Archiwum kategorii 'Terroryzm' Category

Islamiści we Włoszech

Źródło: Rzeczpospolita: Włoska szkoła zamachowców
23.07.2007

Szkołę zlikwidowali w sobotę włoscy policjanci. Śledztwo toczyło się od listopada 2006 roku. Podsłuch i kamery włoskie służby zainstalowały w meczecie, a raczej liczącym 60 metrów kwadratowych domu modlitwy na przedmieściach Perugii w Ponte Felcino.

Chodzi o niewinnie wyglądające mieszkanie na parterze tuż obok siedziby partii socjalistycznej z jednej, a ośrodkiem zdrowia z drugiej strony. Policjanci podsłuchiwali również telefony komórkowe pochodzącego z Maroka imama Mustafy el Krochiego i jego pretorianów. Okazało się, że w domu modlitwy poza godzinami przeznaczonymi na rozmowy o Allahu imam prowadził również zajęcia, które trudno nazwać inaczej jak “szkołą terroryzmu”. Najważniejsze włoskie dzienniki w niedzielę takim właśnie tytułem opatrzyły pierwsze trzy strony swoich doniesień na ten temat.

Zajęcia z teorii i praktyki terroru

El Krochi, z zawodu murarz, ma 41 lat. We w Włoszech mieszka od 1989 roku. Ma marokańską żonę i trójkę dzieci. Od pięciu lat jest imamem w domu modlitwy. Włoskie służby walczące z terroryzmem zauważyły, że szczególnie interesuje się stronami internetowymi islamskich fanatyków, a kiedy w ubiegłym roku wyjechał na chwilę do Maroka i po powrocie niesłychanie się internetowo uaktywnił, założono mu wszelkie możliwe podsłuchy. Okazało się, że imam najpierw ściągał ze stron integralistów wszelkie możliwe teksty i filmy, a potem sporządzał z nich podpórkę swoich kazań i wykładów. Podczas spełniania swoich religijnych obowiązków miał się na baczności, ale potem, w pomieszczeniu obok, prowadził zajęcia z teorii i praktyki terroryzmu.

“Wszyscy muzułmanie wejdą do raju, natomiast włoscy niewierni będą się smażyć w piekle, a tych wszystkich, którzy nie rozumieją naszej religii, należy poddać torturom” -opowiadał imam. Dużo czasu poświęcał też opowieściom o “stanowiącym uosobienie szatana” amerykańskim prezydencie George’u W. Bushu i konieczności wymordowania wszystkich Żydów. Wykładom ideologiczno-religijnym towarzyszyły zajęcia praktyczne. Tu słuchacze akademii zbrodni mogli usłyszeć, jak te cele osiągnąć. Imam pokazywał filmy instruujące, jak zrobić bombę ze składników, które można kupić w sklepach oraz gdzie i jak najlepiej ją podłożyć: w supermarkecie, na przystanku autobusowym czy też w samolocie. Ba! Przełożony domu modlitwy organizował nawet kursy walki wręcz.

Imam do dzieci: atakujcie włoskich rówieśników

Jednak największe oburzenie Włochów wzbudziło to, co imam opowiadał i pokazywał muzułmańskim dzieciom islamskich rodzin w Perugii. Zainstalowane kamery włoskich służb specjalnych zarejestrowały taki fragment kazania: “Macie atakować swoich włoskich rówieśników, aż uznają waszą wyższość, aż wypłynie z nich ostatnia kropla krwi. Musicie zademonstrować swoją wyższość nad chrześcijanami i Żydami!”. El Krochi pokazywał również dzieciom, w tym własnej kilkuletniej córce, ściągnięte z Internetu filmy z egzekucji “niewiernych” w Iraku lub Afganistanie, komentując: “Zabij go! O, tak! Allah jest wielki!”.

Imama i jego dwóch najbliższych współpracowników aresztowano. Włoskie służby uznały, że czas działać, bowiem w domu modlitwy w Perugii znajdowały się już składniki do skonstruowania bomb oraz zapalniki. Kolejnych kilkunastu Arabów jest poszukiwanych. Analiza połączeń telefonicznych wskazuje, że imam z Perugii miał kontakt z iracką Faludżą oraz z jednym z zamachowców z madryckiego metra. Co gorsza, nie do końca wiadomo, czy islamiści z Perugii to lokalni zeloci islamskiej wojny, czy element wielkiego międzynarodowego spisku.

Włochów szczególnie przeraża to, że imam el Krochi stał się wojownikiem świętej islamskiej wojny, mimo że mieszka we Włoszech od 18 lat. Już pojawiły się głosy włoskich mediów i wielu polityków, by przestać finansować włoskie meczety, domy modlitwy i centra kultury islamskiej, bo są to w gruncie rzeczy tykające bomby zegarowe.

A jest ich w sumie, oczywiście tylko tych legalnych, 696. Liczbę wyznawców islamu we Włoszech szacuje się na 800 tysięcy (w tym10 tys. rodowitych Włochów, a najczęściej Włoszek), ale co najmniej pół miliona, w tym poszukiwani przez włoskie służby wykładowcy i studenci terrorystycznej szkoły w Perugii, przebywa we Włoszech nielegalnie.

W związku z oskarżeniem o działalność terrorystyczną od zamachów z 2 września aresztowano we Włoszech blisko 300 osób pochodzących z krajów islamskich. Większość wydalono, a skazano ponad 50 osób.
PIOTR KOWALCZUK z Rzymu

Pranie mózgów skutecznie zmienia ludzi w zabójców

Bardzo trudno jest nam walczyć z islamskimi fanatykami, którzy zagrażają naszemu życiu i swobodom obywatelskim, z dwóch przede wszystkim powodów. Po pierwsze - świat polityki, intelektualiści i dziennikarze wciąż tłumaczą i usprawiedliwiają coraz częstsze seanse nienawiści świętą zasadą swobody wypowiedzi. Po drugie - trudno nam zrozumieć, że prawdziwą bronią globalnego islamskiego terroryzmu nie są ładunki wybuchowe ani pistolety, tylko pranie mózgów, które przekształca słuchaczy w roboty śmierci.

Jeśli chodzi o Ponte Felcino, gdzie działała rozbita przez policję szkoła terroryzmu, tylko dwa procent z 5 tysięcy mieszkańców dzielnicy jest Włochami. Zgadzając się na istnienie tego typu gett, sami się prosimy o kłopoty.

Magdi Allam jest muzułmaninem, zastępcą redaktora naczelnego dziennika “Corriere della Sera”

Cyberterroryzm - co to jest?

Źródło: Rzeczpospolita: Uwaga na cyberterroryzm
03.07.2007

ROZMOWA Dr Agnieszka Bógdał-Brzezińska, specjalistką ds. bezpieczeństwa informacyjnego

Rz: Niedawne wydarzenia w Estonii, kiedy to przez działania hakerów na kilka tygodni zostały zablokowane internetowe strony władz Estonii, banków i mediów, to dowód, że cyberterroryzm jest realnym zagrożeniem dla bezpieczeństwa państwa?

Agnieszka Bógdał-Brzezińska: Poziom ocyfrowania społeczeństwa i organów rządowych Estonii przewyższa średnią statystyczną krajów środkowo- i wschodnioeuropejskich, a kraj ten znajduje się w elicie państw wykorzystujących najnowsze technologie. W takich przypadkach, dzięki rozbudowaniu struktury informatycznej, dokonanie ataków cybernetycznych jest łatwiejsze. Nie zdziwiło mnie więc, że wśród różnych form protestu, który wyrażali Rosjanie wobec przeniesienia pomnika żołnierzy radzieckich, użyto ataku cybernetycznego. Wiadomo było, że Estończycy są w tej sferze wrażliwi.

Na czym konkretnie polegał ten cyberatak?

Było to klasyczne blokowanie serwerów rządowych przez e-mail bombing. Nie jest to nowy środek. Już w Meksyku w latach 90. dokonywano podobnych ataków, aby zwrócić uwagę opinii publicznej na działalność partyzantów zapatystowskich w stanie Chiapas. Dokonuje się protestacyjnej inwazji e-mailowej, która blokuje przez pewien czas zaatakowane serwery.

Czym różni się ten atak od poprzednich?

Pierwsze ataki miały charakter eksperymentalny i służyły dokształcaniu się grup hakerów. Rozwój technik służących atakom cyberterrorystycznym przybierał po prostu formę “wojen hakerskich” między grupami hakerów, które próbowały zdobyć w ten sposób zarówno popularność, jak i pewne umiejętności techniczne. Atak, z jakim mieliśmy do czynienia wobec Estonii, można uznać za atak spontaniczny, nie do końca przez rząd rosyjski sterowany. Nastąpiła wtórna aktywizacja środowiska społecznego, które rękami swojej “elity technologicznej” - hakerów usiłuje dać sygnał rządowi państwa trzeciego, że polityka tego kraju godzi w interes danego społeczeństwa. Odbywa się to z pominięciem szczebla rządowego. Niektóre państwa szkolą swoich rządowych, najczęściej wojskowych, hakerów, na potrzeby serwowania ataków państwom nieprzyjacielskim i prowadzącym politykę sprzeczną z interesem narodowym kraju.

Które?

Przodują tu Chiny, które zarówno wspierają, jak i szkolą hakerów. Chińska Republika Ludowa określana jest jako cyber rogue country, czyli przestępca cybernetyczny na szczeblu państwowym. Minister bezpieczeństwa publicznego Chin Jia Chunwang stwierdził w 2002 roku, że wirus komputerowy został stworzony jako narzędzie zorganizowanego masowego ataku. Siły zbrojne Chin kształcą hakerów wojskowych dokonujących ataków na systemy rządowe innych krajów, kontestujących politykę Pekinu. Dotyczy to serwerów amerykańskich, japońskich, południowokoreańskich, ale również tajwańskich, a także ugrupowań opozycyjnych, jak ruch wolnościowy wschodniego Turkiestanu czy tybetański ruch wyzwoleńczy. Chińczycy specjalizują się w dokonywaniu ataków hakerskich w warunkach pokoju, ale pokazują w ten sposób, że są gotowi używać tych technik także w przypadku konfliktu zbrojnego.

Jakie były najbardziej znane ataki cyberterrorystyczne?

Rosja, której obywatele byli nadawcami ataku cyberterrorystycznego wobec Estonii, sama przeżyła traumatyczny eksperyment hakerów na początku 1995 roku. Doszło wówczas do zachwiania równowagi systemu bankowego Federacji Rosyjskiej. Kaukascy hakerzy - prawdopodobnie Czeczeńcy - dokonali ataków w rosyjski system finansowy, uszczuplając jego zasoby o ok. 300 mln dolarów.

Które instytucje są najbardziej narażone na ataki?

Każdy sektor infrastruktury krytycznej, czyli gospodarki i życia społecznego, który został podłączony do sieci internetowej bądź jest sterowany internetowo, może zostać zaatakowany. W przypadku systemu nawigacji ruchem lotniczym może to doprowadzić do katastrof lotniczych, a systemu elektrowni - spowodować wyłączenia prądu.

Zagrożone są bardziej państwa czy firmy prywatne, duże korporacje?

Atrakcyjniejszym dla terrorystów, bo mniej odpornym i łatwiejszym celem są państwa. Korporacje nie są częstymi adresatami ataków. Wielkie transnarodowe firmy mają bardziej kompleksowo rozwinięte systemy zabezpieczeń. Państwa mogłyby kopiować pewne rozwiązania korporacji transnarodowych i czynią to, naśladując korporacyjne doświadczenia zarządzania wiedzą.

Na czym polegają główne techniki ataków?

Najczęstsze są blokady serwerów rządowych, bo one są najbardziej spektakularne i doprowadzają do zahamowania sprawności komunikacji między urzędami. Najważniejsze jest jednak to, o czym się nie pisze, przynajmniej w USA, ataki ingerujące w zasoby informacyjne organów bezpieczeństwa i tam dokonujące mutacji i modyfikacji danych, które mogą np. w skrajnej formie doprowadzić do zablokowania kodów dostępu do rakiet balistycznych, czy sterujących bronią masowego rażenia. Informacje na ten temat nie są zbyt chętnie udostępniane i nie bywają przedmiotem badań. Kraje rozwinięte starają się je ukrywać.

