Archiwum kategorii 'Konflikty' Category

Iran, Izrael i broń atomowa - jak to się skończy

Rz: Izraelska armia jest uznawana za jedną z najlepszych na świecie. Dysponuje supernowoczesnym sprzętem. Morale żołnierzy jest wysokie. Dlaczego od tylu lat nie może sobie poradzić ze słabymi Palestyńczykami?

Myli się pan, morale wcale nie jest takie wysokie. Od wielu lat, przynajmniej od pierwszej intifady w 1987 roku, a być może nawet od inwazji na Liban w 1982 roku, walczymy z przeciwnikiem, który jest znacznie słabszy od nas. A gdy walczysz ze słabym, sam stajesz się słaby. Na papierze rzeczywiście mamy wspaniałą armię. Ale wewnętrznie jest ona całkowicie przegniła. Duch bojowy ją całkowicie opuścił. Ostrzegałem zresztą, że tak się stanie już 30 lat temu.

Ma pan na myśli ducha bojowego szeregowych żołnierzy?

Nie, wszystkich Izraelczyków. Żołnierzy, generałów, polityków, tego, co nazywamy opinią publiczną. Wszystko to stało się społeczeństwem tchórzy. Kiedyś byliśmy znani ze swojej determinacji, umiejętności bojowych i gotowości do poświęceń w imię wyższych celów. Dziś nic z tego nie pozostało. Najlepiej widać to było podczas pierwszej wojny w Zatoce Perskiej w 1991 roku. Pierwszy raz w historii w jakimś kraju więcej osób straciło życie ze strachu niż wskutek działań nieprzyjaciela. Tylko trzech Izraelczyków zginęło od eksplozji irackich rakiet. A to i tak przez przypadek.

A reszta?

Zawały serca, napady paniki, uduszenia po włożeniu maski gazowej nieodpowiednią stroną.

Może tajemnicą sukcesu Palestyńczyków jest to, że regularnej armii na ogół trudno walczy się z nieprzewidywalnymi partyzantami?

Powtarzam: przyczyną sukcesu Palestyńczyków jest ich słabość. To tak jak z grą w tenisa. Jeżeli przez długi czas będzie pan grał w z partnerem znacznie słabszym od siebie, z czasem pańskie umiejętności zanikną. Najlepiej gra się z kimś, kto jest na równym poziomie albo nawet nieco lepszy. Wtedy można dać z siebie wszystko. Wojna nie jest wcale kontynuacją polityki. Wojna jest kontynuacją sportu. Jeżeli walczysz ze słabeuszem i go zabijesz, jesteś draniem, jeżeli on cię zabije jesteś idiotą. W obu przypadkach powinno się wszcząć śledztwo.

A co z przewagą technologiczną? Dzisiejsze wojny są w coraz większym stopniu wojnami maszyn.

Żadne czołgi, żadne nowoczesne myśliwce nic nie pomogą, gdy żołnierz jest zdemoralizowany. Jeżeli wsadzi się miecz do słonej wody, to miecz zardzewieje. To tylko kwestia czasu. Są miecze lepsze od innych mieczy, a woda może być mniej lub bardziej słona. Ale prędzej czy później to się stanie – militarna machina zniszczeje i ulegnie rozpadowi.

Jeżeli Izraelczycy faktycznie stracili ducha bojowego, to konsekwencje będą oczywiste. Państwo Izrael zniknie z mapy Bliskiego Wschodu. Czy Żydzi powinni się już pakować?

Mam jednak nadzieję, że druga wojna libańska podziała jak dzwonek alarmowy. Wiem, że armia stara się teraz skorygować wszystkie błędy, trenuje jak szalona i ma wreszcie odpowiednich ludzi, którzy mogą przeprowadzić te reformy. Ludzie, którzy podejmują w tym państwie decyzje, zdali sobie sprawę, że idziemy na dno i że musimy coś z tym zrobić.

Nawet najbardziej intensywny trening nie pomoże, jeżeli Izrael nadal będzie walczył ze słabymi. Zgodnie z pańską teorią, żeby stanąć na nogi, państwo to potrzebuje wojny z jakimś silnym przeciwnikiem. Czy Izrael powinien zaatakować Iran?

I tu docieramy do sedna sprawy. Otóż nie jest to wcale koniecznie. Nie wziął pan pod uwagę jednego bardzo ważnego czynnika – naszych głowic nuklearnych. Wierzę w broń atomową i jej siłę odstraszania. Moim zdaniem wyklucza ona konflikt na większą skalę. Prezydent Nixon powiedział kiedyś, że Arabowie prędzej czy później nauczą się walczyć i wtedy Izrael znajdzie się w opałach. Być może to już nastąpiło, ale ich przywódcy doskonale zdają sobie sprawę, co mamy w naszym arsenale i po prostu się boją. Gdyby nie broń nuklearna, Arabowie już dawno wrzuciliby nas wszystkich do morza. Dlatego codziennie rano, gdy wstaję z łóżka, błogosławię nasze bomby atomowe.

Czyli uważa pan, że w najbliższym czasie nie dojdzie do żadnej poważniejszej konfrontacji?

Izraelczycy są przerażeni na samą myśl o tym, że musieliby się znowu bić. Paradoksalnie najbardziej dotyczy to młodego pokolenia, które nawet nie wie, co to jest prawdziwa wojna. Nie ma zresztą obecnie na horyzoncie żadnego przywódcy, lidera, który mógłby poprowadzić ten naród do wielkich czynów, do wielkiej przygody. Ale być może to dobrze.

Chyba jednak nie w tym regionie.

Nie zgadzam się z panem. Na Bliskim Wschodzie naprawdę doskonale sprawdza się nuklearne odstraszanie. Nie wiem, czy będzie kolejna wojna z Syrią. Wiem natomiast, co zrobić, żeby takiej wojny na pewno nie było. Powinniśmy dać prezydentowi Asadowi dziesięć głowic nuklearnych. Wiemy, że ma on kilkaset rakiet, zdolnych dotrzeć do każdego punktu na naszym terytorium. Kiedy dostanie od nas dziesięć głowic, będzie bał się rzucić w naszą stronę nawet zapałki. Bo jeżeli cokolwiek zacznie nadlatywać z Syrii, nie będziemy wiedzieli, czy przypadkiem nie jest wyposażone w głowicę nuklearną. A na podjęcie decyzji, jak odpowiedzieć, będziemy mieli dwie minuty…

Rozumiem, że chciałby pan, żeby również Iran miał kilka rakiet?

Nie mówmy w trybie przypuszczającym. Irańczycy na pewno będą mieli broń nuklearną. Byliby głupi, gdyby jej nie skonstruowali. Nie będzie to jednak stanowiło żadnego zagrożenia dla Izraela. To arabskie państwa Zatoki Perskiej – z którymi Iran rywalizuje – będą miały problem. My mamy czym się bronić. Gdy Iran pozyska broń nuklearną, na pewno nie będzie wojny z Izraelem. Atomowa równowaga sił między tymi krajami będzie gwarancją pokoju. Coś panu przy okazji powiem: wszelkie, nawet najlepsze, systemy antyrakietowe to strata pieniędzy. Jeżeli chcesz być bezpieczny, załatw sobie głowice nuklearne!

Nie bierze pan jednak pod uwagę nieprzewidywalności reżimu ajatollahów. Któregoś dnia Chamenei może wstać rano i stwierdzić, że Allah kazał mu nacisnąć atomowy guzik.

A czy Stalin był rozsądnym, przewidywalnym przywódcą? Podczas zimnej wojny też się wszystkim wydawało, że komuniści to fanatycy, którzy są gotowi rozpętać wojnę atomową w imię światowej rewolucji. A czy Kim Dzong Il jest normalny? Jeżeli z szalonego dyktatora chcesz uczynić normalnego, ostrożnego polityka – daj mu bombę atomową.

