Archiwum kategorii 'Irak' Category

Koszt wojny w Iraku i Afganistanie

Źródło: Rzeczpospolita: Wojna kosztuje biliony dolarów
Piotr Gillert 14-11-2007, ostatnia aktualizacja 14-11-2007 19:21

Wielkie kredyty, zaniechanie inwestycji, konieczność opieki nad tysiącami kombatantów, wahania na rynku ropy – to dodatkowe koszty wojen w Iraku i Afganistanie - pisze nasz korespondent w Waszyngtonie

Najnowszy raport na temat ceny prowadzenia przez USA wojny z terrorem zawiera gigantyczne liczby. - Pełny koszt wojny dla naszej gospodarki wyraża się w sposób, o którym obecna administracja nigdy nie mówi: finansujemy ją z pożyczonych pieniędzy - oświadczył przywódca demokratów w Senacie Harry Reid.

Od 2002 roku z budżetu wydano lub zaaprobowano do wydania do końca września przyszłego roku ponad 800 mld dolarów na obie wojny. Zdaniem demokratów do tej liczby należałoby doliczyć odsetki od kredytów zaciągniętych w tym celu przez rząd, koszt zaniechanych z powodu wojen inwestycji, długoterminowe wydatki na opiekę nad tysiącami kombatantów i koszty wywołanych konfliktem zaburzeń na rynku ropy.

Gdy wziąć wszystkie te czynniki pod uwagę, wydatki wojenne zdaniem demokratów okazałyby się dwukrotnie wyższe, a w najbliższej dekadzie mogłyby wzrosnąć nawet do 3,5 bln dolarów.

Publikacja raportu demokratów zbiega się w czasie z kolejnym starciem między zdominowanym przez nich Kongresem i prezydentem Bushem. Administracja oczekuje na jak najszybsze zatwierdzenie dodatkowych funduszy wojennych (50 mld dolarów). Tymczasem demokraci zapowiedzieli, że zatwierdzą je tylko pod warunkiem, że rząd natychmiast rozpocznie redukcję liczebności wojsk w Iraku i zapowie pełne wycofanie do połowy grudnia 2008 roku.

Debata ta wpisuje się w trwającą obecnie prezydencką kampanię wyborczą. Demokraci próbują wykorzystać niepopularność ciągnącej się wojny w walce z republikanami. Wytykają więc republikańskiej administracji m. in., że pompuje miliardy dolarów do Iraku, a oszczędza na własnych obywatelach. We wtorek prezydent zablokował środki budżetowe dla departamentów Edukacji, Zdrowia i Pracy, bo uznał, że Kongres przeznaczył dla nich o 10 mld dolarów za dużo.

- Zdaniem Busha za dużo wydajemy na amerykańskich uczniów, na opiekę zdrowotną nad dziećmi, na istotne dla społeczności lokalnych inwestycje. A tymczasem wysyłamy kolejne 200 mld dolarów do Bagdadu i Kabulu - grzmi demokratyczny kongresmen Steny Ho-yer.

Pragnąc uzmysłowić przeciętnemu wyborcy, o jaki ciężar chodzi, demokraci obliczyli dotychczasowy realny koszt obu wojen przypadający na statystyczną amerykańską rodzinę. Według ich analiz sięgnął już 20 tys. dolarów.

Obecność żołnierzy w Iraku i Afganistanie kosztowała już amerykańskich podatników mniej więcej tyle (z uwzględnieniem inflacji) co katastrofalna wojna w Wietnamie. Gospodarka USA, z PKB w wysokości ponad 13 bln dolarów rocznie, jest znacznie bogatsza niż wtedy, dlatego zdaniem wielu ekspertów społeczeństwo nie odczuwa ciężaru konfliktu na Bliskim Wschodzie. Dla porównania: bez ukrytych kosztów druga wojna światowa pochłonęła około 30 procent amerykańskiego PKB, wojna koreańska w latach 50. około 14 procent, a wietnamska - 9 procent. Wydatki na prowadzone obecnie wojny przekraczają 1 procent PKB.

