Archiwum kategorii 'Świat' Category



Lepiej leczyć z nienawiści do homoseksualistów

Źródło: Rzeczpospolita: Lepiej leczyć z nienawiści do homoseksualistów
13.09.2007

Z zatroskaniem przeczytałem kolejny artykuł Grzegorza Górnego “Nikt nie rodzi się gejem” (”Rz” 11.09.2007) ) na temat leczenia homoseksualności. Autor ponownie próbuje przekonać nas do leczenia homoseksualności, nie odnosząc się do pozostałych orientacji - biseksualności i heteroseksualności. Jeśli bowiem można by leczyć homoseksualność, to dlaczego nie moglibyśmy poddawać terapii pozostałych dwóch orientacji?

Odpowiedzi na to pytanie nie otrzymam pewnie nigdy, ponieważ psychologia, seksuologia i psychiatria nie znają ani jednego naukowo potwierdzonego przypadku, w którym doszłoby do zmiany orientacji seksualnej w toku leczenia. Rozumiem, że osobom, które w sposób dosłowny odczytują słowa Starego Testamentu, ciężko pogodzić się z efektami badań naukowych. Jeśli jednak dzisiaj powszechnie akceptujemy wiedzę o tym, że to Ziemia krąży wokół Słońca (wbrew temu, co twierdził przez wieki Kościół katolicki) - może warto przyjąć dowody naukowe, porzucając zabobony i przesądy.

Nikt nie chce być gejem

Wbrew temu, co pisze Grzegorz Górny, orientacja seksualna - homo-, bi- czy heteroseksualna - nie poddaje się dobrowolnym modyfikacjom i nie jest efektem naszego wyboru. Wszelkie próby przeprowadzenia tzw. terapii reparatywnej (naprawczej), mającej na celu zmianę orientacji seksualnej, okazały się nieskuteczne. Redaktor Górny pewnie chciałby zapomnieć o wielu spektakularnych oświadczeniach osób leczonych z homoseksualności, którzy negowali cudotwórczą moc terapii. Wśród nich byli Gary Cooper i Michael Burkee, założyciele największego ruchu leczenia homoseksualności - amerykańskiego Exodusu, którzy publicznie zanegowali jego sens i zamieszkali ponownie z partnerami homoseksualnymi.

Zaręczam, że gdyby orientację seksualną można było wybierać lub nabywać w toku socjalizacji, gejów i lesbijek dawno nie byłoby na świecie. Po pierwsze dlatego, że my, geje i lesbijki wychowujemy się wśród homofobicznego społeczeństwa. Nasza homoseksualność jest często niezrozumiana, wyśmiewana, piętnowana. W niektórych krajach jest nawet karana śmiercią.

Kto, żyjąc w takim społeczeństwie, chce być gejem? Większość z pewnością wolałaby zmienić orientację na “jedynie słuszną i akceptowaną”, czyli oczywiście heteroseksualną. Pamiętam, że też Może to nietolerancyjna część społeczeństwa powinna się zreperować, a nie osoby homoseksualne? To nie geje i lesbijki mają problem ze swoją orientacją. Gdyby żyli w otwartym, tolerancyjnym społeczeństwie, z pewnością nie chcieliby zmieniać swojej orientacji - pisze działacz gejowski chciałem się zmienić. Pragnąłem być jak wszyscy moi koledzy, bo wiedziałem jak wiele niezrozumienia i pogardy czeka mnie jako geja.

Geje i lesbijki najczęściej wychowują się w rodzinach heteroseksualnych. Gdyby można było przekazywać orientację seksualną w toku socjalizacji, geje i lesbijki wymarliby. Rodziny heteroseksualne wychowywałyby bowiem tylko potomstwo heteroseksualne. Sam wyrastałem w takiej heteroseksualnej rodzinie, a mimo to, w przeciwieństwie do mojego rodzeństwa, jestem homoseksualny. Nikt mnie nie uwodził, nie przekonywał do homoseksualności, nie miałem też dominującej matki ani dominującego ojca, jak chcieliby to widzieć niektórzy.

Zgubne skutki terapii

Niestety, nadal znajdują się ludzie, którzy poddają się tzw. leczeniu. Z własnej woli próbują leczyć się z homoseksualności, ponieważ nie potrafią odnaleźć się w świecie, który ich nie akceptuje. Ich problemem nie jest więc orientacja seksualna, ale opresyjne środowisko, które nie akceptuje ich jako gejów i lesbijki.

Może więc zamiast leczyć z homoseksualności, powinniśmy leczyć nienawiść do gejów i lesbijek? Może to nietolerancyjna część społeczeństwa powinna się zmienić, a nie osoby homoseksualne? To najczęściej nie geje i lesbijki mają problem ze swoją orientacją. Gdyby żyli w otwartym, tolerancyjnym społeczeństwie, z pewnością nie chcieliby zmieniać swojej orientacji. Tak jednak nie jest. Nawet w słynącej z akceptacji dla różnorodności Holandii wielu gejów i wiele lesbijek ma problemy. Tam również działają grupy religijne promujące tzw. leczenie homoseksualności.

Efekty takich terapii w zależności od pacjenta są następujące: utrata zainteresowania seksualnością w ogóle, niechęć do wchodzenia w związki uczuciowe i relacje psychoseksualne, wytrenowanie zachowań heteroseksualnych i próby wchodzenia w związki z osobami płci odmiennej. Efekty takiej terapii były zawsze krótkotrwałe. Trwały najwyżej dwa, trzy lata. Po tym czasie osoba poddawana terapii zaczynała szukać partnera tej samej płci. Terapie naprawcze często wzmacniają depresję, która może prowadzić do prób samobójczych, zwłaszcza u osób, które uświadomią sobie brak efektów leczenia. Informacje te są powszechnie dostępne - nie zaczerpnąłem ich tak jak redaktor Górny z książek wydawanych przez Kościół katolicki, ale z powszechnie dostępnej literatury psychologicznej, seksuologicznej i psychiatrycznej.

Nie leczenie, a zaakceptowanie

Ponieważ nie udowodniono skuteczności terapii reparatywnej, a jej wpływ okazał się niebezpieczny dla życia i zdrowia osób, które się jej poddały, Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne, zrzeszające autorytety naukowe z całego świata, w 1997 roku wydało specjalne oświadczenie. Wezwało w nim wszystkich profesjonalistów do zaniechania stosowania terapii mających leczyć z homoseksualności.

Warto też zapamiętać, że nie ma ani jednego naukowo potwierdzonego przypadku zmiany orientacji seksualnej, ani z homoseksualnej na heteroseksualną, ani odwrotnie. Wśród psychologów panuje powszechna opinia, że wszelkie oddziaływania terapeutyczne powinny zmierzać raczej w kierunku akceptacji przez daną osobę jej orientacji, wzmocnienia poczucia własnej wartości i ułatwienia jej funkcjonowania w świecie.

Przeraża mnie dyskusja o leczeniu homoseksualności. Przypomina mi próby udowodnienia wyższości rasy aryjskiej nad innymi. W końcu nikt nie pyta o pochodzenie heteroseksualności. Nikt nie prowadzi badań, skąd się bierze heteroseksualność redaktora Górnego i czy aby nie powinna ona zostać skorygowana i nakierowana na “jedynie słuszną” - homoseksualną.
Robert Biedroń
Autor jest politologiem, prezesem Kampanii przeciw Homofobii

Większy biust pań z marynarki wojennej za pieniądze podatników

Źródło: Rzeczpospolita: Większy biust pań z marynarki wojennej za pieniądze podatników
17.09.2007

Powiększanie piersi za pieniądze podatników? Okazuje się, że w australijskiej Marynarce Wojennej jest to możliwe - armia właśnie sfinansowała taki zabieg dwóm pracownicom. Wielu Australijczyków jest oburzonych.

Sprawa wyszła na jaw, gdy chirurg plastyczny Kourosh Tavakoli ujawnił mediom, że za publiczne pieniądze przeprowadził zabieg powiększania biustu dwóm młodym paniom z Marynarki Wojennej. - Pacjentki same mi powiedziały o źródle finansowania operacji, tłumacząc, że jest ona konieczna dla ich zdrowia psychicznego - wyznał australijskiej agencji AAP. - Ale, o ile mi wiadomo, nie istnieją żadne medyczne wskazania, aby powiększać piersi.

Australijskie siły obronne odpierają zarzuty chirurga o bezpodstawność zabiegu. Rzecznik Marynarki Wojennej Andrew Nikolic przyznał, że państwo zapłaciło za operację wyłącznie dlatego, że zalecił ją lekarz. - Armia troszczy się zarówno o fizyczne, jak i psychiczne potrzeby marynarzy. Nie finansowalibyśmy próżności ani fanaberii pracowników -wyjaśniał BBC.

