Archiwum kategorii 'Polska' Category

Lewica i komuniści - nic ich nie łączy ;)

Lewicy i komunistów nic nie łączy. A oto dowód

Wojciech Jaruzelski i Wojciech Olejniczak, 7 maja 2008

Źródło : Rzeczpospolita: Stare rytuały nowej lewicy
Piotr Semka 09-05-2008

Reklama skierowania do dzieci - czyli pranie mózgów

Producenci żywności prześcigają się w wymyślaniu upominków dla dzieci. One prześcigają się ich zdobywaniu. To niepokojące zjawisko - mówią psycholodzy.

Ośmioletni Dominik ma kolekcję ponad stu gadżetów. – Wśród nich są kartolepki z “Harry’ego Pottera” (z rogalików), kapsle z “Epoki lodowcowej” (z chipsów), figurki Shreka (z chipsów), Kinder niespodzianki – wylicza mama Dominika. – Ostatnio zbiera danglery (plastikowe breloczki) i naklejki Funky Punky (z chipsów).

Przyznaje‚ że godzi się na tę pasję kolekcjonowania z obawy‚ żeby syn nie został odsunięty od grupy rówieśniczej.

– Uczniowie‚ którzy z jakichś powodów nie zbierają gadżetów‚ automatycznie tracą możliwość uczestniczenia w zabawach i grach zespołowych – dzieli się swoim doświadczeniem Kamil z Gimnazjum nr 76 w Warszawie. – Na początku upominki kolekcjonuje zaledwie kilka osób‚ wkrótce jednak są nimi zainteresowani prawie wszyscy chłopcy w klasie. Rekordziści mają nawet po kilkaset gadżetów.

Rywalizacja na pokaz

Wśród popularnych upominków są też karty do gry‚ kapsle‚ boinksy (plastikowe skaczące kółka), wyrzutnie‚ tatuaże‚ figurki‚ pluszaki‚ kartolepki‚ zwykłe naklejki czy mininaklejki. Na niektórych umieszczono hasła‚ jak w przypadku naklejek Funki Punky z chipsów Cheetos: “Masz doła? To go zakop” czy “Zgadzam się‚ a i tak robię swoje”.

Do rywalizacji o gadżety przystępują też rodzice. – W naszym społeczeństwie jest wielu neofitów‚ którzy praktykują następujący sposób myślenia: “Skoro mamy pieniądze‚ pokażmy światu‚ że faktycznie je posiadamy” – mówi psycholog dr Ludwika Wojciechowska z Uniwersytetu Warszawskiego. – Tacy rodzice pragną‚ żeby ich dziecko pod jakimś względem okazało się lepsze od rówieśników. Kupują mu więc markowe ubrania lub‚ jak to robią niektórzy‚ zaopatrują w upominki reklamowe – tłumaczy. Przyznaje‚ że zjawisko rywalizacji między uczniami o ilość posiadanych gadżetów jest bardzo niepokojące. – Dzieci, zbierając zabawki, myślą wyłącznie o sobie i dominującej pozycji w grupie. Nie zastanawiają się‚ jak czują się ich koledzy‚ którzy takich upominków nie mają. Rzadko odczuwają potrzebę podzielenia się z nimi.

Klient jak każdy inny

Karty z podobiznami gwiazd futbolu po raz pierwszy pojawiły się w opakowaniach amerykańskich płatków śniadaniowych. Do początku lat 90. znajdowały się na nich wyłącznie zdjęcia idoli. Pomysł ewoluował‚ odkąd restauracji McDonald’s udało się nakłonić chłopców do zrobienia sobie fotografii pamiątkowej‚ którą później mogły kupować dziewczynki.

Obecnie zabawki dołączane do chipsów‚ rogalików‚ gum balonowych czy batoników mało kogo dziwią. – W Polsce traktuje się dzieci jak zwykłych konsumentów. Inaczej niż w Szwecji‚ gdzie obowiązuje całkowity zakaz emitowania reklam produktów skierowanych do najmłodszych – tłumaczy Sławomir Wojtkowski‚ dyrektor Warszawskiej Szkoły Reklamy. Jego słowa znajdują potwierdzenie w badaniach przeprowadzonych przez AGB Nielsen Media Research, z których wynika‚ że liczba reklam telewizyjnych skierowanych do najmłodszych systematycznie wzrasta.

– Założeniem dobrej reklamy jest to‚ żeby po jej obejrzeniu dzieci nakłoniły rodziców do zakupu określonego produktu. W tym celu świadomie wykorzystywane jest dziecięce pragnienie posiadania i zabawy‚ a także potrzeba akceptacji ze strony grupy rówieśniczej – tłumaczy Wojtkowski. Zdaniem wielu psychologów dzieci odbierają reklamy bezkrytycznie. Nie uświadamiają sobie‚ że upominki znajdują się często w tzw. śmieciach żywieniowych‚ czyli pożywieniu zbędnym dla ich zdrowia a zawierającym dużo tłuszczu‚ cukrów i konserwantów.

Mama ośmioletniego Grzesia przyznaje‚ że kontrolowanie zdrowej diety dziecka podczas akcji promocyjnych jest szczególnie trudne. – Jeżeli sama nie kupię chipsów‚ to syn wykorzysta na ten cel pieniądze przeznaczone na drugie śniadanie – wyjaśnia. Kamil potwierdza‚ że w szczytowym momencie mody smak‚ cena i wartość odżywcza produktów w ogóle przestają się liczyć. – Przede wszystkim chodzi o niespodziankę‚ którą można znaleźć w środku opakowania – tłumaczy.

Rodzicu pilnuj się sam

Sami producenci zdają się nie zauważać problemu. – Moda na zbieranie upominków reklamowych wspomaga wśród dzieci nawiązywanie kontaktów z rówieśnikami‚ co sprzyja interakcjom w grupie rówieśniczej – przekonuje Małgorzata Skonieczna‚ przedstawicielka Frito Lay‚ producenta chipsów Cheetos i Lays w Polsce. Pytana o ewentualne przypadki odsunięcia dziecka od grupy z powodu nieposiadania przez nie gadżetów odpowiada: – To do obowiązków wychowawców należy takie kształtowanie postaw i wyborów dzieci‚ by relacje między rówieśnikami rozwijały się prawidłowo. Przejmowanie tych zadań przez firmę byłoby przejawem arogancji wobec opiekunów – wyjaśnia. Jej zdaniem chipsy produkowane przez Frito Lay nie są niezdrowe. – Spełniają wszystkie rygorystyczne normy‚ ale oczywiście spożywanie każdego produktu w nadmiernych ilościach nie jest wskazane – mówi. Podkreśla‚ że obowiązkiem opiekunów jest do takich sytuacji nie dopuścić.

Zdaniem dr Wojciechowskiej uprzywilejowaną pozycję w walce z negatywnymi skutkami gadżetomanii mają pedagodzy szkolni. – Małe dzieci uznają nauczycieli za niepodważalne autorytety‚ dzięki czemu stosunkowo łatwo jest im kształtować pozytywne zachowania uczniów – tłumaczy. Wielu z nich jednak nie widzi tu żadnego problemu. – Dopóki nie gra się gadżetami na lekcjach‚ to w ogóle im to nie przeszkadza. Podobnie jest z rodzicami‚ którzy nie akceptują tylko gry na pieniądze – mówi Kamil.

