Archiwum kategorii 'Globalizacja' Category

Adopcja dzieci przez “Gwiazdy”

Źródło: Rzeczpospolita: Wstydź się, córko, żeś biała
Piotr Zychowicz 28-12-2007

Co musi dziś zrobić gwiazda, żeby być trendy, a zarazem znaleźć się w awangardzie postępu? Odpowiedź jest prosta: adoptować dziecko z Trzeciego Świata

Madonna i adoptowane dziecko
Madonna i adoptowane dziecko

Angelina Jolie i Brad Pitt i dzieci
Angelina Jolie, Brad Pitt i ich dzieci

Adopcyjny szał ogarnął znanych aktorów, gwiazdy estrady, producentów i reżyserów. Madonna, Meg Ryan, Mia Farrow, Steven Spielberg. Wszyscy ci znani ludzie przyjęli do swoich domów dzieci o kolorze skóry innym niż ich. Lista znanych „multikulturalnych rodzin” jest zresztą znacznie dłuższa. Najsławniejsze jest małżeństwo aktorskiej pary Angeliny Jolie i Brada Pitta. Posiadają obecnie czworo małych dzieci, z czego troje została adoptowanych w krajach Trzeciego Świata: Kambodży, Etiopii i Wietnamie.

Trudno znaleźć zrobione przez paparazzich zdjęcie Jolie, na którym nie miałaby pod pachą jednego z kolorowych maluchów. Cała trójka ma już status celebrities, których życiem fascynują się czytelnicy bulwarowej prasy. Są nieodłącznym elementem jej wizerunku. Aktorki, której nie jest wszystko jedno. Gwiazdy, która nie jest „słodką idiotką”, ale która przejmuje się „problemami biedniejszej części planety”. Jolie zapowiada, że zamierza adoptować jeszcze co najmniej pięcioro dzieci z biednych krajów.

W jaki sposób je znajduje? Podczas licznych podróży po świecie – przy okazji kręcenia kolejnych części „Tomb Ridera”, wizyt z misją UNHCR czy po prostu egzotycznych wycieczek. Gdy spodoba się jej jakieś dziecko, błyskawicznie załatwia wszelkie formalności, nadaje mu nowe ekscentryczne imię – jej przybrane dzieci nazywają się Maddox, Zahara-Marley oraz Pax – i sprowadza do luksusowej rezydencji w Hollywood. Całość podawana jest w humanitarno-sentymentalnym sosie.

Piękna, wrażliwa aktorka wyrywa biedne, bezbronne istoty z piekła nędzy, brudu i chorób, ratując je w ten sposób przed pewną śmiercią (która notabene nie jest wcale taka pewna). Dziesięć godzin w samolocie, prysznic, wizyta w sklepie z ubrankami i u dziecięcego fryzjera (nowe fryzury maluchów są równie dziwaczne co imiona) i dla małych szczęśliwców zaczyna się życie rodem z bajki. „Dlaczego to nie ja jestem tym dzieckiem?!” – wzdycha czytelnik bulwarówki.

Postęp idzie dalej

Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że jest to transakcja, która przynosi korzyści obu stronom. – Istnieje bardzo cyniczne wytłumaczenie tego szaleństwa. Te dzieciaki ściągają na gwiazdy uwagę opinii publicznej i wywołują wobec nich bardzo pozytywne nastawienie. Angelina i Brad często goszczą w mediach z powodu swoich filmów. Jednak dzięki adoptowanym dzieciom są w mediach non stop. Są one więc bardzo cennym narzędziem do budowania ich popularności – mówi prof. Ellis Cashmore, autor książki „Celebrity Culture”.

Nie należy również zapominać, w jakim środowisku żyją gwiazdy. Hollywood, delikatnie mówiąc, nigdy nie był twierdzą amerykańskiej prawicy. Liberalni producenci, reżyserzy, aktorzy i inni bywalcy salonów Beverly Hills szaleją z zachwytu, gdy ktoś z ich grona decyduje się na adopcję małego Murzyna czy Azjaty.

– W ten sposób demonstrują, jak bardzo są otwarci i jak bardzo potępiają wszelkie uprzedzenia. Powiedzmy otwarcie: adopcja białego dziecka nie tylko nie przyniosłaby gwieździe żadnych profitów, ale niewykluczone, że mogłaby się spotkać z niezadowoleniem towarzystwa. Lewicy się wydaje, że zbudowała już idealne multikulturalne społeczeństwo, postęp idzie jednak dalej i przyszła pora na budowę multikulturalnych rodzin. Gwiazdy są w awangardzie tego ruchu – uważa dziennikarka jednego z popularnych angielskich tabloidów.

Szczególnie ważne jest w tym kontekście, żeby adoptowane dziecko było nie tylko innej rasy niż nowi rodzice, ale pochodziło z innego kontynentu, z wyjątkowo biednego kraju i rodziny. To zapewnia gwieździe dodatkowe punkty. Od kilku lat na zachodnich salonach niezwykle popularne stało się bowiem okazywanie solidarności z Trzecim Światem, czego najgłośniejszą emanacją były zorganizowane dwa lata temu przez Bono i Boba Geldofa koncerty Live 8.

Adoptujące dziecko z Trzeciego Świata gwiazdy wysyłają jasny sygnał, że znajdują się w tym samym nurcie. Że nie chcą tylko trwonić zarobionych przez siebie milionów, ale pragną się podzielić nimi z najbardziej potrzebującymi. Że wiedzą, że poza Stanami Zjednoczonymi są na świecie obszary nędzy i gotowe są pomóc. – Wiele czołowych gwiazd osiągnęło poziom, w którym bogactwo i sława już im nie wystarczają. Chcę czegoś więcej: szacunku. Adoptując dziecko z rozwijającego się świata, mają nadzieję uzyskać ten cenny towar – podkreśla prof. Cashmore. Eksperci po cichu dodają jeszcze jeden, nieco bardziej prozaiczny powód: adoptując dziecko, piękne aktorki nie muszą się martwić o negatywne skutki, jakie na ich ciele mogłyby wywrzeć ciąża i poród.

Rodzina czy internat

Na razie miłość Angeliny Jolie do kolorowych maluchów wydaje się być bardzo silna. Ba, nawet, jak sama przyznała, silniejsza od miłości do jedynego biologicznego dziecka, rocznej dziewczynki Shilon. – Ze swoimi blond włosami i niebieskimi oczyma jest w naszej rodzinie niemal wyrzutkiem. Dużo więcej czuję do pozostałych dzieci, bo przecież gdy były małe, tyle przeszły. Shilon od momentu urodzenia wydaje się zaś tak uprzywilejowana… – powiedziała w jednym z ostatnich wywiadów.

Groteskowe wyznanie gwiazdy prowokuje do zadania pytań o prawdziwość i trwałość jej uczuć wobec dzieci. Czy tak jak teraz, natchniona duchem własnej szlachetności i medialnym szałem, kocha bardziej swoje przybrane dzieci niż biologiczną córkę, tak kiedyś proporcje te nie ulegną zmianie? Czy nie straci w końcu zainteresowania Maddoksem, Zaharą-Marley oraz Paksem? Ostatnie pytanie wydaje się szczególnie niepokojące w kontekście niedawnej tragedii Jade, koreańskiej córeczki znanego holenderskiego dyplomaty Raymonda Poeteraya i jego żony Mety. Przybrani rodzice, znudzeni dziewczynką, po ośmiu latach po prostu zwrócili ją do sierocińca.

Czy taki los nie czeka również części dzieci adoptowanych przez gwiazdy? Tabloidy w końcu przecież się zmęczą codziennym opisywaniem życia kolorowych maluchów i może się okazać, że dzieci w niczym już nie pomagają, są tylko zbędnym ciężarem. Podobna sytuacja zresztą już raz się zdarzyła.

Znana niegdyś aktorka Joan Crawford (1905 – 1977) wydziedziczyła dwoje adoptowanych dzieci, gdyż nie mogła nawiązać z nimi rodzinnego kontaktu. To, że coś takiego może się powtórzyć obecnie, jest o tyle prawdopodobne, że więzi łączące wiele gwiazd z ich przybranymi dziećmi nie są specjalnie silne. Gdy pojawiają się paparazzi, oczywiście biorą one na ręce swoje pociechy i pozują do zdjęć z minami zatroskanych o prywatność swojego potomstwa rodziców. Poza kadrem czekają jednak tabuny sowicie opłacanych opiekunek, na których tak naprawdę spoczywa ciężar wychowania dzieci.

– One funkcjonują trochę jak uczniowie małej szkoły z internatem, która spełnia wszystkie ich potrzeby. Mieszkanie, ubranie, jedzenie, edukacja. To raczej mała, sprawnie działająca instytucja niż prawdziwa rodzina – podkreśla prof. Cashmore.

Sławna, światowa pani

Głównymi beneficjentami adopcyjnego szału, który ogarnął amerykańskie gwiazdy, mają być dzieci. Ostateczny bilans operacji, jakiej są poddawane, w większości przypadków faktycznie zapewne będzie dla nich korzystny. Nie oznacza to jednak, że sprawa jest całkowicie jednoznaczna.

Na przykład, choć adoptowane dzieci mają być biednymi sierotkami, dziwnym trafem bardzo często znajdują się ich prawdziwi rodzice. Tak było między innymi z etiopską córką Angeliny Jolie Zaharą-Marley. Jej biologiczna matka Mentwabe Dawit przez pewien czas domagała się zwrotu dziecka, aby później nagle zmienić zdanie i ogłosić, że „dziecko miało wiele szczęścia, że zostało adoptowane przez sławną, światową panią”. Jeszcze większe kontrowersje wywołała sprawa urodzonego w Malawi syna Madonny Davida Bandy, którego wywiozła, naruszając przepisy adopcyjne tego afrykańskiego kraju. Szybko się okazało, że jego ojciec nie zrozumiał, czego chcieli od niego przedstawiciele gwiazdy, i wcale nie zgodził się na oddanie syna. Prosty wieśniak z Malawi nie miał jednak szans na wygranie sporu z piosenkarką i dziecko zostało z Madonną. Nie wskórały nic nawet malawijskie organizacje broniące praw dziecka, które próbowały zapobiec adopcji. Ich przedstawiciele dowodzili, że „dziecko to nie jest przedmiotem”, który mająca taki kaprys amerykańska gwiazda może wywieźć z rodzimego kraju. Inni przypominali, że w Malawi jest blisko milion sierot, które potrzebują pomocy, i że inicjatywa Madonny – nawet jeżeli uznać ją za pozytywną – jest zaledwie kroplą w morzu potrzeb.

Problemy nie kończą się zresztą wraz z wyjazdem na Zachód. Życie czarnego lub żółtego dziecka w białej rodzinie bardzo często wywołuje również poważne zaburzenia tożsamości.

– Proces wychowawczy w takich przypadkach bardzo często jest niezwykle trudny. Jak bowiem wytłumaczyć dziecku, że jest zupełnie inne niż rodzice? Co zrobić, gdy dziecko staje się przedmiotem drwin ze strony rówieśników? W jaki sposób rozmawiać z nim o rasizmie i odmienności, gdy patrzy się na te sprawy z zupełnie innej perspektywy? – wylicza Maxime Caswerr z angielskiej organizacji OASIS, która udziela wsparcia multikulturalnym rodzinom.

Maxime, która sama ma dwoje wietnamskich dzieci, broni jednak gwiazd decydujących się na taki krok. – Wiem, że ta sprawa wywołuje sporo kontrowersji. Myślę jednak, że nie powinniśmy się czepiać ludzi, którzy w końcu robią coś dobrego. Oni muszą bardzo kochać dzieci, jeżeli decydują się na taki krok – podkreśla. Czasami miłość ta okazuje się tak silna, że gwiazdy nie potrafią się rozstać ze swoimi adoptowanymi dziećmi, nawet gdy te już dorosną. Tak było w przypadku Woody’ego Allena – gdy zakończył się jego związek z Mią Farrow, ożenił się z jej adoptowaną koreańską córką Soon-Yi Previn, którą wcześniej wychowywał. Jest od niego młodsza o blisko 35 lat.

Ekspansja gospodarcza Chin

Źródło: Tygodnik Powszechny: Gwiaździsty sztandar made in China
2007-11-29

Nie ma ostatnio tygodnia, by w którymś z krajów Zachodu, także w Polsce, nie wybuchała jakaś „chińska afera” – ze szkodliwymi chińskimi zabawkami bądź z talerzami malowanymi farbą zawierającą ołów. Z Chin płyną nie tylko zabawki i talerze, ale także zatruta żywność. Tyle że kiedyś, dawno temu, to samo robili… Amerykanie.
Piotr Bernadyn z Tokio /2007-11-29

Niedawno w jednym z chińskich miast wybudowano fabrykę firmy elektronicznej NEC. Nie była to jednak inwestycja znanego japońskiego koncernu o tej nazwie, lecz od początku do końca chińska „atrapa”: z własnym laboratorium, halami i działem sprzedaży. Japończycy wykryli fałszerstwo dopiero, gdy klienci zaczęli się skarżyć na słabą jakość zakupionych produktów.

Nigdzie podrabianie nie jest tak rozpowszechnione jak w Chinach. Dotyczy to nawet leków i żywności. – Gdyby Chińczycy wiedzieli, jak szkodliwe jest jedzenie, które codziennie kupują, w kraju wybuchłaby rewolucja – twierdzi w rozmowie z „Tygodnikiem” Zhou Qing, autor książki o skandalicznych warunkach, w jakich w Chinach produkowana jest żywność (książka w ojczyźnie autora nie mogła się ukazać, przywiózł rękopis do Japonii).

Plaga dotyka zatem przede wszystkim samych Chińczyków, choć coraz częściej wybrakowane towary trafiają za granicę. Wywołuje to międzynarodowe napięcia. Jednak obok troski o jakość chińskich towarów, kryje się za nimi także lęk – przed rosnącą rolą Chin na świecie.

„Chcą nas wytruć!”

O ile o „chińskich bublach” mówi się od dawna, to o szkodliwej chińskiej żywności głośno zrobiło się dopiero wiosną tego roku, gdy kilka tysięcy amerykańskich psów i kotów śmiertelnie zatruło się importowanym pokarmem. Potem popłynęły informacje o wstrzymywaniu kolejnych dostaw z Chin: ryb skażonych antybiotykiem, zabawek pokrytych trującą farbą z dodatkiem ołowiu, toksycznych suszonych owoców. Ze sklepów w Europie, USA i Kanadzie wycofywać zaczęto opony, materace, komórki czy ognie sztuczne. Wszystko „made in China”.

„Nasz eksport jest w 99 proc. bez zarzutu” – tak protestuje, tradycyjnie już, chiński MSZ. A rynek wewnętrzny? „Jest coraz lepiej, tylko 20 proc. żywności nie spełnia norm”.

W tym roku w ramach retorsji Chiny wycofały amerykańskie mandarynki, w których wykryto od razu bakterie, pleśń i dwutlenek siarki. Pekin miał do amerykańskich mediów pretensje o wzbudzanie histerii. Częściowo słuszne: „Czy Chiny planują wytruć Amerykanów i ich zwierzęta!?” – wołały media w USA. Waszyngtonowi Pekin zarzucił, że problemem nie są wybrakowane towary, lecz rosnący deficyt handlowy USA, więc administracja Busha szuka pretekstu do sztucznej ochrony własnego rynku.

