Archiwum kategorii 'Rosja' Category

Energetyczna polityka Rosji - cała prawda z rosyjskich ust

Putin to biznesmen, Orlen – złodziej, który Rosjanom ukradł rafinerię w Możejkach. A gdyby Kreml chciał, republiki bałtyckie przestałyby istnieć w ciągu 7 minut. Tak szokujące stwierdzenia padały podczas zakończonego w ubiegły weekend IV Forum Europa – Rosja w Rzymie. W nieformalnej atmosferze można powiedzieć znacznie więcej. Spotkanie nieformalne, chwilami po włosku bałaganiarskie i chaotyczne, w którym trzeba było się odnaleźć. Cel – poszukiwanie takiej formuły wspólnego działania, aby polityka nie przeszkadzała kontaktom gospodarczym.

Jak z dumą podkreśla Zygmunt Berdychowski, przewodniczący Rady Programowej Instytutu Wschodniego, już po raz czwarty udało się skłonić Rosjan i ich sąsiadów oraz UE, aby usiedli razem i porozmawiali. Dla porządku: Forum Europa – Rosja służy rozszerzeniu jednego z wątków debat Forum Ekonomicznego, które od 16 lat odbywa się w Krynicy. Misją forum jest budowanie przyjaznego klimatu dla rozwoju współpracy politycznej i gospodarczej między państwami Unii Europejskiej i ich sąsiadami. Robi to coraz bardziej skutecznie.

Współorganizatorem rzymskiego spotkania był włoski Instytut ISPI (Institute for International Political Studies). I co ciekawe, choć konferencję otworzył prezydent kraju, sędziwy już Giorgio Napolitano, który objął nad nią honorowy patronat, jego obecność nie spowodowała wzmożonej kontroli bezpieczeństwa, jak to zwykle bywa w innych krajach. Nikt nawet pobieżnie nie sprawdzał toreb wnoszonych przez gości. Obrady zakończył minister obrony Ignazio La Russa, który wjechał z kogutem na dziedziniec pałacu, wyskoczył z limuzyny i pobiegł na salę obrad.

Nerwy i sukces

Zygmunt Berdychowski – człowiek, który wymyślił tę imprezę – pierwszego dnia był spięty i zdenerwowany. Konferencja była poważniejsza niż zeszłoroczne III Forum Europa

– Rosja w Wiedniu, a prestiżowo dorównuje już krynickiemu Forum Ekonomicznemu. Pytany, czy jest zadowolony, że tak wielu ważnych gości potwierdziło w niej udział, odpowiadał: – Zobaczymy, czy rzeczywiście przyjadą.

Kiedy już przyjechali, nadal był spięty. Bo liczyło się to, czy panele będą interesujące. Cóż, od inaugurującej prezentacji raportu o transformacji w Rosji, kiedy rosyjski beton zaczął się kłócić z rosyjskimi liberałami, wiadomo było, że impreza – niezależnie od tego, jak się dalej potoczy – będzie sukcesem. Wtedy dopiero Berdychowski zaczął rozmawiać na luzie.

A ostatniego dnia promieniał, kiedy ustawiały się do niego kolejki uczestników z gratulacjami. Teraz się zastanawia: – W przyszłym roku

Paryż czy Londyn?

– Nie wiem, czy udałoby się w Londynie zorganizować imprezę z taką atmosferą – mówił prof. Alan Riley z London City University, autor raportu o gazociągu północnym przygotowanego na zamówienie Parlamentu Europejskiego. Jemu samemu odebrało mowę, kiedy usłyszał od Konstantina Simonowa, autora „Rosja: raport o transformacji 2007”, że sprawa przerwania dostaw ropy dla Możejek to czysta polityka polityczna, a „problemy techniczne”, jakimi się tłumaczyli dotychczas Rosjanie, to bzdura. – To rewelacja i rewolucja – odpowiadał mu Riley.

Polacy ukradli nam Możejki, Litwini nie mieli tutaj nic do gadania – perorował Simonow. – Przecież Putin i tak powiedział : Jukos był nasz.Na wszelki wypadek prowadzący panel Iulian Chifu, dyrektor unijnego Centrum Zapobiegania Konfliktom i Wczesnego Ostrzegania, przerwał wypowiedź wyraźnie nakręcającego się Simonowa. Rafineria Możejki „sprzątnięta sprzed nosa Rosjanom przez Polaków” była sprawą zawsze wzbudzającą emocje.

Nawet niektórzy Rosjanie nie wiedzieli, jak było naprawdę. – To nie jest tak. Ropy nie ma, bo w rafinerii spalił się kabel – polemizował spokojnie Walery Fedorow, dyrektor generalny Rosyjskiego Centrum Badania Opinii Społecznej VCIOM. Na sugestię, że awaria jest już usunięta, zareagował ze złością. – My nie mamy takiej wiedzy, wiemy swoje – uciął.

Festiwal mody

Totalny bałagan królował w salach, gdzie rezydowały tłumaczki. W językowym tyglu (uczestnicy spotkania mówili wszak kilkunastoma językami) zapotrzebowanie na tłumaczenia jest ogromne. – Jestem Rosjaninem, więc mówię po rosyjsku – padało często z mównicy. – Jestem Ukraińcem, więc mówienie po rosyjsku nie jest dla mnie problemem – podkreślił Sierihi Teriochin, prezes ukraińskiego Komitetu Opodatkowania i Ceł. W kuluarowych rozmowach z większością patriotów można się było bez problemów porozumieć po angielsku.

Jeśli nie, i tak trzeba było sobie jakoś radzić, bo tłumaczki nie nadążały z tłumaczeniem rozmów panelowych, a z powodu usterek sprzętu w słuchawkach można było usłyszeć tłumione i często niecenzuralne włoskie „putana”, „porca miseria” i „porca Madonna”. Salwy śmiechu wywołała tłumaczka, która nakazała Luisie Todini, wiceprezes Forum Dialogu Włochy – Rosja, aby mówiła wolniej bo przy tym tempie nikt nie będzie w stanie przekazać jej słów.

Forum to także prawdziwy pokaz mody. Dla żeńskiej części delegacji rosyjskiej było okazją do pokazania się w najnowszych kolekcjach Versace, Diora, Chanel czy Max Mary. Zabawne, że lamparcie cętki na obcisłym kombinezonie przedstawicielki Rosji spotykały się ze stonowanymi kolorami… dresu Adidasa reprezentantki Wielkiej Brytanii. Nieformalność ma trudne do ustalenia granice.

Uczestniczki można było także wieczorami spotkać w pobliskim outlecie, gdzie garsonka Armani Colezzioni kosztowała śmiesznie mało w porównaniu z cenami moskiewskimi.

Biznes i media inaczej

Należący do wojska imponujący Palazzo Salviati, zaprojektowany wybudowany w XVI wieku przez Florentine Nanni di Baccio Bigio dla kardynała Bernarda Salviati, jest obiektem idealnym na takie konferencje. Gwarantuje frekwencję, bo telefony komórkowe, głuche wewnątrz budynku, mają zasięg właściwie tylko na rozległym patio, więc każdego, kto nie bierze udziału w panelach, doskonale widać.

Nieformalna formuła wymyślona przez Zygmunta Berdychowskiego ułatwia pracę mediom. Praktycznie z każdym można porozmawiać, dochodziło nawet do tego, że – aby uniknąć posądzeń o korupcję

– to media zapraszały biznes na wino. Jedynym mało entuzjastycznie nastawionym uczestnikiem konferencji okazał się były premier RP Marek Belka, który nie chciał rozmawiać na żaden temat. Jego praca w Europejskiej Komisji Gospodarczej „to sama nuda, nie ma o czym mówić”, a w Rzymie wypowiadał się „wyłącznie jak osoba prywatna”. To stwierdzenie spowodowało, że były prezydent Aleksander Kwaśniewski omal nie spadł z krzesła.

Kuchnia włoska

Włosi z przyjemnością uczyli unijnych kolegów, jak się robi interesy z Rosjanami. – Wszystko musi zacząć się od rozmów waszego premiera z Putinem. Potem jest już łatwo – przekonywał wiceprezes Indesitu Gaetano Casalaina. To, że robienie interesów w tym kraju wymaga szczególnego podejścia, nie ulegało dyskusji. – Bóg dał nam surowce, więc mamy oczywiste prawo do decydowania, kto je wydobywa i gdzie je sprzedajemy – mówił z natchnieniem Anatolij Dmitrijewski, dyrektor Instytutu Ropy i Gazu RAS, podczas panelu o perspektywach gospodarczych Rosji.

Przewodniczył mu Artem Malgin z Moskiewskiego Państwowego Instytutu Stosunków Międzynarodowych. Zaraz na wstępie zaznaczył, że każdy ma 10 minut na wystąpienie. Przemówienie Franca Zallio z włoskiego Instytutu Studiów Międzynarodowych, współorganizatora imprezy, zostało bezceremonialnie przerwane po góra 2 minutach, Dmitrijewski zszedł z mównicy po czasie dziesięciokrotnie dłuższym.

– Nic się nie stało – zapewniał potem Nicolas Zalonis, doradca prezesa włoskiego koncernu lotniczo-zbrojeniowego FinMecanicca. Jego zdaniem Włosi zawsze mówią za dużo, a Rosjan rzadko można posłuchać. Natomiast to, że Putin przyjaźni się z Berlusconim pomaga, każdej transakcji. – Nigdy nie słyszałem, aby Berlusconi pytał Putina o sytuację w Czeczenii czy przestrzeganie praw człowieka. Takie rozmowy tylko szkodzą biznesowi. Trudno się zatem dziwić, że Zalonis uznał pytania niemieckiej parlamentarzystki o losy Michaiła Chodorkowskiego za nie na miejscu.

Rynek w deszczu

Jedyny naprawdę rynkowy element rzymskiej konferencji pojawiał się wówczas, gdy zaczynał padać deszcz. Natychmiast, jak spod ziemi, pojawiali się ciemnoskórzy sprzedawcy parasoli. Cena 5 euro za sztukę wydawała się niewygórowana w sytuacji, kiedy alternatywą było przemoknięcie do suchej nitki.