W myśl zasady “chcieć to móc” postanowili postąpić rodzice i wychowawcy Niepublicznej Szkoły Podstawowej nr 47 w Warszawie‚ usuwając ze sklepiku szkolnego “śmieciową” żywność. – Wprowadziliśmy również kampanię informacyjną dotyczącą zdrowego odżywiania – podkreśla Kazimierz Stankiewicz‚ dyrektor placówki. Dodaje‚ że od czasu zmian zaobserwował mniejsze zainteresowanie upominkami reklamowymi wśród dzieci. Jednak‚ zdaniem dr Wojciechowskiej‚ takie działania są pomocne‚ ale nie docierają do źródła problemu. Uważa‚ że w Polsce powinien powstać specjalny program wychowawczy‚ który uczyłby dzieci technik obrony przed reklamą. W szczególności – umiejętności wyzwolenia się spod jej negatywnego wpływu.
Źródło : Rzeczpospolita: Potop atrakcji z chipsów
Anna Sztandera 08-05-2008

Prawo do posiadania broni

Kierownictwo Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej odcięło się od projektu zmian przepisów o dostępie obywateli do broni już 48 godzin po jego zaprezentowaniu przez Andrzeja Czumę. Pozawerbalny komunikat liderów PO był czytelny – jako eksces na miarę internetowych wynurzeń Janusza Palikota propozycję posła Czumy należało spektakularnie spacyfikować.

Uzbrojony Polak straszy

To źle dla zwolenników liberalizacji, a i dla Platformy nie najlepiej, bo bezrefleksyjne odrzucenie projektu było ze strony tej partii naruszeniem obietnic zaufania oraz szacunku państwa wobec obywateli. Poniechano powołania zespołu ekspertów, odstąpiono od analizy skutków proponowanej regulacji i podjęto polityczną decyzję.

Jeśli jest ona merytorycznie błędna (co pozostaje kwestią otwartą), to domagającej się szerszego dostępu do broni mniejszości odebrano jej prawa bez żadnej przyczyny. A dotyczy to praw nie byle jakich, bo prawo do obrony życia i zdrowia własnego oraz członków rodziny przed bezprawnym zamachem są podstawowymi prawami obywatelskimi. Nawet jeśli konstytucja – zapewniając każdemu ochronę życia – nie gwarantuje dostępu do skutecznych narzędzi tej ochrony. Podkreślić również należy, że polskie przepisy normujące możliwość uzyskania pozwolenia na broń należą obecnie do najbardziej restrykcyjnych w Unii Europejskiej.

W społeczeństwie, któremu od ponad dwu stuleci (z wyjątkiem międzywojennego epizodu) posiadania broni zabraniano, podstawową trudność sprawia większości już samo zrozumienie, że zakaz dostępu obywateli do broni nie jest dogmatem, a argumenty zwolenników jej posiadania nie muszą być z definicji niepoważne. Od PO należy oczekiwać, że wzniesie się ponad uprzedzenia i uważnie sprawę zbada. Wciąż jest to możliwe, warto więc zrelacjonować pokrótce najważniejsze racje zwolenników liberalizacji.

Zakazy dostępu do broni narodziły się jako gwarancje kontroli nad narzędziami przymusu wobec maluczkich, którym wmawiano zresztą, że nie o ową kontrolę chodzi, tylko o to, by będące atrybutem pozycji społecznej miecze nie trafiły w ręce niegodnego plebsu. Ta ideologia ewoluowała następnie, przybierając postać teorii, iż człowiek jest z natury zbyt agresywny i nieprzewidywalny, by można było mu pozwolić na posiadanie broni. Szczególnie akcentowały to formacje ustrojowe traktujące obywateli jak element państwu wrogi. Do dziś zresztą niechęć wobec wizji uzbrojonego społeczeństwa najsilniejsza jest w większości krajów postkomunistycznych. W Polsce koncepcja owej szczególnej niedojrzałości społecznej dodatkowo przez dwieście lat z okładem rozwijana była przez kolejnych okupantów, którym uzbrojony Polak był solą w oku. Starali się wpoić mu niechęć do broni argumentami siłowymi i wykorzystując demagogiczną indoktrynację.

Kto chce zabić, zabije

W Wielkiej Brytanii broni innej niż myśliwska od wielu lat posiadać nie wolno, lecz liczba nielegalnych pistoletów i rewolwerów rośnie lawinowo wraz z przestępczością. Natomiast np. w Czechach czy Niemczech, w przeliczeniu na tysiąc mieszkańców, legalnej broni jest kilkakrotnie więcej niż w Polsce, bez szkody dla publicznego bezpieczeństwa. To ważne przykłady, bo z krajów bliskich nam kulturowo. Dowodzą, że to nie legalna broń jest przyczyną przestępczości, lecz nierozwiązane problemy społeczne, etniczne itp.

Tezę tę dodatkowo potwierdzają statystyki poszczególnych krajów, z których wynika, że przestępstw z wykorzystaniem legalnej broni nieomal się nie popełnia, a i migracja broni pomiędzy białą a czarną strefą jest niewielka. Analogiczne wnioski wyciąga się z porównania USA ze Szwajcarią i Kanadą – krajów podobnych pod względem dostępności broni, a tak różnych w statystykach przestępczości.

Stany Zjednoczone stanowią zresztą osobne zagadnienie. Kraj ten, z wysoką liczbą zabójstw popełnianych z użyciem broni palnej, przedstawia się jako koronny dowód na fatalny związek pomiędzy rozpowszechnieniem broni a przestępczością. Niesłusznie, skoro i tam przestępstwa popełnia się głównie z użyciem broni nielegalnej, a feralne statystyki windowane są przez mieszkańców różnorakich gett żyjących w warunkach niewyobrażalnej dysfunkcji społecznej.

Oczywiście przestępstwa oraz wypadki z użyciem legalnej broni też się zdarzają, stąd pytanie, czy nie należałoby zakazać dostępu do broni, gdyby miało to uratować choćby jedno życie. Analiza statystyk prowadzi jednak do wniosku, że nasycenie bronią ma wpływ na liczbę zabójstw z jej użyciem, ale nie na liczbę zabójstw ogółem. Jeśli ktoś chce kogoś zabić, zrobi to dowolnym dostępnym narzędziem (nożem, młotkiem czy siekierą) albo i gołymi rękami. Jeżeli zaś takiego zamiaru nie ma, morderstwa nie popełni.

Ponadto dostęp obywateli do legalnej broni wiąże się ze znacznym zmniejszeniem przestępczości. Jak wynika z niedawnych amerykańskich doświadczeń, w trzydziestu kilku stanach w ciągu kilku lat od wprowadzenia prawa pozwalającego na noszenie ukrytej broni przestępczość kryminalna systematycznie malała. W pozostałych zaś rosła lub utrzymywała się na dotychczasowym poziomie. Ponieważ nowelizacje prawa były dokonywane w różnym czasie (co wykluczyło wpływ jakiegoś innego czynnika), wynika z tej prawidłowości wniosek, że licząc się ze zbrojnym oporem, przestępcy mniej spontanicznie podejmują ryzyko bezprawnego zamachu.

