca bunty, najczęściej pod hasłami marksizmu, albo emigruje. Natomiast bardzo mało przeznacza się z budżetu na edukację podstawową. Wydatki socjalne służą więc bogatszym. Jest to zresztą zjawisko ogólniejsze – badania pokazują, że wiele państw socjalnych w biedniejszych krajach potęguje nierówności dochodów, bo transfery socjalne idą od biedniejszych do bogatszych. W Indiach ogromne nierówności występują nie tylko ze względu na system kastowy, ale także ze względu na hinduskie państwo socjalne. Dwadzieścia procent najbogatszych ludzi uzyskuje tam od państwa socjalnego trzy razy więcej niż dwadzieścia procent najbiedniejszych. Indie obficie dotują rolnictwo pod hasłem pomocy biednym chłopom, ale korzystają z tego raczej bogatsi farmerzy. Występują tam też niesłychane usztywnienia rynku pracy – nie można zwolnić pracowników, nawet w przedsiębiorstwie prywatnym – a to przyczynia się w tym biednym kraju do bezrobocia.

Osobnym problemem jest to, jak zachowują się osoby świadczące usługi darmowe, czyli finansowane z podatków. Gdy się za coś nie płaci, to trudniej wymagać wysokiej jakości i świadczący usługi o tym wiedzą. Może to prowadzić do różnego rodzaju wypaczeń. Dla przykładu: w Bangladeszu 74 proc. nauczycieli państwowych szkół w ogóle nie przychodzi do pracy. W Utar Pradesh, jednym ze stanów Indii, związki zawodowe nauczycieli sprzeciwiły się jakiemukolwiek wpływowi rodziców i ich przedstawicielstw na warunki zatrudniania i pracy nauczycieli. Ogólniej mówiąc, związki nauczycieli są często największą przeszkodą w reformach szkół. Dotyczy to nie tylko Utar Pradesh, ale i m.in. bogatej Kalifornii. W Meksyku w 1989 r. rozpoczęto realizację programu o nazwie, która może wzbudzać w Polsce zainteresowanie: „Narodowy Program Solidarności”. Przeznaczano na ten cel ogromną sumę – 1,2 proc. PKB. Po sześciu latach zbadano efekty i okazało się, że redukcja biedy, czyli zadeklarowany cel, wyniosła tylko 3 proc., gdy możliwy maksymalny efekt redukcji biedy oszacowano na 64 proc. Gdyby te same pieniądze rozdzielono po równo wśród biednych i bogatych, to redukcja biedy wyniosłaby trzynaście procent. Program „solidarności” trafił więc do bogatych.

Z historii państwa socjalnego

Państwo socjalne jest przede wszystkim tworem XX wieku. Jego początków szuka się zwykle w działalności kanclerza Bismarcka, który, chcąc pobić socjalistów ich własną bronią, wprowadził darmowe (czyli finansowane z podatków) ubezpieczenia socjalne. W czasach Bismarcka średnia długość życia była niewielka, a więc zaoferowanie państwowych emerytur po 60. czy 65. roku życia nie było kosztowne.

Największe przyspieszenie wydatków socjalnych w krajach rozwiniętych nastąpiło po II wojnie światowej, zwłaszcza między 1960 a 1975 r. Wydatki, jako odsetek PKB, osiągały wtedy maksimum, na różnym poziomie w zależności od kraju. Potem owa relacja zwykle się zmniejszała, choć nie do poziomu znanego z początku XX wieku. Prawidłowość ta pokazuje, że państwo socjalne nie może rozrastać się w nieskończoność. Znaczyłoby to ni mniej ni więcej tylko tyle, że podatki zbliżałyby się do stu procent dochodu.

W Polsce, wskutek zablokowania wielu prób reform, obciążenia są wciąż dużo wyższe niż te, które miała Szwecja, Dania, Niemcy czy Francja w czasach, gdy poziom dochodu na mieszkańca zbliżony był do dzisiejszego u nas. Szwecja, gdy rozwijała się szybko, była krajem o gospodarce wolnorynkowej i do lat 20. XX wieku udział obciążeń podatkowych w PKB był tam podobny jak w Stanach Zjednoczonych.

