Archiwum kategorii 'Świat' Category

Pomoc humantarna - wielkie oszustwo

Programy pomocy humanitarnej Zachodu w większości ubogich krajów wspierają skorumpowane władze, pogłębiają ubóstwo i wzmacniają uzależnienie ludzi. I tylko nam poprawiają samopoczucie

Lepiej jest coś zrobić, zamiast poddać się zwątpieniu albo – co gorsza – cynizmowi, i nie robić nic, prawda? Zwłaszcza gdy chodzi o pomoc dla ludzi ubogich, doświadczonych przez los, nędzarzy urodzonych w niewłaściwym miejscu i w niewłaściwym czasie. Jak można nie robić nic, gdy pod gruzami ginie kilkadziesiąt tysięcy Chińczyków, gdy cyklon pochłania kilkaset tysięcy istnień ludzkich w Birmie? Jak można, będąc człowiekiem zdrowym moralnie, patrzeć bezczynnie na dzieci umierające z głodu w Darfurze? Jak można siedzieć z założonymi rękami, gdy Światowy Program Żywnościowy (WFP) alarmuje, że Etiopii znowu grozi klęska suszy, a 6 milionów dzieci nie ma co jeść? WFP dodaje, że za jedyne 147 mln dolarów, czyli nieco ponad 300 milionów złotych, można te dzieci uratować. Co to jest 300 milionów? Dobry piłkarz kosztuje coś koło tego, niedługo kilometr autostrady w Polsce będzie droższy.

No to dajmy im 300 milionów – niech te dzieci przeżyją. Edmund Burke, jeden z twórców nowoczesnego konserwatyzmu, mówił, że do tego, by zatriumfowało zło, wystarczy, by dobrzy ludzie nic nie robili. Ewangelia zapowiada, że na Sądzie Ostatecznym będziemy odpytywani z naszych zaniechań: „Byłem głodny, a nie daliście mi jeść…” Dajmy im jeść, dajmy im nadzieję, przecież nas nie kosztuje to prawie nic.

Powyższa argumentacja działa od ponad 50 lat, czyli od czasu, gdy pomoc humanitarna stała się ulubionym sposobem rozwiązywania przez Zachód problemów krajów ubogich. Głównym beneficjentem tej pomocy były kraje Azji i Afryki, zwłaszcza subsaharyjskiej. W ogólnoświatowej euforii spowodowanej wyzwalaniem się kolejnych krajów z więzów kolonializmu i w niemałym (i słusznym) poczuciu winy za wyzyskiwanie obcych kontynentów ludzie Zachodu uwierzyli, że swoją dobrocią ulepszą świat: „Pragnącym wyrwać się z nędzy mieszkańcom wiejskich chat na całym globie obiecujemy: pomożemy im pomóc sobie tak długo, jak będzie to potrzebne – mówił prezydent John Kennedy. – Nie dlatego, że komuniści będą robić to samo, nie dlatego, że zależy nam na ich głosach wyborczych, ale dlatego, że tak jest słusznie. Jeśli wolne społeczeństwo nie potrafi pomóc większości, która cierpi biedę, nie będzie również umiało ochronić mniejszości, która żyje w dostatku.”

No i pomagamy. Inicjatywy polityków przerodziły się w ogólnoświatowy ruch pomocy humanitarnej skupiony wokół indywidualnych organizacji, globalnych programów realizowanych przez agendy ONZ czy też fundacji sponsorowanych przez milionerów-darczyńców w rodzaju Billa Gatesa czy Warrena Buffeta. Od lat 80. istotną rolę w światowym ruchu humanitarnym odgrywają gwiazdy pop, które swoim nazwiskiem i charyzmą mają „przebudzić mieszkańców Zachodu”, a w praktyce wydusić od nich jak najwięcej pieniędzy na projekty firmowane potem nazwiskiem gwiazdy. Dziś ruch pomocy krajom ubogim to potężny system, w którym funkcjonuje kilkaset tysięcy ludzi konkurujących ze sobą, nierzadko bez skrupułów, na rynku pomocy humanitarnej, głównie w USA i Europie Zachodniej (niebiałych reprezentują głównie Japończycy). Pomoc obejmuje właściwe wszystkie dziedziny życia: od dostarczania żywności i leków przez programy edukacyjne i uświadamiające do irygacji gruntów i wspierania miejscowych przedsiębiorców.

80 procent na koszty własne

Jakie są skutki tej pomocy? Od strony statystycznej nieubłagane dla jej zwolenników. W ciągu ostatnich 50 lat Zachód wydał na pomoc dla krajów Trzeciego Świata 2,3 biliona dolarów (1 bilion =1000 miliardów). Sama Afryka, która jest głównym odbiorcą pomocy, otrzymała 568 miliardów dolarów. I efekt tego jest jednoznaczny: wraz z rozwojem programów pomocy humanitarnej regularnie rosła bieda wśród Afrykanów. Np. między rokiem 1990 i 2001 liczba osób żyjących poniżej poziomu określanego przez ONZ jako skrajne ubóstwo, czyli za mniej niż 1 dolara dziennie, wzrosła z 227 milionów do 313 milionów. Prawie połowa mieszkańców Afryki (46 proc.) wegetuje w stanie, który ONZ określa jako zwykłe ubóstwo. Jednym z największych paradoksów historii XX wieku jest fakt, że w większości krajów afrykańskich stopa życiowa mieszkańców jest dziś relatywnie niższa niż przed osiągnięciem przez nie niepodległości. 941 milionów ludzi wytwarza dziś dochód wielkości 580 mld dolarów, czyli nieco więcej niż Korea Południowa.

To nieprawda, że – jak twierdzą niektórzy najbardziej skrajni przeciwnicy pomocy humanitarnej – sytuacja z roku na rok staje się coraz gorsza, a pomoc w dalszym ciągu rozdawana jest bezkrytycznie. Wręcz przeciwnie, w związku ze wzmożoną krytyką samej sensowności udzielania pomocy agendy ONZ zatrudniają coraz więcej ludzi do kontroli przepływu pieniędzy. Np. w Tanzanii, która jest modelowym odbiorcą pomocy humanitarnej, pod koniec lat 90. w ciągu kwartału produkowano ponad 2400 raportów na temat spożytkowania pomocy i organizowano ponad 1000 seminariów rocznie poświęconych prawidłowemu wykorzystaniu pieniędzy. „Jest coraz gorzej” – pisał niedawno w dzienniku „The Times” Graham Hancock, autor klasycznej pozycji z 1989 roku pt. „Lords of Poverty: The Power, Prestige, And Corruption of International Aid Business” (Panowie ubóstwa: władza, prestiż i korupcja w międzynarodowym biznesie pomocy). Hancock, znany pisarz, wcześniej pracownik brytyjskiej organizacji humanitarnej, wykazywał, że głównym, a zwykle jedynym beneficjentem pomocy są lokalne skorumpowane elity rządowe, producenci żywności i innych produktów przeznaczanych na pomoc oraz „pomocowa biurokracja”. Głównymi ofiarami szczodrobliwości Zachodu – wykazywał Hancock – padają zaś podatnicy z Zachodu i oczywiście ludność Trzeciego Świata.

Hancock pokazuje przykłady zinstytucjonalizowanej korupcji w ramach organizacji działających pod patronatem ONZ. (Moja ulubiona: Rada Organizacji Edukacyjnych, Naukowych i Kulturalnych, wydała w jednym roku 1 milion 759 tysięcy 584 dolary na podróże i zakwaterowanie. W tym samym czasie przeznaczyła 49 tys. dolarów na edukację dla niepełnosprawnych dzieci w Afryce i 1000 dolarów na kształcenie nauczycieli w Hondurasie.). Autor przedstawia przerażające dane na temat marnotrawstwa pieniędzy (w czasie pisania książki Hancocka 80 procent wydatków agend ONZ przeznaczane było na wydatki dla pracowników; budżet na konsultantów zewnętrznych wynosił 22 miliardy dolarów) czy quasi-przestępczego charakteru zamówień publicznych na pomoc (od 80 do 99 procent kwot pomocowych było wydawane w krajach rozwiniętych na realizację zamówień). „Zachodnia pomoc – pisze Hancock – jest wykorzystywana do wytwarzania zysku zachodnich firm”. Autor barwnym językiem określa programy pomocy humanitarnej jako „transakcję między biurokratami i autokratami”, czyli „gangsterami i psychopatami”, którzy kradną albo marnują publiczne pieniądze.

Do tego dochodzą przypadki absurdów przypominających praktyki kwitnącego socjalizmu: wyludnione kliniki w szczerym polu zbudowane z pieniędzy pomocowych (klinikę zbudować łatwo, trudniej zgromadzić i utrzymać zespół lekarski), mosty, którymi nie da się przejechać (bo ich budowa doprowadziła do erozji i obsunięcia gruntu po obu brzegach), matki wyrzucające lekarstwa chroniące ich dzieci przez zarażeniem wirusem HIV (bo stosowanie ich oznaczałoby przyznanie się przed rodziną, że są zarażone, a to – wyrzucenie poza nawias społeczny) itd. Oprócz tego co jakiś czas dowiadujemy się o katastrofach na wielką skalę: zbudowanej przez ONZ fermie rybnej w Mali, która sprzedaje ryby w cenie 3 tysięcy dolarów za kilogram, tamie w Gwatemali, której budowa spowodowała wzrost cen elektryczności o 70 procent, sudańskiej cukrowni, która sprzedaje cukier po cenach wyższych niż importowany, sponsorowanych przez Bank Światowy programach przesiedleń w Brazylii i Indonezji, których wynikiem jest niszczenie lasów tropikalnych i lokalnych plemion.

Gwiazdy na pomoc oprawcom

Czy to wszystko może być prawdą? Czy możliwe, by grupa aparatczyków humanitaryzmu osłaniających się wzniosłą retoryką przetwarzała nasze gesty dobrej woli, szczodrość i poczucie winy za dostatek, w jakim żyjemy, w mieszankę rodem z najczarniejszych komedii Stanisława Barei? Nie tylko możliwe, ale nieuniknione. Hancock i inni krytycy pomocy humanitarnej twierdzą, że sam pomysł na wyciągnięcie ludzi z biedy przez rozdawanie im pieniędzy czy jedzenia jest z gruntu zły, a jego realizacji nie da się zreformować.

Pomoc międzynarodowa nie tylko nie pomaga, ale jest największą przeszkodą w zmianie położenia ludzi ubogich na świecie i jedynym sensownym wyjściem jest jej całkowite zaprzestanie. Wiemy to co najmniej od 30 lat, jednak u wielu ludzi, włącznie z czołowymi ekonomistami na świecie, nie zmienia to przekonania, że źródłem biedy na świecie jest skąpstwo Zachodu, a wszystko da się naprawić, gdy będziemy tego skąpstwa wystarczająco świadomi.

Np. w wydanym przed dwoma laty bestsellerze „Koniec ubóstwa” (przedmowę napisał Bono z zespołu U2) były zwolennik „terapii szokowej” profesor Jeffrey Sachs dowodzi, że jedynym pewnym sposobem ograniczenia biedy w Afryce jest rozwinięcie programów pomocy na jeszcze większą skalę. Nieważne, że potrojenie tej pomocy w ciągu trzech ostatnich dekad spowodowało zerowy wzrost dochodów Afrykanów (ostatnie sukcesy gospodarcze niektórych krajów afrykańskich nie mają żadnego związku ekonomicznego z poziomem pomocy). Kolejne podwojenie pomocy ma sprawę głodu i ubóstwa rozwiązać, a jeśli nie rozwiąże, to tylko ze względu na skąpstwo Zachodu.

Sachs twierdzi, że świat w istocie zna sposób na usunięcie większości problemów Afryki i generalnie chodzi wyłącznie o to, by wyłożyć kolejne pieniądze na wprowadzenie w życie wymyślonych przez mądrych ludzi „technologii pomocowych”. „Przeznaczając 0,7 procenta PKB krajów bogatych przez następne 20 lat, dojdziemy do sytuacji, w której nikt na świecie nie będzie umierał z głodu” – pisze profesor Sachs.

Zgodnie z jego zaleceniami w lipcu 2005 roku na szczycie G8 w Szkocji postanowiono zwiększyć pomoc humanitarną dla krajów ubogich do 50 mld dolarów rocznie, z czego ponad połowa ma być przeznaczona dla Afryki. Żaden z przywódców, którzy podpisali porozumienie, nie dotrzymał słowa, a najbliższy temu jest George Bush, któremu udało się wyrwać z Kongresu 15 mld dolarów dla Afryki. Od tego czasu Bush stał się bohaterem takich artystów jak Bono czy Geldof, a ten ostatni pisał nawet na jego temat peany w magazynie „Time”.

