Archiwum kategorii 'Niemcy'



Euro 2012 a wzrost gospodarczy

Źródło: Rzeczpospolita: Bez impulsu dla gospodarki
11.06.2007

Wbrew oczekiwaniom ani drużyna piłkarska, ani gospodarka Niemiec nie zyskały specjalnie na ostatnich mistrzostwach świata w piłce nożnej

- Nadzieje na koniunkturalny impuls dla gospodarki były niestety całkiem przesadzone - informuje dziennik “Sűddeutsche Zeitung”, powołując się na raport specjalistów Niemieckiego Instytutu Gospodarczego (DIW). Według danych dziennika zagraniczni goście zostawili w Niemczech ok. 500 mln euro, czyli tylko połowę oczekiwanej kwoty, a w swych zakupach skoncentrowali się na piwie, jedzeniu i gadżetach. Aż 40 proc. sklepów zanotowało w czasie mundialu spadek obrotów, bo wielu ich stałych klientów unikało w tym czasie wypraw do centrów miast.

Markus Kurscheidt z Uniwersytetu w Bochum, współautor obszernej analizy o ekonomicznych efektach mundialu 2006 w Niemczech, ocenia, że Niemcy zarobili na mundialu nie więcej niż dwa mld euro. Dodatkowy wzrost gospodarczy liczy się w promilach. Kurscheidt przyznaje także, że zsumowanie wszystkich kosztów organizacji mistrzostw świata okazało się niemożliwe. Rząd przyznaje się zaledwie do wydatków na inwestycje nieprzekraczających 3 mld euro. Nie obejmują jednak wielu pozycji, jak modernizacja dworców kolejowych czy ogromnych kosztów związanych z zapewnieniem bezpieczeństwa.

Z analiz DIW wynika także, że zdecydowana większość turystów goszczących w czasie mundialu i tak miała zamiar odwiedzić Niemcy w roku ubiegłym. Podobne zjawisko zaobserwowano w czasie mistrzostw Europy w Grecji i Portugalii. Dodatkowe przychody z piłkarskiej turystyki okazały się w tych krajach niewiele większe.

W sumie niemieccy eksperci są mundialem rozczarowani. Wzrosło nieco zatrudnienie, jednak jedynie w okresie mistrzostw. Według danych “Sűddeutsche Zeitung” dzięki mundialowi powstało ok. 10 - 50 tys. nowych miejsc, co - jak ocenia dziennik - przy ponad czteromilionowym niemieckim bezrobociu nie jest godną wzmianki korzyścią. Co więcej, nie zanotowano żadnych znaczących efektów w postaci wzrostu obrotów handlu detalicznego. Okazało się też, że prognozy rządu przedstawiane przed mistrzostwami były całkowicie przesadzone.
PIOTR JENDROSZCZYK z Berlina

Dyskryminacja Opus Dei w Niemczech

Źródło: Rzeczpospolita: Władze Brandenburgii kontra Opus Dei
09.05.2007

Ministerstwo edukacji Brandenburgii zabroniło Opus Dei otworzyć gimnazjum w Poczdamie. Urzędnicy obawiają się, że szkoła stanie się “centrum kształcącym konserwatywnych katolickich sekciarzy”.

Inicjator przedsięwzięcia, stowarzyszenie Wolne Szkoły Brandenburgii (FSB) zrzeszające działaczy Opus Dei, czyli prałatury personalnej Kościoła katolickiego, nie zamierza się poddawać. W przyszłym miesiącu organizacja złoży skargę przeciwko ministerstwu w sądzie administracyjnym w Poczdamie. We wrześniu 2006 roku FSB zwróciło się do ministerstwa o pozwolenie na otwarcie prywatnego gimnazjum dla chłopców na terenie byłych radzieckich koszar pod Poczdamem. - Ludzie się tego domagali. W Brandenburgii jest za mało szkół konfesyjnych. -tłumaczy “Rz” przewodniczący stowarzyszenia Christoph Rüssel. Szkoła miała działać zgodnie z obowiązującymi przepisami. Opus Dei miało przejąć wyłącznie nadzór duchowy, to znaczy nauczanie religii i odprawianie mszy świętych.

Ministerstwo odrzuciło jednak podanie, argumentując, że otwarcie szkoły tylko dla chłopców naruszałoby konstytucję landu. “Szkoły muszą gwarantować równy dostęp do edukacji uczniów obu płci” - czytamy w oficjalnym komunikacie resortu.

Rüssel uważa, że za tym argumentem kryją się zupełnie inne motywacje. - Kary cielesne i metody wychowawcze jak w średniowieczu. Tak wygląda, zdaniem ministerstwa edukacji, katolicka szkoła - oburza się. - Zakaz jest dowodem na to, w jaki sposób rząd landu prześladuje chrześcijan - dodaje. Jego zdaniem sprawujący władzę w Poczdamie socjaldemokraci uważają Opus Dei za niebezpieczną sektę.

-Jeden z posłów SPD do lokalnego parlamentu powiedział prasie, że chrześcijańskie wychowanie jest równoznaczne z przekazem przestarzałych wartości -dodaje. Urzędnicy resortu stwierdzili ponoć nawet, że Opus Dei chce w szkole wychować “kolejną generację chrześcijańskich fundamentalistów”.

Zdaniem ekspertów prawnych FSB ma szanse wygrać proces. -Argumentacja rządu jest wątpliwa. Konstytucja gwarantuje rodzicom wolny wybór szkoły. Tylko publiczne szkoły muszą być mieszane - mówi prof. Ulrich Häde z Uniwersytetu Viadrina we Frankfurcie nad Odrą. Jego zdaniem ministerstwo będzie musiało pozwolić na otwarcie szkoły.
Aleksandra Rybińska

Piosenki dla zbrodniarza

Źródło: Rzeczpospolita: Piosenki dla zbrodniarza
10.04.2007

Dwa tygodnie temu dzieci z przedszkola w Dierhagen w Meklemburgii-Przedpomorzu zaśpiewały na 70. urodzinach ostatniego sekretarza partii komunistycznej NRD Egona Krenza. Teraz rodzice oskarżają kierownictwo placówki o wykorzystanie bez ich wiedzy dzieci jako urodzinowej atrakcji dla byłego zbrodniarza NRD.