Rozrost państwa socjalnego nie był skutkiem biedy, gdyż następował on podczas szybkiego rozwoju gospodarki. Owszem, na XIX-wiecznym Zachodzie było dużo biedy. I nie dlatego, że nie rozwinęło się jeszcze wówczas państwo socjalne, lecz dlatego że kapitalizm był we wczesnej fazie i nie zdążył dać większych owoców. To dzięki kapitalizmowi dochód na głowę w Wielkiej Brytanii i w innych krajach, gdzie wprowadzono kapitalizm, po raz pierwszy w historii zaczął rosnąć systematycznie i na masową skalę.

Jeżeli nie bieda wywołała rozrost państwa socjalnego, to co? – należałoby więc zapytać. Za sprawą książki znanego amerykańskiego ekonomisty Benjamina M. Friedmana (nie mylić z Miltonem Friedmanem) pojawiła się ostatnio hipoteza, że państwo socjalne rozwijało się właśnie dlatego, że zaistniał wzrost w gospodarce. Miał on jakoby powodować większą skłonność ludzi do dzielenia się – poprzez państwo – swoimi pieniędzmi. Czyli ludzie byli bardziej skłonni płacić wyższe podatki. Teza interesująca, ale wydaje mi się dosyć naciągana. Rozrost państwa socjalnego wynikał raczej ze splotu wielu czynników. Określenie ich dla poszczególnych krajów wymagałoby szczegółowych badań historycznych i ekonometrycznych. Wymieńmy więc te, które zdają się być wspólne dla wszystkich.

Po pierwsze, powodem była rywalizacja polityczna w warunkach umasowienia prawa wyborczego. Samo masowe prawo wyborcze nie oznacza oczywiście, że nie da się państwa socjalnego ograniczyć – zrobiono to przecież w niektórych krajach. Ale było ono czynnikiem sprzyjającym jego ekspansji. W historii obietnicami socjalnymi posługiwali się politycy o różnej orientacji ideologicznej. Bismarck nie był socjalistą, ale wprowadził socjalistyczne reformy. To, w jaki sposób może dojść do podobnych licytacji socjalnych, wyjaśnia ekonomiczna teoria grup nacisku. Trzeba dodać, że podobne mechanizmy miały miejsce również w państwach niedemokratycznych – dyktatorzy lubią być zwykle popularni wśród mas.

Drugim czynnikiem była bardzo dobra sytuacja gospodarcza wtedy, kiedy państwo socjalne narastało – a więc od lat 60. do mniej więcej 1975 r. Był to złoty wiek gospodarki światowej, w tym gospodarki europejskiej – pomagało to finansować wydatki socjalne i nie spodziewano się wtedy problemów.

Po trzecie: korzystna wówczas sytuacja demograficzna. Nie było jeszcze widocznego problemu starzenia się społeczeństwa, który od pewnego czasu bardzo narasta.

Po czwarte: silne wpływy ideologiczne. Wybitny ekonomista Alberto Alessina, Włoch, profesor Harvardu, badając przyczyny narastania państwa socjalnego w Europie na tle USA, doszedł do wniosku, że nie da się pominąć o wiele silniejszej roli marksizmu na Starym Kontynencie. I nie chodzi tu bynajmniej o oficjalny marksizm w byłych państwach socjalistycznych – chodzi na przykład o jego wpływy w elitach opiniotwórczych Francji, Włoch, Niemiec. Jawny czy utajony, marksizm jest podstawowym źródłem antykapitalizmu, tak bardzo rozpowszechnionego w Europie Zachodniej. Działały także inne wpływy ideologiczne – twórcą rozgałęzionego państwa socjalnego był we Włoszech Benito Mussolini, dawny socjalista. Model państwa Mussoliniego został w dużej mierze przeniesiony do Ameryki Łacińskiej. Wzorowali się na nim np. Peron w Argentynie i Vargas w Brazylii.

Wreszcie, do rozrostu państwa socjalnego przyczyniała się pewnego rodzaju asymetria. Dużo łatwiej uchwalić ustawę przyznającą pewnym grupom pieniądze lub darmowe usługi, niż ją potem wycofać. Dlatego państwo socjalne często rozwijało się skokowo. Splot okoliczności ideologicznych czy personalnych – bo zdarzają się, niestety, zdolni demagodzy – powodował skok, a za nim wzrost wydatków, który bardzo trudno było już cofnąć. Dlatego niezwykle niebezpieczne i godne moralnego potępienia jest wprowadzanie nowych programów socjalnych, jeżeli będą one prowadzić do niekorzystnych skutków, np. wzrostu bezrobocia.

