Archiwum kategorii 'Wolność' Category

Walka z dyskryminacją wg szwedzkich nauczycieli

Władze pewnej szwedzkiej szkoły zarzuciły ośmioletniemu chłopcu łamanie praw innych dzieci, ponieważ ten nie zaprosił na swoje przyjęcie urodzinowe dwóch kolegów z klasy.

Jeden z uczniów szkoły podstawowej w Lund na południu Szwecji postanowił rozdać zaproszenia na swoje urodziny w trakcie szkolnych zajęć. Gdy nauczyciel spostrzegł, że dwóch chłopców zostało pominiętych, skonfiskował wszystkie zaproszenia.

Władze placówki argumentują, że ich obowiązkiem jest dbanie o to, aby nikt nie był dyskryminowany, gdy zaproszenia są rozdawane na terenie szkoły.

Natomiast ojciec ośmiolatka powiadomił o zajściu rzecznika praw obywatelskich. Jak wyjaśnił, jego syn nie zaprosił na przyjęcie dwojga dzieci, ponieważ jedno z nich wcześniej nie zaprosiło go na własne urodziny, natomiast z drugim się pokłócił.

Źródło : PAP: Niezaproszenie na urodziny to dyskryminacja
reg 30-06-2008

Państwo ogranicza wolność w Internecie

Już nie tylko reżimy dyktatorskie kontrolują zawartość stron WWW. Coraz częściej robią to państwa demokratyczne. W sieci wrze

Wielką burzę wywołał projekt ustawy przyjętej kilka dni temu przez szwedzki parlament. Nazwano ją „prawem Orwella”. Agencja rządowa będzie mogła dzięki niej kontrolować pocztę elektroniczną Szwedów.

Kilka miesięcy temu podobna burza wybuchła w Finlandii, gdy okazało się, że policja ma listę 1700 zagranicznych stron z pornografią dziecięcą, które miały zostać zakazane w tym kraju. Internauci pisali, że policja nie sprawdziła dobrze wszystkich witryn, bo na liście znalazł się sklep z instrumentami muzycznymi i sklep z lalkami. Grozą powiało, gdy do listy dodano stronę osoby, która ośmieliła się skrytykować cenzurę w sieci.

O cenzurze mówi też Unia Europejska. Pod koniec ubiegłego roku komisarz sprawiedliwości i bezpieczeństwa Franco Frattini osobiście wezwał dostawców usług internetowych, by blokowali dostęp do stron, które uczą, jak konstruować bomby. W Wielkiej Brytanii szefowa MSW Jacqui Smith wzywała do zwalczania stron terrorystycznych. Dziś w Wielkiej Brytanii proponuje się stworzenie wielkiej państwowej bazy informacji o wszelkich połączeniach dokonywanych przez Internet.

– Jest coraz gorzej – mówi „Rz” rzecznik organizacji Elektroniczne Bariery Australia (EFA) Jacob Colins. W krajach demokratycznych cenzura Internetu wprowadzana jest zazwyczaj z dwóch powodów: w ramach walki z terroryzmem i z pornografią dziecięcą. – Ale każda czarna lista stron internetowych układana przez władze może budzić poważne obawy – dodaje Colins.

Oburzeni internauci piszą, że wolność słowa jest zagrożona. Eksperci zaś wątpią w skuteczność cenzury.

– Próbowało ją wprowadzać wiele organizacji i państw, ale z miernym skutkiem. Internet to twór ponadnarodowy, bardzo trudno go okiełznać – mówi „Rzeczpospolitej” Robert Pająk, specjalista ds. bezpieczeństwa komputerowego. Jako przykład podaje informacje i zdjęcia, które docierają do świata z objętych cenzurą Chin i Tybetu. – Jeśli informacja raz pojawi się w Internecie, jest potem powielana i bardzo trudno ją usunąć – dodaje.

Źródło : Rzeczpospolita: Czy w Internecie grozi nam cenzura
Piotr Kościński 24-06-2008

——————-

Zachodnie państwa blokują dostęp do stron pedofilskich. Chiny – do witryn krytykujących władze

Co najmniej jedna trzecia ludności świata ma problem z dostępem do Internetu. Reporterzy bez Granic uznali kilkanaście krajów za „przeciwników sieci”. Inicjatywa OpenNet mówi o państwach sprawujących „wszechogarniającą” kontrolę nad Internetem.