Czytaj dalej ‘Prawo do posiadania broni’

Koszt ekologii

Opłaty ekologiczne do tej pory stanowiły margines w wydatkach polskich firm i w niewielkim stopniu przekładały się na nasze wydatki. Jednak Unia Europejska stawia na coraz czystsze technologie i ochronę środowiska, a Polska musi się do tego dostosować. Firmy, które dotąd zaniedbywały ekologiczne inwestycje, płacą wyższe kary, a koszty przerzucają na klientów. W najbliższych latach za wzrost opłat w coraz większym stopniu odpowiedzialna będzie więc ekologia. W przyszłym roku za wywóz śmieci zapłacimy prawdopodobnie o połowę więcej, w ciągu czterech lat woda podrożeje o 60 proc., a droższa energia pociągnie za sobą wyższe koszty ogrzewania.

Ekologia - koszty ekologii

Woda będzie drożała z powodu bardzo kosztownych inwestycji w modernizację i rozbudowę obecnej infrastruktury. Są one w dużej części finansowane z taryf dla mieszkańców. Firma Saur Neptun Gdańsk, dostarczająca wodę dla mieszkańców stolicy Pomorza, szacuje, że zobowiązania ekologiczne odpowiadają za podwyżki w około 40 proc. Teraz koszty opłat ekologicznych są w Gdańsku dużo niższe – za wodę i odprowadzanie ścieków czteroosobowa rodzina z Gdańska płaci rocznie niemal 200 zł. Kwoty te będą szybko rosły.

60 proc. - o tyle wzrosną w ciąguczterech lat opłaty za dostawy wody – prognozują eksperci

Nie lepiej jest w gospodarce odpadami. To jedna z najbardziej zaniedbanych dziedzin, więc rząd w ubiegłym roku pięciokrotnie podniósł opłatę ekologiczną za składowanie śmieci. Koszty firm wywożących śmieci wzrosły w ten sposób o 750 mln zł rocznie, a w przyszłym roku powinno to być już 1,5 mld zł, choć minister środowiska Maciej Nowicki nie podjął jeszcze ostatecznej decyzji. – Podnieśliśmy ceny, ale i tak są one śmiesznie niskie, bo np. w Niemczech za wywóz śmieci płaci się dziesięciokrotnie więcej – zauważa Tomasz Uciński, prezes Przedsiębiorstwa Gospdoarki Komunalnej w Koszalinie.

Polacy nie są w stanie płacić tak dużo za wywóz śmieci jak zachodni sąsiedzi. Teraz jest to obciążenie dla rodziny rzędu 24 zł miesięcznie. Jaka jest granica podwyżek? – Ceny wzrosną tak, by opłacało się spalanie odpadów – prognozuje Jerzy Ziaja z Ogólnopolskiej Izby Recyklingu. Opłaty za wywóz odpadów musiałyby więc być dwukrotnie wyższe od obecnych. Elektrownie produkują też za mało energii pochodzącej ze źródeł odnawialnych. W tym roku powinna ona stanowić 7 proc. sprzedaży dostawców energii. Zielony prąd jest jednak droższy od produkowanego z węgla – w efekcie jego udział jest mniejszy. Z tego powodu dostawcy energii zapłacili za ubiegły rok niemal 300 mln zł kar. – To jest podatek ekologiczny, który płacimy wszyscy, ale też inwestowanie na przyszłość – uważa Grzegorz Lot, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Vattenfalla.

Z szacunków tej firmy wynika, że każdy klient płaci teraz rocznie ok. 35 zł z powodu korzystania z zielonej energii. Te koszty możemy sobie powetować, wyłączając niepotrzebny sprzęt, albo gasząc światło. – Zużywamy stosunkowo dużo energii i powinniśmy ją oszczędzać. Zmiana oświetlenia na energooszczędne zmniejsza rachunek o ok. 50 zł rocznie – dodaje Lot.

Elektrownie alarmują, że wzrost cen produkcji energii tylko z powodu niższych limitów emisji dwutlenku węgla ma wynieść 15 proc. Ministerstwo Środowiska szacuje je na 12 proc. i optymistycznie przewiduje, że końcowi odbiorcy energii zapłacą tylko o 4 proc. więcej. Jak będzie rzeczywiście – okaże się za rok, kiedy przyjdzie pierwsze rozliczenie z limitów CO2. – Opłaty ekologiczne do tej pory nie stanowiły znaczącej pozycji w naszych kosztach, ale mogą na trwałe drastycznie wzrosnąć w najbliższym czasie z powodu potencjalnego deficytu uprawnień do emisji CO2. Taka sytuacja z pewnością odbije się na cenach ciepła – mówi Bogusław Regulski, wiceprezes Zarządu Izby Gospodarczej Ciepłownictwo Polskie.

Ale na tym nie kończą się kłopoty energetyki. W tym roku przedsiębiorstwa powinny dostosować się do unijnych norm emisji dwutlenku siarki, a potem do norm emisji tlenków azotu. – Za cztery lata w cenie energii różne obciążenia związane z wymogami ekologicznyczmi mogą stanowić aż jedną trzecią kosztów – szacuje Franciszek Pchełka, dyrektor Towarzystwa Gospodarczego Polskie Elektrownie.

Rodzina, która w ubiegłym roku płaciła za wodę, ciepło, energię i śmieci ok. 360 zł miesięcznie, teraz musi wydać na ten cel 400 zł, a w przyszłym roku zapłaci powyżej 450 zł.

Rachunki eksploatacyjne rosną z wielu względów. W ostatnich latach duży wpływ na ich wysokość miały ceny paliw, surowców i koszty pracy. Obecnie wzrasta znaczenie opłat ekologicznych.

Źródło : Rzeczpospolita: Za ekologiczne inwestycje zapłacą klienci
Magdalena Kozmana 26-04-2008

————————-

Portfele Polaków staną się cieńsze nie tylko z powodu rosnących cen paliw i żywności. Zaostrzane przez Unię Europejską przepisy ekologiczne poważnie zwiększą w najbliższych miesiącach koszty utrzymania naszych rodzin.

Teraz obowiązek spełniania norm środowiskowych podnosi wysokość rachunków za energię elektryczną, ciepło, wodę i wywóz śmieci o ok. 300 zł rocznie. W 2009 r. będzie to co najmniej 500 zł, a w niektórych wypadkach nawet 645 zł – wynika z szacunków „Rz”. – Mamy brudne i przestarzałe technologie, będziemy więc ponosili coraz wyższe koszty korzystania z nich – mówi Mateusz Walewski z Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych. Koszty proekologicznych inwestycji przerzucane są na końcowych odbiorców. A prowadzić je muszą wszyscy: producenci energii i ciepła, dostawcy wody i odbiorcy śmieci. Każde opóźnienie kończy się karą, którą też ostatecznie płaci klient.

Według resortu środowiska, by dostosować się do unijnych norm, inwestycje w ekologię powinny wynieść w tym roku ok. 15 mld zł. W ostatnich latach były dwukrotnie mniejsze.

Polska jest niedostosowana np. do unijnych norm dotyczących recyklingu i składowania odpadów. Zajmujące się tym firmy zaniedbały inwestycje w selektywną zbiórkę i odbiór posegregowanych odpadów. Tymczasem do końca 2008 r. Polska powinna zamknąć niebezpieczne dla środowiska składowiska. Na pozostałych ceny wzrosną. Na pokrycie ekologicznych kar idzie już jedna trzecia naszych opłat za śmieci. Za rok udział ten będzie wyższy – suma rachunków za wywóz śmieci w 2009 r. wzrośnie w porównaniu z tym rokiem o ponad 110 zł – i sięgnie 400 zł.