Uczestnicy spotkania pozostali z uczuciem niedosytu. To kolejny sukces Berdychowskiego, bo będzie miał chętnych do udziału w kolejnych konferencjach. Ciekawe, ile lat musi jeszcze minąć, aby spotkanie Wschodu z Zachodem na takim szczeblu i takim poziomie szczerości mogło się odbyć w Polsce. Naturalnie Rzym jest atrakcyjniejszy od Warszawy czy nawet Krakowa. Tyle że nikt nie przyjechał na forum wyłącznie dla zwiedzenia Rzymu.

Oczywiście po trzech dniach nie można mówić o tym, że Europa zrozumiała Rosję. Ale jest znacznie bliższa zrozumienia rosyjskiego sposobu myślenia.

Danuta Walewska, Piotr Mazurkiewicz z Rzymu

Więcej informacji o spotkaniu w Rzymie www.forum-ekonomiczne.pl

Źródło : Rzeczpospolita: Jak w Rzymie rozmawiać z Rosjanami
Danuta Walewska, Piotr Mazurkiewicz 23-05-2008

Polityka gospodarcza Rosji

Cała polityka Putina oparta jest na budowaniu siły dzięki drogiej dzisiaj energii - mówi Konstantin Simonow, prezes Centrum Politycznego Rosji i autor raportu o transformacji Rosji w 2007 roku, w rozmowie z “Rz”


Rz: Gazprom jako Ministerstwo Spraw Zagranicznych Rosji, Rosnieft i grupa Abramowicza jako Ministerstwo Finansów. Jakim krajem może być Rosja, w której rządzą wielkie korporacje?

Konstantin Simonow: To prawda, wpływ wielkich korporacji, i to niekoniecznie państwowych, na rosyjską politykę staje się coraz większy. Zresztą Gazprom może być także Ministerstwem Handlu, bo cała polityka Putina oparta jest na budowaniu siły dzięki drogiej dzisiaj energii. W sytuacji, kiedy w Rosji znajduje się 27 procent światowych zapasów gazu, czy to się komuś podoba czy nie, to i tak będą one narzędziem naszej polityki zagranicznej. Głupio byłoby z tego nie korzystać. A mocny i coraz mocniejszy jest nie tylko Gazprom, ale i giganty metalowe – Rusal, Siewierstal, Norylsk Nickel – które przecież są prywatne, tyle że prowadzone przez biznesmenów przyjaznych Kremlowi. W tej sytuacji nie ma co się dziwić, że rosyjskie władze wspierają ekspansję tych firm poza granicami kraju.

Tyle że często im się to nie udaje…

To też prawda. Siewierstal chciał kupić Arcelor, ale Europa się przestraszyła i wolała sprzedać go Mittalowi. Łukoil chciał kupić w Polsce Rafinerię Gdańską, ale podniósł się wrzask, że to byłby najazd rosyjskiego KGB…

A nie byłby?

Nie, bo Łukoil, choć dobrze żyje z Kremlem, jest dobrze zarządzaną firmą prywatną. Europa jest bardzo skuteczna w stawianiu barier inwestycyjnych.

Wy mówicie o stawianiu barier? A czym jest w takim razie podpisanie przez Władimira Putina w ostatnim dniu kadencji prezydenckiej dekretu ograniczającego dostęp kapitału zagranicznego do 46 branż w gospodarce? W dodatku ten dekret zaczął obowiązywać 7 maja, kiedy Putin objął urząd premiera!

Rzeczywiście, Putin zorientował się, że w ostatnim czasie doszło do ogromnych inwestycji zagranicznych w naszym przemyśle wydobywczym, a zwłaszcza w dziedzinie nośników energii. ExxonMobil, ConocoPhillips, które za czasów Rockefellera się podzieliły, teraz zbierają siły. Zresztą nie dotyczy to wyłącznie USA. Jest jeszcze przecież francuski Total Elf, który umocnił się w Europie. Jeśli do tego dodamy niemieckie E.ON czy Ruhrgas, obraz jest pełny. Podobnie jest w sektorze metalurgicznym, gdzie ArcelorMittal wyrósł na światowego giganta. Putin to wszystko obserwował, wyciągnął wnioski i tak powstała jego strategia. Ale nie mają racji ci, którzy myślą, że Putin kupuje za granicą firmy, żeby mieszać się w politykę. On kupuje po to, aby zarobić pieniądze. To dlatego Rosja zainteresowała się Afryką i Ameryką Łacińską. Być może jednak okaże się, że to wszystko już za późno.

W Wenezueli, Boliwii i Ekwadorze po nacjonalizacji i usunięciu zachodnich koncernów powstanie luka. Czy myśli pan, że Rosjanie będą dążyli, aby ją wypełnić?

Z pewnością będą tam potrzebne technologie, więc postaramy się znaleźć tam swoje miejsce. Tyle że będzie tam silna konkurencja. Byliśmy już przekonani, że mamy rafinerię w Możejkach, a okazało się, że kupił ją polski Orlen.

Kupił rafinerię, ale bez ropy.

Nie macie się co łudzić, rurociąg Przyjaźń pozostanie zamknięty i nie jest to element nacisku na Litwę, ale na Polskę. Rosjanie nie mogą zapomnieć, że usłyszeli od ludzi z Orlenu: jeśli nie sprzedacie nam ropy, kupimy ją sobie w Wenezueli. I nie ma znaczenia, że to Łukoil jest największym klientem rafinerii w Możejkach i głównym odbiorcą jej produkcji.

A czy w blokowaniu zachodnich inwestycji w wydobycie ropy i gazu też chodzi tylko o biznes?

Putin zdał sobie sprawę, że rosyjski udział w europejskim przemyśle wydobywczym jest ośmiokrotnie niższy od inwestycji zagranicznych w tym sektorze w Rosji, dlatego niektóre zachodnie firmy musiały opuścić Rosję. Jesteśmy w stanie udostępnić udziały w tych branżach, ale wyłącznie na zasadach wzajemności. I nie jest to nacisk polityczny, lecz twarde reguły biznesu. A Putin jest najpierw biznesmenem, a potem dopiero politykiem. Najlepszym dowodem jest to, że po zakończeniu kadencji prezydenckiej został premierem. Jemu już się znudziło odpowiadać na pytania związane z prawami człowieka, o sytuację w Czeczenii. Teraz będzie się zajmował biznesem i jeśli ktoś go zapyta, jak tam w Rosji z demokracją, odpowie: zapytajcie prezydenta.

Dlaczego Europa tak bardzo obawia się rosyjskich inwestycji?

Europa jest bardzo strachliwa. Boi się nie tylko pieniędzy rosyjskich, ale i inwestycji funduszy państwowych, arabskich czy chińskich. Natomiast zamykając drogę projektom rosyjskim w energetyce, Europa prowadzi własną grę biznesową. Biurokraci w Brukseli zdają sobie sprawę, że ich istnienie zależy właśnie od złych stosunków z Rosją. Sądzą, że Europa wreszcie się zjednoczy, jeśli znajdzie wspólnego wroga. Czyli szykuje nam się kolejna zimna wojna. Ale koniec końców i tak wiadomo, że Rosjanie sami sobie nie poradzą z wydobyciem gazu ze złóż Sztokmana, bo nie mają odpowiednich technologii, a Europie potrzebny jest ten gaz. Więc w polityce zimna wojna zmieni się w zimny pokój, a potem sytuacja całkowicie się znormalizuje. Innego wyjścia nie ma. A gospodarka niech idzie własną drogą.

Konstantin Simonow skończył nauki polityczne na uniwersytetach w Manchesterze i Moskwie – na tej uczelni skończył też ekonomię. Od kilkunastu lat przygotowuje analizy i opracowania z zakresu międzynarodowych stosunków gospodarczych i politycznych. Zanim związał się w 1997 r. z Centrum Politycznym Rosji pracował też w innych think-tankach oraz w mediach. Od 2003 r. kieruje tą instytucją, latem 2006 r. stanął też na czele Narodowego Instytutu Bezpieczeństwa Energetycznego NESF. Wykłada na Uniwersytecie Moskiewskim oraz Wyższej Szkole Ekonomii.

Źródło : Rzeczpospolita: Putin to biznesmen, a dopiero potem polityk
Danuta Walewska, Paweł Mazurkiewicz 20-05-2008

Polityczna indoktrynacja dzieci w Rosji

Połowa Dzieci ma być zrzeszona. Prokremlowska partia Jedna Rosja chce stworzyć ogólnokrajową organizację dziecięcą. Uczniom będzie się wpajać miłość do ojczyzny

Zjazd założycielski nowej organizacji, która prawdopodobnie przyjmie nazwę Junyje Gagarincy, może się odbyć 1 czerwca. – Szacujemy, że znajdzie się w niej ponad połowa rosyjskich dzieci w wieku od ośmiu do 15 lat – zapewniła przedstawicielka Jednej Rosji Walentyna Iwanowa. Gdyby ta prognoza się sprawdziła, oznaczałoby to nie lada wyczyn. Działających dziś w Rosji półtora tysiąca dziecięcych stowarzyszeń zrzesza zaledwie sześć procent uczniów.

W założeniu nowy ruch ma zachować status pozarządowej organizacji społecznej. W praktyce jednak jego działalność będzie koordynowana przez rządowy Komitet ds. Młodzieży i Ministerstwo Oświaty. Na uczelniach pedagogicznych powstaną kierunki kształcenia kadry kierowniczej i wychowawczej dla nowej organizacji. Profilaktyką zwalczania dziecięcej przestępczości i narkomanii wśród gagarinców zajmą się Ministerstwo Spraw Wewnętrznych oraz Państwowa Agencja ds. Kontroli Obrotu Narkotykami.

– Mamy już podpisaną decyzję i rozporządzenie Dmitrija Miedwiediewa o finansowaniu projektu z budżetu federalnego – pochwaliła się Iwanowa.

Rosyjska prasa już okrzyknęła Junych Gagarinców nowym wcieleniem organizacji pionierskiej, która działała w ZSRR i zajmowała się wychowaniem młodzieży szkolnej w duchu ideologii komunistycznej.

Junych Gagarinców pobłogosławił już rosyjski prezydent-elekt Dmitrij Miedwiediew

– Nie będzie żadnej presji politycznej – zaklinała się przed dziennikarzami Walentyna Iwanowa. Trudno, by mówiła inaczej, gdyż prawo rosyjskie jednoznacznie zabrania działalności partii politycznych w szkołach.