Należą do nich przede wszystkim Chiny, kraj o największej liczbie ludności i ogromnej liczbie użytkowników sieci – ponad 130 milionów. Według Reporterów bez Granic Chińska Republika Ludowa jest jednym z nielicznych państw, którym udało się oczyścić Internet poprzez blokowanie dostępu do wszystkich stron internetowych krytykujących władze. „Tajemnicą tego sukcesu jest sprytne połączenie technologii, represji i dyplomacji. Obok stosowania skutecznych technologii szpiegowskich i cenzorskich, reżim zastrasza użytkowników i zmusza ich do cenzurowania własnych materiałów” – twierdzi organizacja. Dodaje, że Chiny są „największym więzieniem dla cyberdysydentów”.

– Cenzura Internetu w ChRL została wzmożona, choć władze przyrzekały, że przed olimpiadą nastąpią zmiany na lepsze – mówił kilka dni temu Zhang Yu, działacz praw człowieka.

Komuniści i dyktatorzy

Internet blokują kraje komunistyczne i rządzone przez autorytarne oraz dyktatorskie reżimy. W Europie za wroga Internetu uznawana jest Białoruś. Władze wielokrotnie blokowały dostęp do opozycyjnych lub niezależnych serwerów, zwłaszcza wtedy, gdy odbywały się demonstracje opozycji. Teraz w parlamencie trwa debata nad nową ustawą prasową, zgodnie z którą będzie możliwe blokowanie dostępu do wszystkich mediów niezarejestrowanych na Białorusi.

– Minister informacji Władimir Rusakiewicz bardzo dokładnie zapoznał się w Pekinie z chińskimi doświadczeniami blokowania dostępu do niewygodnych stron internetowych – mówi „Rzeczpospolitej” miński politolog Uładzimir Podgoł.

Według wzorów chińskich postępuje Wietnam, choć, jak zauważają Reporterzy bez Granic, kraj ten nie ma na to wystarczających środków. Kuba po prostu nie dopuszcza prywatnych osób do Internetu – posiadają go tylko nieliczni uprzywilejowani, członkowie władz czy reżimowi naukowcy. Podobnie jest w Korei Północnej.

Ale są też przykłady zmian na lepsze. Zaledwie kilka dni temu zgodę na uruchomienie bezprzewodowego Internetu w Turkmenistanie uzyskała rosyjska firma MTS. Nowy prezydent Gurbanguły Berdymuchammedow wyraził zgodę na otwarcie kawiarenek internetowych – jest ich 15.

Dostrzeżono też poprawę sytuacji w Libii, która przestała już być traktowana jako „wróg Internetu” i stała się „krajem pod obserwacją”.

Kłopoty demokracji

Problemy z wolnością w Internecie pojawiają się jednak również w krajach jak najbardziej demokratycznych.

– Rządy na całym świecie dążą do cenzury Internetu, czy to ze względu na walkę z terroryzmem, czy to z pornografią dziecięcą – mówił „Rzeczpospolitej” rzecznik organizacji Elektroniczne Bariery Australia (EFA) Jacob Colins.

Jeszcze niedawno wśród obszarów obserwowanych znajdowała się Unia Europejska. Wskazywano na dyrektywę zobowiązującą firmy udostępniające serwery do blokowania stron, które władze uznają za nielegalne.

W takich krajach jak Szwecja czy Kanada wybuchały ostatnio wielkie dyskusje na temat tego, czy rządy – nawet w imię słusznych racji, takich jak bezpieczeństwo publiczne – powinny kontrolować Internet. Na razie nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora p.koscinski@rp.pl

Blokadę stron WWW bardzo łatwo obejść - Zbigniew Urbański Komenda główna Policji. Nadkomisarz, specjalista ds. przestępczości komputerowej

Rz: Czy w Polsce Internet też jest cenzurowany?

Zbigniew Urbański: Nie. W Polsce na wniosek prokuratury strona, na przykład o treści pornograficznej, może być zamknięta i usunięta z serwera. W Chinach czy w nie- których państwach na Zachodzie, blokowany jest dostęp do pewnych stron. W Polsce takich przypadków nie było.

Kto decyduje o wprowadzeniu blokady?