Ludzie, którzy podejmują w tym kraju decyzje, najwyraźniej nie podzielają pańskich teorii. Powtarzają, że „Izrael nigdy nie pozwoli na to, żeby Iran miał broń nuklearną”. To pachnie wojną.

Nie będzie żadnej wojny. To tylko oficjalna retoryka. Równie dobrze można to interpretować w taki sposób: budujcie sobie tę broń, ale jak już ją zbudujecie, to nikomu o tym nie mówcie ani nikomu jej nie pokazujcie. Zróbcie tak jak my. I Irańczycy pewnie tak zrobią. Ja bym tak zrobił na ich miejscu.

Kiedyś powiedział pan, że większość europejskich stolic jest w zasięgu izraelskich głowic atomowych i że „gdy Izrael będzie szedł na dno, weźmie ze sobą cały świat”.

(śmiech) Wiedziałem, że pan o to zapyta. Powiedziałem to w samym środku drugiej intifady, gdy za każdym razem, gdy moja żona jechała na targ w Jerozolimie, trząsłem się ze strachu. Zamachy były non stop. Wtedy przyjechali do mnie ci europejscy dziennikarze i czułem, że mają satysfakcję z tego, że Izrael znalazł się w opałach. A jednocześnie przeprowadzono wówczas sondaż, z którego wynikało, że blisko połowa Izraelczyków popiera czystki etniczne na Palestyńczykach. Siedzieliśmy w tym samym gabinecie i powiedziałem tym dziennikarzom, że ta intifada może się skończyć dla Palestyńczyków bardzo źle. Oni wtedy zaczęli krzyczeć, że „społeczność międzynarodowa” na to nie pozwoli i przypomnieli, co się stało z Miloszeviciem. Odpowiedziałem, że nie jesteśmy żadnym Miloszeviciem i mamy środki, żeby się obronić przed obcą interwencją. Od razu zrobił się wielki skandal i światowa prasa ogłosiła, że krwiożerczy Izraelczycy grożą Europie atomową zagładą.

Czyli wyjęto pańskie słowa z kontekstu?

Przecież Stany Zjednoczone mogłyby w pół godziny zmieść z powierzchni ziemi każdą stolicę na świecie. Powiedzenie tego nie oznacza od razu, że tak się stanie. My także moglibyśmy wyrządzić nieco szkód, gdyby ktoś nas zaatakował. Nic innego nie miałem na myśli.

A o co chodziło z tymi czystkami etnicznymi?

Rozwiązanie takie rozważano kilkakrotnie. Pisze o tym między innymi Ariel Szaron w swoich pamiętnikach. W momencie największego nasilenia terroru pojawiły się pomysły, żeby raz na zawsze pozbyć się Palestyńczyków, a co za tym idzie zagrożenia. Po prostu wypędzić ich wszystkich z Zachodniego Brzegu do Jordanii, która ze względu na wielką liczbę uchodźców i tak jest już na wpół palestyńskim krajem.

Jak sobie to wyobrażano?

Ostatnia wojna w Libanie, gdy z południa tego kraju uciekli mieszkańcy, pokazała, jak łatwo jest to zrobić. Nie trzeba wcale pukać do każdych drzwi i wywozić ludzi ciężarówkami. Wystarczy zabić pięć tysięcy i reszta sama ucieknie.

Ale czy „społeczeństwo tchórzy” byłoby wstanie zrobić coś takiego?

Obecnie pewnie nie. Problem w tym, że jeżeli znowu nie uda nam się podpisać porozumienia pokojowego z Palestyńczykami – szanse na to oceniam na 10 procent – to grozi nam wybuch trzeciej intifady. A gdy w naszym kraju znowu zaczną codziennie wybuchać bomby, gdy znowu zaczną ginąć kobiety i dzieci, społeczeństwo może uznać, że ma dość i dać przyzwolenie na coś takiego. Miejmy jednak nadzieję, że do tego nie dojdzie.

Konflikt izraelsko-palestyński to niejedyny punkt zapalny na Bliskim Wschodzie. Jaka jest pańska ocena obecnej sytuacji w Iraku?

To była najgłupsza wojna odkąd cesarz August w 9 roku przed narodzeniem Chrystusa wysłał swoje legiony do Germanii i już nigdy ich nie zobaczył.

Kto nie wywiązał się z zadania? Amerykańscy generałowie?

Armia od początku była przeciwko tej interwencji. To George W. Bush podjął tę bezsensowną decyzję. Oraz tacy szaleńcy jak Donald Rumsfeld i Dick Cheney. To ci ludzie są odpowiedzialni za tę katastrofę i powinni za nią odpowiedzieć. W przypadku prezydenta Busha prawdopodobnie zagrał czynnik psychologiczny. Zgodnie z etosem swojego klanu chciał nie tylko dorównać ojcu, ale zrobić coś więcej niż on. Chciał okazać się lepszy niż Bush senior.

Nie ma jednak terytorium, którego nie dałoby się podbić.

Jeżeli popełniono jakieś błędy, to nie były to błędy natury czysto militarnej czy strategicznej. Samą kampanię przeprowadzono perfekcyjnie. Problem był raczej natury psychologicznej. Może gdyby podczas pierwszego tygodnia okupacji, gdy tylko zaczęto do nich strzelać, Amerykanie pokazaliby w zdecydowany sposób, kto tu rządzi, losy tej wojny potoczyłyby się inaczej. Oni tymczasem jeszcze zanim rozpoczęli wojnę, już za nią przepraszali.

Jak skończy się ta wojna?

Obawiam się, że blamażem. Drugim Wietnamem. To wszystko trwa za długo, jest za dużo poległych i w pewnym momencie Amerykanie pękną. Już teraz jeden z generałów alarmuje, że niedługo więcej żołnierzy będzie popełniać w Iraku samobójstwa, niż ginąć w walce. A gdy Amerykanie się wycofają, zapanuje chaos i kraj prawdopodobnie rozpadnie się na trzy części. Sunnicką, szyicką i kurdyjską.

Iran nie będzie próbował przejąć kontroli nad swoim sąsiadem?

Jak? Irańczycy nie mają sił lądowych, które umożliwiłyby im inwazję i utrzymanie tak wielkiego terytorium. Mogliby je co najwyżej zbombardować. Poza tym widzą, co tam się teraz dzieje. Jeżeli Stany Zjednoczone nie zdołały tam zaprowadzić porządku, to co dopiero oni. Nawet szyici nie zaakceptowaliby władzy Irańczyków, którzy są przecież nielubianymi przez Arabów Persami.

A jak pan widzi przyszły globalny układ sił. Czy Ameryka utrzyma swoją dominację?

Sytuacja zmierza raczej do innego rozwiązania. Liczyć będzie się pięć supermocarstw: Stany Zjednoczone (jeszcze przez długi czas najpotężniejsze), zjednoczona Europa, Chiny, Indie i najsłabsza w tym towarzystwie Rosja. Rosja jest okrążona przez Europę, państwa arabskie i Chiny i ma gigantyczny spadek populacji. Nie ma średniego przemysłu i żyje z eksportu surowców. To taka wielka Arabia Saudyjska. Myślę, iż Rosjanie szybko wypadną z gry. Świat będzie niedługo przypominać Europę sprzed I wojny światowej. Koncert mocarstw. Z jedną różnicą: broń nuklearna.

Martin van Creveld

urodził się w 1946 roku w Holandii, ale jego rodzina wkrótce wyemigrowała do Izraela. Studiował w Londynie i Jerozolimie, gdzie przez wiele lat pracował na Uniwersytecie Hebrajskim. Napisał kilkanaście książek na temat historii wojskowości, strategii i taktyki, stając się jednym z najwybitniejszych specjalistów w tych dziedzinach na świecie. Wykładał w najbardziej prestiżowych wojskowych uczelniach zachodniego świata na czele z U. S. Naval War College. Doradzał izraelskiemu rządowi i wojsku.