Patologia, kryzys, reforma

Z badań wynika, że w Stanach Zjednoczonych państwo socjalne, choć w porównaniu z XIX wiekiem jest bardziej rozbudowane, to jednak – znacznie mniej niż w krajach Europy Zachodniej. Przytacza się tu różne wyjaśnienia. Po pierwsze – wiążące się z większą mobilnością ludzi, zarówno przestrzenną, jak i zawodową, która przyczynia się do innych postaw w ocenie biedy. Europejczycy są zwykle o wiele bardziej skłonni obarczać winą za swój los czynniki zewnętrzne. Amerykanie częściej uważają, tak jak ludzie z epoki wiktoriańskiej, że ci, którzy są z jakichś powodów biedni, sami się do tej sytuacji doprowadzili. Czyli nie są skłonni tak łatwo ich rozgrzeszać. Warto przy tej okazji wspomnieć o badaniach socjologów nad zadowoleniem z życia. Okazuje się, że przeciętny poziom deklarowanej satysfakcji z życia w USA jest ponad dwa razy wyższy niż przeciętny poziom w krajach Unii Europejskiej.

Państwo socjalne narastało, ale – przynajmniej w niektórych krajach – zaczęło być ograniczane rozmaitymi reformami. Po pierwsze, ograniczono wydatki socjalne, aby zmniejszyć napięcia w finansach państwa. Jeżeli więc dzisiaj słyszy się w Polsce, że można ograniczyć globalne wydatki budżetu bez tykania wydatków socjalnych, to jest to wprowadzanie w błąd obywateli (a może i siebie samego). Wydatki socjalne są u nas bowiem ok. sześć razy większe niż administracyjne.

Po drugie, reformy polegały na eliminacji lub przynajmniej łagodzeniu patologii, zwłaszcza takich, które zniechęcały ludzi do poszukiwania pracy albo­ zwiększały liczbę samotnych matek. To ostatnie zjawisko wystąpiło np. w Stanach Zjednoczonych i usunęła je dopiero reforma Clintona. Przedtem samotna matka dostawała mieszkanie, a oprócz tego zasiłki na każde dziecko. Okazało się, że taki bodziec zwiększał, zwłaszcza w środowiskach biedniejszych, liczbę samotnych kobiet rodzących dzieci, co – poprzez nie najlepsze środowisko rodzinne – miało konsekwencje dla następnych pokoleń.

Trzecim składnikiem reform było likwidowanie usztywnień rynku pracy, czyli nadmiernych ograniczeń w umowach między pracodawcami a pracobiorcami. Chodziło tu głównie o zmniejszanie kosztów pracy i łagodzenie restrykcji przy zwolnieniach pracowników oraz – w niektórych krajach – o obniżanie płacy minimalnej, która, jeśli jest wysoka, przyczynia się do bezrobocia.

Ponadto reformy były zwykle podejmowane pod wpływem narastających zjawisk kryzysowych. To, na ile zdołano uprzedzić kryzysy, zależało od konfiguracji politycznej, czyli od tego, kiedy udało się przeciwstawić populistom broniącym rozdętego państwa socjalnego. Reformami reagowano zwykle na narastające problemy budżetowe, na podniesione i długofalowe bezrobocie i na jaskrawe nadużywanie zasiłków. To ostatnie dotyczyło różnych krajów, okazało się, że państwo socjalne nawet Niemców może zdemoralizować. Pojawiło się tam nawet specjalne określenie: Sozialbetrug, czyli „oszustwo socjalne”. Natomiast w Szwecji gwałtownie wzrosła liczba obywateli na chorobowym, choć jednocześnie poprawiły się tam wskaźniki zdrowotności. W 1955 r. na jednego Szweda przypadało 12 dni chorobowego rocznie, a w 2001 r. – 32 dni.