Jednak groźby kar i bojkotu ze strony USA – a także Unii Europejskiej – zrobiły swoje: Chińczycy przyznali, że problem istnieje („Jesteśmy wciąż krajem rozwijającym się”), godząc się nawet na współpracę z zagranicą we wdrażaniu nowego systemu kontroli jakości. Do olimpiady w 2008 r. ma być lepiej. Zwłaszcza z żywnością, której nie ufa dziś 70 proc. chińskich konsumentów. Władze obiecały zwiększyć liczbę kontroli, zaostrzyły kary i, jak to w Chinach, wydały wyrok śmierci na dwóch urzędników oskarżonych o przyjmowanie łapówek za dopuszczanie na rynek podrobionych lekarstw.

– Tych dwóch skazano, bo amerykańskie psy i koty zatruły się chińskim pokarmem – komentuje szyderczo Zhou Qing. Jego zdaniem proces był „dla zagranicy”, podczas gdy to chińskie społeczeństwo jest główną ofiarą własnych bubli. A tu Zhou jest sceptyczny: poprawi się jakość towarów na eksport, reszta zostanie bez zmian.

Nie tylko Chiny

Dlaczego podrabiają, także własne marki? Dlaczego – jak ostatnio w czasie święta narodowego – kontrola w prowincji Heibei wykazała, że połowa rodzimej wódki i blisko 100 proc. importowanych alkoholi w sprzedaży było podrobionych? Wini się komunizm, kapitalizm, biedę, prawo, globalizację, wreszcie chińską mentalność.

Po pierwsze, towary podrabia się w wielu krajach Azji i nie tylko. Dostawy z meksykańską żywnością są zawracane z amerykańskiej granicy równie często jak chińskie. Ale Chiny są wielkie i rozwijają się najszybciej w świecie.

Można też szukać analogii w przeszłości. To, co jedni nazywają „chińskim duchem przedsiębiorczości”, ma wiele wspólnego z rozwojem gospodarki USA przed stu laty. Prezydent Theodore Roosevelt utworzył w 1905 r. Urząd Żywności i Leków po serii skandali, wywołanych pojawieniem się na rynku m.in. nawozów sztucznych albo glukozy sprzedawanej jako miód.

Regulacje prawne w Chinach nie nadążają – jak kiedyś w USA – za rozwojem gospodarczym. Pogoń za zyskiem i mordercza konkurencja (wymuszana także przez dyktujące niskie ceny zachodnie koncerny) skłania wielu przedsiębiorców do gry nie fair. Gwałtowne przemieszczenia społeczne idą w parze z rozluźnieniem norm moralnych. W swej książce Zhou Qing opisuje, jak pewien właściciel baru starał się utrzymać klientów, dodając do zupy… morfinę.

Trudno za każdą chińską patologię winić partię komunistyczną. Ale system polityczny, pełen frazesów o socjalistycznej demokracji, jest dyktaturą technokratów, sprawujących (przy pomocy cenzury i policyjnej pałki) władzę legitymizowaną gospodarczym wzrostem. Wzrost zatem musi trwać.

Chęć walki z korupcją głoszona przez chińskich przywódców może być szczera. Przeszkoda tkwi w powiązaniach lokalnych notabli z biznesem. W Heibei okazało się, że wiele restauracji sprzedających podrobiony alkohol należało do funkcjonariuszy partyjnych lub ich rodzin. A to nomenklatura, wydając rozporządzenia, stanowi prawo.

Winna kultura?

„Ten system formuje złych ludzi” – pisał znany intelektualista Liu Junning po aferze z niewolniczym wykorzystaniem dzieci w chińskich kopalniach. „Przez ostatnie kilkaset lat dużo się w społeczeństwie zmieniło, poza jednym: ludzkie prawa nie są chronione i wciąż depcze się godność. Niewolnictwu w kopalniach winna jest nie gospodarka rynkowa, lecz partyjni notable, właściciele kopalni i przede wszystkim system, który nie chroni praw jednostki do życia, wolności i własności”.

23 lata temu ukazała się książka tajwańskiego naukowca Yo Banga pt. „Ugly Chinaman”. W ChRL nie doczekała się publikacji, na Tajwanie wznawiano ją nie raz. To ostry pamflet na chińską kulturę.

Przypisywanie narodom cech charakteru wyszło na Zachodzie z mody i ociera się o polityczną niepoprawność. Ale na Dalekim Wschodzie, gdzie nacjonalizm jest żywy, wciąż ma wzięcie. Yo Bang zaczyna pytaniem, czy po rewolucji kulturalnej „da się jeszcze uratować naród moralnych degeneratów”? Później, jak Liu, cofa się daleko w przeszłość. Jego zdaniem chińska kultura od setek lat jest „uszkodzona”. Jak wielki naród mógł się tak zdegenerować? – pyta.

Jego zdaniem powód tkwi w tyranii, własnej i obcej, której naród był poddawany przez wieki. Upadek tak wielkiej cywilizacji musiał się odbić na psychice wszystkich Chińczyków, bez względu na to, gdzie mieszkają. W rezultacie przeciętny Chińczyk ma niezrównoważoną osobowość, oscylującą między ekstremami – arogancją i kompleksem niższości.

„Chińskie dzielnice w USA łatwo odróżnić od japońskich i koreańskich, bo panuje tam zawsze bałagan” – pisze Yo Bang. W relacjach międzyludzkich normą jest kłamstwo, Chińczyk ufa tylko rodzinie, przejawia skłonność do konformizmu i służalczości, a z drugiej strony do intryg i konfliktów. Najlepiej widać to po chińskiej diasporze w USA.

Do każdej jego tezy znajdzie się zapewne antyteza. Ale jeśli teza Yo Banga choć w części jest prawdziwa, to lekarstwem na chorą chińską duszę byłby powrót Chin do naturalnego im splendoru. W tym kierunku prawdopodobnie zmierzają.

Japoński „Newsweek” przestrzegał niedawno przed zbliżającą się inwazją chińskich turystów. Skrupulatnie, przy pomocy wykresów udowadnia, że turyści z Chin mają za granicą złą opinię za brak manier, dyscypliny i rasizm. Chińskie władze świadome są chyba problemu, bo przed olimpiadą próbują edukować naród, że np. nie wypada wpychać się bez kolejki, śmiecić, załatwiać się, gdzie popadnie. Mocą ustawy odbierane będą paszporty tym, którzy przynieśli ojczyźnie za granicą wstyd.

Azjatycka inwazja

Jakość chińskich towarów będzie się zapewne poprawiać. Walka z korupcją i nauka kindersztuby też może przynieść efekty. Brak demokracji nie jest przeszkodą – przykładem Singapur, w którym Lee Kuan Yew drakońskim karami wypalił patologie.

Warto jednak zatrzymać się przy innym problemie, który ujawnił się w czasie tegorocznych napięć, zwłaszcza między Chinami a USA. Pytanie brzmi: czy Stany Zjednoczone są psychologicznie gotowe zaakceptować istnienie gospodarczej potęgi, która może zagrozić ich interesom?

20 lat temu ekspansja Japonii wydawała się nie mieć końca. Wysokiej klasy japońskie towary zalewały USA. W niezliczonej ilości artykułów i książek, także naukowych, wieszczono Ameryce zmierzch. Kilka razy omal nie doszło do wojny handlowej i to zawsze Japonia musiała ustąpić. Raz po raz okazywało się, że przywiązanie Amerykanów do wolnego handlu kończy się tam, gdzie zagrożony jest narodowy interes.

Tym razem konkurent ma potencjał, by sprawić jeszcze więcej kłopotów. Co więcej, Chiny nie są, jak Japonia, skrępowane układem bezpieczeństwa z USA. Alarmistyczne doniesienia mediów o szkodliwości chińskich towarów pokazują, jak łatwo wzbudzić u Amerykanów protekcjonistyczne uczucia. Głos internauty, wcale nieodosobniony, pod artykułem w „Washington Post”: „Najpierw zabrali nam miejsca pracy, teraz nadchodzi czas, że zostaniemy otruci. Nasze zwierzęta zdychają od skażonego pokarmu i uwierzcie: my będziemy następni. Nasze koncerny nauczyły Azjatów, że chciwość jest cnotą”. Inny pisał, że dość ma „leseferyzmu w przewodzie pokarmowym”.

Skazani na Chiny

Czy jednak możliwe jest odcięcie się od Chin, czego próbował amerykański producent żywności, reklamując swoje towary jako „China free”? Chińczycy produkują tanio. „Tak wielki jest głód Amerykanów za tanim importem, że menadżerowie korporacji wielokrotnie odrzucali wezwania naukowców, by nałożyć nowe, choćby skromne standardy jakości na produkty z zagranicy” – twierdzi Urząd Żywności i Leków w Waszyngtonie. A poza tym są już dziedziny, w których Chiny stały się niemal światowym monopolistą, np. w produkcji konserwantów żywności czy witaminy C.

Niektóre koncerny spożywcze w USA poleciły swym dostawcom szukać substytutów dla chińskich towarów. Okazało się, że jeśli nawet znalazł się towar z innego kraju, to co najmniej jeden z jego składników i tak wyprodukowany był w Chinach.

Gospodarki Chin i krajów bogatych są dziś komplementarne: Chińczycy produkują to, co się już Amerykanom czy Europejczykom nie opłaca. Sytuacja się zmieni, gdy w chińskim eksporcie dominować zaczną produkty bardziej zaawansowane.

To przyszłość. Na razie Chińczycy są numerem jeden w innych dziedzinach. Amerykański reporter sprawdzał latem w centrum handlowym, co jeszcze można kupić rodzimej produkcji. Na stoisku sportowym niewiele: większość artykułów było z Chin, nawet flaga amerykańska. Na stoisku z zabawkami: jeszcze gorzej. Krążąc między regałami, reporter znalazł jeden amerykański produkt – grę „Monopol”. Po otwarciu z pudelka wypadły kości i rekwizyty do gry… Nie były amerykańskiej produkcji. Miejmy nadzieję, że nie zawierały toksycznych substancji.

Cyberterroryzm - co to jest?

Źródło: Rzeczpospolita: Uwaga na cyberterroryzm
03.07.2007

ROZMOWA Dr Agnieszka Bógdał-Brzezińska, specjalistką ds. bezpieczeństwa informacyjnego

Rz: Niedawne wydarzenia w Estonii, kiedy to przez działania hakerów na kilka tygodni zostały zablokowane internetowe strony władz Estonii, banków i mediów, to dowód, że cyberterroryzm jest realnym zagrożeniem dla bezpieczeństwa państwa?

Agnieszka Bógdał-Brzezińska: Poziom ocyfrowania społeczeństwa i organów rządowych Estonii przewyższa średnią statystyczną krajów środkowo- i wschodnioeuropejskich, a kraj ten znajduje się w elicie państw wykorzystujących najnowsze technologie. W takich przypadkach, dzięki rozbudowaniu struktury informatycznej, dokonanie ataków cybernetycznych jest łatwiejsze. Nie zdziwiło mnie więc, że wśród różnych form protestu, który wyrażali Rosjanie wobec przeniesienia pomnika żołnierzy radzieckich, użyto ataku cybernetycznego. Wiadomo było, że Estończycy są w tej sferze wrażliwi.

Na czym konkretnie polegał ten cyberatak?

Było to klasyczne blokowanie serwerów rządowych przez e-mail bombing. Nie jest to nowy środek. Już w Meksyku w latach 90. dokonywano podobnych ataków, aby zwrócić uwagę opinii publicznej na działalność partyzantów zapatystowskich w stanie Chiapas. Dokonuje się protestacyjnej inwazji e-mailowej, która blokuje przez pewien czas zaatakowane serwery.

Czym różni się ten atak od poprzednich?

Pierwsze ataki miały charakter eksperymentalny i służyły dokształcaniu się grup hakerów. Rozwój technik służących atakom cyberterrorystycznym przybierał po prostu formę “wojen hakerskich” między grupami hakerów, które próbowały zdobyć w ten sposób zarówno popularność, jak i pewne umiejętności techniczne. Atak, z jakim mieliśmy do czynienia wobec Estonii, można uznać za atak spontaniczny, nie do końca przez rząd rosyjski sterowany. Nastąpiła wtórna aktywizacja środowiska społecznego, które rękami swojej “elity technologicznej” - hakerów usiłuje dać sygnał rządowi państwa trzeciego, że polityka tego kraju godzi w interes danego społeczeństwa. Odbywa się to z pominięciem szczebla rządowego. Niektóre państwa szkolą swoich rządowych, najczęściej wojskowych, hakerów, na potrzeby serwowania ataków państwom nieprzyjacielskim i prowadzącym politykę sprzeczną z interesem narodowym kraju.

Które?

Przodują tu Chiny, które zarówno wspierają, jak i szkolą hakerów. Chińska Republika Ludowa określana jest jako cyber rogue country, czyli przestępca cybernetyczny na szczeblu państwowym. Minister bezpieczeństwa publicznego Chin Jia Chunwang stwierdził w 2002 roku, że wirus komputerowy został stworzony jako narzędzie zorganizowanego masowego ataku. Siły zbrojne Chin kształcą hakerów wojskowych dokonujących ataków na systemy rządowe innych krajów, kontestujących politykę Pekinu. Dotyczy to serwerów amerykańskich, japońskich, południowokoreańskich, ale również tajwańskich, a także ugrupowań opozycyjnych, jak ruch wolnościowy wschodniego Turkiestanu czy tybetański ruch wyzwoleńczy. Chińczycy specjalizują się w dokonywaniu ataków hakerskich w warunkach pokoju, ale pokazują w ten sposób, że są gotowi używać tych technik także w przypadku konfliktu zbrojnego.

Jakie były najbardziej znane ataki cyberterrorystyczne?

Rosja, której obywatele byli nadawcami ataku cyberterrorystycznego wobec Estonii, sama przeżyła traumatyczny eksperyment hakerów na początku 1995 roku. Doszło wówczas do zachwiania równowagi systemu bankowego Federacji Rosyjskiej. Kaukascy hakerzy - prawdopodobnie Czeczeńcy - dokonali ataków w rosyjski system finansowy, uszczuplając jego zasoby o ok. 300 mln dolarów.

Które instytucje są najbardziej narażone na ataki?

Każdy sektor infrastruktury krytycznej, czyli gospodarki i życia społecznego, który został podłączony do sieci internetowej bądź jest sterowany internetowo, może zostać zaatakowany. W przypadku systemu nawigacji ruchem lotniczym może to doprowadzić do katastrof lotniczych, a systemu elektrowni - spowodować wyłączenia prądu.

Zagrożone są bardziej państwa czy firmy prywatne, duże korporacje?

Atrakcyjniejszym dla terrorystów, bo mniej odpornym i łatwiejszym celem są państwa. Korporacje nie są częstymi adresatami ataków. Wielkie transnarodowe firmy mają bardziej kompleksowo rozwinięte systemy zabezpieczeń. Państwa mogłyby kopiować pewne rozwiązania korporacji transnarodowych i czynią to, naśladując korporacyjne doświadczenia zarządzania wiedzą.

Na czym polegają główne techniki ataków?