– To będzie platforma współpracy między dziećmi a przedstawicielami administracji szkolnej i państwowej – tłumaczy Julija Zimowa, gorąca zwolenniczka powstania nowej organizacji i koordynatorka ruchu Miszki – dziecięcego skrzydła prokremlowskiej organizacji Nasi znanej z miłości do prezydenta Władimira Putina i do Kremla.

Niewykluczone, że to właśnie Miszki stały się pierwowzorem przyszłej organizacji mającej objąć patriotycznym wychowaniem miliony rosyjskich dzieci. Mimo deklarowanej apolityczności małoletni patrioci zasłynęli na całą Rosję właśnie dzięki temu, że wzięli udział w świętowaniu zwycięstwa partii Kremla po grudniowych wyborach do Dumy Państwowej Rosji.

„Dziękujemy Putinowi za naszą stabilną przyszłość!” – z takimi transparentami, nawiązującymi do słynnego hasła z czasów Stalina, tysiąc dzieci manifestowało 7 grudnia zeszłego roku w centrum Moskwy. Prosiły wówczas prezydenta, by zgodził się stanąć na czele ich organizacji i został „najgłówniejszym Miszką”.

„Towarzysz Stalin okazał się gorszy. Jemu dziękowano tylko za szczęśliwe dzieciństwo” – komentował ten teatr absurdu znany rosyjski poeta i radziecki dysydent Lew Rubinsztein.

Czy Junyje Gagarincy poproszą Miedwiediewa, który pobłogosławił powstanie ich ruchu, by został „najgłówniejszym z gagarinców”?

Miszki – dziecięce skrzydło organizacji Nasi www.mishki.su
Źródło : Rzeczpospolita: Czy Rosji grozi powrót radzieckich pionierów
Andrzej Pisalnik 27-03-2008

Nowa Zimna Wojna

Po gorbaczowowskich „błędach” i jelcynowskiej „dekadzie smuty” prezydent Putin chce przekazać swojemu następcy Rosję silną i wielką. Stąd kurs na zaostrzenie konfrontacji z Zachodem – pisze ekspert w dziedzinie obrony

prezydent Włodzimierz Putin - twardziel

Rosja oddała kolejną salwę w strategicznej ofensywie informacyjnej wymierzonej w opinię publiczną Zachodu. Szef Sztabu Generalnego generał Bałujewski uznał za stosowne postraszyć świat rosyjską doktryną nuklearną. Rosja od czasu wystąpienia Władimira Putina na konferencji w Monachium wyraźnie nasila konfrontację informacyjną z Zachodem. Być może nawet wkracza na neozimnowojenną ścieżkę. Dlaczego to czyni? Czy idzie jej o własne bezpieczeństwo, które z zewnątrz nie jest zagrożone? Czy może o najbardziej nagłośnioną tarczę antyrakietową, która przeciw Rosji nie jest skierowana, bo przeciw niej nie może być skuteczna?

Ambicje Włodzimierza Odnowiciela

Moim zdaniem idzie o coś więcej – o ugruntowanie strategicznej roli Rosji na arenie międzynarodowej. A przynajmniej o wyrobienie takiego przeświadczenia w samych Rosjanach.

Władze Rosji uważają, że właśnie teraz nadszedł decydujący moment odzyskiwania przez nią pozycji mocarstwa światowego, że rozpoczęła finisz w tym strategicznym biegu. Po gorbaczowowskich „błędach” i jelcynowskiej „dekadzie smuty” prezydent Putin chce widać przekazać swojemu następcy Rosję silną i wielką. Chce przejść do historii jako Włodzimierz Odnowiciel.

Może to mu się udać, jeśli w atmosferze odnowionej zimnej wojny wygra narzuconą przez siebie Zachodowi wojnę informacyjną. A jest ku temu dobry moment, bo Zachód jest dzisiaj osłabiony: Stany Zjednoczone – wojną z terroryzmem, zwłaszcza interwencją w Iraku, Unia Europejska – „bólami porodowymi” nowej wizji integracyjnej.

Ponadto wojna informacyjna jest dla Rosji najlepszym polem starcia z Zachodem. W demokratycznych systemach państw zachodnich opinia publiczna staje się coraz istotniejszym graczem strategicznym. Władza jest mocno od niej uzależniona. I to nie tylko w okresach wyborczych, ale na co dzień (wrażliwość na sondaże). Przez wpływanie na opinię publiczną można więc łatwo sterować zachowaniem tych państw.

Z tego punktu widzenia Rosja jest odporniejsza, można rzec – opancerzona. Nie tylko jej opinia publiczna jest bardziej odizolowana od informacji z zewnątrz i mniej na nie podatna, ale dodatkowo władze rosyjskie w o wiele mniejszym stopniu niż na Zachodzie muszą się liczyć z głosem własnej opinii publicznej. Rosja dostrzegła swoją przewagę na informacyjnym polu bitwy – stara się przenosić nań wszelkie problemy w relacjach z Zachodem i tam je rozstrzygać. Widzi w tym sporą szansę, której nie chce przegapić.

Straszenie Zachodu

Propagandowo Kreml sięga zatem po najsilniejsze ładunki. Na przykład po informację o wycelowaniu swoich rakiet strategicznych w państwa Zachodu. W rzeczywistości to, w którą stronę są one wycelowane, nie ma znaczenia. Ich błyskawiczne przecelowanie nie stanowi bowiem żadnego problemu. Ale psychologicznie, dla opinii publicznej i elektoratu wyborczego na Zachodzie – ma znaczenie. I to bardzo istotne.

Wyrazem takiego postępowania jest także ostentacyjne zawieszenie respektowania ograniczeń traktatu o siłach konwencjonalnych w Europie CFE. To wyraźnie ruch obliczony na wywołanie niepokoju w Europie Zachodniej. Tym skuteczniejszy, że rzeczywiście narusza on delikatną tkankę bezpieczeństwa opartą na mozolnie budowanych środkach zaufania. Rosja grozi wyrzuceniem ich na śmietnik.

A idzie tu o takie środki, jak: wzajemne informowanie się o potencjałach militarnych (ich wielkości i dyslokacji), utrzymywanie sił zbrojnych poniżej uzgodnionych limitów, dyslokowanie wojsk z uwzględnieniem zasady ich „rozrzedzenia”, wzajemne przyjmowanie inspekcji innych państw w miejscach dyslokacji sił zbrojnych. Jeśli te reguły przestaną dotyczyć największego potencjału wojskowego w Europie, to w ogóle przestaną mieć jakikolwiek sens.

Rosja zapowiada zatem cofnięcie bezpieczeństwa europejskiego o całe pokolenie. W tym kontekście należy postrzegać postraszenie zachodniej opinii publicznej przez szefa Sztabu Generalnego, gen. Bałujewskiego, rosyjską doktryną nuklearną.

Wojna ery informacyjnej

Szczególnie wymownym przykładem renesansu „zimnowojennej kultury strategicznej” w Rosji były publiczne wypowiedzi i oceny rosyjskich ekspertów dotyczące ewentualnej wojny rosyjsko-amerykańskiej. Na łamach „Komsomolskiej Prawdy” nakreślili oni wizję iście zimnowojennej kulminacji sporu politycznego dwóch mocarstw nuklearnych w postaci ich bezpośredniego starcia militarnego. Miałoby się ono rozpocząć oczywiście agresją Ameryki na Rosję, a następnie przebiegać według znanych z XX wieku wzorców wojen światowych (zmasowane uderzenia ogniowe, inwazja lądowa na dużą skalę, okupacja).

Oczywiście nie można zupełnie wykluczyć, że trwający dziś konflikt USA – Rosja może w przyszłości przyjąć w skrajnej postaci formę wojny. Ale byłaby to już zapewne wojna nowego typu, wojna ery informacyjnej. Zupełnie inna niż klasyczne starcie militarne według prawideł Clausewitza. Rządziłyby nią raczej reguły starochińskiego filozofa wojen Sun-Tzy, zgodnie z którymi bezpośrednie użycie siły militarnej (hard-power) jest jednym z ostatnich sposobów, do jakich ucieka się w razie braku możliwości uzyskania rozstrzygnięcia mniej ryzykownymi środkami (soft-power).

Wojna ery informacyjnej w punkcie kulminacyjnym mogłaby obejmować m.in. operacje propagandowe (w tym akcje „czarnej propagandy”) ukierunkowane na opinię publiczną przeciwnika i własną, dezinformowanie i destrukcję systemów informacyjnych przeciwnika (cyberwojna), maskowanie i ochronę własnych systemów i operacji informacyjnych, izolację dyplomatyczną, sankcje ekonomiczne, w tym użycie broni energetycznej, pośrednie wykorzystywanie na dużą skalę nielegalnych organizacji pozapaństwowych (przestępczych, terrorystycznych), blokady wojskowe, operacje dywersyjne sił specjalnych (skryte zamachy, niszczenie zasobów materialnych i infrastruktury). Bezpośrednie działania zbrojne pełniłyby rolę pomocniczą w stosunku do działań informacyjnych, specjalnych i gospodarczych.

Wizja totalnego starcia zbrojnego, w tym nuklearnego, nadaje się natomiast jako dobry do szantażowania „ładunek strachu” w operacjach informacyjnych. I najprawdopodobniej taką właśnie rolę w istocie mogą spełniać owe wizje rosyjskich ekspertów.

Szkoda czasu

Wydaje się jednak, że rosyjski kurs na renesans zimnej wojny, obliczony na zaostrzenie konfrontacji z Zachodem i prowokowanie strategicznej kulminacji w wojnie informacyjnej, na dłuższą metę jest działaniem przeciwskutecznym, i to z punktu widzenia samej Rosji. Nie wydaje się, aby miała ona szansę na wygranie takiej kulminacji. Jej obecne zachowanie prowadzi bowiem do konsolidacji Zachodu w obliczu neozimnowojennej postawy Rosji.

Chociaż prezydent Putin zapewne osiągnie swój cel krótkofalowy – czyli dla dzisiejszych Rosjan stanie się Włodzimierzem Odnowicielem, to w długiej perspektywie tylko opóźni i tak nieuchronny marsz Rosji na strategiczne zbliżenie z Zachodem.

Szkoda straconego czasu. Szkoda dla Rosji, ale szkoda także dla świata.