Tłumaczenia armii nie zadowalają politycznej opozycji. Licząc na kompromitację władz, Partia Pracy domaga się dalszych wyjaśnień rządu w parlamencie.
m.ok., bbc

Żydzi dzisja - populacja

Źródło: Rzeczpospolita: Żydzi dzisiaj
01.09.2007

Rok temu na kuli ziemskiej żyło 13 mln Żydów. To o 5 milionów mniej, niż liczył świat żydowski tuż przez II wojną światową.

3,5 mln z nich mieszkało wtedy w Polsce. W 1945 r. wśród żywych zostało tylko 12 mln - jedną trzecią wymordowano podczas Zagłady . Jeżeli wziąć pod uwagę, że żydowskie rodziny religijne są wielodzietne, to gdyby nie było Zagłady, najprawdopodobniej naród żydowski liczyłby dziś blisko 30 mln. Ale, niestety, Żydów jest tylko 13 mln, z czego w Izraelu mieszka 5 mln 235 tys. W Ameryce Północnej jest ich 5 mln 652 tys., z czego większość mieszka w USA. W Ameryce Łacińskiej -398 tys., w Europie -1 mln 161 tys., w Rosji - 235 tys., w Polsce - kilka tysięcy. W byłych republikach sowieckich, razem z krajami bałtyckimi, jest 380 tys. Żydów, w Australii - 102 tys., z czego połowa to wychodźcy z Polski oraz ci, którzy ocaleli przed Zagładą. W Afryce Południowej mieszka 73 tys. Żydów, a na Ukrainie jest ich 109 tys. i jeszcze kilka dziesiątków tysięcy w innych miejscach świata.

Najważniejszym czynnikiem zmniejszania się liczby Żydówna świecie jest asymilacja, którą powodują także mieszane małżeństwa. Jeżeli spojrzymy na statystykę dotyczącą ślubów mieszanych (z przedstawicielami innych wyznań), to otrzymamy skalę problemu demograficznego, dotyczącego narodu żydowskiego.

W USA jest to 54 proc. małżeństw zawieranych przez Żydów, w Kanadzie -35 proc., w Argentynie -45 proc., we Francji -40 -50 proc., w Wielkiej Brytanii 40 - 45 proc., w Niemczech - 60 proc., w Rosji - 80 proc., i na Ukrainie aż 80 proc. Prawie 35 proc. emigrantów, którzy przyjechali do Izraela z byłego ZSRR, to nie Żydzi według przepisów religii żydowskiej. Chodzi tu opary małżeńskie mieszane.

Asymilacja doprowadza do ślubów mieszanych, a te prowadzą do asymilacji. Odzwierciedla ona chęć uniknięcia losu żydowskiego albo silne dążenie do integracji z większością. Jest też procesem kulturalnym albo religijnym, albo jednym i drugim. Wreszcie asymilacja jest wyrazem kosmopolityzmu, uniwersalizmu i intelektualizmu żydowskiego. Dyktatury naciskają na asymilację i dejudaizację. Demokracja stwarza natomiast warunki do wolności postępowania w każdej dziedzinie życia, włącznie z możliwością przejścia z jednego narodu do drugiego.

Żydzi skłaniają się do asymilacji. Jej badacze, w szczególności Jonathan Frenkel w swojej książce “Asymilacja i gmina” z lat 60., widzą w asymilacji wynik tych wszystkich okoliczności, o których wspomniałem wyżej.

W ostatnich czasach ludzie się szczycą swoim pochodzeniem żydowskim, ale nie wracają do narodu żydowskiego. Pochodzenie jest dla nich nie wadą, ale zaletą. Jest to zjawisko widoczne na całym świecie i w Polsce, w której po ustanowieniu demokracji było trzech ministrów spraw zagranicznych pochodzenia żydowskiego. Żaden z nich się tego nie wypierał. Podczas obchodów 25. rocznicy powstania “Solidarności” spotkałem się ze zmarłym niedawno arcybiskupem paryskim Jeanem-Marie Lustigierem. Niegdyś nazywał się Lustig. Rozmawialiśmy między sobą po polsku i… po żydowsku! Jest to wzruszająca wielokulturowość.

Najsilniej procesy asymilacyjne zachodzą w środowisku akademickim. Ponad 90 proc. młodych Żydów w Ameryce Północnej to studenci, podobnie w Wielkiej Brytanii, w Argentynie, Afryce Południowej, we Francji (chyba w najmniejszej skali). Na wyższych uczelniach dokonuje się wielowyznaniowy i wielokulturowy proces integracji.

Gdyby nie powstanie państwa Izrael, sytuacja demograficzna narodu żydowskiego byłaby o wiele gorsza. W Izraelu wszystko jest żydowskie - symbole, oświata, religia, język. Izrael jest państwem żydowskim w pełnym sensie tego słowa, chociaż 20 proc. jego obywateli stanowią Arabowie (muzułmanie i chrześcijanie). Poza Izraelem większość Żydów i tych, co są częściowo Żydami, jest związanych ze społeczeństwami, w których żyją, są nawet członkami elit. Zostaną oni poza granicami swojej historycznej ojczyzny. Im bardziej świat staje się demokratyczny, tym mniej jest rasistowski, bardziej zaś pluralistyczny i tolerancyjny. Dlatego też szansa na dodatkową falę emigracji Żydów do Izraela jest nikła. ¦
Szewach Weiss
Autor był przewodniczącym Knesetu, ambasadorem Izraela w Polsce. Kieruje Radą Instytutu Pamięci Yad Vashem.

Zabijanie dzieci trwa - Indie

Źródło: Rzeczpospolita: Indyjskie obyczaje okrutne dla dziewczynek
30.07.2007

Coraz częściej rodzice wolą zabić swoją córkę, niż ciułać potem na jej ślubny posag. Przepisy, które miały to zmienić, przegrały z tradycją. Dziś w kraju zaczyna brakować kobiet

Niedawno w szpitalach w indyjskiej stolicy Delhi przeprowadzono badania w celu sprawdzenia, ile rodzi się dziewczynek, a ilu chłopców. Wynik był przerażający - nie znaleziono bowiem ani jednej dziewczynki. Statystyki ogólnokrajowe również są zatrważające - według szacunków demografów w Indiach brakuje już 50 milionów kobiet, a na 1000 mężczyzn przypada zaledwie 927 kobiet - to o prawie 100 mniej niż w krajach wysoko rozwiniętych czy w Afryce.

Wina nowych technologii

Choć chłopcy zawsze byli preferowani w indyjskim społeczeństwie, nigdy dotąd dziewczynki nie były tak masowo mordowane. Dzięki nowym technologiom umożliwiającym wykrywanie płci płodu i łatwe dokonanie aborcji coraz więcej rodziców, nie chcąc mieć córki, decyduje się na przerwanie ciąży.

- Kiedyś przeprowadzano je głównie w miastach, w drogich klinikach. Dziś stały się dostępne nawet dla uboższych warstw społecznych na głębokiej prowincji. Dzięki specjalnym objazdowym klinikom, które podróżują po całym kraju, można tanio usunąć ciążę - mówi “Rz” prawnik Colin Gonsalves, dyrektor India Centre for Human Rights and Law, organizacji zajmującej się obroną praw kobiet. Pacjentek nie zrażają nawet fatalne warunki higieniczne panujące w klinikach. - Choć nagminnie dochodzi w nich do zakażeń, chęć dokonania aborcji jest silniejsza -dodaje Gonsalves.

Za drogi posag

Mimo rozwoju technologii nie zmienia się mentalność indyjskiego społeczeństwa. A preferowanie synów jest w indyjskiej kulturze głęboko zakorzenione i, dodatkowo, stymulowane rozwojem gospodarczym. Kobieta w Indiach zawsze uznawana była za istotę gorszą od mężczyzny. To się nie zmieniło.

To nasynu na przykład spoczywa obowiązek pochówku rodziców, w którym córka nie może nawet uczestniczyć. Ale główną przyczyną zabijania dziewczynek jest fakt, że wydanie córki za mąż jest często zbyt kosztowne. -W naszej kulturze obowiązuje obyczaj hojnego posagu, który panna młoda wnosi do domu narzeczonego. Dla uboższych rodzin stanowi nawet większość majątku. A wraz z bogaceniem się naszego społeczeństwa coraz większą wagę przykłada się do akumulacji majątku. Dlatego rodzice są coraz mniej chętni, by oddawać dochody innym - tłumaczy prawnik.