Koszty ekologicznych dyrektyw stanowią też ok. 20 proc. ponoszonych przez Polaków opłat za usługi wodno-kanalizacyjne. I udział ten będzie rósł. – W Gdańsku przewiduje się przez cztery lata wzrost taryfy za wodę i ścieki o 15 proc. rocznie – mówi Zbigniew Maksymiuk, prezes Saur Neptun Gdańsk, firmy zaopatrującej to miasto w wodę.

Rachunki możemy obniżyć, zużywając mniej energii i produkując mniej śmieci. Można np. wymienić sprzęt AGD na energooszczędny. Niestety – jego ceny także podniesie wkrótce… ekologiczna opłata produktowa, dzięki której będzie można zutylizować stary sprzęt.
Źródło : Rzeczpospolita: Nasze drogie środowisko
Magdalena Kozmana 26-04-2008

Zwiazki Zawodowe terroryzują Polskę

Zgodnie z prawem firmy pokrywają koszty związkowych etatów i udostępniają pomieszczenia. W rzeczywistości jednak prawa związkowców są dużo szersze – w wielu firmach regulują je bowiem dodatkowe umowy – np. społeczne, od kilku lat powszechne m.in. w energetyce, górnictwie i sektorze paliwowym. Negocjowane za rządów SLD i PiS dokumenty przewidują m.in., że spółki muszą pokrywać wydatki na prawników i organizację negocjacji.

Kwoty te nie są małe. Z poufnych dokumentów jednego z koncernów energetycznych, do których dotarła “Rz”, wynika, że każda runda negocjacji ze związkami nt. restrukturyzacji kosztowała od 40 do 75 tys. zł. Trzydniowe rozmowy toczono bowiem w wynajętym na ten cel hotelu. Firma płaciła też faktury za usługi prawników wynajętych przez związkowców – blisko 190 tys. zł rocznie.

W sumie roczne wydatki na utrzymanie związków w owej firmie sięgnęły w 2007 roku 3 mln zł, co w jej przypadku daje 245 zł na zatrudnionego. Gdyby ten wskaźnik odnieść do zatrudnienia w państwowych firmach figurujących na Liście 500 “Rz”, otrzymalibyśmy kwotę 110 mln zł rocznie.

To jednak bardzo ostrożne szacunki – poziom tzw. uzwiązkowienia w poszczególnych branżach się różni. Do najwyższych należy w górnictwie – na utrzymanie związków w trzech największych spółkach węglowych wydaje się rocznie ponad 40 mln zł (czyli 377 zł na zatrudnionego). Dla porównania – to połowa kosztu budowy nowoczesnego taśmociągu w kopalni.

Około 90 proc. kosztów związkowych stanowią pensje, i to niemałe. – Oddelegowany dostaje trzykrotność średniej pensji ze stanowiska, które zajmował przed pracą w związku – tłumaczy Madej. Związkowcy mają też inne przywileje, np. szef górniczej “S” Dominik Kolorz, który codziennie korzysta ze służbowego auta z kierowcą. – Nie mam prawa jazdy – tłumaczy związkowiec. W KGHM zatrudniającym 17,5 tys. osób, działa ponad 40 zakładowych organizacji związkowych. Z nieoficjalnych szacunków sprzed kilku lat wynika, że koszty wynagrodzeń i utrzymania infrastruktury związkowej w koncernie mogą sięgać nawet ok. 10 mln zł (588 zł na osobę).

Czy wydatki na związki zawodowe muszą być tak duże? Żeby je ograniczyć, rząd musiałby zmienić kilka ustaw, m.in. ustawę o związkach zawodowych, radach pracowniczych czy komercjalizacji i prywatyzacji. Najwięcej jednak zależy od samych pracodawców. – Płacimy za przychylność – mówią pracodawcy.

Źródło : Rzeczpospolita: Niebezpieczne związki
Agnieszka Łakoma, Karolina Baca 15-04-2008

Zbrodniarze PRL są nietykalni

Sąd Najwyższy uznał, że zamykanie tak zwanych wrogów władzy ludowej było zgodne z przepisami.

Śledczym IPN już raczej się nie uda doprowadzić do skazania stalinowskiego prokuratora Kazimierza Graffa. Był oskarżony o dopuszczenie do bezprawnego przetrzymywania w latach 40. tzw. wrogów władzy ludowej, m.in. działacza podziemia Stanisława Figurskiego, który przez miesiąc był trzymany w areszcie bez postanowienia o tymczasowym aresztowaniu. W tym czasie siłą zmuszono go do przyznania się do winy.

Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie, a potem Sąd Najwyższy, który rozpatrywał zażalenie prokuratorów IPN, nie dopatrzył się w działalności Graffa przestępstwa. Uznał, że działał zgodnie z ówczesnym prawem. – To już kolejna kuriozalna decyzja sądu w sprawach, w których oskarżeni są komunistyczni sędziowie i prokuratorzy – twierdzą nieoficjalnie śledczy IPN.

– Czekamy na uzasadnienie decyzji Sądu Najwyższego, a potem rozważymy, czy wystąpić z kasacją – mówi Andrzej Arseniuk, rzecznik IPN.

Graff ma więcej ciemnych plam w życiorysie. Osobiście uczestniczył m.in. w rozstrzeliwaniu żołnierzy państwa podziemnego w 1946 r., których sąd w Siedlcach w ciągu trzech dni skazał na śmierć. Jego roli w tej sprawie nie udało się jednak dowieść, gdyż nie zachowały się akta z tamtych wydarzeń.

Po umorzeniu sprawy Figurskiego śledczy IPN mają coraz mniej powodów do optymizmu. To już kolejna taka sprawa, która upadła. Tak było m.in. z tzw. sędziami stanu wojennego. Katowicki IPN zarzucał bezprawne stosowanie nieopublikowanego dekretu o stanie wojennym z 1981 roku.

– Sprawę ucięła uchwała Sądu Najwyższego z grudnia 2007 r. W efekcie ponad 20 sędziów i prokuratorów uniknie odpowiedzialności – mówi prokurator Piotr Nalepa z katowickiego oddziału IPN.

Zdaniem prof. Andrzeja Paczkowskiego tego rodzaju sprawy świadczą o przekonaniu przedstawicieli Temidy, że coś takiego jak zbrodnia sądowa nie istnieje. Akty oskarżenia są odrzucane, gdyż zdaniem sędziów nie mają odpowiedniego umocowania prawnego.

– Takie działania to przykład sędziowskiego korporacjonizmu. Linia obrony jest zawsze podobna. Działano na podstawie ówczesnych przepisów, nie łamano więc prawa, nawet jeśli zapadały wyroki śmierci – dodaje historyk dr Antoni Dudek.