Krenz osiedlił się w Dierhagen w 2003 roku po wyjściu z więzienia, w którym odsiedział wyrok za przyczynienie się do śmierci uciekinierów na granicy dzielącej enerdowskie Niemcy i RFN. W urodzinach byłego przewodniczącego Rady Państwa NRD uczestniczyło w miejscowym hotelu 80 gości. Główną atrakcją były pięciolatki z lokalnego przedszkola śpiewające komunistyczne piosenki. Rzekomo za zgodą rodziców. Rodzice twierdzą co innego. - Nigdy bym się nie zgodziła, aby moje dziecko śpiewało dla takiego przestępcy - oburza się Annette Winter, matka jednego z maluchów. Podobnie mówi większość rodziców. Kierowniczka przedszkola nie rozumie zamieszania. -Krenz dał tysiąc euro na rozwój przedszkola i zasłużył sobie na szacunek -tłumaczy. -Kogo obchodzi, co było 16 lat temu? -pyta.

Szariat w Niemczech - czyli prawo do bicia żony

Źródło: Rzeczpospolita: Niemiecka sędzia: wolno bić nieposłuszną żonę
22.03.2007

Bił ją, wyzywał, groził śmiercią. 26-letnia Niemka pochodzenia marokańskiego chciała się pozbyć brutalnego męża i wystąpiła o rozwód. Jej podanie zostało jednak odrzucone przez sąd administracyjny we Frankfurcie nad Menem. Pani sędzia - powołując się w wyroku na Koran - uznała, że mąż ma prawo bić żonę.

Rozwód był jedynym wyjściem dla młodej kobiety. Od sześciu lat jej mąż 32-letni Marokańczyk regularnie bił ją do nieprzytomności. Kobieta raz po raz trafiała do szpitala. Od 2006 roku, gdy doszło do szczególnie brutalnego pobicia, para żyła w separacji. Mąż jednak nadal prześladował kobietę, grożąc jej śmiercią.

Adwokat kobiety Barbara Becker-Rojczyk była przekonana, że sąd udzieli rozwodu ze względu na “szczególne okrucieństwo” męża. - Życie mojej klientki było zagrożone -powiedziała dziennikowi “Frankfurter Rundschau”. W październiku zeszłego roku kobieta poprosiła o rozwód w sądzie administracyjnym we Frankfurcie.

W styczniu otrzymała jednak zaskakujący list od sędzi. “W Koranie jest napisane, że mężczyzna ma prawo bić kobietę. Ponieważ składająca podanie pochodzi z islamskiego kręgu kulturowego, wiedziała, co ją czeka, zawierając małżeństwo z muzułmaninem” - napisała. “Mężczyzna działał zgodnie ze swoimi przekonaniami religijnymi. Składająca podanie skrzywdziła go przyjmując zachodni styl życia. Bijąc ją, bronił swego honoru. Nie może być więc mowy o rozwodzie z powodu szczególnego okrucieństwa” -podkreśliła w liście.

- To skandal, że niemiecki sąd zamiast stosować prawo, powołał sie na Koran - oburza się Becker-Rojczyk, która zażądała wykluczenia sędzi z procesu. Wczoraj faktycznie została ona zawieszona. - Nic z tego nie rozumiem. Ja po prostu chciałam okazać szacunek religii wyznawanej przez małżonków -mówi sędzia.
Aleksandra Rybińska

Dziecko to nie człowiek - prawo do dzieciobójstwa

Źródło: Rzeczpospolita: Dziecko to nie człowiek
21.03.2007

Współczesne prawo zakłada poznawczy agnostycyzm i niechęć do antropologicznych czy filozoficznych rozstrzygnięć. Państwo - deklarują współcześni prawnicy i politycy - nie powinno rozstrzygać kwestii światopoglądowych czy filozoficznych. Szczególnie mocno ten argument brzmi przy okazji debaty o ochronie życia od poczęcia do naturalnej śmierci. Zwolennicy dopuszczalności aborcji czy eutanazji wprost stwierdzają, że państwo nie ma prawa podejmować światopoglądowych i filozoficznych decyzji za swoich obywateli, decydując np., w którym momencie rozpoczyna się ludzkie życie i komu przysługują ludzkie prawa.

Ten agnostycyzm jest jednak pozorny. W istocie bowiem zdecydowana większość współcześnie funkcjonujących systemów prawnych - jeśli nie w teorii, to w praktyce - jasno określa, kiedy rozpoczyna się życie ludzkie. Tą granicą jest zazwyczaj moment narodzin. I doskonale pokazuje to wczorajszy wyrok Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu w sprawie Alicji Tysiąc. Sędziowie (niejednogłośnie, co trzeba przyznać) uznali, że odmawiając wykonania aborcji z przyczyn zdrowotnych, Polska złamała konwencję praw człowieka i podstawowych wolności i przyznali jej odszkodowanie za straty moralne w wysokości 25 tysięcy euro. Powodem odszkodowania ma być naruszenie przez Polskę prawa do poszanowania życia prywatnego kobiety.

Aborcja jako usługa

Pozostawiając na boku skutki prawne tego wyroku, warto zastanowić się, jakie rozumienie człowieczeństwa jest w nim (nieważne czy świadomie) zawarte. Odszkodowanie dla Alicji Tysiąc zostało przyznane na podstawie zapisów chroniących jej prawo do życia prywatnego, co oznacza - w europejskim systemie prawnym - także prawo do wyboru leczenia. Tego prawa mieli ją pozbawić lekarze, uznając, że możliwość pogorszenia się wzroku nie jest wystarczającym powodem do usprawiedliwienia aborcji.

Sędziowie Trybunału, wydając taki a nie inny wyrok, uznali zatem aborcję za zabieg leczniczy. Zabicie nienarodzonego dziecka stało się dla nich nie dramatycznym konfliktem wartości, a jedynie prawem do wyboru techniki leczenia osoby chorej. Oznacza to w istocie, że dziecko poczęte pozbawione jest dla sędziów jakichkolwiek uprawnień osoby ludzkiej. Jego usunięcie jest traktowane jak usunięcie wyrostka robaczkowego, a nie jak pozbawienie życia odrębnego, choć zależnego w swoim istnieniu od matki, człowieka.

Bez wątpliwości

Usprawiedliwieniem dla takiego założenia nie może być niemożność ustalenia, kiedy zaczyna się życie ludzkie. Uczciwie stosowany w tej sprawie agnostycyzm poznawczy (albo zawieszenie sądu w sprawie człowieczeństwa płodu) wymógłby bowiem na sędziachochronę życia płodu w sytuacji, gdy nie zachodzi konflikt życie dziecka - życie matki. Stara prawna zasada głosi bowiem, że w przypadku jakichkolwiek wątpliwości należy je interpretować na korzyść oskarżonego (a w tym wypadku oskarżonym pozostaje dziecko poczęte).