Najczęstsze są blokady serwerów rządowych, bo one są najbardziej spektakularne i doprowadzają do zahamowania sprawności komunikacji między urzędami. Najważniejsze jest jednak to, o czym się nie pisze, przynajmniej w USA, ataki ingerujące w zasoby informacyjne organów bezpieczeństwa i tam dokonujące mutacji i modyfikacji danych, które mogą np. w skrajnej formie doprowadzić do zablokowania kodów dostępu do rakiet balistycznych, czy sterujących bronią masowego rażenia. Informacje na ten temat nie są zbyt chętnie udostępniane i nie bywają przedmiotem badań. Kraje rozwinięte starają się je ukrywać.

Jak wygląda ustawodawstwo w sprawie walki z cyberterroryzmem?

Najbardziej interesującym osiągnięciem jest konwencja w sprawie cyberprzestępczości Rady Europy. W jej przygotowaniu brali udział nie tylko informatycy, ale i prawnicy specjalizujący się w prawie karnym komputerowym. Ciekawe są regulacje w Australii i Nowej Zelandii, które dość wcześnie zajęły się ochroną bezpieczeństwa informacyjnego i zaczęły traktować APEC jako forum dyskusji o tych kwestiach i sprzeciwiały się narzucaniu przez USA ich własnych rozwiązań. ONZ od 1999 roku corocznie publikuje rezolucje w sprawie konieczności zapobiegania cyberprzestępczości. Trudno jednak walczyć z cyberterroryzmem, dopóki cała przestrzeń Internetu nie znajdzie się pod kontrolą jakiejś agendy ONZ, czemu sprzeciwiają się niestety USA.

Niektórzy uważają, że na szczęście.

W tej materii powinno się wszystko podporządkować instytucjom współpracy wielostronnej. To, że ICANN jest kontrolerem całej przestrzeni globalnego Internetu, nie jest dobrym rozwiązaniem.

ICANN gwarantuje obecną wolność w Internecie.

Często pełna wolność i kwestia bezpieczeństwa stoją w sprzeczności.

Obrońcy wolności w Internecie uważają, że państwa podnoszą kwestię cyberterroryzmu, chcąc nałożyć kaganiec na Internet.

W USA takie obawy się pojawiają. Regulacje prawne to jednak pierwszy krok do zrozumienia i upowszechnienia świadomości zagrożeń cyberprzestępczością. Wśród decydentów politycznych ta świadomość jest bardzo mała.

Rządy walczą o jak najlepszych informatyków, którzy mają działać w interesie bezpieczeństwa informacyjnego danego kraju. Można mówić o swoistym “najemnictwie informatycznym”, używając nazewnictwa wojskowego?

Mówi się o pokojowym najemnictwie informatyków wykształconych w Indiach, zagłębiu dobrze wykształconych specjalistów. Duża ich część znajduje pracę na Zachodzie, ale mogą być także wykorzystywani przez różnorodne internetowe grupy przestępcze.

Informatycy zyskują władzę kosztem polityków?

Możemy mówić o technokracji, jako synonimie władzy, którą można wzmacniać z wykorzystaniem nowoczesnych technologii. Informatyk programista, jeżeli staje się menedżerem wiedzy, może stać się niezbędnym doradcą nowoczesnego rządu. Posiada bowiem wiedzę techniczną, której nie posiada polityk. Informatycy to przyszła, potencjalna elita polityczna.

Przyszłe wojny mogą być cyberwojnami?

To nie jest kwestia przyszłości. Wojna w Zatoce Perskiej, jak i operacje prowadzone w Kosowie miały w sobie wiele cech wojen cybernetycznych. Z jednej strony hakerskie grupy protestu umieszczały na rządowych stronach USA i Serbii apele antywojenne, a z drugiej strony media - nośnik nowoczesnych technologii, np. CNN, stawały się narzędziem propagandy prowojennej. Sojusz państw rozwiniętych technologicznie z nowymi mediami pogłębi się, a przyszłość informatyki będzie rzutować na definiowanie mocarstwowości państwa. Świat zmierza w kierunku dominacji mocarstw technologicznych i informatycznych. Według politologa amerykańskiego Josepha S. Nye’a przyszłość USA jako światowego hegemona zależy od tego, do jakiego stopnia będą one zdolne wykorzystywać nowoczesne technologie do swojej pokojowej i wojennej polityki. Działalność Chin i Rosji wskazuje także na ten kierunek.

Jak mogłaby wyglądać cyberwojna przyszłości?

Trudno zaprzeczyć zaletom wojny z dużą przewagą środków cybernetycznych. Taki konflikt niesie ze sobą mniejsze straty demograficzne i jest nieprzewidywalny w zakresie metod, które mogą zostać użyte. Trudno jednak mówić o scenariuszu takiej wojny, ale za gen. Stanisławem Koziejem mogę powtórzyć, że cyberwojny będą coraz częściej uzupełniały tradycyjne metody walki.

Możemy sobie wyobrazić, że któregoś dnia na serwerach WhiteHouse.com, CNN.com, Microsoft.com i innych ważnych serwerach amerykańskich pojawia się nagle deklaracja wypowiedzenia wojny przez jakąś nieznaną organizację, poprzez pluskwy czy wirusy przestają działać sieci telefoniczne i zakłady energetyczne, a wszystkie światła na drogach stają się zielone w jednym momencie?

Nie widzę możliwości tak skoordynowanych działań w jednym momencie i istnienia sieci podmiotów o wspólnych celach, dostatecznie wyposażonych i przeszkolonych, by mogły taką akcję przeprowadzić. Taki atak przy założeniu, że przeciwko państwu narodowemu, które ma określone terytorium i populację, występuje niezdefiniowany terytorialnie podmiot typu al Kaida i dokonuje ataku, wykorzystując tylko cyberprzestrzeń bez poparcia środków fizycznych, nie przyniósłby sukcesu na dużą skale. Wojna prowadzona przez państwa lub sojusze państw wspomagana środkami cybernetycznymi jest w przyszłości prawdopodobna. Natomiast wojna prowadzona przez organizację terrorystyczną przeciwko państwu, ograniczona tylko do przestrzeni wirtualnej byłaby mało skuteczna i dlatego jest mało prawdopodobna.

Przy dzisiejszych możliwościach technicznych, a w przyszłości?

Przyszłość to wielkie nadzieje związane z postępem technologicznym. Ale będzie ona zależeć również od rozwoju świadomości zagrożeń dla bezpieczeństwa informatycznego. Jeśli powszechną praktyką staną się narodowe programy ochrony przed cyberterroryzmem, walka w cyberprzestrzeni pozostanie nadal środkiem tylko uzupełniającym tradycyjny terroryzm. Wielką nadzieję wiążę z inicjatywami międzynarodowymi i inspirującym wpływem strategii ramowych Unii Europejskiej i ONZ w tej kwestii.
rozmawiał Konrad Rajca

Macdonaldyzacja świata - Gonitwa za chłamem

Źródło: Rzeczpospolita: Gonitwa za chłamem
24.02.2007

Z amerykańskim socjologiem George’em Ritzerem rozmawia Dariusz Rosiak

Rz: Czy jest w restauracjach McDonald’s coś, co się panu podoba?

GEORGE RITZER: Toalety. McDonald’s, gdziekolwiek się pojawiał, zawsze miał czyste toalety. Na przykład w Chinach dokonał prawdziwej rewolucji. To w dużym stopniu dzięki tej firmie są tam dziś czyste toalety publiczne. Gdy podróżuję po USA i potrzebuję wejść do toalety, czasem zdarza mi się korzystać z usług tej sieci. Przyznaję, że to trochę śmieszne, jeśli wziąć pod uwagę moje poglądy.

Trochę sobie żartujemy, ale również dla ludzi w Polsce toalety w McDonald’s były swojego czasu powiewem świeżości i normalności.

Doskonale to rozumiem, ale toalety to jedyna rzecz, która mi się podoba w restauracjach McDonald’s.

A co takiego złego jest w korzystaniu z usług tej firmy?

Oferuje jedzenie przemysłowe w przemysłowym otoczeniu. McDonald’s to przeniesienie taśmy produkcyjnej z fabryki Forda do restauracji. Co ważniejsze, McDonald’s stworzył wzór systemu funkcjonującego w całym współczesnym kapitalizmie, systemu opartego na trzech elementach: odgórnie narzuconej idei, centralnym sterowaniu i braku indywidualnej treści.

Dla Polaków to brzmi jak opis komunizmu.

Owszem. Tyle że komunizm zawierał znacznie więcej elementów kompletnie nieracjonalnych niż system McDonald’s. Makdonaldyzacja świata, o której często piszę, jest procesem racjonalnym, odgórnie wymyślonym po to, by skłonić nas do konsumowania coraz większej ilości rzeczy. Nie podoba mi się ten system, choć oczywiście wiem, że jest on ogromnie popularny na całym świecie. Miliony ludzi stołują się w restauracjach McDonald’s i uważają, że prawdziwe frytki powinny smakować jak frytki z McDonald’s, a prawdziwy hamburger jak hamburger z McDonald’s.

A może po prostu McDonald’s znalazł klucz do ludzkiej natury, przynajmniej w sferze żywienia? Dostajemy potrawę, która jest przewidywalna - zawsze smakuje tak samo, jest tania, szybko podana, czysta. Co w tym złego, że ludziom to się podoba?

Jeśli fast food byłby w naszej naturze, ludzie jedliby w ten sposób od setek lat. Tymczasem niezależnie od tradycji w większości miejsc na świecie ludzie jedli zwykle rodzinne posiłki, które zajmowały czas, wymagały przygotowań, wiązały się ze spotkaniem towarzyskim. Historycznie rzecz biorąc, posiłki służą do komunikowania się między ludźmi. Rodzina lub znajomi spotykają się i rozmawiają. W normalnej restauracji można nawiązać kontakt z kelnerem czy właścicielem. W McDonald’s obsługa posługuje się wyuczoną formułką, która nie ma nic wspólnego z normalnym dialogiem między ludźmi. Idea McDonald’s polega na tym, żeby zjeść jak najszybciej i zwolnić miejsce dla następnego klienta.

Ale przyzna pan, że McDonald’s potrafi doskonale odczytać potrzeby ludzi?

McDonald’s pojawił się w USA w połowie lat 50., gdy rodziło się nowoczesne społeczeństwo, powstawały autostrady, nowe miejsca pracy. Moim zdaniem można udowodnić tezę, że ta urawniłowka, którą zaproponował McDonald’s, była spełnieniem pragnień Amerykanów. Ale prawdą jest również to, McDonald’s zmienił społeczeństwo, zwłaszcza dzieci. Amerykanom wmówiono, że to jest rodzajjedzenia, który powinien im smakować, ten rodzaj obsługi, który powinien ich zadowalać, itd. Był to więc rodzaj procesu w obie strony: Amerykanie byli w okresie zmiany swoich przyzwyczajeń, a McDonald’s wpoił im nowe zwyczaje.

Ale dlaczego McDonald’s podbił takie kraje, jak np. Francja?

Chyba dlatego, że takie cechy, jak wydajność czy przewidywalność, są generalnie pozytywne. Nie mam zamiaru dowodzić, że mniej wydajne jest lepsze od bardziej wydajnego. Problem pojawia się, gdy wszystko zostaje poddane wymogowi wydajności i przewidywalności, gdy nie ma miejsca na indywidualność i zaskoczenie. Mój zasadniczy sprzeciw budzi również to, że system funkcjonujący w McDonald’s rozprzestrzenił się praktycznie na cały sposób konsumowania dóbr. I nie chodzi wyłącznie o dobra materialne - jedzenie, samochody, pralki. Makdonaldyzacja obejmuje coraz więcej sfer naszego życia. W Europie nasilenie tego procesu jest mniejsze niż w USA. Mam wrażenie, że u was panuje większa świadomość zagrożeń związanych z makdonaldyzacją. W USA obejmuje ona coraz więcej sfer. Mamy np. protestancki ruch zwany megakościołem. To jest ogromne zgromadzenie, które zaczyna obecnie wprowadzać franczyzę, podobnie jak McDonald’s. Te placówki podległe centrali działają według znormalizowanych zasad. Każda stara się być najlepsza - w wynikach finansowych, w liczbie nawróconych, w sposobie odprawiania nabożeństw itd. Mówimy o zaniku autentyczności, o wtłoczeniu naszego życia w system, który wszystkich nas wyjaławia.

A równocześnie - jak pan pisze - wywołuje w nas czasem niemal religijne uniesienia. Używa pan określenia “świątynie konsumpcji”. Co jest takiego magicznego czy religijnego w robieniu zakupów?

Po pierwsze, skojarzenie z religią można odnaleźć w samej konstrukcji świątyń konsumpcji. Duże centrum handlowe czy kasyno w Las Vegas ma cię przygnieść swoim splendorem, masz być oszołomiony ich bogactwem. Przychodzimy do tych sklepów, żeby praktykować coś w rodzaju religii konsumeryzmu. Słyszałem, że nawet w waszym kraju całe rodziny chodzą do centrów handlowych i spędzają w nich wiele czasu, uczestnicząc w rytuale oglądania, kupowania, smakowania atmosfery wielkiego sklepu. To jest sposób osiągania satysfakcji osobistej przez kupowanie rzeczy. Ksiądz mówi: jeśli chcesz się lepiej poczuć, idź do spowiedzi. Kultura konsumencka nakazuje: jeśli chcesz się dobrze czuć - kupuj. A jeśli to ci nie pomoże, leć do Las Vegas albo do Disneylandu. Tam na pewno znajdziesz ukojenie swoich smutków. To jest rzeczywiście religia konsumeryzmu.

W swoich pracach opisuje pan miejsca, których jeszcze do niedawna nie kojarzyliśmy z konsumeryzmem, a dziś traktowane są jak świątynie konsumpcji: uniwersytet albo stadion sportowy. W jaki sposób rozszerza się ta strefa konsumpcji?

Kilka lat temu poszedłem na mecz futbolowy Washington Redskins. Jak zwykle, bilety były wyprzedane. Usiadłem na trybunach i byłem bardzo zaskoczony, bo zawody zaczęły się, a połowa miejsc była pusta. Okazało się, że dziesiątki tysięcy ludzi przebywało wewnątrz budynku stadionu, gdzie mieściło się ogromne centrum handlowe, jakieś bary, sklepy. Połowa widzów, którzy kupili drogie bilety, na mecz przyszła po to, by się napić, zrobić zakupy i może raz na jakiś czas rzucić okiem na telebim, na którym pokazywano mecz. Tak mniej więcej wygląda dziś sport w USA. Stadiony stają się świątyniami konsumpcji.

Uniwersytety amerykańskie także myślą o swoich studentach jako o konsumentach. Szkoła musi konkurować o uczniów, musi okazać się najlepszą świątynią konsumpcji edukacji w okolicy. Nie chodzi o jakość nauczania, ale o to, jaki mamy stadion futbolu amerykańskiego, jaki stadion koszykarski, jakie restauracje działają w kampusie uniwersyteckim. Wszystko powinno służyć konsumpcji i rozrywce. Uniwersytet musi być zabawny, nabożeństwo musi być atrakcyjne. Mecz piłkarski nie może być po prostu meczem, musi jeszcze być zabawnym meczem. I, wracając do McDonald’s: przecież ta restauracja też chce być cyrkiem. Ci klauni, baloniki, barwne kolory. Ma być wesoło i radośnie. Nie przychodzisz tam zjeść dobry posiłek - jesz plastikowy substytut potrawy, ale będziesz miał frajdę.