Do grona profesjonalnych pracowników organizacji humanitarnych dołączają co roku nowe twarze świata popkultury. Geldof, Bono, Angelina Jolie, Madonna i inni przekonują prezydentów, szefów banków i organizacji finansowych, że podważanie sensu pomocy humanitarnej to nihilizm, a tłumom zgromadzonym na koncertach charytatywnych tłumaczą, że najważniejsza jest świadomość czynienia dobra: „Dawajcie wasze pier… pieniądze!” – jak krzyczał Geldof w 1985 roku na pierwszym koncercie Live Aid. No to dajemy, bo przecież lepiej jest robić coś, niż nie robić nic, prawda?

W istocie gwiazdy popu są w idealnej sytuacji, bo nie przyjmują żadnej odpowiedzialności za skutki swoich działań, zrzucając ją zwykle na polityków Zachodu albo znieczulicę bogatych społeczeństw. Bob Geldof do dziś uważa Live Aid z 1985 roku za ogromny sukces, mimo że nawet eksperci organizacji pomocowych przyznają, że operacja ta to klasyczny dziś przykład współpracy organizacji humanitarnych z okrutnym reżimem gnębiącym własny naród.

Pieniądze zebrane podczas koncertów posłużyły ówczesnym komunistycznym władzom Etiopii do dokonania masowych przesiedleń około 100 tysięcy ludzi, z których co najmniej połowa zmarła. Ówczesny szef organizacji Lekarze bez Granic (jedynej organizacji, która nie zgadzała się na kontynuowanie działalności w Etiopii podczas przesiedleń) Claude Malhuret uznał ówczesne działania władz za „największy program deportacji od czasów Czerwonych Khmerów”.

Nic dziwnego, że schemat, który z powodzeniem zastosowali komuniści w Etiopii pod koniec lat 80, powtarzany jest w większości krajów afrykańskich, w których bandyci dochodzili do władzy: najpierw głodzimy ludzi, potem wzywamy na pomoc Zachód i rozmieszczamy obozy w strefach, z których, albo do których, chcemy przesiedlić ludność – i do dzieła! Żywność z pomocy dzielimy między żołnierzy, a resztę sprzedajemy na wolnym rynku.

Taki przebieg miała operacja Live Aid w Etiopii, podobnie funkcjonowały obozy pomocy w Somalii i Sudanie w latach 90. Bob Geldof do dziś tłumaczy, że „trzeba coś robić, nawet jeśli to nie działa”. Innymi słowy, człowiek uważany za światowego patrona sprawy walki z ubóstwem uznaje do dziś, że współdziałanie w zbrodni jest moralnie lepsze niż brak działania. Warto ten dylemat przypomnieć, zwłaszcza w przededniu konferencji w Rangunie, w trakcie której brutalny reżim z Birmy najprawdopodobniej łaskawie zgodzi się na przyjęcie pomocy humanitarnej Zachodu na własnych warunkach.

Nie planujmy za nich

Co zatem robić? Jak nie popaść w zniechęcenie? W Ghanie poznałem Michaela – importera mięsa, m.in. z Polski, który założył sprawnie funkcjonujący biznes. Jego szwagierka posiada sieć restauracji w Akrze. Oboje utrzymują ze swoich dochodów kilkanaście osób, w tym dzieci, którym płacą za szkoły.

W 2001 roku Ghańczyk Patrick Awuah założył za swoje pieniądze prywatny uniwersytet Ashesi University. Uniwersytet rezerwuje połowę miejsc dla młodzieży z biednych rodzin, oferując im stypendia. Awuah twierdzi, że mógłby rozwinąć swoją działalność, jednak gdy zgłosił się po pomoc finansową do lokalnego oddziału kampanii Save Africa, odrzucono jego prośbę, ponieważ był zbyt bogaty. Wygląda na to, że wsparcie finansowe z Zachodu dla Afryki dostępne jest dla wszystkich poza Afrykanami. Chyba że spełniają zachodnie warunki: są głodującymi dziećmi, kilkuletnimi żołnierzami, ofiarami powodzi albo innej plagi.

Jednak prawda o Afryce jest inna. Miliony na tym kontynencie to nie ofiary ludobójstwa i głodu czekające na ratunek z rąk podstarzałych gwiazd rocka, tylko normalni ludzie, których marzenia są dokładnie takie same jak nasze: życie w dostatku, wykształcenie dzieci i zostawienie im czegoś w spadku. Patrick Awuah, moi znajomi z Akry i tysiące innych przedsiębiorców w Afryce odnoszą sukcesy wbrew ogromnym przeciwnościom losu. Rozwój ich kontynentu, podobnie jak rozwój innych biednych regionów na świecie, nie będzie jednak zależał od naszej hojności i wspaniałomyślności, tylko od czynników, które zawsze decydowały o rozwoju społeczeństw: sukcesu prywatnych firm i zaprowadzenia rządów prawa. William Easterly, ekonomista uniwersytetu w Nowym Jorku, autor wybitnej książki na temat fiaska pomocy humanitarnej w dziele ratowania ludzi pt. „The White Man’s Burden” (Brzemię białego człowieka), pisze: „Bieda nigdy nie zostanie pokonana przez zachodnich ekspertów albo zachodnią pomoc. Wszędzie na świecie biedę udało się pokonać dzięki rodzimym reformatorom politycznym, gospodarczym i społecznym, którzy potrafią wyzwolić potęgę demokracji i wolnego rynku”.

Na czym konkretnie ma to polegać? W swojej książce Easterly podaje wiele przykładów, oto jeden z nich. 500 milionów ludzi rocznie zaraża się malarią, 80 procent z nich to mieszkańcy czarnej Afryki. Według Światowej Organizacji Zdrowia specjalnie nasączone moskitiery (koszt: poniżej 5 dolarów za sztukę) i lekarstwa (koszt 2,5 dolara na osobę) mogłyby praktycznie doprowadzić do kontroli tej choroby przez człowieka. Jednak moskitiery rozdawane przez agencje pomocy bardzo często wykorzystywane są jako sieci do łowienia ryb albo materiał na suknie ślubne. W Malawi zdecydowano się na eksperyment: zamiast rozdawać moskitiery za darmo, sprzedaje się je ludności po 50 centów za sztukę, co jest dla wielu rodzin sporym wydatkiem. Wskutek tego programu, pisze Easterly, wykorzystanie moskitier we właściwym celu w Malawi wzrosło z 8 procent w 2000 roku do 55 procent w 2005. W krajach takich jak Zambia, gdzie moskitiery rozdaje się za darmo, poziom ich wykorzystania nie przekracza 30 procent.

William Easterly odkrywa prawdy, które wydają się oczywiste, choć na Zachodzie wcale oczywiste nie są, np. potrzebę brania pod uwagę lokalnych uwarunkowań, charakteru ludności, jej przyzwyczajeń. Bardziej niż instytucje typu Millenium Project czy World Economic Forum, kierowane przez planistów o kosmicznych ambicjach, interesują go organizacje o nazwach takich jak Stowarzyszenie Byłych Nosicielek Drewna na Opał – małe grupy miejscowych stworzone w celu realizacji konkretnych potrzeb konkretnych ludzi. Od US AID i brytyjskiego Oxfamu bardziej ceni indywidualnych, zwykle anonimowych ludzi, którzy z ogromnym poświęceniem i bez wynagrodzenia ratują życie innym, albo choćby fundację Billa i Melindy Gatesów, która wydaje setki milionów dolarów na konkretne cele (np. prace nad szczepionką na malarię).

Easterley uważa również, że wydawanie pieniędzy na potrzeby biednych ma sens tylko wtedy, gdy zamiast planować dla nich przyszłość, oddamy ją w ich ręce i metodą prób i błędów pomożemy im znaleźć najlepsze rozwiązanie.

Metoda gwiazdorsko-profesorska nie każe nam myśleć o pomocy, zwalnia nas od myślenia w sekundę po złożeniu darowizny. Metoda Easterly’ego jest trudniejsza, bo każe naprawdę wziąć odpowiedzialność za los innych, każe szukać rozwiązań, które działają, uczy krytycznego spojrzenia i pozbawia sentymentów.

A sentymentalizm popłaca, w przeciwieństwie do trzeźwości umysłu – Frankowi Zappie do dziś niektórzy wypominają, że w 1985 roku odmówił udziału w Live Aid, nazywając imprezę największą w historii „pralnią pieniędzy z dragów” (drug laundering – po angielsku słowo „drug” może oznaczać lekarstwo i narkotyk), a Bob Dylan oburzył wszystkich, gdy zasugerował, że może część pieniędzy zebranych w trakcie akcji przeznaczyć na spłaty długów amerykańskich rolników.

Nauka u Easterly’ego daje również lepszą stopę zwrotu z naszego miłosierdzia. W końcu przed Sądem Ostatecznym z naszych zaniechań nie będzie nas rozliczał Bono ani Geldof, ani nawet sekretarz generalny ONZ. Dlatego zanim to nastąpi, powinniśmy uczciwie rozliczyć sami siebie.

Źródło : Rzeczpospolita: Zabijanie dobrocią
Dariusz Rosiak 23-05-2008

Jimmy Walesa twórca Wikipedii oszustem?

Twórca Wikipedii oskarżony o wyłudzenie pieniędzy. Miał wziąć 5 tysięcy dolarów za usunięcie wpisu

O wzięcie łapówki Jimmy’ego Walesa oskarżył znany amerykański technik komputerowy Jeff Merkey. W 2006 roku, w jego biogramie w popularnej internetowej encyklopedii znalazły się niepochlebne wpisy. Zgodnie z przepisami nie mógł ich sam usunąć, więc zgłosił się do Walesa.

Ten miał obiecać, że pomoże mu, ale pod warunkiem że Merkey „wesprze jego projekty badawcze”. Faktycznie, kiedy technik przelał 5 tysięcy dolarów na konto fundacji zarządzającej Wikipedią, niepochlebne wpisy zostały usunięte. Co więcej, Wales objął jego biogram specjalną ochroną, blokując na pewien czas możliwość modyfikowania go przez internautów.

Gdy Merkey wysunął wobec niego oskarżenia, w światowej społeczności internautów zawrzało. Wikipedia w założeniu jest instytucją nienastawioną na zysk, a jej twórcy na każdym kroku podkreślają, że „nie zrobili jej dla pieniędzy”. Sam Wales w specjalnym oświadczeniu (umieszczonym oczywiście w Internecie) nazwał zarzuty Merkeya „nonsensem”.

– To absurd. Wikipedia od nikogo nie bierze pieniędzy za usuwanie ani wstawianie wpisów – powiedział „Rzeczpospolitej” Paweł Zienowicz, rzecznik prasowy Stowarzyszenia Wikimedia Polska. – Wales to bardzo bogaty człowiek, na pewno nie połaszczyłby się na 5 tysięcy dolarów.

Gdyby cierpiał na brak gotówki, po prostu zgodziłby się na umieszczenie na Wikipedii reklam i zarobiłby bajońskie sumy – podkreśla.

Brytyjska gazeta „Daily Telegraph” przypomina jednak, że to nie pierwsze zarzuty wysuwane ostatnio pod adresem twórcy internetowej encyklopedii. W zeszłym tygodniu były wysoko postawiony pracownik Wikipedii oskarżył go o defraudację pieniędzy zbieranych przez jego fundacje na cele charytatywne. Spore sumy z kasy fundacji miały pójść na jego „luksusowy tryb życia”.

Z kolei była dziewczyna Walesa Rachel Marsden opublikowała dokumenty mające świadczyć o tym, że wykorzystywał on swoje wpływy do wprowadzenia zmian w jej własnym biogramie.

O tym, że ją porzucił, podobno dowiedziała się za pośrednictwem Internetu. Dokonał odpowiedniego wpisu w Wikipedii.

Hasła z Wikipedii wzbudzają również duże emocje w Polsce. Dotyczy to szczególnie znanych polityków i gwiazd. Często padają oni ofiarą złośliwych internautów „wzbogacających” ich biografie.

– Staramy się śledzić wszystkie nowe wpisy i usuwać te nieprawdziwe czy złośliwe. W samej Polsce czuwa nad tym około 100 wolontariuszy. Niektóre biogramy musimy jednak na pewien czas blokować – mówi Paweł Zienowicz. – Najczęściej ofiarą internetowych wandali padają politycy z pierwszych stron gazet, tacy jak Lech Wałęsa czy Lech Kaczyński – dodaje.

Znany polski internauta Arnold Buzdygan wytoczył nawet Wikipedii proces. Domaga się usunięcia z jego biogramu sugestii, że jest „internetowym trollem”.

Tak określa się w języku internautów ludzi, którzy sieją zamęt na forach dyskusyjnych, prowokując innych użytkowników, zmieniając temat i głosząc rozmaite dziwaczne poglądy.

Wikipedia to darmowa internetowa encyklopedia. Została założona w 2001 roku przez Amerykanów Jimmy’ego Walesa i Larry’ego Sangera. Dziś ma już 9,2 miliona haseł w 253 językach (ponad 479 tysięcy po polsku). Nadal rozwija się w błyskawicznym tempie.