Nic takiego nie miało miejsca, bowiem - i trzeba to otwarcie powiedzieć - zdecydowana większość ludzi akceptujących prawo kobiety do aborcji przyjmuje w kwestii życia poczętego nie postawę agnostyczną, ale twardo metafizyczną. Dla nich dziecko poczęte nie jest człowiekiem, a przynajmniej nie jest nim w pełni. Takie twarde i jednoznaczne rozstrzygnięcia metafizyczne zakładane są zresztą w przypadku niemal każdego wyroku (takiego jak w sprawie Alicji Tysiąc) czy każdej ustawy zakładającej prawo kobiety do aborcji.

Nie zmieniają tego nawet amerykańskie wyroki, które w przypadku zamordowania kobiety w ciąży dopuszczają możliwość skazania mordercy za podwójne zabójstwo. Nie zmieniają, bo taki wyrok nie jest normą, a orzekany jest w sytuacji, gdy domaga się tego rodzina ofiary. Wtedy zaś jedynym kryterium człowieczeństwa pozostaje subiektywne odczucie męża i ojca, ewentualnie rodziców i dziadków. Jeśli są oni przekonani o człowieczeństwie dziecka, mogą się domagać podwójnego wyroku. Jeśli nie, to nie ma o nim mowy.

Prawo do dzieciobójstwa

Taka praktyka prawna oznacza w istocie uzależnienie definicji człowieczeństwa od umowy społecznej. Człowiekiem staje się ten, kogo za człowieka uznaje najbliższa rodzina. Jakie mogą być tego moralne i prawne konsekwencje - nie trzeba się nawet zastanawiać. To już wiadomo. Posługując się takim stylem myślenia, lekarze w Wielkiej Brytanii usprawiedliwili - już w 1981 roku - zabójstwo Johna Pearsona. Chłopiec urodził się z zespołem Downa, a matka, gdy ją o tym poinformowano, powiedziała: “Nie chcę tego dziecka”. Lekarz zakazał więc karmienia noworodka i polecił, by podawano mu tylko środek przeciwbólowy. Po kilku godzinach dziecko poszarzało, a po dwóch dniach zmarło. Lekarz został uniewinniony.

Peter Singer, znany bioetyk, idzie jeszcze dalej i postuluje, by prawo do zlikwidowania swojego dziecka przyznać każdej parze małżeńskiej. Człowiekiem, jego zdaniem, czyni nas opinia innych, a nie nasza natura. Dlatego Zachód powinien, według niego, jak najszybciej zacząć uczyć się od kultur barbarzyńskich, które dopuszczają dzieciobójstwo.

Szokujące? Zapewne! Tyle że jest to po prostu konsekwentne rozwinięcie fundamentalnych założeń leżących u podstaw proaborcyjnych orzeczeń zachodnich sądów. W tym także Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Takie są (i zapewne będą) konsekwencje przyjęcia uzasadnienia odszkodowania dla Alicji Tysiąc. Pora zacząć się przygotowywać do życia w takim świecie.
Tomasz P. Terlikowski

Granice Polski po II Wojnie Światowej wg Józefa Stalina

Źródło: Rzeczpospolita: Stalinowskie granice
10.03.2007

W debacie dotyczącej wysiedleń (wypędzeń) Niemców zdumiewa pomijanie decyzji Stalina w sprawie granic i jego ekspansjonistycznej polityki. Jednocześnie niemieccy politycy, naukowcy i publicyści obarczają domniemany “polski nacjonalizm” odpowiedzialnością lub co najmniej współodpowiedzialnością za los ludności niemieckiej, która musiała opuścić swoje domy

Józef Stalin

W Rosyjskim Archiwum Państwowym w Moskwie znalazłem niedawno mapę Europy Środkowej z lata 1944 roku z przyszłymi granicami Polski nakreślonymi ręką Stalina. Jeśli dzisiejsza wschodnia granica pokrywa się z wytyczoną wtedy przez niego, to zachodnia już tylko częściowo. Latem 1944 r. Stalin przeprowadzał na mapie zachodnią granicę na zachód od Szczecina do rzeki Odry, dalej wzdłuż niej aż do miasteczka Oława za Wrocławiem i stamtąd wzdłuż rzeki Oławy na południe do czeskiej granicy. Tym samym Dolny Śląsk miał pozostać niemiecki, a Wrocław stałby się miastem podzielonym.

Granice polskie po 1945 r. wg Józefa Stalina

Mapa ta symbolizuje decydującą rolę Stalina w przesunięciu Polski na zachód. Co kierowało Stalinem, gdy rysował nowe granice Polski, decydując jednym pociągnięciem ołówka o losie milionów ludzi?

Pytanie to jest o tyle ważne, że owo przesunięcie, jego geneza, przebieg i skutki do dziś rozpalają emocje po obu stronach Odry, obciążające stosunki polsko-niemieckie. W debacie toczącej się poza Polską niezwykle istotne jest to, że rola Stalina w zmianie granic i wysiedleniach (wypędzeniach) jest nie tylko często pomijana, lecz nawet samą wzmiankę o niej traktuje się jako przejaw niechęci Polaków do rozliczenia się z własną przeszłością.

Dla Polski Szczecin, a może i Wrocław

Podczas konferencji w Teheranie w 1943 roku Churchill, Roosevelt i Stalin byli zgodni, że zagarnięte przez Sowietów jesienią 1939 roku polskie ziemie wschodnie staną się ich własnością. Jednocześnie postanowiono, że Polska otrzyma rekompensatę terytorialną kosztem Niemiec przez przesunięcie zachodnich granic do linii Odry. Pięć miesięcy później, 28 kwietnia 1944 roku, Stalin powiedział nastawionemu prosowiecko polskiemu księdzu z USA Stanisławowi Orlemańskiemu, iż “oświadczył wraz z Mołotowem (w Teheranie), że zachodnia granica Polski powinna przebiegać wzdłuż Odry, z niewielkimi odchyleniami na zachód, na korzyść Polski. Byłoby dobrze, gdyby do Polski przyłączony został Szczecin - znakomity port - oraz być może również Wrocław”.

