Archiwum kategorii 'USA' Category

Bill i Hillary Clinton - jak zdobyli majątek?

W krótkim czasie Clintonowie awansowali do finansowej elity Ameryki. Gdy na początku 2001 r. Bill Clinton odchodził z Białego Domu, a jego żona zaczynała karierę w Senacie, mieli długi szacowane na około 12 mln dolarów. W ciągu ośmiu lat mocno odbili się od dna, zarabiając prawie 110 mln dolarów.

Od kilku miesięcy rywal Hillary Clinton w walce o demokratyczną nominację prezydencką Barack Obama nalegał, by opublikowała te dane. Sprawa była o tyle istotna, że Hillary występuje w wyborach w roli obrońcy grup najmocniej dotkniętych pogarszaniem się stanu amerykańskiej gospodarki. Tymczasem okazuje się, że w krótkim czasie Clintonowie awansowali do grona 15 tysięcy najbogatszych rodzin Ameryki. Jak zauważył „Los Angeles Times“, na samo utrzymanie rezydencji wydają wielokrotnie więcej, niż wynoszą średnie zarobki amerykańskiej rodziny.

Sztab Hillary Clinton stara się przedstawić sprawę w pozytywnym świetle. Sama była pierwsza dama podkreśla, że pieniądze przyszły same. – Ku mojemu i jego zaskoczeniu mój mąż zarobił od czasu odejścia z urzędu bardzo dużo pieniędzy, robiąc to, co lubi najbardziej: mówiąc do ludzi – wyjaśniała.

Po odejściu z Białego Domu Bill Clinton podróżował po całym świecie, wygłaszając przemówienia. W wyjątkowo pracowitym roku 2005 przemówień tych było 352, średnio niemal jedno dziennie. Eksprezydent zarobił w ten sposób aż 52 mln dolarów. Prawie 30 mln przyniosły mu dwie opublikowane przez niego książki.

Była pierwsza dama też nie może narzekać – jej autobiograficzna, 562-stronicowa książka wydana w 2003 r. przyniosła jej 10,5 mln dolarów, a senacka pensja kolejne 1,1 mln.

Szczególną uwagę mediów i ekspertów zwróciły jednak związki Billa Clintona z firmą inwestycyjną Yucaipa prowadzoną przez jego przyjaciela miliardera. W ostatnich pięciu latach były prezydent otrzymał od niej ponad 15 mln dolarów. Nie jest jasne, za co. Specjaliści zwracają jednak uwagę, że wysokość wynagrodzenia i to, że było wypłacane regularnie w równych sumach, wskazuje, iż stanowiło coś w rodzaju pensji, zapłaty za wykonywane usługi, a nie za występy publiczne.

Na takie pieniądze trzeba zwykle zapracować. Jeśli to szejk Dubaju płaci mężowi osoby, która może zostać prezydentem USA, dobrze byłoby wiedzieć, za co” – powiedział agencji Bloomberga profesor Uniwersytetu Yale i były urzędnik Departamentu Skarbu Michael Graetz.

Szejk Dubaju jest jednym z głównych udziałowców zarejstrowanej w Los Angeles Yucaipy.

W porównaniu z Hillary Clinton i jej mężem Barack Obama prezentuje się skromnie.

W 2006 r. zarobił wraz z żoną “zaledwie” milion dolarów, a rok wcześniej nieco ponad półtora miliona.
Źródło : Rzeczpospolita: Miliony państwa Clintonów
Piotr Gillert 06-04-2008

Adopcja dzieci przez “Gwiazdy”

Źródło: Rzeczpospolita: Wstydź się, córko, żeś biała
Piotr Zychowicz 28-12-2007

Co musi dziś zrobić gwiazda, żeby być trendy, a zarazem znaleźć się w awangardzie postępu? Odpowiedź jest prosta: adoptować dziecko z Trzeciego Świata

Madonna i adoptowane dziecko
Madonna i adoptowane dziecko

Angelina Jolie i Brad Pitt i dzieci
Angelina Jolie, Brad Pitt i ich dzieci

Adopcyjny szał ogarnął znanych aktorów, gwiazdy estrady, producentów i reżyserów. Madonna, Meg Ryan, Mia Farrow, Steven Spielberg. Wszyscy ci znani ludzie przyjęli do swoich domów dzieci o kolorze skóry innym niż ich. Lista znanych „multikulturalnych rodzin” jest zresztą znacznie dłuższa. Najsławniejsze jest małżeństwo aktorskiej pary Angeliny Jolie i Brada Pitta. Posiadają obecnie czworo małych dzieci, z czego troje została adoptowanych w krajach Trzeciego Świata: Kambodży, Etiopii i Wietnamie.

Trudno znaleźć zrobione przez paparazzich zdjęcie Jolie, na którym nie miałaby pod pachą jednego z kolorowych maluchów. Cała trójka ma już status celebrities, których życiem fascynują się czytelnicy bulwarowej prasy. Są nieodłącznym elementem jej wizerunku. Aktorki, której nie jest wszystko jedno. Gwiazdy, która nie jest „słodką idiotką”, ale która przejmuje się „problemami biedniejszej części planety”. Jolie zapowiada, że zamierza adoptować jeszcze co najmniej pięcioro dzieci z biednych krajów.

W jaki sposób je znajduje? Podczas licznych podróży po świecie – przy okazji kręcenia kolejnych części „Tomb Ridera”, wizyt z misją UNHCR czy po prostu egzotycznych wycieczek. Gdy spodoba się jej jakieś dziecko, błyskawicznie załatwia wszelkie formalności, nadaje mu nowe ekscentryczne imię – jej przybrane dzieci nazywają się Maddox, Zahara-Marley oraz Pax – i sprowadza do luksusowej rezydencji w Hollywood. Całość podawana jest w humanitarno-sentymentalnym sosie.

Piękna, wrażliwa aktorka wyrywa biedne, bezbronne istoty z piekła nędzy, brudu i chorób, ratując je w ten sposób przed pewną śmiercią (która notabene nie jest wcale taka pewna). Dziesięć godzin w samolocie, prysznic, wizyta w sklepie z ubrankami i u dziecięcego fryzjera (nowe fryzury maluchów są równie dziwaczne co imiona) i dla małych szczęśliwców zaczyna się życie rodem z bajki. „Dlaczego to nie ja jestem tym dzieckiem?!” – wzdycha czytelnik bulwarówki.

Postęp idzie dalej

Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że jest to transakcja, która przynosi korzyści obu stronom. – Istnieje bardzo cyniczne wytłumaczenie tego szaleństwa. Te dzieciaki ściągają na gwiazdy uwagę opinii publicznej i wywołują wobec nich bardzo pozytywne nastawienie. Angelina i Brad często goszczą w mediach z powodu swoich filmów. Jednak dzięki adoptowanym dzieciom są w mediach non stop. Są one więc bardzo cennym narzędziem do budowania ich popularności – mówi prof. Ellis Cashmore, autor książki „Celebrity Culture”.

Nie należy również zapominać, w jakim środowisku żyją gwiazdy. Hollywood, delikatnie mówiąc, nigdy nie był twierdzą amerykańskiej prawicy. Liberalni producenci, reżyserzy, aktorzy i inni bywalcy salonów Beverly Hills szaleją z zachwytu, gdy ktoś z ich grona decyduje się na adopcję małego Murzyna czy Azjaty.

– W ten sposób demonstrują, jak bardzo są otwarci i jak bardzo potępiają wszelkie uprzedzenia. Powiedzmy otwarcie: adopcja białego dziecka nie tylko nie przyniosłaby gwieździe żadnych profitów, ale niewykluczone, że mogłaby się spotkać z niezadowoleniem towarzystwa. Lewicy się wydaje, że zbudowała już idealne multikulturalne społeczeństwo, postęp idzie jednak dalej i przyszła pora na budowę multikulturalnych rodzin. Gwiazdy są w awangardzie tego ruchu – uważa dziennikarka jednego z popularnych angielskich tabloidów.

Szczególnie ważne jest w tym kontekście, żeby adoptowane dziecko było nie tylko innej rasy niż nowi rodzice, ale pochodziło z innego kontynentu, z wyjątkowo biednego kraju i rodziny. To zapewnia gwieździe dodatkowe punkty. Od kilku lat na zachodnich salonach niezwykle popularne stało się bowiem okazywanie solidarności z Trzecim Światem, czego najgłośniejszą emanacją były zorganizowane dwa lata temu przez Bono i Boba Geldofa koncerty Live 8.

Adoptujące dziecko z Trzeciego Świata gwiazdy wysyłają jasny sygnał, że znajdują się w tym samym nurcie. Że nie chcą tylko trwonić zarobionych przez siebie milionów, ale pragną się podzielić nimi z najbardziej potrzebującymi. Że wiedzą, że poza Stanami Zjednoczonymi są na świecie obszary nędzy i gotowe są pomóc. – Wiele czołowych gwiazd osiągnęło poziom, w którym bogactwo i sława już im nie wystarczają. Chcę czegoś więcej: szacunku. Adoptując dziecko z rozwijającego się świata, mają nadzieję uzyskać ten cenny towar – podkreśla prof. Cashmore. Eksperci po cichu dodają jeszcze jeden, nieco bardziej prozaiczny powód: adoptując dziecko, piękne aktorki nie muszą się martwić o negatywne skutki, jakie na ich ciele mogłyby wywrzeć ciąża i poród.

Rodzina czy internat

Na razie miłość Angeliny Jolie do kolorowych maluchów wydaje się być bardzo silna. Ba, nawet, jak sama przyznała, silniejsza od miłości do jedynego biologicznego dziecka, rocznej dziewczynki Shilon. – Ze swoimi blond włosami i niebieskimi oczyma jest w naszej rodzinie niemal wyrzutkiem. Dużo więcej czuję do pozostałych dzieci, bo przecież gdy były małe, tyle przeszły. Shilon od momentu urodzenia wydaje się zaś tak uprzywilejowana… – powiedziała w jednym z ostatnich wywiadów.

Groteskowe wyznanie gwiazdy prowokuje do zadania pytań o prawdziwość i trwałość jej uczuć wobec dzieci. Czy tak jak teraz, natchniona duchem własnej szlachetności i medialnym szałem, kocha bardziej swoje przybrane dzieci niż biologiczną córkę, tak kiedyś proporcje te nie ulegną zmianie? Czy nie straci w końcu zainteresowania Maddoksem, Zaharą-Marley oraz Paksem? Ostatnie pytanie wydaje się szczególnie niepokojące w kontekście niedawnej tragedii Jade, koreańskiej córeczki znanego holenderskiego dyplomaty Raymonda Poeteraya i jego żony Mety. Przybrani rodzice, znudzeni dziewczynką, po ośmiu latach po prostu zwrócili ją do sierocińca.