Decyzję podejmują władze państwa. Na polecenie rządu, lub na mocy odpowiedniej ustawy, firmy teleinformatyczne, które dostarczają Internet do indywidualnych odbiorców, po prostu muszą zablokować dostęp do wybranych stron, np. dziecięcej pornografii.

Taką blokadę łatwo obejść
.

To niezwykle proste, poradzi sobie z tym średnio inteligentny człowiek. W dodatku bezpłatne i legalne. Wystarczy zainstalować na komputerze program, który fałszuje nasz adres IP i zamienia go na przykład na amerykański czy niemiecki. Każdy kraj ma przypisaną pewną pulę adresów IP, po której można rozpoznać, że dany użytkownik korzysta z komputera na przykład w Polsce. Jeżeli Kowalski, którego komputer jest zaejestrowany w Polsce, chciałby wejść na zablokowaną stronę pornograficzną, to z polskim adresem mu się to nie uda. Ale jeśli zmieni go – wejdzie bez problemu. Wiedzą o tym Chińczycy, którzy masowo korzystają z takich programów, mimo iż bardzo spowalniają one pracę komputera i stanowią duże utrudnienie.

Czyli cenzura nie ma sensu?

Na dłuższą metę nie. Wiadomo, że pornobiznes to dziś jeden z najlepiej opłacalnych biznesów na świecie. Właściciele stron erotycznych nie będą patrzeć bezczynnie, jak ich witryny są zamykane. Mogą po prostu przenieść serwery za granicę i działać dalej.

—rozmawiała Katarzyna Zuchowicz

Źródło : Rzeczpospolita: Cenzura w sieci
Katarzyna Zuchowicz, Piotr Kościński 24-06-2008

Declan Ganley - człowiek, który pokonał Taraktat Lizboński

Kampania przed referendum w Irlandii wchodzi w decydującą fazę. Przez ulice Dublina mknie autobus Libertasu, antylizbońskiej organizacji biznesmena Declana Ganleya. Jej szef, wyluzowany i ironiczny, co chwilę rzuca dowcipem, działacze się śmieją. Choć jest gorąco, a Ganley od rana prowadził na ulicach kampanię, nie wygląda na zmęczonego. Siada wśród sterty ulotek, tłumacząc polskiemu dziennikarzowi, dlaczego agituje przeciw Lizbonie.

– Europa powinna być rządzona demokratycznie, a nie przez brukselską elitę, której nikt nie wybiera. Nie chcę narzuconego z góry prezydenta i ministra spraw zagranicznych Europy, co przewiduje traktat z Lizbony.– A gdyby powstał traktat zakładający ich wybór w ogólnoeuropejskim głosowaniu powszechnym? – pada pytanie.

– To by mi zaczęło przypominać demokrację! – w oku Ganleya pojawia się błysk. Człowiek, który stał się w wielu krajach ikoną eurosceptyków, na każdym kroku podkreśla swoje prounijne poglądy. – Nie jestem żadnym eurosceptykiem, jestem proeuropejski. Ale chcę Europy demokratycznej, a nie zarządzanej przez elitę, która nie musi odpowiadać przed ludźmi za swe decyzje – tłumaczy.

Według irlandzkiej Komisji Referendalnej grupa Ganleya wydała na kampanię najwięcej ze wszystkich irlandzkich organizacji – około 1,3 miliona euro. Pracownicy Libertasu rozdali 2 miliony broszur. Dla porównania, rządząca prawicowa partia Fianna Fail przeznaczyła na kampanię za przyjęciem traktatu tylko około 700 tys. euro. Fine Gael, druga siła polityczna na Zielonej Wyspie, na ten sam cel wydała 500 tysięcy.

Pieniądze, które Ganley rzucił na szalę, rozdrażniły jego przeciwników. 39-letni przedsiębiorca z Galway mówi tymczasem z rozbrajającą miną, że przeznaczył z własnej kieszeni na kampanię… 6 tysięcy euro. Reszta miała pochodzić z darów i składek. Kto je wręczył? Tajemnica.