Autor jest generałem w stanie spoczynku, profesorem zwyczajnym na Wydziale Strategiczno-Obronnym Akademii Obrony Narodowej. Był wiceministrem w MON
Źródło : Rzeczpospolita: Zimna wojna: reaktywacja?
Stanisław Koziej 28-01-2008

Rosja - wielkie mocarstwo

Źródło: Rzeczpospolita: Rosjanie potrzebują władcy
03.11.2007

Rz: Dzisiejszej Rosji bliżej jest do Związku Sowieckiego czy do caratu?

Występują w niej elementy obu tych tworów. Rosja sowiecka stanowiła zresztą do pewnego stopnia kontynuację Rosji carów. Pomiędzy obydwoma państwami były duże podobieństwa. Opisałem to wszystko w mojej „Rosji carów“, która tak bardzo rozgniewała Sołżenicyna.

Ale były też jednak gigantyczne różnice.

Oczywiście, skala represyjnych działań obu reżimów jest nieporównywalna. Ale mimo to systemy polityczne tak bardzo się nie różniły. Wracając do pytania: wydaje mi się, że to, co robi Putin, przypomina bardziej Rosję carską niż sowiecką. Przedrewolucyjna Rosja bardzo lubiła silnych przywódców. Nazwali swego cara Iwanem Groźnym. A Groźny to przecież w języku rosyjskim określenie pozytywne. Rosjanie czują się bezpiecznie, gdy na czele państwa stoi silny przywódca. Właśnie do takich uczuć odwołuje się Putin.

A czy to nie jest tylko fasada? Przywróciliśmy dwugłowego orła, ale wewnętrznie się z tego śmiejemy i czujemy się bolszewikami?

Nie sądzę. Dużo w tym nacjonalizmu. Putin podąża w kierunku modelu autorytarnego. Kontroluje parlament i główne media. Wyznacza gubernatorów zupełnie jak car.

Czy Putin jest mózgiem i przywódcą postkomunistycznego układu rządzącego Rosją, czy też tylko jego twarzą, człowiekiem, który wykonuje powierzone zadanie?

On jest prawdziwym przywódcą. Rządy z tylnego siedzenia byłyby w Rosji niemożliwe. Rosjanie, jak powiedziałem, potrzebują groźnego władcy. Jest nim właśnie Putin. Gdyby powiedział, że chce kandydować na trzecią kadencję, przyjęto by to bez mrugnięcia okiem.

A co pan sądzi o teorii, że upadek bloku sowieckiego był zaplanowaną operacją sowieckich służb specjalnych, które pozbyły się niepotrzebnego balastu w postaci komunizmu i przejęły władzę?

Nie wierzę w podobne spiskowe teorie. KGB nie chciało rozpadu Związku Sowieckiego. Rzeczywiście objęli w Rosji władzę, ale nie dlatego, że to zaplanowali, ale dlatego że po upadku partii komunistycznej byli jedyną zorganizowaną siłą, która mogła to zrobić.

Czy w tych służbach przeprowadzono jakąś weryfikację?

Nie, zachowana została całkowita ciągłość. Tak jest zresztą ze wszystkim. Po 1991 roku w Rosji naprawdę bardzo niewiele się zmieniło. Gdy przyjeżdżam do Polski, mam wrażenie, że z komunizmu nic tu już nie zostało. To samo na Węgrzech. Tam zaś jest zupełnie inaczej. Według sondaży 30 procent ludności Rosji nie wie, że rząd sowiecki już nie istnieje! Nazwy ulic z wyjątkiem Moskwy i Petersburga pozostały właściwie te same. Podobnie z pomnikami. Choć przywrócono nazwę Petersburg, okręg, w którym znajduje się miasto, nadal nosi nazwę leningradzki. W moskiewskim mauzoleum nadal leży zaś trup Lenina.

Jak Rosjanie oceniają Związek Sowiecki?

Z nostalgią. Trzy czwarte żałuje, że Sowietów już nie ma. Zadano im ostatnio takie pytanie: jak byś się zachował, gdyby komuniści znowu zrobili zamach stanu i przejęli władzę? Okazało się, że większość kolaborowałaby z reżimem.

Ale przecież to naród rosyjski był najbardziej pokrzywdzony przez komunizm.

To prawda, ale oni są pozbawieni pamięci historycznej. Ich to nie obchodzi. Ważne, że za Sowietów mieli dostęp do świadczeń socjalnych i byli wielkim mocarstwem. Teraz nie mają ani tego, ani tego.

Nie ma już w Rosji prawdziwego antysowieckiego patriotyzmu?

Komunizm już dawno pogodził się z nacjonalizmem. Przecież to Stalin mówił o narodzie rosyjskim jako odgrywającym najważniejszą rolę w dziele budowy sowieckiego raju.

To była chyba jednak tylko taktyka, żeby w 1941 roku pozyskać Rosjan do obrony władzy Sowietów przed Niemcami?

Niekoniecznie. Przecież proces przywracania do łask rosyjskiego patriotyzmu zaczął się wcześniej. Już w latach 30. dokonano dużych zmian w propagandzie. Wydaje mi się, że oba te nurty z czasem zlały się w jedno.

Z jednej strony buduje się pomniki Stalinowi, z drugiej – sprowadza do ojczyzny prochy białego generała Denikina. Rosjanie nie widzą w tym sprzeczności?

Ostatnio byłem w Chinach i zobaczyłem coś, co mnie zdumiało. Zbudowano tam muzeum poświęcone Czang Kaj-szekowi. Można w nim obejrzeć jego biurko, telefon, portrety, zdjęcia jego i żony. Przekaz jest prosty: my, Chińczycy jesteśmy jednym narodem i musimy się wspierać. Pomimo trudnej przeszłości żyć razem w harmonii. To samo jest w Rosji.

Ale rosyjska wojna domowa była niebywale zacięta. Spór pomiędzy obydwoma stronami tak pryncypialny. Jak to możliwe, że Rosjanie są teraz w stanie to pogodzić?

Bo to było dawno temu! 90 lat! Ludzie, którzy brali udział w tamtych wydarzeniach, już dawno umarli. Nie ma więc o co się kłócić. Nikogo te spory dziś nie obchodzą. Ważne, że zarówno czerwoni, jak i biali byli Rosjanami. A jak byli Rosjanami, to musieli być w porządku.

W Polsce w 1997 roku Adam Michnik i Włodzimierz Cimoszewicz wystąpili z apelem w sprawie uzgodnienia jednej, kompromisowej wersji historii Polski po 1945 roku. Według nich powinno się uznać, że zarówno sowieccy kolaboranci, jak i polscy patrioci mieli rację. Czy właśnie coś takiego się stało w Rosji?

Tak. Nacjonalizm zatriumfował tam nad ideologią. Przeprowadzono ostatnio w Rosji ciekawy sondaż: wymień dziesięć najpopularniejszych postaci w historii świata. Dziewięciu z wybranych okazało się Rosjanami. Jedynym obcokrajowcem był zaś Napoleon. Pierwsze miejsce w tym zestawieniu zajął Piotr Wielki. Kolejne Puszkin, Lenin, Stalin i Gagarin.Pytałem pewnego Rosjanina, dlaczego tak sądzi. Bo oni wszyscy na swój sposób uczynili Rosję potężniejszą – odpowiedział.

Czyli nikt nie dostrzega już internacjonalistycznego elementu komunizmu?

Sowiety ostro zwalczały rosyjski patriotyzm tylko przez pierwszych 15 lat swojego istnienia. Później, za Stalina, sytuacja się zmieniła. Zgodnie z nową wykładnią Rosja, szczególnie w polityce zagranicznej, zawsze miała rację. Nawet za czasów oficjalnie znienawidzonego caratu.

Czy w tej ideologii historycznego pojednania znajdzie się kiedyś miejsce dla generała Własowa i miliona obywateli sowieckich, którzy podczas II wojny wystąpili z bronią w ręku przeciwko Sowietom?

O to będzie pewnie znacznie trudniej niż w przypadku białych z czasów wojny domowej. Własow w swojej walce współdziałał bowiem z Niemcami, którzy w Rosji byli mordercami. Nie wykluczam jednak, że z czasem znajdzie się w Rosji miejsce i dla Własowa. Na emigracji wychodzi dużo książek pokazujących go pozytywnie. Może więc i Własow – jako rosyjski patriota – zostanie umieszczony w panteonie. Dzisiaj jednak książka przedstawiająca go w dobrym świetle nie cieszyłaby się w Rosji specjalnym powodzeniem.

Historiografia rosyjska jest chyba nadal pisana w duchu sowieckim. Potwierdza to choćby sposób, w jaki rosyjscy historycy do dzisiaj piszą o Katyniu.

To zrozumiałe, że Rosjanom trudno się pisze o popełnionych przez ich naród zbrodniach. Ale wynika to znowu bardziej z nacjonalizmu niż jakiegoś pro komunizmu.A Niemcy?

W Niemczech była denazyfikacja. Niemcy nie mieli więc wyboru i musieli się rozliczyć z własną przeszłością. W Rosji nie było dekomunizacji.

Czyli do rozliczeń potrzebna jest obca okupacja?

To możliwe. Gdyby w Niemczech doszło do jakiejś rewolucji i Niemcy sami obaliliby narodowy socjalizm, pewnie nie byłoby procesu norymberskiego. Poza tym w Rosji większość ludzi była jakoś związana z sowieckimi władzami. Nie istniała własność prywatna i każdy pracował dla rządu. Rosjanie po prostu obawiają się otworzyć te rany. Ty kolaborowałeś z komunistami. A ty nie? Też dostałeś od nich mieszkanie, pracę, wczasy! Dzięki temu byli funkcjonariusze reżimu, nawet ci z krwią na rękach, żyją sobie spokojnie. Wielu ma duże pieniądze.

Na pewno spotyka się pan z intelektualistami myślącymi inaczej niż przeciętny Rosjanin, osobami pokrzywdzonymi przez Sowiety. Czy nie mają poczucia niesprawiedliwości?

Nie, przynajmniej o tym głośno nie mówią. Bardziej angażują się w to, co się dzieje teraz, i martwią tym, co będzie w przyszłości. Niepokoją się antydemokratycznymi zmianami, które zachodzą w ich kraju. O sprawiedliwości czy zadośćuczynieniu za czasy sowieckie nie myślą. Rosjanie w ogóle nie bardzo lubią się wgłębiać w swoją historię. Moje książki są przetłumaczone na rosyjski, ale sprzedają się tam słabo. Dużo gorzej niż w Polsce. Jeżeli Rosjanina już coś zainteresuje, to raczej historia romantyczna, sensacyjna. Rasputin, zabójstwo Mikołaja II – tego typu tematy.