Źródło : Rzeczpospolita: Dać Iranowi atom
Piotr Zychowicz 24-05-2008

Zwiazki Zawodowe terroryzują Polskę

Zgodnie z prawem firmy pokrywają koszty związkowych etatów i udostępniają pomieszczenia. W rzeczywistości jednak prawa związkowców są dużo szersze – w wielu firmach regulują je bowiem dodatkowe umowy – np. społeczne, od kilku lat powszechne m.in. w energetyce, górnictwie i sektorze paliwowym. Negocjowane za rządów SLD i PiS dokumenty przewidują m.in., że spółki muszą pokrywać wydatki na prawników i organizację negocjacji.

Kwoty te nie są małe. Z poufnych dokumentów jednego z koncernów energetycznych, do których dotarła “Rz”, wynika, że każda runda negocjacji ze związkami nt. restrukturyzacji kosztowała od 40 do 75 tys. zł. Trzydniowe rozmowy toczono bowiem w wynajętym na ten cel hotelu. Firma płaciła też faktury za usługi prawników wynajętych przez związkowców – blisko 190 tys. zł rocznie.

W sumie roczne wydatki na utrzymanie związków w owej firmie sięgnęły w 2007 roku 3 mln zł, co w jej przypadku daje 245 zł na zatrudnionego. Gdyby ten wskaźnik odnieść do zatrudnienia w państwowych firmach figurujących na Liście 500 “Rz”, otrzymalibyśmy kwotę 110 mln zł rocznie.

To jednak bardzo ostrożne szacunki – poziom tzw. uzwiązkowienia w poszczególnych branżach się różni. Do najwyższych należy w górnictwie – na utrzymanie związków w trzech największych spółkach węglowych wydaje się rocznie ponad 40 mln zł (czyli 377 zł na zatrudnionego). Dla porównania – to połowa kosztu budowy nowoczesnego taśmociągu w kopalni.

Około 90 proc. kosztów związkowych stanowią pensje, i to niemałe. – Oddelegowany dostaje trzykrotność średniej pensji ze stanowiska, które zajmował przed pracą w związku – tłumaczy Madej. Związkowcy mają też inne przywileje, np. szef górniczej “S” Dominik Kolorz, który codziennie korzysta ze służbowego auta z kierowcą. – Nie mam prawa jazdy – tłumaczy związkowiec. W KGHM zatrudniającym 17,5 tys. osób, działa ponad 40 zakładowych organizacji związkowych. Z nieoficjalnych szacunków sprzed kilku lat wynika, że koszty wynagrodzeń i utrzymania infrastruktury związkowej w koncernie mogą sięgać nawet ok. 10 mln zł (588 zł na osobę).

Czy wydatki na związki zawodowe muszą być tak duże? Żeby je ograniczyć, rząd musiałby zmienić kilka ustaw, m.in. ustawę o związkach zawodowych, radach pracowniczych czy komercjalizacji i prywatyzacji. Najwięcej jednak zależy od samych pracodawców. – Płacimy za przychylność – mówią pracodawcy.

Źródło : Rzeczpospolita: Niebezpieczne związki
Agnieszka Łakoma, Karolina Baca 15-04-2008

Nowa Zimna Wojna

Po gorbaczowowskich „błędach” i jelcynowskiej „dekadzie smuty” prezydent Putin chce przekazać swojemu następcy Rosję silną i wielką. Stąd kurs na zaostrzenie konfrontacji z Zachodem – pisze ekspert w dziedzinie obrony

prezydent Włodzimierz Putin - twardziel

Rosja oddała kolejną salwę w strategicznej ofensywie informacyjnej wymierzonej w opinię publiczną Zachodu. Szef Sztabu Generalnego generał Bałujewski uznał za stosowne postraszyć świat rosyjską doktryną nuklearną. Rosja od czasu wystąpienia Władimira Putina na konferencji w Monachium wyraźnie nasila konfrontację informacyjną z Zachodem. Być może nawet wkracza na neozimnowojenną ścieżkę. Dlaczego to czyni? Czy idzie jej o własne bezpieczeństwo, które z zewnątrz nie jest zagrożone? Czy może o najbardziej nagłośnioną tarczę antyrakietową, która przeciw Rosji nie jest skierowana, bo przeciw niej nie może być skuteczna?

Ambicje Włodzimierza Odnowiciela

Moim zdaniem idzie o coś więcej – o ugruntowanie strategicznej roli Rosji na arenie międzynarodowej. A przynajmniej o wyrobienie takiego przeświadczenia w samych Rosjanach.

Władze Rosji uważają, że właśnie teraz nadszedł decydujący moment odzyskiwania przez nią pozycji mocarstwa światowego, że rozpoczęła finisz w tym strategicznym biegu. Po gorbaczowowskich „błędach” i jelcynowskiej „dekadzie smuty” prezydent Putin chce widać przekazać swojemu następcy Rosję silną i wielką. Chce przejść do historii jako Włodzimierz Odnowiciel.

Może to mu się udać, jeśli w atmosferze odnowionej zimnej wojny wygra narzuconą przez siebie Zachodowi wojnę informacyjną. A jest ku temu dobry moment, bo Zachód jest dzisiaj osłabiony: Stany Zjednoczone – wojną z terroryzmem, zwłaszcza interwencją w Iraku, Unia Europejska – „bólami porodowymi” nowej wizji integracyjnej.

Ponadto wojna informacyjna jest dla Rosji najlepszym polem starcia z Zachodem. W demokratycznych systemach państw zachodnich opinia publiczna staje się coraz istotniejszym graczem strategicznym. Władza jest mocno od niej uzależniona. I to nie tylko w okresach wyborczych, ale na co dzień (wrażliwość na sondaże). Przez wpływanie na opinię publiczną można więc łatwo sterować zachowaniem tych państw.

Z tego punktu widzenia Rosja jest odporniejsza, można rzec – opancerzona. Nie tylko jej opinia publiczna jest bardziej odizolowana od informacji z zewnątrz i mniej na nie podatna, ale dodatkowo władze rosyjskie w o wiele mniejszym stopniu niż na Zachodzie muszą się liczyć z głosem własnej opinii publicznej. Rosja dostrzegła swoją przewagę na informacyjnym polu bitwy – stara się przenosić nań wszelkie problemy w relacjach z Zachodem i tam je rozstrzygać. Widzi w tym sporą szansę, której nie chce przegapić.

Straszenie Zachodu

Propagandowo Kreml sięga zatem po najsilniejsze ładunki. Na przykład po informację o wycelowaniu swoich rakiet strategicznych w państwa Zachodu. W rzeczywistości to, w którą stronę są one wycelowane, nie ma znaczenia. Ich błyskawiczne przecelowanie nie stanowi bowiem żadnego problemu. Ale psychologicznie, dla opinii publicznej i elektoratu wyborczego na Zachodzie – ma znaczenie. I to bardzo istotne.

Wyrazem takiego postępowania jest także ostentacyjne zawieszenie respektowania ograniczeń traktatu o siłach konwencjonalnych w Europie CFE. To wyraźnie ruch obliczony na wywołanie niepokoju w Europie Zachodniej. Tym skuteczniejszy, że rzeczywiście narusza on delikatną tkankę bezpieczeństwa opartą na mozolnie budowanych środkach zaufania. Rosja grozi wyrzuceniem ich na śmietnik.

A idzie tu o takie środki, jak: wzajemne informowanie się o potencjałach militarnych (ich wielkości i dyslokacji), utrzymywanie sił zbrojnych poniżej uzgodnionych limitów, dyslokowanie wojsk z uwzględnieniem zasady ich „rozrzedzenia”, wzajemne przyjmowanie inspekcji innych państw w miejscach dyslokacji sił zbrojnych. Jeśli te reguły przestaną dotyczyć największego potencjału wojskowego w Europie, to w ogóle przestaną mieć jakikolwiek sens.