Nieporadność rządu

Indyjski rząd już kilka lat temu wprowadził zakaz badania płci płodu i dokonywania aborcji. Nikt jednak nie egzekwuje tego prawa. Dlatego absurdalny wydaje się najnowszy pomysł minister ds. rozwoju kobiet i dzieci Renuki Chowdhury. Zaproponowała ona, żeby każda ciężarna kobieta była rejestrowana w lokalnym urzędzie, a gdyby chciała usunąć ciążę, musiałaby uzyskać rządowe pozwolenie. Jej obowiązkiem byłoby również zgłoszenie urodzenia dziecka. Krytycy tego pomysłu zarzucają minister próbę ograniczenia praw jednostki i stworzenie kolejnego pola dla szerzenia korupcji.

-Niestety, kultury nie da się zmienić samym prawem -ubolewa Gonsalves. Jego zdaniem trzeba konsekwentnie edukować społeczeństwo i uświadamiać mu, że uśmiercanie dziewczynek jest społecznie i gospodarczo szkodliwe.
MARTYNA OKONIEWSKA

Zbiorowe samobójstwo w Japonii - epidemia

Źródło: Rzeczpospolita: Umrzyjmy razem
21.07.2007

10 marca 2006 r. w zalesionej okolicy na terenie prefektury Saitama w pobliżu Tokio znaleziono samochód. Okna miał szczelnie zaklejone taśmą. Wezwani na miejsce śledczy znaleźli aż za dobrze sobie znany widok: plastikowa torba ze śladami rozgniecionych pastylek nasennych i piecyk na węgiel drzewny, który, tląc się, wchłonął cały tlen z samochodu i udusił zamkniętą w środku piątkę młodzieńców oraz kobietę.

Jak we śnie

Kiedy zjawiłem się w komisariacie policji w Saitama dwa tygodnie później, jego rzecznik z początku nie chciał rozmawiać o najnowszym przypadku grupowego samobójstwa w prefekturze. Podczas pierwszych dwóch tygodni mojego pobytu w Japonii w lasach naokoło Tokio znaleziono pięć samochodów ze zwłokami. Jak bardzo spowszedniała już ta makabra, świadczy fakt, że lokalne gazety poświęciły temu zaledwie krótkie notki.

- Nie wiemy, czy ofiary się znały albo jak się poznały -mówi rzecznik. Samobójstwo nie jest przestępstwem, więc śledczym trudno jest uzasadnić podjęcie dochodzenia. - Minęło już 15 dni, a my nawet nie wiemy, gdzie ci ludzie się ze sobą zetknęli i czy w związku z tym incydentem doszło do złamania prawa.

W latach 2003 - 2005 odnotowano w Japonii 61 przypadków grupowego samobójstwa przygotowanego przez Internet. Straciło w nich życie 180 ludzi. Z wyjątkiem dwóch wszystkie odbyły się wedle tego samego wzorca: ofiary spotykają się w sieci, korzystając z pseudonimów, następnie łykają środki nasenne i z pomocą brykietów i taśmy zamieniają samochód w komorę gazową na kółkach.

Kiedy przeglądałem policyjne papiery w herbaciarni obok komisariatu, dołączył do mnie młody reporter gazety “Mainichi Shimbun”, który zajmował się grupowymi samobójstwami przez Internet od lutego 2003 r. Wtedy to w pierwszym przypadku zarejestrowanym przez oficjalne statystyki troje ludzi zabiło się wmieście Iruma, paląc brykiety w pustym mieszkaniu. 26-latek Michio Sakai miał kłopoty ze znalezieniem pracy. Założył listę dyskusyjną zbiorowych samobójców, dzięki której spotkał dwie 24letnie kobiety.

- Skąd przyszedł im do głowy pomysł z węglem drzewnym? -pytam.

-W Internecie krążą opowieści, że ten sposób przypomina śmierć we śnie i jest bezbolesny - tłumaczy.

Funkcje pokoju śmierci pełniło tradycyjne pomieszczenie tatami, pokryte folią, chroniącą maty na podłodze. Piecyki z tlącym się węglem stały w każdym kącie, a ciała leżały obok siebie na środku. Kobiety przyniosły ze sobą śpiwory. Gogle na oczach miały chronić przed gryzącym dymem. - Nie byłem w stanie tego pojąć - kończył swoją opowieść reporter. - Jak możesz zakończyć życie z kimś, kogo nigdy wcześniej nawet nie spotkałeś?

Wypadek z ludzkich przyczyn

Samobójstwo, w chrześcijańskim nauczaniu zwane grzechem przeciwko Duchowi św., zajmuje zupełnie inne miejsce w wyobraźni Zachodu niż w Japonii, gdzie rozprucie sobie brzucha specjalnym mieczem było przez wieki uznawane za właściwą reakcję na hańbę. W swoim klasycznym studium francuski socjolog Emile Durkheim przeprowadził wyraźne rozróżnienie między pozbawieniem się życia w Europie a dominującymi jego zdaniem w Japonii altruistycznymi formami samobójstwa. Ponure wcielenie koncepcji Durkheima stanowili podczas II wojny piloci kamikaze. Trzech największych japońskich pisarzy II połowy zeszłego wieku -nobliści Yasunari Kawabata i Kenzaburo Oe oraz uczeń Kawabaty Yukio Mishima - często zajmowali się tematem samobójstwa. Kawabata i Mishima zginęli z własnej ręki.

Japońskie władze nie od razu zareagowały z niepokojem na narastającą w całym kraju falę poszukiwaczy śmierci, z powodu której wskaźnik samobójstw rósł przez ostatnie 10 lat o 5 proc. rocznie. Może być ich jeszcze więcej, bowiem wiele z nich zgłasza się jako nieszczęśliwe wypadki, by uniknąć problemów z wypłatą polisy ubezpieczeniowej dla rodziny. Podczas 10 tygodni spędzonych w Tokio dwukrotnie z otępienia w porannym tłoku wyrywał mnie rzeczowy komunikat z głośnika, ogłaszający opóźnienie z powodu “wypadku z przyczyn ludzkich” - co jest oficjalnym eufemizmem stosowanym, gdy człowiek rzuci się na tory.

Wielu Japończyków kładzie wzrost samobójstw na karb krachu gospodarczego z początku lat 90., kiedy setki tysięcy ludzi traciło pracę i wpadało w pułapkę zadłużenia. Ale ludzie nadal się zabijają w coraz większej liczbie, pomimo że stan gospodarki od tego czasu znacznie się poprawił.

Grupowe samobójstwa w Internecie są jednak czymś szczególnym, bowiem nie mają żadnych precedensów w obyczajach społecznych tego kraju. W lecie 2004 r. Japonia postanowiła zająć się niepokojącym nowym zjawiskiem w typowy dla siebie sposób. W wyniku sugestii tzw. policji krajowej - instytucji doradczej dla lokalnych prefektur - doszło do nieformalnych spotkań konsorcjum dostawców usług internetowych. W Tokio spotkałem Kazuhiko Yoshidę, człowieka odpowiedzialnego w tym ciele za cyberprzestępczość.

- Przez pół roku spotkaliśmy się osiem razy, żeby ustalić, czy powinniśmy wydać jakieś wytyczne. Osiem następnych spotkań zajęło nam ich napisanie. Żeby uruchomić procedurę - tłumaczy Yoshida - internauta musi użyć słowa “śmierć”, podać miejsce i metodę przeprowadzenia samobójstwa. Rozmowa musi mieć miejsce na stronie poświęconej grupowemu rozstawaniu się ze światem. Jeśli wszystkie te kryteria są spełnione, policja ma prawo poprosić providera o dane użytkownika po dane przy rejestracji.

Na razie Yoshida może pochwalić się 12 przypadkami udaremnionych samobójstw.

Zamiast kotów

Jeśli szalone ożywienie kultury samobójczej można związać z konkretnym zdarzeniem, to jest nim publikacja w 1993 r. “Poradnika samobójcy doskonałego” autorstwa Wataru Tsurumiego. To charyzmatyczna postać mająca status medialnej sławy na równi z gwiazdkami popu i postaciami z kultowych kreskówek. Wyraża iście nabokowowską obojętność wobec konsekwencji swojego pisarstwa. Do dziśksiążka dostarczyła 2 milionom zrozpaczonych bądź tylko ciekawskich czytelników techniczne detale dziesięciu metod odebrania sobie życia, relacje o samobójstwach wielkich postaci oraz mnóstwo historyjek obrazkowych sugerujących, że jest to akt bezbolesny i społecznie akceptowalny. - Żadne prawa ani religia nie mówią nam, że to coś złego. A jeśli chodzi o samobójstwa grupowe, to zanim nastał Internet, ludzie pisali listy, dzwonili do siebie, to zawsze należało do naszej kultury -mówił niedawno w wywiadzie.