Innym istotnym czynnikiem jest „koszt w ludziach“. Już wiadomo, że mijający rok będzie rekordowy pod względem liczby ofiar armii amerykańskiej w Iraku. Do 7 listopada zginęło tam 854 amerykańskich żołnierzy, a od rozpoczęcia wojny - prawie 3900. Straty te są jednak nieporównywalnie mniejsze niż w Korei czy Wietnamie.

Egzekucja Husajna

Źródło: Rzeczpospolita: Zabijanie Husajna

06.01.2007

Ludzi Zachodu ciągnie w stronę przemocy, szczególnie przemocy wizualnej. I nie różnimy się tym specjalnie od muzułmanów, których kulturę lubimy nazywać niecywilizowaną

Saddam Husajn w ostatnich chwilach życia: niezaciągnięta pętla na szyi, siwa broda, puste oczy, usta poruszające się w niemej modlitwie, a może przeklinające los… I w chwili poruszenia zapadni szafotu - cięcie. Zamazane, ziarniste kształty, plamy światła i koniec.

Tak miała wyglądać oficjalna wersja egzekucji jednego z najgorszych dyktatorów XX wieku. Żadna “normalna” telewizja, żaden “szanujący się” internetowy serwis informacyjny nie posunął się dalej. Jednak w chwili, gdy eksperci BBC i CNN rozważali na antenie moralne “za i przeciw” ujawnienia bądź ukrycia pełnego obrazu egzekucji Saddama, wideo pokazujące wszystko - bez skrótów - już kursowało po telefonach komórkowych Irakijczyków i witrynach internetowych na całym świecie.

Anonimowy operator, który nagrał śmierć Saddama na swojej komórce, musiał stać u stóp szafotu, ujęcia pokazują skazanego od dołu, schowanego za poręczami konstrukcji, ginącego w cieniach sali egzekucyjnej, która przypomina jakąś rozpadającą się stróżówkę. I do tego ten dźwięk. Tak samo zdeformowany jak obraz, gubiący słowa modlitwy Saddama pod okrzykami prowokujących go świadków egzekucji: ” Muktada! Muktada! Muktada!”. To imię dowódcy szyickiej milicji Muktady al Sadra, która sieje dziś popłoch w Iraku. Ojciec Muktady został zamordowany na rozkaz Saddama. Przekaz ze strony jątrzycieli jest jasny: “Przypomnij sobie, sunnicki psie, za co stoisz na tym szafocie. I pamiętaj, że to teraz szyicki kraj”.

“I wy to nazywacie odwagą?” - pyta Saddam i jest to niezwykła odpowiedź jak na człowieka w obliczu śmierci. Trzeźwa, ironiczna nawet, bez cienia strachu, pełna godności. Pełna godności? Jak to, przecież mówimy o despocie, który ma na sumieniu śmierć co najmniej kilkuset tysięcy ofiar. Tylko subtelni ludzie Zachodu zamroczeni swoim bogactwem i spokojem mogą odnaleźć ślady godności w bandycie. Mówimy przecież o mordercy obywateli własnego państwa, barbarzyńcy, który prowadzał własnych synów na publiczne egzekucje… A jednak to prawda. Jedynym aktorem tego krótkiego filmu o zabijaniu, który zachowuje na nim odrobinę godności, jest Saddam Husajn.

Po co zrobiono ten film? Dlaczego - co przyznają przedstawiciele władz irackich - grupie około 20 osób obecnych przy egzekucji nie próbowano nawet odebrać komórek? Z głupoty czy wyrachowania? Przecież z pewnością na salę nie wszedł nikt z bronią, dlaczego zatem, skoro wszystko miało być ściśle tajne, zostawiono im telefony z funkcją wideo? Dlaczego nikt nie zabrał aparatu mężczyźnie, który nagrał film, nawet obecny na sali doradca rządu ds. bezpieczeństwa Mowaffak al Roubaie? To są pytania o dwa wymiary tej egzekucji: polityczny i czysto ludzki. Odpowiedź na pierwsze może pokazać, kto zyska na fakcie, że świat zobaczył moment ostatecznego upokorzenia tyrana, odpowiedź na drugie pozwoli być może zrozumieć, dlaczego wszyscy na tym stracimy.