Źródło : Rzeczpospolita: Stalinowskie winy bez kary
Tomasz Pietryga 16-04-2008

—————–

Śledczy Graff nieuchwytny dla IPN

Akt oskarżenia przeciwko Kazimierzowi Graffowi śledczy IPN skierowali do sądu 18 października 2007 r. Oskarżono go, że w latach 40. jako nadrzędny prokurator dopuścił do bezprawnego aresztowania Stanisława Figurskiego, jednego z działaczy niepodległościowych podziemia związanego z organizacją Ruch Oporu Armii Krajowej oraz Narodowym Zjednoczeniem Wojskowym.

słynny stalinowski proces tzw. grupy Witolda Pileckiego, żołnierza Armii Krajowej - rok 1949

Figurskiego zatrzymano w grudniu 1947 r. Dopiero po miesiącu wydano postanowienie o jego tymczasowym aresztowaniu. W tym czasie siłą zmuszono go do złożenia obciążających go wyjaśnień. Na tej podstawie w akcie oskarżenia przypisano mu dążenie do obalenia państwa polskiego oraz udział w napadach rabunkowych z bronią w ręku.

Kazimierz Graff po zwolnieniu z prokuratury został radcą prawnym. Do dziś mieszka w Warszawie

Kazimierz Graff pełnił w tym czasie „zastępstwo” na stanowisku szefa wojskowej prokuratury rejonowej w Warszawie, która prowadziła śledztwo.

W 1968 r. Graff został zwolniony z wojskowej prokuratury. Później został radcą prawnym. Dziś ma 91 lat, mieszka w Warszawie. – IPN zarzucił mu, że dopuścił do bezprawnego pozbawienia wolności Figurskiego, mimo że na podstawie wojskowego kodeksu postępowania karnego zobowiązany był w takiej sytuacji do uchylenia aresztu i zwolnienia osadzonego. Śledczy IPN uznali to za zbrodnię komunistyczną i na tej podstawie skierowali akt oskarżenia do sądu – mówi Andrzej Arseniuk, rzecznik Instytutu. Prokuratorzy powołali się na obowiązek stosowania w latach 40. konstytucji marcowej, która określała zasady i czas zatrzymań. Zatrzymanie bez postanowienia o tymczasowym aresztowaniu było możliwe tylko przez 48 godzin. Koronnym argumentem w tej sprawie miało być orzeczenie Sądu Najwyższego z 1958 r., który w bardzo podobnej sprawie utrzymał wyrok skazujący m.in. Józefa Różańskiego. Sąd uznał ważność zasad konstytucji marcowej.

Argumentacja nie przekonała jednak Wojskowego Sądu Okręgowego w Warszawie, który 22 stycznia 2008 r. umorzył postępowanie z uwagi na brak znamion czynu zabronionego.

– Dla śledczych IPN była to kuriozalna decyzja. Stąd też szybko skierowano zażalenie na to postępowanie do Sądu Najwyższego. Ten jednak utrzymał w mocy decyzje warszawskiego sądu. Teraz czekamy na uzasadnienie. Po jego otrzymaniu śledczy będą się zastanawiać, czy nie wnieść o kasację– mówi Arseniuk.

Sprawa Figurskiego nie jest jedyną ciemną plamą w życiorysie Graffa. W kwietniu 1946 r. osobiście uczestniczył w wykonaniu egzekucji na 12 członkach państwa podziemnego, którzy po trzech dniach od zatrzymania zostali skazani na kary śmierci przez Wydział ds. Doraźnych Sądu Okręgowego w Siedlcach.

W tej sprawie nie udało się oskarżyć Kazimierza Graffa, gdyż większość dokumentów jej dotyczących została zniszczona.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora

t.pietryga@rp.pl
Źródło : Rzeczpospolita: Śledczy Graff nieuchwytny dla IPN
Tomasz Pietryga 16-04-2008

————————-

Zbrodniarze śpią spokojnie

Postanowienie Sądu Najwyższego w sprawie prokuratora Kazimierza Graffa jest kolejną kuriozalną decyzją jednego z najwyższych organów prawa w Polsce, które kładzie się cieniem na polskim wymiarze sprawiedliwości.

W grudniu minionego roku uchwała Sądu Najwyższego zatrzymała śledztwo w stosunku do sędziów skazujących na wieloletnie wyroki za łamanie dekretu o stanie wojennym, który, nawet na mocy ówczesnych przepisów, nie był jeszcze prawem – bo nie został ogłoszony w Dzienniku Ustaw.

Sąd Najwyższy uznał, że skoro PRL nie był państwem prawa, to trudno pociągać do odpowiedzialności jego funkcjonariuszy, którzy naruszali fundamenty samej idei prawa. Wynika z tego bezspornie, że słudzy zbrodniczych reżimów, które z pewnością nie były państwami prawa, mogą spać spokojnie. Nawet jeśli naruszyli przepisy obowiązujące w ich państwie, które, skądinąd słusznie, trudno uznać za prawo.

W wypadku stalinowskiego prokuratora, który prześladował przeciwników politycznych i osobiście uczestniczył w egzekucjach, pojawia się nieco inne uzasadnienie. Graff działał zgodnie z ówczesnym prawem – czytaj przepisami – twierdzi Sąd Najwyższy. Zostawmy na boku fakt, że i to uzasadnienie przeczy prawdzie. Sąd Najwyższy zakwestionował wydawałoby się powszechnie przyjęte po II wojnie światowej normy, które mówią, że działanie zgodnie ze zbrodniczym prawem, czyli “ustawowym bezprawiem”, nie zwalnia z odpowiedzialności. Efektem tej zasady jest idea praw człowieka, zgodnie z którą można sądzić sprawców zbrodni przeciwko ludzkości niezależnie od lokalnego prawodawstwa.

Niby wszyscy zgadzamy się na to, niby akceptujemy trybunały przeciwko zbrodniarzom z Bałkanów czy Rwandy, ale jeśli przychodzi do polskiego podwórka, okazuje się, że zasady te przestają obowiązywać.

Czy tylko dlatego, że wśród prawników, którzy niedawno jeszcze byli sędziami Sądu Najwyższego, znaleźć możemy takich, którzy wydawali z pogwałceniem norm prawa wyroki w stanie wojennym? Czy dlatego, że wyrastające z PRL środowisko sędziowskie dba bardziej o korporacyjny interes niż o elementarne zasady prawa?

Źródło : Rzeczpospolita: Zbrodniarze śpią spokojnie
Bronisław Wildstein 15-04-2008

Oglądanie telewizji przez dzieci

Niższe oceny w szkole, gorsza dieta i niechęć do ćwiczeń fizycznych – to efekty obecności telewizorów w sypialniach dzieci. Wbrew pozorom nie jest to problem w zamożnych rodzinach, lecz w tych najbiedniejszych

– Gdy kupujecie nowy telewizor do salonu i macie mniejszy odbiornik, wprawdzie starszy, ale nadal działający, nie powinniście wstawiać go do pokoju dziecka – radzi rodzicom Daheia Barr-Anderson z Uniwersytetu Minnesoty. Jej zespół przeprowadził badania nad wpływem telewizji na kondycję psychiczną i fizyczną nastolatków. – Musicie oprzeć się żądaniom waszych dzieci, by telewizor trafił do ich sypialni – uważa Barr-Anderson.

Analizy przeprowadzone przez Wydział Zdrowia Publicznego Uniwersytetu Minnesoty koncentrowały się na efektach obecności odbiornika TV w pokojach dziecięcych. Jak podkreślają naukowcy, choć przeprowadzono już badania nad wpływem telewizji na najmłodszych, dotąd niewiele wiadomo było o jej oddziaływaniu na zdrowie młodzieży. Zapytano o to blisko 800 amerykańskich nastolatków (w wieku między 15 i 18 lat). Dwie trzecie spośród ankietowanych przyznały, że mają telewizor przy łóżku.