Zmian w hasłach może dokonywać każdy, kto ma dostęp do Internetu. Dlatego tak często w encyklopedii zdarzają się błędy.

Źródło : Rzeczpospolita: Wiarygodność twórcy Wikipedii podważona
Piotr Zychowicz 13-03-2008

Jak uniknąć podatku? Pieniądze można ukryć w garażu

W Osace zatrzymano dwie siostry, które aby uniknąć zapłacenia podatku spadkowego po śmierci ojca, ukryły w garażu swego domu 5,8 mld jenów ( 56,4 milionów dolarów)

64-letnia Hatsue Shimizu i 55-letnia Yoshiko Ishia umieściły pieniądze w 50 kartonowych pudłach, ustawionych w zamkniętym garażu domu jednej z sióstr.

Jak potwierdziła prokuratura w Osace, kobiety zostały aresztowane pod zarzutem oszustwa podatkowego i odpowiedzą przed sądem.

Zgodnie z prawem, po śmierci ojca - zmarłego w 2004 roku przedsiębiorcy, działającego na rynku nieruchomości - córki powinny były zapłacić podatek spadkowy w wysokości 2,86 mld jenów (ok. 27,8 milionów dolarów). Prokuratura nie podała, skąd fiskus dowiedział się o przechowywanej w garażu fortunie.

Zdaniem mediów tokijskich, jest to największa tego rodzaju afera podatkowa, jaką dotychczas odkryto w Japonii.
Źródło : PAP
Źródło : Rzeczpospolita
12-03-2008

Olimpiada w Chinach - czy bojkotować?

Skąd to nagłe oburzenie, że Międzynarodowy Komitet Olimpijski powierzył Pekinowi igrzyska patrząc na dobro swoje, a nie Tybetańczyków czy wyznawców Falun Gong? Przecież robi to od 100 lat, wyprzedając olimpijską ideę po kawałku każdemu, kto zapewni pieniądze i przepych.
Igrzyska w Pekinie - przygotowania

Dokładnie za pół roku, w niedzielny wieczór 24 sierpnia, przewodniczący MKOl Jacques Rogge ogłosi, że chińskie Igrzyska XXIX Olimpiady uważa za zamknięte. Stojąc na stadionie zwanym Ptasim Gniazdem, cudzie sportowej architektury, podziękuje za 16 dni wysiłku i emocji. Być może wróci też do starego olimpijskiego zaklęcia: “To były najlepsze igrzyska w historii”. Dla jego poprzednika, markiza Juana Antonio Samarancha, każde kolejne były najlepsze. Rogge ma więcej umiaru.Na razie wiadomo, że Pekin przygotuje igrzyska największe, najdroższe – i najbardziej kontrowersyjne od czasu upadku muru berlińskiego. Sportowcy wolnego świata zjadą do kraju cenzury i prześladowań. Kraju supernowoczesnych miast i dziewiętnastowiecznych wiosek, tłumiącego brutalnie każdy wolny głos z Tybetu, godzącego się na rzeź w Darfurze, dopóki zarabia na sprzedawaniu Sudanowi broni i tanio kupuje od niego ropę, państwa szantażującego Tajwan rakietami. Święto sportu i młodości ma się odbyć tam, gdzie nieprawomyślnych blogerów skazuje się na lata więzienia, więźniom wycina organy na sprzedaż, a egzekucji jest więcej niż w pozostałych krajach świata razem wziętych.

Komunistyczne władze zobowiązały się przestrzegać podczas igrzysk pewnych standardów, ale prawa człowieka w ich wydaniu będą miały urok wioski potiomkinowskiej. Swoboda dla dziennikarzy? Tak, ale tylko zagranicznych. Dostęp do zachodniej prasy? W dziewięciu wybranych punktach sprzedaży i tylko od otwarcia do zamknięcia igrzysk. Dla Falun Gong i Tybetu żadnego pobłażania nie będzie.

Do chińskiej reprezentacji nie zostanie dopuszczony żaden Tybetańczyk. Nawet Hitler w 1936 roku w Berlinie zrobił wyjątek dla dwojga niemieckich sportowców żydowskiego pochodzenia, tyle że wtedy miał się kto o nich upomnieć. Dziś ani MKOl, ani żadne z państw tego nie zrobi, bo Chiny i ich rozpędzona gospodarka dają zarobić każdemu chętnemu, ale każą sobie za to płacić milczeniem. Więc ani słowa o masakrze na placu Niebiańskiego Spokoju, o Tybecie, prześladowaniach religijnych. Z placu Niebiańskiego Spokoju ma ruszyć maraton, najbardziej romantyczna konkurencja igrzysk, i MKOl nie ma nic przeciwko, przynajmniej oficjalnie. Protesty i bojkoty pozostawiono prywatnej inicjatywie. Niech apelują sportowcy, Amnesty International, Steven Spielberg, niedoszły reżyser ceremonii otwarcia. I tak niewiele z tego wyniknie.

Coubertin na bok

Od MKOl zbyt wiele wymagać nie należy, jego losy to niekończąca się lista kompromisów z rzeczywistością. “Istotą igrzysk nie jest zwyciężyć, ale wziąć udział. Nie musisz wygrać, bylebyś walczył dobrze” – pisał francuski baron Pierre de Coubertin, który starożytny pomysł odkurzył dla współczesności. Antyczne igrzyska były przede wszystkim świętem religijnym. Baron, uczeń jezuitów, wierzył, że i jemu uda się stworzyć coś na kształt religii sportu, bratającej narody i wychowującej do pokoju. Nowożytny olimpizm był projektem na wiek XX, lecz skrojonym według wymiarów dziewiętnastowiecznych, i gorset zasad szybko zaczął uciskać. Dziś przed każdymi igrzyskami słychać wezwania do powrotu do czasów bezinteresownego święta, które nie kłaniało się polityce ani mamonie. To wzruszające, problem w tym, że takie igrzyska nigdy nie istniały. Pozostały pięknym zmyśleniem, a sam baron przymykał oko na naginanie marzeń do życia.

Zaczęło się już od pierwszych igrzysk. Coubertin chciał, żeby premiera była u niego w Paryżu i w okrągłym 1900 roku. Grecki król Jerzy I wymusił na nim, by odbyła się w Atenach cztery lata wcześniej. Król pochodził z dynastii duńskiej, poddani niespecjalnie go kochali. Chciał wkupić się w łaski Greków, fundując im olimpijski spektakl. Zrobił to za pieniądze milionera Gheorgiosa Averoffa. A Coubertina odsunął od wpływu na organizację, bo Francuz miał za dużo uwag.

Krew w basenie

Olimpizm nie zmieniał świata. Od początku dawał się nieść jego prądom. Miał uciszać armaty, a sam się przed nimi wycofywał. Lud wcale nie chciał być wychowywany do pokoju. Entuzjazm, z jakim europejskie ulice przyjęły wybuch pierwszej wojny światowej, był wymowny. W starożytności zawieszano wojny, żeby rozegrać igrzyska, w XX wieku było odwrotnie.

Wielka polityka wkraczała na olimpijskie stadiony bez pytania i przy każdej okazji. Raz głośno, jak w Berlinie w 1936 czy w Monachium w 1972 roku, raz po cichu, jak w przypadku farmakologicznego dopingu, który rozwijali naukowcy pracujący na zlecenie rządów, gdy sukcesy na bieżniach i matach stały się argumentem w zimnej wojnie.

Właściwie każde igrzyska miały swoje incydenty z politycznym tłem. W Londynie w 1908 roku podczas ceremonii otwarcia chorąży amerykańskiej ekipy Ralph Rose złamał protokół, odmawiając pochylenia flagi USA przed siedzącym na trybunie królem Edwardem VII. Powiedział, że “ten sztandar nie kłania się żadnemu z ziemskich królów”. W 1956 roku w Melbourne, podczas igrzysk rozgrywanych tuż po budapeszteńskim październiku, olimpijski basen zabarwił się krwią, bo Węgrzy w meczu piłki wodnej pobili się z rywalami z ZSRR. Gdy węgierscy emigranci, którzy zapełnili trybuny, ruszyli na pomoc swoim, sportowcy ZSRR ledwo uniknęli linczu. W 1968 roku w Meksyku czarnoskórzy sprinterzy amerykańscy, stojąc na podium, wyciągnęli w górę zaciśnięte pięści w czarnych rękawiczkach. Protestowali przeciw segregacji rasowej w USA w imieniu Czarnych Panter. – My nie reprezentujemy Stanów Zjednoczonych – mówili. Zostali wyrzuceni z igrzysk, a po powrocie do domu czekały na nich groźby śmierci i ostracyzm.
Olimpiada w Meksyku - protest przeciw segregacji rasowej w USA

Wyliczać można bez końca. Władysław Kozakiewicz stronniczej moskiewskiej publiczności pokazał po zwycięstwie w skoku o tyczce, co o niej sądzi. Nasze gazety o jego geście nie napisały, ale cała Polska widziała. W 1984 roku w Los Angeles mafia ormiańskich emigrantów groziła śmiercią sportowcom z Turcji, mieszkający w Kalifornii Sikhowie wyzywali z trybun hinduskich sportowców, a mecz Indie – Pakistan w hokeju na trawie skończył się bijatyką. Jeszcze cztery lata temu w Atenach zdarzyło się, że irański dżudoka wolał poddać się bez walki, niż zmierzyć się z rywalem z Izraela.

Hrabia patrzy na ręce

Dziś za igrzyska hańby są uważane te berlińskie z 1936 roku, ale głównie dlatego, że wiemy, co było dalej. Hitler chciał pokazać światu wielkie Niemcy i rzucić wyzwanie Amerykanom. Polityczny zamysł był widoczny na każdym kroku. Jeśli jednak chodzi o antysemickie i rasistowskie ekscesy, Hitlera trzymali w ryzach ówczesny belgijski przewodniczący MKOl hrabia Henri de Baillet-Latour i państwa grożące bojkotem. Ponoć Baillet-Latour, gdy przyjechał na rok przed zawodami na inspekcję i zobaczył przy drodze plakaty z antyżydowskimi hasłami, dał Hitlerowi do wyboru: albo je zdejmiecie, albo ja oddam olimpiadę komu innemu. Hitler wpadł w szał, ale gdy się uspokoił, rzucił: “Będzie, jak pan chce”, i wybiegł z pokoju.

Kilka reprezentacji podjęło decyzję o starcie w Berlinie w ostatniej chwili. Sportowcy USA mimo nalegań diaspory żydowskiej przyjechali, ale zrezygnowali z pozdrawiania wodza podczas defilady. W loży honorowej już podczas igrzysk Baillet-Latour ciągle patrzył Hitlerowi i jego świcie na ręce. Musiał to robić dobrze, skoro czarnoskóry sprinter Jesse Owens, bohater tamtych igrzysk, wspominał, że absolutnie nie czuł się dyskryminowany, a polska prasa pisała o wielkiej gościnności gospodarzy i nawet w wyciągniętych w górę dłoniach widziała zwykłe pozdrowienie. Propagandziści Hitlera nazistowską symbolikę umiejętnie przemieszali z antyczną i z zapewnieniami, że Trzecia Rzesza niczego tak nie miłuje jak pokoju. To oni wymyślili sztafetę z ogniem zapalonym w Olimpii, zwyczaj, który przetrwał do dziś.

Gospodarzy igrzysk z niezbyt chlubną kartą było więcej. W Meksyku dziesięć dni przed rozpoczęciem igrzysk 1968 roku prezydent kraju Gustavo Diaz Ordaz wysłał wojsko na plac Tlatelolco i krwawo stłumił rewoltę młodzieży, zabijając ponad 250 osób. W 1980 roku Moskwa dysydentów prewencyjnie aresztowała albo wydalała z kraju.

Dwie wioski

Sportową politykę, której Hitler spróbował w 1936 roku, kraje komunistyczne zamieniły w system. Najpierw jednak Rosja radziecka musiała zacząć zauważać igrzyska, bo od rewolucji październikowej je ignorowała, uważając za burżuazyjną rozrywkę. MKOl też zresztą okazywał ZSRR ostentacyjną niechęć: dla niego wciąż istniała carska Rosja reprezentowana przez arystokratów emigrantów. Baillet-Latour deklarował, że póki żyje, flaga sowiecka nie zawiśnie na olimpijskim maszcie.
Olimpiada w Moskwie
Olimpiada w Moskwie

Belgijski szef MKOl zmarł w czasie wojny, a po niej nastąpiło szybkie zbratanie. ZSRR wystąpił pierwszy raz na igrzyskach w Helsinkach w 1952 roku. Zbudował tam własną wioskę olimpijską, w której radzieccy agenci pilnowali sportowców przed złapaniem kapitalistycznej infekcji.