26 lipca 1944 roku przedstawiciele PKWN, którzy mieli nominalnie sprawować władzę w Polsce, podpisali układ polsko-sowiecki regulujący kwestie sprawowania rządów w Polsce oraz polskiej granicy wschodniej. W tajnym protokole Stalin zobowiązał się do wspierania sprawy zachodniej granicy Polski, mającej przebiegać wzdłuż linii Odra - Nysa. W tym czasie Stalin najwidoczniej miał na myśli jeszcze Nysę Kłodzką.

9 października 1944 r. w rozmowie z Churchillem Stalin stwierdził: “Polsce muszą zostać oddane Prusy Wschodnie, Śląsk, a obszar wokół Królewca wraz z miastem weźmie Związek Sowiecki”. Churchill oświadczył, że uważa to za właściwe, sądzi jednak, że “niemiecka ludność na tych terenach winna zostać przesiedlona do Niemiec. Teraz bowiem będzie w Niemczech wystarczająco dużo miejsca, gdyż sprzymierzeni zabili około 8 milionów Niemców”. Stalin na tę propozycję skwapliwie przystał.

Cztery dni później, podczas rozmów Stalina, Churchilla i Mikołajczyka, poruszono sprawę udziału przedstawicieli rządu RP na emigracji oraz komunistów w nowym polskim rządzie oraz kwestię granic Polski. Mikołajczyk zapytał: “Czy mógłbym dowiedzieć się, co postanowiono w Teheranie w sprawie zachodnich granic Polski?. Mołotow? Wypowiedziano tam opinię, że linia Odry uznana jest za słuszną. (…) Churchill? Ja także wyraziłem zgodę. (…) Stalin? Chciałbym tylko oświadczyć, że wśród nas, u Rosjan, mówi się o przyznaniu Polsce nie tylko Gdańska, ale i Szczecina. Churchill wtrąca? Oczywiście! My (…) to podtrzymujemy. (…) Churchill? Rząd brytyjski także”.

Rokowania moskiewskie zakończyły się fiaskiem. Rząd polski nie chciał się bowiem zgodzić na zamianę ziem wschodnich na nabytki terytorialne na zachodzie bez zgody społeczeństwa wyrażonej w referendum względnie przyzwolenia ze strony parlamentu wyłonionego w wolnych wyborach. Ale Stalin nie brał w ogóle pod uwagę opinii polskiego rządu na emigracji. Obstawał przy linii na Odrze i Nysie. Co więcej, postanowił wytyczyć granicę na linii Nysy Łużyckiej.

Wzdłuż zachodniej Nysy

6 lutego 1945 r. podczas konferencji jałtańskiej Stalin zakomunikował Rooseveltowi i Churchillowi, że rząd sowiecki widzi “zachodnią granicę Polski wzdłuż linii Odra - Nysa. By uniknąć nieporozumień, trzeba zaznaczyć, że istnieją dwie rzeki o nazwie Nysa? pierwsza płynie bardziej na wschodzie, w okolicach Wrocławia, druga bardziej na zachodzie”.

Stalin uważał, że “zachodnia granica Polski przebiegać powinna wzdłuż tej zachodniej Nysy i prosi Roosevelta i Churchilla o wsparcie w tej sprawie”.

Zachodni alianci zmienili jednak zdanie w tej kwestii. Zdecydowanie podali w wątpliwość przesunięcie polskiej granicy zachodniej na linię Odry i Nysy Łużyckiej, żądając jednocześnie korzystnych dla Polski poprawek linii Ribbentrop - Mołotow na jej południowym odcinku. Chodziło o Lwów i Borysław wraz z zagłębiem naftowym. Natrafili jednak na twardy opór Stalina. Ostatecznie potwierdzili przebieg wschodniej granicy Polski wzdłuż zmodyfikowanej linii Ribbentrop - Mołotow (Białystok i Łomża znalazły się po stronie polskiej), odkładając kwestię granicy zachodniej do konferencji pokojowej.

Ale Stalin niewiele się przejmował opiniami zachodnich aliantów, stwarzając fakty dokonane zarówno w kwestii systemu politycznego w Polsce, jak i jej granic zachodnich. Wychodził ze słusznego założenia, że antyniemiecka koalicja nie rozpadnie się z powodu Polski.

Dziewięć dni po konferencji jałtańskiej, 20 lutego 1945 roku, Stalin jako przewodniczący Państwowego Komitetu Obrony rozkazem nr 7558 ustalił granice Polski na zachodzie i północy: “Aż do ostatecznego ustalenia zachodniej i północnej granicy Polski na przyszłej konferencji pokojowej zachodnia granica Polski przebiega na zachód od Świnoujścia aż do Odry, miasto Szczecin pozostaje po polskiej stronie, dalej wzdłuż Odry aż do ujścia zachodniej Nysy i tam wzdłuż zachodniej Nysy do granicy czechosłowackiej. Północna część Prus Wschodnich (…) wraz z miastem Królewiec pozostaje w granicach ZSRS, a wszystkie pozostałe części Prus Wschodnich wraz z okręgiem gdańskim przypadają Polsce”.

Podczas konferencji w Poczdamie zarówno Churchill, jak i Truman, nowy prezydent Stanów Zjednoczonych, nie tylko odrzucali granicę na Nysie Łużyckiej, lecz podali w wątpliwość również samą granicę na Odrze. Stalin był nieugięty i wytyczona przez niego granica została potwierdzona. Postanowione zostało również, względnie usankcjonowane, “regularne przesiedlenie niemieckiej części ludności” z tychże obszarów, a także z Czechosłowacji i Węgier.

Same korzyści dla Kremla

Przesunięcie Polski o około 200 kilometrów na zachód i następujące w związku z tym wysiedlenia (wypędzenia) polskiej i niemieckiej ludności było dziełem Stalina. Granice zostały wyznaczone przezeń samodzielnie, Niemców, Polaków, Ukraińców oraz Białorusinów wysiedlono (wypędzono) natomiast rękami polskich komunistów lub też organów władzy sowieckiej. Zachodni alianci początkowo przyklaskiwali tym pomysłom, wierząc naiwnie, że Stalin zadowoli się tym i zaakceptuje utworzenie niepodległej, niekomunistycznej Polski. Gdy jednak uświadomili sobie, że zamierza on zainstalować w Polsce posłuszny sobie reżim, próbowali częściowo podważyć powzięte wcześniej wspólne ustalenia dotyczące terytorialnych przesunięć.