Czy taki los nie czeka również części dzieci adoptowanych przez gwiazdy? Tabloidy w końcu przecież się zmęczą codziennym opisywaniem życia kolorowych maluchów i może się okazać, że dzieci w niczym już nie pomagają, są tylko zbędnym ciężarem. Podobna sytuacja zresztą już raz się zdarzyła.

Znana niegdyś aktorka Joan Crawford (1905 – 1977) wydziedziczyła dwoje adoptowanych dzieci, gdyż nie mogła nawiązać z nimi rodzinnego kontaktu. To, że coś takiego może się powtórzyć obecnie, jest o tyle prawdopodobne, że więzi łączące wiele gwiazd z ich przybranymi dziećmi nie są specjalnie silne. Gdy pojawiają się paparazzi, oczywiście biorą one na ręce swoje pociechy i pozują do zdjęć z minami zatroskanych o prywatność swojego potomstwa rodziców. Poza kadrem czekają jednak tabuny sowicie opłacanych opiekunek, na których tak naprawdę spoczywa ciężar wychowania dzieci.

– One funkcjonują trochę jak uczniowie małej szkoły z internatem, która spełnia wszystkie ich potrzeby. Mieszkanie, ubranie, jedzenie, edukacja. To raczej mała, sprawnie działająca instytucja niż prawdziwa rodzina – podkreśla prof. Cashmore.

Sławna, światowa pani

Głównymi beneficjentami adopcyjnego szału, który ogarnął amerykańskie gwiazdy, mają być dzieci. Ostateczny bilans operacji, jakiej są poddawane, w większości przypadków faktycznie zapewne będzie dla nich korzystny. Nie oznacza to jednak, że sprawa jest całkowicie jednoznaczna.

Na przykład, choć adoptowane dzieci mają być biednymi sierotkami, dziwnym trafem bardzo często znajdują się ich prawdziwi rodzice. Tak było między innymi z etiopską córką Angeliny Jolie Zaharą-Marley. Jej biologiczna matka Mentwabe Dawit przez pewien czas domagała się zwrotu dziecka, aby później nagle zmienić zdanie i ogłosić, że „dziecko miało wiele szczęścia, że zostało adoptowane przez sławną, światową panią”. Jeszcze większe kontrowersje wywołała sprawa urodzonego w Malawi syna Madonny Davida Bandy, którego wywiozła, naruszając przepisy adopcyjne tego afrykańskiego kraju. Szybko się okazało, że jego ojciec nie zrozumiał, czego chcieli od niego przedstawiciele gwiazdy, i wcale nie zgodził się na oddanie syna. Prosty wieśniak z Malawi nie miał jednak szans na wygranie sporu z piosenkarką i dziecko zostało z Madonną. Nie wskórały nic nawet malawijskie organizacje broniące praw dziecka, które próbowały zapobiec adopcji. Ich przedstawiciele dowodzili, że „dziecko to nie jest przedmiotem”, który mająca taki kaprys amerykańska gwiazda może wywieźć z rodzimego kraju. Inni przypominali, że w Malawi jest blisko milion sierot, które potrzebują pomocy, i że inicjatywa Madonny – nawet jeżeli uznać ją za pozytywną – jest zaledwie kroplą w morzu potrzeb.

Problemy nie kończą się zresztą wraz z wyjazdem na Zachód. Życie czarnego lub żółtego dziecka w białej rodzinie bardzo często wywołuje również poważne zaburzenia tożsamości.

– Proces wychowawczy w takich przypadkach bardzo często jest niezwykle trudny. Jak bowiem wytłumaczyć dziecku, że jest zupełnie inne niż rodzice? Co zrobić, gdy dziecko staje się przedmiotem drwin ze strony rówieśników? W jaki sposób rozmawiać z nim o rasizmie i odmienności, gdy patrzy się na te sprawy z zupełnie innej perspektywy? – wylicza Maxime Caswerr z angielskiej organizacji OASIS, która udziela wsparcia multikulturalnym rodzinom.

Maxime, która sama ma dwoje wietnamskich dzieci, broni jednak gwiazd decydujących się na taki krok. – Wiem, że ta sprawa wywołuje sporo kontrowersji. Myślę jednak, że nie powinniśmy się czepiać ludzi, którzy w końcu robią coś dobrego. Oni muszą bardzo kochać dzieci, jeżeli decydują się na taki krok – podkreśla. Czasami miłość ta okazuje się tak silna, że gwiazdy nie potrafią się rozstać ze swoimi adoptowanymi dziećmi, nawet gdy te już dorosną. Tak było w przypadku Woody’ego Allena – gdy zakończył się jego związek z Mią Farrow, ożenił się z jej adoptowaną koreańską córką Soon-Yi Previn, którą wcześniej wychowywał. Jest od niego młodsza o blisko 35 lat.

Koszt wojny w Iraku i Afganistanie

Źródło: Rzeczpospolita: Wojna kosztuje biliony dolarów
Piotr Gillert 14-11-2007, ostatnia aktualizacja 14-11-2007 19:21

Wielkie kredyty, zaniechanie inwestycji, konieczność opieki nad tysiącami kombatantów, wahania na rynku ropy – to dodatkowe koszty wojen w Iraku i Afganistanie - pisze nasz korespondent w Waszyngtonie

Najnowszy raport na temat ceny prowadzenia przez USA wojny z terrorem zawiera gigantyczne liczby. - Pełny koszt wojny dla naszej gospodarki wyraża się w sposób, o którym obecna administracja nigdy nie mówi: finansujemy ją z pożyczonych pieniędzy - oświadczył przywódca demokratów w Senacie Harry Reid.

Od 2002 roku z budżetu wydano lub zaaprobowano do wydania do końca września przyszłego roku ponad 800 mld dolarów na obie wojny. Zdaniem demokratów do tej liczby należałoby doliczyć odsetki od kredytów zaciągniętych w tym celu przez rząd, koszt zaniechanych z powodu wojen inwestycji, długoterminowe wydatki na opiekę nad tysiącami kombatantów i koszty wywołanych konfliktem zaburzeń na rynku ropy.

Gdy wziąć wszystkie te czynniki pod uwagę, wydatki wojenne zdaniem demokratów okazałyby się dwukrotnie wyższe, a w najbliższej dekadzie mogłyby wzrosnąć nawet do 3,5 bln dolarów.

Publikacja raportu demokratów zbiega się w czasie z kolejnym starciem między zdominowanym przez nich Kongresem i prezydentem Bushem. Administracja oczekuje na jak najszybsze zatwierdzenie dodatkowych funduszy wojennych (50 mld dolarów). Tymczasem demokraci zapowiedzieli, że zatwierdzą je tylko pod warunkiem, że rząd natychmiast rozpocznie redukcję liczebności wojsk w Iraku i zapowie pełne wycofanie do połowy grudnia 2008 roku.

Debata ta wpisuje się w trwającą obecnie prezydencką kampanię wyborczą. Demokraci próbują wykorzystać niepopularność ciągnącej się wojny w walce z republikanami. Wytykają więc republikańskiej administracji m. in., że pompuje miliardy dolarów do Iraku, a oszczędza na własnych obywatelach. We wtorek prezydent zablokował środki budżetowe dla departamentów Edukacji, Zdrowia i Pracy, bo uznał, że Kongres przeznaczył dla nich o 10 mld dolarów za dużo.

- Zdaniem Busha za dużo wydajemy na amerykańskich uczniów, na opiekę zdrowotną nad dziećmi, na istotne dla społeczności lokalnych inwestycje. A tymczasem wysyłamy kolejne 200 mld dolarów do Bagdadu i Kabulu - grzmi demokratyczny kongresmen Steny Ho-yer.

Pragnąc uzmysłowić przeciętnemu wyborcy, o jaki ciężar chodzi, demokraci obliczyli dotychczasowy realny koszt obu wojen przypadający na statystyczną amerykańską rodzinę. Według ich analiz sięgnął już 20 tys. dolarów.

Obecność żołnierzy w Iraku i Afganistanie kosztowała już amerykańskich podatników mniej więcej tyle (z uwzględnieniem inflacji) co katastrofalna wojna w Wietnamie. Gospodarka USA, z PKB w wysokości ponad 13 bln dolarów rocznie, jest znacznie bogatsza niż wtedy, dlatego zdaniem wielu ekspertów społeczeństwo nie odczuwa ciężaru konfliktu na Bliskim Wschodzie. Dla porównania: bez ukrytych kosztów druga wojna światowa pochłonęła około 30 procent amerykańskiego PKB, wojna koreańska w latach 50. około 14 procent, a wietnamska - 9 procent. Wydatki na prowadzone obecnie wojny przekraczają 1 procent PKB.

Innym istotnym czynnikiem jest „koszt w ludziach“. Już wiadomo, że mijający rok będzie rekordowy pod względem liczby ofiar armii amerykańskiej w Iraku. Do 7 listopada zginęło tam 854 amerykańskich żołnierzy, a od rozpoczęcia wojny - prawie 3900. Straty te są jednak nieporównywalnie mniejsze niż w Korei czy Wietnamie.

Dowcipy w McDonald’s

Źródło: Rzeczpospolita: Wielkie odszkodowanie za dowcip w McDonald’s
08.10.2007

Sześć milionów dolarów odszkodowania dostanie od McDonald’s była pracownica, którą poddano poniżającej kontroli osobistej

Do incydentu doszło w kwietniu 2004 roku w miejscowości Mount Washington w stanie Kentucky. Zarządzająca wieczorną zmianą w McDonaldzie kierowniczka Donna Summers odebrała telefon od mężczyzny przedstawiającego się jako policyjny “funkcjonariusz Scott”, który zawiadomił ją, że jedna z jej pracowniczek jest podejrzana o kradzież.

Z opisu wynikało, że chodzi o 18-letnią wówczas Louise Ogborn. “Funkcjonariusz Scott” nakazał kierowniczce zamknąć “podejrzaną” na zapleczu i przeprowadzić dokładną kontrolę osobistą. Ponieważ Summers była zajęta pracą, sprawę przejął w swoje ręce jej ówczesny narzeczony.

Postępując zgodnie z coraz bardziej dziwacznymi poleceniami “policjanta” i przy aprobacie Summers narzeczony zmusił przerażoną dziewczynę do rozebrania się i stawania w dziwnych pozach, atakże bił ją po pośladkach i zmusił do seksu oralnego.

Ogborn domagała się 200 milionów dolarów odszkodowania od McDonalds. Decyzją sądu dostała 6,1 mln. Co ciekawe, kierowniczka, która wcześniej w sprawie karnej dostała wyrok w zawieszeniu (jej były narzeczony trafił do więzienia), także uznała się za poszkodowaną przez pracodawcę i domagała się 50 mln dolarów. Dostała 1,1 mln. -Po raz pierwszy od trzech lat mogę chodzić z podniesioną głową -stwierdziła.