Jak wygląda ustawodawstwo w sprawie walki z cyberterroryzmem?

Najbardziej interesującym osiągnięciem jest konwencja w sprawie cyberprzestępczości Rady Europy. W jej przygotowaniu brali udział nie tylko informatycy, ale i prawnicy specjalizujący się w prawie karnym komputerowym. Ciekawe są regulacje w Australii i Nowej Zelandii, które dość wcześnie zajęły się ochroną bezpieczeństwa informacyjnego i zaczęły traktować APEC jako forum dyskusji o tych kwestiach i sprzeciwiały się narzucaniu przez USA ich własnych rozwiązań. ONZ od 1999 roku corocznie publikuje rezolucje w sprawie konieczności zapobiegania cyberprzestępczości. Trudno jednak walczyć z cyberterroryzmem, dopóki cała przestrzeń Internetu nie znajdzie się pod kontrolą jakiejś agendy ONZ, czemu sprzeciwiają się niestety USA.

Niektórzy uważają, że na szczęście.

W tej materii powinno się wszystko podporządkować instytucjom współpracy wielostronnej. To, że ICANN jest kontrolerem całej przestrzeni globalnego Internetu, nie jest dobrym rozwiązaniem.

ICANN gwarantuje obecną wolność w Internecie.

Często pełna wolność i kwestia bezpieczeństwa stoją w sprzeczności.

Obrońcy wolności w Internecie uważają, że państwa podnoszą kwestię cyberterroryzmu, chcąc nałożyć kaganiec na Internet.

W USA takie obawy się pojawiają. Regulacje prawne to jednak pierwszy krok do zrozumienia i upowszechnienia świadomości zagrożeń cyberprzestępczością. Wśród decydentów politycznych ta świadomość jest bardzo mała.

Rządy walczą o jak najlepszych informatyków, którzy mają działać w interesie bezpieczeństwa informacyjnego danego kraju. Można mówić o swoistym “najemnictwie informatycznym”, używając nazewnictwa wojskowego?

Mówi się o pokojowym najemnictwie informatyków wykształconych w Indiach, zagłębiu dobrze wykształconych specjalistów. Duża ich część znajduje pracę na Zachodzie, ale mogą być także wykorzystywani przez różnorodne internetowe grupy przestępcze.

Informatycy zyskują władzę kosztem polityków?

Możemy mówić o technokracji, jako synonimie władzy, którą można wzmacniać z wykorzystaniem nowoczesnych technologii. Informatyk programista, jeżeli staje się menedżerem wiedzy, może stać się niezbędnym doradcą nowoczesnego rządu. Posiada bowiem wiedzę techniczną, której nie posiada polityk. Informatycy to przyszła, potencjalna elita polityczna.

Przyszłe wojny mogą być cyberwojnami?

To nie jest kwestia przyszłości. Wojna w Zatoce Perskiej, jak i operacje prowadzone w Kosowie miały w sobie wiele cech wojen cybernetycznych. Z jednej strony hakerskie grupy protestu umieszczały na rządowych stronach USA i Serbii apele antywojenne, a z drugiej strony media - nośnik nowoczesnych technologii, np. CNN, stawały się narzędziem propagandy prowojennej. Sojusz państw rozwiniętych technologicznie z nowymi mediami pogłębi się, a przyszłość informatyki będzie rzutować na definiowanie mocarstwowości państwa. Świat zmierza w kierunku dominacji mocarstw technologicznych i informatycznych. Według politologa amerykańskiego Josepha S. Nye’a przyszłość USA jako światowego hegemona zależy od tego, do jakiego stopnia będą one zdolne wykorzystywać nowoczesne technologie do swojej pokojowej i wojennej polityki. Działalność Chin i Rosji wskazuje także na ten kierunek.

Jak mogłaby wyglądać cyberwojna przyszłości?

Trudno zaprzeczyć zaletom wojny z dużą przewagą środków cybernetycznych. Taki konflikt niesie ze sobą mniejsze straty demograficzne i jest nieprzewidywalny w zakresie metod, które mogą zostać użyte. Trudno jednak mówić o scenariuszu takiej wojny, ale za gen. Stanisławem Koziejem mogę powtórzyć, że cyberwojny będą coraz częściej uzupełniały tradycyjne metody walki.

Możemy sobie wyobrazić, że któregoś dnia na serwerach WhiteHouse.com, CNN.com, Microsoft.com i innych ważnych serwerach amerykańskich pojawia się nagle deklaracja wypowiedzenia wojny przez jakąś nieznaną organizację, poprzez pluskwy czy wirusy przestają działać sieci telefoniczne i zakłady energetyczne, a wszystkie światła na drogach stają się zielone w jednym momencie?

Nie widzę możliwości tak skoordynowanych działań w jednym momencie i istnienia sieci podmiotów o wspólnych celach, dostatecznie wyposażonych i przeszkolonych, by mogły taką akcję przeprowadzić. Taki atak przy założeniu, że przeciwko państwu narodowemu, które ma określone terytorium i populację, występuje niezdefiniowany terytorialnie podmiot typu al Kaida i dokonuje ataku, wykorzystując tylko cyberprzestrzeń bez poparcia środków fizycznych, nie przyniósłby sukcesu na dużą skale. Wojna prowadzona przez państwa lub sojusze państw wspomagana środkami cybernetycznymi jest w przyszłości prawdopodobna. Natomiast wojna prowadzona przez organizację terrorystyczną przeciwko państwu, ograniczona tylko do przestrzeni wirtualnej byłaby mało skuteczna i dlatego jest mało prawdopodobna.

Przy dzisiejszych możliwościach technicznych, a w przyszłości?

Przyszłość to wielkie nadzieje związane z postępem technologicznym. Ale będzie ona zależeć również od rozwoju świadomości zagrożeń dla bezpieczeństwa informatycznego. Jeśli powszechną praktyką staną się narodowe programy ochrony przed cyberterroryzmem, walka w cyberprzestrzeni pozostanie nadal środkiem tylko uzupełniającym tradycyjny terroryzm. Wielką nadzieję wiążę z inicjatywami międzynarodowymi i inspirującym wpływem strategii ramowych Unii Europejskiej i ONZ w tej kwestii.
rozmawiał Konrad Rajca

Ekoterroryści przed sądem

Źródło: Rzeczpospolita: USA: ekoterroryści przed sądem
30.05.2007

W Oregonie kończy się precedensowy proces ekosabotażystów. - To społeczni aktywiści, którzy nieco przesadzili - oburzają się obrońcy praw człowieka

Suzanne Savoie i Kendall Tankersley, które jutro staną przed sądem, prawdopodobnie zapłacą za miłość do natury więzieniem. Obie panie należą do grupy młodych bojowników oprawa zwierząt i czyste środowisko, zwących się swojsko Rodziną. W latach 1995 - 2001 Rodzina przeprowadziła ponad 20 ataków -głównie podpaleń - na zakłady mięsne, salony samochodowe i centra badawcze w kilku stanach. Gwoździem programu był spektakularny pożar ośrodka narciarskiego w Kolorado. Straty spowodowane przez Rodzinę szacuje się na ponad 40 mln dolarów. Część ataków skierowana była przeciw obiektom rządowym, jak biura administracji lasów. Celem było zmuszenie władz do dbałości o przyrodę. Od zeszłego tygodnia sąd federalny w Eugene wydaje wyroki na kolejnych członków Rodziny. Są traktowani jak terroryści.

Uczucie desperacji

Obrońcy protestują, wskazując, że w atakach nikt nie ucierpiał. Dla rządu nie ma to znaczenia.

-To, że nikt nie zginął czy nie został ranny, było szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Mamy do czynienia z klasycznym terroryzmem -powtarzał podczas procesu prokurator Stephen Peifer. Sąd przychylił się do jego opinii i uznał oskarżonych za terrorystów.

Normalnie za tego rodzaju przestępstwa grozi kara paru lat więzienia, jednak w zeszłym tygodniu liderzy Rodziny Stanislaus Meyerhoff i Kevin Tubbs dostali 13 i 12 lat - i to tylko dzięki współpracy śledztwie (groziło im dożywocie).

“Kevin Tubbs nie jest terrorystą”, napisał w piśmie do sądu obrońca, dodając, że czyny oskarżonego motywowane były miłością do zwierząt i desperacją.

-Nigdy dotąd nie zdarzało się, by zastosowano przepisy o terroryzmie w sprawach niezwiązanych z atakami na ludzi - mówi “Rz” Lauren Regan, obrończyni praw człowieka zaangażowana w sprawę Rodziny.- Jeśli każdy może być terrorystą, nikt nie jest terrorystą.

Obrońcy praw człowieka uważają, że Rodzina padła ofiarą narastających za administracji George’a W. Busha prześladowań działaczy politycznych.

Zielona gorączka

Mówią o tzw. zielonej gorączce, wskazując na projekt ustawy wniesiony niedawno pod obrady Kongresu przez potężne lobby mięsne. Jeśli stanie się on prawem, za akt terrorystyczny uznać będzie można wszelkie “działania prowadzące do znaczących strat materialnych” w przedsiębiorstwach “sektora zwierzęcego” czy “wywołanie racjonalnej obawyo życie lub zdrowie” u osób w nich pracujących.

Większość ataków Rodzina przeprowadzała w imieniu Frontu Wyzwolenia Ziemi (ELF) i Frontu Wyzwolenia Zwierząt (ALF). To okoliczność obciążająca. ELF i ALF to bowiem ruchy przypominające nieco islamskie organizacje terrorystyczne. Pozbawione oficjalnych struktur i wyraźnej hierarchii, działają dzięki pieniądzom anonimowych zamożnych sponsorów, przy wsparciu rzeszy zwolenników. Niczym w al Kaidzie spontanicznie powstają świetnie zorganizowane grupy bojowników za sprawę. Takie jak Rodzina.

Meyerhoff sporządził podręcznik “Wzniecanie pożarów za pomocą zapalników elektrycznych - przewodnik Frontu Wyzwolenia Ziemi”. Ekosabotażyści dokładnie planowali akcje, doszli niemal do perfekcji w zacieraniu śladów. Dlatego przez parę lat agenci FBI nie byli w stanie rozgryźć Rodziny.

Według FBI komórki ALF i ELF to “najbardziej aktywne kryminalne elementy ekstremistyczne” w USA. Liga przeciw Zniesławieniu, żydowska organizacja monitorująca przejawy ekstremizmu w Ameryce, donosi o postępującej radykalizacji ruchu. Przykład: przeciwnicy używania zwierząt do badań laboratoryjnych. - Z moralnego punktu widzenia do rozwiązania tego problemu można stosować wszelkie dostępne środki - stwierdził podczas wystąpienia przed jedną z komisji Kongresu rzecznik Wyzwolenia Zwierząt Ameryki Północnej Jerry Vlasak. Napytanie, czy za taki środek uważa zabijanie ludzi, Vlasak nie odpowiedział.
PIOTR GILLERT z Waszyngtonu

Powiedzieli “Rz”
FRED BURTON, analityk Stratfor, były oficer FBI

Tych ludzi nie można traktować jak zwyczajnych kryminalistów - złodziei, rabusiów czy podpalaczy. Są motywowani celami politycznymi i stosują przemoc do ich realizacji. Ich ataki skierowane były przeciw obiektom i instytucjom rządu USA. Co więcej, byli w stanie stworzyć wyjątkowo dobrze zorganizowane struktury. Trudno je porównać do struktur mafijnych, bo mafia zajmuje się własnymi interesami gospodarczymi, a nie prowadzi wojny z rządem. Widzimy wyraźnie, że Rodzina niewiele różni się od włoskich Czerwonych Brygad czy niemieckiej Frakcji Czerwonej Armii. Traktowanie jej jak terrorystów jest jak najbardziej uzasadnione. Nie zgadzam się z twierdzeniami, że za administracji Busha doszło do zaostrzenia działań wymiaru sprawiedliwości wobec działaczy politycznych. Po prostu grupy atakujące interesy rządu federalnego są ścigane i sądzone na mocy prawa federalnego, które jest bardziej rygorystyczne. A gdy śledztwem zajmuje się nie lokalny szeryf, lecz FBI, materiał dowodowy jest zwykle wyższej jakości, a więc i bardziej obciążający.
ALEJANDRO QUERAL, dyrektor Ośrodka Praw Konstytucyjnych Północnego Zachodu

Definicja terroryzmu została znacznie rozszerzona od czasu dojścia do władzy Busha. Aby jakiś czyn został zaliczony do tej kategorii, niekonieczne jest zagrożenie ludzkiego życia. Ludzie, o których tu mówimy, nie chcą nikogo krzywdzić, tylko wysłać opinii publicznej sygnał, zwrócić jej uwagę na pewien poważny problem. Taka postawa wpisuje się w amerykańską tradycję - wystarczy wspomnieć obywatelskie nieposłuszeństwo stosowane przez działaczy na rzecz równouprawnienia czarnych w zeszłym stuleciu. Oczywiście w tym konkretnym przypadku mamy do czynienia z aktami wandalizmu, które powinny być ukarane. Ale adekwatnie do winy! Sprawa Rodziny to część szerszego problemu - narastającego prześladowania politycznych aktywistów, nie tylko ekologów. Surowe wyroki w tym procesie będą dla nich istotnym ostrzeżeniem: za akty obywatelskiego nieposłuszeństwa każdy będzie mógł być sądzony jako terrorysta.