Ale co w tym złego? Ludzie mają pieniądze i je wydają, a przy okazji mają ubaw. Dlaczego jest to tak godne potępienia?

Nie ma nic złego w tym, że idziesz do sklepu i kupujesz rzeczy. Nie ma nic złego w tym, że czasem idziesz do centrum handlowego i dla rozrywki oglądasz wystawy. Problem rodzi się wtedy, gdy jesteś otoczony przez tysiące restauracji McDonald’s i firm działających według podobnego systemu zabijającego indywidualizm i odrębność. Problem rodzi się wtedy, gdy w centrum ludzkiego życia staje robienie zakupów. Gdy zamiast szukać życiowego spełnienia w pracy, życiu rodzinnym, hobby - szukamy go w kupowaniu rzeczy, które na dodatek w większości nie są nam potrzebne. Koszula czy samochód to tylko rzeczy. One nie czynią ludzi szczęśliwymi. W momencie gdy je zdobędziemy - przestajemy się nimi interesować. Boję się, że jeśli w centrum naszego życia postawimy spędzenie weekendu w centrum handlowym, to niewiele z tego życia wyniknie.

Czy to my wybieramy ten sposób życia, czy ktoś wybiera go za nas?

Moim zdaniem ludzie nie wiedzą, w jakim systemie żyją przez ostatnich 50 lat. Większość konsumentów nie wie np., jak działa reklama. Nie wie, że nie można po prostu wejść do kasyna w Las Vegas “po to, żeby zobaczyć”. To są miejsca wymyślone przez ekspertów w ten sposób, by skłonić nas do wydawania jak największej ilości pieniędzy. Moim zdaniem żyjemy w czymś w rodzaju Matriksa, którego znaków nie potrafimy rozpoznać, który jest atrakcyjny, kuszący, który wabi błyskotkami. To jest zresztą ogromna różnica między współczesnym kapitalizmem a kapitalizmem, powiedzmy, z początku XX wieku. Wtedy kapitalista zmuszał robotnika do pracy, dziś nikt nas nie zmusza, sami wybieramy tryb życia, który jest pusty i w efekcie głęboko dla człowieka upokarzający.

Żyjemy w systemie, który zmusza nas do coraz wyższego poziomu konsumpcji. Współczesna gospodarka kapitalistyczna zależna jest coraz bardziej od czegoś, co nazywam hiperkonsumpcją. Gdyby ludzie przestali kupować coraz więcej, to gospodarki wielu krajów, a na pewno gospodarka Ameryki - zawaliłyby się. Przypomnijmy sobie, jak dwa dni po 11 września burmistrz Rudolph Giuliani wezwał nowojorczyków, by zaczęli robić zakupy. Później George W. Bush powtórzył to wezwanie, bo wielu Amerykanów było tak przerażonych, że bali się wychodzić z domów. To oczywiście wynikało z tego, że gdybyśmy przestali w coraz większych ilościach konsumować, to mielibyśmy ogromny kryzys gospodarczy.

W naszym kraju i w naszej części Europy pana krytyka kapitalizmu wielu ludziom może wydać się luksusem, na który stać Amerykanina. W Polsce kapitalizm oznacza raczej wolność niż zniewolenie, raczej uwolnienie talentów i przedsiębiorczości ludzkiej niż ich dławienie…

To, że kapitalizm jest lepszy od komunizmu, nie znaczy, że jest pozbawiony wad. Ten system kojarzy się dobrze w Polsce, ale lepiej mieć świadomość jego błędów.

To, co pan mówi, jest strasznie przygnębiające…

Tak, współczesność mnie przeraża.

Tytuł pana najnowszej książki brzmi “Globalizacja niczego”. Uważa pan, że tak naprawdę głównym towarem globalizacji jest właśnie nic, pustka, rzeczy wyprane z indywidualnej treści i wartości? Czy naprawdę sądzi pan, że żyjemy w świecie, który reprodukuje jedno wielkie nic?

Tak myślę. Stworzyliśmy system, który wypluwa z siebie ogromne ilości “niczego”, a ludzie pracują godzinami, poświęcając życie na powielanie bezwartościowego chłamu. Chłamu, który przypomina hamburgery McDonald’s: jest odgórnie wymyślony, odgórnie sterowany i nie ma żadnych cech indywidualnych. Ta eskalacja “niczego” jest tragedią tego świata. Oczywiście nie przesadzajmy - to nie jest tragedia na skalę obozów koncentracyjnych w czasie II wojny światowej. Ale mówimy o smutnym procesie, w którym uczestniczymy.

Widzi pan jakąś alternatywę?

Próbowaliśmy alternatyw dla kapitalizmu i wiemy, jak to się kończyło. Możemy natomiast zadbać o swoje życie i przeżyć je z sensem. Jeśli ktoś czuje się aktywistą, niech się przyłączy do ruchu slow food czy innych tego typu inicjatyw, niech broni swojego jedzenia, swojego tradycyjnego stylu życia, niech nie ulega pokusie kupowania bez sensu. A jeśli musi chodzić do McDonald’s - to tylko do toalety.
Dariusz Rosiak
W sobotę 24 lutego o godz. 16 w Fabryce Trzciny w Warszawie profesor George Ritzer wygłosi wykład na temat “Globalisation of Nothing”. Wstęp wolny

Sieciowa utopia 2.0

Źródło: Rzeczpospolita: Sieciowa utopia 2.0
24.02.2007

Martwy, jak mogłoby się wydawać, projekt budowy raju na ziemi ma się zupełnie dobrze i przemawia językiem jeszcze ciepłym od kontrkulturowego zapału sprzed 40 lat, przyprawionym nieco technologicznym żargonem i biznesową nowomową

Spojrzenie na najmodniejsze dziś w świecie Internetu zjawiska jest jak wycieczka wehikułem czasu w przeszłość, w krainę dobrze znanych z XX wieku utopii. Na wyciągnięcie myszy w najbardziej popularnych i codziennie wykorzystywanych miejscach w sieci znajdziemy podstawowe teorie emancypacji człowieka, prawdziwej wolności i sprawiedliwego ładu, występujące w klinicznie czystej postaci i formułowane z niczym niezmąconą pogodą szkolnej czytanki. Rzecz cała mogłaby budzić po prostu wzruszenie uporczywą powtarzalnością pewnych schematów. Tym razem jednak jesteśmy nieco bliżsi niż kiedykolwiek spełnienia totalnej rajskiej wizji, bo przychodzi niejako zaszyta w narzędzia niezbędne nam w codziennym życiu do pracy i komunikacji, pożyteczne i budzące odruchowo dobre skojarzenia.
·

“Samotny marzyciel może tylko marzyć. Tysiące mogą zmieniać świat” - głosi na swoich stronach Wikipedia, jeden z najdalej posuniętych w realizacji projektów tak zwanej drugiej fazy Internetu. Pojęcie web 2.0 to co prawda zbiór mętnych i nieraz sprzecznych ze sobą definicji i zasad, z którego dowolnie czerpią dziennikarze (zgodnie z tym, jaką publiczność mają przekonać) oraz konsultanci (w zależności od tego, jakich przedsiębiorców chcą oskubać). Twierdzenie, że oto w ciągu minionych dwóch - trzech lat sieć nagle stała się czymś innym lub uwolniła z siebie nieznany wcześniej potencjał, jest czystym mydleniem oczu mającym raczej zatrzeć przykre wspomnienia z czasów krachu internetowego i zapewnić bezpieczne złudzenie, że teraz to już całkiem inna przygoda i zupełnie nowe możliwości inwestowania. Najważniejsze czynniki i tendencje, które bywają wymieniane przy okazji dyskusji o web 2.0: łączenie ludzi w wiele nakładających się na siebie społeczności, zatarcie granicy między profesjonalnym a amatorskim tworzeniem treści, umasowienie środków ekspresji oraz łatwość operowania na poziomie “meta”, czyli mechanicznego zestawiania w dowolny sposób treści wytworzonych gdzie indziej - to wszystko było na zawołanie dla wszystkich i działało, od kiedy Internet przestał być akademickim przedsięwzięciem dla wtajemniczonych.

Niemniej jednak prawdą jest, że od kilkunastu miesięcy szczególnej dynamiki nabrały akurat te miejsca w sieci, które eksploatują ludzką skłonność do zbijania się w gromady, i te, które wykorzystują możliwość kompilowania wszystkiego ze wszystkim. Mówi się o nich także w kontekście gigantycznych pieniędzy, jakie płacą inwestorzy. Wypada w tych miejscach zaistnieć, dokładać swoją cegiełkę czy korzystać. Niektóre z nich, tzw. serwisy społecznościowe, ponoć odmieniają w sposób już zauważalny na poziomie badań socjologicznych model interakcji młodych użytkowników. Poświęcają oni, jak się powiada, więcej czasu na kreowanie swojego wizerunku na stronie takich serwisów oraz pięcie się wzwyż w tamtejszych hierarchiach niż na osiąganie sukcesu w pozasieciowych grupach rówieśniczych. Czas pokaże, jak dalece trwała pozostanie ta zmiana i czy obecni uczniowie, kiedy dorosną, na wizytówkach oprócz numeru telefonu będą podawać nazwę swojej strony w MySpace. Z większą pewnością można stwierdzić, że na stałe zostaną z nami inne dzieci web 2.0, takie jak Wikipedia czy tzw. agregatory wiadomości (o których więcej za chwilę), tak skutecznie bowiem wypierają swoich poprzedników, że niedługo pozostaną same na placu boju jako podręczne źródła informacji.
·

Dla zrozumienia uroków oraz niebezpieczeństw tej rewolucji trzeba zwrócić uwagę na znaczenia, jakich nabiera angielskie słowo community, młócone jak mantra przez każdego, kto chce dać świadectwo wyjątkowości naszych czasów. Społeczność lub wspólnota to określenia, które także po polsku powtarzają ewangeliści web 2.0, podkreślając, że Internet jest przede wszystkim narzędziem do komunikacji między ludźmi i pozwala na tworzenie nieosiągalnych wcześniej (z przyczyn czysto fizycznych) zbiorów jednostek połączonych dowolnym celem, pasją czy zadaniem. Byłoby jednak objawem myślenia po staremu przekonanie, że we wspólnocie internetowej chodzi tak jak dawniej o odnalezienie ludzi podobnych do nas lub budzących naszą ciekawość pod jakimś względem. Jak widać po szale, z jakim rozprzestrzeniły się serwisy społecznościowe na Zachodzie, chodzi już o tylko o to, żeby po prostu być we wspólnocie. Zapisać się do niej, stworzyć swoją stronę. Kto nie ma strony na przykład w MySpace, tego istnienie staje się kulawe. Miarą jego sukcesu i samooceny staje się liczba relacji z innymi użytkownikami. Relacji rozumianych nie jako wymiana słów czy gestów, lecz li tylko jako mechaniczne połączenie, które ustanawia ktoś na swojej stronie, kompilując listę znajomych. W żargonie tych serwisów zwie się ich jednak przyjaciółmi, niejeden ma zatem w tym lepszym świecie kilka setek przyjaciół.

Można zasadnie podejrzewać, że tworzona przez takie serwisy społeczność z sumy jednostek przemienia się w hipostazę, byt pierwotny i nadrzędny wobec ludzi, w coś, co nadaje im pełnię istnienia i ważność. Mamy więc do czynienia z kolejną w dziejach formą zaburzenia równowagi, w której instynkt stadny bierze górę nad poczuciem samodzielności. W tym sensie jest to zapewne zjawisko banalne i niegroźne, pomijając pogłębienie życiowej nudy samych zainteresowanych. Stado liczące wiele milionów członków jest zbyt luźne, by wyrodzić się w sektę lub grupę mogącą zagrozić społecznemu status quo.
·

O wiele większą uwagę i znacznie cięższe zarzuty ściągają na siebie środowiska i mechanizmy odpowiedzialne za gromadzenie wiedzy lub informacji. Tutaj przerodzenie się wspólnoty we wszechwiedzący albo bezmyślny kolektyw może istotnie pogorszyć jakość życia i podejmowanych przez wszystkich decyzji. W zeszłym roku w mediach internetowych przetoczyła się fala polemik wywołana przez jednego z pierwszych guru nowych technologii Jarona Laniera. Wystąpił on z manifestem “Cyfrowy maoizm - niebezpieczeństwa nowego kolektywizmu w Internecie”. Głównym przedmiotem analizy, czy raczej alarmu, była Wikipedia. Lanier zauważa, że stopniowo wypiera ona inne formy gromadzenia i publikowania wiedzy dla szerokiego odbiorcy (prowadząc przy okazji do standaryzacji, której pierwotnie Internet był zaprzeczeniem). Jest to o tyle niepokojące, o ile damy wiarę Lanierowi, że powodzenie Wikipedii, zawdzięczającej swój zasięg tematyczny rzeszom wolontariuszy, świadczy o odrodzeniu się kolektywizmu w jego najbardziej radykalnej formie. Wikipedia jest według niego najbardziej dziś żywotnym przejawem dominacji mądrości grupowej, butnego przekonania, że tylko maksymalnie bezosobowy konsensus jest wyrazem obiektywnej prawdy.

Analizę Laniera prędko podano w wątpliwość, wskazując na pewne cechy Wikipedii sprzeczne z jego opisem. Trudno jednak zachować całkowity spokój, jeśli bowiem w rzeczywistości odbiega ona od kolektywistycznej utopii, to dlatego, że nie do końca wciela wizje artykułowane przez twórców oraz zasady wyliczone na ich stronach. Są to na przykład owe tysiące marzycieli, którzy mają zmienić świat. To także deklaracja współzałożyciela Jimmy’ego Walesa: “Wyobraźcie sobie świat, w którym każdy człowiek na planecie ma swobodny dostęp do sumy całej ludzkiej wiedzy”. To wreszcie zasada “neutralnego punktu widzenia”, czyli osiągania konsensusu, dzięki któremu ma zostać opisana ludzka wiedza, czyli coś, co “obejmuje wszystkie odmienne (znaczące, opublikowane) teorie na wszystkie możliwe tematy”.

Emanacją tego specyficznego konsensusu jest maszynka do redagowania haseł, czyli wiki, jeden z fetyszy epoki web 2.0. To idealny mechanizm do nieskończonego współredagowania porcji tekstu, gdzie wszystkie zmiany są całkowicie widoczne, a równie ważne, jeśli nie ważniejsze od tekstu, są wpisy w dyskusji nad poprawkami. Używają go zresztą nie tylko autorzy Wikipedii. To obecnie coraz modniejsze narzędzie dla firm i organizacji chcących prowadzić grupowe konsultacje czy opracować zbiorowo jakiś dokument. Jest to znakomite przeniesienie w świat wirtualny obrad kolektywu, w których każdy uczestnik czuje na sobie spojrzenia innych.