Powiedział pan profesor o obawach rosyjskiej inteligencji dotyczących kierunku, w jakim zmierza kraj. Podziela je pan?

Oczywiście. Jestem bardzo rozczarowany tym, co się stało po 1991 roku. Miałem nadzieję, że Jelcynowi uda się jednak wprowadzić demokrację z prawdziwego zdarzenia. Niestety, zamiast tego Rosjanie wybrali autorytaryzm. Okazało się jednak, że oni boją się demokracji.

Co jest w niej takiego strasznego?

Rosjanie nie wierzą, że da się kierować państwem w sposób demokratyczny. Uważają, że rządy innych krajów to jakieś grupy przestępcze, które wykorzystują władzę dla własnych korzyści. Że ta cała demokracja to fasada i bujda. Lepiej więc zamiast się wygłupiać i udawać, mieć autokrację i wszystko przynajmniej będzie jasne. 88 proc. Rosjan, zapytanych, co jest dla nich ważniejsze: wolność czy porządek, wybrało porządek. Dajcie mi spokój – mówią. Polityka mnie nie interesuje, ja chcę tylko dobrze i spokojnie żyć. I tak nie mógłbym mieć wpływu na losy państwa, bo demokracja to przecież fałsz.

Czy Polacy powinni się bać takiej autorytarnej Rosji?

Nie sądzę. To prawda, że Rosjanie nie lubią Polaków. Uważają was za zdrajców Słowiańszczyzny – katolików i imperialistów, którzy chcą pozbawić ich wpływów na Ukrainie. Ale wojskowa inwazja waszego kraju w perspektywie najbliższych 50, 100 lat, jest nie do pomyślenia. Sąsiedztwo z Rosją będzie oczywiście zawsze trudne. Tak jak z Niemcami. To wasze nieszczęście, że żyjecie pomiędzy tymi dwoma gigantami, którzy mają o wiele więcej wspólnego ze sobą niż z Polską. Obecnie sytuacja jest jednak zupełnie inna niż w 1920 czy 1939 roku. Polska jest w NATO i UE. Europa i Stany Zjednoczone na pewno by zareagowały.

W 1939 roku też dostaliśmy od naszych sojuszników z Zachodu „mocne gwarancje“…

Brytyjczycy i Francuzi nie mogli wam wtedy pomóc. Nie mieli siły ani możliwości. Byli nieprzygotowani. Ja tu byłem we wrześniu 1939 roku i pamiętam te fantastyczne pogłoski. Mówiło się, że Brytyjczycy już rozpoczęli desant w Prusach Wschodnich, że Francuzi bombardują Berlin. To były mrzonki.

Może teraz to też są mrzonki?

Nie, bo Stany Zjednoczone mają możliwości podjęcia takiej akcji.

Ale czy będą chcieli to zrobić?

Tak czy inaczej Rosjanie nie podejmą ryzyka wywołania prawdziwego globalnego konfliktu. Choć uważają się za wielkie mocarstwo, w głębi duszy wiedzą, że to iluzja. Zawsze im to powtarzam: nie jesteście żadnym wielkim mocarstwem i nigdy nim nie byliście. Również za czasów sowieckich. Mogliście tylko grozić i straszyć. Wielkie mocarstwo musi być bowiem oparte na uświadomionym narodzie, który je popiera, i na rozwiniętej ekonomii. Prawdziwa potęga rośnie obok. To Chiny, gdzie koncentrują się światowe inwestycje. A Rosja funkcjonuje jak kraj Trzeciego Świata. Utrzymuje się nie z wytworów przemysłu czy technologii, ale z eksportu surowców.

Również warunki bytowania wielu jej mieszkańców przypominają Trzeci Świat.

W dużych miastach jest już nieco lepiej. Ale parę lat temu pojechałem na prowincję do Tuły, w pobliżu której żył Tołstoj. Miałem przy okazji możliwość obejrzenia tamtejszych wiosek – faktycznie Trzeci Świat. Sami starcy, zrujnowane domy, brak bieżącej wody. Czy to jest wielkie imperium?

Putin ostatnio coraz częściej grozi jednak Stanom Zjednoczonym, mówi o nowej zimnej wojnie.

To po prostu śmieszne. Rosjanie nie mają pieniędzy i siły na żadną zimną wojnę, na kolejny wyścig zbrojeń. Nawet nie wypada porównywać ich z dzisiejszym gigantycznym potencjałem Ameryki. Nie przejmowałbym się takim gadaniem.

Richard Pipes

Ur. 1923 r., amerykański historyk Rosji i sowietolog. W latach 1981-82 doradca prezydenta Reagana ds. ZSRR i Europy Środkowej. Autor m.in. wydanej po polsku trylogii „Rosja carów”, „Rewolucja Rosyjska” i „Rosja bolszewików”.

Szwecja kontra gazociąg północny

Źródło: Rzeczpospolita: Szwecja zaogniła spór o trasę gazociągu północnego
02.11.2007

Rząd szwedzki domaga się przeprowadzenia dodatkowych badań w celu sprawdzenia, czy gazociąg północny nie zagraża środowisku naturalnemu – powiedział Andreas Carlgren, minister ochrony środowiska tego kraju. To oznacza, że budowa gazowej magistrali może się opóźnić o kilka lat.

Koszt takich badań to ponad 30 mln dol. i jest prawdopodobne, że dowiodą one szkodliwości tej inwestycji, ponieważ trasa przebiega przez teren objęty ochroną w ramach programu Natura 2000, oraz składowiskami uzbrojenia, w tym broni chemicznej. – Aby podjąć ostateczną decyzję w sprawie tego projektu, rząd musi się zapoznać z wynikami wiarygodnych badań, które ostatecznie udowodnią, jakie mogą być efekty przeprowadzenia gazociągu północnego obecnie planowaną trasą , a jakie innymi alternatywnymi – powiedział szwedzki minister. W tej sytuacji Gazprom, który ma 51 proc. udziałów w planowanej inwestycji, oraz dwie firmy niemieckie BASF i E.ON (po 24,5 proc. każda) będą musiały zlecić wykonanie takich badań, których wcześniej domagała się jedynie Polska.

Przez dłuższy czas nasz kraj był osamotniony w obawach o negatywny wpływ inwestycji na stan środowiska naturalnego w Bałtyku. W kilku ostatnich dniach takie obawy wyraziły też Estonia i Finlandia, ale powszechnie czekano na wsparcie ze strony Szwecji. Efektem wcześniejszych zastrzeżeń Polski była zmiana przebiegu trasy gazociągu, który przesunięto z polskich wód terytorialnych.

Kilka dni temu premier Rosji Wiktor Zubkow powiedział, że w tej sytuacji warto zastanowić się nad powrotem do pomysłu budowy drugiej nitki rurociągu jamalskiego prowadzącej przez Białoruś i Polskę do Niemiec. Według niezależnych wyliczeń Jamał 2 jest tańszy od gazociągu północnego o 2 – 3 mld dol. Wczoraj ten pomysł kategorycznie odrzucił rosyjski minister energii Wiktor Christienko. Jego zdaniem taka inwestycja nie ma uzasadnienia ekonomicznego. Zdaniem Gazpromu odkurzenie tego pomysłu będzie aktualne wówczas, kiedy na Białorusi i w Polsce znacząco wzrośnie popyt na gaz.
Danuta Walewska

Kreml zmusza Rosjan do udziału w wiecach

Źródło: Rzeczpospolita: Kreml zmusza Rosjan do udziału w wiecach
27.10.2007

– Najbardziej aseptyczne miejsce w kraju to ciało Władimira Putina. Zostało wylizane do połysku – te słowa jednego z liderów opozycyjnego Sojuszu Sił Prawicy Borysa Niemcowa najtrafniej oddają panującą obecnie w Rosji przedwyborczą atmosferę.

Opublikowany 16 października w rządowej „Rossijskoj Gazietie” apel twórców kultury do Putina, w którym błagali go o pozostanie prezydentem na niedozwoloną przez konstytucję trzecią kadencję, okazał się tylko preludium do rozpoczynającego się pospolitego ruszenia wielbicieli obecnej głowy państwa.

Nie przejmują się oni specjalnie zapewnieniami samego zainteresowanego, że nie zamierza pozostawać na Kremlu. Pierwszy wiec poparcia dla trzeciej kadencji odbył się już 23 października na Kamczatce. O zmianę decyzji Putina błagało 5,5 tys. ludzi. Dzień później z tymi samymi hasłami 30 tys. osób manifestowało w Czeczenii, a 10 tysięcy w Twerze.

Zjawisko narasta z każdym dniem. Najliczniejsza jak dotąd demonstracja ma się odbyć w sobotę w Nowosybirsku. Apel do Władimira Putina ma poprzeć 50 tys. ludzi. Formalnie organizatorami wieców są spontanicznie powstające komitety obywateli. W ręce opozycji trafiają jednak dokumenty wskazujące na to, że za „spontanicznością” stoi solidna praca i koordynacja ze strony władz.

„Skierować na manifestację uczniów starszych klas. Wyznaczyć dwóch opiekunów dla każdej klasy. Dyrektorzy szkół i ich zastępcy mają stanąć na czele delegacji” – instrukcję tej treści rozesłała do wszystkich szkół Tweru szefowa miejscowego kuratorium oświaty.– Już skierowaliśmy zawiadomienie do prokuratury w związku z niedopuszczalnym nadużyciem swoich kompetencji przez tę urzędniczkę – mówi „Rz” Nikita Biełych, lider opozycyjnego Sojuszu Sił Prawicy, któremu udało się zdobyć zacytowany powyżej dokument.

Biełych jest przekonany, że za falą wiernopoddańczych manifestacji stoi proputinowska partia Jedna Rosja, na czele listy wyborczej której stoi Putin. Kierownictwo Jednej Rosji aktywnie propaguje tezę, że grudniowe wybory parlamentarne będą nie tyle głosowaniem na poszczególne ugrupowania, ile plebiscytem zaufania do urzędującego prezydenta.