Władzę w MKOl przejmował akurat Avery Brundage, idealista z Chicago, który widząc, w jakim kierunku zmierza świat, uznał, że najlepiej będzie zachować neutralność. Za swoją misję uznał przede wszystkim wierność zasadzie amatorstwa i ochronę igrzysk przed, jak mówił, “zaprzedaniem złotemu cielcowi”. To on przystawił pieczątkę na stworzonym w całym bloku wschodnim systemie, który nazwano państwowym zawodowstwem. Władza nie tylko pokrywała koszty przygotowań sportowców, ale utrzymywała ich na fikcyjnych etatach poza sportem. Wszystko to było podlane sosem szczytnych haseł i Brundage po wizycie w ZSRR orzekł nawet, że żadne państwo nie realizuje idei de Coubertina lepiej.

Dyplomacja w dresie

Państwowa pomoc dla olimpijczyków nie była niczym nowym. Pierwsi byli Amerykanie, za nimi poszli inni, ale trzeba było zimnej wojny, żeby powstały takie monstra jak radziecki i enerdowski system planowania sportowego. Nieuznawana w zachodnim świecie NRD postanowiła przypominać o sobie właśnie przez sport. Jej reprezentantów nazywano dyplomatami w dresach, jeździła za nimi cała armia oficjeli i agentów. Sportowcy NRD zawsze mieli najlepsze warunki do treningu, ZSRR do miast igrzysk wysyłał statki ze sprzętem, a bywało, że i z pokojami dla olimpijczyków. Taki statek cumował np. w 1976 roku w Montrealu, miał też zakotwiczyć osiem lat później w Los Angeles, ale jak wiadomo, tam akurat nie dopłynął.

Wschód rzucił wyzwanie, Zachód je podjął. Podczas zimnej wojny igrzyska i ich bojkoty stały się swego rodzaju raportem o stanie świata. Pokazywały, co go dzieli, i pozwalały stronom policzyć siły. Bojkotowano przez cały okres powojenny – aż do igrzysk 1992 roku w Barcelonie – i dla najróżniejszych celów. W 1952 roku wysłania sportowców odmówiła NRD, bo MKOl oczekiwał wspólnej reprezentacji zachodnio- i wschodnioniemieckiej (taka w końcu powstała, dopiero w 1968 roku NRD wystartowała pod własną flagą). W 1956 roku w Melbourne Irak, Liban i Egipt ogłosiły bojkot z powodu zajęcia przez Izrael Kanału Sueskiego, a Holandia i Hiszpania – w proteście przeciw inwazji ZSRR na Węgry. Chiny nie startowały w igrzyskach aż do lat 80., póki MKOl nie uznał, że Tajwan to nie Tajwan, tylko “Chińskie Tajpej”. Kraje czarnej Afryki wymaszerowały z wioski olimpijskiej dosłownie w przeddzień olimpiady 1976 roku, bo nie spodobało im się, że dopuszczono Nową Zelandię, która nie zerwała do końca sportowych kontaktów z wyklętą za rasizm RPA.

Strzały w Monachium

Tylko olimpijski rok 1972 zapowiadał się pod tym względem wyjątkowo spokojnie. Do RFN na igrzyska, które miały pokazać uśmiechniętą twarz Niemiec, zjechały aż 122 reprezentacje, co miało jeszcze długo pozostać rekordem. Zabawa trwała dziesięć dni, przyszły król Szwecji Karol XVI Gustaw poznawał wśród olimpijskich hostess swoją przyszłą żonę Sylwię, atmosfera była znakomita. Jedenastego dnia nad ranem na wioskę olimpijską uderzyli palestyńscy terroryści z Czarnego Września. Dwóch sportowców Izraela zamordowali, dziewięciu innych porwali. Zażądali uwolnienia więźniów z izraelskich cel. W nieudanej próbie odbicia zakładników na lotnisku zginęli wszyscy porwani. Avery Brundage ogłosił, że mimo wszystko “igrzyska muszą trwać”.

Skończył się jednak czas niewinności, od tej pory wydatki na zapewnienie bezpieczeństwa poszybowały w górę. I bez nich obrastające w nowe konkurencje igrzyska były już imprezą potwornie drogą. Przy niechęci MKOl do szerszego otworzenia drzwi sponsorom i telewizjom gospodarze nie mieli szans na odzyskanie wydatków. Rozsądni uciekali od organizowania olimpiad – Denver oddało igrzyska zimowe 1976 roku, bo mieszkańcy nie mieli zamiaru płacić. Mniej rozsądni, jak frankofoni z Quebecu, którzy liczyli na to, że olimpiada w Montrealu rozrusza gospodarkę prowincji i może kiedyś pomoże oderwać się od Kanady, spłacali długi jeszcze w XXI wieku. Przez następne lata o letnie igrzyska ubiegały się tylko mocarstwa. O te w 1980 roku – Moskwa i Los Angeles, w 1984 – tylko LA, a w 1988 – za amerykańskie pieniądze – Seul.

Furia pani Thatcher

Moskwa 1980 roku to były pierwsze igrzyska w bloku komunistycznym. Wojsko pomagało budować obiekty, Breżniew żądał od towarzyszy perfekcji, a w fotelu ambasadora Hiszpanii w Moskwie knuł swoją olimpijską intrygę markiz Juan Antonio Samaranch. Jego czas nadejdzie wkrótce, tuż po igrzyskach okaleczonych przez największy powojenny bojkot.

Prezydent USA James Carter zagroził nim niedługo po sowieckiej inwazji na Afganistan w 1979 roku. Bardziej precyzyjnie groźbę wyłożył sekretarz stanu Cyrus Vance: albo odwołujemy letnie igrzyska, albo przenosimy je gdzie indziej. Carter musiał licytować wysoko. Amerykańscy zakładnicy w Iranie czekali na uwolnienie, prezydent miał opinię mięczaka, a kampania wyborcza była na horyzoncie. Amerykańska administracja pociągnęła za sobą do bojkotu ponad 60 krajów, ale wiele z tych, na których Carterowi zależało, wysłało sportowców. Czasami wbrew własnej woli, jak Wielka Brytania, której komitet olimpijski nic sobie nie robił z pełnych furii tyrad Margaret Thatcher. Jedyne, co pani premier mogła zrobić, to zatrzymać w domu rozkazem sportowców, którzy służyli w armii, a pozostałym odebrać prawo startu pod brytyjską flagą. Wystartowali więc pod olimpijską, tak jak m.in. Włosi, Francuzi, Australijczycy, Belgowie i Holendrzy. Na czerwonym dywanie rozwiniętym w wiosce olimpijskiej defilował dumnie Jaser Arafat, gość specjalny Breżniewa. Opowiadał, że to tylko kwestia czasu, gdy Organizacja Wyzwolenia Palestyny wyśle swoją reprezentację.

Hamburger Games

Największym zwycięzcą moskiewskich igrzysk był Samaranch, człowiek, który przeprowadzi ruch olimpijski przez kłopoty do wielkich pieniędzy. Ze służby swojemu królowi został wyrzucony, bo wbrew jego woli poszedł na ceremonię otwarcia (Hiszpania była wśród bojkotujących), ale z poparciem krajów socjalistycznych wybrano go w Moskwie na nowego szefa MKOl. Do łagodzenia tarć między wielkimi blokami politycznymi ktoś tak śliski jak on nadawał się świetnie. Zrozumiał, że polityczna logika szkodzi igrzyskom, lepsza będzie logika portfela. Członkowie MKOl już wtedy świetnie się nią posługiwali. Przybywając na igrzyska, żądali, by gościć ich jak monarchów i rozpieszczać prezentami. Za kilkanaście lat wybory gospodarza igrzysk staną się obwoźnym spektaklem korupcyjnym, ukróconym dopiero przez wielki skandal związany z wyborem Salt Lake City, ale na razie Samaranch musiał doprowadzić do tego, by miasta znów chciały się bić o prawo goszczenia sportowców.

Zrobił to z pomocą młodego amerykańskiego biznesmena Petera Ueberrotha. Pozwolił mu zorganizować w Los Angeles igrzyska prywatne. Nie było wyjścia, bo nikt inny tej olimpiady nie chciał, a rząd amerykański odmówił finansowej pomocy. Ueberroth dostał od Samarancha wolną rękę, zebrał grupę sponsorów i na igrzyskach nazwanych nawet przez amerykańską prasę Hamburger Games zarobił ponad 200 mln dolarów. Coca-Cola reklamowała się przy igrzyskach od 1928 roku, McDonald’s od 1976, ale teraz te i inne firmy weszły na stadiony na zupełnie innych prawach. Z czasem to one staną się prawdziwymi władcami pięciu olimpijskich kół.

ZSRR i jego sojusznicy (z wyjątkiem Rumunii) na igrzyska do Los Angeles nie przyjechali. Radzieccy towarzysze długo szukali powodu, by zemścić się za bojkot moskiewski: a to nie podobały im się zasady zwrotu kosztów, a to akredytacja dla Radia Wolna Europa. 8 maja ogłosili, że nie przyjadą, bo nie byliby w stanie zapewnić swoim sportowcom bezpieczeństwa w mieście terrorystycznych band, zepsucia i smogu. Do ZSRR dołączyło kilkanaście krajów, w tym Polska. Wkrótce potem do władzy doszedł Michaił Gorbaczow. Kończył się czas bojkotów.

Czerwona wieża

Do Seulu w 1988 roku nie przyjechali tylko sportowcy z KRLD, Kuby i Etiopii, w Barcelonie w 1992 roku byli już wszyscy, nawet RPA, która właśnie rozmontowała apartheid. Wielka polityka wychodziła, mijając się w drzwiach z nowymi panami: ponadnarodowymi koncernami i telewizją. One przejęły władzę tak skutecznie, że np. w 1996 roku, na stulecie nowożytnych igrzysk, powierzono ich organizację nie Atenom, ale Atlancie, bo tam ma siedzibę CocaCola. I to one nie dopuszczą dziś do tego, by igrzyska w Chinach się nie odbyły. To jest paradoks MKOl. Gdy jeszcze chciało mu się zmieniać świat, był na to za słaby. Jak urósł w siłę, stał się najbogatszą organizacją pozarządową, to troszczył się już przede wszystkim o siebie i stan kasy. Oczywiście, że jego członkowie mieli wątpliwości, gdy w 2001 roku dawali olimpiadę Pekinowi, ale pokusa była silniejsza. Chęć spróbowania czegoś, czego jeszcze nie było, zdobycia nowego rynku. Najbardziej wystawne igrzyska czekały w promocji, za niewielką cenę przymknięcia oczu na to, co złe u gospodarzy. Jakkolwiek by to zabrzmiało, nie MKOl pierwszy i nie ostatni. Francja podświetla wieżę Eiffla na czerwono, gdy przyjeżdża chiński przywódca, kolejne kraje uginają się przed nim, nie przyjmując Dalajlamy, a na placu Niebiańskiego Spokoju, niedaleko od miejsca, którym wjeżdżały czołgi, wisi logo Starbucks. Jeśli za pół roku pojawią się tam też olimpijskie kółka, naprawdę będzie to takie oburzające?
Źródło : Rzeczpospolita: Piękne zmyślenia barona de Coubertina
Paweł Wilkowicz 22-02-2008

Modlitwa o nawrócenie Żydów

To okropne, że katolicy w liturgii łacińskiej wciąż będą się modlić o nawrócenie Żydów – mówi działacz żydowskiej Ligi przeciwko Zniesławieniu rabin Eric Greenberg. Ani Żydzi, ani ktokolwiek inny nie ma prawa dyktować nam, jak się mamy modlić– twierdzi redaktor magazynu „Catholic Family News” John Vennari

Wielki smutek Żydów

Rabin Eric Greenberg - To okropne, że katolicy w liturgii łacińskiej wciąż będą się modlić o nawrócenie Żydów – mówi działacz żydowskiej Ligi przeciwko Zniesławieniu

Rz: Na początku lutego Benedykt XVI wprowadził zmiany w łacińskiej wielkopiątkowej modlitwie za nawrócenie Żydów (nie dotyczy to powszechnie odprawianego w Polsce nowego rytu). Tych zmian Żydzi od dawna się domagali. Dlaczego więc jesteście niezadowoleni?

Rabin Eric Greenberg: Papież usunął z tej modlitwy pewne niestosowne, obraźliwe słowa i stwierdzenia. Na przykład te, według których Żydzi żyją w ciemnościach i ślepocie. Jesteśmy mu za to wdzięczni, doceniamy to. Tak naprawdę jest to jednak tylko kosmetyczna zmiana. Zaszokowało nas, że Benedykt XVI jednocześnie zachował wezwanie do „nawrócenia” Żydów. Ta decyzja jest całkowitym zaprzeczeniem 43 lat starań na rzecz poprawy stosunków pomiędzy Żydami i katolikami, które zostały zapoczątkowane podczas Soboru Watykańskiego II. Nie spodziewaliśmy się takiego ciosu.