Ponieważ niewiele wiadomo o pochodzeniu jego fortuny, wokół postaci Ganleya tworzą się mity. Irlandzkie gazety nazywają go tajemniczym Panem „Nie”, a jego polityczni przeciwnicy przypisują mu powiązania z kręgami nacjonalistycznymi. Niektórzy widzą w nim agenta CIA, który działa w imieniu amerykańskich republikanów chcących „osłabić Europę”. Wytyka mu się też, że mówi z brytyjskim akcentem.Kim jest naprawdę ten tajemniczy człowiek?

Biznes w Iraku, Albanii, Rosji…

Ganley urodził się w rodzinie irlandzkiej mieszkającej w Londynie. Żył tam przez kilkanaście lat i dlatego do dziś mówi z londyńskim akcentem. Gdy skończył 13. rok życia, jego rodzice wrócili do Irlandii.

Już w młodości miał żyłkę do interesów, ćwiczył ją, sprzedając i kupując akcje. Po szkole pracował najpierw na budowie, a potem jako drobny urzędnik w przedsiębiorstwie ubezpieczeniowym. Etatowa praca szybko mu się znudziła i zaczął próbować sił, rozkręcając własny biznes. Zarabiał, gdzie tylko mógł. Sposób, w jaki doszedł do pierwszego miliona, okryty jest tajemnicą. Wiadomo tylko, że działał niekonwencjonalnie, szukając zysku w miejscach, które inni biznesmeni omijali, np. w Iraku i Albanii. Szczególne zainteresowanie wzbudzała w nim Rosja oraz państwa byłego bloku sowieckiego, gdzie po upadku komunizmu otworzyły się szerokie perspektywy dla ekspansji biznesu. W 1992 roku był krótko doradcą ekonomicznym rządu łotewskiego.

Na początku lat 90. założył niewielką firmę przemysłu drzewnego Kipelova, która z czasem rozrosła się do rozmiarów przedsiębiorstwa zatrudniającego 6 tysięcy ludzi. W 1997 roku, gdy sprzedawał Kipelovą, była to największa firma drzewna na terenie dawnego ZSRR. Kupił ją Renaissance Capital, przedsiębiorstwo założone przez Borisa Jordana, jednego z byłych szefów Gazprom Media i gazpromowej telewizji NTV.

Prowadząc interesy na Wschodzie, Ganley nie ominął również Polski.– Spędziłem sporo czasu w Warszawie, a moja żona ma polskie korzenie. Jej dziadek służył w polskim legionie austriackiej armii w czasie I wojny – mówi nam biznesmen.

Gdy doszedł do wielkich pieniędzy, próbował realizować bardzo ambitne projekty. Proponował między innymi ubezpieczanie… zachodnich satelitów, które mieliby wystrzeliwać w kosmos Rosjanie. Nie udało się. Za to całkiem nieźle mu szło w telekomunikacji. Jego firma Broadnet działała w dziesięciu państwach UE, zanim sprzedał ją za ogromne pieniądze.

W pewnym momencie spółki Ganleya zaczęły robić interesy z przemysłem obronnym USA. Stało się to później pretekstem do oskarżeń o rzekome powiązania biznesmena z CIA. Rivada Networks, której jest prezesem, zatrudnia kilku byłych amerykańskich wojskowych. Według irlandzkiego tygodnika „Phoenix” Ganley zalicza do swych bliskich przyjaciół dowódcę amerykańskiej armii na Pacyfiku admirała Timothy J. Keatinga oraz byłego podsekretarza stanu USA do spraw handlu Johna Kneuera.

Te związki posłużyły zwolennikom „tak” do wysuwania sugestii, że biznesmen działa na zlecenie z Ameryki, a być może nawet otrzymuje stamtąd pieniądze. I to mimo że spaliły na panewce jego próby uzyskania kontraktu na sieć telefonii mobilnej w Iraku, w których starał się wykorzystać kontakty w amerykańskiej administracji rządowej.

– Declan wydaje się większy, potężniejszy, niż jest w rzeczywistości. To, co osiągnął w życiu, robi wielkie wrażenie na ludziach. Chciałbym jednak podkreślić, że to człowiek uczciwy, który nigdy nie kłamał na temat swoich osiągnięć – broni go partner i współzałożyciel Libertas Chris Coughlan.

Droga do władzy?