Żadnej kary nie poniósł natomiast rzekomy “funkcjonariusz Scott”. Był nim prawdopodobnie pewien mieszkaniec Florydy, który został jednak oczyszczony przez sąd z zarzutów wobec braku wystarczających dowodów.

Zanim jednak doszło do wydarzeń w Kentucky, udało mu się w podobny sposób “zabawić się” z pracownikami paru innych restauracji szybkiej obsługi w różnych zakątkach kraju. Zdaniem psychologów bardzo wprawnie manipulował swymi ofiarami i nie bez powodu wybierał za cel “dowcipów” fast foody jako przedsiębiorstwa, w których panuje niemal koszarowa dyscyplina.

Zdaniem kierowniczki Summers koncern ponosi odpowiedzialność za jej zachowanie, bo nie ostrzegł jej o całej serii podobnych przypadków, do których doszło wcześniej.

- Jesteśmy rozczarowani werdyktem, ale pozostajemy czujni, robiąc wszystko, aby chronić naszych pracowników i zapewnić im bezpieczne i godne miejsce pracy - oświadczył rzecznik McDonald’s William Whitman.
Piotr Gillert z Waszyngtonu

Amerykańskie dynastie w polityce

Źródło: Rzeczpospolita: Dynastie z woli ludu
01.09.2007

Amerykańskie dynastie są klasą obywateli czynnie zaangażowanych w politykę, w której chęć i gotowość do działalności publicznej przechodzi z pokolenia na pokolenie

Jeśli Hillary Clinton wygra przyszłoroczne wybory prezydenckie i utrzyma władzę w następnych, to w momencie zakończenia jej drugiej kadencji w styczniu 2017 roku minie 28 lat rządów dwóch rodzin. Ponieważ niektórzy doliczają do tego czas, jaki George Bush senior spędził na stanowisku wiceprezydenta, można będzie mówić o ponad trzech dekadach, w których największą demokracją świata rządziły tylko dwie rodziny: Bushów i Clintonów.

Bananowe Stany Zjednoczone?

Niektórzy amerykańscy komentatorzy lamentują, że jeśli tak się stanie, będzie to symbolem upadku amerykańskich ideałów. - Nasz kraj zamienia się w bananową republikę - ostrzegają. Owszem, są kraje, gdzie polityczne dynastie wydają się czymś normalnym: Indie, Filipiny, Kongo, a szczególnie Korea Północna. Ale Ameryka?

David Boaz, współtwórca waszyngtońskiego Instytutu Cato, opublikował niedawno na łamach brytyjskiej prasy zgryźliwą krytykę tego zjawiska, zauważając, że 18 ze 100 obecnych senatorów USA wywodzi się z politycznych dynastii. Gdy jednak pytam go, czy sądzi, że amerykańska demokracja jest zagrożona, zdecydowanie zaprzecza.

- Do pewnego stopnia dynastie są naturalnym zjawiskiem. W końcu podobnie jest w biznesie, dzieci często idą w ślady ojców. Pytanie brzmi: w którym momencie to zjawisko powinno nas zaniepokoić? - zastanawia się Boaz. - Dziś jest szczególnie aktualne ze względu na sytuację, jaka może nas czekać na najwyższym szczeblu władzy w Ameryce. Bush, Clinton, Bush, znów Clinton, a potem kto wie, może znowu Bush, tym razem Jeb (do niedawna gubernator Florydy), brat obecnego prezydenta. To oczywiście sprawia bardzo dziwne wrażenie, ale prawdopodobnie jest jedynie przejściowym wynaturzeniem - mówi mi Boaz.

Ale czy rzeczywiście? Czy Ameryką nie rządzą powiązane ze sobą więzami krwi elity, które są demokratyczną wersją dawnej arystokracji? Czy to przypadek, że George W. Bush i John Kerry, którzy starli się ze sobą w ostatnich wyborach prezydenckich, są - odległymi, ale jednak - kuzynami?

Zaczęło się od Adamsów

- Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, tak już w Ameryce bywało - uspokaja mnie Stephen Hess, historyk z Brookings Institution i autor książki “Amerykańskie dynastie polityczne”.

Co nie znaczy, że to Amerykanów nie martwiło. Na przykład Waszyngton został pierwszym prezydentem USA z wielu powodów: był bohaterem wojny o niepodległość, człowiekiem o nieposzlakowanej opinii i zdolnościach przywódczych. Ale w oczach sobie ówczesnych rodaków miał jeszcze jedną wielką zaletę, o której dziś rzadko się wspomina: nie posiadał potomka. Jak zauważają w swym opracowaniu o wpływowych rodzinach amerykańskiej polityki Melissa Ware i Brian Flanagan z Centrum Studiów Prezydenckich imienia Hauensteina, brak syna, który mógłby zająć miejsce Waszyngtona po jego śmierci, dawał Amerykanom gwarancję, że nie będzie powrotu do monarchii. Zwolennicy młodego amerykańskiego państwa mieli powody, by się tego obawiać - część ówczesnych mieszkańców kraju popierała stary ustrój. Większość gardziła jednak światem uprzywilejowanych elit, od którego uciekali przez Atlantyk ich przodkowie.

“Jeszcze nigdy bałwochwalstwo wobec monarchów i poddańczość wobec arystokracji nie zostały wymazane z tak wielu umysłów w tak krótkim czasie”, pisał triumfalnie w 1776 roku, gdy Stany ogłosiły Deklarację Niepodległości, John Adams, jeden z twórców USA.

Ten sam Adams, syn sygnatariusza Deklaracji, został potem drugim prezydentem młodego państwa, a jego syn - John Quincy Adams - szóstym. Od Adamsów zaczyna się zwykle spis amerykańskich dynastii politycznych.

Szczególne miejsce mają w niej na przykład Harrisonowie. William Harrison pamiętany jest nie tylko z tego, że wygłosił najdłuższe ze wszystkich prezydenckich przemówień inauguracyjnych i rządził najkrócej ze wszystkich prezydentów (przemówienie było tak długie, a dzień tak zimny, że Harrison przeziębił się i miesiąc później zmarł). Przede wszystkim znany jest jako jedyny prezydent, który był dziadkiem innego prezydenta, Benjamina.

Kariery wdów

Przykłady z dalszej historii można by mnożyć: klany Taftów, Rooseveltów czy wreszcie Kennedych. Także na poziomie lokalnym. Na przykład kongresmen Rodney Frelinghuysen jest szóstym w historii przedstawicielem tej rodziny, jaki reprezentuje stan New Jersey w Kongresie USA.

- Niemal każdy stan ma co najmniej dwie takie rodziny - szacuje Hess, gdy pytam go o zasięg tego zjawiska. Twierdzi zresztą, że zasięg ten zwiększył się w ostatnich dziesięcioleciach. - Gdy w latach 60. pisałem książkę o dynastiach Ameryki, moja praca dotyczyła niemal wyłącznie mężczyzn. Od tamtej pory do polityki aktywnie włączyły się nowe grupy społeczne: kobiety, Afroamerykanie - mówi Hess.

Gdy przed dwoma laty wybrałem się do Memphis w stanie Tennessee, by zbierać materiały do tekstu o Elvisie Presleyu, tamtejsi Murzyni przez godzinę zamiast o królu rock and rolla opowiadali mi o miejscowej rodzinie Fordów, która zdominowała czarną politykę w tym mieście i w całym stanie.

Dość powszechne i w pełni akceptowane przez Amerykanów jest też zjawisko mianowania osoby z najbliższej rodziny na miejsce zmarłego członka Kongresu.

Jeden z najbardziej niezwykłych takich przypadków miał miejsce w 2001 roku w stanie Missouri. Tamtejszy gubernator Mel Carnahan, polityk znany i powszechnie lubiany, ubiegał się o miejsce w Senacie USA, ale zaledwie trzy tygodnie przed wyborami zginął w wypadku awionetki. Na wpisanie nowego nazwiska na kartach do głosowania było za późno, głosowano więc na nieboszczyka, a pełniący obowiązki gubernatora ogłosił, że w razie zwycięstwa Carnahana mianuje na jego miejsce wdowę po nim - Jean. W dowód szacunku dla zmarłego jegorywal w wyborach zawiesił kampanię wyborczą na czas żałoby. Carnahan zwyciężył zza grobu, wysyłając tym samym Jean, która nigdy wcześniej nie pełniła żadnego publicznego stanowiska, do Waszyngtonu. Niezwykłe były okoliczności, ale nie sam mechanizm. Jak Ameryka długa i szeroka, wdowy po zmarłych politykach przejmują ich stanowiska do czasu zorganizowania specjalnych wyborów.

W obecnym składzie Izby Reprezentantów zasiadają na przykład cztery wdowy, które właśnie w ten sposób znalazły się na Kapitolu, a potem wygrały wybory uzupełniające.

Mianowanie członka rodziny na swoje miejsce może mieć też bardziej radosną przyczynę: gdy przed paroma laty senator z Alaski Frank Murkowski został wybrany na stanowisko gubernatora tego stanu, na swe miejsce na Kapitolu mianował na dwa lata, jakie pozostały do upływu kadencji, swoją córkę Lisę. Wyborcy byli tak zachwyceni, że wybrali ją w 2004 roku w normalnych wyborach.

Z kolei stan Wyoming czekają w przyszłym roku wybory uzupełniające po niedawnej śmierci tamtejszego senatora Craiga Thomasa. Kto według “Washington Post” wymieniany jest wśród potencjalnych następców Thomasa? Dwóch jego synów, a także stanowy kongresmen, który jest synem byłego senatora, oraz Lynne Cheney, żona obecnego wiceprezydenta USA, który niegdyś był kongresmenem z tego stanu. I jak tu nie mówić o polityce dynastycznej w Ameryce?

W służbie narodu

Hess pochlebnie wypowiada się o roli, jaką w historii Ameryki odegrały polityczne dynastie. - Rodziny, których badaniem zajmowałem się jako historyk, służyły krajowi w sposób znacznie wykraczający poza przeciętną - wyjaśnia.

Przykładem mogą być Rooseveltowie. Założycielem dynastii był nowojorski radny z przełomu XVII i XVIII wieku Nicholas Roosevelt. Część jego potomków pozostała w Nowym Jorku i z nich wywodził się późniejszy prezydent Theodore. Część przeniosła się do pobliskiego Hyde Park i z tej linii wywodził się inny mieszkaniec Białego Domu: Franklin Delano Roosevelt.