Wyroki dla ekoterrorystów

Źródło: Rzeczpospolita: Wyroki dla ekoterrorystów
08.03.2007

Grupa brytyjskich obrońców praw zwierząt została skazana za “kampanię zastraszania”. Ekologów potraktowano jak zorganizowaną grupę przestępczą.

Celem jej ataków były firmy i organizacje współpracujące z ich głównym wrogiem: Huntingdon Life Sciences (HLS), która prowadzi eksperymenty na zwierzętach. Członkowie grupy wdzierali się do biur tej instytucji ubrani w maski imitujące trupie czaszki. Wykrzykując: “Mordercy!”, robili pracownikom zdjęcia, które umieszczali później na stronach internetowych. W ten sposób chcieli zniechęcić firmy do współpracy z HLS i w rezultacie zmusić ją do zawieszenia działalności.

Sąd uznał ich za niebezpiecznych ekstremistów i skazał trójkę organizatorów akcji na kary od 15 miesięcy do czterech lat pozbawienia wolności. Jest wśród nich kobieta, matka pięciorga dzieci.

Sprawę potraktowano bardzo poważnie, ponieważ do ataków ekoterrorystów dochodzi w Wielkiej Brytanii coraz częściej. -Nie możemy pozwolić, by grupa ekstremistów zagroziła badaniom naukowym, które przyczyniają się do ratowania milionów istnień ludzkich -powiedział cytowany przez “Daily Telegraph” brytyjski minister handlu i przemysłu Alistair Darling.

Przedstawiciele HLS podkreślają, że badania prowadzone w instytucie są całkowicie zgodne z prawem zarówno brytyjskim, jak i europejskim.

-Mamy do czynienia z niewyobrażalną hipokryzją. Ekolodzy, powołując się na dobro zwierząt, krzywdzą ludzi. Nie mają też nic przeciwko temu, by w codziennym życiu korzystać z efektów naszych badań - powiedział “Rzeczpospolitej” pragnący zachować anonimowość pracownik HLS.

Tłumaczy, że nie chce podać swojego nazwiska, ponieważ w przeszłości “wielokrotnie grożono jemu i jego dzieciom”. -Ekoterroryści stanowią coraz większe zagrożenie. Miejmy nadzieję, że wczorajszy wyrok podziała odstraszająco na innych “bojowników o prawa zwierząt” -podkreślił.

Przedstawiciele grupy ekologicznej Stop Huntingdon Animal Cruelty (SHAC), do której należeli skazani, nie zgodzili się na rozmowę z”Rzeczpospolitą”.

Lewica żąda zwolnienia terrorystów

Źródło: Rzeczpospolita: Prawdziwy bojownik nie zna skruchy
28.02.2007

FRANCJA Lewica żąda zwolnienia terrorystów

Miesiąc solidarności ze skazanymi na dożywocie członkami grupy terrorystycznej Action Directe (Akcja Bezpośrednia) ogłosiły dwie francuskie organizacje lewicowe. Domagają się uwolnienia więźniów.

Tydzień temu przypadła 20. rocznica rozbicia Action Directe przez oddziały antyterrorystyczne. Z tej okazji związane ze skrajną lewicą stowarzyszenia Nie Pozwólmy i Aktywna Obrona zorganizowały demonstracje przed więzieniami w Pirenejach, Alzacji i w pobliżu Calais.

Przebywają tam - celowo rozdzieleni -założyciele AD: Jean-Marc Rouillan, Georges Cipriani i Nathalie Menigon. Zostali oni dwukrotnie skazani na dożywocie za zamordowanie w połowie lat 80. generała René Audrana i prezesa koncernu Renault Georges’a Bessa. Cała czwórka mogła starać się o przedterminowe zwolnienie dopiero po spędzeniu w więzieniu 18 lat. Termin ten minął w 2005 roku.

Wniosek o warunkowe zwolnienie więźniów z AD jest właśnie rozpatrywany przez sąd penitencjarny. Sami skazani nie zamierzają jednak za nic przepraszać. Rouillan, główny ideolog AD, w wywiadzie udzielonym z więzienia powiedział, że wyrzuty sumienia i skruchę okazują tylko słabi.

Żeby odzyskać wolność, powinni jednak wyrazić skruchę. W poniedziałek w Paryżu około 150 osób manifestowało sprzeciw wobec “zemsty państwa”. Obok trockistów protestowali deputowani komunistyczni i przedstawiciele Ligi Praw Człowieka. - Nie chodzi nam o usprawiedliwianie zamachów i zabójstw Action Directe, od tamtych czynów minęło jednak dostatecznie dużo czasu - tłumaczył Gerard Miller, były maoista. Członków AD, która była siostrzaną organizacją niemieckiej Frakcji Czerwonej Armii (RAF) i włoskich Czerwonych Brygad, uważa on za więźniów politycznych.

Zdaniem Millera niedopuszczalne jest zwłaszcza uzależnianie przez francuski wymiar sprawiedliwości warunkowego zwolnienia skazanych od okazania przez nich skruchy.

- To żądanie czysto religijne, nie ma nic wspólnego z prawem i sprawiedliwością - przekonywał Miller. Powołał się na przypadek baskijskiego terrorysty Philippe’a Bidarta, zabójcy trzech policjantów, także skazanego na podwójne dożywocie w 1988 roku. Bidart wyszedł na wolność w połowie lutego, nie okazawszy skruchy. Takiego żądania nie postawiono również Brigitte Mohnhaupt z RAF, która ma opuścić niemieckie więzienie pod koniec marca.
Grzegorz Dobiecki z Paryża

Francja na kolanach przed islamem

Źródło: Rzeczpospolita: Na kolanach przed islamem
27.01.2007

Wbrew temu, co głoszą sami islamiści, francuscy orientaliści uparcie powtarzają, że nie ma zderzenia cywilizacji.

Francuz Robert Redeker, który napisał, że Mahomet był nauczycielem nienawiści, musi ukrywać się we własnym kraju. Niemal nikt go nie broni, natomiast wielu potępia jego artykuł.

We wrześniu ubiegłego roku Robert Redeker, nauczyciel filozofii w liceum w Saint-Orens-de-Gameville pod Tuluzą i autor szeregu prac naukowych, opublikował w “Le Figaro” artykuł “Jak wolny świat powinien postępować w obliczu islamskiego zagrożenia”.

Był to głos w dyskusji na temat uwag o islamie, zawartych w wygłoszonym tydzień wcześniej przemówieniu papieża Benedykta XVI. Redeker ostro krytykował w nim zjawisko, które określił jako dążenie islamu do “nałożenia światu ołowianego płaszcza”. Pisał, że o ile Jezus był nauczycielem miłości, o tyle Mahomet był nauczycielem nienawiści. Spośród trzech religii ksiąg islam jest tą, która otwarcie głosi świętą wojnę. “Judaizm i chrześcijaństwo są religiami, których zasady odrzucają i delegitymizują przemoc, natomiast islam - według jego własnych świętych tekstów - pochwala przemoc i nienawiść” - podsumował Redeker.

Gdy artykuł dotarł za pośrednictwem Internetu do czytelników w całej Francji i w innych krajach oraz gdy został przetłumaczony na arabski, ruszyła lawina potępienia i protestów przeciw “obrazie proroka”. Już nazajutrz po publikacji artykuł potępił na falach al Dżaziry popularny medialny kaznodzieja (będący nieoficjalnym głosem Osamy bin Ladena) szejk Jusef el-Kardawi. W Egipcie i Tunezji zakazano rozpowszechniania bluźnierczej publikacji “Le Figaro’”, sam Redeker zaś wkrótce zaczął otrzymywać mnóstwo listów i mejli z pogróżkami. Na jednej z internetowych stron islamistów wydano na niego wyrok śmierci i - aby ułatwić zadanie wykonawcy wyroku - zamieszczono także jego adres i zdjęcie domu, w którym mieszka. Obawiając się o własne życie i o rodzinę, Redeker zwrócił się o ochronę do miejscowej policji, która przekazała sprawę krajowym organom kontrwywiadu. Za ich radą Redeker z żoną i trójką dzieci opuścił dom i ukrył się. Odtąd przemieszczają się z miasta do miasta, pod policyjną ochroną, ale na własny koszt. Francuskie Ministerstwo Oświaty mianowało już następcę Redekera, on sam bowiem zapewne nigdy więcej nie ujrzy swych uczniów.

Potępienie zamiast poparcia

Jako wieloletni przyjaciel Roberta jestem, oczywiście, głęboko poruszony tymi wydarzeniami i niepokoję się o bezpieczeństwo jego i jego rodziny. Ponadto martwi mnie reakcja francuskiego establishmentu. Spośród przedstawicieli władz tylko premier Dominique de Villepin postąpił honorowo, oświadczając, że nie można tolerować fatwy na francuskiego intelektualistę. Także centrowa grupa intelektualistów, wśród których znaleźli się Pascal Bruckner, Alain Finkielkraut, André Glucksmann i Bernard-Henri Lévy, wystąpiła w obronie Redekera i “najbardziej podstawowych francuskich swobód”. Natomiast przeważająca większość reakcji na sprawę Redekera - nawet jeśli formułowano je językiem, który broni prawa do swobody wypowiedzi - była faktycznie wroga nauczycielowi filozofii. Komunistyczny burmistrz Saint-Orens-de-Gameville i kierownik szkoły, w której Redeker uczył, zgodnie wyrazili ubolewanie z powodu tego, że na końcu artykułu autor wspomniał o swych związkach z ową instytucją. Dwa największe francuskie związki zawodowe nauczycieli (oba socjalistyczne) podkreśliły, że “nie podzielają poglądów Redekera”. Wiodące lewicowe organizacje praw człowieka posunęły się znacznie dalej, potępiając “nieodpowiedzialne oświadczenia” i “zgniłe poglądy” Redekera. Niejaki Pierre Tévanian, który także uczy filozofii w liceum, oznajmił (na muzułmańskiej stronie internetowej), że Redeker jest rasistą, którego zwierzchnicy powinni surowo ukarać.

Nawet francuski minister oświaty Gilles de Robien skrytykował Redekera za to, że zachował się “tak, jakby reprezentował francuski system oświaty”. Dziwny zarzut, zważywszy że redakcja wyraźnie zaznaczyła, iż artykuł przedstawia osobiste poglądy autora. W środowisku mediów krytykowano Redekera za nieostrożne wyrażanie poglądów. Na falach rozgłośni radiowej Europa 1 Jean-Pierre Elkabach wezwał osaczonego nauczyciela do wyrażenia skruchy. Opiniotwórcza “Le Monde” uznała artykuł Redekera za “niewyważony, wprowadzający w błąd i obraźliwy”. Redaktorzy “Le Monde” posunęli się wręcz do określenia jego uwag mianem “bluźnierczych” - z czego wynikałoby, że w niemuzułmańskim kraju nawet niemuzułmanie nie mogą badać i oceniać myśli założyciela islamu, lecz są mu winni cześć.