Wyniki badania są zaskakująco jednoznaczne. Obecność odbiornika w sypialni oznacza, że dzieci oglądają tygodniowo od czterech do pięciu godzin programów więcej niż te, które telewizor mają tylko w salonie. W tej grupie było również dwukrotnie więcej uzależnionych od telewizji, czyli takich, którzy przed ekranem spędzają powyżej pięciu godzin dziennie.

Co w tym złego? Badacze z USA twierdzą, że nastoletnie dziewczęta oglądające telewizję w łóżku mniej czasu poświęcają na ćwiczenia, jedzą mniej warzyw i owoców, mniej czasu spędzają z rodziną, piją za to więcej słodzonych napojów gazowanych (przyczyniających się do nadwagi).

U chłopców obniżała się średnia ocen w szkole. Nastolatki spędzały też mniej czasu na odrabianiu zadań domowych. – To naprawdę wskazuje, że coś jest w tym, by nie pozwolić dzieciom na posiadanie telewizora w sypialni – uważa Daheia Barr-Anderson. Naukowcy przypominają, że Amerykańska Akademia Pediatrii zaleca rodzicom usunięcie telewizora z pokoju dziecięcego.

Mimo wszystkich tych wątpliwości naukowcy przyznali, że nie udało się połączyć występowania otyłości u nastolatków z oglądaniem przez nich telewizji. Ale wcześniejsze badania wśród młodszych dzieci (chodzących do szkoły podstawowej) wskazywały, że zbyt długie codzienne oglądanie programów sprzyja powstawaniu otyłości.

Co najciekawsze, w USA problem dotyczy mniej zamożnych rodzin. Wśród tych, które zgłaszały najwyższy dochód roczny, odbiorników w sypialniach dzieci było najmniej. Najwięcej zaś u rodzin afroamerykańskich (82 proc. dzieci w takich rodzinach ma telewizor w sypialni) i latynoskich (66 proc.).

Badania te ukazały się niemal jednocześnie z innymi, dotyczącymi braku snu najmłodszych. Według naukowców z Harvard Medical School zbyt krótki sen sprzyja nadwadze, a także depresji w późniejszym życiu. Według dr Elsie Taveras z Harvard Medical School brak snu to właśnie efekt obecności w sypialniach dzieci telewizorów, jak również komputerów i konsol gier wideo. Jej zespół zbadał ponad 900 najmłodszych dzieci (do drugiego roku życia).

– Istnieją poważne konsekwencje braku snu, nawet u dzieci w tak młodym wieku – podkreśla dr Taveras. – To ważne, aby rodzice nauczyli się, jak zapewnić swoim dzieciom odpowiedni czas niezakłóconego niczym odpoczynku. Jej zdaniem wyniki te potwierdzają wcześniejsze ustalenie, iż zbyt mało snu podwyższa poziom hormonów związanych z poczuciem głodu, a tym samym prowadzi do nadwagi.

Źródło : Rzeczpospolita: Telewizja dzieciom szkodzi
Piotr Kościelniak 09-04-2008

Edukacja seksualna

Dyskusja o zmianach w oświacie w tym o edukacji seksualnej

Apel w obronie flagi Rzeczypospolitej Polskiej

Apel w obronie flagi oraz Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej

Ministerstwo Sprawiedliwości RP
Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji
Zarząd TVN

W programie Kuby Wojewódzkiego nadanym 25 marca 2008r. przez telewizję TVN doszło do znieważenia polskiej flagi państwowej, co nie tylko jest czynem karalnym, ale przekracza wszelkie normy przyzwoitości obowiązujące w cywilizowanym świecie. Uczestnicy programu dopuścili się umieszczenia polskiej flagi w psich odchodach.

Przez wiele stuleci pod biało-czerwoną flagą Polacy płacili życiem za niepodległość swojego państwa. Przywiązanie do symboli tej niepodległości jest częścią naszej historii, ale także dziedzictwem, które zamierzamy przekazać następnym pokoleniom. Nie pozwolimy obrażać naszego państwa, ani lekceważyć jego praw.

Od instytucji wymiaru sprawiedliwości domagamy się natychmiastowego podjęcia z urzędu niezbędnych kroków prawnych, aby przykładnie ukarać winnych złamania prawa.

Od Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji domagamy się podjęcia działań, które na przyszłość zabezpieczą nas przed podobnymi przypadkami haniebnego nadużywania wolności wypowiedzi. Domagamy się również poinformowania opinii publicznej zarówno o decyzjach dotyczących postępowania w tej sprawie, jak i o ich skutkach.

Od telewizji TVN i autorów tego programu, w którym doszło do znieważenia polskiej flagi, a tym samym obrazy naszej dumy i godności narodowej, domagamy się zaniechania emisji tego programu w internecie. Domagamy się przeprosin we wszystkich mediach elektronicznych oraz w gazetach codziennych.
Kraków, 31.03.2008r

Scenę z programu możesz obejrzeć tutaj

Podpisz apel w obronie flagi Rzeczypospolitej Polskiej

Majątek Żydów - grabież po wojnie

Losy własności pozostałej po ofiarach Holokaustu są w obecnej debacie zniekształcone, a nawet zafałszowane

Powołując się na oceny byłego dyrektora Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie prof. Feliksa Tycha, publicysta Janusz Majcherek stwierdził ostatnio, że około miliona polskich rodzin miało skorzystać z majątków Żydów pomordowanych podczas wojny w Polsce. Inny publicysta pisze natomiast: „W ciągu dwóch pierwszych powojennych lat pożydowskie domostwa zostały zasiedlone przez trzy miliony mieszkańców ściągniętych ze wsi” („Wprost”, 20.01.2008). Te twierdzenia sprawiają wrażenie, jakoby Polacy byli w masowej skali beneficjentami zbrodni na Żydach.

Ulica handlowa - okres międzywojenny

Jest to również jedna z głównych tez „Strachu” Jana Tomasza Grossa. Twierdzenia te szokują. Są jednak nieprawdziwe i całkowicie zmyślone. Również losy własności pozostałej po wymordowanych Żydach są w aktualnej debacie zniekształcone, a nawet zafałszowane. Spójrzmy zatem na fakty dotyczące dziejów żydowskiej i polskiej własności w okupowanej przez Niemców Polsce i wkrótce po wojnie.

Systematyczna grabież okupowanych terenów

Pierwsze tygodnie niemieckiej okupacji, zarówno na terenach później anektowanych, jak i na obszarze Generalnego Gubernatorstwa, charakteryzowały się m.in. grabieżami i konfiskatami. Niemcy organizowali masowe transporty do Rzeszy surowców, produktów przemysłowych, wyposażenia wojskowego i żywności. Demontowano i wywożono nowoczesne obiekty przemysłowe. Już w pierwszych tygodniach okupacji trafiło tam 25 tys. wagonów z różnorodnymi dobrami. Wartość łupów wojennych szła w miliardy marek. Nie inaczej zresztą zachowywali się okupanci sowieccy na Kresach Wschodnich.