Ganley mógłby mieszkać w swoim XIX-wiecznym pałacyku w Galway, którego poprzednim właścicielem był znany piosenkarz Donovan, cieszyć się towarzystwem żony i bawić czworo małych dzieci. Zaspokoiwszy ambicje biznesowe, szef Libertasu najwidoczniej nabrał jednak ochoty na karierę polityczną. Jego przystąpienie do kampanii przeciw traktatowi lizbońskiemu było dla zwolenników „tak” niczym grom z jasnego nieba. Irlandzka klasa polityczna, niemal w całości prolizbońska, miała przeciw sobie tylko kilka biednych jak mysz kościelna antylizbońskich organizacji lewicowych. Myślała więc, że referendum pójdzie jak po maśle. Aż tu nagle pojawił się Ganley i sfinansował wielką, profesjonalną kampanię przeciwko traktatowi.

Pikanterii tej historii dodaje fakt, że Ganley jest członkiem Fianna Fail i – jak ujawnił „Rz” – wspierał partię swoimi pieniędzmi.

Gdy pytamy go, czy nie czuł dyskomfortu, prowadząc kampanię przeciw własnemu ugrupowaniu, uśmiecha się szelmowsko i odwraca wzrok. Przez chwilę głęboko się zastanawia. – Moja sytuacja we Fianna Fail wygląda mniej więcej tak: chodzę wokół wielkiego muru i szukam jakiejś małej dziury, żeby móc się przecisnąć – wyjaśnia i nagle wybucha głośnym śmiechem.

Czyżby ambitny biznesmen liczył na to, że zwycięska akcja antylizbońska będzie trampoliną do władzy we Fianna Fail? Niewykluczone, ale jest też inna możliwość. – Być może ta kampania jest wstępem do utworzenia w Irlandii pierwszej partii promującej ekonomiczny liberalizm. Declan Ganley byłby oczywiście liderem – mówi irlandzki politolog Peadar ó Broin.

Po przegranym referendum stał się postacią bardzo niewygodną dla politycznego establishmentu Irlandii, szczególnie po prawej stronie sceny politycznej. Dawni przyjaciele zaprzeczają, że go znają. Gdziekolwiek zapytać, trafia się na pełne zażenowania milczenie. W drugiej połowie lat 90. Ganley był jednym z głównych „dobroczyńców” partii premiera Briana Cowena, przeznaczając setki tysięcy euro na jej kampanie wyborcze. Dziś żaden z działaczy Fianna Fail nie chce się przyznać do kontaktów z milionerem.

Rzecznik prasowy Fianna Fail Gene McKenna reaguje nerwowo, gdy pada nazwisko Ganleya. Próbuje kręcić, ale w końcu musi przyznać, że wróg nr 1 ma tę samą legitymację.

– Tak, o ile wiem, wciąż należy do Fianna Fail – sapie McKenna. – Jednak nie jestem w stanie powiedzieć, od kiedy. Nie znam listy członków partii na pamięć. Zresztą nie muszę w szczegółach wiedzieć, kto jest członkiem. Szczególnie na niskim szczeblu, na prowincji.

Mimo że kierownictwo Fianna Fail nakazało swym członkom „bezkompromisowe” poparcie dla traktatu, głośna kampania Ganleya nie jest, zdaniem McKenny, powodem do wykluczenia go z partii. – Nie wszyscy u nas popierają ten traktat. Każdy ma prawo do własnego zdania. Fianna Fail to nie jest południowoamerykańska dyktatura – tłumaczy.

McKenna uważa, że Ganley zaszkodził głównie sobie, „chodząc po różnych mediach i opowiadając kłamstwa”. – Ten człowiek występuje wszędzie, gdzie się da, i mówi rzeczy, które nie są zgodne z prawdą. Szkodzi samemu sobie a przede wszystkim szkodzi Irlandii – twierdzi.

O tym, że Ganley w przeszłości finansował partię, McKenna „nic nie wie”. – Nie oznacza to, że to niemożliwe. Wiele osób wspiera partię. Jest ich tak wiele, że nie jestem w stanie powiedzieć, kto i kiedy przekazywał pieniądze – podkreśla.

Nagroda za przeczytanie traktatu

Ganley zmusił premiera Irlandii Briana Cowena do wstydliwego wyznania, że „nie przeczytał traktatu w całości”. Dzięki temu z człowieka, o którym wcześniej nigdzie poza Irlandią nikt nie słyszał, stał się postacią znaną w całej Europie.