To prawda, że Redeker nie przebierał w słowach - ale od kiedy oględność stanowi wymóg intelektualnego dyskursu we Francji? Równie mocne określenia znajdujemy, na przykład, w założonej przez Jeana Paula Sartre’a gazecie “Les Temps Modernes”, z którą Redeker był przez wiele lat związany jako członek zespołu redakcyjnego. A jednak, sądząc po reakcji na jego “występek”, ogromna część francuskiego intelektualnego i politycznego establishmentu ustanowiła wyjątek od ciężko wywalczonej tradycji otwartej dyskusji? gdy chodzi o islam (w przeciwieństwie do chrześcijaństwa czy judaizmu), swoboda wypowiedzi musi się mieścić w określonych granicach.

Ostrożność polityków, brak odwagi mediów

Jak to się stało, że nasz kraj doszedł do tego punktu? Pierwsze wyjaśnienie, jakie natychmiast przychodzi na myśl, to fakt, że niedługo, bo już w maju, odbędą się wybory prezydenckie i parlamentarne. We Francji mieszka ponad pięć milionów muzułmanów, z których większość ma obywatelstwo i prawo głosu i żadna partia nie może sobie pozwolić na poważną konfrontację z tą społecznością stale zyskującą na znaczeniu. Co więcej, świeża jest jeszcze pamięć zamieszek, które jesienią 2005 r. przetoczyły się przez przedmieścia największych francuskich miast. W dzielnicach, zamieszkanych w znacznej części przez muzułmanów - urodzonych we Francji młodych ludzi pochodzenia afrykańskiego czy północnoafrykańskiego - przemoc podobnej natury (nawet jeśli mniej dramatyczna w przejawach) nadal stanowi problem, a lęk przed kolejnym wybuchem każe francuskiej klasie politycznej unikać jak ognia wszystkiego, co dotyka kwestii islamu. Trudniej pojąć zmowę francuskich mediów. Można zrozumieć, że one także nie chcą uchodzić za nieprzyjazne muzułmańskim społecznościom, ale przecież ewidentnie przekroczyły granice, jakie dyktuje zwykła ostrożność! Po rozruchach największe gazety, tygodniki i dzienniki telewizyjne nie zainteresowały się socjologicznymi realiami francuskiego islamu, zwłaszcza wzrostem wpływów islamistycznej propagandy. To nie dziennikarz, lecz skrajnie prawicowy polityk Philippe de Villiers zwrócił ostatnio uwagę na islamizację personelu lotniska Charles’a de Gaulle’a. Chociaż to zjawisko nie było tajemnicą - lotnisko jest położone w departamencie Seine-Saint-Denis, zamieszkanym głównie przez ludność muzułmańską i zatrudnia lokalną siłę roboczą - żadne z cieszących się poważaniem mediów nie uznało go za temat godny zainteresowania. Wydaje się, że w obliczu wojowniczych nastrojów wyznawców islamu francuscy dziennikarze jako klasa stracili odwagę i poszli na kompromis z zawodowymi zasadami.

Tabu i ostracyzm w środowisku akademickim

Postawa środowiska naukowego to bardziej złożona historia. Dla francuskiego naukowca - zwłaszcza jeśli jego poglądy nie mieściły się w konwencji akademickiej lewicy - decyzja zajęcia się drażliwymi kwestiami związanymi z rasą i religią nigdy nie należała do łatwych. W latach 50. ubiegłego wieku wielki historyk Fernand Braudel usiłował zniechęcić Léona Poliakova do pisania pracy doktorskiej na temat antysemityzmu, któremu Poljakov poświęcił wiele wybitnych prac. Wiele lat później mnie samemu perswadowano - w najlepszych intencjach i w trosce o mą karierę - bym nie zajmował się antysemityzmem. Kiedy zignorowałem te rady i napisałem książkę “L’Invention du Racisme” (1983), nie mogłem znaleźć pracy na wyższej uczelni. Na szczęście znacznie lepiej poszło mi w Stanach Zjednoczonych. Dziś we Francji prowadzenie badań nad budzącymi najwięcej kontrowersji kwestiami rasy i religii stanowi tabu - chyba że badający reprezentuje “słuszną” politykę. Naukowiec, któremu zależy na wygłaszaniu referatów na konferencjach albo który ubiega się o ważne stanowisko, musi zdecydować się na przedstawianie czasów, gdy Francja posiadała kolonie, jako - ni mniej, ni więcej - epokę ludobójstwa w jej historii, a amerykańską politykę na Bliskim Wschodzie ma potępiać jako barbarzyńskie okrucieństwo. Przed niepokornymi drzwi są zamknięte. Znamienny przykład wciągania na czarną listę miał miejsce w 2004 r. Pewien naukowiec starał się o trzyletni kontrakt w prestiżowym College International de Philosophie. Miał znakomite referencje - lecz gdy jeden z członków komisji dowiedział się o jego proamerykańskich poglądach (ubiegający się nie był do końca przeciwny wojnie w Iraku), zorganizowano cichą, lecz skuteczną kampanię na rzecz odrzucenia jego kandydatury. Przypadek ów relacjonował szczegółowo tygodnik “L’Express”. Niesprawiedliwie potraktowanym kandydatem był Robert Redeker.

Proarabska polityka Francji

Można by rozmaicie wyjaśniać te niesłychane uprzedzenia, lecz jestem przekonany, że wywodzą się one ze złożonej historii stosunków między Francją a światem arabskim w ciągu ostatnich 150 lat. Oczywiście, w tej historii dominują zabiegi Francji o stworzenie zamorskich dominiów. Francuski kolonializm zaczął się w Algierii w 1830 r., rozszerzył się na Maroko i Tunezję, by wreszcie sięgnąć Syrii i Libanu - dwóch nowo powstałych państw, oddanych pod protektorat Francji decyzją traktatu wersalskiego po zakończeniu pierwszej wojny światowej. W Algierii okres kolonialny trwał najdłużej, bo do 1962 r., i był najbardziej bolesny. Ostatnie jego lata splamiła krwawa wojna o niepodległość, podczas której muzułmańskie duchowieństwo odegrało kluczową rolę nie tylko poprzez wspieranie wojskowych operacji Frontu Wyzwolenia Narodowego (FLN), lecz i przez to, że uczynili islam ideologią tej wojny.

Domniemanie, że tak obciążona przeszłość musi owocować silnym antagonizmem między byłą metropolią a byłymi koloniami, narzuca się samo. Tymczasem, co dziwne, fakty są wręcz odwrotne. Z wyjątkiem nieudanej sueskiej ekspedycji z 1956 r., kiedy to Francja weszła w koalicję z Wielką Brytanią i Izraelem przeciwko Egiptowi, kolejne francuskie rządy utrzymywały bardzo przyjazne stosunki z krajami arabskimi. Można wręcz powiedzieć, że jeżeli we francuskiej dyplomacji pod rządami Charles’a de Gaulle’a, Francois Mitterranda i Jacques’a Chiraca istniała w ogóle jakaś stała tendencja, to jest nią utrzymywanie mocnej pozycji Francji w proarabskim obozie.

Fundamenty tego sojuszu stworzył de Gaulle. Pod koniec wojny algierskiej uznał odbudowę dobrych stosunków z arabskimi przywódcami - zwłaszcza z rządem egipskim, który silnie wspierał FLN - za sprawę najwyższej wagi. W tym celu musiał jednak zerwać dyplomatyczne i militarne partnerstwo Francji z Izraelem, istniejące od 1948 r. Wojna sześciodniowa z 1967 r. dała mu pożądany pretekst. Najbardziej pamiętnym (i z pewnością najbardziej znanym) epizodem świadczącym o zmianie frontu była uwaga, jaką de Gaulle wypowiedział podczas konferencji prasowej w listopadzie 1967 r.? że Żydzi są “elitarnym, zadufanym w sobie i dominującym narodem”. Wymowa tego sformułowania nie uszła uwagi wybitnego komentatora i politologa Raymonda Arona, który uznał je za klasyczny antysemicki stereotyp. Był to ze strony de Gaulle’a sygnał zwrotu we francuskiej polityce zagranicznej, która odtąd miała nie ograniczać się do bliskich stosunków z Arabami, lecz przyłączyć się do sprawy antysyjonizmu.

Wolta de Gaulle’a wzmocniła inne ideologiczne tendencje francuskiego społeczeństwa - już silne w owym czasie i utrzymujące się do dziś. Pierwszą był tradycyjny wieloletni opór francuskich katolików wobec perspektywy powrotu Palestyny - Ziemi Świętej, miejsca narodzenia Jezusa - pod władztwo Żydów, których uważali za nieprzyjaciół Chrystusa. Na bardziej praktycznej płaszczyźnie Kościół zawsze zabiegał o dobre stosunki z islamskimi rządami, aby chronić interesy chrześcijaństwa w regionie. Początkowa sympatia Francji dla Izraela szkodziła tym staraniom, a teraz de Gaulle dał Kościołowi dyplomatyczny atut. Jeszcze bardziej długofalowe znaczenie miało poparcie wolty de Gaulle’a przez ideologicznych zwolenników państw niezaangażowanych, jak wówczas zwano Trzeci Świat. Z ich punktu widzenia syjonizm był niczym więcej niż jedną z form zachodniego kolonializmu, wspieranego obecnie przez brutalną siłę imperialistycznych Stanów Zjednoczonych. Z biegiem lat ów pogląd stał się niemal powszechnym credo francuskiej lewicy, nie mówiąc już o poprawnie myślących intelektualistach w innych krajach zachodnich.

Jak na ironię, wskutek bezmyślnej nienawiści do Izraela francuska lewica stała się znacznie bardziej antysemicka niż skrajna prawica, znana z wrogości wobec Żydów.

Stronniczość orientalistów

Ostatnim, choć nie zawsze docenianym, czynnikiem osobliwego stosunku francuskich elit do arabskiego świata jest wpływ francuskich orientalistów. Kolonializm sprawił, że francuskie wyższe uczelnie jako jedne z pierwszych zaczęły tworzyć i rozwijać programy studiów bliskowschodnich i afrykanistycznych. Jednak ta dziedzina, mimo wielu osiągnięć, od początku była skażona jednym z najohydniejszych ideologicznych podskórnych prądów istniejących we francuskim społeczeństwie. Pierwszy z wielkich orientalistów - Louis Massignon (1883 - 1962) - katolicki intelektualista, który publikował swe pierwsze książki sto lat temu, gdy Francja była pochłonięta sprawą Dreyfusa - był otwarcie powiązany z kręgami antysemickimi. Po nim pojawiło się słynne trio? Jacques Berque (1910 - 1995), Maxime Rodinson (1915 - 2004) i Vincent Monteil (1913 - 2005).

Monteil, znawca Indonezji, przeszedł na islam i po drugiej wojnie światowej popierał rozmaite prawicowe teorie negujące realia Holokaustu; Rodinson, Żyd, był komunistycznym działaczem w okresie zimnej wojny. Z kolei Berque, wychowany w kolonialnym Maroku, tak długo mieszkał w arabskich krajach (w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie), że z czasem zatracił zdolność zachowania krytycznego dystansu. Gdy pracowałem w sekcji kulturalnej Ambasady Francuskiej w Kairze, Berque uraczył mnie pewnego dnia przy lunchu opowiadaniem o swej całkowitej asymilacji z kulturą arabską. Na początku lat 70. podróżował po Iraku, udając Marokańczyka, i jako taki został zaproszony przez imama wielkiego meczetu do komentowania wersu Koranu podczas piątkowego nabożeństwa. Gdyby go zdemaskowano jako intruza, groziłaby mu śmierć - ale, jak zaznaczył z satysfakcją, mówił tak płynnie po arabsku (był jedynym nie-Arabem w gronie członków Egipskiej Akademii Języka Arabskiego) i tak dogłębnie znał przedmiot, że żaden Irakijczyk nie rozpoznałby w nim Francuza. Identyfikacja Berque’a z Arabami nie ograniczała się wyłącznie do sfery kultury.