Dziś cały świat jest oburzony ujawnieniem całości egzekucji. Nawet najwięksi zwolennicy skazania i stracenia Saddama nie chcą bronić tego filmu. Rząd iracki rozpoczął śledztwo w sprawie wycieku, ale co to za śledztwo? Prowadzą je przecież władze pozbawione autorytetu, wyczerpane krwawym konfliktem, zrozpaczone własną nieumiejętnością opanowania sytuacji. Premier Nouri al Maliki przyznał przed kilku dniami, że najchętniej ustąpiłby ze stanowiska jeszcze przed końcem kadencji. Czy w tej sytuacji można liczyć na ustalenie tożsamości operatora, który wstrząsnął światem? A jeśli nawet, to co z tego? Irakijczycy oglądają dziś egzekucje Saddama jak najlepszy show w mieście. Za co niby karać winnego wycieku? Za pokazanie, jak wyglądała śmierć jednego z najbardziej znienawidzonych ludzi w Iraku? Za prowokowanie sporów wśród Irakijczyków? Przecież chaos w tym kraju widoczny jest dla każdego, kogo nie znudziła jeszcze monotonia codziennych zamachów w Iraku. Jakkolwiek odrażający jest ten film, może powinniśmy być za niego wdzięczni, bo pokazuje bezwzględną prawdę o podziałach w kraju.

Amerykanie twierdzą, że cały skandal wybuchł, ponieważ przed egzekucją oddali Saddama Irakijczykom. Zapewne mają rację, jednak musieli się liczyć z możliwością komplikacji - w końcu wiedzą, jak trudna jest sytuacja władz irackich. A skoro tak, to rodzą się dziesiątki politycznych teorii spiskowych.

Dlaczego zaryzykowali i pozwolili, by wydarzenie, które miało być aktem irackiej sprawiedliwości, stało się kolejnym przejawem braku kompetencji władz? A może Amerykanom zależało, aby świat zobaczył upokorzenia Saddama? I nie chodzi oczywiście o Europejczyków zdegustowanych barbarzyństwem tego widowiska, ale o muzułmanów w Iraku i innych krajach. Może wyciek miał być ostrzeżeniem Amerykanów i rządu irackiego wobec szyitów i samego Muktady al Sadra, a może wręcz przeciwnie - posłaniem dla sunnitów, którzy przecież dominują w świecie muzułmańskim? Może miało ono dać im prosty przekaz: Zobaczcie, jak ważne jest, byście nie poddali się w Iraku. Skoro szyici traktują jak psa nawet Saddama, mogą tak potraktować każdego z was.

Zamiast zgłębiać (i to raczej bez realnych szans na sukces) teorie spiskowe, można po prostu przyjąć, że chodziło przede wszystkim o zwykły akt zemsty na bandycie. Trzeba przyznać - udany. Anonimowy operator komórki zdołał bowiem uczynić ze śmierci, która miała być tajna, a przynajmniej kontrolowana - egzekucję publiczną. Ale zanim utoniemy w oburzeniu na prymitywne instynkty Irakijczyków, popatrzmy, czym w istocie był ten filmowy wyciek.

Przede wszystkim był on zaproszeniem większej części narodu do udziału w imprezie. Do egzekucji katów wybrały władze Iraku - spośród setek mejlowych zgłoszeń ofiar Saddama. Nie wszyscy mogli go zabić, ale dzięki filmowi wszyscy mogą się cieszyć z jego upokorzenia. Tak jak w średniowiecznych publicznych egzekucjach, jak przy paleniu na stosie czarownic - społeczność po prostu przecięła wrzód, wrzuciła chwast do ognia, a przy okazji ostrzegła potencjalnych morderców przed skutkami ich czynów.