Podczas gdy na Zachodzie samobójstwo uznaje się na ogół za absurdalny akt ludzi zrozpaczonych czy nieuleczalnie chorych, to w Japonii jest to mniej lub bardziej racjonalna decyzja, którą mogą podjąć zarówno pojedynczy ludzie, jak i grupy. To, co szokuje w obecnej epidemii, to nie tyle ich grupowy aspekt, ale to, że ludzie postanawiają się rozstać z życiem w towarzystwie obcych.

Podobnie jak zjawisko zamachów samobójczych w świecie muzułmańskim, japońskich grup nie da się wytłumaczyć po prostu ubóstwem, kiepską edukacją czy innymi społecznymi bolączkami. Wiele ofiar zbiorowych samobójstw chodziło do dobrych szkół, dorastało w pełnych rodzinach i wyglądało na przeciętnych obywateli najbogatszej i najbezpieczniejszej demokracji w Azji. Japończyków łączy z mentalnością arabską gwałtowny lęk przed hańbą i wielki podziw dla męczenników.

Kiedy kultury przychylnie nastawione do samobójstwa stykają się z Internetem, puszczają istniejące wcześniej hamulce i ograniczenia. Sieć ułatwia spotykanie się marginalnym grupkom z dala od wścibskich oczu rodziców, małżonków, policji. Kiedy już zaistnieją wirtualnie, łatwo przyciągać im nowych członków spośród krążącej bez celu po sieci populacji samotnych, sfrustrowanych dusz, których pełno w każdej epoce i kulturze. Zamiast spędzać czas na modlitwie, słuchaniu ponurej muzyki, czytaniu książek, szydełkowaniu czy hodowaniu mnóstwa kotów, wrażliwe i niestabilne jednostki socjalizują się w wirtualnych wspólnotach, choćby takich, które popychają swoich członków do śmierci.

W cieniu tatusia

Najbardziej wpływowym produktem kultury ostatniego dziesięciolecia jest w Japonii serial filmów animowanych “Neon Genesis Evangelion”, nadany po raz pierwszy przez państwową telewizję w sezonie 1995/6. Odcisnęły one takie piętno na ludziach przed czterdziestką, jak niegdyś na Zachodzie Beatlesi czy “Gwiezdne wojny”. Jest to mroczna, rwana opowieść o postapokaliptycznych przygodach czterech okaleczonych dzieci. Z pomocą potężnych najnowszych technologii starają się one uchronić to, co ocalało z Ziemi przed 17 nieśmiertelnymi aniołami siejącymi grozę i zniszczenie, chcącymi unicestwić rodzaj ludzki.

Filmy te, wyróżniające się nie tyle jakością animacji, ile mrocznym tematem i nielinearną narracją, są często określane przez artystów i teoretyków jako szczytowy wykwit japońskiej kultury popularnej. Pisano, że wpłynęły na określenie ról płciowych i postawy wobec przyrody. Dały początek obsesyjnej i szalenie dochodowej subkulturze otaku. Dziesiątki tysięcy młodocianych jej fanów spędzają czas na odgadywaniu głębszej treści serialu i kolekcjonowaniu pornograficznych komiksów z jego bohaterkami.

Reżyser “Evangelion” Hideaki Anno ubrany w wojskowy uniform patrzy na mnie spode łba ze zdezelowanej kanapy w swoim biurze. W kraju, gdzie konformizm wciąż jest cnotą, Anno wyróżnia się swoim wyglądem gniewnego hobbita w przyciemnionych okularach. Zanim stworzył kultowe anime, przeszedł przez czteroletni okres depresji, spędzony w większości samotnie w zamkniętym pokoju. Cztery lata temu sprzedał prawa do wersji aktorskiej serialu producentowi współpracującemu z Weta Workshop, firmie zatrudniającej m.in. reżysera “Władcy pierścieni” Petera Jacksona. W rozmowie z Anno interesuje mnie szczególnie Rei, depresyjna dziewczyna, której wielkie oczy, kształtne ciało i nieobecny wyraz twarzy złożyły się na pierwowzór kobiecej postaci w wielu filmach anime ostatnich lat.

- Rei zdaje sobie sprawę, że nawet jeśli umrze, ktoś inny ją zastąpi, więc nie ceni życia zbyt wysoko - opowiada Anno, zapadając się coraz głębiej w kanapę. - Istnienie, obecność Rei, ta namacalna obecność, jest bardzo efemeryczna. Ma tylko minimum niezbędnych rzeczy. Jest w jakiś sposób skrzywdzona, nie potrzebuje przyjaciół.

Zdaniem Anno wielka fascynacja postaciami takimi jak Rei to produkt wypaczonego świata wyobraźni, jaki powstał po klęsce Japonii w II wojnie. - Przegraliśmy z Amerykanami i od tego czasu jesteśmy wychowywani w sposób, który nie tworzy ludzi dorosłych. Nawet dla mojego pokolenia 40latków, a także dla ludzi starszych, nie istnieje rozsądny model dorosłego człowieka. Wielu intelektualistów i artystów podziela teorię, że klęska wojenna pozbawiła kraj niepodległości i doprowadziła do powstania kraju wiecznych dzieci, zmuszonych żyć pod ochroną amerykańskiego tatusia. To także motyw przewodni wielu filmów animowanych, w których sprawiedliwy rząd okazuje się tylko fasadą kryjącą złowrogie, potężniejsze siły.

Anno wygląda przez okno. - Nie widzę tu w Japonii żadnych dorosłych -mówi wzruszając ramionami. - Jeszcze 30 lat temu nie spotkałby pan w metrze ludzi w drodze do pracy czytających mangę i pornografię bez żadnego skrępowania. Dawniej wstydziliby się wyciągnąć książkę z komiksami czy świńskimi obrazkami. Jesteśmy krajem dzieci.

Podcięta ręka w górę!

Dzieci z pokolenia Anno spotykają się na przykład w klubie Loft Plus One. Dzisiejsza okazja to promocja książki Karin Amamiya, urodziwej piosenkarki prawicowego punk rocka, która ostatnio wciela się w rolę kulturowej prowokatorki. Właśnie wydała pamiętnik poświęcony podcinaniu żył - co się stało ostatnio modne wśród młodych dziewczyn. Widok w podziemiach klubu przypomina koszmarną wersję popołudniowych programów rozrywkowych w telewizji. Kobieta o imieniu Akira w kostiumie imitującym skórę jaszczurki i słomkowym kapeluszu śpiewa przy gitarze piosenkę “Trudno jest przeżyć życie”. Pod sceną samotna licealistka pali jointa. Jest ubrana w romantyczny kostium w stylu zwanym “gothic lolita” - ma rozpiętą na tiurniurze spódnicę i koronkowy czepek nagłowie. Tę część wieczoru prowadzi pisarz o pseudonimie Con Isshow, po przetłumaczeniu “nieskończone teraz”. Jest czołowym japońskim ekspertem do spraw społecznych zachowań młodzieży, mimo -a może właśnie dlatego - że nie udało mu się skończyć studiów.

Zaczyna swoisty apel: - Podcinacze żył, podnieście rękę! Łykacze tabletek, podnieście rękę! Hikkomori, czyli ci, którzy nie wychodzicie z waszych pokojów, podnieście rękę! - a dzieci posłusznie wykonują polecenia. - Ci którzy próbowali shudan jihatsu, czyli zbiorowego samobójstwa, podnieście rękę! - w najdalszym kącie sali samotny chłopak w brązowym swetrze wstaje, a potem chowa się, jakby nie chciał ściągać na siebie uwagi.

Po jakimś czasie odnajduję go i wychodzimy razem z klubu. Ma niecałe 30 lat, nazywa się Toji i mieszka w Shizouka. Idziemy przez obskurną dzielnicę Shinjuku, labirynt pornoklubów i budek z makaronem. Dochodzimy wreszcie do chińskiej restauracji, znanej ze znakomitych pierogów, ulubionego miejsca spotkań tajwańskich gangsterów.

Sekta bez guru

Opowieść, jaką snuje Toji o swojej fascynacji samobójstwem, przypomina mi typową historię indoktrynacji w sekcie - z tą różnicą, że nie ma tu złowrogiego przywódcy, który przekonuje wyznawców, żeby zapisali mu swój ziemski majątek i wypili zatruty napój owocowy w południowoamerykańskiej dżungli. Toji opisuje całkiem beznamiętnym głosem, jak narastała w nim obsesja na punkcie internetowych czatów, uzależnienie przypominające inne nałogi. Równie dobrze mógłby recytować tablicę okresową pierwiastków. Na studiach ciekawiła go polityka i ekonomia, ale nie potrafił nawiązywać przyjaźni i podrywać kobiet. Kiedy skończył uczelnię w 1997 r. wciąż był prawiczkiem. Zaczął pracować jako akwizytor pożyczek dla małych firm. Nie lubił tej pracy i marzył, żeby ją rzucić. Wieczorami wracał do domu rodzinnego i surfował po sieci w tym samym pokoju, w którym mieszkał od dzieciństwa.