Do presji na reformowanie państwa socjalnego przyczyniają się migracje między krajami. Jak zwykle, ludzie głosują nogami. W Niemczech następuje ostatnio odpływ wysokokwalifikowanych kadr do Stanów Zjednoczonych. Z interesującego artykułu w „Gazecie Wyborczej” (z 9 lutego 2006) wynika, że po zjednoczeniu Niemiec wyemigrowało stamtąd 1,8 miliona ludzi, a po dojściu Hitlera do władzy – pół miliona. Wielu Francuzów mieszka w Londynie i twierdzi, że nie wróci do socjalnej Francji. Z drugiej strony, presję wywiera napływ ludzi biedniejszych do bogatszych krajów. Znane wszystkim dramatyczne rozruchy we Francji nie wynikły tylko z przyjmowania przez ten kraj milionów imigrantów, zwłaszcza z Afryki. To nie wystarcza – Amerykanie przyjmują miliony Meksykanów, którzy w USA znajdują zatrudnienie. We Francji obowiązuje model socjalny, którego cechą są wysokie płace minimalne i spore zasiłki dla niepracujących. W efekcie ponad połowa mieszkańców niektórych przedmieść nie pracuje, żyjąc z zasiłku. Chodzi tu o ludzi młodych, pochodzących w dodatku z innej kultury.

Zjawiska kryzysowe, które przyczyniały się do reform państwa socjalnego, nie były wyłącznie rezultatem jego narastania. Działały też inne czynniki. Na przykład w Danii i Holandii w latach 70. prowadzono politykę, której w Polsce domagają się wszyscy mówiący o „pobudzaniu” gospodarki, tzn. o zwiększaniu wydatków budżetowych i prowadzeniu polityki łatwego pieniądza. W efekcie wybuchły tam wówczas kryzysy, które wymusiły dość głębokie reformy, zarówno państwa socjalnego, jak i polityki makroekonomicznej. Prawdopodobnie nie mówiłoby się teraz o duńskim modelu socjalnym, gdyby nie tamte problemy.

Reformowanie państwa socjalnego wymusiła także pogarszająca się sytuacja w gospodarce światowej.

Deprecjacje

Jakie są skutki rozrośnięcia się państwa socjalnego? Na początek trzeba wyodrębnić trzy ich rodzaje, zależne od mechanizmu i rozkładu w czasie. Pierwszy wynika z tego, że zachowanie ludzi deformuje się pod wpływem patologicznych bodźców. Jeżeli przez długi czas dostaje się zasiłek od bezrobocia – na dodatek dość wysoki – to, jak pokazują badania, maleje chęć poszukiwania pracy, przez co ludzie dłużej są bezrobotni. I nie ma się co na to oburzać – nie oburzamy się zwykle na chmury za to, że pada deszcz, a przecież natura ludzka jest równie obiektywna.

Po drugie, umiejętności bezrobotnego przez dłuższy czas deprecjonują się i w miarę upływu czasu ma on coraz mniejsze szanse na znalezienie pracy. Po trzecie zaś, gdy w skali masowej pojawiają się wyłudzenia socjalne i długofalowe bezrobocie, to coś złego dzieje się z całym społeczeństwem, a ściślej – z normami społecznymi. Tu docieramy do wymiaru etycznego. Narasta mianowicie akceptacja sytuacji patologicznych – to także pokazuje wiele badań – następuje erozja etyki pracy i spotęgowanie postaw roszczeniowych.

Warto w tym miejscu zacytować prof. Janusza Reykowskiego, psychologa, dawnego działacza lewicy: „Jak pokazują badania psychologiczne, sytuacja otrzymywania jakichś dóbr bez wyraźnego osobistego wkładu może wywoływać poczucie niższości. Broniąc się przed nim, ludzie wykazują tendencję do pomniejszania wartości tego, co otrzymują, a także przypisują negatywne cechy i niskie motywy tym, od których otrzymują”. W żadnej mierze nie należy traktować tego twierdzenia jako zniechęcania do prywatnej filantropii, ale jako przyczynek do poglądu, że rozrost państwa socjalnego nie pozostaje bez wpływu na normy społeczne czy rozpowszechnione w społeczeństwie postawy.

Reagowanie na bodźce następuje szybko i systematycznie, natomiast erozja umiejętności i norm następują później. Pozostaje pytanie empiryczne: jak szybko można to zmienić? Dość sprawnie można pewnie odwrócić postawy, gorzej z umiejętnościami. Dlatego gdy dochodzi do długofalowego bezrobocia, najczęściej potrzebne są specjalne programy. Z tego wynika jeden główny wniosek: należy unikać takiej polityki socjalnej, która produkuje długofalowe bezrobocie.