Takie było stanowisko Kościoła katolickiego od dwóch tysięcy lat.

Od pamiętnego dokumentu Nostra Aetate wydanego przez Pawła VI w 1965 roku pozycja teologiczna Watykanu w tej sprawie uległa zmianie. Zaczęto przychylać się do poglądu, że Żydzi mają własną ścieżkę do zbawienia. A ta ścieżka prowadzi przez judaizm. Tymczasem utrzymując w łacińskiej modlitwie na Wielki Piątek stwierdzenie o „nawróceniu” Żydów, papież mówi, że Żydzi, jeżeli chcą trafić do nieba, muszą uznać Jezusa Chrystusa. A więc judaizm nie ma prawa do egzystencji, nie może istnieć na własnych warunkach. To naprawdę okropne.

Dlaczego Żydzi chcą jednak mówić katolikom, jak ci mają się modlić? Kardynał Walter Kasper powiedział ostatnio, że w judaistycznej liturgii też są modlitwy, które mogą się nie podobać katolikom, ale nikt nie domaga się ich zmiany.

A niby jakie modlitwy? Niech kardynał Kasper powie, o co konkretnie mu chodzi. Wszelkie podobne porównania są zresztą wyjątkowo niestosowne. To przecież Żydzi przeszli przez straszliwe męczarnie. Byli prześladowani, sekowani i mordowani podczas krucjat, hiszpańskiej inkwizycji, a wreszcie podczas Holokaustu, m.in. właśnie dlatego, iż wiele osób myślało, że trzeba ich nawrócić i że nie mogą zostać zbawieni przez judaizm. Właśnie w tej antysemickiej tradycji modlitwa na Wielki Piątek odgrywa wielką rolę. To właśnie w ten dzień ludzie po wyjściu z Kościoła dokonywali pogromów. To, że papież wraca do tej tradycji, jest dla nas naprawdę bardzo smutne.

Jeżeli katolicy wierzą, że można zostać zbawionym tylko przez Kościół, to chyba dobrze, że modlą się za nawrócenie Żydów.

Katolicy w ten sposób podważają nasz, żydowski, sposób życia. Naszą tradycję, religię i kulturę. Chcą, żeby judaizm zniknął, chcą zlikwidować naszą odrębność. I to ma być dobrze? To bardzo źle.

Czy Żydzi zawiedli się na papieżu Benedykcie XVI?

Jego poprzednik Jan Paweł II z poprawy relacji z judaizmem uczynił główny cel swojego życia. Jego całe papiestwo było poświęcone budowie zaufania pomiędzy obydwoma religiami. Niestety, Benedykt XVI nie podążył drogą swojego wielkiego poprzednika. Wywołał tym ogromny smutek Żydów.

Jakie będą konsekwencje papieskiej decyzji?

Nasza społeczność na całym świecie jest bardzo zaniepokojona, wstrząśnięta i rozżalona. We Włoszech naczelny rabin i rada rabinów już wezwali do zawieszenia dialogu z Kościołem katolickim. Nie spodziewaliśmy się, że coś takiego może się wydarzyć. I należy podkreślić, że wielu naszych katolickich przyjaciół jest tego samego zdania. Nie jest to więc reakcja czysto żydowska.

Na co liczycie?

Mamy nadzieję, że papież jednak zmieni swoją decyzję. Modlitwa o nawrócenie Żydów nie powinna być modyfikowana, tylko w całości usunięta. Obecnie bowiem znaleźliśmy się w sytuacji, że nie wiemy, jak moglibyśmy usiąść przy jednym stole i rozmawiać z naszymi katolickimi przyjaciółmi, gdy wiemy, że oni tak naprawdę nie wierzą, iż możemy zostać zbawieni przez judaizm.

Rabin Eric Greenberg jest szefem departamentu dialogu międzyreligijnego Ligi przeciwko Zniesławieniu

————————-

Liga przeciwko zniesławieniu

Najbardziej znana na świecie organizacja żydowska zajmująca się zwalczaniem wszelkich przejawów antysemityzmu. Powstała w 1913 roku, główną siedzibę ma w Nowym Jorku. Jej działacze interweniują w niemal wszystkich przypadkach obrażania Żydów, a czasem sięgają po środki prawne. Roczny budżet organizacji wynosi około 50 mln dolarów. Jej prezesem od 21 lat jest znany działacz żydowski ze Stanów Zjednoczonych Abraham Foxman.

————————————-

Albo zadowolimy Żydów, albo Boga

John Vennari - Ani Żydzi, ani ktokolwiek inny nie ma prawa dyktować nam, jak się mamy modlić– twierdzi redaktor magazynu „Catholic Family News”

Rz: Jak pan ocenia zmiany w modlitwie na Wielki Piątek wprowadzone przez Benedykta XVI?

John Vennari: Mam mieszane uczucia. Z jednej strony nie podoba mi się, że papież zmienił tę prastarą modlitwę, która doskonale wyrażała stanowisko Kościoła. W tym sensie wolałbym, żeby jej nie ruszać. Z drugiej strony jednak fakt, że Ojciec Święty jednocześnie zachował wezwanie do nawrócenia Żydów, jest bardzo pozytywny. W ten sposób potwierdził bowiem tradycyjne nauczanie Kościoła w tej sprawie. To chyba pierwsze takie potwierdzenie od Soboru Watykańskiego II. Więc powtarzam – jestem rozdarty.

Jeszcze niedawno mówiono o tym, że papież w ogóle zlikwiduje modlitwę.

Dobrze się stało, że tego nie zrobił. Słyszałem od pewnej osoby zbliżonej do najwyższych kręgów Watykanu, że podczas pontyfikatu Jana Pawła II wiele przychylnych żydom działań było podejmowanych w atmosferze niewyobrażalnego nacisku, a wręcz szantażu ze strony organizacji żydowskich. Możemy się więc domyślić, że nie inaczej było i tym razem. Więc należy docenić to, iż Benedykt XVI oparł się presji.

O co jednak ta cała awantura? Jeżeli Żydzi czują się urażeni, to dlaczego nie skasować tej modlitwy?

Nie można ot tak zmieniać liturgii i modyfikować dogmatów pod presją niekatolików. Żydzi czują się urażeni, ale gdyby usunąć modlitwę, urażeni poczuliby się wszyscy katoliccy tradycjonaliści i konserwatyści. Ludzie, którzy uważają, że ani Żydzi, ani ktokolwiek inny nie ma prawa dyktować nam, jak się modlić. Proszę sobie wyobrazić, co by się stało, gdybyśmy my nagle zaczęli wysuwać jakieś obiekcje do żydowskich modłów.

Co by pan powiedział Żydowi, który czuje się urażony modlitwą na Wielki Piątek?

Powołałbym się na słowa Jezusa Chrystusa, który powiedział, że ten, kto nie uwierzy, że jest Mesjaszem, umrze w grzechu. To nauczanie samego Boga i nie można oczekiwać, że katolicy teraz nagle je zmienią, żeby komuś zrobić przyjemność. Kościół musi mówić to, co mówił zawsze, bez pytania się o zgodę świata zewnętrznego. Tak robili przecież apostołowie, którzy nie konsultowali się, czego wolno, a czego nie wolno im nauczać. Musimy dokonać wyboru: albo zadowolimy Żydów, albo Boga.

Według Żydów modlitwa ta wpisuje się w antysemicką tradycję, której skutkiem były krwawe pogromy.

Takie wydarzenia nigdy nie były aprobowane przez Kościół. I były to incydenty całkowicie marginalne. Teraz z rozmaitych powodów te sprawy się wyolbrzymia do karykaturalnych proporcji.

Dlaczego nie możemy jednak uznać, że Żydzi mają własną ścieżkę do zbawienia? W tym duchu wypowiadało się nawet wielu kardynałów.

Bo to bzdura. Już święty Piotr powiedział Żydom swoich czasów, że jeżeli chcą być zbawieni, muszą zaakceptować Jezusa. W tym duchu Kościół nauczał przez dwa tysiące lat. Nagle jak diabeł z pudełka wyskakuje to nowe nauczanie o „własnej ścieżce”. Kardynał katolicki może być albo wierny słowu bożemu, albo nie. Ten który, mówi o żydowskiej ścieżce do zbawienia, błądzi. Niestety, wielu kardynałów stało się niewolnikami mody. Ekumenicznych, modernistycznych pomysłów XX i XXI wieku. Nasz Bóg nie umarł jednak na krzyżu za całą ludzkość po to, by teraz nagle Żydzi mogli dostać przepustkę do jakieś bocznej ścieżki, aby obejść Chrystusa.

Krytykuje pan kardynałów. A papież? Na przykład Jan Paweł II modlił się w synagodze i pod Ścianą Płaczu.

To były poważne błędy. Obawiam się, że papież wystąpił wtedy przeciwko odwiecznemu nauczaniu Kościoła. Benedykt XVI jest mu dużo bardziej wierny niż jego poprzednik. Za pontyfikatu Jana Pawła II w Watykanie dominowało przekonanie, że wszystko jest w porządku, że Kościół przeżywa nową wiosnę i wszyscy powinniśmy się radować. Benedykt otwarcie mówi, że wiara znajduje się na całym świecie w głębokim kryzysie. I stara się podjąć pewne kroki, żeby ją wzmocnić, żeby powrócić do tradycji. Właśnie dlatego przywraca starą liturgię. Nie zobaczymy go, tak jak Jana Pawła II, modlącego się z Żydami, muzułmanami, sikhami, buddystami i Bóg wie z kim jeszcze.

John Vennari jest redaktorem naczelnym tradycjonalistycznego magazynu „Catholic Family News”

——————-

Tradycjonalizm katolicki

Ruch powstały po Soborze Watykańskim II, krytycznie odnosi się do ekumenizmu i dialogu międzyreligijnego. Tradycjonaliści skupiają się głównie wokół Bractwa św. Piusa X (które oderwało się od Rzymu) oraz w pozostającym w jedności z Kościołem Bractwie św. Piotra. Domagają się swobody odprawiania starej mszy świętej (po łacinie, z kapłanem skierowanym przodem do ołtarza). Sprzeciwiają się przyjmowaniu komunii na rękę i na stojąco.

——————–

Modlitwa o nawrócenie Żydów

w liturgii tradycyjnej (do 1959)Módlmy się za Żydów wiarołomnych, aby Bóg i Pan nasz zdarł zasłonę z ich serc, iżby i oni poznali Jezusa Chrystusa, Pana naszego.

w wersji Jana XXIII (1959)

Módlmy się także za Żydów: Niech Bóg i Pan nasz usunie zasłonę z ich serc, aby i oni uznali Jezusa Chrystusa, Pana naszego. Wszechmogący, wieczny Boże, Ty nie odmawiasz Swego miłosierdzia także Judajczykom, wysłuchaj naszych modlitw za ten zaślepiony lud. Niech zaznawszy światła Twej prawdy, którym jest Chrystus, zostanie wybawiony ze swoich ciemności. Przez tegoż Pana.

w wersji Benedykta XVI (200 8)

Módlmy się także za Żydów, aby Bóg i Pan nasz oświecił ich serca, by uznali w Jezusie Chrystusie zbawiciela wszystkich ludzi. (…) Wszechmogący wieczny Boże, który chcesz, żeby wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy, spraw łaskawie, aby z wejściem wszystkich narodów do Twego Kościoła cały Izrael został zbawiony.

Źródło : Rzeczpospolita: Dwugłos: organizacje żydowskie kontra katoliccy tradycjonaliści
Piotr Zychowicz 12-02-2008

Nowa Zimna Wojna

Po gorbaczowowskich „błędach” i jelcynowskiej „dekadzie smuty” prezydent Putin chce przekazać swojemu następcy Rosję silną i wielką. Stąd kurs na zaostrzenie konfrontacji z Zachodem – pisze ekspert w dziedzinie obrony

prezydent Włodzimierz Putin - twardziel

Rosja oddała kolejną salwę w strategicznej ofensywie informacyjnej wymierzonej w opinię publiczną Zachodu. Szef Sztabu Generalnego generał Bałujewski uznał za stosowne postraszyć świat rosyjską doktryną nuklearną. Rosja od czasu wystąpienia Władimira Putina na konferencji w Monachium wyraźnie nasila konfrontację informacyjną z Zachodem. Być może nawet wkracza na neozimnowojenną ścieżkę. Dlaczego to czyni? Czy idzie jej o własne bezpieczeństwo, które z zewnątrz nie jest zagrożone? Czy może o najbardziej nagłośnioną tarczę antyrakietową, która przeciw Rosji nie jest skierowana, bo przeciw niej nie może być skuteczna?

Ambicje Włodzimierza Odnowiciela

Moim zdaniem idzie o coś więcej – o ugruntowanie strategicznej roli Rosji na arenie międzynarodowej. A przynajmniej o wyrobienie takiego przeświadczenia w samych Rosjanach.