Był fanem Ayumi Hamasaki, drugorzędnej aktorki i gwiazdki pop, znanej ze starannie wystudiowanego erotyzmu i banalnych piosenek, które nagrywa pod tuzinem pseudonimów. Przez dwa lata odwiedzał regularnie jej internetowy fanklub i często udzielał się na forach, nie nawiązał jednak z nikim trwałej relacji. Czując się coraz gorzej, zaczął odwiedzać strony poświęcone samobójstwu.

- W pracy nie ukladało się dobrze i pomyślałem, że lepiej się zabić, niż pokazywać swoją durną osobę innym. Chciałem, żeby myśleli o mnie jak o dobrym człowieku, więc swoje uczucia trzymałem głęboko ukryte.

Rzucił co prawda pracę, znalazł nową, ale fascynacja samobójstwem rosła coraz bardziej. Podobała mu się myśl, żeby zabić się z innymi, choćby całkiem obcymi, bo brakowało mu odwagi: - Zaciekawiła mnie idea, żeby umrzeć z innymi, w bezbolesny sposób od zatrucia tlenkiem węgla. - Z początku odwiedzał strony poświęcone szukaniu towarzyszy samobójstwa tylko po 20 minut, chcąc ograniczyć kontakt z przygnębiającymi treściami, ale jednocześnie gnany był ciekawością, czy znajdzie pasującą mu grupę. Zaczął myśleć o sprawie pod kątem praktycznym. Miejsce musiało być nieodległe, zastanawiał się też, jaka jest optymalna wielkość grupy i czy uda się zdobyć dość pigułek, bowiem w Japonii nawet słabo działające środki narkotyczne są pod ścisłą kontrolą.

Dwa tygodnie po naszym pierwszym spotkaniu Toji wysłał mi esemesa, że zgadza się na drugą rozmowę. Jak pisał, jego plany posunęły się dalej. Wsiadłem w szybki pociąg do Hara, gdzie spotkaliśmy się na dworcu. Mówił przytomnie i bystro, ale jakby z drugiej strony przepaści, bez tych uśmiechów, modulacji i mimiki, która cechuje normalną konwersację.

Jako dziecko zbierał kolejowe rozkłady jazdy i wstawał wcześnie, aby robić zdjęcia pociągom przejeżdżającym przez miasto. Kiedy dorósł i dostał pierwszą pracę, jego rodzice powiedzieli mu, że jako chłopiec myślał o posadzie na kolei. Oczekiwali od niego, że zdobędzie jednak porządny zawód i kiedyś założy rodzinę.

- To takie bolesne - powiedział, wreszcie pokazując po raz pierwszy i jedyny jakieś uczucia. To, czego brakowało w jego życiu, jak sądził, to pasji. Gdyby ją miał, mógłby lekko przejść przez życie. Raz brał leki antydepresyjne, ale przestał, kiedy w jego szpitalu zmienił się lekarz i nowy wydał mu się odpychający.

- Według niego branie tych proszków to to samo, co zastrzyki insuliny dla cukrzyka. Ale ponieważ ludzie wokół niego tak nie myślą, jest zmuszony myśleć tak samo jak oni i trzymać się z dala od leków - wyjaśnił mi mój tłumacz.

Toji to osoba, której zamożne, podszyte coraz większą niepewnością, ale wciąż poddane rygorom społeczeństwo XXI-wiecznej Japonii nie może dać odpowiedniego miejsca. Tego samego dnia pojechaliśmy do jego mieszkania. Pokój, w którym mieszka od zawsze, miał nagie ściany, małe łóżko, półkę z książkami i nową konsolę PlayStation2 na podłodze. Jego siostra, która mieszka na parterze, nie ma chłopaka i nigdy nie wpuszcza brata do swojego pokoju.

Przez ten czas, który minął od naszego poprzedniego spotkania, odwiedzał ulubione strony dla samobójców dwa, trzy razy w tygodniu po około 10 minut. Kiedy się na nich loguje, jak opowiada, znika pustka i przygnębienie, widzi jasny cel swojego życia. Wkrótce, zapewnił, znajdzie towarzyszy równie poważnie myślących o śmierci, którzy przygarną go do grupy.
David Samuels
(C) David Samuels (Wylie Agency/Syndykat Autorów), tł. PB Tekst ukazał się w majowym numerze “The Atlantic Monthly”

Program Atomowy Iranu

Źródło: Rzeczpospolita: Tarcza nie ma żadnego związku z Iranem
19.07.2007

ROZMOWA z Hadi Faradżwand ambasadorem Iranu w Polsce

Rz: Amerykanie mówią, że chcą wybudować tarczę antyrakietową, żeby chronić siebie i Europejczyków między innymi przed Iranem. Czy Iran jest zagrożeniem dla Ameryki i Europy?

HADI FARADŻWAND: Pomysł tarczy nie jest nowy. To poprawiona wersja projektu, który pojawił się już za prezydenta Reagana. Za Clintona zaczęto ponownie o nim myśleć, a decyzja o realizacji to czasy Busha. Gdy projekt powstawał, nie było jeszcze mowy o zagrożeniu ze strony Iranu. Także teraz techniczna strona projektu wyraźnie wskazuje, że służy on osiągnięciu strategicznej przewagi nad innymi krajami, prawdopodobnie Rosją i Chinami. Iran nie ma rakiet, które mogłyby razić cele w Stanach Zjednoczonych czy w Europie. To, że Amerykanie wymieniają Iran w kontekście projektu tarczy antyrakietowej, jest po prostu posunięciem propagandowym.

Teraz Iran nie ma takich rakiet. Ale Amerykanom chodzi o przeciwstawienie się temu, co będzie zagrożeniem za 10 czy 15 lat.

Iran nie ma zamiaru pracować nad tego typu pociskami czy rakietami. Mówienie o zagrożeniu w przyszłości jest nieuzasadnione.

Część amerykańskiej tarczy antyrakietowej zapewne powstanie w Polsce. Jak to wpłynie na stosunki irańsko-polskie?

Sam fakt, że Polska decyduje się na budowę systemu obrony antyrakietowej, to jej wewnętrzna sprawa. Natomiast deklaracji politycznych, że tarcza jest wymierzona przeciw Iranowi, oczywiście byśmy sobie nie życzyli. Tym bardziej że władze Polski dobrze wiedzą, że tak naprawdę ten system nie służy przeciwstawieniu się zagrożeniu ze strony Iranu.

Mówi pan, że Iran nie stanowi zagrożenia dla żadnego państwa. Jednak prezydent Ahmadineżad zapowiada wymazanie z mapy Izraela. W mediach zachodnich pojawiają się też spekulacje, że Iran ma zamiar militarnie się zaangażować w sąsiednim Iraku.

Iran w ciągu ostatnich 200 lat nigdy na nikogo nie napadł. Słowa prezydenta zostały zinterpretowane z myślą o określonym efekcie propagandowym. Jeżeli zaś chodzi o Irak, to nasza polityka nie służy żadnym innym celom niż zapewnieniu pokoju. Najlepszy dowód to przyjęcie propozycji bezpośrednich rozmów z USA poświęconych dalszej stabilizacji w Iraku.

Jak naprawdę brzmiały słowa dotyczące Izraela?

Nie było żadnych wypowiedzi sugerujących, że Iran zamierza zniszczyć Izrael czy dokonać jakiejkolwiek agresji. Z drugiej strony żaden kraj nie może przyjąć okupacji jako podstawy swego istnienia. Jesteśmy zwolennikami demokratycznego rozwiązania problemu Izraela. Polegałoby to na tym, że wszyscy mieszkający tu od pokoleń - Żydzi, muzułmanie i chrześcijanie, a także Palestyńczycy, którzy są na wygnaniu - określiliby w referendum przyszłość tego terytorium i rodzaj rządów.

Przejdźmy do irańskiego programu atomowego. Ostatnio pojawiły się doniesienia, że Teheran jest skłonny do jego spowolnienia. Czy zaczyna się zgadzać z krytyką, że program nuklearny burzy spokój w świecie?

Program atomowy Iranu ma charakter pokojowy. Potwierdzała to wielokrotnie Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej. Iran, posiadając już pokojową energię jądrową, mógłby się przyczynić do rozwoju współpracy gospodarczej w regionie. I w rezultacie do zwiększenia stabilizacji. Iran zawsze współpracował z MAEA. Kwestia spowolnienia czy zatrzymania programu z zasady nie jest rozpatrywana.