Politolog Dmitrij Orieszkin uważa, że w ten sposób Jedna Rosja szykuje grunt do zmiany konstytucji i umożliwienia w ten sposób Putinowi pozostania na stanowisku. – Kampania wywierania presji na obywateli nabrała już masowego i histerycznego charakteru – podkreślił.

– Większość społeczeństwa chce trzeciej kadencji Putina, ale celem tych wieców nie jest skłonienie go do startu w przyszłorocznych wyborach – protestuje w rozmowie z nami Siergiej Markow, zbliżony do Kremla politolog i kandydat na deputowanego Jednej Rosji. Przekonuje, że uczestnicy demonstracji, wzywając prezydenta do przedłużenia urzędowania… wyrażają tylko poparcie dla idei, aby pozostał przywódcą narodu, gdy już przestanie być głową państwa. – Wiem, że z punktu wiedzenia zagranicznego obserwatora jest to niezrozumiałe – zaznacza Markow.

Terroryzm w sieci - Rosyjska napaść na Estonię

Źródło: Rzeczpospolita: Terroryzm w sieci zagraża wszystkim
11.06.2007

rozmowa z premierem Estonii Panem Andrus Ansip.

Rz: Estonia sprzeciwia się stanowisku Polski, która walczy, by w Radzie UE głosowano w systemie pierwiastkowym. Czy nie jest on korzystny dla mniejszych krajów?

Andrus Ansip: Interesuje nas silna Unia Europejska. Nie zrobimy nic, co może ją osłabić. Należy skończyć dyskusję nad systemem głosowania, bo to przeszkadza Unii w ważniejszych zadaniach. Dlaczego Estonia tak bardzo chciała wejść do UE? Ze względu na swoje bezpieczeństwo. Oczywiście wiedzieliśmy, że UE to nie NATO, ale wiedzieliśmy też, że i UE jest parasolem ochronnym. To się zresztą sprawdziło, gdy kilka tygodni temu nastąpił atak cybernetyczny na Estonię. UE wsparła nas bardzo mocno. Ten przekaz dotarł do estońskiego społeczeństwa - poparcie dla członkostwa w UE jest rekordowe, sięga 87 procent.

Cybernetyczne problemy Estonii zaczęły się, gdy z centrum Tallina usunięto pomnik żołnierzy radzieckich. Czy mógłby pan powiedzieć wyraźnie, co się stało?

Nie byłoby poprawne politycznie, gdybym powiedział: “zaatakowała nas Rosja”. Ale komputery, które wykorzystano w ataku, miały też adres administracji prezydenta Putina. Akcja przeciwko Estonii była doskonale zsynchronizowana - w tym samym czasie demonstranci atakowali naszą ambasadę w Moskwie i przedstawicielstwo linii lotniczych. A oficjalna delegacja rosyjska, która odwiedziła Tallin, stwierdziła, że rząd Estonii powinien się podać do dymisji.

Uważa pan, że taki atak może się powtórzyć?

Wczoraj została zaatakowana Estonia, jutro mogą to być kraje Europy Środkowej. Proszę spojrzeć na to, co się przydarzyło mojemu krajowi, jak na modelowy przykład wojny cybernetycznej. Myślę, że to nie koniec.

Estonia ma zamiar się domagać, by cyberataki zostały uznane przez UE za akt terroru.

Została naruszona nasza suwerenność. Naruszyć suwerenność można, nie tylko wkraczając na terytorium jakiegoś państwa, ale dokonując inwazji na jego przestrzeń informatyczną, zagrażając funkcjonowaniu jego instytucji państwowych i banków. Cios był dla nas tym dotkliwszy, że Estonia jest najbardziej chyba zinternetyzowanym krajem świata. Nawet starsi ludzie szybko nauczyli się korzystać z bankowości internetowej, by uniknąć opłat bankowych. Znakomita większość zeznań podatkowych, aż 84 procent, jest składana przez Internet. To światowy rekord.

Czy dzisiaj, znając cenę, jaką zapłaciła Estonia za usunięcie pomnika radzieckich żołnierzy z centrum Tallina, podjąłby pan taką samą decyzję?

To była słuszna decyzja. Wydaje się niewłaściwe, by groby żołnierzy pochowanych przy pomniku znajdowały się tak po prostu na miejskim skwerze. Nie było to godne miejsce do oddawania czci zmarłym. Przychodzili tam ludzie, którzy organizowali wiece, inni pili tam alkohol, a dla jeszcze innych było to po prostu miejsce, w którym czeka się na autobus. Wszystkie Kościoły uważały, że zmarłych żołnierzy należy pochować na cmentarzu. Taką opinię rok wcześniej wygłaszała nawet Cerkiew prawosławna w Estonii, choć później rzeczywiście protestowała przeciw przeniesieniu pomnika.

Ale bardziej istotne wydają się jednak powody polityczne?

Pomnika nie można było traktować jednoznacznie. Oczywiście upamiętniał ofiary drugiej wojny światowej. Ale upamiętniał też sowieckie imperium, za którym niektórzy odczuwają nostalgię. I był pomnikiem sowieckiej dominacji nad Estonią. Proszę sobie wyobrazić - po wkroczeniu Armii Czerwonej do Estonii, sto tysięcy ludzi zostało wymordowanych lub zesłanych na Syberię. Drugie sto tysięcy musiało emigrować, by nie spotkał ich taki sam los. A więc straciliśmy dwieście tysięcy, a cały naród to był milion ludzi. Dlatego trzeba było przenieść ten pomnik na cmentarz. Tam stracił te wszystkie złe znaczenia. Teraz upamiętnia po prostu ofiary wojny. Będzie nie dzielić, ale łączyć społeczeństwo.

Ale na razie konsekwencje usunięcia pomnika z punktu widzenia stosunków z Rosją są dla Estonii fatalne.

Bardzo się martwię, że w sondażu, który został niedawno w Rosji przeprowadzony, Estonia została uznana za największego wroga tego kraju. To po prostu niewyobrażalne. W jaki sposób mała Estonia może w ogóle być czyimś największym wrogiem? Wygłaszanie takich opinii to po prostu wstyd.
rozmawiała Maja Narbutt

Pomniki żołnierzy Radzieckich w Polsce - komentarz

Źródło: Rzeczpospolita: Prawdziwy pomnik żołnierza
08.05.2007

Zamiast obalać pomniki sowieckich żołnierzy, powinniśmy stawiać nowe upamiętniające prawdę, a nie komunistyczne kłamstwa. Bo na tych pomnikach, które od pół wieku szpecą nasze miasta i miasteczka, wyobrażono zupełnie innych żołnierzy niż ci prawdziwi. Spiżowi gieroje są dobrze odżywieni, galowo ubrani i stroją miny pełne dumy. W rzeczywistości żołnierze Stalina wyglądali inaczej. Byli obdarci i głodni, bo amerykańskich “corned beefów” starczało skąpo. Padali gęsto od chorób i zakażeń, bo przysyłane przez zachodnich aliantów razem z owymi “beefami” antybiotyki i opatrunki Stalin kazał palić od razu w Murmańsku: przeciążanie transportów wożących dostawy na front tak zbędnymi luksusami uważał za nonsens - ludiej miał przecież mnogo, skolko ugodno. Prawdziwi sowieccy żołnierze, rugani przez swoich oficerów i bici po gębach, rozstrzeliwani za byle wykroczenie, pędzeni byli na Berlin wymierzonymi im w plecy lufami karabinów “oddziałów zaporowych” NKWD. Gdy gnano ich do ataku, własna artyleria kładła wał ogniowy za, a nie przed nacierającymi. W oczach nieśli grozę łagrów, przez które wielu z nich przeszło, a w sercu świadomość, że gdyby któryś się cofnął, gdyby trafił do niewoli, będzie miał szczęście, jeśli tylko wróci na Sybir. Stalin kazał przecież represjonować nawet bohaterów, którzy z jego winy zostali okrążeni, a potem mężnie przebili się do swoich. Jeśli w ogóle mieli na świecie jakichkolwiek “swoich”. Kiedy ginęli, Krasnaja Armia nie wysilała się ani na kopanie każdemu grobu, ani na trumny - rzucano ich na kupę, jak padłe bydło, do dołów. Przyznajmy, że ci zabici na naszej ziemi mieli przynajmniej to szczęście, że urządzono im cmentarze. Kości tych, którzy padli na obszarze właściwego imperium, latami walały się po lasach. Martwi krasnoarmiejcy mieli dla swych panów pewną wartość tylko w krajach podbitych, gdzie ich groby miały legitymizować okupację. Prawdziwych pomników nie postawił im dotąd nikt. Może już czas?

Podejście intelektualistów socjalistów do komunizmu

Źródło: Rzeczpospolita: Moraliści unurzani we krwi
28.04.2007

Rozmowa Grzegorza Dobieckiego ze Stéphanem Courtois i Jeanem-Louisem Panné, inicjatorami i współautorami “Czarnej księgi komunizmu”

Grzegorz Dobiecki: Generał Wojciech Jaruzelski został oskarżony o zbrodnię komunistyczną za wprowadzenie stanu wojennego. Postawione mu zarzuty dotyczą przede wszystkim kierowania związkiem przestępczym o charakterze zbrojnym. Jak panowie, jako historycy, oceniają zasadność oskarżenia i kwalifikację samego czynu?

Stéphane Courtois: Kwalifikacja jest łagodna. Bo to nie był pucz w stylu latynoskich caudillos czy afrykańskich kacyków, lecz akt kolaboracji z obcym mocarstwem. Przypadek marszałka Petaina. Jean-Louis Panné: Ale takiej oceny nie mógłby sobie wyrobić czytelnik francuskich gazet. Żadna nie przedstawiła rzetelnie, o co Jaruzelski jest oskarżony i dlaczego. Informacje były bardzo skąpe, przypominały raczej dezinformację. Wracał głównie znany argument: mniejsze zło. Uważam, że nie należy go odrzucać. Jednak w stanie wojennym wiele osób straciło życie. Dlatego osądzenie generałów i sekretarzy, choćby symboliczne, wydaje się imperatywem historycznym i moralnym. Sprawa ma przy tym szczególny kontekst polityczny. Polska była pierwszym krajem, który uwolnił się spod komunistycznych rządów. Ceną było kompromisowe porozumienie opozycji z władzami. Dzisiaj słychać głosy, że już za późno, że stare dzieje, że osąd po 18 latach nie ma sensu. Zauważmy jednak, że wtedy odpowiedni ludzie go nie przeprowadzili, bo nie mogli - albo nie chcieli. Teraz, kiedy władze Polski wreszcie mogą i chcą, przypisuje się im najgorsze intencje.