Czym się kierował Stalin, wyznaczając zachodnie granice Polski właśnie wzdłuż linii na Odrze i Nysie Łużyckiej? Nie był przecież przyjaźnie nastawiony do Polski i Polaków. Wręcz przeciwnie, co dobitnie udowodnił, podpisując w 1940 roku decyzję o wymordowaniu polskich oficerów. Po 22 czerwca 1941 roku zaczął jednak również nienawidzić Niemcy i Niemców. Zapewne było to spowodowane w jakiejś części ostatecznym pogrzebaniem jego wcześniejszych nadziei na spełnienie przez Niemcy roli kluczowego ogniwa światowej rewolucji. Zadanie Niemcom klęski militarnej, podział pokonanego kraju, zniszczenie niemieckiego przemysłu i “odepchnięcie” niemieckiej strefy osiedleńczej na zachód należały od tej pory do wyznaczonych przez niego celów wojny.

Przesunięcie Polski na zachód przynosiło Stalinowi same korzyści, i to zarówno na krótką, jak i dłuższą metę. Stworzono miejsce dla polskiej ludności przesiedlonej z ziem wschodnich, które Stalin wcielił do sowieckiego imperium. Polacy zamieszkujący Kresy Wschodnie odznaczali się wyjątkowo wysokim stopniem narodowej świadomości oraz zdecydowanie antysowieckimi postawami. Również Niemcy mieszkający na swoich ziemiach wschodnich uchodzili za przesiąkniętych wyjątkowo mocno nacjonalizmem. Wraz z przesunięciem granic Polski na zachód i związanymi z tym przesiedleniami ludności Stalin osłabił za jednym zamachem zarówno polski, jak i niemiecki nacjonalizm, które postrzegał jako największych wrogów światowej rewolucji, a tym samym i Związku Sowieckiego.

Nie można pominąć również tego, że przesunięcie Polski na zachód uzależniło dodatkowo PRL od Związku Sowieckiego. Stał się on jedynym gwarantem granicy z Niemcami. Stalin zdołał w ten sposób związać ze sobą znaczącą część Polaków, rozbrajając ich pryncypialny antykomunizm.

Kim byli “polscy nacjonaliści”

Na tle tak dotyczących decyzji w sprawie granic Niemiec i Polski wielu źródeł i dokumentów od dawna dostępnych dla badaczy czy nawet już częściowo opublikowanych zdumiewa pomijanie Stalina wraz z jego ekspansjonistyczną polityką w debacie dotyczącej wysiedleń (wypędzeń) niemieckiej ludności z dawnych niemieckich ziem wschodnich. Tymczasem niemieccy politycy, naukowcy i publicyści czynią odpowiedzialnym lub co najmniej współodpowiedzialnym za tamte wydarzenia domniemany “polski nacjonalizm”.

Nie można zapominać, że zarówno Stalin, jak i niemieccy okupanci brutalnie prześladowali i faktycznych, i domniemanych nosicieli “polskiego nacjonalizmu”. Stalin również po wojnie kontynuował to dzieło, wysługując się przy tym rodzimymi komunistami. Ów rzekomy “polski nacjonalizm” nie miał w rzeczywistości żadnego wpływu ani na polityczny kształt powojennej Polski, ani też na granice tego państwa.

Tymczasem w dzisiejszej debacie, szczególnie na Zachodzie, polskimi nacjonalistami nazywa się nierzadko… polsko-sowieckich komunistów. Mianem tym określani są więc tak “zasłużeni” sowieccy komuniści, jak Władysław Gomułka, Bolesław Bierut czy Aleksander Zawadzki. W rzeczywistości byli oni członkami Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego, podobnie jak Jakub Berman czy Hilary Minc, którzy również zasłużyli się w “polonizacji” byłych ziem niemieckich. Natomiast Bierut i Gomułka przechodzili nawet w latach dwudziestych, jako sowieccy agenci i dywersanci, specjalistyczne przeszkolenia.
Bogdan Musiał
Dr hab. Bogdan Musiał, historyk zamieszkały w Niemczech, zajmuje się dziejami Polski, Niemiec, Białorusi w XX wieku, Związku Sowieckiego oraz Holokaustem. W tym roku ukaże się jego monografia o partyzantce sowieckiej w latach 1941-1944

Zbyt krzywe zwierciadło

Źródło: Rzeczpospolita: Zbyt krzywe zwierciadło
15.02.2007

Styl pisania o Polsce, do jakiego powoli przyzwyczajają się niemieckie gazety, powinien zaniepokoić nie tylko rząd, ale i opozycję. Niedobre stereotypy na temat naszego kraju i przyzwyczajenie, że w razie konfliktu zawsze winna jest Polska, za Odrą mogą trwać znacznie dłużej niż rządy braci Kaczyńskich - pisze publicysta “Rzeczpospolitej”

Relacje niemieckich gazet dotyczące naszego kraju przypominają raporty z ponurych środkowoazjatyckich dyktatur postsowieckich. Oto przegląd z ostatniego tygodnia. “Die Welt” zarzuca polskim władzom “politykę rodem z komunizmu”. “Obojętność ma czasami dobre strony” - pisze komentator “Die Welt” Jacques Schuster, który dodaje: “Co za szczęście, że większość Niemców nie interesuje się Polską, bo gdyby dokładniej przyjrzeli się sąsiadowi, wydaliby prawdopodobnie okrzyk przerażenia”. Niemiecki publicysta uważa, że Kaczyńskim forsującym lustrację nie chodzi tylko o zlikwidowanie dawnych układów, ale o zemstę na kolegach z “Solidarności”.

Wylicza grzechy rządu: już drugi rok blokuje pieniądze dla niemiecko-polskiej wymiany młodzieży, uparcie nie odpowiada na ofertę Angeli Merkel, która usiłuje gazociąg północny uczynić znośnym dla Polski, pielęgnuje też nienawiść do Niemców. Skutki są opłakane: Polska przestaje być poważnie traktowanym partnerem. A Niemcy? Muszą czekać, aż ich sąsiad się opamięta.

W podobnych duchu pisze “Sueddeutsche Zeitung” - stosunki z sąsiadami zostały zdominowane przez spory o przeszłość, czego przejawem są “trudne do zrozumienia” ataki na Niemców. Korespondent dziennika w Polsce Thomas Urban wyjaśnia, że Kaczyńscy zarzucają Niemcom rewizjonizm historyczny, a Rosji - odrodzenie radzieckiego imperializmu. “W Berlinie nikt nie jest w stanie zrozumieć tych zarzutów, ponieważ odpowiedzialności Republiki Federalnej za skutki drugiej wojny światowej nie kwestionuje żadna poważna siła polityczna, nawet Związek Wypędzonych” - podkreśla.