Rosja zapowiada zatem cofnięcie bezpieczeństwa europejskiego o całe pokolenie. W tym kontekście należy postrzegać postraszenie zachodniej opinii publicznej przez szefa Sztabu Generalnego, gen. Bałujewskiego, rosyjską doktryną nuklearną.

Wojna ery informacyjnej

Szczególnie wymownym przykładem renesansu „zimnowojennej kultury strategicznej” w Rosji były publiczne wypowiedzi i oceny rosyjskich ekspertów dotyczące ewentualnej wojny rosyjsko-amerykańskiej. Na łamach „Komsomolskiej Prawdy” nakreślili oni wizję iście zimnowojennej kulminacji sporu politycznego dwóch mocarstw nuklearnych w postaci ich bezpośredniego starcia militarnego. Miałoby się ono rozpocząć oczywiście agresją Ameryki na Rosję, a następnie przebiegać według znanych z XX wieku wzorców wojen światowych (zmasowane uderzenia ogniowe, inwazja lądowa na dużą skalę, okupacja).

Oczywiście nie można zupełnie wykluczyć, że trwający dziś konflikt USA – Rosja może w przyszłości przyjąć w skrajnej postaci formę wojny. Ale byłaby to już zapewne wojna nowego typu, wojna ery informacyjnej. Zupełnie inna niż klasyczne starcie militarne według prawideł Clausewitza. Rządziłyby nią raczej reguły starochińskiego filozofa wojen Sun-Tzy, zgodnie z którymi bezpośrednie użycie siły militarnej (hard-power) jest jednym z ostatnich sposobów, do jakich ucieka się w razie braku możliwości uzyskania rozstrzygnięcia mniej ryzykownymi środkami (soft-power).

Wojna ery informacyjnej w punkcie kulminacyjnym mogłaby obejmować m.in. operacje propagandowe (w tym akcje „czarnej propagandy”) ukierunkowane na opinię publiczną przeciwnika i własną, dezinformowanie i destrukcję systemów informacyjnych przeciwnika (cyberwojna), maskowanie i ochronę własnych systemów i operacji informacyjnych, izolację dyplomatyczną, sankcje ekonomiczne, w tym użycie broni energetycznej, pośrednie wykorzystywanie na dużą skalę nielegalnych organizacji pozapaństwowych (przestępczych, terrorystycznych), blokady wojskowe, operacje dywersyjne sił specjalnych (skryte zamachy, niszczenie zasobów materialnych i infrastruktury). Bezpośrednie działania zbrojne pełniłyby rolę pomocniczą w stosunku do działań informacyjnych, specjalnych i gospodarczych.

Wizja totalnego starcia zbrojnego, w tym nuklearnego, nadaje się natomiast jako dobry do szantażowania „ładunek strachu” w operacjach informacyjnych. I najprawdopodobniej taką właśnie rolę w istocie mogą spełniać owe wizje rosyjskich ekspertów.

Szkoda czasu

Wydaje się jednak, że rosyjski kurs na renesans zimnej wojny, obliczony na zaostrzenie konfrontacji z Zachodem i prowokowanie strategicznej kulminacji w wojnie informacyjnej, na dłuższą metę jest działaniem przeciwskutecznym, i to z punktu widzenia samej Rosji. Nie wydaje się, aby miała ona szansę na wygranie takiej kulminacji. Jej obecne zachowanie prowadzi bowiem do konsolidacji Zachodu w obliczu neozimnowojennej postawy Rosji.

Chociaż prezydent Putin zapewne osiągnie swój cel krótkofalowy – czyli dla dzisiejszych Rosjan stanie się Włodzimierzem Odnowicielem, to w długiej perspektywie tylko opóźni i tak nieuchronny marsz Rosji na strategiczne zbliżenie z Zachodem.

Szkoda straconego czasu. Szkoda dla Rosji, ale szkoda także dla świata.

Autor jest generałem w stanie spoczynku, profesorem zwyczajnym na Wydziale Strategiczno-Obronnym Akademii Obrony Narodowej. Był wiceministrem w MON
Źródło : Rzeczpospolita: Zimna wojna: reaktywacja?
Stanisław Koziej 28-01-2008

Koszt wojny w Iraku i Afganistanie

Źródło: Rzeczpospolita: Wojna kosztuje biliony dolarów
Piotr Gillert 14-11-2007, ostatnia aktualizacja 14-11-2007 19:21

Wielkie kredyty, zaniechanie inwestycji, konieczność opieki nad tysiącami kombatantów, wahania na rynku ropy – to dodatkowe koszty wojen w Iraku i Afganistanie - pisze nasz korespondent w Waszyngtonie

Najnowszy raport na temat ceny prowadzenia przez USA wojny z terrorem zawiera gigantyczne liczby. - Pełny koszt wojny dla naszej gospodarki wyraża się w sposób, o którym obecna administracja nigdy nie mówi: finansujemy ją z pożyczonych pieniędzy - oświadczył przywódca demokratów w Senacie Harry Reid.

Od 2002 roku z budżetu wydano lub zaaprobowano do wydania do końca września przyszłego roku ponad 800 mld dolarów na obie wojny. Zdaniem demokratów do tej liczby należałoby doliczyć odsetki od kredytów zaciągniętych w tym celu przez rząd, koszt zaniechanych z powodu wojen inwestycji, długoterminowe wydatki na opiekę nad tysiącami kombatantów i koszty wywołanych konfliktem zaburzeń na rynku ropy.

Gdy wziąć wszystkie te czynniki pod uwagę, wydatki wojenne zdaniem demokratów okazałyby się dwukrotnie wyższe, a w najbliższej dekadzie mogłyby wzrosnąć nawet do 3,5 bln dolarów.

Publikacja raportu demokratów zbiega się w czasie z kolejnym starciem między zdominowanym przez nich Kongresem i prezydentem Bushem. Administracja oczekuje na jak najszybsze zatwierdzenie dodatkowych funduszy wojennych (50 mld dolarów). Tymczasem demokraci zapowiedzieli, że zatwierdzą je tylko pod warunkiem, że rząd natychmiast rozpocznie redukcję liczebności wojsk w Iraku i zapowie pełne wycofanie do połowy grudnia 2008 roku.

Debata ta wpisuje się w trwającą obecnie prezydencką kampanię wyborczą. Demokraci próbują wykorzystać niepopularność ciągnącej się wojny w walce z republikanami. Wytykają więc republikańskiej administracji m. in., że pompuje miliardy dolarów do Iraku, a oszczędza na własnych obywatelach. We wtorek prezydent zablokował środki budżetowe dla departamentów Edukacji, Zdrowia i Pracy, bo uznał, że Kongres przeznaczył dla nich o 10 mld dolarów za dużo.

- Zdaniem Busha za dużo wydajemy na amerykańskich uczniów, na opiekę zdrowotną nad dziećmi, na istotne dla społeczności lokalnych inwestycje. A tymczasem wysyłamy kolejne 200 mld dolarów do Bagdadu i Kabulu - grzmi demokratyczny kongresmen Steny Ho-yer.

Pragnąc uzmysłowić przeciętnemu wyborcy, o jaki ciężar chodzi, demokraci obliczyli dotychczasowy realny koszt obu wojen przypadający na statystyczną amerykańską rodzinę. Według ich analiz sięgnął już 20 tys. dolarów.