Z perspektywy czasu w jego politycznych wypowiedziach można dostrzec wyraźny schemat. Powstanie Państwa Izrael nazywał aktem bezprawia i utrzymywał, że żydowskie państwo nie przetrwa dłużej niż parę lat. W 1967 r. przepowiadał, że Nasser zetrze Izrael z mapy. Pod koniec lat 80. uznał Saddama Husajna za wielkiego socjalistę i świeckiego przywódcę, który przyniesie Bliskiemu Wschodowi demokrację, i domagał się, by Francja traktowała go jako dobrego przyjaciela - lecz ten pogląd nie zyskał liczącego się poparcia wśród elit krajów takich jak Egipt.

Na nieszczęście dzisiejsi spadkobiercy tradycji orientalistów we Francji żywią podobne uprzedzenia, a ich polityczne oceny nie są bardziej wiarygodne. Giles Kepel w książce “The War for Muslim Minds” (”Wojna w sercu islamu”, 2004) nie tylko utrzymuje, że islamizm poniósł klęskę, a al Kaida wyczerpała swe siły, lecz posuwa się wręcz do uznania ataków z 11 września za akt desperacji. Olivier Roy, autor książki “Globalised Islam” (Islam zglobalizowany, 2004), postrzega islamizm jako rewolucyjny program, który odpowiada na powszechne aspiracje, nawet jeśli wyraża się reakcyjnym językiem. Inny naukowiec, Francois Burgat, dowodzi w książce “Face to Face with Political Islam” (”Twarzą w twarz z politycznym islamem”, 2005), że zamiast zwalczać islamskich przywódców, zachodnie państwa powinny nawiązać z nimi przyjazny dialog.

Nie imputuję tym uczonym braku wiedzy o politycznej sytuacji w świecie arabskim. Mam im za złe to, że tworzą zniekształcony obraz tej sytuacji - moim zdaniem, rozmyślnie. Powodowani pragnieniem niedopuszczenia, by Zachód czuł się w jakimkolwiek sensie zagrożony przez islam i Arabów, minimalizują zarówno znaczenie radykalnego islamu, jak i zagrożenia, jakie stanowi on dla międzynarodowego pokoju i wolności.

Wbrew temu, co głoszą sami islamiści, francuscy orientaliści uparcie powtarzają, że nie ma zderzenia cywilizacji. Te poglądy mają daleko idące reperkusje dla politycznej debaty we Francji. Współczesne pokolenie orientalistów rządzi wszechwładnie francuskimi mediami, jest zawsze obecne w radiu i telewizji. Jego reprezentanci zapewniają społeczeństwo, że widoczna dla każdego postępująca islamizacja europejskich przedmieść nie stanowi żadnego zagrożenia. Sugerują, że problem z Izraelem polega na samym fakcie istnienia tego państwa. Otwarcie starają się wzbudzić sympatię dla Hamasu, Hezbollahu i Iranu, co widać w gazetach takich, jak “Le Monde” i “Libération”, oraz lansują pojęcie islamofobii (terminu ukutego przez irańskich duchownych) jako środka delegitymizacji wszystkich, którzy (jak Redeker) mogliby ulec pokusie posiadania innych niż oni poglądów.

Krwawy plon dżihadu

Nie jestem ani orientalistą, ani ekspertem w dziedzinie islamu. Jednak spędziłem lata na Bliskim Wschodzie i w innych muzułmańskich krajach i wiem, że sytuacja w islamskim świecie ma niewiele wspólnego z pobożnymi życzeniami owej rzeszy francuskich naukowców, dziennikarzy i przywódców politycznych. Wystarczy spojrzeć na mapę świata - na Czeczenię, Izrael, Autonomię Palestyńską, Liban, Iran, Irak, Afganistan, Sudan, Somalię, Kaszmir, południową Tajlandię i południowe Filipiny - by zobaczyć, że najbardziej niszczycielskie wojny, toczące się dziś na naszej planecie, to wojny mające charakter dżihadu. Ich siłą napędową jest islamizm.

Mam świadomość, że widoczne we Francji nasilanie się antysemityzmu, w połączeniu z coraz powszechniejszą wśród naszych elit tendencją do mówieniu o Izraelu jako tymczasowym państwie, to zjawisko nie tylko groźne same w sobie, lecz i złe dla Francji. W republice zbudowanej na fundamencie wolności i równości trudno znaleźć miejsce dla takich szkodliwych idei. Demoralizację niełatwo okiełznać, a moralne i intelektualne kompromisy, które pozwalają wykształconym ludziom negować charakter i realia współczesnej walki z islamizmem - walki, przed którą stoi cały Zachód - wkrótce utorują sobie drogę na inne płaszczyzny publicznego życia.

Udało mi się skontaktować z Robertem Redekerem, pocztą elektroniczną, dopiero kilka tygodni po tym, jak ukrył się wraz z rodziną. Nadal był w szoku. “Nie przypuszczałem, by coś podobnego mogło się zdarzyć w naszej starej republikańskiej Francji’ - napisał do mnie ze stoicyzmem w krótkim mejlu. Ja także nie przypuszczałem, ale wszystko się zmienia. We Francji już zdarzają się rzeczy niegdyś nie do pomyślenia.

Christian Delacampagne, tłum. Elżbieta Gołębiowska
Christian Delacampagne jest profesorem francuskiej literatury i filozofii naUniwersytecie im. Johna Hopkinsa. Ukończył Sorbonę, pracował jako nauczyciel we francuskim systemie oświaty i wsekcjach kulturalnych kilku francuskich ambasad. Artykuł ukazał się w styczniowym wydaniu “Commentary Magazine”

Zwyciężamy - wojna z terroryzmem

Źródło: Rzeczpospolita: Zwyciężamy - wojna z terroryzmem
09.09.2006

USA odnoszą sukces w wojnie z terroryzmem. Nadszedł czas, by ogłosić jej zakończenie. I umożliwić jeszcze skuteczniejszą kampanię wojskowo-dyplomatyczną

Publiczne wypowiedzi Osamy bin Ladena to słowa fanatyka. Świadczą jednak o tym, że ich autor potrafi nieźle ocenić mocne i słabe strony swoich sojuszników i wrogów, a zwłaszcza Stanów Zjednoczonych. W wystąpieniu nagranym na wideo w 2004 roku, tuż przed wyborami prezydenckimi w USA, bin Laden natrząsał się z administracji Busha, że nie potrafi go dopaść, utknęła w irackim bagnie i uparcie nie chce sobie uświadomić przyczyn, które spowodowały powołanie Al-Kaidy do życia. Oto próbka jego retoryki: “Skoro Bush twierdzi, że nienawidzimy wolności - niechże nam wytłumaczy, dlaczego nie atakujemy na przykład Szwecji?”. Pysznił się też łatwością, z jaką potrafi “prowokować i wabić” amerykańskich przywódców: “Wystarczy, że każemy dwóm mudżahedinom podnieść w górę transparent z napisem “Al-Kaida”, a wszyscy ich generałowie ruszają w pościg”.

Być może przywódcy Al-Kaidy, jak to zwykle z ludźmi bywa, nie potrafią spojrzeć równie chłodnym okiem sami na siebie. Dla ludzi, którzy twierdzą, że ich walka może trwać wieki i że prowadzi ich moc nadprzyrodzona, realistyczna samoocena musi być zadaniem szczególnie trudnym. Co by jednak było, gdyby dostrzegali własne słabości i wady równie wnikliwie jak cudze? Gdyby tak porozmawiał z nimi szczerze jakiś Clausewitz czy Sun Tzu?

Wiosną i latem tego roku rozmawiałem z blisko sześćdziesięcioma specjalistami na temat aktualnego stanu owej walki, którą bin Laden nazywa światowym dżihadem, natomiast władze USA określały mianem światowej wojny z terrorem. Chciałem się dowiedzieć, jak to wygląda z perspektywy terrorystów. Co poszło lepiej, niż się spodziewali, a co gorzej? Czy - jeśli pominąć czystą wiarę - bin Laden ma jakieś podstawy, by sądzić, że sprzyja mu wiatr historii? Czy on i jego naśladowcy mogą oczekiwać, że będą mieli coraz większą przewagę, skoro współczesna technika tak bardzo ułatwia jednostkom dokonywanie zniszczeń na masową skalę, a media tak bardzo utrudniają mocarstwom długotrwałe prowadzenie brudnych wojen? A może właśnie stratedzy bin Ladena muszą dojść do wniosku, że przynajmniej na obecnym etapie tej, jak uważają, wielowiekowej walki ich najlepsza chwila już minęła?

Mniej więcej połowa autorytetów, z którymi miałem do czynienia, związana była z wojskiem lub wywiadem; resztę stanowili naukowcy i przedstawiciele różnych think tanków; było też kilku biznesmenów. Połowa pochodziła z USA, reszta z Europy, Bliskiego Wschodu, Australii i innych części świata. Cztery lata temu większość z nich popierała inwazję na Irak; teraz uważali wprawdzie, że wojna była błędem, a późniejsza okupacja katastrofalnym popisem partactwa, jednak mało kto twierdził, że Amerykanie powinni się stamtąd w najbliższym czasie wycofać. Na ogół podkreślano, że trzeba dotrzymać zobowiązań, że nie można dopuścić do tego, aby sunnicka część kraju stała się kolejnym schronieniem terrorystów z całego świata, oraz że sytuacja w Iraku może się w końcu poprawić.

Od razu zdumiała mnie zasadnicza zgodność moich rozmówców co do tego, jak musi postrzegać sytuację sam bin Laden. Zdarzały się rozbieżności co do szczegółów; nikt też nie formułował tego tak samo, jak ja w tej chwili - ale co do głównych punktów między moimi rozmówcami panowała zgoda.

Jeszcze większą i ważniejszą niespodzianką był dla mnie zasadniczy optymizm ich oceny, kiedy mówili o sytuacji USA - nie w kontekście Iraku, ale walki z Al-Kaidą i jej rozlicznymi naśladowcami. Przez ostatnich pięć lat Amerykanie uważali, że wplątali się w “wojnę asymetryczną”, a przewaga leży po stronie przeciwnika. Każdy spośród tych dziesiątek milionów obcokrajowców, którzy wjeżdżają co roku na terytorium USA, teoretycznie może być agentem wrogich sił - nie mówiąc już o milionach potencjalnych rekrutów już tu mieszkających. Dziesiątki portów, całe mnóstwo gazowni i elektrowni atomowych, setki ważnych mostów i tuneli, tysiące centrów handlowych, biurowców i ośrodków sportowych - każdy z tych obiektów może stać się kolejnym celem ataku. Ochronić ich wszystkich nie sposób; już sama próba mogłaby całkowicie zniszczyć tkankę życia społecznego i zrujnować system finansów publicznych. Najgorsza ze wszystkiego jest bezradność: oto władze i społeczeństwo USA czekają na atak i wiedzą, że nie mogą mu zapobiec.

Jeżeli jednak spojrzeć na świat z perspektywy Al-Kaidy, okazuje się, że Ameryka ma swoje niedoceniane mocne strony. Wojna istotnie pozostaje asymetryczna; jej dotychczasowy rozwój może jednak wskazywać, że kraje będące celem ataków - zwłaszcza Stany Zjednoczone - panują nad sytuacją w większym stopniu, niż sądziliśmy do tej pory. Owszem, jutro może dojść do kolejnego zamachu, a większość ekspertów przypuszcza, że jakieś próby wysadzenia w powietrze amerykańskich pociągów, mostów, budynków czy samolotów prędzej czy później dojdą do skutku. Żaden nowoczesny naród nie jest całkowicie odporny na akty przemocy o podłożu politycznym i nawet najsprawniej realizowana strategia antyterrorystyczna nie jest w pełni skuteczna.