S.C.: Co pozostaje w zgodzie z linią wszelkich grup komunistycznych albo post-, neoczy filokomunistycznych. Amnestia i amnezja. To ciągle ta sama linia, którą nakreślił Nikita Chruszczow w swym tajnym raporcie. Jesteśmy unurzani we krwi po szyję, ale za nic nie ponosimy odpowiedzialności. I ciszej nad tymi trumnami, sami zatroszczymy się o oficjalną pamięć. Kiedy dzisiaj, nawet z opóźnieniem, chce się dochodzić prawdy, natychmiast padają oskarżenia o reakcjonizm. Przypominanie o zbrodniach komunistycznych miałoby oznaczać powrót do tzw. zimnowojennej retoryki.

Jeżeli zbrodnie komunistyczne pojawiają się we francuskiej prasie - to zwykle w cudzysłowie. Dlaczego?

S.C.: Osoby, które o tym decydują, uważają najwyraźniej, że te czyny nie były zbrodniami. Albo ściślej: że były usprawiedliwione. A zbrodnia usprawiedliwiona przestaje być zbrodnią. We Francji w wielu kręgach pozostaje w mocy stara komunistyczna zasada: nie da się usmażyć omletu, nie rozbijając jajek. Jak się robi rewolucję, trzeba zamordować nieco kontrrewolucjonistów, burżujów i kapitalistów. Owszem, to przykre, ale nieuniknione. Przykład podobnego rozumowania, i to na najwyższym szczeblu państwa, widzieliśmy po publikacji “Czarnej księgi komunizmu” w 1997 r. Ówczesny premier Lionel Jospin oświadczył przed Zgromadzeniem Narodowym, że jest dumny z obecności ministrów komunistycznych w swym rządzie. Według jego określenia “komuniści nigdy nie podnieśli ręki na wolność”. Mieliśmy więc do czynienia - i nadal mamy - z absolutną negacją zbrodniczego charakteru komunizmu przez znaczną część lewicy we Francji.

Nie tylko we Francji. 19 kwietnia, po siedmiu latach redagowania sformułowań, Unia Europejska napiętnowała zbrodnie totalitarne. Nie zdecydowała się jednak na ustanowienie kar za ich negowanie. Co więcej, UE nie potępiła wprost zbrodni stalinowskich. Jak to interpretować?

J.L.P.: Jako chowanie głowy w piasek. Przyjęcie określenia “totalitarne” pozwoliło uniknąć nazwania rzeczy po imieniu. Za ścisłością sformułowań, czyli uczciwością historyczną, opowiadała się w Parlamencie Europejskim niemała część deputowanych. Jej wysiłki zostały storpedowane przede wszystkim przez grupki ze skrajnej lewicy twierdzące, że historyczna debata została już zamknięta, a wszystkie zbrodnie dostatecznie wyraźnie napiętnowane. W istocie, oceniając zbrodnie stalinowskie, UE przyjęła - tu użyję cudzysłowu - “postępową” interpretację historii dopuszczającą rozmaite “okoliczności łagodzące”. Jeszcze raz górę wzięła moralność o zmiennej geometrii, zależnej od zbrodni i ich sprawców. Zbrodnią absolutną jest więc eksterminacja Żydów przez nazistów. Czyny komunistów są bardziej “akceptowalne”.

Przypomnijmy i to, że w 2005 r. Parlament Europejski odmówił oddania hołdu polskim oficerom zamordowanym w 1940 r. przez NKWD. Czy Europa - mowa o tzw. starej Unii - postrzega Katyń jako marginalną sprawę, którą z niezrozumiałym uporem rozdmuchują Polacy? Jako “detal historii” (za określenie w ten sposób komór gazowych Le Pen otrzymał wyrok - red.)?

S.C.: Myślę, że problem jest poważniejszy, a przykład Francji dobrze go ilustruje. Przez całe dziesięciolecia podporządkowana Moskwie Francuska Partia Komunistyczna (PCF) była potęgą. Dlatego zdołała narzucić wykładnię historii najnowszej. Najpierw obowiązywało kłamstwo o zbrodni hitlerowskiej. Kiedy prawda wyszła na jaw - przynajmniej dla tych, którzy chcieli ją poznać - pojawił się plan B. Przedstawiał on przedwojenną Polskę jako państwo faszystowskie. Naturalnąkoleją rzeczy oficerowie-faszyści zginęli z rąk antyfaszystów. Dziejowej sprawiedliwości stało się zadość. Najgorsze, że lewica jest do dziś przekonana, iż tylko ona ma prawo decydować, kto jest faszystą, a kto antyfaszystą. Widział pan dopiski na afiszach wyborczych Sarkozy’ego. Faszysta! Toż to idiotyzm.

Widziałem też dopiski “100 milionów ofiar” na plakatach trockisty Besancenota i komunistki Buffet. Kogo reprezentowało aż pięciu kandydatów skrajnej lewicy?

J.L.P.: To już kwestia trybu wyłaniania i zatwierdzania oficjalnych kandydatur. Skrajna lewica miała w wyborach prezydenckich nadreprezentację zupełnie nieodpowiadającą jej rzeczywistym wpływom politycznym. Zresztą wyniki głosowania w pierwszej turze potwierdziły, że ten obóz przestał się liczyć organizacyjnie. Jednak liczy się nadal ideologicznie. Jego emanacją stają się najróżniejsze stowarzyszenia obrony praw człowieka, organizacje antyrasistowskie, ekologiczne, alterglobalistyczne, komitety pomocy dla imigrantów i bezdomnych. Idee lewackie nie potrzebują już ulicznej agitacji i rozrzucania ulotek. Znalazły nowy pas transmisyjny do mas: Internet. Są ciągle modne w środowisku akademickim. Dowody, niby niewinne, widać na ulicy. Sierpy i młoty, podobizny Che Guevary - do nabycia w co drugim paryskim butiku. Niedawno zapytałem młodego człowieka w koszulce z emblematem KGB, czy założyłby wdzianko z napisem “Gestapo”. Odpowiedział: nie, przecież kagiebiści dopier…lili gestapowcom. Skądinąd koszulki z napisem “Gestapo” czy swastyką nie kupiłby w Paryżu legalnie. Te wszystkie uwagi można pewnie odnieść również do wielu innych krajów Europy Zachodniej, niemniej jednak znowu wypada powiedzieć, że sytuacja Francji jest specjalna. Tutaj nałożyły się na siebie idee Wielkiej Rewolucji, wpływy komunistów i legenda Maja ‘68. Toksyczna mieszanka. Ale - proszę mi wierzyć - nie żywi się nią przeciętny obywatel Francji.

S.C.: Za to intelektualiści za nią przepadają. Od 1968 r. stołeczny salon uważa się za urząd cenzury nowej moralności, tej rewolucyjnej. Francja szczyci się swoją wyjątkowością kulturalną. Zgoda, ale w takim razie do wyjątkowej sfery zaliczmy również, jako zabytek, archaizm polityczny i ideologiczny.

Dziś się mówi: poprawność polityczna. Kiedyś to był zwykły konformizm.

J.L.P.: Byli również nonkonformiści. Raymond Aron, Albert Camus. André Malraux przeszedł z przedwojennego obozu lewicowych radykałów na stronę generała de Gaulle’a.

S.C.: Tak, tylko że we wszelkich rankingach wybitnych Francuzów pisarz Camus znajdzie się zawsze za Jeanem-Paulem Sartrem. Gdyż Sartre “wielkim filozofem był”, a z takim tytułem największe bzdury uchodzą bezkarnie. Największa nieuczciwość intelektualna i moralna. Nawet wspieranie morderców z bandy Baader-Meinhof i antysemickich terrorystów palestyńskich. Sartre mylił się we wszystkim, od początku do końca. A przecież na jego pogrzeb przyszły tłumy. Trudno pojąć, że to zaślepienie wciąż trwa. Łatwiej już wytłumaczyć, skąd się wzięło. Premier Jospin przed swym startem w wyborach prezydenckich w 2002 r. do ostatniej chwili wypierał się wieloletniej przynależności do komórki trockistowskiej. Faktycznie nigdy nie przestał być leninowcem, dlatego zresztą te wybory przegrał. Własną porażkę też tłumaczył po leninowsku: naród nie dorósł. Według recepty Brechta wypadałoby zmienić naród. Bardzo wielu członków francuskiej Partii Socjalistycznej myśli w podobny sposób, bo też bardzo wielu z nich to ekstrockiści. Masowo wprowadzał ich do PS w 1981 r. Franćois Mitterrand, żeby zniwelować wpływy stalinowskiej partii komunistycznej. Skażenie leninizmem przetrwało Mitterranda.

A co się dzieje, gdy ktoś pójdzie w przeciwną stronę? Jak filozof André Glucksmann, w młodości flirtujący z maoizmem, a dzisiaj głośno popierający kandydaturę Sarkozy’ego? Albo - żeby daleko nie szukać - jak historyk Stéphane Courtois?

S.C.: Zasłużyłem na status diabła, renegata i zaprzańca. W dodatku sam nie wiem, co czynię. Rok temu “Le Nouvel Observateur” napisał, że stałem się ideologiemdokończenie A9 prawicy katolickiej. Nie jestem katolikiem, ale napisali - znaczy prawda. Ostatnio ten sam tygodnik ogłosił, że wybrałem obóz Sarkozy’ego. Nie dokonałem takiego wyboru, ale może mi się tak tylko wydaje.