“Miłość. To bardzo ważny czynnik, który podtrzymuje spójność naszego projektu” - deklaruje Wales. Ale jak w każdej utopijnej komunie, złożonej z niedoskonałych ludzi, pojawiają się problemy z nielicznymi, którzy odstają. Śmiecą, wszczynają ambicjonalne spory albo piszą rzeczy niepasujące do kolektywnego punktu widzenia. Mówi Wales: “Ludzie nie są fundamentalnie źli. Wystarczą drobne mechanizmy poprawcze, aby zająć się tą niewielką mniejszością, która chce zakłócić prace wspólnoty”.
·

O ile w przypadku Wikipedii czynnik ludzki, który nie poddaje się całkowitej standaryzacji, osłabia szanse realizacji kolektywistycznej utopii, o tyle całkowicie zautomatyzowane serwisy agregujące wiadomości lub blogi stanowią wierne wcielenie ideału zbiorowej mądrości bez twarzy. Mechanizm ich działania opiera się na głosowaniu przez użytkowników nad wiadomościami (także zdjęciami, nagraniami itd.), które wcześniej zgłosił inny użytkownik. Przy wystarczająco masowym udziale możemy odnieść wrażenie globalnego targowiska wiadomości, na którym im bardziej coś się podoba masie, tym wyższe zajmie miejsce, przez co jeszcze większa masa to zauważy, przeczyta i znów zagłosuje. Istnieją wszelkie powody przypuszczać, że tego rodzaju serwisy staną się dla większości użytkowników Internetu podstawowym miejscem odnajdywania informacji bieżących, zapewniają bowiem wygodę “dostępu do wszystkich źródeł w jednym miejscu”. Kto raz korzystał z serwisu google.news, z trudem powróci do ręcznego przeglądania i selekcji materiału.
¦

Teoretycy internetowi lubią ostatnio napomykać o sztucznej inteligencji. Coraz częściej powiada się, mniej lub bardziej metaforycznie, że owa inteligencja już tu jest albo zaraz się ziści w sieci komputerów podłączonych do Internetu. Larry Page, współtwórca Google’a, napomykał niedawno, że sztuczna inteligencja to nic innego jak jego wyszukiwarka, która pamięta każde pytanie i zna sekwencje naszych poszukiwań w sieci. Więcej nawet: ma wpisane algorytmy pozwalające się od nas uczyć. Dwa lata temu jeden z najbardziej mesjanistycznie nastawionych wizjonerów Internetu, a zarazem redaktor autorytatywnego w branży miesięcznika “Wired”, Kevin Kelly ogłosił nawiedzony manifest “My jesteśmy siecią”. Opowiada w nim o Maszynie, czyli rozległej sieci, do której należą wszystkie komputery na naszych biurkach i którą każdym naszym gestem uczymy kojarzyć, zestawiając słowa z obrazami, i przewidywać. Gdzieś w środku tego fundamentalnego tekstu czytelnik traci poczucie, że wciąż jest mowa o jakichś ludziach - raczej już o użytkownikach będących częścią Maszyny.
¦

Zarówno Kelly, jak i jego najbliższe otoczenie to ludzie związani z kalifornijską kontrkulturą przełomu lat 60. i 70., środowisko wydające niegdyś słynny “Whole Earth Cathalog” (papierowy prekursor Wikipedii, w którym opisywano corocznie “wszystko”, co było potrzebne do życia). Trudno rozstrzygnąć, w jakim stopniu garstka wpływowych programistów, przedsiębiorców oraz wszechstronnych głosicieli prawdy świadomie odtwarza w Internecie swoje ówczesne nieudane przygody z ziemskim rajem, a w jakim tylko po swojemu interpretuje zjawiska od siebie niezależne. Pozostaje faktem, że jedynym naszym schronieniem przed tym wydaniem kolektywistycznej utopii jest nasza niedoskonałość: kłótliwość i ambicje redaktorów Wikipedii, chciwość inwestorów, którzy odbierają dziewiczy zapał młodym firmom, małostkowość polityków manipulujących blogosferą i jej “obiektywizującymi” serwisami. Oby nic nie wyszło nam do końca.
Paweł Bravo

Simon Mol, zawodowy uchodźca

Źródło: Rzeczpospolita: Simon Mol, zawodowy uchodźca
01.02.2007

Laureat tytułu Antyfaszysty Roku, poeta, dziennikarz. To do niedawna wizerunek Simona Mola, podejrzanego o zainfekowanie partnerek wirusem HIV. Uwodził nie tylko kobiety, ale także instytucje. I dobrze z tego żył

Simon Mol

-Legenda Simona Mola powstawała przez siedem lat. Nikt nie ośmielał się już mówić o faktach, które nie pasowały do jego medialnego wizerunku. Wątpliwości ukrywano, a każda kolejna publikacja budowała jego popularność -mówi jedna z osób, które współpracowały z nim przy inicjatywach kulturalnych. - Gdyby nie kilka zdesperowanych kobiet, które zechciały mówić, prawda o Simonie Molu nigdy nie ujrzałaby światła dziennego.

Aresztowanie Mola pod zarzutem zakażenia czterech byłych partnerek wirusem HIV nastąpiło w momencie, gdy ten uchodźca z egzotycznego Kamerunu był w Polsce u szczytu sławy. Obsypywany zaszczytami guru środowisk antyfaszystowskich i antyrasistowskich, poeta i twórca niszowego, ale znanego Teatru Migrator, bohater reportaży i kronik kulturalnych.

Do perfekcji doprowadził lawirowanie między organizacjami pozarządowymi, samorządowymi i rządowymi. Umiał wykorzystać do tego zapatrzonych w niego dziennikarzy. Budował swoją legendę, stając się szybko “zawodowym uchodźcą”. Jak pisał, musiał opuścić ojczyznę, bo walczył z korupcją, w Polsce sam, jak wynika z ustaleń “Rz”, znalazł się w sytuacji korupcyjnego konfliktu interesów. Dzięki znajomościom w stołecznym ratuszu został członkiem komisji przyznającej mieszkania uchodźcom. I sam takie mieszkanie dostał.

Od połowy zeszłego roku zbierały się nad nim czarne chmury. Kilka anonimowych kobiet zaczęło oskarżać go na internetowych forach, że zaraził je śmiertelnym wirusem HIV.

Po aresztowaniu Mola, w środowiskach, które go lansowały, zapanowała powszechna konsternacja. “To bardzo delikatna sprawa”, “należy ją widzieć w kontekście rasistowskim” - słyszeliśmy od osób, które dobrze go znały i zapraszały na demonstracje w obronie wolności i swobód. - Nie mam nic do powiedzenia. Proszę mnie nie prowokować. Nie chcę być chamski. Dlaczego do mnie się dzwoni w tej sprawie? -mówił Rafał Pankowski, ideolog organizacji Nigdy Więcej, która przyznała Simonowi Molowi tytuł Antyfaszysty Roku.

Mit Simona Mola runął, gdy 3 stycznia do drzwi jego mieszkania w centrum Warszawy zapukali policjanci. Pozostały pytania, kim naprawdę był Mol i co w jego wizerunku jest prawdą, a co kłamstwem.

Kto straszy świadków

Kilka dni temu dziennikarze “Rz” spotkali się z byłym aktorem teatru Simona Mola. Wkrótce po rozmowie zadzwonił przerażony i zażądał wycofania wszystkich swoich wypowiedzi z tekstu. Przyznał, że dostał telefon z pogróżkami. - Zadzwonił do mnie kolega Mola, straszył i mówił, żebym nie mieszał się w nie swoje sprawy. Zakazał rozmawiania z dziennikarzami - tłumaczył zdenerwowany.

Taka sama sytuacja powtórzyła się z człowiekiem, który namówił zakażone przez Mola dziewczyny do złożenia zeznań. Już w czasie dwugodzinnej rozmowy z nami był niespokojny. -Simon Mol ma wielkie wpływy, wielu ważnych znajomych, w tym prawników -tłumaczył. -Oni mogą znaleźć jakieś kruczki i on wyjdzie. I co ja wtedy zrobię?

Kilka godzin po naszej rozmowie zadzwonił. Był skrajnie zdenerwowany. - Kogo pan się boi? - pytaliśmy. -Zabraniam pisać, że w ogóle ze mną rozmawialiście. Chodzi o moje bezpieczeństwo! -krzyczał do słuchawki.

Czy ktoś zastrasza świadków? Mimo że śledczy wiedzą o co najmniej kilkunastu kobietach, które miały seksualne kontakty z uchodźcą, żadna z nich nie chce wystąpić w sprawie Simona Mola jako świadek lub pokrzywdzona. - Ciągle opieramy się na zeznaniach czterech kobiet, które zdecydowały się walczyć do końca. Mówią, że za wszelką cenę chciały powstrzymać Mola. Ale mówią też, że to bezwzględny człowiek. Boją się go -przyznaje prokurator.

Z ustaleń “Rz” wynika, że człowiekiem, który zadzwonił z pogróżkami do jednego z rozmówców “Rz”, był Emmanuel M. To jedna z najbardziej tajemniczych osób z otoczenia Simona. W środowisku ciemnoskórych imigrantów uchodzi za jego najbliższego przyjaciela.

Tajemniczy przyjaciel

Emmanuel M. był wyraźnie zaskoczony, że do niego dotarliśmy. Kolczyk w uchu, elegancki skórzany płaszcz. Po polsku mówi średnio, woli używać angielskiego. Nie chce się przyznać, czy jest uchodźcą ani z jakiego kraju pochodzi. Nie chce nawet powiedzieć, czym się w Polsce zajmuje. Twierdzi jedynie, że reprezentuje grupę osób wspierających Mola.

- Byłem u niego, kiedy przyszła po niego policja -mówi. -Niedawno ktoś od nas widział się z nim w areszcie. Simon mówi, że jest niewinny. Twierdzi, że nigdy w Polsce nie miał badań na HIV.

-Nie zdziwiło pana, że mimo sygnałów od byłych dziewczyn nie wykonał testu? Czy tak zachowałby się zdrowy człowiek? -pytamy.

Emmanuel nie odpowiada. Odwraca głowę i dłuższą chwilę milczy. Potem powtarza, że dużo osób nie wierzy w winę Simona, i dodaje, że z własnych doświadczeń wie, jak źle są traktowani kolorowi przez policję w Polsce. Twierdzi, że pracował razem z Molem w jego fundacji. Ale kiedy drążymy temat, nagle zacina się. Nie chce odpowiedzieć na żadne pytanie dotyczące jej działalności lub wpłat, które wpłynęły na konto. -Nie mam upoważnienia -powtarza.

Udało nam się dotrzeć do akt tajemniczej fundacji Mola w Krajowym Rejestrze Sądowym. Okazało się, że Simon Mol, zakładając przed prawie rokiem Międzynarodową Fundację Migrator Theatre, mianował się jej prezesem. Fundacja miała pomagać uchodźcom i emigrantom. Jako dokumentację dotychczasowych osiągnięć Mol załączył ksero artykułów ze stołecznego dodatku “Gazety Wyborczej”. Kolekcję otwiera publikacja podtytułem “Wielkie brawa dla Simona”.

Fundacja jest praktycznie jednoosobowa. Mol decyduje o wszystkim, także o finansach. Nie ma żadnego organu kontrolnego, który czuwałby nad wydawaniem funduszy. To niespotykane, bo w fundacjach normą jest istnienie rady, w której zasiadają cieszące się szacunkiem autorytety. I chociaż Mol zna wiele takich osób, żadnej z nich nie zaprosił do współpracy.

Prócz Mola w zarządzie znalazł się jego przyjaciel Emmanuel Zuu. Ale ten był jedynie figurantem, mógł działać wyłącznie jako doradca Mola. Mimo to zapewne wiedział, czym się zajmuje fundacja. Teraz jest jedyną osobą, która mogłaby o tym opowiedzieć. Jednak Zuu zapadł się pod ziemię. -Tata wyjechał do Londynu, wróci w maju - mówi córka Zuu, którą zastaliśmy w jego warszawskim mieszkaniu.

Gdzie są pieniądze?

- To niemożliwe, nieprawdopodobne. Simon Mol znów mnie wykorzystał. On jest zwykłym oszustem - powtarza zaszokowany 43-letni Marokańczyk. Przed chwilą powiedzieliśmy mu, że na jednym z międzynarodowych forów internetowych znaleźliśmy informację, że fundacja Mola prowadzi akcję zbierania środków na jego leczenie. Marokańczyk został latem ubiegłego roku pobity na festiwalu teatralnym w Węgajtach. Sprawa stała się bardzo głośna i określana jako przykład rasistowskiej napaści.

Simon Mol odwiedził wówczas Marokańczyka. Towarzyszyła mu ekipa “Gazety Wyborczej”. Mol deklarował, że jest wstrząśnięty rasistowskim atakiem i że zajmie się pobitym artystą. - Wcale nie chciałem tego artykułu, ale im na tym zależało -mówi dziś aktor. Od tego czasu Mola widział tylko raz. Dostał od niego 600 zł, choć jak niedawno się dowiedział, sami organizatorzy festiwalu zebrali prawie dwa razy więcej. - Simon od razu po publikacji przestał się mną interesować. Kiedy dzwoniłem do niego, krzyczał, żebym nie wywierał na niego presji -opowiada aktor spotkany przed warszawskim szpitalem, do którego chodzi na rehabilitację.

-Kiedy aresztowano Simona, zebraliśmy się wszyscy w warszawskiej kawiarni Casablanka - relacjonuje jeden z aktorów Teatru Migrator. - Wszyscy byli wstrząśnięci. I nagle nowy szok: nie ma żadnych pieniędzy, bo wszystko trzymał Simon. Jest fundacja, o której imigranci nic nie wiedzieli. Polacy coś tam wiedzieli, ale nikt nie widział statutu, bo Simon się na to nie zgadzał.

Jak ustaliliśmy, tuż przed aresztowaniem Mol przygotowywał wniosek do Ministerstwa Kultury o dotację w wysokości 160 tys. zł. Podobno starał się też o dotacje unijne - nie wiadomo, z jakim skutkiem.

Czy Simon przywłaszczył pieniądze fundacji? Próbowaliśmy ustalić, jakie miał w ostatnich latach źródła utrzymania. Oficjalnie nigdzie nie pracował. Na swej internetowej anglojęzycznej stronie chwalił się, że swego czasu był konsultantem Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Opisuje też, jak urzeczony piękną blondynką ścigał ją po Warszawie ministerialną lancią, łamiąc wszelkie przepisy. Ale ministerstwo, zapytane przez “Rz”, odcina się od Mola. “Uprzejmie informuję, że pan Simon Mol alias Simon Moleke Njie nie był zatrudniony w MSZ” -napisał nam Tomasz Szeratics z MSZ.

Oficjalna wersja życiorysu Mola mówi, że był dziennikarzem “Warsaw Voice”. Kiedy dzwonimy do redakcji, słyszymy, że Simon Mol, choć wcześniej pisywał do tej gazety, przez ostatnie trzy lata nie był zainteresowany współpracą.
Mieszkanie czeka na Simona

Simon Mol mieszkał w małym mieszkanku w eleganckiej kamienicy przy cichej uliczce w centrum stolicy. Drzwi do dawnego mieszkania dozorcy, jakby dla zmylenia, oznaczone są liczbą 14. To właśnie za brązowymi metalowymi drzwiami z wizjerem Mol spotykał się z większością swoich ofiar.

Niespełna 20-metrowy lokal przyznał Zarząd Dzielnicy Śródmieście Stowarzyszeniu Uchodźców w RP, którego Mol był szefem. Był to lokal przeznaczony na biuro, nikt nie miał prawa w nim mieszkać. - To podstawa do rozwiązania umowy - przyznaje urzędniczka z Zarządu Gospodarowania Nieruchomościami.

Ale Mol i tak musiałby wynieść się z mieszkania. We wrześniu urzędnicy rozwiązali umowę, ponieważ nie płacił czynszu. W sądzie toczy się sprawa o eksmisję.