Zdaniem politologa Uniwersytetu w Dublinie Johna Coakleya niechęć byłych partyjnych kolegów nie powstrzyma Ganleya. – Jest zręcznym i inteligentnym biznesmenem. To właściwości, które otwierają mu drogę do polityki – uważa Coakley. Według niego Ganley w sprytny sposób przypisał sobie wszystkie zasługi za zwycięstwo przeciwników traktatu. – Bądźmy szczerzy, tego dokumentu nikt nie przeczytał. Tylko on, jako jedyny. To zrobiło wrażenie na ludziach. I teraz co z tego, że tak naprawdę nie on obalił traktat lizboński? Był we właściwym miejscu o właściwej porze. Skoncentrował całą uwagę na sobie – podkreśla politolog.

– Lepszego startu do politycznej kariery nie można sobie wyobrazić. On chce się wspiąć na samą górę. Ma pieniądze, ma popularność, teraz potrzeba mu już tylko jednego. Władzy.

Źródło : Rzeczpospolita: Pan „Nie” czyta traktat
Aleksandra Rybińska, Marcin Szymaniak 21-06-2008

Koniec wolności komunikacji w Szwecji

Szwedzki parlament przyjął kontrowersyjną ustawę, która pozwala na podsłuchiwanie rozmów prowadzonych przez telefony komórkowe, kontrolę esemesów i poczty elektronicznej. Przeciwnicy ustawy określili ją jako lex Orwell i podczas głosowania rozdawali przed parlamentem kopie książki „Rok 1984”.

Burzliwa debata w parlamencie na temat projektu ustawy odbyła się we wtorek. Głosowano w środę wieczorem. Politycy przeciwni ustawie ostro krytykowali wniosek o przyznaniu Służbie Nasłuchu Radiowego prawa do masowego kontrolowania Internetu i połączeń telefonicznych.W ramach kompromisu ustalono, że wydawanie pozwoleń Służbie Nasłuchu Radiowego na podsłuch ma kontrolować nowo stworzony urząd. Jego zadaniem będzie też ocena, czy istnieją „szczególne okoliczności”, by inwigilować prywatne osoby. Rząd ma też powołać komitet złożony z deputowanych, którzy będą się bacznie przypatrywali działalności nowych służb.

Nowe prawo ma wejść w życie w styczniu.
Źródło : Rzeczpospolita: Szwecja zmienia się w państwo Orwella?
Anna Nowacka-Isaksson 20-06-2008

Lewica niszczy społeczeństwo

Wpływowi XX-wieczni ideologowie lewicowi głosili program przebudowy świata nie poprzez politykę, ale poprzez kulturę. Ostatnie przemiany cywilizacyjne nie są więc wcale nieodpartą konsekwencją logiki dziejów

Jan Paweł II w książce „Przekroczyć próg nadziei” pisał, że dziś toczy się bój o duszę tego świata. Precyzował, że miejscami szczególnie zażartego konfliktu, zdaniem papieża, są „nowożytne areopagi”: „Areopagi te to świat nauki, kultury, środków przekazu; są to środowiska elit intelektualnych, środowiska pisarzy i artystów”.

Papieska diagnoza uznająca prymat kultury nad polityką znakomicie koresponduje z tezami wielu współczesnych politologów i psychologów społecznych, którzy piszą o wyższości władzy kulturowej nad władzą polityczną. Dzisiaj Hollywood czy CNN wywierają większy wpływ na Amerykanów niż Senat czy Izba Reprezentantów. Coraz rzadziej wyobraźnię zbiorową poruszają politycy, a coraz częściej gwiazdy mediów. To właśnie trendy kulturowe i obyczajowe lansowane przez środki masowego przekazu w największym stopniu zmieniają oblicze cywilizacji.

W jakim kierunku podążają owe zmiany? Jan Paweł II nie miał powodów do zadowolenia. Wielokrotnie pisał, że martwi go postępująca, zwłaszcza w Europie Zachodniej i Ameryce Północnej, sekularyzacja i dechrystianizacja. Ubolewał nad kryzysem rodziny, zapaścią demograficzną i upadkiem tradycyjnych wartości. Nad podniesieniem aborcji, eutanazji czy związków jednopłciowych do rangi normy.