Przez gęstą sieć małżeństw w obrębie amerykańskiej klasy rządzącej Rooseveltowie spokrewnieni byli z dwoma innymi prezydentami USA (Ulyssesem Grantem i Zacharym Taylorem), a nawet premierem Wielkiej Brytanii Winstonem Churchillem.

Wszyscy czterej synowie Theodore’a brali czynny udział w I wojnie światowej. Najmłodszy zginął we Francji, ale pozostali trzej ponownie zaciągnęli się do wojska podczas II wojny światowej. Prezydentem był już wtedy Franklin, ale i jego czterej synowie służyli w armii podczas wojny - jeden został nawet generałem. Dwóch zasiadło potem w Izbie Reprezentantów. Żona Franklina Eleonora reprezentowała swój kraj w ONZ. Życie kolejnych pokoleń Rooseveltów skupiało się więc wokół służby dla kraju.

Amerykańskie dynastie są klasą obywateli czynnie zaangażowanych w politykę, w której chęć i gotowość do działalności publicznej przechodzi z pokolenia na pokolenie. Czemu jednak społeczeństwo tak chętnie korzysta z ich usług?

Znajomość marki

- W końcu ktoś na tych ludzi musi zagłosować, sami się nie wybierają - mówi Hess. No właśnie, ale dlaczego na nich głosują?

Zdaniem Boaza jedną z przyczyn jest zjawisko znane z praktyki rynkowej, a mianowicie: znajomość marki. Wielu wyborców słabo się orientuje w świecie polityki, także tej lokalnej, i w dniu wyborów stawia na kandydata, którego nazwisko wydaje się mu znajome. Z niektórych badań wynika na przykład, że w 2000 roku wielu wyborców miało kłopoty z odróżnieniem kandydata George’a W. Busha od jego ojca, byłego prezydenta. Po prostu George Bush był dla nich znaną marką. Podobnie jest dziś z nazwiskiem Clinton. - W dzisiejszej Ameryce, jeśli masz na nazwisko Clinton, jesteś sławny lub sławna. Powinowactwo ze znanym politykiem jest wielce pomocne - uważa Boaz.

Czy jedynym wytłumaczeniem jest ignorancja przeciętnego wyborcy, który po prostu stawia krzyżyk (lub robi dziurkę) przy nazwisku polityka, którego nazwisko wydaje mu się znajome - wybiera przywódców tak, jak się wybiera proszek do prania w supermarkecie?

Drobny błąd Tocqueville’a

Odpowiedź, jak mi się wydaje, znalazłem u Alexisa de Tocqueville’a. Pod koniec swej książki “O demokracji w Ameryce” XIX-wieczny myśliciel pisze: “Naszych współczesnych ustawicznie zżerają dwie sprzeczne namiętności? potrzeba, by ktoś prowadził ich za rękę, i pragnienie zachowania wolności. Nie mogą pozbyć się żadnego z tych przeciwnych instynktów, starają się zaspokoić oba naraz. Marzą więc o jedynej, opiekuńczej i wszechstronnej władzy, którą wybieraliby jednak wszyscy obywatele. (…) Każdy pozwala się krępować, ponieważ widzi, że to nie jakiś człowiek czy klasa, lecz samo społeczeństwo trzyma w ręku drugi koniec łańcucha”.

Pisząc te słowa, Tocqueville miał na myśli społeczeństwa europejskie. Mylił się jednak, przewidując, że w amerykańskiej demokracji niemożliwe jest wykształcenie się klasy rządzących. Ona istnieje, a tak zwane dynastie są tak naprawdę kolejnymi pokoleniami ekspertów od rządzenia. Nie jest to, tak jak arystokracja, kasta oparta wyłącznie na urodzeniu. Nie jest to hermetyczna grupa, do której ciężko dostać się z zewnątrz i która kurczowo się władzy trzyma. Jak zauważa Hess, cechą wielkich rodzin amerykańskiej polityki jest to, że ich kolejni potomkowie dobrowolnie schodzą z politycznej sceny, stając się biznesmenami czy naukowcami. Ale klasa rządzących istnieje i kieruje się własnymi regułami. By do niej przystąpić, trzeba te reguły przyjąć - skończyć właściwe szkoły (Yale, Harvard), być w młodości stażystą u kongresmena, pracować w czyimś sztabie wyborczym, nauczyć się sposobu mówienia, myślenia i działania elit. Farmer z Iowy czy inżynier z Chicago nie zrobi w Ameryce szybkiej kariery politycznej - prawdopodobnie zresztą nie zrobi żadnej.

Istnienie rządzącej elity bierze się moim zdaniem właśnie z tej wewnętrznie sprzecznej potrzeby wolności pod rządami sprawnej, silnej władzy, o której pisał Tocqueville. Pod rządami specjalistów od rządzenia. A ponieważ, jak zauważa David Boaz, talent przekazywany jest zwykle w genach, Amerykanie chętnie widzą u władzy krewnych tych, którzy już wcześniej się w tej dziedzinie sprawdzili.

Political fiction 2016: Clinton czy Bush?

A mimo to Stephen Hess kwestionuje zasadność mówienia o dynastiach tak w przypadku Bushów, jak i Clintonów.

- Po pierwsze ojciec George’a Busha seniora był mało znanym kongresmenem z Connecticut. Po drugie, gdyby syn chciał pójść w ślady ojca, to zostałby w tym stanie, by przejąć po nim schedę. Tymczasem on wyjechał do dalekiego Teksasu, by zostać przedsiębiorcą - argumentuje Hess.

Jeszcze trudniej jest jego zdaniem mówić o dynastii Clintonów. - Nie było nikogo przed Billem i nie będzie raczej nikogo po Hillary, chyba że czeka nas jakaś niespodzianka ze strony Chelsea - mówi Hess.

Ale kto wie. Córka prezydenta i kandydatki na prezydenta osiągnie minimalny wiek wymagany do ubiegania się o ten urząd przed wyborami 2016 roku, a więc akurat na zakończenie ewentualnej drugiej kadencji swej mamy. Być może nadal w wielkiej polityce liczyć się będzie Jeb Bush, a może karierę do tego czasu zrobi jego przystojny i niepozbawiony ambicji politycznych syn.

Nie jest jednak jasne, czy w tym przypadku magia znanej marki będzie przyciągała, czy raczej odpychała wyborców pragnących oddać stery kraju w pewne ręce. Bratanek obecnego prezydenta nazywa się bowiem… George Bush. George P. Bush.
Piotr Gillert

Cyberwojna - pierwsze potyczki - Chiny kontra USA

Źródło: Rzeczpospolita: Wirtualna trzecia wojna światowa
05.09.2007

Pomiędzy światowymi mocarstwami toczy się już prawdziwa cyberwojna. Chińscy hakerzy przypuścili niedawno zmasowany atak na komputery Pentagonu. Tylko dzięki szybkiej reakcji Amerykanów nie udało im się wykraść ściśle tajnych danych

Do ataku doszło w lipcu, ale sprawa wyszła na jaw dzięki wczorajszej publikacji “Financial Times”. Według gazety cybernetyczna inwazja zmusiła Departament Obrony do zawieszenia na tydzień działania części swojej sieci. Był to najpoważniejszy tego typu atak w historii Stanów Zjednoczonych.

Zdaniem przedstawicieli departamentu, z którymi rozmawiali dziennikarze, amerykański kontrwywiad nie ma żadnych wątpliwości, kim byli napastnicy. Ataku dokonali hakerzy chińskiej armii, którzy wcześniej przez kilka miesięcy starali się rozgryźć amerykańskie systemy zabezpieczeń.

-To dzikie, bezpodstawne oskarżenia. To myślenie charakterystyczne dla okresu zimnej wojny - powiedział wczoraj rzecznik chińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Jiang Ju. - Nasz rząd stanowczo potępia podobne praktyki, bo sam często pada ich ofiarą -podkreślił urzędnik.

Chińska droga na skróty

Takie wyjaśnienia wydają się jednak mało wiarygodne. Zaledwie tydzień wcześniej wyszło bowiem na jaw, że podobnego cyberataku chińska armia dokonała na rządowe komputery w Niemczech. Chińczycy wpuścili do nich groźne wirusy i usiłowali wykraść tajne informacje.

Chińskich hakerów najbardziej interesowały informacje dotyczące nowych technologii. - Oni idą na skróty. To, co Zachód wypracowywał przez pokolenia, Chińczycy chcą zdobyć jednym kliknięciem - mówił wówczas Johannes Schmalzl, szef Urzędu OchronyKonstytucji (kontrwywiad) Badenii-Wirtembergii.

Co Chińczykom udało się wykraść z amerykańskich komputerów? Na razie nie wiadomo. Amerykańscy eksperci starają się właśnie oszacować straty. Wydaje się jednak, że dzięki doskonałym zabezpieczeniom i podjętym błyskawicznie działaniom obronnym udało się zapobiec najgorszemu -Chińczycy nie dostali się do danych opatrzonych klauzulą “ściśle tajne”.

Dzwonek alarmowy

Amerykanie zapowiadają jednak wprowadzenie kolejnych, znacznie bardziej szczelnych, zabezpieczeń. - To dla nas dzwonek alarmowy. Musimy być bardziej agresywni - powiedział cytowany przez “Financial Times” przedstawiciel departamentu. Amerykanie podkreślają, że sprawę traktują niezwykle poważnie.

-Chińska armia pokazała, że potrafi dokonać ataku, który obezwładnia nasz system. Posiada możliwość pozwalającą jej w sytuacji konfliktu wyrządzić nam wielkie szkody - powiedział inny amerykański urzędnik. Eksperci podkreślają zaś, że podobne działania będą w przyszłości nieodzownym elementem kampanii wojennych.

Zdaniem dr. Malcolma Davisa, eksperta ds. przyszłej wojny z King’s College w Londynie “do trzech klasycznych teatrów działań wojennych? morza, ziemi i powietrza, dojdzie niedługo czwarty? cyberprzestrzeń”.

- Hakerzy będą działali jak komandosi poza linią wroga. W czasach, w których niemal wszystko jest kontrolowane przez komputery, cyberatak będzie mógł sparaliżować nieprzyjacielską armię - mówił w wywiadzie udzielonym “Rz” .O tym, jak może być to groźne, przekonała się niedawno Estonia. Podczas sporu z Rosją o usunięcie z centrum Tallina pomnika żołnierza Armii Czerwonej, rosyjscy rządowi hakerzy dokonali zmasowanego ataku na estońskie rządowe komputery. Zablokowane zostały także strony banków, partii politycznych i gazet. Straty, wynikłe z zakłócenia działalności tych instytucji, szacowano na miliony euro. Nie jest tajemnicą, że w wielu armiach świata działają specjalne oddziały hakerów. Mają je między innymi USA, Chiny oraz nieustannie atakowany przez hakerów Izrael.