Z ustaleń “Rz” wynika, że Mol nie musiał jednak obawiać się kłopotów z mieszkaniem. Krótko przed aresztowaniem dostał mieszkanie komunalne od Warszawskiego Centrum Pomocy Rodzinie. Ta samorządowa instytucja co roku przyznaje pięć mieszkań cudzoziemcom ze statusem uchodźcy, których sytuacja jest wyjątkowo trudna, obarczonych liczną rodziną lub schorowanych i starych. W ubiegłym roku o mieszkania starało się kilkanaście rodzin, większość w takiej właśnie sytuacji.

Kiedy 15 grudnia komisja przyznała mieszkania, okazało się, że wygrał z nimi młody, samotny mężczyzna -Simon Mol.

Jak to możliwe? Postanowiliśmy zapytać o to członków komisji. Ku naszemu zdziwieniu, jednym z członków pięcioosobowej komisji, która decydowała o przyznaniu mieszkania, okazał się Simon Mol. - Dlaczego w komisji decydującej o przyznaniu lokalu Simonowi Molowi zasiadał… Simon Mol? -No, takie jest życie -mówi dyrektor Warszawskiego Centrum Pomocy Rodzinie Jolanta Sobczak. Dodaje, że stało się tak, ponieważ wytypowało go Stowarzyszenie Uchodźców RP. Oznacza to, że wytypował się sam, ponieważ był prezesem stowarzyszenia. W swojej sprawie Mol wstrzymał się od głosu.

Kiedy rozmawiamy z pracownicami WCPR o tym, jak przyznano mieszkanie Molowi, kobiety nie kryją oczarowania Kameruńczykiem.

Sobczak: - Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że pan Simon był i myślę, że jest, osobą nietuzinkową. Pamiętam, że gdy pracowałam jeszcze w ośrodku na Woli, Simon Mol pojawił się u nas. Miał poczucie dyskomfortu wynikające z niskiego statusu materialnego. Zwrócił się o pomoc, ale nie był zadowolony z obsługi ośrodka i wyraźnie to artykułował.

Agata Kaczmarska, która zasiadała w komisji, przyznaje, że zna Simona od lat. -Od momentu, kiedy Mol skończył program integracyjny, czyli sześć lat temu, nie utrzymywałam z nim już tak częstych kontaktów. Zapraszał mnie na swoje spotkania poetyckie, ale miałam z nim kontakt jedynie jako z przedstawicielem organizacji pozarządowej -przyznaje.

Kaczmarska mówi, że poaresztowaniu Mola sytuacja się zmieniła. Składa jednak zadziwiającą deklarację. -Nie chcemy go w żaden sposób dyskryminować. Dlatego uznaliśmy, że tym razem z lokalu skorzysta osoba z listy rezerwowych. A pan Simon, jeśli wróci do nas cały szczęśliwy i czysty jak kryształ, otrzyma lokal bez kolejki i już bez konkursu - mówi optymistycznie.

Simon: Nikt się nie dowie

Czy Simon Mol uwodził przedstawicielki organizacji pozarządowych i samorządowych, które mogły mu pomóc? Po Warszawie krążą teraz opowieści młodych kobiet, które nie uległy urokowi Mola. Zwykle są to dziewczyny, które spotkały się z nim na gruncie zawodowym -są wolontariuszkami organizacji humanitarnych lub organizowały jego spotkania poetyckie. Pod jakimś pretekstem Simon proponował, by spotkały się z nim w jego mieszkaniu. Miały przejrzeć jakieś dokumenty, obejrzeć filmowy zapis jego spektaklu. Szybko okazywało się, że cel spotkania jest zupełnie inny - nastrojowa muzyka, wino na stole, a także zdecydowane działania Simona nie pozostawiały żadnych złudzeń.

Z opowieści osób dobrze znających Mola wyłania się zupełnie inny obraz. - Dziewczyna, która mi to opowiedziała, była wstrząśnięta. Odwiozła Simona do domu, w którym miał spać, bo mówił, że nie chce nocować w hotelu zarezerwowanym dla aktorów Teatru Migrator podczas festiwalu w Węgajtach. Kiedy znaleźli się w pokoju, pozwoliła mu się pocałować. Uznała, że to taki pozbawiony erotyzmu pocałunek. Przez całą drogę Simon opowiadał, jak bardzo jest zdenerwowany rasistowską napaścią na swego kolegę. Gdy odsunęła się od Simona, zobaczyła, że on już rozpiął pasek, zrzuca dżinsy i szybko się rozbiera. Powiedziała: “Simon, co robisz? Przecież my się prawie nie znamy”. Był wściekły. Krzyczał: “fuck!” -relacjonuje jeden z ciemnoskórych aktorów Teatru Migrator.

-To było spotkanie poświęcone sytuacji uchodźców. Gdy się skończyło, Simon zaproponował, bym wpadła do niego. Była to zupełnie jednoznaczna propozycja. Powiedziałam: “nie ma mowy, mam chłopaka”. Nalegał: “przecież nikt się nie dowie”. Powiedziałam: “ale ja będę wiedziała” - opowiada Miłka Stępień, afrykanistka i działaczka Zielonych.

Aż do momentu aresztowania Mola nawet jego dobrzy znajomi nie zdawali sobie spraw z jego podbojów seksualnych. Podrywane przez niego dziewczyny zazwyczaj wychodziły też z założenia, że Simon uległ emocjom i nie przychodziło im do głowy, że to jego sposób działania.

- Dzisiaj na wiele sytuacji patrzę inaczej. Pamiętam jeden z bankietów po premierze teatralnej. Zauważyłem, jak Simon rozmawia z jedną z kobiet przy barze, wstukuje jej numer do komórki. A potem przemieszcza się w inne miejsce, i już ma nowy numer innej kobiety -mówi jeden z jego znajomych.

Czarne kobiety jak siostry

Kiedy okazało się, że Simon Mol podejrzany jest o świadome zarażanie kobiet wirusem HIV, ludzie związani z organizacjami humanitarnymi byli bliscy paniki.

-Bardzo boimy się o los ciemnoskórych kobiet, które mogły mieć kontakty seksualne z Molem. Żadna z nich nic nie powie, nawet jeśli jest zakażona. Nie pójdzie na badania, bo będzie się bała, że to pogorszy jej sytuację w oczach polskich władz -mówi jedna z osób, kierujących organizacją pomagającą uchodźcom.

Jednak osoby, które obserwowały, jak Mol funkcjonował w środowiskach uchodźców, uważają te obawy za bezpodstawne.

-Simon miał olbrzymi autorytet wśród żyjących w Warszawie Afrykanów. Czarne kobiety patrzyły na niego jak na boga. Gdyby powiedział jednej z nich, że ma pójść do jego mieszkania, zostać na noc lub z nim żyć, usłuchałaby bez wahania -mówi Andrzej Malinowski, aktor, który występował w Teatrze Migrator. -Widać było wyraźnie, że te kobiety go nie interesują. Traktował je rzeczowo i bez emocji.

I chociaż w otoczeniu Mola znajdowały się niekiedy prawdziwe czarne piękności, za którymi oglądali się Polacy, on nie zwracał na nie uwagi. - Dla niego były po prostu siostrami -mówi ciemnoskóry aktor Migratora. -Jako mężczyznę interesowały go tylko Polki, no, w każdym razie białe kobiety.

Na zawsze w Polsce

Kiedy wybuchła afera Simona Mola, na biurko Jana Węgrzyna, dyrektora Biura dla Cudzoziemców i Repatriacji MSWIA, natychmiast trafiła jego teczka. Wniosek uchodźcy Mola złożony siedem lat temu, był doskonale przygotowany, z listami poparcia Pen Clubu.

Kilka lat temu sam Węgrzyn wszedł w konflikt z najsłynniejszym afrykańskim uchodźcą w Polsce.

- “Rzeczpospolita”, powołując się na mnie, napisała, że Polska nie chce stwarzać sobie problemów, jakie ma zachodnia Europa, która pozwoliła na masową imigrację. Sugerowałem, że powinniśmy raczej stawiać na pokrewnych kulturowo Słowian. Rozpętało się prawdziwe piekło - wspomina Jan Węgrzyn. -Mol jako sekretarz generalny Stowarzyszenia Uchodźców wystosował list otwarty, zarzucając mi dyskryminację na tle rasowym. Izabela Jaruga-Nowacka, wówczas minister w rządzie Marka Belki, żądała mojej dymisji.

Węgrzyn mówi to, co wielu urzędników i wolontariuszy z organizacji humanitarnych: Simon Mol był niezwykle groźnym przeciwnikiem, bo w razie najmniejszych problemów zarzucał rasizm i groził, że wróci z dziennikarzami. -A miał naprawdę znakomite przełożenie na”Gazetę Wyborczą” -podkreślają.

Wiele osób zastanawia się dziś, co się stanie, jeśli Simon Mol zostanie skazany prawomocnym wyrokiem sądu. - Nie będzie miało to żadnego wpływu na jego status uchodźcy. W więzieniu zachowa pełne prawa, jakie z tego wynikają, państwo polskie będzie też płacić za jego kurację lekami przeciwko HIV - mówi Węgrzyn. - No i oczywiście, kiedy Mol już wyjdzie, pozostanie na terytorium Polski.

Czy Mol mógłby być deportowany z Polski? Tylko pod jednym warunkiem. - Gdyby jakieś osoby, oburzone jego postępowaniem, ujawniły fakty wskazujące, że starając się o status uchodźcy, podał nieprawdziwe informacje, możliwe byłoby cofnięcie mu tego statusu - tłumaczy Węgrzyn.
BERTOLD KITTEL, MAJA NARBUTT, współpraca Agata Byrska

Inwestorzy z Bliskiego Wschodu inwestują w Europie

Źródło: Rzeczpospolita: Szejkowie ciągną do Europy
20.01.2007

Dżin to demon, który według arabskich legend powstał z płomienia. Posiada nadnaturalną moc i strzeże skarbów. Jest niewidzialny, ale może przybrać postać potwora, zwierzęcia lub człowieka. Kibice klubu piłkarskiego Liverpool nie mają wątpliwości: w Wielkiej Brytanii dżin zmaterializował się jako szejk Mohammed bin Rashid al Maktoum, który pod koniec ubiegłego roku kupił słynną angielską drużynę za 885 mln dolarów

Cena jest zawrotna, ale na władcy Dubaju oraz premierze i wiceprezydencie Zjednoczonych Emiratów Arabskich wydatek nie zrobił większego wrażenia. Kibicom obiecał nowy stadion za blisko 400 mln dolarów i zapowiedział kolejne inwestycje na Starym Kontynencie.

Zakupy w Europie stały się niezwykle modne wśród bliskowschodnich szejków, których portfele wypchane są petrodolarami. Ekonomiści szacują, że tylko w latach 2005 - 2007 państwa znad Zatoki Perskiej na handlu ropą zarobią na czysto 587 miliardów dolarów. Większość tej sumy trafi na prywatne konta władców oraz członków ich rodzin. Na Starym Kontynencie szejkowie wykupują nie tylko markowe ciuchy w butikach Fendi, Louis Vuitton czy Versace, ale także akcje europejskich koncernów. Przejmują na własność mniejsze firmy. Inwestują w niemal każdej branży. Liczą, że dzięki temu zapewnią dostatnie życie swoim dzieciom oraz kolejnym pokoleniom poddanych, kiedy wyczerpią się zasoby złóż naftowych.

Najazd szejków na europejskie rynki nie dziwi analityków. Zdaniem Moshina Khana, dyrektora departamentu Bliskiego Wschodu w MFW, na świecie jest niewiele rynków, które są w stanie wchłonąć ogromną falę arabskich inwestycji.

Zniechęceni do Ameryki

Pomnażaniem fortuny perskich władców zajmują się specjalne fundusze inwestycyjne, które powstały nawet w najmniejszych emiratach. Według szacunków banku Standard Chartered na całym świecie zarządzają już majątkiem o wartości 1,5 biliona dolarów. Ostatnio najchętniej inwestują w Europie, bo po zamachach terrorystycznych w Stanach Zjednoczonych amerykański rząd nieprzychylnie patrzy na arabskich inwestorów.

Szejk Mohammed bin Rashid al Maktoum śmiertelnie obraził się na Amerykanów, kiedy w marcu ubiegłego roku uniemożliwili jego firmie Dubai Ports przejęcie portów w Nowym Jorku, New Jersey, Filadelfii, Baltimore, Nowym Orleanie i Miami. Amerykańscy kongresmeni zgłaszali również zastrzeżenia do przejęcia przez inwestorów z Dubaju firmy Doncasters produkującej podzespoły wykorzystywane m.in. przez amerykański przemysł zbrojeniowy. W dodatku we wrześniu ubiegłego roku do sądu w Miami wpłynął pozew przeciwko szejkowi o zatrudnienie 30 tys. nieletnich chłopców, którzy w ciągu ostatnich 30 lat brali udział jako dżokeje w organizowanych w Dubaju wyścigach wielbłądów. Al Maktoum rozkazał natychmiast odesłać do domu wszystkie dzieci pracujące w jego stajniach, ale był wściekły, bo amerykański sąd popsuł jego ulubioną zabawę. Tegobyło już za wiele. Szejk przestał odwiedzać swoją ogromną stadninę koni na Florydzie i postanowił, że będzie inwestować głównie w Europie.

Biznesową strategię układa w położonej pod Londynem niewielkiej wiosce Windlesham. Tutaj al Maktoum oraz jego dwaj bracia kupili ogromne rezydencje. Wśród nich także wartą 139 mln dolarów posiadłość Updown Court - najdroższy dom na świecie. Rodzina szejka ma w nim do dyspozycji 103 pokoje, pięć basenów, prywatne kino mogące pomieścić 50 widzów oraz kręgielnię. Sąsiedzi al Maktouma pieszczotliwie nazywają go szejk Mo, inni mówią o nim królik - to aluzja do seksualnych możliwości władcy Dubaju. Szejk ma dwie żony, siedmiu synów i dziewięć córek. Kiedy cała rodzina przyjeżdża do Windlesham, mieszkańcy wioski podziwiają kawalkadę kilkunastu luksusowych mercedesów i rolls-royce’ów majestatycznie przemierzających centrum miejscowości.

Al Maktoum doskonale czuje się w Wielkiej Brytanii i chętnie wydaje i inwestuje tu swoją fortunę szacowaną na blisko 28 mld dolarów. W sierpniu ubiegłego roku kontrolowany przez al Maktouma fundusz inwestycyjny Dubai International Capital (DIC) kupił za ponad miliard dolarów firmę Travelodge. Spółka prowadzi sieć blisko 300 hoteli w Wielkiej Brytanii, Irlandii i Hiszpanii. Niespełna rok temu Dubai Ports wyłożyło 7 mld dolarów na przejęcie brytyjskiej firmy P & O - pod względem wielkości czwartego na świecie operatora morskich terminali. Brytyjczycy bez protestu oddali szejkowi władzę nad P & O, choć założona sto siedemdziesiąt lat temu firma nigdy nie miała obcego udziałowca. W marcu 2005 roku DIC kupił za ponad 1,5 mld dolarów firmę Tussauds, do której należą m.in. słynne londyńskie Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud oraz ustawiona nad brzegiem Tamizy ogromna widokowa karuzela London Eye. Natomiast dwa lata temu fundusz nabył za miliard dolarów akcje koncernu motoryzacyjnego DaimlerChrysler, produkującego rozchwytywane nad Zatoką Perską mercedesy. DIC posiada 2 proc. udziałów i jest trzecim co do wielkości akcjonariuszem firmy.