Niesprawiedliwość społeczna

Jakie natomiast można wyróżnić typy skutków rozrośniętego państwa socjalnego? Przede wszystkim, wysokie i wciąż rosnące wydatki socjalne prowadzą do wysokich i rosnących podatków. W naszych dyskusjach o podatkach na ogół zapomina się o wydatkach – jakby wysokie podatki wynikały ze złej woli polityków. Tymczasem biorą się one z uchwalania kolejnych socjalnych prezentów.

Ekonomia nie daje pełnej odpowiedzi na pytanie o wpływ wysokich podatków na długofalowy wzrost gospodarki, ale jest praktycznie pewne, że kraj na dorobku, tak jak Polska, z obciążeniami fiskalnymi sięgającymi ok. 45 proc. udziału wydatków w publicznym PKB, nie może być gospodarczym tygrysem. Maksymalne tempo naszego wzrostu może przy takich obciążeniach wynosić około 4 procent i nie więcej. Tymczasem wszystkie tygrysy gospodarcze startowały z niskiego poziomu wzrostu gospodarczego i utrzymywały relację wydatków i podatków do PKB w granicach 20 proc. Gospodarczym tygrysem był (i jest) Tajwan, Korea Płd., Tajlandia, Hong Kong, Singapur. Ostatnio zmierzają w tym kierunku Litwa i Słowacja. Polska z obecną pozycją fiskalną państwa będzie zostawać coraz bardziej w tyle za niektórymi swoimi sąsiadami. Kraj zaś o powoli rosnącej gospodarce nie będzie się politycznie liczyć. Siła państwa nie zależy tylko od uroku osobistego ministrów spraw zagranicznych, premierów i prezydentów – w ogromnym stopniu zależy właśnie od siły gospodarczej kraju. Dodajmy, że wolniejszy wzrost gospodarki to oczywiście również wolniejsza poprawa warunków życia i wolniejsze doganianie Zachodu.

Po drugie, ciężary podatkowe, zwłaszcza mające postać obciążeń kosztów pracy, hamują wzrost zatrudnienia, to rzecz znana. Ale i inne elementy państwa socjalnego działają w tym samym kierunku – chodzi o ograniczanie zatrudnienia i tworzenie długofalowego bezrobocia. Systemy socjalne, jak już to zostało wyżej objaśnione, osłabiają motywację do szukania pracy. Bywa też tak, że nie opłaca się przejść od zasiłków do legalnego zatrudnienia, bo przyrost dochodu, jaki można w ten sposób uzyskać, jest niewielki, a w skrajnych przypadkach ujemny: trzeba zapłacić za to, że się pracuje. Największym nieszczęściem (a wręcz przestępstwem z punktu widzenia moralności) jest tworzenie takich patologicznych bodźców, które po pewnym czasie degradują ludzi. Tworzy się je oczywiście zawsze w imię „dobra człowieka”. To niesłychany wykwit obłudy albo otumanienia.

Do wysokiego długofalowego bezrobocia przyczynia się też silna ochrona pracowników przed zwolnieniem. Zmniejsza to skłonność przedsiębiorców do zatrudniania, bo zwiększa ryzyko przyjmowania nowych pracowników. I wreszcie, wysoka płaca minimalna eliminuje z rynku pracy część pracobiorców – tych nisko wykształconych, czyli najczęściej – biedniejszych. Dzieje się tak dlatego, że człowiek o niskich kwalifikacjach nie może wnieść do przedsiębiorstwa dużego wkładu, więc przedsiębiorstwo nie może mu wiele zapłacić. A jeżeli płaca minimalna ustawiona jest powyżej owego wkładu, to przedsiębiorstwo po prostu danej osoby nie zatrudni.

Po trzecie, choć zabrzmi to może paradoksalnie, ale wynika z wielu badań: rozdęte państwo socjalne przyczynia się do narastania nierówności – choć jego ideologia głosi coś przeciwnego. W badaniach OECD stwierdzono, że w krajach o wysokim długofalowym bezrobociu nie są nim dotknięci mężczyźni w sile wieku. Za wysokie bezrobocie płacą więc najczęściej kobiety i młodzież. Tak jest np. we Francji, w Niemczech, również w Polsce.