Wcześniej inspektorzy MAEA nie byli dopuszczani do obiektów atomowych w Iranie, a plomby zakładane przez Agencję były zrywane. Program atomowy Iranu w ogóle jest tajemniczy. I pewnie stąd podejrzenia, że ma cele nie tylko pokojowe.

Nie mają one zupełnie pokrycia w faktach. Iran pozwalał inspektorom Agencji na dokonywanie inspekcji w każdym miejscu, w którym sobie życzyli. Dotyczy to również miejsc o charakterze militarnym. Nasz program nuklearny jest całkowicie pod kontrolą MAEA i Iran będzie kontynuował współpracę z tą instytucją w zakresie nadzoru nad programem.

Reprezentuje pan kraj, który Amerykanie zaliczyli do osi zła, kraj, który ma wizerunek fundamentalistycznego i zagrażającego światu. Czy dyplomaci z Iranu mają w związku z tym utrudnioną pracę, czują się izolowani?

Szczycę się, że jestem przedstawicielem wielkiego kraju. W żaden sposób nie jesteśmy izolowani. Takie postrzeganie Iranu wynika z tego, że USA tak nas przedstawiają. Ale Ameryka to nie jest cały świat. Mamy dobre stosunki z wieloma państwami, rozwija się nasza współpraca gospodarcza ze wszystkimi krajami, między innymi z państwami europejskimi. Ostatnio na przykład podpisaliśmy 30-miliardowy kontrakt na dostawę gazu do Austrii.
rozmawiał Jerzy Haszczyński

Cyberterroryzm - co to jest?

Źródło: Rzeczpospolita: Uwaga na cyberterroryzm
03.07.2007

ROZMOWA Dr Agnieszka Bógdał-Brzezińska, specjalistką ds. bezpieczeństwa informacyjnego

Rz: Niedawne wydarzenia w Estonii, kiedy to przez działania hakerów na kilka tygodni zostały zablokowane internetowe strony władz Estonii, banków i mediów, to dowód, że cyberterroryzm jest realnym zagrożeniem dla bezpieczeństwa państwa?

Agnieszka Bógdał-Brzezińska: Poziom ocyfrowania społeczeństwa i organów rządowych Estonii przewyższa średnią statystyczną krajów środkowo- i wschodnioeuropejskich, a kraj ten znajduje się w elicie państw wykorzystujących najnowsze technologie. W takich przypadkach, dzięki rozbudowaniu struktury informatycznej, dokonanie ataków cybernetycznych jest łatwiejsze. Nie zdziwiło mnie więc, że wśród różnych form protestu, który wyrażali Rosjanie wobec przeniesienia pomnika żołnierzy radzieckich, użyto ataku cybernetycznego. Wiadomo było, że Estończycy są w tej sferze wrażliwi.

Na czym konkretnie polegał ten cyberatak?

Było to klasyczne blokowanie serwerów rządowych przez e-mail bombing. Nie jest to nowy środek. Już w Meksyku w latach 90. dokonywano podobnych ataków, aby zwrócić uwagę opinii publicznej na działalność partyzantów zapatystowskich w stanie Chiapas. Dokonuje się protestacyjnej inwazji e-mailowej, która blokuje przez pewien czas zaatakowane serwery.

Czym różni się ten atak od poprzednich?

Pierwsze ataki miały charakter eksperymentalny i służyły dokształcaniu się grup hakerów. Rozwój technik służących atakom cyberterrorystycznym przybierał po prostu formę “wojen hakerskich” między grupami hakerów, które próbowały zdobyć w ten sposób zarówno popularność, jak i pewne umiejętności techniczne. Atak, z jakim mieliśmy do czynienia wobec Estonii, można uznać za atak spontaniczny, nie do końca przez rząd rosyjski sterowany. Nastąpiła wtórna aktywizacja środowiska społecznego, które rękami swojej “elity technologicznej” - hakerów usiłuje dać sygnał rządowi państwa trzeciego, że polityka tego kraju godzi w interes danego społeczeństwa. Odbywa się to z pominięciem szczebla rządowego. Niektóre państwa szkolą swoich rządowych, najczęściej wojskowych, hakerów, na potrzeby serwowania ataków państwom nieprzyjacielskim i prowadzącym politykę sprzeczną z interesem narodowym kraju.

Które?

Przodują tu Chiny, które zarówno wspierają, jak i szkolą hakerów. Chińska Republika Ludowa określana jest jako cyber rogue country, czyli przestępca cybernetyczny na szczeblu państwowym. Minister bezpieczeństwa publicznego Chin Jia Chunwang stwierdził w 2002 roku, że wirus komputerowy został stworzony jako narzędzie zorganizowanego masowego ataku. Siły zbrojne Chin kształcą hakerów wojskowych dokonujących ataków na systemy rządowe innych krajów, kontestujących politykę Pekinu. Dotyczy to serwerów amerykańskich, japońskich, południowokoreańskich, ale również tajwańskich, a także ugrupowań opozycyjnych, jak ruch wolnościowy wschodniego Turkiestanu czy tybetański ruch wyzwoleńczy. Chińczycy specjalizują się w dokonywaniu ataków hakerskich w warunkach pokoju, ale pokazują w ten sposób, że są gotowi używać tych technik także w przypadku konfliktu zbrojnego.

Jakie były najbardziej znane ataki cyberterrorystyczne?

Rosja, której obywatele byli nadawcami ataku cyberterrorystycznego wobec Estonii, sama przeżyła traumatyczny eksperyment hakerów na początku 1995 roku. Doszło wówczas do zachwiania równowagi systemu bankowego Federacji Rosyjskiej. Kaukascy hakerzy - prawdopodobnie Czeczeńcy - dokonali ataków w rosyjski system finansowy, uszczuplając jego zasoby o ok. 300 mln dolarów.

Które instytucje są najbardziej narażone na ataki?

Każdy sektor infrastruktury krytycznej, czyli gospodarki i życia społecznego, który został podłączony do sieci internetowej bądź jest sterowany internetowo, może zostać zaatakowany. W przypadku systemu nawigacji ruchem lotniczym może to doprowadzić do katastrof lotniczych, a systemu elektrowni - spowodować wyłączenia prądu.

Zagrożone są bardziej państwa czy firmy prywatne, duże korporacje?

Atrakcyjniejszym dla terrorystów, bo mniej odpornym i łatwiejszym celem są państwa. Korporacje nie są częstymi adresatami ataków. Wielkie transnarodowe firmy mają bardziej kompleksowo rozwinięte systemy zabezpieczeń. Państwa mogłyby kopiować pewne rozwiązania korporacji transnarodowych i czynią to, naśladując korporacyjne doświadczenia zarządzania wiedzą.

Na czym polegają główne techniki ataków?

Najczęstsze są blokady serwerów rządowych, bo one są najbardziej spektakularne i doprowadzają do zahamowania sprawności komunikacji między urzędami. Najważniejsze jest jednak to, o czym się nie pisze, przynajmniej w USA, ataki ingerujące w zasoby informacyjne organów bezpieczeństwa i tam dokonujące mutacji i modyfikacji danych, które mogą np. w skrajnej formie doprowadzić do zablokowania kodów dostępu do rakiet balistycznych, czy sterujących bronią masowego rażenia. Informacje na ten temat nie są zbyt chętnie udostępniane i nie bywają przedmiotem badań. Kraje rozwinięte starają się je ukrywać.

Jak wygląda ustawodawstwo w sprawie walki z cyberterroryzmem?

Najbardziej interesującym osiągnięciem jest konwencja w sprawie cyberprzestępczości Rady Europy. W jej przygotowaniu brali udział nie tylko informatycy, ale i prawnicy specjalizujący się w prawie karnym komputerowym. Ciekawe są regulacje w Australii i Nowej Zelandii, które dość wcześnie zajęły się ochroną bezpieczeństwa informacyjnego i zaczęły traktować APEC jako forum dyskusji o tych kwestiach i sprzeciwiały się narzucaniu przez USA ich własnych rozwiązań. ONZ od 1999 roku corocznie publikuje rezolucje w sprawie konieczności zapobiegania cyberprzestępczości. Trudno jednak walczyć z cyberterroryzmem, dopóki cała przestrzeń Internetu nie znajdzie się pod kontrolą jakiejś agendy ONZ, czemu sprzeciwiają się niestety USA.

Niektórzy uważają, że na szczęście.

W tej materii powinno się wszystko podporządkować instytucjom współpracy wielostronnej. To, że ICANN jest kontrolerem całej przestrzeni globalnego Internetu, nie jest dobrym rozwiązaniem.