Sprawa została bardzo poważnie potraktowana przez NATO. Niewykluczone, że w Tallinie powstanie specjalne centrum Sojuszu, którego zadaniem będzie odpieranie przyszłych cyberataków na jego członków.

PIOTR ZYCHOWICZ

Religia to opium dla ludu !!!

Źródło: Rzeczpospolita: Czy Watykan indoktrynuje dzieci?
22.06.2007

ONZ przyznała status doradczy radykalnej grupie ateistów. Według niej edukacja religijna jest łamaniem praw dziecka, a kościoły są centrami indoktrynacji

Chodzi o Centrum Śledcze (CFI), organizację, której główna siedziba znajduje się w Nowym Jorku, a poszczególne oddziały rozrzucone są niemal po całym świecie. Jej celem jest “dostarczanie racjonalnych, etycznych alternatyw dla panujących obecnie paranormalnych i religijnych systemów wartości”. W praktyce jej działalność sprowadza się do zwalczania wszelkich przejawów religii wżyciu publicznym i promocji “naukowego ateizmu”.

W październiku odbędzie się wielki zjazd przedstawicieli grupy w Pekinie. Jednym z najważniejszych punktów obrad będzie religijna edukacja dzieci. Debatę zapoczątkował prominentny działacz CFI, szef indyjskiego oddziału organizacji Innaiah Narisetti. W specjalnym dokumencie przygotowanymna zjazd stwierdza on, że religijna edukacja dzieci jest formą naruszania ich praw i, podobnie jak przemoc czy molestowanie seksualne, powinna być zabroniona.

“W takiej czy innej formie wszystkie religie naruszają prawa dzieci” - napisał Narisetti. Jego zdaniem wszelkie świątynie - kościoły, meczety czy synagogi -są niebezpiecznymi centrami indoktrynacji.

“ONZ musi zająć jasne stanowisko w sprawie przymusowego udziału dzieci w praktykach religijnych - napisał. - Musi się ująć za prawami dzieci, a nie tylko prawami rodziców i społeczeństw, które narzucają [dzieciom] religijne przekonania. ONZ musi się zastanowić, czy organizacja taka jak Watykan powinna być jej członkiem. Jeżeli tego nie zrobi, miliony dzieci będą nadal napastowane”.

Poglądy wyrażone przez Narisettiego pokrywają się ze stanowiskiem CFI. Podczas zjazdu w Pekinie grupa prawdopodobnie oficjalnie zwróci się do ONZ, aby zmieniła stanowisko w sprawie “religijnej indoktrynacji dzieci”. Sama ONZ nie chce komentować sprawy.

-Dlaczego przyznaliśmy im status doradczy? Nie mam pojęcia. Musimy to sprawdzić. Proszę napisać oficjalny list z pytaniami, odpowiedź odeślemy za dziesięć, 12 dni -powiedziała “Rz” przedstawicielka biura ONZ współpracującego z organizacjami pozarządowymi.

Sprawa wzbudziła oburzenie organizacji religijnych. -To naprawdę absurdalne, aroganckie pomysły. Ci ludzie wmawiają nam, że walczą z religią, a sami są religijnymi fanatykami. Ta religia nazywa się ateizm, a CFI usiłuje ją narzucić reszcie społeczeństwa -powiedział “Rz” John-Henry Westen, znany kanadyjski działacz katolicki.
PIOTR ZYCHOWICZ

DR PAUL KURTZ, założyciel i prezes CFI
Dzieci są jednostkami ludzkimi i muszą mieć zapewnione prawo wyboru. Rodzice nie mogą im narzucać swoich własnych przekonań. Dzieci muszą się uczyć w szkołach o zdobyczach nowoczesnej nauki. Archaiczne tezy forsowane przez instytucje religijne - na przykład kreacjonizm - są ograniczeniem tego prawa.

KIERA MCCAFFREY, nowojorska Liga Katolicka
CFI ingeruje w podstawowe prawo rodziców, jakim jest wychowanie własnych dzieci. Mamy do czynienia z grupą antyreligijnych radykałów. Znamy ich bardzo dobrze. W zeszłym roku prowadzili kampanię wymierzoną w obchody Bożego Narodzenia. Oni boją się Watykanu i dlatego chcą się go pozbyć z ONZ.

Propaganda homoseksualna - jak to się robi

W 1987 r. w gejowskim czasopiśmie “Guide Magazine” ukazał się artykuł formułujący zasady, jakie powinien stosować ruch homoseksualny, aby zaistnieć w mediach i uczynić swój program strawnym dla przeciętnego Amerykanina. Publikujemy jego obszerne fragmenty.

Pierwszym celem działania jest znieczulenie amerykańskiej publiczności w odniesieniu do gejów i ich praw. Chodzi o to, aby ułatwić jej spoglądanie na homoseksualizm z obojętnością, a nie z żywym zaangażowaniem. Byłoby najlepiej, gdyby zwykli ludzie zauważali różnicę w preferencjach seksualnych w ten sam sposób, w jaki zauważają fakt, że można mieć różne ulubione smaki lodów albo dyscypliny sportu. Ona lubi truskawkowe, ja wolę waniliowe, on kibicuje baseballowi, ja piłce nożnej. Nie ma problemu.

Przynajmniej na początku dążymy do znieczulenia publiczności i niczego więcej. Nie możemy oczekiwać pełnego “dowartościowania” czy “zrozumienia” homoseksualizmu przez przeciętnego Amerykanina. Darujcie sobie przekonywanie mas, że homoseksualizm to coś dobrego. Ale jeśli tylko potraficie sprawić, by pomyślały, że to coś innego i wzruszyły ramionami, to właściwie już wygraliście bitwę o prawa. Aby dojść do etapu wzruszenia ramionami, geje jako klasa muszą przestać uchodzić za tajemniczych, obcych, godnych potępienia i idących wbrew ogółowi. Niezbędna będzie kampania medialna na dużą skalę, aby zmienić obraz gejów. Aby osiągnąć te przemiany, kampania musi uwzględnić sześć punktów.

Krok 1: mówcie o homoseksualistach i homoseksualizmie tak często i tak głośno, jak to możliwe

Stoi za tym prosta zasada: niemal każde zachowanie zaczyna wyglądać normalnie, jeśli stykasz się z nim dość często w swoim bliskim otoczeniu. To, czy ktoś zaakceptuje nowe zachowanie, będzie zależeć od tego, ilu jego znajomych to robi lub akceptuje. Jeśli człowiek spod budki z piwem nie poczuje nacisku, aby robił to samo i jeśli dane zachowanie nie stwarza dlań zagrożenia fizycznego ani finansowego, oswoi się z nim i życie potoczy się dalej. Sceptycy mogą kręcić głową i myśleć: “Ludzie powariowali”, ale z upływem czasu obiekcje staną się bardziej stonowane, filozoficzne raczej niż emocjonalne.

Żeby stłumić przewrażliwienie na punkcie homoseksualizmu, konieczne jest, aby wiele ludzi poruszało ten temat w sposób neutralny lub życzliwy. Nieustanne mówienie o nim tworzy wrażenie, że opinia publiczna jest przynajmniej podzielona i że istotny jej segment akceptuje lub wręcz praktykuje homoseksualizm.

Nawet ostre dyskusje między wrogami a obrońcami przyczyniają się do znieczulenia - pod warunkiem że głos zabierają “szacowni” geje. Głównym celem jest rozmawianie o gejostwie, aż wszyscy będą mieli dosyć.

Kiedy radzimy, by mówić o homoseksualizmie, mamy dokładnie to na myśli. Na wczesnym etapie kampanii nie powinno się szokować i odpychać mas zbyt wczesnym pokazywaniem homoseksualnych zachowań jako takich. Należy unikać obrazów czynności seksualnych, a prawa gejów niech będą sprowadzone do abstrakcyjnej kwestii społecznej. Niech najpierw wielbłąd wetknie swój nos do namiotu, zanim wpakuje nieprzystojny tyłek!

Ważne jest, gdzie zabieramy głos. Media wizualne - film i telewizja - to oczywiście najpotężniejsze środki budowy wizerunku w cywilizacji zachodniej. Jak dotąd geje w Hollywood byli najlepszą ukrytą bronią w walce o znieczulenie głównego nurtu opinii. Krok po kroku w ciągu minionych dziesięciu lat wprowadzano postaci i tematy gejowskie do filmów i programów (choć często w celu osiągnięcia efektów komicznych i ośmieszenia).

Czy kampania znieczulająca dotrze do każdego wściekłego wroga homoseksualizmu? Rzecz jasna nie. Opinia publiczna jest jednym ze źródeł wartości uznawanych przez ogół; drugim są instytucje religijne. Skoro konserwatywne Kościoły potępiają gejów, możemy zrobić tylko dwie rzeczy, aby osłabić homofobię głęboko wierzących. Po pierwsze możemy zamącić wody moralności przez akcentowanie poparcia dla gejów ze strony bardziej umiarkowanych Kościołów, formułowanie teologicznych wątpliwości co do konserwatywnej interpretacji Biblii, wskazywanie na przypadki nienawiści i niekonsekwencji. Po drugie, możemy podkopać moralny autorytet homofobicznych Kościołów, przedstawiając je jako przestarzały zaścianek, nienadążający za czasami oraz najnowszymi osiągnięciami psychologii.

Krok 2: przedstawiajcie gejów jako ofiary, nie jako agresywnych rywali

Z gejów należy uczynić ofiary potrzebujące ochrony, przez co heteroseksualiści będą odruchowo skłonni przybrać rolę obrońcy. Jeśli natomiast przedstawimy gejów jako silną i pewną siebie grupę promującą mocno niekonformistyczny i wypaczony sposób życia, zostaną najprawdopodobniej uznani za wroga publicznego, wobec którego uzasadniony jest opór i nacisk. Z tego powodu musimy odpuścić sobie pokusę dumnego kroczenia w paradach, jeśli to stoi w sprzeczności z wizerunkiem geja-ofiary. Musimy umieć poruszać się po cienkiej linii między okazywaniem zwykłym ludziom, jak wielu nas jest, a wzbudzaniem w nich wrogiej, paranoicznej reakcji w stylu “oni są wszędzie dookoła!”.

Medialna kampania nagłaśniająca wizerunek geja-ofiary powinna stosować symbole, które obniżają w opinii publicznej poczucie zagrożenia, osłabiają jej mechanizmy obronne i wzmacniają wiarygodność roli ofiary. W sensie praktycznym znaczy to, że w reklamach gejowskich i innych wystąpieniach publicznych nie należy eksponować zawadiackich, wąsatych atletów. Pojawić się natomiast powinni uroczy młodzi ludzie, osoby starsze oraz atrakcyjne kobiety. Nie trzeba dodawać, że grupy będące na marginesie tego, co jest do przyjęcia takie jak NAMBLA (północnoamerykańskie stowarzyszenie mężczyzn kochających chłopców) nie mogą brać żadnego udziału w takiej kampanii. Podejrzani o molestowanie dzieci nigdy nie wyjdą na ofiary.