Zabicie w imię prawa zawsze służyło czemuś więcej niż tylko wymierzeniu sprawiedliwości. W dawnych czasach, i to nie bardzo dawnych, na publiczne egzekucje przychodziły całe rodziny. Również w Polsce. Po wojnie strażników obozu koncentracyjnego w Majdanku powieszono na oczach tysięcy osób. Sfilmowano egzekucję i pokazywano ją potem w kinach. Gdy w 1946 roku wykonywano wyrok na kacie Kraju Warty ( Warthegau) Arturze Greiserze, niedaleko szubienicy sprzedawano lody, ciastka i napoje. Rodzice przyprowadzali przecież dzieci, wśród których potem zabawa w wieszanie stała się niezwykle popularna. Tak jak i po śmierci Saddama - jak podały agencje, w Pakistanie 9-letni chłopiec powiesił się podczas zabawy w śmierć Saddama, którą zobaczył na ekranie.

Dziś, dzięki Internetowi, w zemście na Saddamie możemy uczestniczyć wszyscy. I uczestniczymy milionami. Kilka dni temu oglądałem spektakl “Egzekucja Saddama” na portalu Google Video jako 4 886 000 035. osoba. Ocena internautów: 5 gwiazdek na 6 możliwych, czyli jest jeszcze miejsce na poprawę jakości - może technicznej, może zabijania. Nasza odrębność cywilizacyjna jakoś nie stawia tamy, gdy jest okazja zobaczyć, jak ginie dyktator. Nas, ludzi Zachodu, ciągnie w stronę przemocy, szczególnie przemocy wizualnej. I nie różnimy się specjalnie od muzułmanów, których kulturę lubimy nazywać niecywilizowaną.

W 2004 roku Amerykanie przeżyli horror związany z ujawnieniem tortur w więzieniu Abu Ghraib. I nie chodziło o “dzikich” przecież wyznawców islamu, ale o żołnierzy amerykańskich, którzy robili sobie zdjęcia u boku ofiar i chwalili się swoimi trofeami, wymieniali je między sobą, wysyłali mejlem na cały świat, zachowywali na pamiątkę. Po co? By pokazać wnuczkom? By chwalić się nimi na zlotach weteranów i na imieninach u cioci?

Powie ktoś, że żołnierze z Abu Ghraib to wrzód na zdrowym ciele Ameryki, nieporównywalny do gejzera nienawiści bijącego w świecie islamu. Czyżby? Skandal w Abu Ghraib pokazał najdobitniej w ostatnich latach, jak przemoc i barbarzyństwo wkraczają pełną parą w strefę “rozrywki”, w której żyje przeciętny człowiek Zachodu, jak brutalność, gwałt, wykorzystywanie seksualne, tortury stają się częścią normalnego środowiska, w którym przebywamy. Makabra, rozpad, obsesja ciała to przecież tematy dyżurne tej cywilizacji. W roli bohaterów kultury masowej występują seryjni zabójcy i wielokrotni gwałciciele, a w kinie trudno znaleźć film, w którym paru nastolatków nie tnie piłą automatyczną koleżanki z klasy. Smród i odpadki stają się najbardziej namacalnym świadectwem naszego bytowania na ziemi.

Zestawienie szafotu Saddama z ikonami zachodniego upadku z Abu Ghraib wskazuje na jeszcze jeden znak czasu. Dziś wszyscy możemy być rejestratorami współczesności. Żołnierze z Abu Ghraib weszli w rolę dziennikarzy - tradycyjnie to przecież zawodowi reporterzy rejestrowali obrazy wojny. Anonimowy operator spod szafotu Saddama odebrał natomiast władzę “oficjalnemu” kamerzyście, który filmował egzekucję na zlecenie rządu. Stał się łącznikiem między wydarzeniem a milionami odbiorców na całym świecie. Rozbił tabu, jakim w naszej cywilizacji ciągle pozostaje obraz śmierci człowieka.