Obecność żołnierzy w Iraku i Afganistanie kosztowała już amerykańskich podatników mniej więcej tyle (z uwzględnieniem inflacji) co katastrofalna wojna w Wietnamie. Gospodarka USA, z PKB w wysokości ponad 13 bln dolarów rocznie, jest znacznie bogatsza niż wtedy, dlatego zdaniem wielu ekspertów społeczeństwo nie odczuwa ciężaru konfliktu na Bliskim Wschodzie. Dla porównania: bez ukrytych kosztów druga wojna światowa pochłonęła około 30 procent amerykańskiego PKB, wojna koreańska w latach 50. około 14 procent, a wietnamska - 9 procent. Wydatki na prowadzone obecnie wojny przekraczają 1 procent PKB.

Innym istotnym czynnikiem jest „koszt w ludziach“. Już wiadomo, że mijający rok będzie rekordowy pod względem liczby ofiar armii amerykańskiej w Iraku. Do 7 listopada zginęło tam 854 amerykańskich żołnierzy, a od rozpoczęcia wojny - prawie 3900. Straty te są jednak nieporównywalnie mniejsze niż w Korei czy Wietnamie.

Autonomia Palestyńska a Chrześcijanie

Źródło: Rzeczpospolita: Chrześcijanie giną w Gazie
08.10.2007

Islamscy radykałowie porwali i zamordowali znanego chrześcijańskiego działacza. Wyznawcy Chrystusa nie mają co liczyć na pomoc ze strony kontrolującego Strefę Hamasu

Szef największej chrześcijańskiej księgarni w Strefie Gazy został brutalnie zamordowany. Ciało porwanego kilka dni wcześniej Ramiego Ajada znaleziono porzucone na polu w pobliżu miejscowości Zeitun. Według świadków było w wyjątkowo drastyczny sposób pokiereszowane. Chrześcijanin zginął odciosu nożem.

Jak poinformowała jego rodzina, Ajad od dłuższego czasu dostawał pogróżki od radykalnych muzułmanów. Grozili mu śmiercią, oskarżając o działalność misjonarską. Jego księgarnia stała się zaś celem ataków. Kilka miesięcy temu islamiści podłożyli pod nią nawet silny ładunek wybuchowy. Lokal został niemal doszczętnie zniszczony. Tylko cudem nikomu nic się nie stało.

W zamieszkanej przez około 1,5 mln ludzi Strefie Gazy jest zaledwie 2,3 tys. chrześcijan. Przedstawiciele tej społeczności są przerażeni. Od kilku miesięcy, gdy kontrolę nad Strefą przejął ekstremistyczny Hamas, akty przemocy wymierzone w wyznawców Chrystusa są tam bowiem na porządku dziennym.

Dwa tygodnie temu wmieście Gazazamaskowani islamiści wtargnęli do mieszkania sędziwej chrześcijanki. Kobieta -nazwana przez nich niewierną -została brutalnie pobita i okradziona. Kilka miesięcy wcześniej radykałowie zdemolowali chrześcijańską szkołę i sprofanowali kaplicę. Połamano znajdujące się w niej krzyże, spalono wszystkie egzemplarze Biblii i zniszczono meble. Straty wyniosły około pół miliona dolarów. Wcześniej jeden z kościołów został obrzucony granatami w reakcji na słynny, krytyczny wobec islamu, wykład Benedykta XVI w Ratyzbonie.

Po tych wydarzeniach chrześcijanie ze Strefy Gazy apelowali do społeczności międzynarodowej, żeby wzięła ich w obronę przed radykałami. Bezskutecznie. Wydarzenia te nie wywołały również specjalnego zainteresowania światowej prasy i licznych organizacji zajmujących się obroną praw człowieka.

Wyznawcy Chrystusa ze Strefy Gazy nie mają złudzeń, że sprawujący tam funkcje policyjne bojówkarze islamskiego Hamasu zapewnią im bezpieczeństwo. Wprost przeciwnie -uważają, że nowe władze zachęcają do podobnych ataków. Przywódca wojskowego skrzydła tej organizacji, Szejk Abu Saker, wystosował niedawno do chrześcijan ostre ultimatum.

- Jeżeli chcecie żyć w pokoju, musicie zaakceptować islamski porządek -powiedział szejk cytowany przez izraelski dziennik “Jedijot Achronot”. Podkreślił, że chrześcijanom nie wolno już pić alkoholu, a chrześcijanki nie mogą wychodzić na ulicę bez chust przykrywających włosy. Jeżeli ktoś zostanie zaś przyłapany na działalności misjonarskiej, “zostanie potraktowany bardzo surowo”.

- Natychmiast musi zostać wstrzymana działalność chrześcijańskich kafejek internetowych i barów. Jeżeli tak się nie stanie, ostro je zaatakujemy - powiedział Abu Saker i dodał, że jego ludzie “blisko przyjrzą” się wszystkim chrześcijańskim instytucjom w Gazie, których “i tak jest za dużo”.
p.z.

Waleczny jak francuz

Francuzi nie chcieli walczyć i ginąć za Gdańsk. Przekonaj się dlaczego. Obejrzyj.

Karykatury Mahometa w Szwecji

Źródło: Rzeczpospolita: Al Kaida grozi Szwedom
17.09.2007

100 tysięcy dolarów za głowę autora karykatury Mahometa, 50 tysięcy za głowę naczelnego gazety, która je wydrukowała, proponuje al Kaida

-Wzywamy do zabójstwa rysownika Larsa Vilksa, który ośmielił się obrazić naszego proroka - ogłosiła al Kaida w półgodzinnym komunikacie wygłoszonym przez jej irackiego przywódcę Abu Omara al Bagdadi. Za głowę Szweda wyznaczyła nagrodę 100 tysięcy dolarów. Chyba że ktoś “zarżnie Vilksa jak jagnię” - zapowiedziała. Wtedy nagroda ma być wyższa -150 tysięcy dolarów. Trochę taniej - na 50 tysięcy dolarów - al Kaida wyceniła głowę redaktora naczelnego gazety “Nerikes Allehanda”Ulfa Johanssona, który 18 sierpnia zgodził się opublikować karykaturę -głowę Mahometa na ciele psa.

Publikacja wywoła oburzenie w islamskim świecie. Ostre protesty pojawiły się w Iranie, Pakistanie i Afganistanie. Wtedy szwedzkie MSZ postanowiło wyrazić skruchę. Ale to nie wystarczyło. - Szwedzki rząd powinien przeprosić. W przeciwnym razie iracka al Kaida zaatakuje jej gospodarkę i takie gigantyczne firmy jak Ericsson, Volvo, Ikea, Scania - grzmiał podczas weekendu Abu Omar al Bagdadi. Rząd nie przeprosił. Premier zdystansował się wczoraj od całej afery, podkreślając zarazem, że w Szwecji panuje wolność opinii.

Wobec gróźb ze strony al Kaidy podwyższono stan bezpieczeństwa w największych szwedzkich firmach. Te, którym grożono, ostrzegają pracowników. Ericsson prosił zatrudnionych na Bliskim Wschodzie, by nie eksponowali logo na ubraniach i aby uważali, gdzie parkują samochody.

Ofiarą reakcji na satyryczne rysunki padło nawet dzieło sztuki Larsa Vilksa: drewniana rzeźba psa na rondzie w Trelleborgu, na południu kraju. Siedmiometrową rzeźbę podpalono już trzy razy, choć nie obrazowała proroka i nie miała z jego postacią nic wspólnego.

- To irracjonalne. Absolutnie nie zaakceptujemy gróźb i prób zamachu na wolność wypowiedzi panującą w naszym kraju -mówi “Rz” wiceszef redakcji zagranicznej szwedzkiej telewizji Ingrid Thörnqvist. -Musimy mieć szacunek do tego, wco oni wierzą, ale muzułmanie też muszą respektować naszą wolność słowa.