A jednak perspektywa całościowa wygląda lepiej, niż sądzi wielu Amerykanów, i lepiej, niż wynikałoby z powszechnie używanej retoryki politycznej. Oto, na czym polega istota zmiany: dzięki błędom popełnionym przez Al -Kaidę oraz dzięki temu, co Amerykanie i ich sprzymierzeńcy wykonali jak należy, zdolność Al-Kaidy do zadawania Ameryce i Amerykanom bezpośrednich ciosów uległa znacznemu osłabieniu. Kontynuujące jej działalność grupy w Europie, na Bliskim Wschodzie i w innych częściach świata nadal stanowić będą zagrożenie. Jednak obecnie widoki Al-Kaidy na to, by zadać Ameryce jakiś zasadniczy cios, uzależnione są nie tyle od jej własnych możliwości, ile raczej od tego, do czego zdoła nas sprowokować i w jaką pułapkę zwabić. Los tej organizacji nie spoczywa już w jej własnych rękach.

“Czy Al-Kaida wciąż stanowi “zagrożenie egzystencjalne”?” - pyta David Kilcullen, autor kilku istotnych tekstów o konieczności przyjęcia nowej strategii wobec muzułmańskich bojowników, który jako oficer armii australijskiej dowodził jednostkami antypartyzanckimi w Timorze Wschodnim, a teraz jest ważnym ekspertem w dziedzinie antyterroryzmu w Departamencie Stanu. Chodziło o to, czy terroryzm XXI wieku zagraża samemu istnieniu USA i jego sojuszników w podobny sposób co radzieckie arsenały jądrowe w okresie zimnej wojny (a także jego pozostałości). “Sądzę, że tak - mówi Kilcullen - ale nie z tych najbardziej oczywistych powodów”.

Jako najbardziej użyteczną analogię wskazuje dziewiętnastowiecznych anarchistów w Europie. “Gdyby tak policzyć wszystkich ludzi, których osobiście zabili, wyszłoby może ze dwa tysiące osób, co samo w sobie nie jest zagrożeniem egzystencjalnym”. Jednakże, dodaje, wśród ofiar ich ataków znaleźli się arcyksiążę Ferdynand i jego żona. Sam ten konkretny zamach przyniósł śmierć dwojga ludzi; bezmyślna reakcja rządów europejskich spowodowała wybuch I wojny światowej. Tak więc dzięki sprowokowanej przez siebie reakcji zdołali zabić miliony ludzi i zniszczyć całą cywilizację. “Zatem - podsumowuje Kilcullen - to nie morderstwa, których może dokonać Al-Kaida, stanowią główne niebezpieczeństwo. Źródłem egzystencjalnego zagrożenia są jej działania w połączeniu z naszą reakcją”.

Od 11 września 2001 była to prawidłowość działająca na korzyść Al-Kaidy. Teraz można ją odwrócić.

Brian Michael Jenkins, doświadczony specjalista w zakresie terroryzmu z Korporacji RAND, opublikował niedawno książkę “Unconquerable Nation: Knowing Our Enemy, Strengthening Ourselves” (Naród niepokonany. Poznać wroga - wzmocnić siebie). Zamieścił w niej opis fikcyjnego spotkania w górskiej kryjówce Osamy bin Ladena, na którym pewien strateg Al-Kaidy podsumowuje stan światowego dżihadu pięć lat po 11 września. “Każdy analityk Al-Kaidy musiałby przyznać, że ostatnie pięć lat było okresem trudnym” - pisze Jenkins. Jego fikcyjny strateg streszcza bin Ladenowi, co nastąpiło po 11 września: “Talibowie zostali rozpędzeni, a obozy szkoleniowe Al-Kaidy w Afganistanie przestały istnieć”. Tysiące jej agentów aresztowano, pojmano lub zabito - podobnie jak wielu członków ścisłego przywództwa z otoczenia bin Ladena, wśród których znalazł się jej główny strateg Ajman al-Zawahiri. Co więcej - ostrzega analityk Jenkinsa - pozostałym przy życiu przywódcom Al-Kaidy coraz trudniej uporać się z podstawowymi funkcjami organizacji: “Zwiększone wysiłki wywiadowcze Amerykanów i ich sojuszników sprawiły, że wszelkiego rodzaju transakcje - komunikacja, podróże, przekazywanie pieniędzy - stały się dla dżihadystów bardziej niebezpieczne. Szkolenia i operacje zdecentralizowano, to zaś niesie ze sobą ryzyko rozdrobnienia i utraty jedności. Dżihadystom zewsząd grozi pojmanie lub męczeńska śmierć”.

Michael Scheuer w latach 1995 - 1999 był w CIA szefem komórki do spraw Osamy bin Ladena, a po 11 września został na trzy lata jej specjalnym doradcą (latem tego roku CIA rozwiązała komórkę). On również przedstawia często na konferencjach wojskowych fikcyjną sytuację, w której pewien analityk Al-Kaidy mówi swoim przełożonym: “Musimy stale mieć na uwadze ogrom niepowodzeń, jakie przyniosła nam ta wojna. Mówiąc najkrócej: jesteśmy ścigani i atakowani przez najpotężniejszy kraj w dziejach świata. I choć ponieśliśmy ciężkie straty w ludziach - oby Bóg przyjął ich jako męczenników - USA wciąż jeszcze nie dały nam w pełni odczuć całego ogromu swej niszczycielskiej siły”.

Wszystkie diagnozy sytuacji na świecie pięć lat po 11 września zaczynają się od strat poniesionych przez “centralę Al-Kaidy”, organizację pod przywództwem bin Ladena i al-Zawahiriego, która od drugiej połowy lat 90. inspirowała i organizowała ogólnoświatową kampanię przeciw Ameryce. “Stracili struktury dowodzenia, stracili swoje afgańskie sanktuarium, stracili zdolność do przemieszczania się i organizowania spotkań, a ich sieci finansowe i komunikacyjne zostały poważnie uszkodzone” - twierdzi Seth Stodder, były urzędnik Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (DHS).

Z kolei Kilcullen mówi: “Al-Kaida z roku 2001 po prostu przestała istnieć. Wtedy była to organizacja w miarę scentralizowana, miała swój ośrodek planowania, ośrodek propagandowy, miała ekipę przywódców, a wszystko to na dość ograniczonym geograficznie obszarze. Wszystko to już przeszłość, ponieważ udało nam się to zniszczyć”.

Kiedyś ekipa bin Ladena mogła przesyłać pieniądze do miejsc na całym świecie, korzystając ze zwykłych kanałów bankowych - dziś musi polegać na kurierach z kamizelkami wypchanymi gotówką. Kiedyś ludzie bin Ladena mogli porozumiewać się za pomocą telefonów satelitarnych i Internetu - dziś na ogół unikają komunikacji elektronicznej, bo pozostawia ona ślady, które pozwalają wytropić użytkownika. Bin Laden i al-Zawahiri przesyłają teraz informacje za pośrednictwem wideokaset i internetowych chat roomów. “Internet to dobra rzecz, ale jednak nie to samo co bezpośrednie spotkania i szkolenia” - mówi Peter Bergen, autor książki “The Osama bin Laden I Know” (Osama bin Laden, jakiego znam). - “Uzależnienie od Internetu świadczy o ich słabości”.

Michael Scheuer, Richard Clarke (były doradca Białego Domu do spraw terroryzmu) i inni od dawna narzekali, że już w 2000 roku, po ataku bombowym na lotniskowiec U.S.S. “Cole”, USA powinny były przygotować się do uderzenia odwetowego na Afganistan w razie jakiegokolwiek kolejnego zamachu - i to, jak usłyszałem od Scheuera, “następnego dnia!”, a nie po kilku tygodniach. Dodawali też, że gdyby w roku 2002 skupiono się na osobach bin Ladena i al-Zawahiriego, zamiast rozpraszać się i wkraczać do Iraku, to bardzo możliwe, że udałoby się ich dopaść. Mimo to większość ekspertów zgadza się, że rozbijając talibów, niszcząc ich obozy szkoleniowe, kontrolując sieci finansowe, zabijając wielu przywódców Al-Kaidy i poddając region stałej obserwacji elektronicznej, doprowadzono do sytuacji, w której bin Laden i al-Zawahiri mogą przetrwać i być dla innych źródłem inspiracji, ale niewiele więcej.

“Al-Kaida otrzymała kilka potężnych ciosów” - powiedział mi Martin van Creveld, historyk wojskowości z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie, autor książki “The Transformations of War” (Przemiany wojny). “Z operacyjnego punktu widzenia Osama bin Laden nie odgrywa już prawie żadnej roli. Dlatego musi ciągle rozsyłać kolejne wideokasety”.

Czy to istotne, skoro bin Laden został już ikoną na podobieństwo Che Guevary? I skoro od 11 września 2001 roku zdążył rozesłać na wideo aż dwadzieścia cztery odezwy? “Dla niego jest to najwyraźniej rodzaj nagrody pocieszenia, że zamiast organizacji zaczął reprezentować pewną “filozofię”" - odpowiada Caleb Carr, profesor historii z Bard College i autor książki “The Lessons of Terror” (Lekcje terroryzmu). “Pewną globalną filozofię Al-Kaida reprezentowała już wcześniej, ale miała też struktury dowodzenia. To trochę jak różnica między marksizmem a leninizmem, natomiast oni musieli cofnąć się do czystego Marksa”.

Marc Sageman, autor książki “Understanding Terror Networks” (Zrozumieć siatki terroru), tłumaczy, że przed 11 września ludzie, których pociągały idee terrorystów, mogli pojechać do Afganistanu i znaleźć tam zarówno towarzyszy, jak i konkretne szkolenia operacyjne. “Dziś Al-Kaidy nie sposób odszukać, toteż trudno się do niej przyłączyć. Ludzie muszą podejmować decyzje na własną rękę”. Oczywiście, przemiana Al-Kaidy ze spójnej, scentralizowanej organizacji w całą masę rozrzuconych po świecie “samoczynnych” grup terrorystycznych - zainspirowanych przez ruch bin Ladena, ale niepodlegających jego kierownictwu - nie zlikwidowała niebezpieczeństwa ataków. Zamachy bombowe w Madrycie w 2004 roku, na Bali i w Londynie w 2005, a także wszystkie te, do których doszło w ciągu ostatnich trzech lat w Iraku, świadczą, że groźba wciąż istnieje. Jednakże owo przesunięcie akcentu z samej Al-Kaidy na ugrupowania pochodne sprawiło, że terrorystom dziś znacznie trudniej byłoby przygotować to, o czym wszyscy oni marzą - “drugi 11 września”, wielki zamach na terenie USA, który zabiłby setki lub tysiące osób i przeraził setki milionów.

John Robb - były specjalista do spraw tajnych operacji w Siłach Powietrznych USA, obecnie autor blogu Global Guerrillas (Partyzanci globalni) - twierdzi, że terroryści mogą w miarę łatwo zakłócać normalne funkcjonowanie społeczeństwa. Dość pomyśleć o życiu codziennym w Izraelu lub w Anglii w czasach zamachów IRA. Ale trudno byłoby im dziś powtórzyć czy też regularnie wywoływać jakieś symboliczne wstrząsy na wielką skalę - coś, co tak imponująco udało się osiągnąć 11 września i do czego od tamtej pory wciąż nawołuje bin Laden.

“Terroryzm symboliczny - powiedział mi Robb - przynosi coraz mniejsze zyski. Za każdym razem powoduje znieczulenie opinii publicznej i skupia na sobie coraz mniejszą uwagę mediów”. Aby utrzymać stały poziom zastraszenia, każdy zamach musi być potężniejszy od poprzedniego; tymczasem, jak twierdzi Robb, “nic już nie przebije 11 września”. Zastrzega, że oczywiście nie dotyczy to sytuacji, w której terroryści uzyskaliby dostęp do broni jądrowej; zarazem jednak, podobnie jak większość moich rozmówców, uważa coś podobnego za rzecz trudniejszą i mniej prawdopodobną, niż sądzi opinia publiczna. Co więcej, jeżeli jedyne prawdziwe zagrożenie egzystencjalne stanowi broń jądrowa, to USA powinny skupić się przede wszystkim na powstrzymywaniu jej rozprzestrzeniania, a nie na ogólnym zwalczaniu terroryzmu. Wielki skoordynowany zamach przy użyciu broni konwencjonalnej, powiada Robb, “wymaga zaangażowania znacznej liczby ludzi, mnóstwa czasu na przygotowania, ścisłej koordynacji i niebagatelnych umiejętności technicznych. Al-Kaida nie jest już do czegoś podobnego zdolna”.