Opinia publiczna musi słyszeć, że geje to ofiary swojego losu - bowiem większość z nich nie miała wyboru i nie mogła uznać bądź odrzucić swoich preferencji seksualnych. Przekaz musi brzmieć: “tak jak to geje widzą ze swojej perspektywy, to urodzili się gejami, tak jak wy urodziliście się heteroseksualni, czarni, biali, inteligentni, dobrze umięśnieni. Nikt nigdy ich nie uwiódł ani nie omamił. Nigdy nie dokonali wyboru i nie są moralnie winni.

Zwykli widzowie muszą móc utożsamić się z gejami jako ofiarami. Nie wolno dawać przeciętnemu człowiekowi okazji, by powiedział? “Oni nie są jak my”".

W tym celu osoby występujące w kampanii powinny być prawe i przyzwoite, miłe w obyciu i godne uznania wedle zwyczajnych standardów, całkowicie niewyróżniające się wyglądem - jednym słowem, nierozróżnialne od heteroseksualistów, do których chcemy dotrzeć. Tylko pod tym warunkiem zabrzmi poprawnie przekaz: “Ci ludzie są ofiarami losu, a to samo mogło i mi się przytrafić”.

Drugi przekaz to wątek gejów jako ofiar społeczeństwa. Heteroseksualna większość nie uznaje cierpienia, jakie sprawia w życiu gejów, należy więc jej to pokazać. Szczegółowe zdjęcia pobitych gejów, udramatyzowane opowieści o niepewności swego miejsca pracy i dachu nad głową, o odbieraniu prawa do opieki nad dzieckiem oraz o publicznych upokorzeniach.

Krok 3: dajcie obrońcom poczucie, że działają w dobrej sprawie

Kampania medialna, która określa gejów jako ofiary społeczeństwa i zachęca heteroseksualistów, aby ich chronili, musi ułatwić adresatom wytłumaczenie sobie ich nowo nabytej opiekuńczości. Mało która heteroseksualistka, a tym mniej heteroseksualista byliby gotowi bronić otwarcie homoseksualizmu jako takiego. Większość raczej może związać swój odruch opiekuńczy z jakąś zasadą sprawiedliwości lub prawa, z ogólnym pragnieniem równości i sprawiedliwości. Nasza kampania nie może domagać się bezpośredniego wsparcia dla praktyk homoseksualnych; powinna natomiast obrać za główny wątek walkę z dyskryminacją. Wolność słowa, wolność wyznania, wolność zrzeszania się, prawo do sprawiedliwego procesu i powszechna ochrona prawna - takie problemy powinna uwypuklać nasza kampania.

Szczególnie ważne, by ruch gejowski podczepił swoją sprawę do powszechnie akceptowanych standardów prawa i sprawiedliwości. Heteroseksualni obrońcy gejów muszą mieć bowiem pod ręką przekonującą odpowiedź na moralne argumenty ich wrogów. Homofobi ubierają swój emocjonalny wstręt w ciężkie szaty dogmatów religijnych. Obrońcy praw gejów muszą więc być gotowi odpierać dogmaty zasadami.

Krok 4: zadbajcie, żeby geje dobrze wypadali

Aby gej-ofiara budził współczucie i zrozumienie wśród heteroseksualistów, musicie przedstawiać go jako przeciętnego człowieka. Ale kampania musi mieć też nieco śmielszy i agresywniejszy wątek: aby zrównoważyć coraz silniejsze ataki ze strony prasy na homoseksualistów, trzeba przedstawić ich jako wybitne podpory społeczeństwa. Tak, dobrze wiemy, że to jest sztuczka stara jak świat. Inne mniejszości w kółko ją stosują w reklamach, które dumnie ogłaszają: czy wiecie, że ten wielki człowiek też był…? Ale jest to treść kapitalnej wagi dla tych heteroseksualistów, którzy nadal widzą gejów jako “wyrzutków”.

Honorowy poczet gejów i biseksualistów zapiera dech. Od Sokratesa do Szekspira, od Aleksandra Wielkiego do Aleksandra Hamiltona, od Michała Anioła do Walta Whitmana, od Safony do Gertrudy Stein - lista jest stara, ale wciąż szokuje heteroseksualną Amerykę. W krótkim czasie zręczna i bystra kampania medialna może przemienić wspólnotę gejowską w matkę chrzestną cywilizacji zachodniej.

Równolegle nie powinniśmy zapominać o poparciu ze strony gwiazd.

Krok 5: sprawcie, aby wrogowie wypadli źle

Na późniejszym etapie kampanii, kiedy już reklamy gejowskie spowszednieją, nadejdzie czas rozprawić się z pozostającymi nadal przeciwnikami. Mówiąc bez ogródek - trzeba ich zmieszać z błotem. Mamy przy tym dwojakie cele. Po pierwsze chcemy zastąpić pewną siebie homofobię ogółu wstydem i poczuciem winy. Po drugie chcemy sprawić, by wrogowie gejów wyglądali tak paskudnie, że przeciętny Amerykanin będzie chciał się od nich trzymać z daleka.

Opinii publicznej trzeba pokazywać zdjęcia bluzgających homofobów, którzy mają poza tym cechy i poglądy budzące niechęć zwyczajnej Ameryki. Mogą to być zdjęcia Ku-Klux-Klanu żądającego spalenia żywcem bądź kastracji gejów, nawiedzonych kaznodziei z Południa śliniących się w histerycznej nienawiści do tego stopnia, że wygląda to zarazem komicznie i niezdrowo. Zdjęcia bandycko wyglądających chuliganów i kryminalistów opowiadających z ubawem o “pedałach”, których chętnie by pozabijali. I wreszcie obrazki z nazistowskich obozów zagłady, gdzie torturowano i gazowano homoseksualistów.

Krok 6: szukajcie funduszy

Intensywna kampania w rodzaju tu opisanej wymaga niespotykanych dotąd wydatków przez wiele miesięcy, a nawet całe lata. Skuteczna reklama kosztuje. Dopiero wiele milionów dolarów może rozpędzić machinę. W tym kraju mieszka 10 - 15 milionów osób o wyraźnej tendencji homoseksualnej. Jeśli każdy z nich wpłaciłby dwa dolary na kampanię, to budżet byłby porównywalny z tym, czym dysponują najgłośniejsi wrogowie. A ponieważ geje nieutrzymujący rodziny zwykle mają więcej pieniędzy na swobodne wydatki niż przeciętnie, mogą wpłacić znacznie więcej.

Czy jednak zechcą? A może środowisko gejowskie jest tak samolubne, nieodpowiedzialne i krótkowzroczne, jak twierdzą krytycy? Nigdy się tego nie dowiemy, dopóki nowa kampania nie będzie zawierać ogólnokrajowego apelu o wpłaty. Powinno się go skierować zarówno do gejów, jak i do heteroseksualistów, którym zależy na sprawiedliwości społecznej.

Jak się dostać na antenę

Bez dostępu do radia, telewizji i ogólnokrajowej prasy nie ma kampanii. To zawiły problem, bo wielu wydawców odmawia przyjmowania tego, co nazywają “kontrowersyjną reklamą społeczną” - bowiem wymowna reklama może wywołać falę protestów publiczności i sponsorów, co psuje pozycję na rynku. Sądy nieraz potwierdziły, że wydawca ma prawo odmówić reklam, które mu nie pasują.

Co to takiego kontrowersyjna reklama społeczna? Oczywiście nie zalicza się do niej apeli o wartości rodzinne (co robią mormoni) ani tyrad przeciwko podłemu Albionowi (vide Lyndon LaRouche). Pojęcie to także nie obejmuje religijnych spektakli, które potępiają gejów jako grzeszników, oraz potępiania wojny nuklearnej i dyskryminacji rasowej.

Kontrowersyjna reklama społeczna obejmuje dziś niemal każdy otwarty przekaz ze strony dowolnej organizacji homoseksualistów. Słowa “gej” i “homoseksualista” są uznawane za kontrowersyjne.

Ponieważ droga apelowania wprost jest niemal całkowicie zamknięta, krajowy zespół do spraw gejów powinien pielęgnować ciche nieformalne związki ze stacjami telewizyjnymi i newsroomami, dzięki czemu będą pojawiać się w mediach sprawy ważne dla środowiska gejowskiego. Jest to oczywiście dalekie od ideału, bowiem oznacza, że wizerunek tego środowiska jest zależny od najnowszych newsów, a nie od starannego planowania. Ostatnio zaś większość newsów o gejach była negatywna.

Co zatem można zrobić, aby wyważyć bramy głównych mediów? Wiele rzeczy, krok po kroku.

Na początek maczkiem

Gazety i czasopisma mogą pragnąć pieniędzy z reklam gejowskich o wiele bardziej niż radio i telewizja. A koszt reklam prasowych jest na ogół niższy. Ale pamiętajcie, że prasę czytają przeważnie lepiej wykształceni Amerykanie, którzy nieraz i tak już akceptują homoseksualizm. Aby nasze pieniądze miały maksymalną siłę rażenia, powinniśmy darować sobie czytelników elitarnych pism, takich jak “New Republic” czy “New Left Review”, i skierować swoje kroki do “Time’a”, “People’a” i “National Enquirer”.

Podczas gdy szturmujemy bastiony salwami atramentu, powinniśmy lekko podgrzać ogół subtelną kampanią na przydrożnych billboardach. Należy rozwiesić szereg niekontrowersyjnych haseł, drukowanych prostym drukiem na ciemnym tle, na przykład: “Pomagać sobie zamiast nienawidzić - to jest istota Ameryki”, “W Rosji mówią ci, jaki masz być. W Ameryce możemy być sobą. I być najlepsi”. Każde z haseł powinno odwoływać się do uczuć patriotycznych, wtłaczać do głów ogółu “przekaz na rzecz dobra publicznego” pasujący do naszych celów. Jeśli właściciele billboardów pozwolą, każdy plakat zostanie podpisany drobnym drukiem “ze środków krajowego zespołu do spraw gejów”, aby budować pozytywne skojarzenia i oswajać publiczność z tego rodzaju sponsorem.

Obecność na wizji: tak czy siak, musisz być na ekranie

Przełamanie lodów w radiu i telewizji będzie wymagało bardziej zawiłego planu. Na początek oczywiście trzeba stymulować pojawianie się pozytywnych postaci gejów w filmach i programach TV.