Tygodnik “Der Spiegel” przepytuje Władysława Bartoszewskiego i w rozmowę wplata tezę, że bracia Kaczyńscy są “opętani ideą walki przeciwko komunistycznym układom, która to walka dzieli kraj”.

I wreszcie “Tagesspiegel”: niemieccy politycy nie powinni dłużej milczeć ani wobec reakcyjnych wypowiedzi i zachowań w Niemczech, ani wobec nonsensownych propozycji płynących z Polski - apeluje i przestrzega: “stosowana przez Niemców dżentelmeńska maniera milczenia oznacza w rzeczywistości tolerowanie powrotu do nacjonalistycznych wzorów myślenia”.

Polska wina

Polscy komentatorzy smętnie na to kiwają głowami i utyskują, jak bardzo niedobre efekty dla wizerunku Polski przynosi polityka braci Kaczyńskich. Czy naprawdę wszystko da się usprawiedliwić kiksami obecnej koalicji?

O błędach tych “Rzeczpospolita” pisała nieraz. Echa słynnej sprawy “dziadka Tuska” w kampanii wyborczej, zbyt nerwowa reakcja na karykatury kartofli czy niezręczna krytyka obecności prezydenta Koehlera na zjeździe ziomkostw - wszystko to boleśnie dotknęło Niemców.

Minister Fotyga powinna pewnie rozróżniać traktaty polsko-niemieckie, ale trzeba też zaznaczyć, że jedną pomyłkę z porannej rozmowy radiowej w wielu niemieckich mediach wykreowano na tezę, że oto Polacy chcą zakwestionować granice na Odrze i Nysie.

Do spisu win Polaków dopisywano również inne. Krytyczne wypowiedzi członków polskiego rządu o wystawie Eriki Steinbach wywołały neurotyczną reakcję niemieckiej prasy. A to już nad Wisłą może budzić uzasadnione obawy.

Polski rząd miał prawo krytykować wystawę, która wprowadza do debaty o losie Niemców niepokojące porównania - powojenne deportacje ludności niemieckiej z Polski zestawia się z masakrą Ormian przez Turków.

W podobnie nieuczciwy sposób nadinterpretowano uwagi polskiej szefowej dyplomacji o drastycznych przypadkach, gdy urzędnicy z Jugendamtów zabraniali rodzicom z mieszanych polsko-niemieckich małżeństw rozmawiać z dziećmi po polsku. Śmiem twierdzić, że w podobnie nieprzychylnym stylu niemieckie media nie piszą o żadnym innym swoim sąsiedzie.

Nierówne boki trójkąta

- Nie ma tygodnia bez antyniemieckiej tyrady - głosi wszem i wobec “Der Spiegel”. Problem w tym, że coraz częściej każda polemika z niemieckim punktem widzenia bywa uznawana za przejaw antygermańskich fobii.

Raz po raz obracamy się zatem w dziwnym trójkącie akcji i reakcji. Jeden bok tego trójkąta stanowią - niekiedy niezręczne, a niekiedy odnoszące się do realnych problemów - wypowiedzi polskich polityków. Drugi bok to reakcje niemieckich polityków i gazet. Wreszcie jako trzeci bok - reakcje na takie spory polskiej opozycji i mediów. W proporcjach tego trójkąta nie ma równowagi. W Niemczech zarówno politycy, jak i media głoszą niemal powszechnie, że wszystkie problemy są wyłączną winą polskiego rządu.

Podobne treści można wyczytać w “Gazecie Wyborczej” czy “Polityce”, gdzie zbagatelizowano na przykład postulat zamknięcia kwestii własnościowych aneksem do traktatu z 1991 r., a wystawę pani Steinbach uznano za “gazetkę ścienną”.

W Niemczech lewica i prawica prowadzą wspólną politykę zagraniczną uzgodnioną w ramach wielkiej koalicji. Jej dogmaty w kwestiach polsko-niemieckich popierają zgodnie niemal wszystkie media. A w Polsce trwa propagandowa wojna na śmierć i życie między PiS a PO oraz obozem liberalnym w mediach. To osłabia skuteczność naszej polityki zagranicznej. Nietrudno zgadnąć, że pozycja Niemiec jest zatem o wiele lepsza niż Polski.

W niemieckich gazetach rzadko można znaleźć dociekliwe analizy na temat taktyki Eriki Steinbach, niesmak po kartoflanych karykaturach czy choćby polskie argumenty przeciw rurze pod Bałtykiem.

Trzeba przyznać, że niekiedy dzienniki z RFN usiłują wskazać problemy po obu stronach, ale ich waga rzadko bywa równa. Przywołajmy jeszcze raz publikację “Tagesspiegla”, wzywającego, by nie milczeć ani wobec przejawów szowinizmu w Niemczech, ani wobec retoryki antyniemieckiej w Polsce. Jednak podczas gdy za przykład niedobrych relacji z Polską podaje się obraźliwy dla Polaków transparent, który pojawił się na finałowym meczu piłki ręcznej w Kolonii, to po drugiej stronie na ławie oskarżonych sadza się polski rząd z premierem Kaczyńskim jako naczelnym podżegaczem.

Etykietki i polskie kiksy

Powtórzmy zatem raz jeszcze. Polskę i Niemcy dzielą trzy kwestie sporne: kwestia rury bałtyckiej, kwestia sposobu zamknięcia ewentualnych roszczeń ludzi w rodzaju Rudiego Pawelki i kwestia kształtu Centrum przeciw Wypędzeniom. We wszystkich tych sprawach niemieccy dyplomaci i media udowadniają Polakom, że w żadnym razie nie naruszy to polskich interesów. Ale gdy Polacy mają wątpliwości, to zbyt prędko pojawia się zniecierpliwienie i oburzenie.

Niemieckie gazety dziwią się, dlaczego Polska nie chce zadowolić się dostępem do rurociągu. Dlaczego Polaków nie satysfakcjonuje deklaracja, że ekspozycja w Centrum nie będzie tworzyć historii na nowo? W kwestii pozwów Rudiego Pawelki powinniśmy zapomnieć o nowelizacji traktatu i uznać, że sprawę zamyka deklaracja o tym, iż na forum międzynarodowym rząd RFN będzie występować przeciw pozwom. A kto tego nie akceptuje, szybko otrzymuje deprecjonującą etykietkę.