Władze Rosji uważają, że właśnie teraz nadszedł decydujący moment odzyskiwania przez nią pozycji mocarstwa światowego, że rozpoczęła finisz w tym strategicznym biegu. Po gorbaczowowskich „błędach” i jelcynowskiej „dekadzie smuty” prezydent Putin chce widać przekazać swojemu następcy Rosję silną i wielką. Chce przejść do historii jako Włodzimierz Odnowiciel.

Może to mu się udać, jeśli w atmosferze odnowionej zimnej wojny wygra narzuconą przez siebie Zachodowi wojnę informacyjną. A jest ku temu dobry moment, bo Zachód jest dzisiaj osłabiony: Stany Zjednoczone – wojną z terroryzmem, zwłaszcza interwencją w Iraku, Unia Europejska – „bólami porodowymi” nowej wizji integracyjnej.

Ponadto wojna informacyjna jest dla Rosji najlepszym polem starcia z Zachodem. W demokratycznych systemach państw zachodnich opinia publiczna staje się coraz istotniejszym graczem strategicznym. Władza jest mocno od niej uzależniona. I to nie tylko w okresach wyborczych, ale na co dzień (wrażliwość na sondaże). Przez wpływanie na opinię publiczną można więc łatwo sterować zachowaniem tych państw.

Z tego punktu widzenia Rosja jest odporniejsza, można rzec – opancerzona. Nie tylko jej opinia publiczna jest bardziej odizolowana od informacji z zewnątrz i mniej na nie podatna, ale dodatkowo władze rosyjskie w o wiele mniejszym stopniu niż na Zachodzie muszą się liczyć z głosem własnej opinii publicznej. Rosja dostrzegła swoją przewagę na informacyjnym polu bitwy – stara się przenosić nań wszelkie problemy w relacjach z Zachodem i tam je rozstrzygać. Widzi w tym sporą szansę, której nie chce przegapić.

Straszenie Zachodu

Propagandowo Kreml sięga zatem po najsilniejsze ładunki. Na przykład po informację o wycelowaniu swoich rakiet strategicznych w państwa Zachodu. W rzeczywistości to, w którą stronę są one wycelowane, nie ma znaczenia. Ich błyskawiczne przecelowanie nie stanowi bowiem żadnego problemu. Ale psychologicznie, dla opinii publicznej i elektoratu wyborczego na Zachodzie – ma znaczenie. I to bardzo istotne.

Wyrazem takiego postępowania jest także ostentacyjne zawieszenie respektowania ograniczeń traktatu o siłach konwencjonalnych w Europie CFE. To wyraźnie ruch obliczony na wywołanie niepokoju w Europie Zachodniej. Tym skuteczniejszy, że rzeczywiście narusza on delikatną tkankę bezpieczeństwa opartą na mozolnie budowanych środkach zaufania. Rosja grozi wyrzuceniem ich na śmietnik.

A idzie tu o takie środki, jak: wzajemne informowanie się o potencjałach militarnych (ich wielkości i dyslokacji), utrzymywanie sił zbrojnych poniżej uzgodnionych limitów, dyslokowanie wojsk z uwzględnieniem zasady ich „rozrzedzenia”, wzajemne przyjmowanie inspekcji innych państw w miejscach dyslokacji sił zbrojnych. Jeśli te reguły przestaną dotyczyć największego potencjału wojskowego w Europie, to w ogóle przestaną mieć jakikolwiek sens.

Rosja zapowiada zatem cofnięcie bezpieczeństwa europejskiego o całe pokolenie. W tym kontekście należy postrzegać postraszenie zachodniej opinii publicznej przez szefa Sztabu Generalnego, gen. Bałujewskiego, rosyjską doktryną nuklearną.

Wojna ery informacyjnej

Szczególnie wymownym przykładem renesansu „zimnowojennej kultury strategicznej” w Rosji były publiczne wypowiedzi i oceny rosyjskich ekspertów dotyczące ewentualnej wojny rosyjsko-amerykańskiej. Na łamach „Komsomolskiej Prawdy” nakreślili oni wizję iście zimnowojennej kulminacji sporu politycznego dwóch mocarstw nuklearnych w postaci ich bezpośredniego starcia militarnego. Miałoby się ono rozpocząć oczywiście agresją Ameryki na Rosję, a następnie przebiegać według znanych z XX wieku wzorców wojen światowych (zmasowane uderzenia ogniowe, inwazja lądowa na dużą skalę, okupacja).

Oczywiście nie można zupełnie wykluczyć, że trwający dziś konflikt USA – Rosja może w przyszłości przyjąć w skrajnej postaci formę wojny. Ale byłaby to już zapewne wojna nowego typu, wojna ery informacyjnej. Zupełnie inna niż klasyczne starcie militarne według prawideł Clausewitza. Rządziłyby nią raczej reguły starochińskiego filozofa wojen Sun-Tzy, zgodnie z którymi bezpośrednie użycie siły militarnej (hard-power) jest jednym z ostatnich sposobów, do jakich ucieka się w razie braku możliwości uzyskania rozstrzygnięcia mniej ryzykownymi środkami (soft-power).

Wojna ery informacyjnej w punkcie kulminacyjnym mogłaby obejmować m.in. operacje propagandowe (w tym akcje „czarnej propagandy”) ukierunkowane na opinię publiczną przeciwnika i własną, dezinformowanie i destrukcję systemów informacyjnych przeciwnika (cyberwojna), maskowanie i ochronę własnych systemów i operacji informacyjnych, izolację dyplomatyczną, sankcje ekonomiczne, w tym użycie broni energetycznej, pośrednie wykorzystywanie na dużą skalę nielegalnych organizacji pozapaństwowych (przestępczych, terrorystycznych), blokady wojskowe, operacje dywersyjne sił specjalnych (skryte zamachy, niszczenie zasobów materialnych i infrastruktury). Bezpośrednie działania zbrojne pełniłyby rolę pomocniczą w stosunku do działań informacyjnych, specjalnych i gospodarczych.

Wizja totalnego starcia zbrojnego, w tym nuklearnego, nadaje się natomiast jako dobry do szantażowania „ładunek strachu” w operacjach informacyjnych. I najprawdopodobniej taką właśnie rolę w istocie mogą spełniać owe wizje rosyjskich ekspertów.

Szkoda czasu

Wydaje się jednak, że rosyjski kurs na renesans zimnej wojny, obliczony na zaostrzenie konfrontacji z Zachodem i prowokowanie strategicznej kulminacji w wojnie informacyjnej, na dłuższą metę jest działaniem przeciwskutecznym, i to z punktu widzenia samej Rosji. Nie wydaje się, aby miała ona szansę na wygranie takiej kulminacji. Jej obecne zachowanie prowadzi bowiem do konsolidacji Zachodu w obliczu neozimnowojennej postawy Rosji.

Chociaż prezydent Putin zapewne osiągnie swój cel krótkofalowy – czyli dla dzisiejszych Rosjan stanie się Włodzimierzem Odnowicielem, to w długiej perspektywie tylko opóźni i tak nieuchronny marsz Rosji na strategiczne zbliżenie z Zachodem.

Szkoda straconego czasu. Szkoda dla Rosji, ale szkoda także dla świata.

Autor jest generałem w stanie spoczynku, profesorem zwyczajnym na Wydziale Strategiczno-Obronnym Akademii Obrony Narodowej. Był wiceministrem w MON
Źródło : Rzeczpospolita: Zimna wojna: reaktywacja?
Stanisław Koziej 28-01-2008

Rok 2050: dwie trzecie ludzkości w miastach

Źródło: Rzeczpospolita: Rok 2050: dwie trzecie ludzkości w miastach
Piotr Zychowicz 21-12-2007,

Negatywne skutki powstania megamiast najbardziej dotkną kraje Trzeciego Świata. Nie ominą jednak również Polski

Trend ma charakter globalny. Według waszyngtońskiego instytutu Global Population Education (GPE) w ciągu najbliższych czterdziestu kilku lat liczba mieszkańców ziemi wzrośnie z 6,5 do 9 miliardów. Największy przyrost ludności przypadnie na miasta, w których będzie wówczas żyło aż dwie trzecie mieszkańców globu (obecnie połowa).

Gigantyczne kilkudziesięciomilionowe metropolie będą stwarzały większe problemy w krajach Trzeciego Świata niż na Zachodzie ze względu na słabszą infrastrukturę i niższy poziom życia . To właśnie tam na przedmieściach powstaną największe dzielnice nędzy, na ulicach będą się szerzyć epidemie, przestępczość i bezrobocie, a mieszkańcom najszybciej zabraknie dachu nad głową.Nie oznacza to jednak, że amerykańskie i europejskie megamiasta unikną problemów.

– Przekonała się już o tym zaledwie 5- milionowa Atlanta, gdzie już zaczyna brakować źródeł bieżącej wody – powiedział „Rzeczpospolitej” dyrektor GPE Werner Fornos. Przewiduje on, że również Polska będzie w końcu musiała się zmierzyć z kłopotami związanymi z funkcjonowaniem zbyt dużych metropolii.

Z tego co wiem, już obecnie trwa napływ mieszkańców z prowincji do kilku największych miast, jak Warszawa czy Kraków. Działają u was te same mechanizmy co wszędzie na świecie. Ludzie przemieszczają się do miast, bo tam jest praca. Za kilkadziesiąt lat przytłaczająca większość Polaków zapewne skupi się w tych kilku ośrodkach – podkreślił amerykański naukowiec.Przewidywania te potwierdzają eksperci z Europejskiej Agencji Ochrony Środowiska (EEA) z Kopenhagi. Według nich w niektórych krajach UE za kilkanaście lat zaledwie 10 proc. ludzi będzie mieszkało na wsi.

W przypadku Starego Kontynentu wiąże się to jednak nie tyle z wysokim przyrostem naturalnym, ile ze zmianą trybu życia.Ludzie nie tylko coraz częściej uciekają z mniejszych miejscowości, ale mają również coraz większe wymagania. Żyjący dłużej i często samotnie Europejczycy domagają się coraz większych mieszkań i domów. Te zaś szybko obrastają w sklepy, restauracje i drogi.

Czy ten trend jest nieodwracalny? – Myślę, że można go jeszcze powstrzymać. Firmy powinny inwestować więcej w małe miasteczka i miasta średniej wielkości. Tak, aby powstały tam nowe miejsca pracy i aby ludzie chcieli tam przyjeżdżać. To odciążyłoby megamiasta – podkreśla dr Fornos.

Problem w tym, że w ten sposób mniejsze miejscowości szybko mogą się stać molochami. – To średnie miasta rozwijają się najszybciej – mówi „Rzeczpospolitej” Hania Zlotnik, szefowa Wydziału ds. Ludności ONZ.

– Gdyby miało dojść do jakiejś społecznej katastrofy, to już by do niej doszło. W ostatnich kilkudziesięciu latach miasta powiększyły się bowiem o 3 miliardy ludzi. Bieda? Ale przecież to mieszkańcy wsi są najbardziej ubodzy. Miasto stwarza zaś największe możliwości zarobkowe. Inaczej ludzie nie chcieliby się do niego przenosić – dodaje pani Zlotnik.

Powiedzieli Rz:

dr Emma Short, Brytyjskie Towarzystwo Psychologiczne:

Gigantyczne miasto, w którym żyje wiele milionów ludzi, nie jest dobrym środowiskiem dla człowieka. Spotykając codziennie same nieznajome twarze, czuje się w nim wyobcowany i zagubiony. Przyczynia się to do wzrostu stresu. Dlatego mieszkańcy miast już dzisiaj uciekają do wirtualnej rzeczywistości, na przykład słynnej gry Second Life. Człowiek powinien mieć na co dzień do czynienia z naturalnym krajobrazem – drzewami, rzekami, zwierzętami – a nie ciągnącymi się kilometrami rzędami betonowych bloków i szklanych biurowców.

Ronan Uhel, Europejska Agencja Środowiska:

W mijającym roku przekroczyliśmy magiczną barierę. Po raz pierwszy w historii świata nastąpił taki moment, że więcej ludzi mieszka w miastach niż na wsi. Trend ten narasta w błyskawicznym tempie. Według naszych obliczeń za kilkanaście lat 80 procent mieszkańców Unii Europejskiej, a w niektórych krajach nawet 90 procent, będzie mieszkało w miastach. Musi to wywrzeć katastrofalny wpływ na środowisko. Gigantyczne emisje dwutlenku węgla, wysokie wskaźniki Zużycia energii, niewyobrażalne ilości odpadów. Do tego wielkie miasta przecież nie rozwijają się w próżni. Zajmują tereny wiejskie i leśne, co ma bardzo groźne skutki dla fauny i flory.