Drugi niesprawiedliwy podział to ten na insiderów i outsiderów. Insider to ten, kto już ma pracę. Outsider to bezrobotny, ale też absolwent uczelni albo szkoły. Im silniej państwa socjalne bronią mających pracę, np. poprzez rygorystyczne przepisy o zwolnieniach albo duże odprawy, tym gorzej dla outsiderów. Przedsiębiorstwa boją się zatrudniać nowych pracowników, a ponadto wprowadza się swojego rodzaju apartheid – uelastycznienie form zatrudnienia dotyczy tylko nowych, ale nie tyka się przywilejów, za którymi stoją silnie zorganizowane grupy pracowników. Uleganie dyktatowi silnych, zorganizowanych grup pracowniczych to często spotykana w Polsce definicja „wrażliwości społecznej”.

Zanik społeczeństwa obywatelskiego

Wielu, skądinąd inteligentnych, ludzi uważa, że jeśli państwo czegoś nie zrobi, to nie zrobi tego nikt. Do niedawna przyjmowano, że jeżeli państwo nie zapewni lemoniady, butów lub cegieł, to lemoniady, butów czy cegieł nie będzie. Słyszało się kiedyś opowieści o tym, jak radzieckie delegacje, jeżdżąc do USA i oglądając znakomicie zaopatrzone sklepy, pytały, jaki minister za to odpowiada.

Mentalność radzieckiego działacza funkcjonuje dalej, gdy chodzi o państwo socjalne. Uważa się, że gdyby nie było państwowych szkół, to rodzice nie posyłaliby dzieci do szkół, a kupowaliby sobie samochody. Albo że gdyby nie było „darmowej” służby zdrowia, to ludzie by się nie leczyli, bo nie kupowaliby usług na rynku. Albo jeżeli nie byłoby emerytur, finansowanych przecież przez podatki, to ludzie nie oszczędzaliby na starość. Albo jeżeli nie byłoby zasiłków, to ludzie by się nie organizowali w organizacje samopomocy…

Do momentu powstania i narastania państwa socjalnego panowała powszechna bieda. Ale nie ze względu na brak tego modelu państwa, lecz dlatego że kapitalizm był jeszcze młody i nie zdążył dać większych owoców, choć warunki życia mas w XIX w. wyraźnie poprawił. Tymczasem na zagrożenia, na które ma teraz odpowiadać wyłącznie państwo socjalne, ludzie potrafili odpowiadać m.in. przez samoorganizację, pomoc w ramach rodziny, filantropię czy indywidualne oszczędzanie. Były to działania na miarę ówczesnego poziomu dochodów. Rozwój państwa socjalnego – i to nie jest spekulacja, istnieją dane – nie wypełniał próżni, za to wypierał istniejącą i potencjalną działalność pozapaństwową. Badania pokazują, że powstałe wcześniej organizacje samopomocy ograniczane były w miarę rozrostu tego modelu państwa. Im więcej państwa socjalnego, tym mniej potrzeby, aby zrobić coś samorzutnie. A przy mniejszych dochodach i wyższych podatkach potęguje się pogląd, że przecież to państwo ma załatwić wszelką opiekę.

Rozrost państwa socjalnego blokuje i wypycha więc rozwój społeczeństwa obywatelskiego. W skrajnym przypadku w miejsce społeczeństwa obywatelskiego powstaje społeczeństwo klientów władzy politycznej. Peron w Argentynie doszedł do władzy dzięki głosom biednych, rozdając im socjalne prezenty,

i sprowadził na swój kraj kolejne kataklizmy gospodarcze. Chavez w Wenezueli idzie obecnie podobną drogą. Ale można szukać przykładów bliżej, np. w Wielkiej Brytanii; przed rozrostem państwa socjalnego rozwijały się tzw. friendly societies, czyli towarzystwa samopomocowe. W 1877 r. miały one 2-3 mln członków, w 1897 r. – 5 mln, w 1910 r. – 6,6 mln. W miarę rozrostu państwa socjalnego zaczęły one zanikać.

***
Leszek Balcerowicz

Rozbudowane państwo socjalne jest efektem złej i niemoralnej polityki. Zwolennicy i twórcy takiego modelu państwa nie mają prawa do demonstrowania moralnej wyższości w stosunku do tych, którzy się im przeciwstawiają. Wręcz przeciwnie.

Tekst jest zredagowaną wersją wykładu wygłoszonego 1 lutego 2006 r. w auli Polskiej Rady Biznesu. Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.

Następna strona »


Nowe artykuły na email

Kliknij poniższy link i zapisz się, a będziesz otrzymywał nowe artykuły na email:

ZAPISUJE SIĘ >>

 

lipiec 2008
P W Ś C P S N
« cze    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Statystyka

  • 289,490 odwiedzin