Symptomy owych przemian cywilizacyjnych można wymieniać jeszcze długo – jednak zasadnicze w tym kontekście wydaje się pytanie: czy przemiany te są wynikiem bezosobowych procesów kulturowych, czyli wynikają z obiektywnej logiki dziejów, czy też są rezultatem świadomych strategii człowieka? Odpowiedź, jaką najczęściej słyszy się w mediach, brzmi: „świat zmierza w tym kierunku”, „taka jest już kolej rzeczy”, „ludzkość dojrzewa i wyzwala się z dawnych ograniczeń” itp.

Jan Paweł II miał na ten temat nieco inne zdanie. Pisząc o wspomnianej wojnie o duszę świata, precyzował: „Jeśli bowiem z jednej strony jest w nim (w świecie) obecna Ewangelia i ewangelizacja, to z drugiej strony jest w nim także obecna potężna antyewangelizacja, która ma też swoje środki i swoje programy i z całą determinacją przeciwstawia się Ewangelii i ewangelizacji”. Siły antyewangelizacji, zdaniem papieża, jako swoje strategiczne punkty oddziaływania wybrały „nowożytne areopagi”.

Czy Jan Paweł II nie przesadzał, pisząc o potężnych siłach dysponujących ogromnymi środkami i programami, by walczyć z chrześcijaństwem? Moglibyśmy uznać tę diagnozę za przejaw spiskowej teorii dziejów, gdybyśmy nie znali strategii wpływowych XX-wiecznych ideologów lewicowych, którzy głosili program przebudowania świata nie poprzez politykę, ale poprzez kulturę. Żeby poznać ich założenia, musimy się cofnąć o niemal 100 lat.

Długi marsz przez instytucje

Na początku ubiegłego stulecia klasa robotnicza nie spełniła nadziei, jakie pokładali w niej przywódcy światowego komunizmu. Robotnicy rosyjscy nie wsparli masowo rewolucji bolszewickiej, dlatego Sowieci musieli utrzymywać władzę, stosując terror. Robotnicy polscy nie przyłączyli się do Armii Czerwonej, kiedy ta maszerowała na Warszawę, ale bronili swej burżuazyjnej ojczyzny przed komunistami. Robotnicy francuscy, angielscy czy niemieccy byli, z nielicznymi wyjątkami, mało zainteresowani rewolucją socjalistyczną.

Dlaczego masy pracujące nie poparły partii, która miała przynieść im wyzwolenie z ucisku? Ponieważ miały fałszywą świadomość, brzmiała klasyczna odpowiedź marksistowska. Dlaczego jednak miały fałszywą świadomość? Odpowiedzi na to pytanie udzielił jeden z przywódców włoskiej partii komunistycznej w okresie międzywojennym, filozof Antonio Gramsci. Jego zdaniem robotnicy nie mogli rozpoznać swojego prawdziwego interesu klasowego, ponieważ ich dusze przesiąknięte były ideami chrześcijaństwa. Według niego rewolucja komunistyczna mogła udać się w Rosji, ponieważ na Wschodzie państwo było wszystkim. Dlatego bolszewicy, przejmując władzę w państwie, mogli wprowadzić ustrój komunistyczny. Na Zachodzie jednak sytuacja wyglądała inaczej: tam państwo nie było wszechmocne, gdyż istniała „mocna struktura społeczeństwa obywatelskiego”. Dlatego w społeczeństwach zachodnich należało – zdaniem Gramsciego – wybrać inną strategię: nastawić się na „długi marsz przez instytucje”.

Włoski marksista kreślił następujący plan działania: trzeba przejmować i przekształcać szkoły, uczelnie, czasopisma, gazety, teatr, kino, sztukę. Należy opanować ośrodki opiniotwórcze (owe „nowożytne areopagi”) po to, by zmienić dominującą kulturę, a przede wszystkim wyrugować z niej wpływy chrześcijaństwa. Formowany przez nową kulturę człowiek przyszłości, wyzwolony od miazmatów religii, miał zostać tak ukształtowany, by sam, bez przymusu państwa, przyjął komunistyczne postulaty jako swoje.