Owszem, obraz śmierci i rozkładu pojawiał się od stuleci w sztuce, ale dla kogoś takiego jak Caravaggio czy Bosch ciało było przykładem realistycznego piękna zawierającego w sobie również wymiar moralny, czyli pełnię prawdy o człowieku. Dla Rembrandta, cytującego go trzy stulecia później Francisa Bacona czy Soutina rozkładające się mięso miało być symbolem nieuniknionego rozpadu, ale również zapowiedzią przejścia do prawdziwego życia.

Najpełniejszym zobrazowaniem tej wizji w sztuce i zbiorowym doświadczeniu Zachodu stała się męka, ukrzyżowanie i złożenie do grobu, a następnie zmartwychwstanie Chrystusa.

Dziś w zdjęciach męczarni więźniów Abu Ghraib czy upodlenia Saddama Husajna nie ma zapowiedzi zmartwychwstania. Jest poszerzenie sfery wyboru, którą wielu ludzi utożsamia z wolnością. Poszerzenie o prawo do bycia barbarzyńcą, prawo do nienawidzenia innych, prawo do zemsty.

Irak jest tym boleśniejszym przejawem kryzysu współczesnego świata, że za to, co dziś dzieje się w tym kraju, odpowiedzialność ponosimy wszyscy, którzy wspieramy jego okupację. Nie ma sensu odwracać wzroku od tego filmu, bo to my jesteśmy częścią irackiego problemu i to my zaprowadziliśmy despotę Saddama na szafot.

Dlatego zdjęcia z jego egzekucji to nie jest wyłącznie jakaś aberracja moralna ani przejaw barbarzyństwa szyitów. To również nasze własne odbicie, jak kiedyś w balzakowskim lustrze przechadzających się po gościńcu. Dziś zamiast lokalnej powieści obyczajowej mamy globalny Internet, ale to tylko różnica w formie.

Dariusz Rosiak

Ameryka powinna ostrzej rozmawiać z Rosją

Źródło: Rzeczpospolita: Ameryka powinna ostrzej rozmawiać z Rosją
20.12.2006

Tak długo, jak tysiące fanatyków za wszelką cenę będą chciały nas zaatakować, ryzyko powtórki 11 września jest ogromne. Jeśli nie dojdzie do kolejnego zamachu, to będzie cud - mówi amerykański neokonserwatysta Richard Perle w rozmowie z Jackiem Przybylskim

Rz: Czy Amerykanie wiedzą, jak postępować z Rosją Władimira Putina?

Richard Perle
: Obecna administracja pozwoliła, by jej nadzieje wzięły górę nad rzeczywistością. Kiedy prezydent Bush mówił, że spojrzał w duszę Putina, zobaczył coś, czego tam nie było. Teraz należy jasno powiedzieć, że sytuacja w Rosji staje się niepokojąca, bo krajem rządzą dawni członkowie KGB. Dużo czasu zajęło nam zauważenie, jak poważny to problem. Mam nadzieję, że wkrótce amerykańska polityka się zmieni i że zaczniemy ostrzej rozmawiać z Rosjanami.

Czy po zagadkowych morderstwach - Politkowskiej w Moskwie i Litwinienki w Londynie - nie boi się pan jeździć po Europie?

Ameryka powinna potraktować tę kwestię bardzo poważnie. Oczywiście, analitycy będą dyskutować, czy można udowodnić komuś winę, ale sposób, w jaki dokonano tych morderstw, wydaje się znajomy. Nie można na to pozwalać.

Polska też ma spore kłopoty z Rosją. Czy sądzi pan, że w polskim interesie jest przyjęcie oferty budowy w naszym kraju bazy amerykańskiego systemu obrony przeciwrakietowej?

W interesie nas wszystkich leży zniechęcanie rządów, które są przekonane, że mogą osiągnąć jakieś cele, grożąc rakietami. Jeśli Amerykanie zapytają Polaków, czy moglibyście pracować z nami nad tarczą antyrakietową, mam nadzieję, że odpowiedź będzie brzmiała “tak” i że będzie to kolejny element naszego sojuszu.

Polsce nie zagraża Iran ani Korea Północna. A przed Rosją i Białorusią tarcza nas nie ochroni.