Z podobnymi wydarzeniami Europa miała do czynienia na przełomie 2005 i 2006 roku po opublikowaniu tuzina karykatur Mahometa przez duński dziennik “Jyllands-Posten”. Do protestów wezwał wzywali duchowni i politycy islamscy. Tłumy podpalały duńskie placówki dyplomatyczne w Syrii i Libanie. Duńskie towary bojkotowano od Turcji po Arabię Saudyjską. Władze dziennika przeprosiły muzułmanów w styczniu 2006 r.
ANNA NOWACKA-ISAKSSON ze Sztokholmu, k. z., afp

————————

Źródło: Rzeczpospolita: Nie żałuję, że narysowałem proroka
17.09.2007

Rz: Jak zareagował pan na groźby al Kaidy i wyznaczenie nagrody 150 tysięcy dolarów dla tego, kto zarżnie pana jak jagnię?

Lars Vilks, szwedzki artysta, autor kontrowersyjnych karykatur : - Dowiedziałem się o groźbach z mediów i przyjąłem to bardzo spokojnie. Będę miał ochronę policji bezpieczeństwa Säpo, kiedy tylko przylecę z Frankfurtu nad Menem do Sztokholmu. Ochrona policji wpływa oczywiście na moją swobodę poruszania się po kraju. Jednak za każdym razem trzeba oceniać czynnik ryzyka od nowa. Nie można się dać ponieść paranoi. Mój przypadek to nie fatwa rzucona przez ajatollaha Chomeiniego na Salmana Rushdiego. Grozi mi bowiem niewielka grupa muzułmanów. Większość muzułmanów w Szwecji od tego postępowania się odcina, nawet ci najbardziej agresywni. Nie boję się. I nie żałuję, że narysowałem proroka.

Rzecznik premiera Szwecji nie chciał komentować gróźb islamistów, mówiąc, że “to sprawa policji, a nie kwestia polityczna”. Czy nie zaskoczyła pana postawa rządu szwedzkiego?

Przyznaję, że to trochę dziwne. Ostatnie działania i wypowiedzi islamistów należy potępić, wyrazić dezaprobatę. Co innego bowiem, gdy głoszą, że są urażeni, a zupełnie co innego, gdy wygłaszają groźby. Nawet w kryzysowej sytuacji powinno się oddzielać politykę od religii i działać racjonalnie. Nie spodziewałem się, że sprawy posuną się aż tak daleko i że dojdzie do takich gróźb.

Czy rysując psa z głową Mahometa, był pan świadomy, że pies w świecie muzułmańskim oznacza coś najbardziej nieczystego i porównanie z tym zwierzęciem uznawane jest za największą zniewagę? Co chciał pan osiągnąć?

Chciałem wywołać debatę nad wolnością wypowiedzi, pokazać, że nie da się jej negować. Problem jednak polega na tym, że islam nie dostosowuje się do z sekularyzowanego świata i czyni z religii kwestię wagi państwowej. Inne religie spory tego rodzaju mają już za sobą. Polska jest, niestety, pod tym względem parę lat do tyłu. Dorota Nieznalska została skazana na ograniczenie wolności i prace społeczne za stworzenie instalacji, która obrażała uczucia religijne [wyrok został uchylony przez sąd wyższej instancji - przyp. red.].

Karykatury z motywami chrześcijańskimi i krytyka religii są w naszej tradycji przyjęte. Kiedy narysowałem Jezusa jako słonia, muzułmanin napisał mi w blogu, że nie widział nic gorszego od takiej karykatury. Pewien pastor zaś ocenił, że słoń był “słodki”. W Szwecji odbyła się też ekspozycja Elisabeth Ohlson “Ecce homo”, która przedstawiała Jezusa w otoczeniu transwestytów i homoseksualistów. Ekspozycję poparł nasz arcybiskup, wystawiając fotografie w katedrze w Uppsali.

Sądzę, że muzułmanie kiedyś zrozumieją, iż religia to sfera prywatna i nauczą się oddzielać ją od spraw publicznych. By ten proces wspomóc, potrzebne jest obrażanie islamu. W końcu muzułmanie się do tego przyzwyczają. Znormalizowanie krytyki to tylko kwestia czasu.

Zanim pojawiły się groźby al Kaidy, oburzeni ambasadorowie państw muzułmańskich w Szwecji zaproponowali utworzenie w pana kraju parlamentarnej komisji do spraw islamofobii, by chronić muzułmanów przed znieważaniem proroka Mahometa.

To świadczy o tym, jak nieproporcjonalne do wydarzeń mogą być ich reakcje. I że posuwają się oni nawet do wtrącania w sprawy wewnętrzne innych państw.

Jak zareagowali pana koledzy artyści na prowokację z Mahometem jako psem?

Rysując proroka, zrobiłem rzecz niepoprawną politycznie. Tymczasem w świecie artystycznym Szwecji panuje tradycja przekonań lewicowych. Wyznawców islamu traktuje się jako wrogów wroga, czyli Stanów Zjednoczonych. Ponieważ polityka ma pewne znaczenie w sztuce, darzy się muzułmanów przez to nieco większą sympatią. Większość artystów albo jest negatywnie nastawiona do moich karykatur, albo przyjęła pozycję wyczekującą i milczała.
rozmawiała Anna Nowacka-Isaksson

Icchak Arad - komunistyczny zbrodniarz wojenny?

Źródło: Rzeczpospolita: Bohater czy zabójca
11.09.2007

Czy wieloletni szef instytutu Yad Vashem jest komunistycznym zbrodniarzem wojennym? Litewska prokuratura ma co do jego osoby poważne podejrzenia

Icchak Arad jest jednym z najbardziej szanowanych historyków Holokaustu. Autor wielu książek, świadek na procesach niemieckich zbrodniarzy, w latach 1972 - 1993 szef instytutu Yad Vashem. W dodatku osoba, która ocalała z Holokaustu, bohaterski partyzant, wreszcie izraelski generał.

Nic dziwnego, że wniosek litewskiej prokuratury, która zwróciła się do izraelskiego rządu o umożliwienie jej przesłuchania Arada, wywołał w Izraelu burzę. Litwini rozważają, czy nie wszcząć przeciwko niemu postępowania w sprawie udziału w zbrodniach wojennych.

Historyczny rewizjonizm?

- To wyjątkowo rażący, destrukcyjny przykład historycznego rewizjonizmu. Każdy uczciwy człowiek i instytucja, na czele z naszym instytutem, musi przeciwko temu ostro zaprotestować - mówi “Rz” rzeczniczka Yad Vashem. Oburzony jest również izraelski rząd. - Na razie nie komentujemy tej sprawy - odpowiada “Rz” Edward Szapiro z izraelskiego MSZ. Nieoficjalnie wiadomo jednak, że władze uważają litewski wniosek za skandaliczny.

Jakie podejrzenia ciążą na urodzonym w Święcianach w pobliżu Wilna izraelskim historyku?

- Nasi prokuratorzy pozyskali dane wskazujące, że służąc w sowieckiej partyzantce działającej podczas II wojny światowej na terenie Wileńszczyzny, Arad mógł brać udział w represjach wymierzonych w cywilów, litewskich partyzantów i jeńców -powiedziała “Rz” Aurelija Juodyte, rzeczniczka litewskiej Prokuratury Generalnej. - O konkretnych zarzutach będzie można mówić dopiero po przesłuchaniu - dodaje.

Arad nie zamierza jechać na Litwę. Stanowczo odrzuca oskarżenia. Tymczasem sprawą być może powinien zainteresować się również polski wymiar sprawiedliwości. Jeden z oddziałów, w których służył Arad, mordował bowiem żołnierzy AK.

Chodzi o cieszącą się ponurą sławą brygadę pułkownika Fiodora Markowa. - Ten oddział, podobnie jak inne sowieckie grupy partyzanckie, zamiast walczyć z Niemcami, skupiał się na rozpracowywaniu i niszczeniu polskiego, litewskiego i białoruskiego podziemia - mówi “Rz” dr Kazimierz Krajewski z IPN.