ICANN gwarantuje obecną wolność w Internecie.

Często pełna wolność i kwestia bezpieczeństwa stoją w sprzeczności.

Obrońcy wolności w Internecie uważają, że państwa podnoszą kwestię cyberterroryzmu, chcąc nałożyć kaganiec na Internet.

W USA takie obawy się pojawiają. Regulacje prawne to jednak pierwszy krok do zrozumienia i upowszechnienia świadomości zagrożeń cyberprzestępczością. Wśród decydentów politycznych ta świadomość jest bardzo mała.

Rządy walczą o jak najlepszych informatyków, którzy mają działać w interesie bezpieczeństwa informacyjnego danego kraju. Można mówić o swoistym “najemnictwie informatycznym”, używając nazewnictwa wojskowego?

Mówi się o pokojowym najemnictwie informatyków wykształconych w Indiach, zagłębiu dobrze wykształconych specjalistów. Duża ich część znajduje pracę na Zachodzie, ale mogą być także wykorzystywani przez różnorodne internetowe grupy przestępcze.

Informatycy zyskują władzę kosztem polityków?

Możemy mówić o technokracji, jako synonimie władzy, którą można wzmacniać z wykorzystaniem nowoczesnych technologii. Informatyk programista, jeżeli staje się menedżerem wiedzy, może stać się niezbędnym doradcą nowoczesnego rządu. Posiada bowiem wiedzę techniczną, której nie posiada polityk. Informatycy to przyszła, potencjalna elita polityczna.

Przyszłe wojny mogą być cyberwojnami?

To nie jest kwestia przyszłości. Wojna w Zatoce Perskiej, jak i operacje prowadzone w Kosowie miały w sobie wiele cech wojen cybernetycznych. Z jednej strony hakerskie grupy protestu umieszczały na rządowych stronach USA i Serbii apele antywojenne, a z drugiej strony media - nośnik nowoczesnych technologii, np. CNN, stawały się narzędziem propagandy prowojennej. Sojusz państw rozwiniętych technologicznie z nowymi mediami pogłębi się, a przyszłość informatyki będzie rzutować na definiowanie mocarstwowości państwa. Świat zmierza w kierunku dominacji mocarstw technologicznych i informatycznych. Według politologa amerykańskiego Josepha S. Nye’a przyszłość USA jako światowego hegemona zależy od tego, do jakiego stopnia będą one zdolne wykorzystywać nowoczesne technologie do swojej pokojowej i wojennej polityki. Działalność Chin i Rosji wskazuje także na ten kierunek.

Jak mogłaby wyglądać cyberwojna przyszłości?

Trudno zaprzeczyć zaletom wojny z dużą przewagą środków cybernetycznych. Taki konflikt niesie ze sobą mniejsze straty demograficzne i jest nieprzewidywalny w zakresie metod, które mogą zostać użyte. Trudno jednak mówić o scenariuszu takiej wojny, ale za gen. Stanisławem Koziejem mogę powtórzyć, że cyberwojny będą coraz częściej uzupełniały tradycyjne metody walki.

Możemy sobie wyobrazić, że któregoś dnia na serwerach WhiteHouse.com, CNN.com, Microsoft.com i innych ważnych serwerach amerykańskich pojawia się nagle deklaracja wypowiedzenia wojny przez jakąś nieznaną organizację, poprzez pluskwy czy wirusy przestają działać sieci telefoniczne i zakłady energetyczne, a wszystkie światła na drogach stają się zielone w jednym momencie?

Nie widzę możliwości tak skoordynowanych działań w jednym momencie i istnienia sieci podmiotów o wspólnych celach, dostatecznie wyposażonych i przeszkolonych, by mogły taką akcję przeprowadzić. Taki atak przy założeniu, że przeciwko państwu narodowemu, które ma określone terytorium i populację, występuje niezdefiniowany terytorialnie podmiot typu al Kaida i dokonuje ataku, wykorzystując tylko cyberprzestrzeń bez poparcia środków fizycznych, nie przyniósłby sukcesu na dużą skale. Wojna prowadzona przez państwa lub sojusze państw wspomagana środkami cybernetycznymi jest w przyszłości prawdopodobna. Natomiast wojna prowadzona przez organizację terrorystyczną przeciwko państwu, ograniczona tylko do przestrzeni wirtualnej byłaby mało skuteczna i dlatego jest mało prawdopodobna.

Przy dzisiejszych możliwościach technicznych, a w przyszłości?

Przyszłość to wielkie nadzieje związane z postępem technologicznym. Ale będzie ona zależeć również od rozwoju świadomości zagrożeń dla bezpieczeństwa informatycznego. Jeśli powszechną praktyką staną się narodowe programy ochrony przed cyberterroryzmem, walka w cyberprzestrzeni pozostanie nadal środkiem tylko uzupełniającym tradycyjny terroryzm. Wielką nadzieję wiążę z inicjatywami międzynarodowymi i inspirującym wpływem strategii ramowych Unii Europejskiej i ONZ w tej kwestii.
rozmawiał Konrad Rajca

Religia to opium dla ludu !!!

Źródło: Rzeczpospolita: Czy Watykan indoktrynuje dzieci?
22.06.2007

ONZ przyznała status doradczy radykalnej grupie ateistów. Według niej edukacja religijna jest łamaniem praw dziecka, a kościoły są centrami indoktrynacji

Chodzi o Centrum Śledcze (CFI), organizację, której główna siedziba znajduje się w Nowym Jorku, a poszczególne oddziały rozrzucone są niemal po całym świecie. Jej celem jest “dostarczanie racjonalnych, etycznych alternatyw dla panujących obecnie paranormalnych i religijnych systemów wartości”. W praktyce jej działalność sprowadza się do zwalczania wszelkich przejawów religii wżyciu publicznym i promocji “naukowego ateizmu”.

W październiku odbędzie się wielki zjazd przedstawicieli grupy w Pekinie. Jednym z najważniejszych punktów obrad będzie religijna edukacja dzieci. Debatę zapoczątkował prominentny działacz CFI, szef indyjskiego oddziału organizacji Innaiah Narisetti. W specjalnym dokumencie przygotowanymna zjazd stwierdza on, że religijna edukacja dzieci jest formą naruszania ich praw i, podobnie jak przemoc czy molestowanie seksualne, powinna być zabroniona.

“W takiej czy innej formie wszystkie religie naruszają prawa dzieci” - napisał Narisetti. Jego zdaniem wszelkie świątynie - kościoły, meczety czy synagogi -są niebezpiecznymi centrami indoktrynacji.

“ONZ musi zająć jasne stanowisko w sprawie przymusowego udziału dzieci w praktykach religijnych - napisał. - Musi się ująć za prawami dzieci, a nie tylko prawami rodziców i społeczeństw, które narzucają [dzieciom] religijne przekonania. ONZ musi się zastanowić, czy organizacja taka jak Watykan powinna być jej członkiem. Jeżeli tego nie zrobi, miliony dzieci będą nadal napastowane”.

Poglądy wyrażone przez Narisettiego pokrywają się ze stanowiskiem CFI. Podczas zjazdu w Pekinie grupa prawdopodobnie oficjalnie zwróci się do ONZ, aby zmieniła stanowisko w sprawie “religijnej indoktrynacji dzieci”. Sama ONZ nie chce komentować sprawy.

-Dlaczego przyznaliśmy im status doradczy? Nie mam pojęcia. Musimy to sprawdzić. Proszę napisać oficjalny list z pytaniami, odpowiedź odeślemy za dziesięć, 12 dni -powiedziała “Rz” przedstawicielka biura ONZ współpracującego z organizacjami pozarządowymi.

Sprawa wzbudziła oburzenie organizacji religijnych. -To naprawdę absurdalne, aroganckie pomysły. Ci ludzie wmawiają nam, że walczą z religią, a sami są religijnymi fanatykami. Ta religia nazywa się ateizm, a CFI usiłuje ją narzucić reszcie społeczeństwa -powiedział “Rz” John-Henry Westen, znany kanadyjski działacz katolicki.
PIOTR ZYCHOWICZ

DR PAUL KURTZ, założyciel i prezes CFI
Dzieci są jednostkami ludzkimi i muszą mieć zapewnione prawo wyboru. Rodzice nie mogą im narzucać swoich własnych przekonań. Dzieci muszą się uczyć w szkołach o zdobyczach nowoczesnej nauki. Archaiczne tezy forsowane przez instytucje religijne - na przykład kreacjonizm - są ograniczeniem tego prawa.