Bo kogo niepokoi Erika Steinbach, ten “kopiuje resentymenty z lat PRL”, kto nie chce bałtyckiej rury, ten wykazuje chorobliwą nieufność wobec niemieckich intencji, a kto chce uzupełniania traktatu z 1991 roku o aneks zamykający kwestie własnościowe, ten chce wywrócić do góry nogami fundamenty stosunków między naszymi krajami.

Teraz wystarczy już tylko do każdej z tych kwestii dokleić jakiś polski kiks i już można poczuć się zwolnionym z analizy. W sprawie wystawy Steinbach wystarczy nagłośnić rządowe naciski na wycofanie polskich eksponatów, a w kwestii rury - pooburzać się na porównanie rury do paktu Ribbentrop-Mołotow.

Jeśli jednak polemika z takimi poglądami w Berlinie nie jest uważana za równouprawniony pogląd, ale za przejaw antyniemieckiej fobii - to mamy problem.

Wilcze prawa opozycji

Prawem opozycji jest pokazywanie, że rząd Kaczyńskiego w relacjach z Niemcami nie może na ostrzu noża stawiać zbyt wielu kwestii, a jeśli już to czyni, to nie powinien popełniać szkolnych błędów.

Czy jednak wśród oponentów rządu ma to usprawiedliwiać brak refleksji na temat tonu, w jakim niemiecka prasa zwykła pisać o Polsce? Opozycja powinna też reagować, gdy w Berlinie głosi się tezę, że niedemokratyczny rząd Kaczyńskich używa antygermańskiej ideologii jako głównego elementu swojej propagandy. Dlaczego publicyści utożsamiani z Platformą Obywatelską milczą, gdy na łamach “FAZ” politykę historyczną i np. Muzeum Powstania Warszawskiego przedstawia się jako narzędzie kreowania wrogości wobec Niemców. Tezy, że lustracja miała w Polsce upokorzyć konkurencyjne wobec PiS solidarnościowe elity i zniszczyć Kościół, brzmią równie absurdalnie. Dlaczego sympatyzujący z PO analitycy nie przypomną, że działacze postkomunistycznej PDS głoszą podobne tezy: lustracja w byłej NRD została zaplanowana po to, by upokorzyć elity Ossi dla uzyskania pełnej dominacji Wessi.

Przykro pisać, ale polscy politycy opozycyjni pozwalają sobie na ton krytyki wobec rządu w stylu, jaki nigdy nie pojawia się u niemieckich polityków opozycji. Tym bardziej przykro, że w niemal wszystkich kluczowych sprawach PO zajmuje podobne stanowisko jak PiS. Sygnalizował to choćby Bronisław Komorowski w czasie swojej wizyty w Berlinie w październiku zeszłego roku.

Gdy jednak tematem wypowiedzi staje się kryzys w stosunkach polsko-niemieckich, politycy opozycji z niezwykłą łatwością akceptują tezę, że jedynymi winowajcami są bracia Kaczyńscy.

Stereotyp, że wina leży zawsze po polskiej stronie, może zakorzenić się w niemieckim myśleniu na długo. I przetrwać nawet, gdy do władzy dojdzie opozycja. A wtedy to politycy obecnej opozycji zderzą się ze stereotypami, które dziś nazbyt często tolerują.
Piotr Semka

Rosjanie nadchodzą - rosyjskie inwestycje

Źródło: Spiegel: Rosjanie nadchodzą - rosyjskie inwestycje
10.10.2006

Rozpoczynając oficjalną wizytę w Niemczech, Władimir Putin nie przyjeżdża po prośbie, ale jako inwestor
Za pomocą miliardów z ropy naftowej i gazu prezydent Władimir Putin chce w wielkim stylu nabyć udziały w kluczowych gałęziach niemieckiego i europejskiego przemysłu. Podczas wizyty w Berlinie spotka się jednak ze sceptyczną panią kanclerz. Czy niemiecka gospodarka zejdzie na drugi plan?
Rozpoczynając oficjalną wizytę w Niemczech, Władimir Putin nie przyjeżdża po prośbie, ale jako inwestor. Od dawna nie chodzi wyłącznie o to, czy wielkie niemieckie firmy, jak E.on czy BASF, mogą uczestniczyć w eksploracji rosyjskich złóż gazu. Teraz wiatr wieje z innego kierunku. Wkrótce gospodarstwa w Północnej Nadrenii-Westfalii lub Bawarii mogłyby płacić rachunki za gaz i olej opałowy rosyjskim firmom, które naciskają na to, by mogły wreszcie nabywać udziały w niemieckich koncernach.

fot. AP

Ten niesłychany impet, z jakim dokonał się zwrot w stosunkach gospodarczych, jako pierwsze dostrzegło rosyjskie lobby w niemieckiej gospodarce. „Rosyjskie firmy będą coraz aktywniej działać za granicą – uważa Klaus Mangold, przewodniczący Komisji Wschodniej Niemieckiej Gospodarki. – Bez znacznych inwestycji za granicą Rosjanie nie będą w stanie wypełnić luki w kluczowych dziedzinach swojego przemysłu, dzielącej ich od zachodnich konkurentów”.

Wydaje się, że Putin widzi sprawy podobnie. Pod jego reżyserią państwowe koncerny chcą w wielkim stylu nabywać udziały w europejskim przemyśle. Pieniędzy im nie brakuje.

Trwająca od lat hossa na ropę i energię wypełniła po brzegi kasę bogatego w surowce kraju. A teraz Kreml razem z rosyjskimi biznesmenami o miliardowych majątkach z Moskwy czy St. Petersburga gorączkowo poszukują lukratywnych inwestycji w zachodnioeuropejskiej energetyce, przemyśle chemicznym, lotniczym czy ciężkim.

Podczas posiedzenia w czerwcu rząd rosyjski ogłosił „skok w globalną gospodarkę”. Tę ofensywę kupiecką rosyjska prasa opisuje już w stylu godnym wojskowych podbojów. Gazprom, czwarty pod względem wartości giełdowej koncern świata, chce kupić brytyjską firmę energetyczną Centrikę. Państwowy Wniesztorbank za prawie 800 milionów euro nabył pięć procent w europejskim koncernie kosmicznym i lotniczym EADS. Stalowy koncern Siewierstal kierowany przez Aleksieja Modraszowa przejął włoskiego konkurenta Lucchini.