Ekspansja gospodarcza Chin

Źródło: Tygodnik Powszechny: Gwiaździsty sztandar made in China
2007-11-29

Nie ma ostatnio tygodnia, by w którymś z krajów Zachodu, także w Polsce, nie wybuchała jakaś „chińska afera” – ze szkodliwymi chińskimi zabawkami bądź z talerzami malowanymi farbą zawierającą ołów. Z Chin płyną nie tylko zabawki i talerze, ale także zatruta żywność. Tyle że kiedyś, dawno temu, to samo robili… Amerykanie.
Piotr Bernadyn z Tokio /2007-11-29

Niedawno w jednym z chińskich miast wybudowano fabrykę firmy elektronicznej NEC. Nie była to jednak inwestycja znanego japońskiego koncernu o tej nazwie, lecz od początku do końca chińska „atrapa”: z własnym laboratorium, halami i działem sprzedaży. Japończycy wykryli fałszerstwo dopiero, gdy klienci zaczęli się skarżyć na słabą jakość zakupionych produktów.

Nigdzie podrabianie nie jest tak rozpowszechnione jak w Chinach. Dotyczy to nawet leków i żywności. – Gdyby Chińczycy wiedzieli, jak szkodliwe jest jedzenie, które codziennie kupują, w kraju wybuchłaby rewolucja – twierdzi w rozmowie z „Tygodnikiem” Zhou Qing, autor książki o skandalicznych warunkach, w jakich w Chinach produkowana jest żywność (książka w ojczyźnie autora nie mogła się ukazać, przywiózł rękopis do Japonii).

Plaga dotyka zatem przede wszystkim samych Chińczyków, choć coraz częściej wybrakowane towary trafiają za granicę. Wywołuje to międzynarodowe napięcia. Jednak obok troski o jakość chińskich towarów, kryje się za nimi także lęk – przed rosnącą rolą Chin na świecie.

„Chcą nas wytruć!”

O ile o „chińskich bublach” mówi się od dawna, to o szkodliwej chińskiej żywności głośno zrobiło się dopiero wiosną tego roku, gdy kilka tysięcy amerykańskich psów i kotów śmiertelnie zatruło się importowanym pokarmem. Potem popłynęły informacje o wstrzymywaniu kolejnych dostaw z Chin: ryb skażonych antybiotykiem, zabawek pokrytych trującą farbą z dodatkiem ołowiu, toksycznych suszonych owoców. Ze sklepów w Europie, USA i Kanadzie wycofywać zaczęto opony, materace, komórki czy ognie sztuczne. Wszystko „made in China”.

„Nasz eksport jest w 99 proc. bez zarzutu” – tak protestuje, tradycyjnie już, chiński MSZ. A rynek wewnętrzny? „Jest coraz lepiej, tylko 20 proc. żywności nie spełnia norm”.

W tym roku w ramach retorsji Chiny wycofały amerykańskie mandarynki, w których wykryto od razu bakterie, pleśń i dwutlenek siarki. Pekin miał do amerykańskich mediów pretensje o wzbudzanie histerii. Częściowo słuszne: „Czy Chiny planują wytruć Amerykanów i ich zwierzęta!?” – wołały media w USA. Waszyngtonowi Pekin zarzucił, że problemem nie są wybrakowane towary, lecz rosnący deficyt handlowy USA, więc administracja Busha szuka pretekstu do sztucznej ochrony własnego rynku.

Jednak groźby kar i bojkotu ze strony USA – a także Unii Europejskiej – zrobiły swoje: Chińczycy przyznali, że problem istnieje („Jesteśmy wciąż krajem rozwijającym się”), godząc się nawet na współpracę z zagranicą we wdrażaniu nowego systemu kontroli jakości. Do olimpiady w 2008 r. ma być lepiej. Zwłaszcza z żywnością, której nie ufa dziś 70 proc. chińskich konsumentów. Władze obiecały zwiększyć liczbę kontroli, zaostrzyły kary i, jak to w Chinach, wydały wyrok śmierci na dwóch urzędników oskarżonych o przyjmowanie łapówek za dopuszczanie na rynek podrobionych lekarstw.

– Tych dwóch skazano, bo amerykańskie psy i koty zatruły się chińskim pokarmem – komentuje szyderczo Zhou Qing. Jego zdaniem proces był „dla zagranicy”, podczas gdy to chińskie społeczeństwo jest główną ofiarą własnych bubli. A tu Zhou jest sceptyczny: poprawi się jakość towarów na eksport, reszta zostanie bez zmian.

Nie tylko Chiny

Dlaczego podrabiają, także własne marki? Dlaczego – jak ostatnio w czasie święta narodowego – kontrola w prowincji Heibei wykazała, że połowa rodzimej wódki i blisko 100 proc. importowanych alkoholi w sprzedaży było podrobionych? Wini się komunizm, kapitalizm, biedę, prawo, globalizację, wreszcie chińską mentalność.

Po pierwsze, towary podrabia się w wielu krajach Azji i nie tylko. Dostawy z meksykańską żywnością są zawracane z amerykańskiej granicy równie często jak chińskie. Ale Chiny są wielkie i rozwijają się najszybciej w świecie.

Można też szukać analogii w przeszłości. To, co jedni nazywają „chińskim duchem przedsiębiorczości”, ma wiele wspólnego z rozwojem gospodarki USA przed stu laty. Prezydent Theodore Roosevelt utworzył w 1905 r. Urząd Żywności i Leków po serii skandali, wywołanych pojawieniem się na rynku m.in. nawozów sztucznych albo glukozy sprzedawanej jako miód.

Regulacje prawne w Chinach nie nadążają – jak kiedyś w USA – za rozwojem gospodarczym. Pogoń za zyskiem i mordercza konkurencja (wymuszana także przez dyktujące niskie ceny zachodnie koncerny) skłania wielu przedsiębiorców do gry nie fair. Gwałtowne przemieszczenia społeczne idą w parze z rozluźnieniem norm moralnych. W swej książce Zhou Qing opisuje, jak pewien właściciel baru starał się utrzymać klientów, dodając do zupy… morfinę.

Trudno za każdą chińską patologię winić partię komunistyczną. Ale system polityczny, pełen frazesów o socjalistycznej demokracji, jest dyktaturą technokratów, sprawujących (przy pomocy cenzury i policyjnej pałki) władzę legitymizowaną gospodarczym wzrostem. Wzrost zatem musi trwać.

Chęć walki z korupcją głoszona przez chińskich przywódców może być szczera. Przeszkoda tkwi w powiązaniach lokalnych notabli z biznesem. W Heibei okazało się, że wiele restauracji sprzedających podrobiony alkohol należało do funkcjonariuszy partyjnych lub ich rodzin. A to nomenklatura, wydając rozporządzenia, stanowi prawo.

Winna kultura?

„Ten system formuje złych ludzi” – pisał znany intelektualista Liu Junning po aferze z niewolniczym wykorzystaniem dzieci w chińskich kopalniach. „Przez ostatnie kilkaset lat dużo się w społeczeństwie zmieniło, poza jednym: ludzkie prawa nie są chronione i wciąż depcze się godność. Niewolnictwu w kopalniach winna jest nie gospodarka rynkowa, lecz partyjni notable, właściciele kopalni i przede wszystkim system, który nie chroni praw jednostki do życia, wolności i własności”.

23 lata temu ukazała się książka tajwańskiego naukowca Yo Banga pt. „Ugly Chinaman”. W ChRL nie doczekała się publikacji, na Tajwanie wznawiano ją nie raz. To ostry pamflet na chińską kulturę.

Przypisywanie narodom cech charakteru wyszło na Zachodzie z mody i ociera się o polityczną niepoprawność. Ale na Dalekim Wschodzie, gdzie nacjonalizm jest żywy, wciąż ma wzięcie. Yo Bang zaczyna pytaniem, czy po rewolucji kulturalnej „da się jeszcze uratować naród moralnych degeneratów”? Później, jak Liu, cofa się daleko w przeszłość. Jego zdaniem chińska kultura od setek lat jest „uszkodzona”. Jak wielki naród mógł się tak zdegenerować? – pyta.

Jego zdaniem powód tkwi w tyranii, własnej i obcej, której naród był poddawany przez wieki. Upadek tak wielkiej cywilizacji musiał się odbić na psychice wszystkich Chińczyków, bez względu na to, gdzie mieszkają. W rezultacie przeciętny Chińczyk ma niezrównoważoną osobowość, oscylującą między ekstremami – arogancją i kompleksem niższości.

„Chińskie dzielnice w USA łatwo odróżnić od japońskich i koreańskich, bo panuje tam zawsze bałagan” – pisze Yo Bang. W relacjach międzyludzkich normą jest kłamstwo, Chińczyk ufa tylko rodzinie, przejawia skłonność do konformizmu i służalczości, a z drugiej strony do intryg i konfliktów. Najlepiej widać to po chińskiej diasporze w USA.

Do każdej jego tezy znajdzie się zapewne antyteza. Ale jeśli teza Yo Banga choć w części jest prawdziwa, to lekarstwem na chorą chińską duszę byłby powrót Chin do naturalnego im splendoru. W tym kierunku prawdopodobnie zmierzają.

Japoński „Newsweek” przestrzegał niedawno przed zbliżającą się inwazją chińskich turystów. Skrupulatnie, przy pomocy wykresów udowadnia, że turyści z Chin mają za granicą złą opinię za brak manier, dyscypliny i rasizm. Chińskie władze świadome są chyba problemu, bo przed olimpiadą próbują edukować naród, że np. nie wypada wpychać się bez kolejki, śmiecić, załatwiać się, gdzie popadnie. Mocą ustawy odbierane będą paszporty tym, którzy przynieśli ojczyźnie za granicą wstyd.

Azjatycka inwazja

Jakość chińskich towarów będzie się zapewne poprawiać. Walka z korupcją i nauka kindersztuby też może przynieść efekty. Brak demokracji nie jest przeszkodą – przykładem Singapur, w którym Lee Kuan Yew drakońskim karami wypalił patologie.

Warto jednak zatrzymać się przy innym problemie, który ujawnił się w czasie tegorocznych napięć, zwłaszcza między Chinami a USA. Pytanie brzmi: czy Stany Zjednoczone są psychologicznie gotowe zaakceptować istnienie gospodarczej potęgi, która może zagrozić ich interesom?

20 lat temu ekspansja Japonii wydawała się nie mieć końca. Wysokiej klasy japońskie towary zalewały USA. W niezliczonej ilości artykułów i książek, także naukowych, wieszczono Ameryce zmierzch. Kilka razy omal nie doszło do wojny handlowej i to zawsze Japonia musiała ustąpić. Raz po raz okazywało się, że przywiązanie Amerykanów do wolnego handlu kończy się tam, gdzie zagrożony jest narodowy interes.

Tym razem konkurent ma potencjał, by sprawić jeszcze więcej kłopotów. Co więcej, Chiny nie są, jak Japonia, skrępowane układem bezpieczeństwa z USA. Alarmistyczne doniesienia mediów o szkodliwości chińskich towarów pokazują, jak łatwo wzbudzić u Amerykanów protekcjonistyczne uczucia. Głos internauty, wcale nieodosobniony, pod artykułem w „Washington Post”: „Najpierw zabrali nam miejsca pracy, teraz nadchodzi czas, że zostaniemy otruci. Nasze zwierzęta zdychają od skażonego pokarmu i uwierzcie: my będziemy następni. Nasze koncerny nauczyły Azjatów, że chciwość jest cnotą”. Inny pisał, że dość ma „leseferyzmu w przewodzie pokarmowym”.

Skazani na Chiny

Czy jednak możliwe jest odcięcie się od Chin, czego próbował amerykański producent żywności, reklamując swoje towary jako „China free”? Chińczycy produkują tanio. „Tak wielki jest głód Amerykanów za tanim importem, że menadżerowie korporacji wielokrotnie odrzucali wezwania naukowców, by nałożyć nowe, choćby skromne standardy jakości na produkty z zagranicy” – twierdzi Urząd Żywności i Leków w Waszyngtonie. A poza tym są już dziedziny, w których Chiny stały się niemal światowym monopolistą, np. w produkcji konserwantów żywności czy witaminy C.

Niektóre koncerny spożywcze w USA poleciły swym dostawcom szukać substytutów dla chińskich towarów. Okazało się, że jeśli nawet znalazł się towar z innego kraju, to co najmniej jeden z jego składników i tak wyprodukowany był w Chinach.

Gospodarki Chin i krajów bogatych są dziś komplementarne: Chińczycy produkują to, co się już Amerykanom czy Europejczykom nie opłaca. Sytuacja się zmieni, gdy w chińskim eksporcie dominować zaczną produkty bardziej zaawansowane.

To przyszłość. Na razie Chińczycy są numerem jeden w innych dziedzinach. Amerykański reporter sprawdzał latem w centrum handlowym, co jeszcze można kupić rodzimej produkcji. Na stoisku sportowym niewiele: większość artykułów było z Chin, nawet flaga amerykańska. Na stoisku z zabawkami: jeszcze gorzej. Krążąc między regałami, reporter znalazł jeden amerykański produkt – grę „Monopol”. Po otwarciu z pudelka wypadły kości i rekwizyty do gry… Nie były amerykańskiej produkcji. Miejmy nadzieję, że nie zawierały toksycznych substancji.