KIERA MCCAFFREY, nowojorska Liga Katolicka
CFI ingeruje w podstawowe prawo rodziców, jakim jest wychowanie własnych dzieci. Mamy do czynienia z grupą antyreligijnych radykałów. Znamy ich bardzo dobrze. W zeszłym roku prowadzili kampanię wymierzoną w obchody Bożego Narodzenia. Oni boją się Watykanu i dlatego chcą się go pozbyć z ONZ.

Globalne ocieplenie - czyli bujdy pseudoekologów

Źródło: Rzeczpospolita: Amok klimatyczny
30.05.2007

Globalne ocieplenie to poważny problem, słyszymy, i powiedzmy, że i z tym można się zgodzić. Manipulacja zaczyna się w momencie, gdy do owych dwóch stwierdzeń dochodzi trzecie - że globalne ocieplenie to efekt działalności człowieka. Wielu klimatologów podaje to w wątpliwość i ich argumenty trafiają do przekonania. W czasach Jagiełły w Polsce uprawiano winorośl - pozostały po tym nazwy miejscowości jak Łagiewniki czy Winiary (zresztą uprawiano ją wtedy nawet w Anglii). Z kolei w czasach Jana Chryzostoma Paska zimą Bałtyk zamarzał tak, że budowano na nim karczmy dla podróżnych. A potem znowu się ociepliło. A przecież przez wszystkie te wieki emisja do atmosfery dwutlenku węgla, spowodowana działalnością człowieka, była znikoma. Zresztą nadal taka pozostaje: jeden wybuch wulkanu wyrzuca w atmosferę tyle gazów cieplarnianych, ile cała światowa gospodarka wytwarza w ciągu trzech lat.

Tak twierdzą klimatolodzy, ale to nie klimatolodzy mają w tej sprawie głos - rej wiodą działacze zielonych, politycy i media. Robienie histerii wokół protokołu z Kioto jest wygodne dla wielu środowisk. Intelektualne salony mają jeszcze jeden powód, by nienawidzić kapitalizmu i Ameryki, biznes ma argument, by klienci wyrzucali jeszcze niezużyte dobra i kupowali nowe, “energooszczędne”, bogate kraje zaś - możliwość dławienia rozwoju krajów biedniejszych limitami emisji spalin, by nie mogły one zagrozić ich socjalnemu ciepełku. No, a dla mediów histeria jest po prostu żywiołem. Kto by psuł tak świetną zabawę, dopuszczając do głosu sceptycznych naukowców?

Wobec masowej histerii jesteśmy bezsilni, co nie znaczy, że należy się w nią włączać, jak się zdarzyło właśnie kolegom z “Dziennika”. Dlaczego, pyta retorycznie jego redaktor naczelny, gazeta nieulegająca modom politycznej poprawności rozpoczyna kampanię przeciwko globalnemu ociepleniu? Hm, może: dlatego, że właśnie zaczęła im ulegać?
Rafał Ziemkiewicz

Zabójcze pigułki własnej roboty - eutanazja w Australii

Źródło: Rzeczpospolita: Zabójcze pigułki własnej roboty
09.05.2007

Zmęczeni życiem emeryci zakładają na tyłach domów tajne laboratoria, podała telewizja ABC. Produkują w nich pigułki, które mają posłużyć im do eutanazji

Bron Norman z Noose w stanie Queensland ma 64 lata i, jak zapewnia, jest w doskonałej formie. - Nie planuję umrzeć co najmniej przez następne 20 lat - mówi “Rzeczpospolitej”. Jest samotna, w niewielkim domku na australijskiej prowincji mieszka tylko z wielkim owczarkiem.

Pomimo że nic jej nie dolega, na wszelki wypadek chce mieć “polisę ubezpieczeniową”. Właśnie dlatego wraz z grupą 20 innych starszych ludzi założyła tajne, przydomowe laboratorium, w którym wyprodukowała nembutal. Bardzo silną truciznę używaną zazwyczaj przez weterynarzy do usypiania zwierząt.

Umrzeć z godnością

Kiedy planuje zażyć tabletkę? -W dniu, w którym się obudzę i poczuję, że nie mam już siły żyć. Że cierpię tak strasznie, że dalsza egzystencja będzie pozbawiona sensu - podkreśla. Drżącym głosem przypomina historię swojego ojca, który w 1971 roku w straszliwych męczarniach umierał na raka. - Chcę odejść z godnością -mówi.

Grupa zdecydowała się ujawnić swoją działalność w programie telewizyjnym ABC. Australijczycy byli zszokowani. - Ci szaleńcy niczym nie różnią się od ludzi, którzy w prywatnych laboratoriach produkują narkotyki. I tak jak producenci narkotyków powinni być surowo karani - powiedział “Rz” przedstawiciel australijskiej organizacji Prawo do Życia.

Represyjne państwo

Za nielegalne posiadanie nembutalu można w Australii trafić na dwa lata do więzienia. Policja już wszczęła śledztwo w sprawie tajnych laboratoriów. - Oczywiście boję się iść do więzienia, ale mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. Uważam, że nie zrobiłam nic złego. Mam prawo do decydowania o własnym życiu i śmierci - podkreśla Bron Norman.

Dlaczego grupa zdecydowała się na ujawnienie szczegółów swojej działalności? Jak twierdzą jej członkowie, chcieli w ten sposób zwrócić uwagę opinii publicznej na potrzebę legalizacji eutanazji. Uważają się za ofiary represyjnego systemu “kierowanego przez polityków i księży”, który odmawia ludziom prawa do decydowania o własnej śmierci. - To się musi zmienić -mówią.

Zdaniem międzynarodowej organizacji Exit, która walczy o legalizację eutanazji i uczy starszych ludzi, w jaki sposób bezboleśnie popełnić samobójstwo, zainteresowanie stworzeniem podobnych laboratoriów wyraziło już około 800 starszych osób w całej Australii. W najbliższym czasie mają powstać cztery takie ośrodki: w Sydney, Melbourne, Perth i Wollongong.

Kolejne 100 osób, odpowiednio poinstruowanych przez szefa organizacji Exit dr. Philipa Nitschkego, przywiozło nembutal z Meksyku. Tam truciznę można bowiem kupić legalnie. Na razie nie wiadomo, ile osób już zażyło pigułkę (podaje się ją rozpuszczoną wpłynie).

W Australii zażarta debata na temat eutanazji toczy się od 1996 roku, gdy lokalny rząd Terytorium Północnego zgodził się na jej zalegalizowanie. Pół roku później federalny parlament zakwestionował tę decyzję i “śmierć na życzenie” znowu stała się nielegalna.

Pracujący w jednym z tamtejszych szpitali Philip Nitschke zdążył jednak pomóc w samobójstwie czterem osobom. Od tego czasu Doktor Śmierć - jak go nazwano -promuje na całym świecie eutanazję. Z powodu ograniczonego dostępu do nembutalu opracował specjalny przyrząd do eutanazji -plastikową torbę, którą wkłada się na głowę i wypełnia gazem.
Piotr Zychowicz

Powiedzieli “Rzeczpospolitej”
dr Philip Nitschke przewodniczący organizacji Exit

Inicjatywa tych ludzi jest imponująca. To naprawdę wspaniałe, że mają odwagę, by wytwarzać pigułki. Państwo ich zawiodło i wzięli sprawy w swoje ręce. Oczywiście jak ktoś bardzo chce umrzeć, to zawsze może wyskoczyć z okna czy rzucić się pod pociąg. Każdy powinien jednak mieć zapewnione prawo do spokojnej, kontrolowanej śmierci. Spodziewam się, że grupa tych odważnych ludzi będzie miała kłopoty z prawem, ale nie sądzę, żeby im coś udowodniono. Muszą dobrze schować tabletki i inne dowody i wszystko będzie w porządku.

Margaret Tighe szefowa grupy Prawo do Życia

Oni są niespełna rozumu. Jak myślę o tym, że ci starsi ludzie produkują gdzieś w domach śmiertelną truciznę, ogarnia mnie przerażenie. Za całą sprawą stoi oczywiście Nitschke. On jest niebezpieczny dla otoczenia. Gdy miał 16 lat, próbował udusić, a potem zarżnął nożem psa sąsiadów. Myślę, że cierpi na jakąś chorobliwą fascynację śmiercią. Według niego eutanazja powinna być dostępna nie tylko dla śmiertelnie chorych, cierpiących, ale dla wszystkich, którzy mają taki kaprys. Na przykład nastolatków w depresji.

« Poprzednia stronaNastępna strona »


Nowe artykuły na email

Kliknij poniższy link i zapisz się, a będziesz otrzymywał nowe artykuły na email:

ZAPISUJE SIĘ >>

 

październik 2008
P W Ś C P S N
« wrz    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Statystyka

  • 330,822 odwiedzin