Zabójstwo “Kmicica”

26 sierpnia 1943 roku Markow zaprosił na rozmowy miejscowego dowódcę AK porucznika Stanisława Burzyńskiego “Kmicica”. Polski oficer został aresztowany, a Sowieci otoczyli i rozbroili pozbawionych dowódcy Polaków.

NKWD wybrało około 50 “najgroźniejszych polskich faszystów” (w tym “Kmicica”). Zostali zabici. - Później oddział wymordował jeszcze kilkudziesięciu akowców. W sumie ludzie Markowa mają na koncie śmierć około 80 polskich żołnierzy - podkreśla Krajewski. - Do tego dochodzą liczne zabójstwa cywilów i grabieże.

W to, że Arad brał udział w masakrach, nie wierzy długoletni pracownik Yad Vashem, prof. Israel Gutman. - Znam go doskonale. To nie jest człowiek, który mógłby kogoś zamordować - zapewnia “Rz”. Według niego cywile zabici przez oddział Arada byli kolaborantami. -Litwini wyciągają takie sprawy, żeby zrównać cierpienia, których doznali od Sowietów, z Holokaustem -dodaje.

Innego zdania jest izraelski historyk prof. Dow Lewin, który również służył w sowieckiej partyzantce na Wileńszczyźnie. - Przyłączyliśmy się do Sowietów, bo tylko oni nas chcieli -mówi “Rz”. - Czy zdarzały się zabójstwa cywilów? Zdarzały się, ale pamiętajmy, że to była straszliwa, brudna wojna. Wszystkie strony były bardzo brutalne -podkreśla Lewin, który uważa, że wyciąganie tej sprawy po latach jest niepotrzebne.
PIOTR ZYCHOWICZ, współpraca r. mic.

——————————–
ROZMOWA z Icchak Arad

Rz: Mordował pan cywilów?

Icchak Arad : - Co za bzdura! Stawiane mi zarzuty są po prostu oburzające. Nigdy nie zabiłem żadnego cywila. Coś takiego mogło się zdarzyć w walce, ale żebym miał zastrzelić z zimną krwią cywila albo jeńca - nigdy. Raz tylko wziąłem do niewoli kilku Litwinów. Zwolniliśmy ich później wszystkich, oprócz jednego. Okazał się on bowiem policjantem, jeszcze przedwojennym. Pamiętam, że rozstrzelaliśmy go z rozkazu dowództwa. Ale to nie ja nacisnąłem na spust.

Czyli sowieckie oddziały, w których pan walczył, nie prowadziły działań wymierzonych w cywilów?

Powtarzam: nigdy nie zabiłem żadnego cywila. Wiem, że spore kontrowersje wzbudza to, że zabieraliśmy chłopom jedzenie i inne rzeczy potrzebne nam do przeżycia w lesie. Faktycznie, czasami dochodziło do grabieży. Proszę jednak pamiętać, że wojna partyzancka na tamtych terenach była wyjątkowo bezwzględna. Wasza Armia Krajowa zaopatrywała się w podobny sposób.

Walczył pan z oddziałami Armii Krajowej?

Faktycznie, w lesie toczyliśmy taką “małą wojnę” z polską partyzantką. Szczegóły po tylu latach zacierają mi się w pamięci. Raczej nie brałem bezpośredniego udziału w tych potyczkach z Polakami. Proszę jednak pamiętać, że wielu lokalnych dowódców Armii Krajowej zawierało wówczas taktyczne porozumienia z Wehrmachtem.

Jak więc pan wytłumaczy oskarżenia litewskiej prokuratury?

To bardzo proste. Od wielu lat jako historyk badam Holokaust na Litwie. Zasiadam nawet w specjalnej litewskiej komisji badającej nazistowskie zbrodnie, sporo na ten temat napisałem. Siłą rzeczy nie mogłem pominąć roli litewskich oddziałów kolaboranckich w mordowaniu Żydów. Opisałem szczegółowo wiele z dokonanych przez nich straszliwych zbrodni. Z tego powodu znienawidzili mnie spadkobiercy tych kolaborantów - wszelkiej maści litewscy nacjonaliści i radykałowie. Teraz, wysuwając podobne oskarżenia, chcą się na mnie zemścić i zdyskredytować.

Pojedzie pan na przesłuchanie do Wilna?

Nie, nie pojadę.

Dlaczego? Mógłby pan tam przedstawić dowody swojej niewinności, skompromitować oskarżycieli i oczyścić się z zarzutów.

Proszę pana, mam obecnie 81 lat. Litwini podczas drugiej wojny światowej wymordowali kilkudziesięciu członków mojej rodziny. Dziadków, wujów i wielu dalszych krewnych. Nie będę teraz tam jechał i się przed nimi tłumaczył, że nie jestem zbrodniarzem. Nie będę udowadniał, że nie jestem wielbłądem. Jeżeli chcą mnie skazać za te rzekome zbrodnie na cywilach, to niech skażą mnie również za to, że przeżyłem Holokaust i walczyłem z Niemcami.
rozmawiał Piotr Zychowicz

Cyberwojna - pierwsze potyczki - Chiny kontra USA

Źródło: Rzeczpospolita: Wirtualna trzecia wojna światowa
05.09.2007

Pomiędzy światowymi mocarstwami toczy się już prawdziwa cyberwojna. Chińscy hakerzy przypuścili niedawno zmasowany atak na komputery Pentagonu. Tylko dzięki szybkiej reakcji Amerykanów nie udało im się wykraść ściśle tajnych danych

Do ataku doszło w lipcu, ale sprawa wyszła na jaw dzięki wczorajszej publikacji “Financial Times”. Według gazety cybernetyczna inwazja zmusiła Departament Obrony do zawieszenia na tydzień działania części swojej sieci. Był to najpoważniejszy tego typu atak w historii Stanów Zjednoczonych.

Zdaniem przedstawicieli departamentu, z którymi rozmawiali dziennikarze, amerykański kontrwywiad nie ma żadnych wątpliwości, kim byli napastnicy. Ataku dokonali hakerzy chińskiej armii, którzy wcześniej przez kilka miesięcy starali się rozgryźć amerykańskie systemy zabezpieczeń.

-To dzikie, bezpodstawne oskarżenia. To myślenie charakterystyczne dla okresu zimnej wojny - powiedział wczoraj rzecznik chińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Jiang Ju. - Nasz rząd stanowczo potępia podobne praktyki, bo sam często pada ich ofiarą -podkreślił urzędnik.

Chińska droga na skróty

Takie wyjaśnienia wydają się jednak mało wiarygodne. Zaledwie tydzień wcześniej wyszło bowiem na jaw, że podobnego cyberataku chińska armia dokonała na rządowe komputery w Niemczech. Chińczycy wpuścili do nich groźne wirusy i usiłowali wykraść tajne informacje.

Chińskich hakerów najbardziej interesowały informacje dotyczące nowych technologii. - Oni idą na skróty. To, co Zachód wypracowywał przez pokolenia, Chińczycy chcą zdobyć jednym kliknięciem - mówił wówczas Johannes Schmalzl, szef Urzędu OchronyKonstytucji (kontrwywiad) Badenii-Wirtembergii.

Co Chińczykom udało się wykraść z amerykańskich komputerów? Na razie nie wiadomo. Amerykańscy eksperci starają się właśnie oszacować straty. Wydaje się jednak, że dzięki doskonałym zabezpieczeniom i podjętym błyskawicznie działaniom obronnym udało się zapobiec najgorszemu -Chińczycy nie dostali się do danych opatrzonych klauzulą “ściśle tajne”.

Dzwonek alarmowy

Amerykanie zapowiadają jednak wprowadzenie kolejnych, znacznie bardziej szczelnych, zabezpieczeń. - To dla nas dzwonek alarmowy. Musimy być bardziej agresywni - powiedział cytowany przez “Financial Times” przedstawiciel departamentu. Amerykanie podkreślają, że sprawę traktują niezwykle poważnie.