System ma zestrzeliwać rakiety dalekiego zasięgu, ale rozwijamy też możliwości obrony przed rakietami krótkiego zasięgu. Taka baza mogłaby więc chronić przed oboma rodzajami rakiet. Poza tym sojusz polega na tym, że gdy Polska ma problemy, my jej pomagamy i odwrotnie.

Polski rząd wysłał kilka tysięcy ludzi do Iraku i wciąż nie może doprosić się choćby zniesienia wiz do USA.

Nasza polityka wizowa jest najgłupsza na świecie. Gdy przyjeżdżam do Warszawy, jest mi wstyd z tego powodu. Mam nadzieję, że w końcu uda się ten problem rozwiązać.

Co poza rakietami balistycznymi stanowi teraz największe zagrożenie dla państw zachodnich?

Broń masowego rażenia w rękach zamachowców-samobójców. Chodzi im zwłaszcza o Amerykanów, ale na celowniku mogą znaleźć się też Brytyjczycy, Hiszpanie czy Polacy. W czasie zimnej wojny przyzwyczailiśmy się, że dobrym sposobem obrony jest odstraszanie. Na razie nie mamy odpowiednich mechanizmów, by skutecznie chronić się przed islamskimi ekstremistami.

To znaczy, że wkrótce może nastąpić kolejny zamach na skalę World Trade Center?

Tak długo, jak tysiące fanatyków za wszelką cenę będą chciały nas zaatakować, ryzyko powtórki 11 września jest ogromne. Jeśli nie dojdzie do kolejnego zamachu, to będzie cud. Co prawda od ataku na World Trade Center dobrze sobie radziliśmy, ale trzeba być optymistą, by wierzyć, że uda nam się wykryć każdy spisek.

Nie boi się pan, że podczas kolejnego wielkiego zamachu terroryści użyją tzw. brudnej bomby?

Bardzo się boję. Widzieliśmy w Londynie, co można zrobić za pomocą niewielkiej ilości polonu. Proszę sobie wyobrazić, że nie chodzi o gram, lecz o kilogram tego pierwiastka. W dodatku eksplozja rozniosłaby polon po gęsto zaludnionym terenie. Straty byłyby olbrzymie. Nie możemy mieć złudzeń: próbujemy się bronić przed ludźmi, którzy nawet przez chwilę nie zawahają się przed takim atakiem. Wiem, że trudno w to uwierzyć, że ktoś byłby w stanie zabić tysiące niewinnych ludzi, w tym pewnie wielu muzułmanów. Islamscy ekstremiści są jednak obojętni na ludzkie cierpienie.

Ale czy wojny w Afganistanie i Iraku sprawiły, że świat jest bezpieczniejszy?

To dopiero początek wojny, którą musimy wygrać. Mogliśmy zostawić al Kaidę w Afganistanie lub Saddama Husajna w Iraku. Schować głowę w piasek i mieć nadzieję, że nie zostaniemy zaatakowani. Administracja poprzedniego prezydenta wiedziała, co się dzieje w Afganistanie, ale nic nie zrobiła. Czekano zbyt długo i my tego błędu nie chcieliśmy powtórzyć. Nie mogliśmy czekać, aż Saddam Husajn zacznie dzielić się bronią masowego rażenia z terrorystami.

Był pan zwolennikiem obalenia Saddama za pomocą siły. Nie sądzi pan, że to był błąd?

To nie obalenie Saddama było błędem, lecz okupacja Iraku. Trzeba było natychmiast przekazać władzę Irakijczykom. Oczywiście, nie jestem w stanie udowodnić, że wtedy sytuacja byłaby dużo lepsza. Jednak na samym początku wojny nie było żadnej partyzantki i gdyby od razu powstał iracki rząd, być może nie byłoby ruchu oporu. Potrzebny był iracki de Gaulle lub MacArthur.

Czy ktoś taki teraz byłby w stanie poprawić sytuację w Iraku?