Rozproszony charakter nowej Al-Kaidy oznacza dla potencjalnych terrorystów jeszcze inne trudności. Wygląda na to, że próby powołania samoczynnych komórek na terenie USA na razie się nie powiodły. W innych krajach, takich jak Hiszpania, Anglia, Francja czy Holandia, uświadomiono sobie ze zgrozą obecność muzułmańskich ekstremistów wśród ludzi, których rodziny mieszkają w Europie już od pokolenia albo dwóch. “Patriotyzm amerykańskiej społeczności muzułmańskiej okazał się znacznie silniejszy, niż sądzono” - mówi Marc Sageman, który badał, dlaczego i w jaki sposób ludzie dołączają do organizacji terrorystycznych bądź zrywają z nimi. Zdaniem Daniela Benjamina - byłego urzędnika Rady Bezpieczeństwa Narodowego i współautora książki “The Next Attack” (Następny atak) - amerykańscy muzułmanie “stanowią naszą pierwszą linię obrony”. Wprawdzie wielu z nich “zaniepokoiła polityka zaostrzania prawa, która może i była nie do uniknięcia, ale tak czy owak budziła niepokój”, zasadniczo jednak “społeczność okazała się odporna na wirus dżihadu”.

Pewne cechy arabskich i muzułmańskich imigrantów w Ameryce oraz sposób ich integracji sprawiły, że w znacznej mierze upodobnili się oni do pozostałych skutecznie zasymilowanych grup etnicznych, a zarazem różnią się zasadniczo od wyobcowanych muzułmanów z niższych warstw społecznych w wielu krajach Europy. Marc Sageman podkreśla, że społeczność muzułmańska w Europie Zachodniej jest ponad dwukrotnie liczniejsza niż w USA (około 6 milionów osób w USA, z drugiej zaś strony 6 milionów we Francji, 3 miliony w Niemczech, 2 miliony w Wielkiej Brytanii, ponad milion we Włoszech i kilka milionów w pozostałych krajach), jednakże stopień muzułmańskiego niezadowolenia w Europie - mierzonego liczbą aresztowań i zamieszek czy też wskaźnikami przemocy na tle religijnym - okazuje się od 10 do 50 razy wyższy niż u nas.

Średnia dochodów muzułmanów we Francji, Niemczech i Wielkiej Brytanii jest niższa od ogólnonarodowej średniej dochodów w tych krajach. Jeżeli natomiast idzie o Arabów w USA (wielu z nich to chrześcijanie rodem z Libanu), ich dochody przewyższają średnią ogólnoamerykańską, podobnie jak odsetek osób prowadzących własną działalność gospodarczą i posiadających wyższe wykształcenie. To samo zresztą można powiedzieć o większości grup, które mieszkają w USA od kilku pokoleń.

Odmienność procesów asymilacji wśród muzułmanów w Europie i Ameryce najbardziej daje o sobie znać w drugim pokoleniu: muzułmanie amerykańscy na tym etapie są już kulturowo i ekonomicznie zamerykanizowani, u europejskich natomiast uczucie wyobcowania często się zaostrza. Otoco mówi Robert Leiken, autor książki “Bearers od Global Jihad: Immigration and National Security After 9/11″ (Nosiciele światowego dżihadu. Imigracja i bezpieczeństwo narodowe po 11 września): “Jeżeli zapytać amerykańskiego muzułmanina w drugim pokoleniu, powie: “Jestem Amerykaninem i muzułmaninem”. Natomiast Turek zamieszkały od dwóch pokoleń w Niemczech nadal jest Turkiem, a francuski Marokańczyk sam nie wie, kim jest”.

Nie oznacza to bynajmniej, że stosunki amerykańskich muzułmanów z ich współobywatelami układają się bezproblemowo. Wiele badań wykazuje wzrost nastrojów antymuzułmańskich, a muzułmanie uskarżają się na dyskryminację i urzędowe szykany. James Woolsey, były szef CIA, podkreśla, że jakkolwiek bardzo niewielu amerykańskich muzułmanów sympatyzuje z ekstremizmem w stylu wahabickim, ostatnio zaczęły pojawiać się meczety i instytucje, w których głoszone są skrajne poglądy. Jednakże to, czego lęka się wiele krajów Zachodu - powszechna rekrutacja i działalność terrorystów wśród miejscowej ludności - w USA na razie wydaje się mniej prawdopodobne.

James Fallows, “The Atlantic Monthly”, (c) TMSI/Syndykat Autorów, 2006, Przełożył Łukasz Sommer

Kasandra i upadek Zachodu - Islam w Europie

Źródło: Rzeczpospolita: Kasandra i upadek Zachodu
08.07.2006

ISLAM W EUROPIE

Rok temu po zamachach bombowych w Londynie Brytyjczycy dowiedzieli się, jak groźna bywa uległość wobec radykalnego islamu. Jednak do dziś zaprzeczają, że ich kraj padł ofiarą muzułmańskiej agresji
Londyn staje się światową wylęgarnią islamskiego ekstremizmu — twierdzi Melanie Philips w książce „Londonistan
Na ulicach Londynu nawet islamscy radykałowie mogą bez przeszkód wyrażać swoje poglądy
(c) AP/KIRSTY WIGGLESWORTH/MARK LEES

Dewsbury jest małym miastem na północy Anglii. W latach 80. i 90. XX wieku zjeżdżali tam masowo imigranci z krajów arabskich i Pakistanu do pracy w fabrykach tekstylnych regionu. W 1987 r. rodzice 26 białych dzieci odmówili posłania ich do miejscowej szkoły, w której zdecydowaną większość stanowiły dzieci muzułmańskie, i zaczęli je uczyć własnym sumptem w sali nad pubem. Sprawa stała się głośna w całej Anglii - rodziców oskarżono o rasizm, oni zaś twierdzili, że nie są rasistami, chcą jedynie, by ich dzieci uczyły się angielskiego na najwyższym poziomie i nie były dyskryminowane wobec dzieci muzułmańskich. Zgodnie z wytycznymi ogłoszonymi dwa lata wcześniej, szkoła w Dewsbury wprowadziła tzw. podejście wielokulturowe, czego skutkiem było obniżenie poziomu nauczania angielskiego (dla dzieci imigrantów był on językiem obcym) oraz odejście od wartości chrześcijańskich jako podstawy wychowania. Szef rady szkoły - który, nawiasem mówiąc, był miejscowym proboszczem anglikańskim - twierdził, że Biblia jest tekstem “jątrzącym i antyspołecznym”, a w nowoczesnym społeczeństwie znacznie lepiej sprawdza się “budowanie mostów” między wspólnotami chrześcijańską i muzułmańską.

Osiemnaście lat później mieszkańcy Dewsbury dowiedzieli się, że to spośród nich wywodzi się Mohammad Sidique Khan - przywódca zamachowców, którzy 7 lipca 2005 roku zdetonowali cztery bomby w Londynie. W zamachach zginęły 52 osoby. Dwa miesiące po tych wypadkach w brytyjskiej telewizji pojawiło się nagranie wideo Khana, który z czystym północnoangielskim akcentem tłumaczył, dlaczego doszło do zamachów: “Jesteśmy w stanie wojny, a ja jestem żołnierzem. Wasze demokratycznie wybrane rządy nieustannie dokonują zbrodni na moich współwyznawcach, a wy, poprzez wspieranie tych rządów, jesteście za te zbrodnie odpowiedzialni - jak ja jestem odpowiedzialny za ochronę i pomszczenie moich muzułmańskich braci i sióstr”. W tej wypowiedzi terrorysty, urodzonego i wychowanego w Wielkiej Brytanii, “wy” znaczyło Brytyjczycy, a “ja” i “my” - muzułmanie.

Londonistan to stan umysłu

Te dwie oddalone w czasie historie można uznać za ironiczny komentarz losu na temat przypadku, który rządzi ludzkim życiem. Można również - jak robi to Melanie Philips, autorka wydanej właśnie w Wielkiej Brytanii książki pt. “Londonistan” - zobaczyć w nich przerażającą ilustrację cywilizacyjnej zmiany, jaką przeszedł jej kraj. W wyniku tej transformacji Wielka Brytania - jak twierdzi Philips - dokonuje egzekucji na własnej kulturze, a Londyn staje się światową wylęgarnią islamskiego ekstremizmu. Ani władze, ani elity brytyjskie nie rozumieją - bo nie chcą zrozumieć - co się dzieje: “inteligencja, media, politycy, prawnicy, Kościół Anglii, a nawet policja ogarnięte są patologią, wskutek której Londonistan może się rozwijać”.

Londonistan to nie tylko obecność islamskich terrorystów. Według Melanie Philips to przede wszystkim stan umysłu. Jego głównym przejawem jest odrzucenie dowodów na to, że islamski terroryzm jest zakorzeniony w religii. Zamiast tego ministrowie, pracownicy służb bezpieczeństwa, policjanci wolą twierdzić, że jest on wynikiem “usprawiedliwionych pretensji muzułmanów” za atak na Irak, “zbrodnie Izraela na Palestyńczykach” albo akty “islamofobii” w Wielkiej Brytanii.

Philips twierdzi, że powodem takiego podejścia jest po części zakorzeniona u Brytyjczyków niechęć do mieszania się w sprawy religii. Anglicy nie rozmawiają o religii, uważają, że jest to dla każdego człowieka prywatna sprawa, w którą nie powinno ingerować nie tylko państwo, ale nawet sąsiedzi. Fanatyzm religijny, wojny, nawoływania do mordów na tle jakichś wierzeń należą według nich do dzikiej prehistorii, a gdy stykają się z ideologiczno-religijnymi dyrdymałami rozpowszechnianymi w brytyjskich meczetach, nie pojmują, że ktokolwiek może je traktować poważnie. Abu Hamza, kilka miesięcy temu skazany na 7 lat więzienia za nawoływanie do morderstw i gromadzenie broni w meczecie Finsbury Park, przez wielu Brytyjczyków postrzegany był - i ciągle jest - jak cyrkowy klaun (ze względu na zakrzywioną metalową protezę ręki nazywany jest Kapitanem Hakiem), którego raczej należało wyśmiać, zamiast skazywać. Problem w tym, że wielu brytyjskich muzułmanów nie śmieje się, tylko słucha. Według danych służb bezpieczeństwa w kraju mieszka 1200 terrorystów gotowych zabijać i poświęcić własne życie za wartości głoszone przez Abu Hamzę i jemu podobnych. Książka Philips oparta jest na tezie, że ten ekstremistyczny odłam islamu nie jest żadną aberracją, ale pełni dziś zasadniczą rolę w świecie muzułmańskim, a w Wielkiej Brytanii popiera go coraz większa liczba muzułmanów i reprezentujących ich instytucji działających całkowicie legalnie, niekiedy przy aktywnym wsparciu władz brytyjskich.

Naród jest iluzją

Narodowa skłonność do pragmatyzmu i wynikające z niej przymykanie oczu na ideologiczne fanaberie to - jak twierdzi Philips - nie są główne powody rozwoju Londonistanu. Autorka uważa, że największym grzechem brytyjskich elit jest poddanie się ideologii wielokulturowości. Jej istotą jest przekonanie, że każdy przejaw dominacji jest nieuprawniony, a wszystkie mniejszości powinny mieć taki sam status prawny jak większość narodu. Samo pojęcie narodu jest oczywiście podejrzane, chyba że za naród nie uważamy wspólnoty połączonej językiem, historią i wyznawanymi wartościami, ale po prostu ludzi, którzy z różnych powodów mieszkają w tym samym miejscu.