Petrochemiczne inwestycje za petrodolary

Akcje DaimlerChryslera kupili także Kuwejtczycy, którzy kontrolują już pakiet ponad 7 proc. papierów wartościowych koncernu. Wśród największych udziałowców Arabów wyprzedza tylko Deutsche Bank, do którego należy przeszło 10 proc. akcji DaimlerChryslera. Na Starym Kontynencie kuwejccy szejkowie inwestują również w przemysł petrochemiczny, choć przecież nie mogą narzekać na brak rafinerii we własnym kraju. Kontrolowana przez emira Kuwejtu Sabaha al Ahmad al Jaber al Sabaha firma Kuwait Petroleum Corporation już na początku lat dziewięćdziesiątych kupiła sieć stacji paliwowych we Włoszech. Razem z włoską firmą paliwową Agip zarządza rafinerią w Milazzo. Sprzedaje paliwa w Szwecji, natomiast w Belgii odkupiła stacje benzynowe od koncernów BP i Aral.

Akcje europejskich firm petrochemicznych skupuje także szejk Khalifa bin Zayed al Nahayan, prezydent Zjednoczonych Emiratów Arabskich oraz władca Abu Zabi. Należąca do władz emiratu firma International Petroleum Investment Company posiada ponad 17 proc. udziałów austriackiego koncernu paliwowego OMV. W październiku 2005 roku kosztem ponad 700 milionów euro przejęła kontrolę nad przedsiębiorstwem Borealis, jednym z największych w Europie producentów plastikowych rur, przewodów i podzespołów motoryzacyjnych.

Wszystkie decyzje dotyczące inwestycji zagranicznych zapadają w siedzibie funduszu inwestycyjnego Abu Dhabi Investment Authority (ADIA), 40-piętrowej szklanej wieży, która góruje nad stolicą emiratu. ADIA to bardzo potężna i tajemnicza organizacja. Od momentu powstania trzydzieści lat temu nie wydano żadnego raportu opisującego jej działalność. O tym, gdzie inwestują szejkowie z Abu Dhabi, analitycy rynku finansowego dowiadują się z komunikatów innych spółek. Nieoficjalnie wiadomo, że ADIA zarządza majątkiem o wartości ok. 700 mld dolarów. To prawdopodobnie największy fundusz inwestycyjny na świecie. Khalifa bin Zayed al Nahayan może sobie pozwolić na kosztowne inwestycje, bo budżet jego państewka co miesiąc zasilają ponad 3 mld dolarów zarobione na sprzedaży ropy naftowej.

Disneyland i inne nieruchomości

Fortunę na zakup europejskich firm wydał także saudyjski książę al Waleed bin Talal Alsaud. Ten pięćdziesięciolatek zdobył swój majątek - szacowany przez magazyn “Forbes” na 20 mld dolarów - w nietypowy sposób, jak na członka rodziny królewskiej. Sam zarobił każdego dolara. W 1980 roku za pożyczone od ojca 30 tys. dolarów założył Kingdom Holding Company. Doradzał zagranicznym firmom, które zamierzały wejść na saudyjski rynek. Ale wkrótce zorientował się, że większe zyski daje skupowanie i sprzedawanie akcji firm, z którymi współpracował. Szybko stał się właścicielem pakietu udziałów amerykańskich koncernów: AOL, Apple Computers, News Corp., Citigroup i Motoroli.

Na początku lat dziewięćdziesiątych zaczął inwestować również w Europie. W 1994 roku kupił akcje holenderskiej firmy budowlanej Ballast Nedam Group, specjalizującej się w budowie tam i stadionów piłkarskich, oraz za 350 mln dolarów nabył blisko jedną czwartą udziałów Disneylandu wybudowanego pod Paryżem. Rok później przystąpił do spółki Canary Wharf, która w opuszczonych londyńskich dokach wzniosła nowe centrum finansowe Wielkiej Brytanii. Wartość projektu to grubo ponad miliard dolarów. Na Starym Kontynencie książę inwestuje również w nieruchomości, m.in. za 185 mln dolarów kupił hotel George V w Paryżu i wydał na jego remont kolejne 120 mln dolarów.

Na europejskich inwestycjach skupił się, podobnie jak szejk Mohammed bin Rashid al Maktoum, po zamachach terrorystycznych w 2001 roku. Tuż po ataku na World Trade Center zaoferował swoją pomoc, jednak burmistrz Nowego Jorku Rudolph Giuliani nie przyjął od księcia czeku na 10 mln dolarów. Urażony al Waleed bin Talal Alsaud dofinansował 20 mln dolarów rozbudowę paryskiego Luwru i postanowił przenieść swoje międzynarodowe biuro na Stary Kontynent.

Swoim imperium kieruje z pokładu luksusowego jachtu “Kingdom 5KR” zacumowanego w Antibes na francuskim Lazurowym Wybrzeżu. Wybudowana we włoskiej stoczni łódź to prawdziwy pałac na wodzie. Książę ma do dyspozycji 11 luksusowo wyposażonych kajut, wykończonych drewnem tekowym i masą perłową. Na pokładzie znajduje się kino, sauna, basen, a nawet miniaturowy okręt podwodny. Jacht zachwycił hollywoodzkich scenarzystów, którzy postanowili wykorzystać go w filmie o Jamesie Bondzie “Nigdy nie mów nigdy więcej”. Między swoim pałacem w Rijadzie a Niceą podróżuje flotą prywatnych odrzutowców składającą się z: Boeingów 747 i 767, Airbusa 340 oraz Hawkera Siddeley 125800A. Na lotnisko książę zazwyczaj zajeżdża rolls-royce’em phatomem.

Jednak można go zobaczyć podróżującego także daewoo matizem. To pamiątka po inwestycji w akcje koreańskiego koncernu motoryzacyjnego. Poddani księcia żartują, że za kierownicą autka wygląda jak dżin zamknięty w lampie Aladyna.

Nad Wisłą

Arabscy inwestorzy coraz częściej zaglądają także do Polski. W czerwcu 2002 roku wizytę w Senacie złożył emir Kataru, szejk Hamad bin Khalifa al-Thani. W dwa lata później Dolny Śląsk wizytowała delegacja biznesmenów z tego kraju. Odwiedzili Polanicę-Zdrój, Duszniki-Zdrój i Lądek-Zdrój. Interesowali się tamtejszymi uzdrowiskami.Arabskich inwestycji jest niewiele, ale na naszym rynku działają już pierwsze bliskowschodnie przedsiębiorstwa. Wśród nich jest saudyjska firma Zamil Steel - producent stalowych hal, w których urządzane są magazyny, fabryki, hipermarkety oraz obiekty sportowe. Biuro w Warszawie otworzyła również firma Sabic jeden z największych na świecie koncernów petrochemicznych, którego centrala znajduje się w Rijadzie. Arabscy inwestorzy chętnie lokują pieniądze na warszawskiej giełdzie, gdzie inwestują przez brytyjskie i luksemburskie fundusze inwestycyjne. - Inwestorzy z Kataru skupili już udziały polskich spółek o wartości 60 mln dolarów - mówi Marek Kubicki, redaktor naczelny serwisu internetowego arabia.pl.
Jarosław Olechowski

Afrykanin świadomie zaraża HIV

Źródło: Rzeczpospolita: Wszystkie kobiety Simona Mola
09.01.2007

Znany uchodźca polityczny, poeta i pisarz. Zdaniem policji i prokuratury dopuścił się zbrodni, zarażając partnerki śmiertelnym wirusem HIV. Czy Simon Mol realizował plan, dzięki któremu chciał oddać chorobę kobietom?

Simon Mol
Wirus HIV wykryto u Simona Mola w 1999 roku. Praktycznie niemożliwe, żeby się o tym nie dowiedział. DAREK GOLIK

Simon Mol
Simon Mol zawsze zarzucał wszystkim rasizm. Kiedy nie spełniło się jego oczekiwań, krzyczał, że to dlatego, że jest czarny. Wiadomo było, że potrafi to upublicznić. Terroryzował nas polityczną poprawnością jedna z osób kierujących organizacją pomagającą uchodźcom. JACEK HEROK/NEWSWEEK POLSKA

Kiedy w ostatnią środę do mieszkania Simona Mola, jednego z uchodźców politycznych mieszkających w Polsce, zapukało kilku mężczyzn w cywilu, uznał, że to rasistowska napaść. - Otworzył dopiero, kiedy zobaczył umundurowanych funkcjonariuszy - mówi nadkomisarz Marek Siewert, zastępca komendanta żoliborskiej komendy, który nadzorował śledztwo w sprawie Kameruńczyka.

Policjanci w komendzie wyjaśnili mu, jakie są wobec niego zarzuty. - Był spokojny - twierdzi Siewert. - Do niczego się nie przyznawał, mówił, że nie jest chory i nikogo nie zaraził.

Zagroził, że zaalarmuje międzynarodowe organizacje walczące o prawa człowieka, bo jego zatrzymanie to ewidentny przypadek prześladowania na tle rasowym.

- Simon Mol zawsze zarzucał wszystkim rasizm. Kiedy nie spełniło się jego oczekiwań, krzyczał, że to dlatego, że jest czarny. Nie słuchał żadnych argumentów, wychodził. trzaskając drzwiami. Wiadomo było, że potrafi to upublicznić, i wszyscy się tego obawiali - mówi jedna z osób kierujących organizacją humanitarną, która pomaga uchodźcom. - Nie da się ukryć, że terroryzował nas polityczną poprawnością. No i miał ten swój chłopięcy urok.

O magnetycznej osobowości Simona Mola mówią zgodnie wszyscy nasi rozmówcy. - Bardzo inteligentny, ciepły, serdeczny. Do perfekcji opanował mowę ciała. To działało na kobiety. Rozmawiał z nimi, patrząc w oczy, chwytał za rękę - mówi reżyser Mariusz Orski, współpracujący z założonym przez Simona Mola teatrem.

Teraz żadna z zaprzyjaźnionych z Simonem Molem kobiet nie chce mówić o jego uroku, a nawet o nim samym. - Mały, chudy, w dodatku miał taki żabi głos. Ja nie byłam nim zainteresowana - mówi chłodno jedna z dziennikarek, która kiedyś go znała. - Ale jest tyle samotnych kobiet, a on był wolny, miał mieszkanie, samochód i pieniądze, które potrafił wydawać z gestem.

Kiedy dzwonimy do jednej z kobiet bardzo blisko związanych z kameruńskim uchodźcą, po drugiej stronie zalega cisza. - Bardzo chętnie bym porozmawiała o tym człowieku, ale w ogóle go nie znam. Simon Mol? Kto to jest? - pyta.

Wierzą, że to spisek

Rozmawiamy z osobami, które stykały się z Simonem Molem - na imprezach kulturalnych, sportowych, w urzędach. Twierdzą, że zawsze towarzyszyła mu jakaś dziewczyna. Czasem ładna, czasem szara myszka, wpatrzona w niego i przekonana, że ma misję do spełnienia. Że bez niej bezradnemu uchodźcy nie uda się porozumieć i załatwić swoich spraw.

Krąg towarzyski Simona Mola był dość specyficzny. Zazwyczaj byli to mieszkający w Warszawie cudzoziemcy, którzy chętnie przesiadują w internetowej kawiarni Casablanca, nauczyciele języka angielskiego, właściciele niewielkich firm. - Simon Mol jest zdrowy, a cała sprawa to wynik niekompetencji tutejszego wymiaru sprawiedliwości i rasistowskich uprzedzeń panujących w Polsce - tak do dzisiaj myśli wielu cudzoziemców mieszkających w stolicy. Piszą o tym w swoich blogach.

Ale są też zgodni w jednym: jeśli potwierdzą się zarzuty prokuratury, Simon jest zbrodniarzem. - Już dziś wielu z nas czuje się oszukanych. Pomagaliśmy mu, kiedy potrzebował pomocy. A jeśli naprawdę zrobił to, o co go oskarżają, zniszczył wiele dobrych rzeczy i cofnął integrację z cudzoziemcami o lata - mówi angielski pisarz mieszkający pod Warszawą, który był jednym z najbliższych znajomych Mola.- Czy to możliwe, że on się na tych kobietach mścił? Ale właściwie za co? - zastanawia się przygnębiony Awar Gabir, Sudańczyk mieszkający od ponad dwudziestu lat w Polsce.

Magiczny seks

- Proszę zrozumieć: widzimy człowieka wykształconego, noszącego dobry krawat, biegle mówiącego po angielsku. Naiwnie zaczynamy domniemywać, że myśli tak samo jak my. Jakby był Europejczykiem, tylko czarnym - mówi prof. Ryszard Vorbrich z poznańskiego UAM, najwybitniejszy polski znawca Kamerunu. - A tak naprawdę ten człowiek może rozmawiać o Szekspirze w tych kategoriach co my, tymczasem jego poglądy na najważniejsze życiowe kwestie różnią się fundamentalnie.

Po zatrzymaniu Mola w środowisku afrykanistów zapanowała konsternacja. Wiele osób osobiście znało Simona, spotykało się z nim na rozmaitych panelach albo utrzymywało stosunki towarzyskie. Właśnie to środowisko jednak bez trudu uwierzyło w zarzuty.

- Nie wiemy, co siedzi w głowie Simona. Różnice kulturowe są tak istotne - mówi enigmatycznie jedna z warszawskich afrykanistek, przyznając, że znajomi naukowcy formułują już w związku z przypadkiem Simona “najdziksze hipotezy”. Zgadza się o nich mówić pod warunkiem zachowania anonimowości. Wśród Afrykanów rozpowszechnione są szamańskie praktyki polegające na “leczeniu się z AIDS przez seks”, przez oddawanie go innej osobie.

- Nigdy nie należy lekceważyć magii, jeśli mówimy o zachowaniach Kameruńczyka. Wiara w magię jest powszechna nawet wśród elit - przyznaje prof. Vorbrich. Z Simonem Molem spotkał się kilka razy. Utkwiło mu w pamięci, że poprosił go o przywiezienie z Kamerunu płyt z nagraniami jego plemienia. Nie chciał, by profesor odszukał jego rodzinę i przekazał jakieś listy czy przesyłkę, a takimi prośbami wręcz zadręczają go emigranci. - Zachowanie Simona było niezwykle nietypowe dla Afrykańczyka. Można uznać, że wiąże się to z jakąś traumą - mówi profesor.

Simon mówi, że jest zdrowy

Kilka miesięcy temu pewna kobieta, cierpiąca na niemożliwą do wyleczenia anginę, zgłosiła się do Szpitala Zakaźnego w Warszawie. Okazało się, że jest nosicielką wirusa HIV. Podczas rozmowy lekarz skojarzył, że ma trzy przypadki zarażenia tym samym agresywnym typem wirusa. Kobiety mówiły, że miały stosunki seksualne z obywatelem Kamerunu.

Wszystkie ofiary informowały Mola, że zaraziły się najprawdopodobniej od niego. Rozmawiał z nim także lekarz. - Reakcją zawsze były wściekłe zarzuty o rasizm, o używanie stereotypu, że każdy czarnoskóry jest zarażony - mówi “Rz” osoba znająca sprawę. - Poza tym twierdził, że nawet jeśli jest chory, to jego prywatna sprawa.