Ten kraj najbardziej potrzebuje pewnych siebie, uczciwych i kompetentnych liderów. Obawiam się, że na razie ich nie ma. Można jedynie mieć nadzieję, że w końcu przywódcy szyitów i sunnitów zauważą, że ten konflikt niszczy i jednych, i drugich.

Czyli widzi pan szansę na wygraną?

Bardziej prawdopodobne jest to, że sytuacja w Iraku zacznie się poprawiać, niż to, że będzie się pogarszać. Rozwój wydarzeń zależy - jak już mówiłem - od irackich przywódców, a także od bardziej umiejętnego wykorzystania wojsk koalicji. Mam na myśli większą integrację oddziałów międzynarodowych z siłami irackimi. Wojska amerykańskie nie najlepiej radzą sobie w walce z partyzantką. Oczywiście, do mieszanych jednostek mogą przenikać szpiedzy, ale przecież już teraz wielu Irakijczyków ostrzega partyzantów przed akcjami wojsk koalicji lub pomaga im w podkładaniu bomb przy drogach.

By wygrać wojnę partyzancką, trzeba przekonać do siebie ludność. Gdy byłem w Bagdadzie w 2003 roku, widziałem, że Irakijczycy są pełni nadziei. Wierzyli, że wreszcie po zasobności swoich portfeli zobaczą, jak bogaty w ropę jest ich kraj. Uważa pan, że Amerykanie są jeszcze w stanie wygrać wojnę o dusze Irakijczyków?

Z upadku Saddama cieszyła się większość, również wielu sunnitów, był on bowiem okrutnym dyktatorem. Niewielka grupka osób z otoczenia byłego prezydenta była rzecz jasna niezadowolona i to oni położyli podwaliny pod ruch oporu. Odzyskanie zaufania zwykłych ludzi w Iraku, którzy mieli ogromne nadzieje i którzy się zawiedli, nie będzie łatwe. Myślę jednak, że Irakijczycy mogą być zainteresowani pomysłem Ahmeda Chalabiego, który proponował, by wszyscy obywatele byli udziałowcami przemysłu naftowego. Dostawaliby dywidendy ze sprzedaży ropy.

Na razie na sytuację w Iraku wpływa wiele różnych państw. “New York Times” podał niedawno, że Arabia Saudyjska zagroziła Amerykanom rozpoczęciem finansowania walki sunnitów z szyitami.

Byłby to kolejny przykry dowód, ile zła Saudyjczycy czynią na świecie.

Wydawało się, że Arabia Saudyjska jest amerykańskim sojusznikiem…

Chyba opacznie zrozumieliśmy intencje Saudyjczyków. Moim zdaniem oni nie są przyjaciółmi Stanów Zjednoczonych. Współpracowali z ekstremistami - wahabitami - i zachęcali ich, by szerzyli swoją pełną przemocy,utopijną ideologię. Jeśli zapyta mnie pan, co zrobić, by zadać potężny cios ekstremistom, moja odpowiedź będzie brzmiała: zróbcie coś, by władze Arabii Saudyjskiej przestały ich wspierać.

Wróćmy do Iraku. Jak pan ocenia raport Jamesa Bakera, szefa Irackiej Grupy Badawczej?

Pomysł przerzucenia odpowiedzialności za losy wojny w Iraku ze zwierzchnika sił zbrojnych na grupę emerytowanych oficerów był zły. Raport też jest zły, bo zawiera dwie rady, które - gdyby wprowadzić je w życie - doprowadziłyby do pogorszenia sytuacji. Pierwsza to rozpoczęcie rozmów z Syrią i Iranem. Gdybyśmy to zrobili, każdy Irakijczyk widziałby w tym oznakę naszej słabości. Gdy Irakijczycy będą przekonani, że wojska amerykańskie wkrótce wyjadą, zaczną robić wszystko, aby przetrwać. I nasza sytuacja znacznie się pogorszy. Druga rada dotyczy zmiany roli amerykańskich wojsk w Iraku. W pierwszym kwartale 2008 roku miałyby one zakończyć obecną misję. Raport nic nie mówi o wycofaniu żołnierzy, ale jest powszechnie źle interpretowany. Jego autorzy musieli wiedzieć, że tak sformułowane zalecenie zostanie błędnie odczytane.