Niemcy szybko utworzyli struktury administracyjne służące systematycznej eksploatacji wszystkich zasobów gospodarczych okupowanej Polski. 19 października 1939 r. Herman Göring powołał do życia Haupttreuhandstelle Ost (Główny Urząd Powierniczy Wschód – HTO) z siedzibą w Berlinie i oddziałami w Gdańsku, Poznaniu, Ciechanowie i Katowicach, a po ataku na Związek Sowiecki także w Białymstoku. Zadaniem HTO było konfiskowanie polskiego majątku państwowego oraz polskiego i żydowskiego majątku prywatnego na ziemiach wcielonych do Rzeszy, jak również zarządzanie tym majątkiem oraz jego eksploatowanie.

Ponadto Heinrichowi Himmlerowi jako komisarzowi Rzeszy do spraw umacniania niemieckości udało się uzyskać zgodę Hitlera na konfiskowanie i eksploatację własności rolnej i leśnej Polaków i Żydów na zaanektowanych terenach. Himmler powołał w tym celu 12 lutego 1940 r. Ostdeutsche Landbewirtschaftungsgesellschaft mbH. Ostland (Wschodnioniemiecka Spółka z o.o. ds. Gospodarki Wiejskiej, Ziemie Wschodnie).

Obie organizacje, HTO oraz Ostland Gesellschaft, przystąpiły do masowego wywłaszczania ludności polskiej i żydowskiej na terenach przyłączonych do Rzeszy. Niemieccy okupanci przejęli cały majątek państwa polskiego, samorządów, organizacji politycznych i społecznych oraz zdecydowaną większość własności gmin zarówno polskich, jak i żydowskich religijnych. Skonfiskowali wszystkie należące do Żydów i Polaków zakłady rolne i przemysłowe, a także przedsiębiorstwa kredytowe i transportowe. W ten sposób zarekwirowano ponad 90 proc. domów mieszkalnych, zakładów rzemieślniczych i handlowych, a także 500 tys. w pełni wyposażonych mieszkań. W tej części okupowanej Polski do końca wojny pozostały w rękach polskich jedynie nieliczne zakłady rzemieślnicze i usługowe. Zakłady żydowskie zostały przejęte w całości.

Beneficjentami tego zbiorowego wywłaszczenia były niemieckie władze cywilne, NSDAP, Wehrmacht, SS, rozmaite stowarzyszenia i organizacje niemieckie. Korzystali z niego również mieszkańcy Rzeszy, którzy ucierpieli w wyniku bombardowań. Tylko od 1 stycznia do 18 października 1943 r. do Rzeszy wyjechało 1,6 tys. wagonów z meblami skonfiskowanymi na terenach zaanektowanych. Wywłaszczony majątek otrzymywały także niemieckie przedsiębiorstwa, niemieccy osadnicy z krajów bałtyckich lub Europy Wschodniej. Polacy na terenach zaanektowanych nie byli nigdy i w żadnych okolicznościach beneficjentami tej grabieży, lecz jej głównymi ofiarami, jeżeli za miarę przyjąć ogół zrabowanego majątku.

Rekwirowanie „bezpańskiego” majątku

W odróżnieniu od terenów wcielonych do Rzeszy w Generalnym Gubernatorstwie nie prowadzono polityki powszechnego wywłaszczenia. Skonfiskowany został i wywłaszczony cały majątek państwowy, ale nie prywatny. Wyjątek stanowiła własność Żydów oraz obywateli polskich, którzy uciekli za granicę. Niemieckie władze uznały cały majątek żydowski za bezpański, stopniowo go rekwirowały i przekazywały pod zarząd powierniczy. Ale także prywatna własność polska była nierzadko konfiskowana, na przykład w celu zwolnienia mieszkań i budynków dla niemieckich władz okupacyjnych i ich niemieckich pracowników, albo też w ramach represji za przynależność do ruchu oporu lub choćby, w przypadku chłopów, za niezrealizowanie dostaw obowiązkowych.

W Generalnym Gubernatorstwie niemieckie władze skonfiskowały całą własność państwa polskiego, organizacji politycznych i społecznych, jeśli były polskie lub żydowskie, oraz cały majątek ludności żydowskiej. Ogółem niemieccy okupanci przejęli mniej więcej jedną trzecią całego majątku znajdującego się na terenie Generalnego Gubernatorstwa. Wpływy z tego tytułu, na przykład czynsze, zasilały kasy niemieckich starostów powiatowych i grodzkich.

Do zarządzania skonfiskowaną własnością w urzędzie generalnego gubernatora powstał wydział o nazwie Biuro Powiernicze z oddziałami w dystryktach oraz w starostwach powiatowych i grodzkich. Do 1941 r. Biuro Powiernicze nakazało konfiskatę ponad 40 tys. działek oraz większości ważniejszych zakładów. Nie licząc dystryktu galicyjskiego (obecnie zachodnia Ukraina), w październiku 1941 r. pod zarządem powierniczym znajdowało się łącznie 3865 zakładów, w tym 997 przemysłowych oraz 2630 handlowych, rzemieślniczych i usługowych.

Stosunkowo niewielką liczbę skonfiskowanych przedsiębiorstw handlowych i zakładów rzemieślniczych da się wyjaśnić tym, że większość zakładów żydowskich została zlikwidowana, a tylko nieliczne zostały przejęte i były dalej prowadzone przez powierników. Łącznie w Generalnym Gubernatorstwie całkowicie zlikwidowano ponad 100 tys. żydowskich przedsiębiorstw handlowych. Podobnie było z zakładami rzemieślniczymi. W latach 1940 i 1941 w Generalnym Gubernatorstwie obroty rzemiosła spadły o 63 proc. w porównaniu z rokiem 1938. Liczba Polaków, którzy skorzystali na zamykaniu żydowskich firm handlowych i rzemieślniczych, była zatem niewielka, zwłaszcza że likwidacją objęto także firmy polskie. Najlepsze przedsiębiorstwa i tak przejmowali niemieccy poszukiwacze przygód (jak choćby Oskar Schindler) lub volksdeutsche. Zdarzało się, że mniej atrakcyjne zakłady przejmowali Polacy, z reguły wypędzeni z terenów przyłączonych do Rzeszy.

Do chwili rozpoczęcia masowego mordu na Żydach w 1942 roku cały majątek żydowski znajdujący się w Generalnym Gubernatorstwie – domy, mieszkania, zakłady, które nie zostały wcześniej zlikwidowane, konta bankowe – został skonfiskowany. Aby móc sprawnie zarządzać około 50 tysiącami przejętych działek, latem 1942 roku administracja cywilna Generalnego Gubernatorstwa stworzyła specjalną spółkę.

Niemieccy urzędnicy rościli sobie również prawo do całego ruchomego majątku Żydów (meble, ubrania, przedmioty użytku domowego). Niemieccy starostowie powiatowi i grodzcy szantażem wyłudzali od gmin żydowskich – jeszcze przed deportacjami Żydów do komór gazowych – wysokie kontrybucje, między innymi aby „pokryć koszta przesiedlenia” lub „dla własnych potrzeb”. Niemieccy sprawcy postarali się także – jeszcze przed rozpoczęciem „ewakuacji” żydowskich dzielnic i gett – o zabezpieczenie ich przed plądrowaniem przez Polaków. Tylko bowiem niemieccy organizatorzy „wysiedlenia” mieli prawo do zdobyczy i łupu w świetle prawa niemieckiego. Starostowie ostrzegali więc ludność miejscową, że plądrowanie opuszczonych żydowskich mieszkań i domów będzie surowo karane. Jeden groził karą śmierci, drugi obozem karnym. Do plądrowań mimo to dochodziło. Niektórych grabieżców zastrzelono.