Ale na samej górze listy zakupów znajdują się niemieckie firmy. Kiedy Putin zajedzie z oficjalną wizytą do Drezna czy Monachium, znów przedstawi kanclerz Angeli Merkel swój ulubiony pomysł. Niemieckie koncerny samochodowe, chemiczne czy budowy maszyn mogłyby w znacznie większym stopniu angażować się na rosyjskim rynku. W zamian Putin SA miałaby udziały w niemieckich elektrowniach, w dostawcach dla przemysłu motoryzacyjnego czy w przemyśle lotniczym.

W końcu gospodarki Rosji i Unii Europejskiej stopiłyby się w jeden blok, zamieszkany przez 600 mln ludzi, który w globalnej konkurencji mógłby dotrzymać kroku ekspansji gospodarczych mocarstw: Chin i Indii.

Ale poglądy, które Kreml podnosi do rangi strategii właściwej dla globalnych rynków XXI wieku, wywołują w Berlinie mieszane uczucia.

Minister spraw zagranicznych Frank-Walter Steinmeier, tak jak jego niegdysiejszy mentor Gerhard Schröder, zaleca przyjmować Rosjan, z otwartymi ramionami. (…) Za cel swojej polityki wschodniej uważa „nieodwołalne związanie Europy z Rosją”, włącznie ze strefą wolnego handlu.

Natomiast pani kanclerz obserwuje ten proces z wyraźnym sceptycyzmem, chociaż sama od czasu objęcia prawie rok temu stanowiska szefa rządu darzy Rosjan większą przyjaźnią. Jej zdaniem granica powiązań z Rosją zostałaby osiągnięta tam, gdzie mogłoby to zagrażać sojuszowi z Ameryką. Termin „strefa wolnego handlu” wywołuje u niej skojarzenia raczej ze Stanami Zjednoczonymi niż z Moskwą.

Ścisłe gospodarcze powiązania z Rosją narzucają wiele pytań – zdają sobie z tego sprawę zarówno Steinmeier, jak i pani kanclerz. Czy Niemcy stałyby się jeszcze bardziej uzależnione od rosyjskich surowców, gdyby Moskwa miała współdecydujący głos w zarządach niemieckich koncernów energetycznych? Jak dalece można wiązać się z gospodarką, która w międzynarodowych rankingach figuruje jako jedna z najbardziej skorumpowanych na świecie? A przede wszystkim czy sojusz z Moskwą nie doprowadzi automatycznie do oddalenia od USA?

Dyplomatów w Berlinie przeraża zwłaszcza to, że państwo w większym niż kiedykolwiek stopniu kieruje rosyjskimi koncernami. Jeśli rosyjskie firmy nabędą udziały w niemieckich przedsiębiorstwach, wzrośnie również wpływ Kremla w centralach niemieckich firm – a tym samym niebezpieczeństwo, że Rosja będzie używać swoich udziałów jako środka nacisku dla osiągnięcia politycznych celów.

(…) „Kiedyś niemieckie firmy zastanawiały się, czy mogą odważyć się na inwestycje w Rosji, dzisiaj zastanawiają się, czy mogą odważyć się na wpuszczenie Rosjan do siebie” – wyjaśnia były ambasador Niemiec w Moskwie Hans-Friedrich von Ploetz.

Z odpowiedzią na to pytanie nie można dłużej zwlekać. Dla rosyjskich menedżeró, zahartowanych jak stal w krwawej łaźni błyskawicznej prywatyzacji za czasów Borysa Jelcyna, wykształconych w wielu przypadkach na najlepszych akademiach ekonomicznych USA i Wielkiej Brytanii, własny kraj już dawno stał się za ciasny. W pierwszej połowie 2006 roku rosyjskie inwestycje bezpośrednie na całym świecie osiągnęły rekordowy poziom 13 miliardów dolarów.

Rosjanie zdominowali turystykę w Namibii, ożywili stare powiązania z Kubą i nazywają Czarnogórę, której eksport w osiemdziesięciu procentach kontroluje przez swoją hutę aluminium oligarcha Oleg Deripaska, „przedmieściem Moskwy”.

Rosyjski koncern naftowy Łukoil kupił sieć stacji benzynowych w Ameryce, u niegdysiejszego wroga z czasów zimnej wojny. Teraz, pod kierownictwem Wagita Alekperowa, bliski jest nabycia za miliard dolarów od Kuwejtczyków rafinerii w Rotterdamie, pozostawiając w pobitym polu konkurentów z Europy Zachodniej i Ameryki Południowej.

Najbliższy słońcu Kremla jest Gazprom. Nie ma tygodnia, by w moskiewskich gazetach nie ukazały się pochwalne artykuły o zakończeniu nowej inwestycji czy nowym ambitnym planie. Nagłówki przypominają meldunki o zwycięstwie na froncie, który na pozór niepowstrzymanie przesuwa się we wszystkich kierunkach. Wczoraj Węgry, Polska i Słowacja, dzisiaj Indie, Francja i Szwajcaria, jutro może Kanada lub Australia.

W Niemczech Rosjanie za pośrednictwem firmy-córki Gazpromu i BASF Wingas docierają do końcowych odbiorców i zbierają wysokie zyski. BASF może w zamian uczestniczyć w eksploatacji potężnych złóż gazu Jużno-Ruskoje na Syberii.

Gwiazdą niemiecko-rosyjskiej osi energetycznej ma być liczący 1200 km rurociąg na dnie Bałtyku, którym rosyjski gaz pompowany będzie do Greifswaldu. Do konsorcjum należą Gazprom z 51 procentami udziałów oraz niemieckie firmy E.on i BASF – każda z nich ma po 20 procent. Szefem rady nadzorczej jest poprzednik Merkel, Gerhard Schröder. (…)

Zachodnioeuropejscy politycy poszukują wciąż wspólnej linii działania, która pozwoliłaby im odpowiedzieć na rosyjską ofensywę. „Powinniśmy powitać rosyjskich inwestorów”– żądają prorosyjscy menedżerowie, tacy jak Mangold. Były szef zarządu DaimlerChrysler wskazuje na szanse robienia ogromnych interesów – otwierają się one przede wszystkim przed średniej wielkości niemieckimi firmami. „Skoro wpuszczamy do Europy indyjskich inwestorów, jak producent stali Mittal, dlaczego nie mielibyśmy wpuścić Rosjan?” – pyta Mangold. (…)

« Poprzednia strona


Nowe artykuły na email

Kliknij poniższy link i zapisz się, a będziesz otrzymywał nowe artykuły na email:

ZAPISUJE SIĘ >>

 

listopad 2008
P W Ś C P S N
« paź    
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930

a

Statystyka

  • 356,022 odwiedzin