Tuż przed świętami Bożego Narodzenia zdesperowane ofiary zaczęły ostrzegać przed Molem na internetowych forach (pisownia oryginalna): “ten człowiek ŚWIADOMIE ZARAZA WIRUSEM HIV zaraził już wiele kobiet, każda go poinformowała, nic nie robi sobie z życia i zdrowia INNYCH, to obłudny, perfidnie zły i wyrachowany człowiek” - napisała jedna.

Kolejna dodała: “smutna sprawa, ale to prawda…. ja też się zaliczam do tego niestety dosyć szerokiego grona świadomie przez niego zakażonych osób. Rzadko się zdarza, żeby jeden człowiek narobił tyle złego, ale to psychopata….., ale mam nadzieję, że niedługo to się skończy, bo nic tak potwornie nie wkurza jak ta bezradność i bezsilność, w momencie jak słyszy się o kolejnej w ten sposób potraktowanej dziewczynie…”.

Krótko potem ukazała się odpowiedź podpisana nazwiskiem Mola. “Nazywam się Simon Mol. Jestem zdrowy. (…) Ktoś, kto twierdzi, że został zarażony przeze mnie, powinien odważnie mówić w swoim imieniu i mówić o faktach, a nie wyobrażeniach. W przeciwnym razie jest to najzwyczajniej w świecie polityczna i rasistowska kampania wymierzona we mnie ze względu na to, kim jestem, co robię i skąd pochodzę” - czytamy na forum.

Z informacji “Rz” wynika, że HIV u Mola wykryto w 1999 roku w czasie jego pobytu w ośrodku dla uchodźców w Dębaku. Zgodnie z procedurami medycznymi jest praktycznie niemożliwe, żeby Kameruńczyk się o tym fakcie nie dowiedział.

Prezerwatywa politycznie niepoprawna

Gdy szefowa Krajowego Centrum ds. AIDS Anna Marzec-Bogusławska organizowała szkolenie dla pracowników polskich ośrodków dla uchodźców, ku swemu zdumieniu dowiedziała się, że w tzw. terenie zapanowała specyficzna moda: na seks z osobą o innym kolorze skóry.

Jeszcze niedawno tylko w wielkomiejskich środowiskach alternatywnych utrzymywanie stosunków seksualnych z uchodźcą z Czarnego Lądu było trendy. Za jednym zamachem załatwiało to dwie potrzeby - zademonstrowanie swojej wrażliwości politycznej i zaspokojenie specyficznej ciekawości.

- Inny kolor skóry zawsze jest atrakcyjny seksualnie. Dla Polek zainteresowanych czarnymi mężczyznami ważny jest też fakt ich parametrów - seksuolog prof. ZbigniewIzdebski podchodzi do sprawy naukowo. - Przecież największy z oferowanych na rynku rozmiar prezerwatyw nazywa się “afroamerykański”.

- Jeśli nie starcza moralności, powinna zadziałać świadomość bardzo wysokiego ryzyka i chłodna kalkulacja - denerwuje się ksiądz Arkadiusz Nowak, od dwudziestu lat pracujący wśród osób zarażonych wirusem HIV.

- Problem polega na tym, że Simon gniewnie walczył ze stereotypem, że Afryka to kontynent, z którym związane są różne nieszczęścia i klęski, jak susza, głód czy AIDS. Sugestie, że czarny mężczyzna może być nosicielem HIV, uważał za rasistowskie uprzedzenia - mówi młoda dziewczyna organizująca kiedyś spotkania poetyckie Simona Mola.

W myślach dziewczyn, które zaraził kameruński uchodźca, powraca to samo pytanie: dlaczego się nie zabezpieczały? I nie mają wątpliwości - wstydziły się żądać prezerwatywy właśnie dlatego, że Simon był czarny. Paradoksalnie, to właśnie ich liberalny światopogląd sprawił, że potulnie godziły się na seks. Bez zabezpieczeń. Padły ofiarą politycznej poprawności.

- Należy kierować się zdrowym rozsądkiem i ratować swoje życie - mówi prof. Izdebski.

- Fatalnie, że na forach internetowych ludzie wylewają teraz niechęć do czarnych i dziewczyn prowadzających się z bambusami - ubolewa reżyser Mariusz Orski.

Mola poznał na konferencji w Londynie, gdzie Kameruńczyk reprezentował mieszkających w Polsce uchodźców. Później spotkał go na panelu w Holandii. Początkowo dobrze oceniał Simona Mola. Potem zmienił zdanie.

- Chciał wykorzystać białego człowieka, tak oceniam jego mentalność. Tak, jakby każdy biały był mu coś winien. Nie wiem, czy ktoś okradał, czy eksploatował jego przodków i teraz Simon wyrównuje rachunki? - zastanawia się reżyser. - Czułem, że to jest bardzo zakorzenione w jego psychice.

Poeta, pisarz i guru

Simon Mol założył w Warszawie teatr Migrator, w którym grali uchodźcy, nie tylko z Afryki. Najważniejszym i właściwie jedynym w pełni scenicznym spektaklem była “Rasa pieczątek” - opisująca problemy uchodźców w Polsce. Spektakl wyreżyserował Mariusz Orski. Do zespołu zaangażował kilku profesjonalistów. - Pewnego dnia Simon przyszedł na próbę i powiedział jednej z aktorek, zresztą z Teatru Narodowego, “już nie grasz”. Przyprowadził dziewczynę, która miała zająć jej miejsce. Był wściekły i głuchy na argumenty - mówi Orski.Spektakl, wystawiony najpierw w Muzeum Etnograficznym, przeszedł potem przez sceny klubów związanych z kulturą alternatywną, m.in. słynny warszawski klub Le Madame. Simon Mol był coraz popularniejszy. W ciągu siedmiu lat spędzonych w Polsce z uchodźcy o trudnym do powtórzeniu nazwisku Simon Moleke Njie stał się Simonem Molem, guru środowisk walczących z rasizmem. Podkreślano, że jest on przykładem, jak wiele uchodźcy mogą dać Polsce.

W 2003 r. dostał tytuł Antyfaszysty Roku. Był pisarzem, poetą i dziennikarzem. Utrzymywał, że został członkiem honorowym Pen Clubu. Ekscytowały się nim początkujące dziennikarki z działów kultury warszawskich magazynów i dzienników.

- Ofiary zarażeń to najczęściej młode, wrażliwe kobiety, które poznał w czasie wieczorków jego poezji, ale również dziennikarki zapatrzone w niego, piszące recenzje jego wierszy i sztuk - mówi Marek Siewert, policjant, który nadzorował śledztwo w sprawie Mola.

Jedna z zarażonych HIV chciała przeprowadzić z nim wywiad o prawach człowieka. Poznała go na seminarium. Na drugim spotkaniu Kameruńczyk zaczął ją podrywać. Inna z dziewczyn, poznana podczas wieczorku poetyckiego, przeżyła z Molem swój pierwszy raz.

W czasie intymnych spotkań Mol stanowczo nie zgadzał się na używanie prezerwatyw. - Kiedy jedna z dziewcząt zaprotestowała, Kameruńczyk zareagował bardzo ostro. Miał pretensje, że jest rasistką, że domaga się prezerwatywy dlatego, że jest czarny i na pewno ma HIV. W rezultacie ona poddała się i uległa - dodaje Siewert.

Smutek bogini polskiej

Gdy w środowy poranek policjanci zaczęli dobijać się do drzwi Simona, Kameruńczyk sięgnął po telefon. Z ustaleń “Rz” wynika, że najpierw zadzwonił na policję. Potem do misjonarza - werbisty, ojca Edwarda Osieckiego.

- To straszne, co zrobiono z Simonem. To też ogromny uszczerbek dla sprawy uchodźców - oburza się ojciec Osiecki, który mówi o sobie jako o powierniku SimonaMola. Kameruńczyka poznał wkrótce po jego przyjeździe do Polski, jeszcze w ośrodku dla uchodźców w Dębaku. Tłumaczył wiersze Simona charakteryzujące się - jak mówi - olbrzymią wrażliwością i realizmem magicznym, które w końcu wydano w wydawnictwie Verbinum.

Kiedy rozmawia się z osobami, które uważają, że dobrze znały kameruńskiego uchodźcę, uderza, jak mało w rzeczywistości o nim wiedziały. Zazwyczaj umiejętnie potrafił przekazać im pewną wizję siebie - taką, jakiej oczekiwali.

W jednym ze swych tekstów poświęconych prezentacji publicznej napisał, że aby przekonać ludzi do swych racji, co przypomina uwodzenie kobiety, trzeba najpierw przekonać siebie i w siebie uwierzyć. A potem można już “zbierać owoce swego mistrzostwa”.

Najbardziej niezwykłym wierszem w twórczości Simona Mola jest “Bogini polska”, kiedyś namiętne wyznanie “do bogini o śnieżnobiałych policzkach”, dziś może być odczytany jako demoniczny testament:

Wtem - gdy księżyc zgotował drogę
pięknej Bogini,
oświetlając ciemności nocy,
dwie łzy płynące z jej lewego oka
zakończyły podróż,
grzebiąc wszystkie koszmary,
lecząc rany zadane mnie
i pobratymcom
przez takie jako ona. (…)

tłum. o. Edward Osiecki
BERTOLD KITTEL, MAJA NARBUTT

Globalizacja - prognoza ekonomiczna na rok 2007

Źródło: Rzeczpospolita: Balon rośnie, że aż strach, przebrał miarę…
30.12.2006

Rok 2007 może przynieść wstrząs. Globalizacja prowadzi bowiem do zmian, które zagrażają zyskom firm i warunkom życia ich pracowników. Nic dziwnego, że powraca protekcjonizm

Jeśli ktoś lubi dobre wiadomości, to John Lipsky, główny ekonomista Międzynarodowego Funduszu Walutowego, ma dla nas takie. Przewiduje on mianowicie korzystny klimat dla gospodarki światowej i kontynuację najdłuższego dotychczas, trwającego nieprzerwanie od lat 70., okresu ekspansji gospodarki światowej ze średniorocznym wzrostem ok. 5 proc. w ciągu ostatnich czterech lat. Mimo zwyżki cen ropy naftowej, niepowodzenia kolejnej rundy negocjacji handlowych WTO w Dausze i braku porozumienia w sprawie ograniczenia emisji dwutlenku węgla, czyli protokołu z Kioto, rozpędzone gospodarki Chin i Indii oraz pozytywne prognozy dla krajów OECD powodują, że optymizm na 2007 r. mamy zaplanowany.Ta błoga pewność każe mi przywołać na zasadzie advocatus diaboli wspomnienie wykładu, który miałem przyjemność wygłosić na zaproszenie fundacji Goldman Sachs dla 200 najbardziej obiecujących absolwentów uczelni z całego świata. Wykład pod tytułem ” Living in Times of Peace and Plenty”, czyli “Żyjąc w czasach pokoju i dobrobytu” miał miejsce w szacownym hotelu w Nowym Jorku. Przypominałem m.in. prof. Jamesa Heckmana, który otrzymał w 2000 roku Nagrodę Nobla z ekonomii za swoje prace na temat oceny polityki ekonomicznej poszczególnych krajów i który zwracał uwagę na wiele zagrożeń dla państw najwyżej rozwiniętych. Sala słuchała z uwagą, ale bez przekonania, że lata dobrobytu wzmacniane dywidendą pokojową mogą się kiedyś skończyć. Dwa tygodnie później był 11 września. Hotel legł w gruzach, podobnie jak wiele naszych pewników. Efektem ubocznym tego dramatu było zwiększenie ekspansji monetarnej i posługiwanie się stopami procentowymi w celu natychmiastowego stabilizowania rynku. Tu trzeba przyznać, że Alan Greenspan, ówczesny szef Fed, okazał się mistrzem. I gdyby nie np. William White, doradca Bank of International Settlements, można by znowu powiedzieć: spokojnie, mamy wszystko pod kontrolą. Ale White twierdzi, że polityka monetarna nastawiona na stabilizację inflacji w średnim czasie, w dłuższej perspektywie może prowadzić do destabilizacji.

Nie bójmy się bać

Trzy minione dekady dostępu do łatwego i taniego kredytu oraz wywołany tym boom gospodarczy nie tylko nakręciły inwestycje, ale także doprowadziły do tego, co wielu analityków już określa jako tzw. asset bubble, bańkę nadmuchanych aktywów. O co chodzi? O to, że w sprzyjających warunkach malejącej inflacji i większej dostępności pieniądza rośnie wartość posiadanych aktywów, czyli w efekcie wzrasta też wartość zabezpieczeń pod nowo zaciągane kredyty tak, jak w dziecinnej wyliczance: “balon rośnie, że aż strach”. Zjawisko zauważyli m.in. analitycy grupy UniCredit Italiano ( UCI), identyfikując ryzyko na rok 2006. Zwrócili mianowicie uwagę, że wysoka wartość i cena w przypadku rozmaitych aktywów sugerują, iż wartość globalnych inwestycji i globalnych oszczędności zaczynają się rozmijać. Balon - jak to w wyliczance - może “przebrać miarę, no i trach”.

Korekta może przybrać postać “spuszczenia powietrza” za pomocą inflacji lub gwałtownej przeceny wartości aktywów, czyli kryzysu. Wielki ekonomista Fryderyk Hayek uważał, że właśnie zjawisko skrajnie przewartościowanych aktywów, asset bubble, było jedną z praprzyczyn wielkiej depresji w latach 30. w USA. Wygląda na to, że wielu ekonomistów się z nim znowu zgadza. Mało który wskaźnik jest bowiem wyczekiwany z takim napięciem jak dynamika cen sprzedanych domów w USA. A ostatnie dane okazały się więcej niż niepokojące: sprzedaż nowych domów w III kwartale 2006 r. spadła o 22 proc. (w ujęciu rok do roku) i był to najgłębszy spadek od lat.

Po latach przyspieszonego wzrostu napędzanego globalizacją i rozwijania nowych relacji międzynarodowych rok 2007 może być rokiem wstrząsów i zmian. Globalizacja prowadzi bowiem do wdrażania nowych zasad i wzorców produkcji, co zagraża zyskom niektórych firm i warunkom życia ich pracowników, nawet jeśli te procesy prowadzą do wyższej produktywności. Nic dziwnego, że słyszymy opinie o zmęczeniu, żeby nie powiedzieć odwrocie od globalizacji. Obawiam się jednak, że zamiast tego będziemy mieli do czynienia z nawrotem do protekcjonizmu.

Rok 2006 gospodarka amerykańska zakończy 3,4-procentowym wzrostem. Rok następny przyniesie znaczne zwolnienie tego tempa, do 2,1 proc. Takie są przewidywania Briana Farthinga, głównego ekonomisty prestiżowego Economist Intelligence Unit ( EIU). Prawdopodobieństwo wystąpienia recesji w USA ocenia na 33 proc. Za sprawdzeniem się negatywnego scenariusza przemawiają takie czynniki, jak schłodzenie rynku nieruchomości i deficyt obrotów bieżących oraz niepowodzenia USA w polityce zagranicznej, zwłaszcza w Iraku.

Cena optymizmu

Stany Zjednoczone płacą za nadmierny optymizm. Osiągnięty dzięki ekspansywnej polityce fiskalnej i monetarnej szybki wzrost gospodarczy okazał się nie dość silny, by przywrócić równowagę b