Również każda próba narzucenia wartości reprezentowanych przez większość jest nieuprawniona, może ona bowiem ograniczać prawa którejś z mniejszości. Nie wolno promować tradycyjnej rodziny, bo może to urazić homoseksualistów; w ogóle nie należy oceniać zachowań seksualnych, religijnych, etycznych, bo ich wybór jest indywidualną sprawą każdego człowieka, determinowaną przez różne czynniki społeczne. W szkołach należy zwracać szczególną uwagę na to, by nie urazić wrażliwości imigrantów - najlepiej poprzez odejście od nauczania w zbyt obfitym wymiarze historii i kultury Wielkiej Brytanii. Jeśli już, to zawsze w kontekście obcych kultur, najlepiej w ramach “wyznania win” za kolonialną przeszłość Imperium. “Brytyjski system nauczania (w szkołach państwowych) - pisze Philips - po prostu odszedł od przekazywania wartości oraz historii narodu kolejnym pokoleniom, głosząc zamiast tego myśl, że prawda jest iluzją, a naród i jego wartości mogą być tym, co uznamy za stosowne”. Autorka cytuje szereg przykładów nauczycieli oskarżanych o rasizm i relegowanych ze szkół za próbę nauczania dzieci imigrantów języka, historii i wartości wyrosłych z brytyjskiej kultury.

Przykłady odzierania się przez Brytyjczyków z własnej tożsamości sięgają niekiedy poziomu groteski. Philips pisze o bankach, wycofujących ze swoich oddziałów skarbonki w kształcie świnki, restauracji Burger King, która zlikwidowała sprzedaż lodów po skargach muzułmanów, że logo na lodówce wygląda jak słowo “Allah“, i rosnącej w szybkim tempie liczbie rad miejskich, które odwołują święta Bożego Narodzenia, zastępując je “festiwalem zimowym”. To wszystko dla poszanowania kultury i religii muzułmańskiej, która powinna mieć takie same prawa jak każda inna. “Jest tylko jedna kultura - pisze Philips - która w pojęciu wielokulturowości nie zasługuje na równe traktowanie. To rodzima kultura brytyjska. Program rzekomej równości jest w istocie radykalną dekonstrukcją kultury większości mieszkańców Wysp, idei narodu i wartości zachodniej demokracji, szczególnie rozumienia pojęć takich, jak moralność i prawda. (…) To jest kulturalna polityka spalonej ziemi (…). Tę moralną, kulturalną i duchową próżnię próbują wypełnić radykalni islamiści”.

Wszyscy pod ochroną

Melanie Philips nie poprzestaje na ogólnych zarzutach - wskazuje konkretnych ludzi winnych doprowadzenia do obecnej sytuacji. Przede wszystkim oskarża środowisko prawnicze i polityków za niemal religijną cześć, jaką oddają idei praw człowieka. “Po upadku socjalizmu blairowscy politycy - podobnie jak lewicowcy w innych krajach - musieli znaleźć nowy radykalny motyw, który pozwoliłby im kontynuować misję transformacji społeczeństwa i natury ludzkiej. Prawa człowieka stały się idealnym do tego narzędziem”.

Philips pokazuje, w jaki sposób Konwencja Praw Człowieka - dokument wymyślony po II wojnie światowej w kontekście doświadczeń stalinizmu i faszyzmu, i przeznaczony do ochrony jednostki przed państwem - została w ciągu ostatnich 40 lat przejęta na potrzeby zabezpieczenia wszelkiego rodzaju mniejszości i stosowana jak szantaż prawny wobec większości narodu. “Dawniej jednostka była powiązana szeregiem obowiązków wobec innych ludzi i państwa. Nowa kultura indywidualizmu i równości wszelkich stylów życia nakłada główne obowiązki na państwo. Musi ono wypełniać żądania jednostki, które przedstawiane są jako należące do sfery praw człowieka. (…) Moralna ocena różnych stylów życia uznawana jest za dyskryminację; uprzedzenie do drugiego człowieka (…) staje się grzechem głównym, usuwając w cień kodeksy moralne judaizmu i chrześcijaństwa, które wcześniej stanowiły podstawę cywilizacji zachodniej”.

W świecie, w którym wszystko może należeć do sfery praw człowieka - nie tylko prawo do życia czy wolność słowa i wyznawanej religii, ale również skłonności seksualne, płeć albo inne dowolne kategorie - każdy może być również ofiarą. Demokracja z ustroju, w którym rządzi większość w poszanowaniu praw wszystkich obywateli, zmienia się w system płynnego podziału władzy (power sharing) między mniejszości etniczne, religijne, seksualne i inne grupy nacisku. Żadna nie może uzyskać widocznej przewagi, ponieważ to oznaczałoby dyskryminację innych grup. Wszyscy są pod ochroną i wszyscy mogą być ofiarami, a jedynym oprawcą i przegranym w tej grze okazuje się większość, która nie może uznawać swoich wartości (takich jak monogamia, heteroseksualizm, chrześcijaństwo czy brytyjskość) za normę, bo z definicji nic nie jest normą.

Azyl dla terrorystów

Jak ten system przepisuje się na konkretne działania władz wobec islamskich radykałów? Philips pokazuje system, w którym brytyjski rząd “praktycznie stracił kontrolę nad granicami państwa”. Dochodzi do absurdalnych sytuacji, w których Brytyjczycy zobowiązani są międzynarodowymi aktami prawnymi oferować azyl znanym terrorystom powołującym się na prześladowanie w swoich krajach, bez względu na rodzaj tego prześladowania. Znany jest przypadek udzielenia azylu bojownikowi talibanu, który walczył z Brytyjczykami i Amerykanami w Afganistanie, ponieważ - jak zgodnie z prawdą mówił - uciekał on przed popieraną przez Brytyjczyków i Amerykanów władzą w Kabulu. Francuzi musieli czekać 10 lat na deportowanie z Londynu terrorysty winnego zamachu w Paryżu, ponieważ sąd angielski nie był pewny, czy we Francji uszanowane zostanie jego prawo do obrony.

Kołomyi prawnej towarzyszy paraliż policji, która unika interwencji w sprawach dotyczących muzułmanów, obawiając się oskarżeń o rasizm. Zwleka z interwencją w sytuacji jawnego łamania bądź naginania prawa przez muzułmanów, np. w wypadku poligamii czy aranżowania małżeństw młodych brytyjskich muzułmanek z kuzynami z subkontynentu indyjskiego. Regularne nawoływania do przemocy wobec Brytyjczyków podczas manifestacji przeciw wojnie w Iraku czy przeciw Izraelowi (elity brytyjskie są, zdaniem Philips, chore na antysemityzm) uchodzą bezkarnie, natomiast wszelkie krytyki radykalizmu islamskiego uznawane są za przejawy “islamofobii”. Organizacje wyjęte spod prawa w innych krajach, również muzułmańskich, takie jak np. Hizb ut-Tahir, w Wielkiej Brytanii mogły do niedawna działać bezkarnie. Radykałowie islamscy, tacy jak Abu Qatada, Omar Bakri Mohamed, Abu Hamza czy Mohammed al-Massari, mogli swobodnie głosić swoje tyrady nienawiści, zbierać pieniądze i rekrutować chętnych do wyjazdu na obozy szkoleniowe Al-Kaidy.

Co więcej, jak pisze Philips, w Wielkiej Brytanii muzułmanie z definicji nie mogą być uznani za winnych agresji, gdyż w społeczeństwie wielokulturowym tylko większość występuje w roli agresora. Owszem, muzułmańscy przywódcy potępili zamachy z 7 lipca, jednak w następnym zdaniu twierdzili, że ataki zostały sprowokowane zachowaniem Zachodu wobec islamu, ergo - były w istocie aktem samoobrony.

Ta moralna “przewrotka” powoduje, że obrona przed zarzutami o islamofobię jest praktycznie niemożliwa. Im więcej bowiem terroryzmu, tym bardziej histerycznie brytyjscy muzułmanie i ich sojusznicy twierdzą, że padają ofiarą agresji ze strony “islamofobów”. Zresztą, podobnie jak w latach 80. i 90. nie wypadało mówić o terroryzmie irlandzkim, tak dziś sam termin “terroryzm islamski” jest w Wielkiej Brytanii traktowany jako zwrot rasistowski.

W polityce appeasementu wobec radykalnych muzułmanów ważną rolę odgrywa również Kościół Anglii. Przed rokiem, gdy planowano nabożeństwo żałobne ku czci ofiar lipcowych zamachów, anglikańscy przywódcy duchowi postanowili zaprosić na nie rodziny zamachowców. Chodziło o to, by - jak stwierdził jeden z biskupów - “dostrzec również ich stratę oraz wysłać potężny sygnał pojednania wobec wspólnoty muzułmańskiej”. Po gwałtownej reakcji oburzonych rodzin ofiar tragedii rząd nie przyjął propozycji biskupów, jednak pokazuje ona sposób myślenia anglikańskiej hierarchii: jej pierwszym impulsem nie było współczucie dla ofiar zbrodni, ale okazanie jedności z wyznawcami religii, w której imieniu zbrodnia została popełniona. Philips twierdzi, że Kościół Anglii, podobnie jak inne brytyjskie instytucje, “zaprzecza rzeczywistości”, koncentrując się na walce z “islamofobami” i prawicą chrześcijańską, ignorując przy tym rzeczywiste zagrożenie, jakie stwarza radykalny islam.

Oblężenie Troi

Książka Melanie Philips wzbudziła w Wielkiej Brytanii ostre, czasem agresywne reakcje. Autorka - była publicystka lewicowego “Guardiana”, dziś pisząca głównie w konserwatywnym “Daily Mail” oraz na swojej stronie internetowej www.melaniephilips.co.uk - oskarżana jest o “paranoję”, “szaleństwo”, “obsesję”, rozpowszechnianie “bredni” o muzułmanach.

W istocie Philips jest brytyjskim odpowiednikiem Oriany Fallaci. Podobnie jak włoska pisarka przedstawia ona najgorsze przejawy islamu jako reprezentatywne dla całej religii i wyciąga z tego najbardziej radykalne wnioski. Przeprowadza swój wywód z niemiłosierną logiką, nawet jeśli konkluzja oznacza radykalny sprzeciw wobec opinii całego brytyjskiego establishmentu i naraża ją na ostracyzm. Zresztą, z wydaniem książki musiała czekać trzy lata i dopiero po lipcowych zamachach znalazła małą firmę wydawniczą gotową podjąć ryzyko.

Od Fallaci odróżnia Philips znacznie mniejsza emocjonalność. Unika zapalczywych epitetów, choć czytelnik nie ma wątpliwości, co sądzi na temat politycznej poprawności, islamu, Kościoła Anglii czy propalestyńskich lewicowców w rodzaju mera Londynu Kena Livingstone’a. Jej książka jest nie tylko zdecydowanym oskarżeniem elit brytyjskich, ale przede wszystkim rejestracją faktów, którym trudno zaprzeczyć. Żyje w kraju, w którym od 40 do 60 procent muzułmanów chciałoby, aby demokracja została zastąpiona prawem szariatu, a prawie połowa uważa Żydów na całym świecie za “usprawiedliwiony cel” (legitimate target) agresji w ramach “nieustannej walki o sprawiedliwość na Bliskim Wschodzie”.

Można uważać wszystkie te fakty za konieczną cenę, jaką brytyjska demokracja płaci za wolność, można je traktować jako ostrzeżenie dla całego zachodniego świata. “Londonistan to stan umysłu” - ostrzega brytyjska Kasandra. Sądząc po smutnym losie Troi, nawet jeśli jej przepowiednie się nie sprawdzą - lepiej w nie uwierzyć.

Dariusz Rosiak


Nowe artykuły na email

Kliknij poniższy link i zapisz się, a będziesz otrzymywał nowe artykuły na email:

ZAPISUJE SIĘ >>

 

lipiec 2008
P W Ś C P S N
« cze    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Statystyka

  • 289,483 odwiedzin