Aby jednak przyspieszyć proces, rozważmy taki oto wybieg, mający na celu przyciągnięcie uwagi mediów. Wymaga on starannych przygotowań, ale zaoszczędzi sporo wydatków, a jednocześnie błyskawicznie poprawi widoczność i status ruchu gejowskiego.

Na długi czas przed następnymi wyborami do organów władzy możemy wdrożyć plan wystawienia symbolicznych kandydatów-gejów na każdy możliwy wysoki urząd w państwie. (Trzeba rozwiązać dość delikatny problem, jak mianowicie skłonić wystarczającą liczbę gejów i heteroseksualistów do podpisania listy z poparciem dla kandydatury). 50 - 250 naszych kandydatów będzie uczestniczyło w debatach, drukowało reklamy o tematyce gejowskiej skoordynowane na szczeblu krajowym i żądało równego dostępu do czasu antenowego. Następnie taktownie wycofają się z wyścigu tuż przed wyborami, formalnie przekazując poparcie dla heteroseksualnych kandydatów mających realne szanse.

Kluczowe jest, aby na tak wczesnym etapie nie żądać od ludzi, aby głosowali wprost na tak lub nie w kwestii gejowskiej. Takie działanie spowodowałoby, że większość byłaby przeciw.

Dzięki takiej kampanii politycznej opinia publiczna otrząśnie się z szoku wobec gejowskich reklam, a wiarygodny kontekst wzmocni akceptowalność tych reklam. Podczas kampanii rozpęta się piekło, ale jeśli zachowamy się odważnie i godnie, nasze dążenia zyskają na prawomocności, a niekiedy staną też w centrum uwagi. Jeśli wszystko pójdzie z planem, nieco znieczulona publiczność i największe stacje telewizyjne zostaną “urobione” do realizacji kolejnego kroku naszego programu.

Obecność na wizji - etap 2: reklama ukradkiem

W tym momencie środowisko gejowskie wcisnęło już stopę w uchylone drzwi, czas więc zażądać od stacji, by zgodziły się na finansowe wsparcie pewnych reklam i programów. Telewizje wciąż będą czuły presję, by odmówić - chyba że sprawimy, iż ich opór będzie wyglądał na jawnie irracjonalny, a może i bezprawny. Osiągniemy to, proponując “gejowskie reklamy” wzorowane ściśle na tych, które przygotowują np. mormoni. Widzowie zobaczą więc nienagannie schludne scenki o znaczeniu harmonii rodzinnej i wzajemnego zrozumienia, tyle że tym razem pod koniec narrator powie: “Tę reklamę wspiera krajowy komitet do spraw gejów”. Wszystko bardzo stonowane i niekrzykliwe. Pamiętajcie: obecność na ekranie to wszystko, a przekazem jest samo medium.

Środowisko gejowskie powinno zjednoczyć siły z innymi organizacjami obywatelskimi o szacownym rodowodzie, aby promować neutralne hasła o Ameryce jako ludzkim tyglu. Starając się obrócić zło na swoją korzyść, możemy też formułować w mediach apele o dotacje na rzecz walki z AIDS. Następnym pośrednim krokiem będą lokalne reklamy grup wsparcia istniejących na obrzeżach środowiska: stuprocentowo heteroseksualni ojcowie i matki ogłaszający numery telefonów stowarzyszeń “rodziców gejów” itp. Wyobrażacie sobie takie wstawki między ogłoszeniami stowarzyszeń inwalidów wojennych i związków zawodowych pracowników poczty?

Obecność na wizji - etap 3: z grubej rury

W tym miejscu nasza strategia salami powinna już nam przynieść spore dojście do mediów głównego nurtu. Co teraz? Nadchodzi wreszcie czas na wyciągnięcie reklam gejowskich z szafy. Ich przekaz powinien być nakierowany na wciąż obecne w opinii publicznej obawy wobec homoseksualistów postrzeganych jako straszny, groźny moralnie obcy żywioł. Oto przykładowe formaty spotów telewizyjnych lub radiowych, zaprojektowanych tak, aby stopniowo kruszyć chroniczne stereotypy:

Osobiste świadectwo. Aby zdjąć z gejów aurę tajemniczości, zaprezentujcie serię krótkich spotów z przeciętnie wyglądającym, miłym z wyglądu chłopakiem lub dziewczyną albo postacią pokroju ciepłej, serdecznej babci. Siedząc w cukierkowo ładnym otoczeniu, odpowiadają na pytania zadawane z offu. Ich wypowiedzi muszą kłaść nacisk na trzy fakty społeczne. Po pierwsze, w ich życiu jest coś specjalnego, jakiś długotrwały związek (aby podkreślić stabilność, monogamię i zdolność do wiązania się gejów). Po drugie, rodzina jest dla nich ważna i ich wspiera (aby podkreślić, że geje nie są antyrodzinni). Po trzecie, od kiedy sięgają pamięcią, zawsze byli homoseksualni i z pewnością ich orientacja nie była przedmiotem wyboru. Postaci powinny występować pojedynczo, bez narzeczonych lub dzieci. Umieszczenie w kadrze innych osób sprowokowałoby podszyte niepokojem pytania o złożoność społecznych relacji gejów, których nie sposób wytłumaczyć w reklamówce.

Współczucie dla ofiar - stop przemocy wobec dzieci. Kamera powoli pokazuje nastolatka z klasy średniej, siedzącego samotnie w półmroku w swoim pokoju. Chłopak wygląda miło i zwyczajnie, ale nosi ślady poturbowania. W jego wzroku widać udrękę. W miarę jak kamera najeżdża coraz bliżej na jego twarz, narrator komentuje: to zdarza się jednemu synowi na dziesięciu. W trakcie dorastania ten chłopak zda sobie sprawę, że w pewnych sprawach odczuwa inaczej niż jego koledzy. Jeśli da po sobie poznać, zostanie wyśmiewanym i upokarzanym outsiderem. Jeśli zwierzy się rodzicom, być może wyrzucą go z domu. Niektórzy powiedzą, że jest “antyrodzinny”. Nikt nie pozwoli mu być sobą. Będzie musiał się ukrywać przed przyjaciółmi, przed rodziną. Być dzieckiem w tych czasach jest samo w sobie ciężkie. Ale być tym jednym z dziesięciu…

Najlepsze w tej reklamie jest to, że oszczędnymi środkami pokazuje gejów jako osoby niewinne, wrażliwe, skrzywdzone i niezrozumiane, zaskakująco liczne, lecz niegroźne. Sprawia, iż zarzut o “antyrodzinność” brzmi absurdalnie i obłudnie.

Naszkicowaliśmy tu podstawy do działania na rzecz transformacji wartości społecznych heteroseksualnej Ameryki. Naszej kampanii łatwo czynić zarzuty. Staraliśmy się być konkretni i szczegółowi, ale propozycje wciąż mogą się wydawać otoczone nimbem wizjonerstwa.

Istnieje sto powodów, dla których nie należy przeprowadzić takiej kampanii albo byłoby to ryzykowne. Ale jest też 20 milionów powodów, dla których trzeba spróbować wdrożyć tego rodzaju program w najbliższych latach: wymaga tego dobro i szczęście każdej homoseksualnej osoby w tym kraju. Najwyższy czas, by geje, jako ostatnia wielka, legalnie uciskana mniejszość w amerykańskim społeczeństwie, podjęli skuteczne środki, aby dołączyć do głównego nurtu, z dumą i całą swoją siłą.
Marshall K. Kirk, Erastes Pill
Marshall Kirk (1957 - 2005) był znanym amerykańskim badaczem genealogii. Streszczony w artykule program rozwinął w opublikowanej w 1989 r. książce “Po balu. Jak w latach 90. Ameryka pokona swój strach i nienawiść wobec gejów“, która zyskała autorowi uwagę głównych tytułów amerykańskiej prasy.

Źródło: Rzeczpospolita: Przerobić heteroseksualną Amerykę
16.06.2007

Ekoterroryści przed sądem

Źródło: Rzeczpospolita: USA: ekoterroryści przed sądem
30.05.2007

W Oregonie kończy się precedensowy proces ekosabotażystów. - To społeczni aktywiści, którzy nieco przesadzili - oburzają się obrońcy praw człowieka

Suzanne Savoie i Kendall Tankersley, które jutro staną przed sądem, prawdopodobnie zapłacą za miłość do natury więzieniem. Obie panie należą do grupy młodych bojowników oprawa zwierząt i czyste środowisko, zwących się swojsko Rodziną. W latach 1995 - 2001 Rodzina przeprowadziła ponad 20 ataków -głównie podpaleń - na zakłady mięsne, salony samochodowe i centra badawcze w kilku stanach. Gwoździem programu był spektakularny pożar ośrodka narciarskiego w Kolorado. Straty spowodowane przez Rodzinę szacuje się na ponad 40 mln dolarów. Część ataków skierowana była przeciw obiektom rządowym, jak biura administracji lasów. Celem było zmuszenie władz do dbałości o przyrodę. Od zeszłego tygodnia sąd federalny w Eugene wydaje wyroki na kolejnych członków Rodziny. Są traktowani jak terroryści.

Uczucie desperacji

Obrońcy protestują, wskazując, że w atakach nikt nie ucierpiał. Dla rządu nie ma to znaczenia.

-To, że nikt nie zginął czy nie został ranny, było szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Mamy do czynienia z klasycznym terroryzmem -powtarzał podczas procesu prokurator Stephen Peifer. Sąd przychylił się do jego opinii i uznał oskarżonych za terrorystów.

Normalnie za tego rodzaju przestępstwa grozi kara paru lat więzienia, jednak w zeszłym tygodniu liderzy Rodziny Stanislaus Meyerhoff i Kevin Tubbs dostali 13 i 12 lat - i to tylko dzięki współpracy śledztwie (groziło im dożywocie).

“Kevin Tubbs nie jest terrorystą”, napisał w piśmie do sądu obrońca, dodając, że czyny oskarżonego motywowane były miłością do zwierząt i desperacją.

-Nigdy dotąd nie zdarzało się, by zastosowano przepisy o terroryzmie w sprawach niezwiązanych z atakami na ludzi - mówi “Rz” Lauren Regan, obrończyni praw człowieka zaangażowana w sprawę Rodziny.- Jeśli każdy może być terrorystą, nikt nie jest terrorystą.

Obrońcy praw człowieka uważają, że Rodzina padła ofiarą narastających za administracji George’a W. Busha prześladowań działaczy politycznych.