Po wymordowaniu Żydów w Generalnym Gubernatorstwie powstał spór między Hansem Frankiem i Heinrichem Himmlerem o ich własność. Obaj chcieli zużytkować pozostały po Żydach majątek do własnych celów: Frank dla Generalnego Gubernatorstwa, natomiast Himmler do sfinansowania osiedlenia się Niemców na Wschodzie. Dopiero w obliczu zbliżającego się frontu latem 1944 roku doszli do porozumienia. Postanowili przekazać zarządzanie żydowskim majątkiem niemieckiej cywilnej administracji Generalnego Gubernatorstwa. W praktyce jednak przejęła ona własność Żydów jeszcze przed ich wymordowaniem.

Do masowej sprzedaży żydowskich nieruchomości nie doszło w Generalnym Gubernatorstwie, ponieważ zostały one wprawdzie skonfiskowane, ale – w większości przypadków – formalnie nie zostały wywłaszczone. A tylko wywłaszczoną własność można było sprzedać. Kłótnia między Frankiem i Himmlerem zablokowała prawne rozwiązanie tego problemu. A zatem wbrew temu, co się twierdzi, Polacy nie tylko nie skorzystali na wymordowaniu Żydów, ale nie mogli z tego skorzystać, ponieważ byli wykluczeni z grona beneficjentów konfiskat i wywłaszczeń. Nie oznacza to, że nie istnieli polscy szmalcownicy, grabieżcy i bandyci, którzy wzbogacili się na majątku żydowskim metodami sobie właściwymi, a ich ofiarami padali także Polacy. Jednakże było to zjawisko raczej marginalne w stosunku do całości społeczeństwa polskiego, a nie fenomen masowy, jak niektórzy dziś twierdzą.

Upaństwowienie mienia w „wyzwolonej” Polsce

PKWN unieważnił w jednym ze swych pierwszych rozporządzeń niemieckie akty prawne dotyczące konfiskaty i wywłaszczenia polskiego i żydowskiego mienia. Dotyczyło to również nieruchomości, które zostały kupione od niemieckich okupantów. Na terenach wschodniej Polski, które zostały zaanektowane przez Związek Sowiecki, Sowieci dalej plądrowali i wywłaszczali. Najpierw polscy mieszkańcy miast musieli opuszczać swe mieszkania i domy, a potem chłopi swe gospodarstwa. Ci polscy chłopi, którzy tego nie zrobili, zostali później i tak przymusowo wywłaszczeni. Nie inaczej Sowieci traktowali nieruchomości należące do Żydów, także tych, którzy zostali wymordowani. Na wschodnich obszarach Polski przed wojną żyła prawie połowa z trzech milionów polskich Żydów. Już to jest dowodem na to, że twierdzenie, iż trzy miliony polskich chłopów po 1945 roku wprowadziło się do domów i mieszkań zamordowanych Żydów, jest absurdalne.

Sytuacja Polaków w przesuniętej o 200 km na zachód Polsce także nie była diametralnie inna. Przemysł i handel zostały upaństwowione, bez względu na to, czy należały do Polaków czy Żydów. Zajmował się tym Hilary Minc, sowiecki komunista i patriota oraz członek PPR. Był bliskim przyjacielem Jakuba Bermana, odpowiedzialnego za kulturę (to znaczy za komunistyczną propagandę, w tym także za pamięć o Holokauście) oraz bezpieczeństwo (to znaczy komunistyczny aparat terroru). Mincowi i Bermanowi trudno jednakże zarzucić polski antysemityzm, ponieważ sami byli pochodzenia żydowskiego. Tymczasem – co jest zadziwiające – Hilary Minc w debacie o losie żydowskiego mienia po „wyzwoleniu” Polski w ogóle się nie pojawia, podobnie jak Berman w debacie o polskiej pamięci o Holokauście.Z żydowskiego mienia pozostały w końcu tylko te mieszkania, domy i grunty, które nie zostały upaństwowione. A w dużej części pozostały z nich tylko gruzy. Domy zostały zniszczone wskutek działań wojennych lub celowo wyburzone przez niemieckich okupantów, jak na przykład w Warszawie. Na ziemiach Polski centralnej około 147 tysięcy miejskich nieruchomości (w większości polskich) oraz około 343 tysięcy gospodarstw rolnych (prawie wyłącznie polskich) zostało zniszczonych lub ciężko uszkodzonych.

Znaczna część żydowskich nieruchomości miała więc tylko wartość gruntu. Żydowskich domów i mieszkań, które ocalały, Polacy nie mogli po prostu zająć i wprowadzić się, tak jak to sugeruje Jan T. Gross i inni. Jeżeli nie zgłaszali się spadkobiercy zamordowanych żydowskich właścicieli, nieruchomości przechodziły w ręce komunistycznego państwa. Administracja państwowa decydowała o tym, kto mógł się wprowadzić do tych mieszkań i domów, oraz ustalała wysokość czynszów. Dochody z nich wpływały do kas komunistycznego państwa, którego celem nie było przecież dobro polskiego narodu, lecz jego pacyfikacja. Jeżeli zgłaszali się jednak spadkobiercy ofiar Holokaustu, mogli dysponować gruntami. Najczęściej je sprzedawali i wyjeżdżali.

Nierzadko dochodziło do oszustw. Niektórzy ocalali z Holokaustu twierdzili, że są spadkobiercami działek lub domów, których właściciele zostali zamordowani wraz z całą rodziną, co oznaczało przecież, że nie było już żadnych prawowitych spadkobierców. Wyłudzali więc te nieruchomości i sprzedawali je szybko po korzystnych cenach, a potem znikali.

Najbardziej znanym przykładem jest Eliasz Grądowski z Jedwabnego, jeden z głównych świadków Jana Grossa w jego książce „Sąsiedzi”. Grądowski wyłudził wraz ze swymi wspólnikami (Żydami i Polakami) w ten sposób kilka domów i działek w Jedwabnem. Nie był to wcale odosobniony przypadek, ale dość rozpowszechniony fenomen. Wynika to ze sprawozdań starostów w wielu rejonach Polski.

W świetle powyższych faktów dziwią uogólnione zarzuty wobec Polaków, że masowo wzbogacili się na mieniu zamordowanych Żydów. Skąd biorą się te liczby – milion polskich rodzin lub trzy miliony polskich chłopów, którzy mieli wprowadzić się do żydowskich mieszkań – jest zupełną zagadką. Powstaje zatem pytanie, dlaczego te liczby zostały wymyślone, a historia dotycząca mienia po zamordowanych Żydach jest tak radykalnie fałszowana.

Tłum. Aleksandra Rybińska i Piotr Jendroszczyk

Bogdan Musiał jest pracownikiem IPN

Źródło : Rzeczpospolita: Kto się wzbogacił na majątku Żydów
Bogdan Musiał 19-01-2008,

Następna strona »


Nowe artykuły na email

Kliknij poniższy link i zapisz się, a będziesz otrzymywał nowe artykuły na email:

ZAPISUJE SIĘ >>

 

lipiec 2008
P W Ś C P S N
« cze    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Statystyka

  • 289,483 odwiedzin