-Chińska armia pokazała, że potrafi dokonać ataku, który obezwładnia nasz system. Posiada możliwość pozwalającą jej w sytuacji konfliktu wyrządzić nam wielkie szkody - powiedział inny amerykański urzędnik. Eksperci podkreślają zaś, że podobne działania będą w przyszłości nieodzownym elementem kampanii wojennych.

Zdaniem dr. Malcolma Davisa, eksperta ds. przyszłej wojny z King’s College w Londynie “do trzech klasycznych teatrów działań wojennych? morza, ziemi i powietrza, dojdzie niedługo czwarty? cyberprzestrzeń”.

- Hakerzy będą działali jak komandosi poza linią wroga. W czasach, w których niemal wszystko jest kontrolowane przez komputery, cyberatak będzie mógł sparaliżować nieprzyjacielską armię - mówił w wywiadzie udzielonym “Rz” .O tym, jak może być to groźne, przekonała się niedawno Estonia. Podczas sporu z Rosją o usunięcie z centrum Tallina pomnika żołnierza Armii Czerwonej, rosyjscy rządowi hakerzy dokonali zmasowanego ataku na estońskie rządowe komputery. Zablokowane zostały także strony banków, partii politycznych i gazet. Straty, wynikłe z zakłócenia działalności tych instytucji, szacowano na miliony euro. Nie jest tajemnicą, że w wielu armiach świata działają specjalne oddziały hakerów. Mają je między innymi USA, Chiny oraz nieustannie atakowany przez hakerów Izrael.

Sprawa została bardzo poważnie potraktowana przez NATO. Niewykluczone, że w Tallinie powstanie specjalne centrum Sojuszu, którego zadaniem będzie odpieranie przyszłych cyberataków na jego członków.

PIOTR ZYCHOWICZ

Program Atomowy Iranu

Źródło: Rzeczpospolita: Tarcza nie ma żadnego związku z Iranem
19.07.2007

ROZMOWA z Hadi Faradżwand ambasadorem Iranu w Polsce

Rz: Amerykanie mówią, że chcą wybudować tarczę antyrakietową, żeby chronić siebie i Europejczyków między innymi przed Iranem. Czy Iran jest zagrożeniem dla Ameryki i Europy?

HADI FARADŻWAND: Pomysł tarczy nie jest nowy. To poprawiona wersja projektu, który pojawił się już za prezydenta Reagana. Za Clintona zaczęto ponownie o nim myśleć, a decyzja o realizacji to czasy Busha. Gdy projekt powstawał, nie było jeszcze mowy o zagrożeniu ze strony Iranu. Także teraz techniczna strona projektu wyraźnie wskazuje, że służy on osiągnięciu strategicznej przewagi nad innymi krajami, prawdopodobnie Rosją i Chinami. Iran nie ma rakiet, które mogłyby razić cele w Stanach Zjednoczonych czy w Europie. To, że Amerykanie wymieniają Iran w kontekście projektu tarczy antyrakietowej, jest po prostu posunięciem propagandowym.

Teraz Iran nie ma takich rakiet. Ale Amerykanom chodzi o przeciwstawienie się temu, co będzie zagrożeniem za 10 czy 15 lat.

Iran nie ma zamiaru pracować nad tego typu pociskami czy rakietami. Mówienie o zagrożeniu w przyszłości jest nieuzasadnione.

Część amerykańskiej tarczy antyrakietowej zapewne powstanie w Polsce. Jak to wpłynie na stosunki irańsko-polskie?

Sam fakt, że Polska decyduje się na budowę systemu obrony antyrakietowej, to jej wewnętrzna sprawa. Natomiast deklaracji politycznych, że tarcza jest wymierzona przeciw Iranowi, oczywiście byśmy sobie nie życzyli. Tym bardziej że władze Polski dobrze wiedzą, że tak naprawdę ten system nie służy przeciwstawieniu się zagrożeniu ze strony Iranu.

Mówi pan, że Iran nie stanowi zagrożenia dla żadnego państwa. Jednak prezydent Ahmadineżad zapowiada wymazanie z mapy Izraela. W mediach zachodnich pojawiają się też spekulacje, że Iran ma zamiar militarnie się zaangażować w sąsiednim Iraku.

Iran w ciągu ostatnich 200 lat nigdy na nikogo nie napadł. Słowa prezydenta zostały zinterpretowane z myślą o określonym efekcie propagandowym. Jeżeli zaś chodzi o Irak, to nasza polityka nie służy żadnym innym celom niż zapewnieniu pokoju. Najlepszy dowód to przyjęcie propozycji bezpośrednich rozmów z USA poświęconych dalszej stabilizacji w Iraku.

Jak naprawdę brzmiały słowa dotyczące Izraela?

Nie było żadnych wypowiedzi sugerujących, że Iran zamierza zniszczyć Izrael czy dokonać jakiejkolwiek agresji. Z drugiej strony żaden kraj nie może przyjąć okupacji jako podstawy swego istnienia. Jesteśmy zwolennikami demokratycznego rozwiązania problemu Izraela. Polegałoby to na tym, że wszyscy mieszkający tu od pokoleń - Żydzi, muzułmanie i chrześcijanie, a także Palestyńczycy, którzy są na wygnaniu - określiliby w referendum przyszłość tego terytorium i rodzaj rządów.

Przejdźmy do irańskiego programu atomowego. Ostatnio pojawiły się doniesienia, że Teheran jest skłonny do jego spowolnienia. Czy zaczyna się zgadzać z krytyką, że program nuklearny burzy spokój w świecie?

Program atomowy Iranu ma charakter pokojowy. Potwierdzała to wielokrotnie Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej. Iran, posiadając już pokojową energię jądrową, mógłby się przyczynić do rozwoju współpracy gospodarczej w regionie. I w rezultacie do zwiększenia stabilizacji. Iran zawsze współpracował z MAEA. Kwestia spowolnienia czy zatrzymania programu z zasady nie jest rozpatrywana.

Wcześniej inspektorzy MAEA nie byli dopuszczani do obiektów atomowych w Iranie, a plomby zakładane przez Agencję były zrywane. Program atomowy Iranu w ogóle jest tajemniczy. I pewnie stąd podejrzenia, że ma cele nie tylko pokojowe.

Nie mają one zupełnie pokrycia w faktach. Iran pozwalał inspektorom Agencji na dokonywanie inspekcji w każdym miejscu, w którym sobie życzyli. Dotyczy to również miejsc o charakterze militarnym. Nasz program nuklearny jest całkowicie pod kontrolą MAEA i Iran będzie kontynuował współpracę z tą instytucją w zakresie nadzoru nad programem.

Reprezentuje pan kraj, który Amerykanie zaliczyli do osi zła, kraj, który ma wizerunek fundamentalistycznego i zagrażającego światu. Czy dyplomaci z Iranu mają w związku z tym utrudnioną pracę, czują się izolowani?

Szczycę się, że jestem przedstawicielem wielkiego kraju. W żaden sposób nie jesteśmy izolowani. Takie postrzeganie Iranu wynika z tego, że USA tak nas przedstawiają. Ale Ameryka to nie jest cały świat. Mamy dobre stosunki z wieloma państwami, rozwija się nasza współpraca gospodarcza ze wszystkimi krajami, między innymi z państwami europejskimi. Ostatnio na przykład podpisaliśmy 30-miliardowy kontrakt na dostawę gazu do Austrii.
rozmawiał Jerzy Haszczyński

Następna strona »


Nowe artykuły na email

Kliknij poniższy link i zapisz się, a będziesz otrzymywał nowe artykuły na email:

ZAPISUJE SIĘ >>

 

lipiec 2008
P W Ś C P S N
« cze    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Statystyka

  • 289,490 odwiedzin