Zielona gorączka

Mówią o tzw. zielonej gorączce, wskazując na projekt ustawy wniesiony niedawno pod obrady Kongresu przez potężne lobby mięsne. Jeśli stanie się on prawem, za akt terrorystyczny uznać będzie można wszelkie “działania prowadzące do znaczących strat materialnych” w przedsiębiorstwach “sektora zwierzęcego” czy “wywołanie racjonalnej obawyo życie lub zdrowie” u osób w nich pracujących.

Większość ataków Rodzina przeprowadzała w imieniu Frontu Wyzwolenia Ziemi (ELF) i Frontu Wyzwolenia Zwierząt (ALF). To okoliczność obciążająca. ELF i ALF to bowiem ruchy przypominające nieco islamskie organizacje terrorystyczne. Pozbawione oficjalnych struktur i wyraźnej hierarchii, działają dzięki pieniądzom anonimowych zamożnych sponsorów, przy wsparciu rzeszy zwolenników. Niczym w al Kaidzie spontanicznie powstają świetnie zorganizowane grupy bojowników za sprawę. Takie jak Rodzina.

Meyerhoff sporządził podręcznik “Wzniecanie pożarów za pomocą zapalników elektrycznych - przewodnik Frontu Wyzwolenia Ziemi”. Ekosabotażyści dokładnie planowali akcje, doszli niemal do perfekcji w zacieraniu śladów. Dlatego przez parę lat agenci FBI nie byli w stanie rozgryźć Rodziny.

Według FBI komórki ALF i ELF to “najbardziej aktywne kryminalne elementy ekstremistyczne” w USA. Liga przeciw Zniesławieniu, żydowska organizacja monitorująca przejawy ekstremizmu w Ameryce, donosi o postępującej radykalizacji ruchu. Przykład: przeciwnicy używania zwierząt do badań laboratoryjnych. - Z moralnego punktu widzenia do rozwiązania tego problemu można stosować wszelkie dostępne środki - stwierdził podczas wystąpienia przed jedną z komisji Kongresu rzecznik Wyzwolenia Zwierząt Ameryki Północnej Jerry Vlasak. Napytanie, czy za taki środek uważa zabijanie ludzi, Vlasak nie odpowiedział.
PIOTR GILLERT z Waszyngtonu

Powiedzieli “Rz”
FRED BURTON, analityk Stratfor, były oficer FBI

Tych ludzi nie można traktować jak zwyczajnych kryminalistów - złodziei, rabusiów czy podpalaczy. Są motywowani celami politycznymi i stosują przemoc do ich realizacji. Ich ataki skierowane były przeciw obiektom i instytucjom rządu USA. Co więcej, byli w stanie stworzyć wyjątkowo dobrze zorganizowane struktury. Trudno je porównać do struktur mafijnych, bo mafia zajmuje się własnymi interesami gospodarczymi, a nie prowadzi wojny z rządem. Widzimy wyraźnie, że Rodzina niewiele różni się od włoskich Czerwonych Brygad czy niemieckiej Frakcji Czerwonej Armii. Traktowanie jej jak terrorystów jest jak najbardziej uzasadnione. Nie zgadzam się z twierdzeniami, że za administracji Busha doszło do zaostrzenia działań wymiaru sprawiedliwości wobec działaczy politycznych. Po prostu grupy atakujące interesy rządu federalnego są ścigane i sądzone na mocy prawa federalnego, które jest bardziej rygorystyczne. A gdy śledztwem zajmuje się nie lokalny szeryf, lecz FBI, materiał dowodowy jest zwykle wyższej jakości, a więc i bardziej obciążający.
ALEJANDRO QUERAL, dyrektor Ośrodka Praw Konstytucyjnych Północnego Zachodu

Definicja terroryzmu została znacznie rozszerzona od czasu dojścia do władzy Busha. Aby jakiś czyn został zaliczony do tej kategorii, niekonieczne jest zagrożenie ludzkiego życia. Ludzie, o których tu mówimy, nie chcą nikogo krzywdzić, tylko wysłać opinii publicznej sygnał, zwrócić jej uwagę na pewien poważny problem. Taka postawa wpisuje się w amerykańską tradycję - wystarczy wspomnieć obywatelskie nieposłuszeństwo stosowane przez działaczy na rzecz równouprawnienia czarnych w zeszłym stuleciu. Oczywiście w tym konkretnym przypadku mamy do czynienia z aktami wandalizmu, które powinny być ukarane. Ale adekwatnie do winy! Sprawa Rodziny to część szerszego problemu - narastającego prześladowania politycznych aktywistów, nie tylko ekologów. Surowe wyroki w tym procesie będą dla nich istotnym ostrzeżeniem: za akty obywatelskiego nieposłuszeństwa każdy będzie mógł być sądzony jako terrorysta.

Transseksualne dzieci - zmiana płci

Źródło: Rzeczpospolita: Zmiana płci dla siedmiolatków
22.05.2007

W Bostonie małe dzieci poddawane są ryzykownej terapii hormonalnej. W ten sposób przygotowuje się je do wycięcia genitaliów

transseksualne dzieci - chłopiec
Richard Grant przez pierwsze lata życia był chłopcem

transseksualne dziecko - dziewczynka
Dziś nosi imię Riley i czeka na operację zmiany płci

11-letnia Riley Grant ma długie włosy, które spina w kucyk, nosi kolczyki. Uwielbia jak rodzice kupują jej nowe sukienki. Nadal bawi się lalkami. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze kilka lat temu mała amerykańska uczennica nazywała się Richard i była… chłopcem.

- Gdy któregoś dnia spojrzeliśmy w jej twarz, od razu zrozumieliśmy… -opowiadali rodzice dziecka w programie ABC prowadzonym przez Barbarę Walters. W 2003 roku, gdy Richard miał siedem lat, rodzice pozwolili mu po raz pierwszy pójść do szkoły w sukience.

-To było straszne, dzieci się z niej naśmiewały. Nazywały ją dziewczynką z penisem -mówiła na antenie matka chłopca Stephani, piętnując nietolerancję, z jaką mają się na co dzień spotykać transseksualne dzieci. - Jak tylko będzie to możliwe, chcemy poddać ją procesowi zmiany płci -oświadczyła.

“Musimy pomóc tym dzieciom”

Dzięki Bostońskiemu Szpitalowi Dziecięcemu państwo Grant mogą przystąpić do tego procesu od zaraz. Placówka otworzyła bowiem nową klinikę dla dzieci z zaburzeniami płci. Oferuje w niej specjalną hormonalną terapię, która ma “przygotować ciała pacjentów do chirurgicznej operacji zmiany płci”. Jak ujawnił portal lifesite.net, terapia ta jest dostępna już dla siedmiolatków.

- Musimy pomoc tym dzieciom i ich rodzicom. Im szybciej interweniujemy, tym lepiej - powiedział “Rz” dyrektor kliniki dr Norman Spack. Na czym ma ta pomoc polegać? W przypadku chłopców na regularnym wstrzykiwaniu im potężnych dawek żeńskich hormonów.

W ten sposób blokuje się rozwijanie ich męskich cech - nie przechodzą mutacji, nie mają zarostu, a ich sylwetka nabiera kobiecych kształtów. Dziewczynkom wstrzykuje się zaś hormony męskie.

- Transseksualne dzieci, których nie poddaje się takim terapiom, cierpią na straszliwą depresję. Są faszerowane środkami psychotropowymi i połowa z nich próbuje popełnić samobójstwo -mówi dr Spack. - Kiedyś ludzie myśleli, że homoseksualizm można wyleczyć, dziś wiemy, że to to bzdura i jesteśmy na kolejnym etapie. Rozumiemy inność transseksualistów i pomagamy im się spełnić - przekonuje.

Praktyki dr. Spacka wywołują jednak oburzenie wielu bostończyków. -To całkowite szaleństwo. Jesteśmy wstrząśnięci tym, co oni tam wyprawiają z dziećmi -powiedziała “Rz” Amy Contrada, przewodnicząca prorodzinnej organizacji Mass Resistence. Zatrudnieni przez nią specjaliści poddali działania kliniki miażdżącej krytyce.

Według nich dzieci nie są w stanie podjąć takiej poważnej decyzji, jak poddanie się operacji zmiany płci. Hormonalne terapie są zaś bardzo niebezpieczne dla zdrowia - zwiększają ryzyko zachorowania na raka, powodują rozmaite krwotoki i drgawki.

Dlatego działania kliniki wywołują wątpliwości nawet wśród ludzi przychylnych środowiskom transseksualnym. - To prawda, że syndrom zaburzeń płci można wykryć bardzo wcześnie, ale z drugiej strony większość dzieci z niego wyrasta. I co wtedy? - powiedziała “Rz” Michelle O’Brien, specjalistka z brytyjskiego Roehampton University. -Pozostaje mi wierzyć, że ci lekarze wiedzą, co robią.

Bicze, łańcuchy i tortury

Problem w tym, że wiarygodność doktora Spacka jest poważnie kwestionowana. -Ten człowiek jest powiązany z wieloma groźnymi organizacjami promującymi seksualne wynaturzenia. Ktoś taki nie powinien mieć dostępu do dzieci -uważa Amy Contrada.

W 2006 roku w Worcester w Massachussets Spack prowadził “warsztaty” podczas konferencji zorganizowanej przez organizacje radykalnych transseksualistów. Na to, o czym mówiono podczas imprezy, wskazują tytuły sesji: “Sadomasochizm? bicze, łańcuchy i sznury”, “Seks grupowy” czy “Jak uniknąć odpowiedzialności prawnej, gdy się kogoś torturuje”.
PIOTR ZYCHOWICZ

To upadek cywilizacji
Kris Minero przewodniczący chrześcijańskiego Instytutu Rodziny w Bostonie

Cała ta przerażająca historia jest dowodem na to, jak nisko upadła nasza cywilizacja. Odrzucamy tradycyjną moralność wyznawaną przez naszych ojców i zastępujemy ją przekonaniem, że można realizować wszystkie - nawet najbardziej perwersyjne i szalone - pragnienia, które przyjdą nam do głowy.

Najbardziej smutne jest to, że w podobne praktyki angażują się lekarze, których zadaniem powinno być ratowanie ludzkiego życia, a nie dokonywanie takich makabrycznych eksperymentów. Nie pozwalamy ludziom głosować, dopóki nie skończą 18 lat, nie pozwalamy im kupować alkoholu, dopóki nie skończą 21, a teraz nagle siedmiolatki mają decydować o tym, że chcą zmienić płeć? To nie dzieci chcą się poddawać tym terapiom, zmuszają je do tego nienormalni, nieodpowiedzialni dorośli.

Następna strona »


Nowe artykuły na email

Kliknij poniższy link i zapisz się, a będziesz otrzymywał nowe artykuły na email:

ZAPISUJE SIĘ >>

 

lipiec 2008
P W Ś C P S N
« cze    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Statystyka

  • 289,488 odwiedzin