Majątek po ofiarach Holokaustu - mały skandal

Źródło: Rzeczpospolita: Żydzi z USA oszukują ocalałych?
26.09.2007

Żydowska Komisja Roszczeń Majątkowych wobec Niemiec (Claims Conference) ma przetrzymywać na swoich kontach gigantyczne sumy. Pieniądze te należą się ocalałym z Holokaustu

“Jedijot Achronot”, czołowy izraelski dziennik, który opisał sprawę, powołał się na raport sporządzony na polecenie izraelskiego Ministerstwa ds. Emerytów. Według ustaleń księgowych, którzy sporządzili dokument, nowojorska organizacja posiada ruchome aktywa warte co najmniej miliard dolarów. Do tego dochodzi wielka ilość rozrzuconych po całym świecie nieruchomości. Ich wartość jest jednak trudna do oszacowania.

Sprawa jest o tyle szokująca, że celem działania Claims Conference - jak można przeczytać na stronie internetowej organizacji - jest “zabezpieczenie odszkodowań dla ocalałych z Holokaustu”. Materialna sytuacja dużej części spośród 200 - 250 tysięcy izraelskich ocalałych jest zaś dramatyczna.

Wystarczy 10 procent

Ocenia się, że około 80 tysięcy z nich żyje poniżej granicy ubóstwa. Nie mają pieniędzy na leki, ubrania, abonament telewizyjny i radiowy, a w skrajnych przypadkach na jedzenie. Według szacunków przytoczonych przez “Jedijot Achronot” wystarczyłoby 10 procent pieniędzy chomikowanych przez Claims Conference, żeby raz na zawsze rozwiązać wszystkie bolączki ocalałych.

Tymczasem - według autorów raportu - organizacja nie kwapi się do pomocy ludziom, w imieniu których odzyskała pieniądze od rządu Niemiec, i przejmuje nieruchomości należące przed wojną do Żydów. Sumy przekazywane ocalałym w Izraelu są niewielkie. Wyjątkowo wysokie są zaś tzw. koszta własne Claims Conference. Na przykład w 2004 roku miały one wynieść blisko 27 milionów dolarów.

Kierujący organizacją Gideon Taylor (niedawno odwiedził Polskę i negocjował rekompensaty za znacjonalizowane przez PRL mienie żydowskie) zarabia 50 tysięcy dolarów miesięcznie. - Dla izraelskiego ocalałego jest to niewyobrażalna suma - powiedział “Rz” znany izraelski dziennikarz i pisarz Eliahu Salpeter.

Jego zdaniem zasady, na których funkcjonuje Claims Conference, powinny ulec całkowitej zmianie. - Ta organizacja powinna być bardziej transparentna. Powinna dokładnie informować o swoich wydatkach i przychodach -uważa Salpeter, który zgadza się, że do ocalałych trafia “zdecydowanie za mało pieniędzy”.

Podobnego zdania jest ściśle powiązana z Claims Conference Agencja Żydowska, wpływowa rządowa organizacja, odpowiedzialna m.in. za sprowadzanie żydowskich imigrantów do Izraela. -Nie ma żadnego sensu trzymać tych wielkich sum na kontach. Powinny zostać rozdzielone pomiędzy tych, którzy na to zasłużyli, którzy tyle wycierpieli - powiedział “Rz” rzecznik agencji Michael Jankelowitz.

Jego zdaniem izraelskim ocalałym powinno się przekazywać znacznie więcej pieniędzy niż tym, którzy żyją na terenie byłego Związku Radzieckiego. - Siła nabywcza dolara jest tu pięć razy słabsza. A nasi ocalali dostają tyle samo co tamci -podkreślił.

Niedługo będzie za późno

Tych, którzy przeżyli Zagładę, jest w Izraelu coraz mniej: ocenia się, że co roku umiera około 10 procent z nich. Oznacza to, że niedługo może być za późno. Claims Conference nie będzie miała komu wypłacać gromadzonych środków.

Organizacja zdecydowanie odrzuca oskarżenia. Przekonuje, że nie może rozdać wszystkich pieniędzy, bo wprowadza w życie długofalowe projekty mające pomóc ocalałym.
Piotr Zychowicz

——————————–

Hillary Kessler-Godin, dyrektor komunikacji Claims Conference

To zupełnie bezpodstawne oskarżenia. Po wypłaceniu przyznawanych przez nas grantów na początku 2006 roku mieliśmy 313 milionów dolarów, a nie żaden miliard. Zatwierdziliśmy już plan, zgodnie z którym rozprowadzimy je przez najbliższe trzy lata. Jesteśmy jedyną organizacją, która finansuje opiekę domową dla ocalałych. Według niezależnych raportów pomoc ta będzie niezbędna jeszcze przez 10 - 15 lat. Oczywiście będziemy mieli kolejne wpływy z odzyskiwanych w Niemczech nieruchomości, ale ten dochód będzie malał. Nie możemy więc wszystkiego wydać naraz.
Colette Avital, izraelska parlamentarzystka, była szefowa Komisji ds. Ocalałych w Knesecie

Raport jest szokujący, choć, mówiąc szczerze, nie był dla mnie specjalnym zaskoczeniem. Powołując Claims Conference, stworzyliśmy potwora. Frankensteina, który obrócił się teraz przeciwko nam. Niegdyś organizacja ta robiła bardzo dużo dobrego. Nadal w wielu sprawach jest bardzo pomocna. Niestety, ostatnio się pogubiła. Przeznacza coraz większe sumy na projekty edukacyjne, na przykład “badanie żydowskiego dziedzictwa w krajach Europy”, a zapomina o tym, co najważniejsze. O ocalałych z Holokaustu. To oni powinni być priorytetem.

Prawo do wyboru bycia gejem

Źródło: Rzeczpospolita: Gejów prawo do wyboru
18.09.2007

Rozmawiałem z wieloma byłymi gejami, którym udało się na stałe zmienić swoją orientację. Nie miałem naprzeciw siebie ludzi w stanie depresji. Byli zadowoleni z życia, pełni radości, a swoją homoseksualną przeszłość wspominali jako doświadczenie traumatyczne - pisze producent filmowy

Kiedy czytałem artykuł Roberta Biedronia “Lepiej leczyć z nienawiści do homoseksualistów” (”Rzeczpospolita” z 13 września 2007), przypomniały mi się teksty urzędników tureckiej ambasady sprzed kilkunastu lat. Owi dyplomaci zarzekali się publicznie, że w Turcji nie ma w ogóle Kurdów, a twierdzenie o istnieniu mniejszości kurdyjskiej w ich kraju jest wymysłem turkofobów. Powoływali się przy tym na oficjalne dane, czyli wyniki powszechnego spisu ludności. Twierdzili tak wbrew oczywistym faktom, ale cóż, takie mieli wytyczne z centrali.

Wytyczne dla Biedronia

Podobnie postępuje Robert Biedroń, zaprzeczając istnieniu osób o skłonnościach homoseksualnych, które na skutek poddania się terapii zmieniły na trwałe swoją orientację na heteroseksualną. On też uważa twierdzenie o istnieniu takich osób za wyraz fobii, w tym wypadku homofobii. On też podpiera się oficjalnymi autorytetami; tym razem są to psychologia, seksuologia i psychiatria. Jako prezes Kampanii przeciw Homofobii nie może jednak mówić inaczej - takie ma po prostu wytyczne.

Jak zerwać z nałogiem

Może bym i mu uwierzył, gdybym osobiście nie zetknął się z byłymi homoseksualistami, którzy przeszli pomyślnie taką terapię. Tak się bowiem składa, że brałem udział w realizacji dwóch filmów dokumentalnych - jednego dla polskiej stacji komercyjnej (jako operator), drugiego dla niemieckiej wytwórni (jako producent) - właśnie na temat ośrodków terapii dla homoseksualistów.

Rozmawiałem wówczas w Niemczech i Holandii z wieloma mężczyznami, którym udało się na stałe zmienić swoją orientację seksualną. Widziałem ich rodziny, żony, dzieci. Wbrew temu, co pisze Biedroń, nie miałem naprzeciw siebie ludzi w stanie depresji lub na progu samobójstwa. Wręcz przeciwnie, byli zadowoleni z życia, pełni radości, a swoją homoseksualną przeszłość wspominali jako doświadczenie traumatyczne. Efekty ich terapii wcale nie były krótkotrwałe, jak wmawia nam Robert Biedroń, bo najstarsi z nich porzucili swoją homoseksualną orientację już w latach 70. lub 80., by nigdy do niej nie wrócić.

Biedroń twierdzi jednak, że tego typu terapia jest nieskuteczna, i jako dowód podaje przykłady dwóch aktywistów amerykańskiej organizacji Exodus: Coopera i Burke’a, którzy na krótko porzucili homoseksualizm, by potem do niego powrócić.

Bez dowodów

To, że komuś nie udało się pozytywnie przejść jakiejś terapii, nie oznacza jednak, że jest ona niemożliwa. Nikt nie twierdzi przecież, że niemożliwa jest terapia antynarkotykowa, tylko dlatego, że jakiemuś aktorowi czy muzykowi nie udało się jej przejść. Mało tego, doświadczenie leczenia z narkomanii czy alkoholizmu pokazuje, że większość prób zerwania z tymi nałogami kończy się niepowodzeniem, ale nie stanowi to jeszcze powodu, by przekreślać cały sens terapii.

Robert Biedroń w swym tekście nie jest w stanie przedstawić żadnego naukowego dowodu na wrodzony charakter homoseksualizmu, bo takiego dowodu po prostu nie ma. Pisze natomiast: “gdyby orientację seksualną można było wybierać lub nabywać w toku socjalizacji, gejów i lesbijek dawno nie byłoby na świecie”, a to dlatego, że od wieków żyjemy w społeczeństwach sprzeciwiających się homoseksualizmowi. Gdyby przyjąć to rozumowanie, to na świecie dawno nie powinno już być złodziei, kłamców i morderców, gdyż od stuleci żyjemy w społeczeństwach, których prawo i religia sprzeciwiają się takim występkom.

Biedroń uważa, że owszem, homoseksualiści mają problemy ze swoją orientacją, ale wynika ona z nietolerancji otoczenia. Tymczasem badania amerykańskich naukowców z uniwersytetu stanowego w Indianie dowiodły, że aż 60 proc.”dobrze przystosowanych społecznie” gejów prosiło o pomoc psychiatryczną lub psychologiczną. Okazuje się, że w krajach, w których tolerancja wobec homoseksualistów jest najdalej posunięta, także mają oni problemy ze swoją orientacją. Przyczyna ich niepokoju nie znajduje się bowiem w otaczającym środowisku, lecz w nich samych.

Homoseksualizm i nadzieja

Trzeba dodać, że terapia osób o skłonnościach homoseksualnych pojawiła się w krajach znanych ze swej tolerancji obyczajowej. Pionierską rolę odegrała zwłaszcza Holandia i holenderscy psychologowie: Johan Leonard Arndt, Adrianus Dingeman de Groot i Gerard van den Aardweg. Prężne ośrodki terapeutyczne dla homoseksualistów działają m.in. w USA (NARTH, Exodus i Courage), Danii (Basis), Szwecji (Medvandrarna), Norwegii (Til Frihet) czy Belgii (Different).

Jedna z książek wspomnianego prof. van den Aarwega nosi tytuł “Homoseksualizm i nadzieja” i dobrze oddaje sens działalności owych ośrodków. Chodzi bowiem o danie nadziei ludziom, którzy przeżywają duchowe i psychiczne cierpienia z powodu swej homoseksualnej orientacji. O przekonanie ich, że nie są skazani na żaden fatalizm. O pokazanie, że istnieje wolność wyboru. Że są w stanie tę wolność zdobyć. I takich właśnie ludzi spotkałem w Niemczech i Holandii. Szczęśliwych, że zwyciężyli w najważniejszej walce wewnętrznej w swoim życiu.

Robert Biedroń sprzeciwia się zdecydowanie terapii homoseksualistów. Terapii, która jest dobrowolna, a przez wielu wręcz upragniona. Dlaczego mielibyśmy pozbawiać ich prawa do wyboru? Dlaczego mielibyśmy odbierać im nadzieję i prawo do szczęścia?

Lech Dokowicz
Autor jest producentem oraz operatorem telewizyjnym i filmowym. Przez 19 lat mieszkał w Niemczech

Dyskusja rozpoczęła się od artykułu “Nikt nie rodzi się gejem

Następna strona »


Nowe artykuły na email

Kliknij poniższy link i zapisz się, a będziesz otrzymywał nowe artykuły na email:

ZAPISUJE SIĘ >>

 

lipiec 2008
P W Ś C P S N
« cze    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Statystyka

  • 289,488 odwiedzin