Jak długo zatem amerykańskie wojska zostaną w Iraku?

Dopóki prezydent Bush będzie zwierzchnikiem sił zbrojnych. Nie wierzę, by mógł wycofać wojska z Iraku, bo byłaby to gwarancja porażki. A prezydent nie zgadza się z tezą, że nasza klęska jest nieunikniona.

Niewycofanie żołnierzy z Iraku to niemal gwarancja porażki republikanów w wyborach prezydenckich.

Bush nie ubiega się już o prezydenturę. Może więc pozwolić sobie na robienie rzeczy, któreuważa za słuszne, nie martwiąc się o wynik wyborów. To człowiek wielkiej odwagi, który podejmuje niepopularne decyzje, bo jest przekonany, że są słuszne. Tak samo postępuje brytyjski premier Tony Blair. Poza tym do wyborów zostały dwa lata. W tym czasie sytuacja w Iraku może się jeszcze zmienić. Proszę pamiętać, że gdy w 1968 roku byliśmy zaangażowani w Wietnamie, Amerykanie wybrali kandydata republikanów - Richarda Nixona, chociaż demokrata był znacznie bardziej skłonny do szybkiego wycofania żołnierzy.

Czy sądzi pan, że za dwa lata Iran będzie miał broń atomową?

Nie wiem, czy będzie to za rok, dwa lata czy pięć. W tej sprawie toczy się dyskusja. Jeżeli nikt nie powstrzyma Irańczyków, będą mieli broń atomową. A wtedy będą ją chcieli mieć też Saudyjczycy i zapewne inne kraje regionu. Świat stanie się dużo bardziej niebezpieczny. Jeśli społeczność międzynarodowa będzie zdeterminowana, by powstrzymać władze w Teheranie, może wywrzeć skuteczny nacisk. Niestety, takie kraje jak Rosja czy Chiny są w tej kwestii po drugiej stronie barykady. Z kolei Niemcy, Francuzi i Brytyjczycy, choć są niezadowoleni, że Iran będzie miał broń atomową, wątpię, by coś w tej sprawie zrobili. Jeśli prezydent Ahmadineżad mówi o zniszczeniu Izraela, trzeba się zastanowić, czy taki człowiek powinien mieć broń atomową.

Nie wydaje się panu, że światowi przywódcy nie wierzą w słowa Ahmadineżada? Uważają, że wygaduje bzdury, ale myśli inaczej.

Skoro tak nie myśli, dlaczego tak mówi? I dlaczego tak wiele osób w różnych częściach świata bardzo cieszy się z jego słów? Prezydent Iranu jest gotów zapłacić wysoką cenę za brońatomową, więc jego deklaracje należy traktować poważnie.

Czy opcja militarna jest więc możliwa?

Irański program atomowy jest rozwijany w stosunkowo niewielkiej liczbie obiektów. Znamy ich położenie i możemy je zniszczyć za pomocą precyzyjnych bomb. Taki atak nie powstrzyma całkowicie irańskiego programu atomowego, ale z pewnością opóźni moment, w którym Iran będzie miał broń nuklearną. Prezydent Bush może podjąć decyzję o bombardowaniu, jeśli otrzyma informację, że Irańczycy są już bardzo blisko pozyskania bomby atomowej.
rozmawiał Jacek Przybylski

Richard Perle, jeden z czołowych amerykańskich neokonserwatystów, był przewodniczącym Rady Polityki Obronnej Departamentu Obrony w gabinecie George’a W. Busha, a w latach 1981 - 1987, za Ronalda Reagana - doradcą sekretarza obrony do spraw bezpieczeństwa


Nowe artykuły na email

Kliknij poniższy link i zapisz się, a będziesz otrzymywał nowe artykuły na email:

ZAPISUJE SIĘ >>

 

lipiec 2008
P W Ś C P S N
« cze    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Statystyka

  • 289,490 odwiedzin