J.L.P.: Problem jest dużo poważniejszy niż tylko nieuleczalny przypadek “Le Nouvel Observateur”. Przed dwoma laty stulecie świętowała gazeta “L’Humanité”, już formalnie niezależna od PCF. Były organ partii komunistycznej przeżywa kłopoty finansowe, więc podniósł się lament: cóż to byłby za cios dla wolnego słowa, gdyby jej zabrakło. Pismo założone w 1905 r. przez Jeana Jaures’a przetrwało jako wolna trybuna tylko do lat 20. Później - bez żadnej przerwy, bez cienia wahania, kłamiąc codziennie - popierało już niezmiennie bolszewicką Rosję i ZSRR. Także w chwilach miażdżenia powstania w Budapeszcie, kneblowania praskiej wiosny i internowania “Solidarności”. Za “L’Humanité” ujęły się również redakcje bliskie prawicy. Problem polega bowiem na tym, że francuskie środowisko dziennikarskie w 80 procentach jest lewicowe. Nawet w gazetach związanych z nurtem konserwatywnym, jak “Le Figaro”, pojawiają się teksty, które z powodzeniem mogłaby wydrukować “L’Humanité”. To nie jest żadna dywersja, lecz owa sztafeta pokoleń francuskiej inteligencji. Chciałoby się powiedzieć: genetyczne obciążenie Majem ‘68.

Możliwe, że przypadki, które znalazłem, są odosobnione. Jednak je przytoczę. Od kilku lat patronem ulicy w Drancy nie jest już Lenin. Kiedy Jean-Christophe Lagarde z centrowej partii UDF pokonał w wyborach lokalnych komunistycznego mera miasteczka, nakazał zmianę nazwy ulicy. Lagarde dołączył przed rokiem do grupy deputowanych rządzącej UMP, która zgłosiła projekt ustanowienia Dnia Hołdu dla Ofiar Komunizmu w rocznicę upadku muru berlińskiego. A z panów wypowiedzi może wynikać, że we Francji nic się w tej mierze zrobić nie da.

S.C.: Niezupełnie. Od czterech lat wraz z m.in. Władimirem Bukowskim 7 października organizujemy właśnie taki dzień pamięci, i to międzynarodowy. Nadaliśmy mu nazwę Memento Gułag. Poza Francją nasze konferencje odbywały się już w Rzymie, Bukareszcie i Berlinie. Przyznaję jednak, że wzięliśmy sprawy we własne ręce, bo - niestety - nie wierzymy, żeby zacna inicjatywa poselska, o której pan mówi, kiedykolwiek wyszła poza fazę projektu. Wspaniale, że są tacy merowie jak pan Lagarde. Ale wskażę co najmniej kilkanaście miasteczek tylko wokół Paryża z ulicami Lenina, Maurice’a Thoreza czy Jacques’a Duclos (członek władz Kominternu i Kominformu). Ten ostatni był agentem NKWD i KGB. Jednoznacznie potwierdzają to dokumenty z archiwów moskiewskich, do których miałem dostęp. Czytałem jego listy do sowieckich generałów. We Francji ciągle nie mówi się o tym głośno. Tabu.

Inny temat tabu to hiszpańska wojna domowa. Romantyczny mit każe wierzyć, że po stronie Republiki walczyli jedynie ludzie szlachetni, kryształowe charaktery. Lepiej tych pomników nie ruszać, bo nie wiadomo, co wychynie spod warstwy brązu?

J.-L.P.: Nikt nie twierdzi, że frankiści wspierani przez hitlerowskie Niemcy byli tą dobrą stroną. Ale na ówczesną Hiszpanię należy patrzeć jak na teatr wojny nie tylko domowej. Ścierały się tam dwie potęgi totalitarne, a Republika stała się zakładnikiem ich konfrontacji.

S.C.: Legenda Brygad Międzynarodowych skrywa prawdę o zamiarach Związku Radzieckiego wobec Republiki Hiszpańskiej. Bardzo wcześnie, już od 1937 r., wywiad sowiecki, Armia Czerwona, hiszpańska kompartia i Międzynarodówka Komunistyczna przejmowały kontrolę nad Republiką. Pamiętajmy, że właśnie w czasie tej wojny Stalin przyjął koncept “demokracji ludowej” opracowany przez Togliattiego. Testowany w Hiszpanii, posłużył potem za model dla zniewolonych krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Dokumenty nie pozostawiają wątpliwości: Brygady Międzynarodowe pozostawały pod całkowitą kontrolą sowieckiej policji politycznej. Miały wewnętrzny aparat represji likwidujący ludzi niewygodnych. W Moskwie, w archiwach Kominternu, leżały teczki każdego członka Brygad. Byli więc oni w dyspozycji NKWD i jego szefa Jeżowa, osobiście odpowiedzialnego za “wielki terror” z lat 1937 - 1938. Zwierzchnika organizacji przestępczej dopuszczającej się zbrodni przeciwko ludzkości. Taka kwalifikacja jest oczywista, nawet jeśli NKWD nie został nigdy publicznie napiętnowany jak gestapo i SS.

J.-L.P.: Bardzo wielu ludzi pojechało do Hiszpanii bić się z faszystami w imię własnych przekonań. Tyle że ów mit porywu serca, solidarności ze słuszną sprawą roztacza się - niesłusznie - również na Brygady Międzynarodowe.

W tym tonie napisał pan niedawno list do redakcji “Le Monde”, reagując na korespondencję z Warszawy pióra Célii Chauffour. Dziennikarka oburzała się, że władze Polski chcą pozbawić rent garstkę dąbrowszczaków, weteranów Brygad Międzynarodowych. Nie wyjaśniła do końca, dlaczego.

J.-L.P.: Między Polską a Hiszpanią czy - szerzej - między Wschodem a Zachodem Europy istnieje konflikt pamięci. Sądzę, że dałoby się go łatwo zażegnać, gdyby tylko Zachód - zamiast ulegać komunistycznej mitologii - zechciał poznać dalsze kariery niektórych członków Brygad Międzynarodowych ze Wschodu. Zasługi generała Waltera w likwidowaniu antykomunistycznego ruchu oporu, czyli w polskiej wojnie domowej. Jego współpracę z Iwanem Sierowem z NKWD. Więcej niż prawdopodobne kontakty Bernarda Kona z wywiadem sowieckim. Działalność generała Juliusza Hibnera na czele Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. On sam ją zresztą opisał we wspomnieniach zamieszczonych w “Zeszytach Historycznych” Instytutu Literackiego. Nic nie stoi na przeszkodzie, by rząd hiszpański przyznał własne renty żyjącym jeszcze polskim członkom Brygad. Jednocześnie dobrze by się stało, gdyby władze Polski nie potraktowały ich wszystkich zbiorowo i automatycznie. Każdy przypadek wypada rozpatrzyć osobno, bo w tym gronie są nie tylko funkcjonariusze komunistycznej Służby Bezpieczeństwa i aparatu represji. Są także ludzie z piękną przeszłością. Taka była teza mojego listu do “Le Monde”. Pozostał bez odpowiedzi, co mnie zresztą specjalnie nie zdziwiło.

S.C.: A ja mam ciągle siłę i ochotę się dziwić. Na przykład kiedy słyszę, że w Portugalii - to było trzy miesiące temu - odbywa się zjazd 63 partii komunistycznych. Sześćdziesięciu trzech! Albo że w Parlamencie Europejskim mamy grupę Zjednoczonej Lewicy dotowaną przez tę instytucję. W jej skład wchodzi kilkanaście stronnictw, które są dziedzicami w prostej linii partii komunistycznych sprzed okresu 1989 - 1991. Czy to kogoś szokuje? Nikogo. Co innego, gdyby to były partie neonazistowskie…

J.-L.P.: Antyfaszystowską uzurpację lewicy zdemaskował Franćois Furet. Dlatego był tak atakowany za swoją “Przeszłość iluzji”. Wywołał niemal furię, bo dotknął - moim zdaniem - sedna sprawy. Wykazał, że lewica nie ma monopolu na antyfaszyzm. Od wydania “Przeszłości iluzji” minęło 15 lat, Furet umarł, a ataki na niego trwają.

Proszę nie mówić, że nic się nie zmienia. Gdyby tak było, nie wydaliby panowie “Czarnej księgi komunizmu”, zwłaszcza we Francji.

S.C.: Ta praca ma ciąg dalszy. Wydaliśmy cztery obszerne tomy o totalitaryzmie, również opracowane przez międzynarodowy zespół historyków m.in. z Andrzejem Paczkowskim w składzie. “Czarna księga” ukazała się w 80. rocznicę wybuchu Rewolucji Październikowej; za pół roku na swój sposób “uczcimy” 90. rocznicę tego wydarzenia. Dla Larousse’a przygotowujemy “Słownik komunizmu”, chyba pierwsze tak kompletne opracowanie w świecie. Rzeczywiście, niech to będzie dowód, że jednak coś się zmienia, a wyjątkowość Francji może polegać i na tym, że są w tym kraju historycy gotowi rzetelnie wykonywać swoją pracę.

J.-L.P.: Reakcjoniści gotowi mieć nowe problemy.

S.C.: No cóż, psy szczekają, karawana jedzie dalej…

Żeby nie było wątpliwości co do ról: punkt widzenia zależy od punktu szczekania?

S.C.: Przynajmniej tak to wygląda z wysokości karawany.
rozmawiał Grzegorz Dobiecki

Jean-Louis Panné
Francuski historyk i publicysta. Jest autorem książek i artykułów na temat dziejów najnowszych, edytorem książek Simone Veil Witolda Gombrowicza, Hannah Arendt. W latach 80. należał do stowarzyszenia “Solidaritéavec Solidarność”. Pomagał internowanym i ich rodzinom. Współpracował z solidarnościowym “Tygodnikiem Mazowsze”. Jest jednym ze współautorów “Czarnej Księgi Komunizmu”.

Stéphane Courtois
Niegdyś sam zafascynowany komunizmem, obecnie uznawany jest za jednego z największych krytyków tego systemu we Francji. Jest wykładowcą paryskiej Sorbony. Wydaje również periodyk “Communisme”. We wstępie wydanej przez siebie w 1997 roku “Czarnej księgi komunizmu” napisał, że komunizm jest odpowiedzialny za śmierć większej liczby ludzi niż narodowy socjalizm. To stwierdzenie wywołało szok wśród - nadal niepotrafiącychsobie poradzić ze swoim zaangażowaniem na rzecz zbrodniczego systemu - francuskich intelektualistów. Wielu z nich nie szczędziło Courtois ostrej krytyki.

Następna strona »


Nowe artykuły na email

Kliknij poniższy link i zapisz się, a będziesz otrzymywał nowe artykuły na email:

ZAPISUJE SIĘ >>

 

lipiec 2008
P W Ś C P S N
« cze    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Statystyka

  • 289,490 odwiedzin