Gramsci uważał, że pierwszoplanowym zadaniem lewicy nie jest zdobycie władzy i zmiana ustroju, bo przy panującej na Zachodzie mentalności i strukturze społecznej nie ma ona szans na długie utrzymanie się. Głównym celem jest więc zmiana świadomości zbiorowej w ten sposób, aby władza sama dostała się w ręce lewicy. Był to oczywiście projekt długofalowy, rozpisany na dziesiątki lat. Stanowił także odwrócenie strategii Lenina, który – używając żargonu marksistowskiego – twierdził, że najpierw trzeba zdobyć „bazę” (czyli środki produkcji), a potem można dokonywać zmian w „nadbudowie” (czyli w kulturze).

Seks dla lepszego jutra

Podobne poglądy prezentował węgierski filozof komunistyczny György Lukacs. On także uważał, że marksizm będzie się mógł zakorzenić w duszy człowieka Zachodu dopiero wówczas, gdy wyrugowane zostanie stamtąd chrześcijaństwo.

Kiedy na Węgrzech wybuchła rewolucja komunistyczna pod wodzą Beli Kuna, Lukacs został mianowany ministrem kultury. Wprowadzał wówczas w życie swe, jak sam je nazywał, „demoniczne idee”. „Jedyne rozwiązanie widziałem w rewolucyjnej destrukcji społeczeństwa“ – wspominał.

Jednym z głównych obiektów ataku Lukacsa była rodzina, którą uważał za fundament chrześcijaństwa i cywilizacji zachodniej. Dlatego celem jego działalności w rządzie Kuna było zniszczenie tradycyjnej rodziny. W tym celu wprowadził do szkół program edukacji seksualnej, w ramach którego uczono, że monogamiczne małżeństwo jest przeżytkiem, promowano „wolną miłość”, czyli rozwiązłość płciową, a także atakowano chrześcijaństwo jako religię zakazującą człowiekowi doznawania rozkoszy.

To właśnie w tamtych czasach powstało określenie „rewolucja seksualna”. To nieprawda, że narodziło się ono wśród amerykańskich hipisów, dzieci kwiatów w epoce Woodstock. Jako pierwszy sformułowanie to zaczął propagować po I wojnie światowej działacz komunistyczny i psychoanalityk Wilhelm Reich, który założył w Wiedniu Socjalistyczne Towarzystwo Konsultacji i Badań Seksuologicznych, a w Berlinie Niemieckie Towarzystwo Proletariackiej Polityki Seksualnej. Opracowany wówczas przez niego program proletariackiej edukacji seksualnej (tzw. prol-sex) zakładał zachęcanie młodzieży do masturbowania się czy tworzenie domów publicznych dla dorastających chłopców.

W swojej pracy „Psychologia masowa faszyzmu” Reich pisał, że źródłem powstania faszyzmu jest tłumienie popędu seksualnego, za co odpowiedzialna jest represyjna kultura chrześcijańska ze swoją ideą monogamicznego małżeństwa. Po to więc, by nigdy więcej nie pojawił się faszyzm, należy zniszczyć tradycyjny model rodziny i zastąpić go „wolną miłością”. Reich głosił, że po rewolucji francuskiej, która przyniosła wyzwolenie polityczne, i bolszewickiej, która przyniosła wyzwolenie społeczne, należy doprowadzić do trzeciej rewolucji – seksualnej, która przyniesie wyzwolenie obyczajowe.

Jaki jednak związek istnieje między owymi działaczami komunistycznymi, którzy głosili swe poglądy w okresie międzywojennym, a czasami współczesnymi? Otóż wspomniany Wilhelm Reich wyemigrował po II wojnie światowej do Stanów Zjednoczonych, gdzie nie tylko zapoczątkował modę na psychoanalizę wśród amerykańskich elit umysłowych, lecz także znalazł podatny grunt dla głoszenia swych haseł o „rewolucji seksualnej”. Dla zbuntowanej młodzieży w 1968 roku był jednym z głównych idoli. Koszulki z jego podobizną noszono obok wizerunków Marksa i Mao.

Reich związany był również z niezwykle wpływowym środowiskiem tzw. Szkoły Frankfurckiej. W 1923 roku wspomniany już György Lukacs wraz z niemieckimi komunistami założył na Uniwersytecie we Frankfurcie Instytut Marksizmu, którego pierwowzorem był moskiewski Instytut Marksa-Engelsa. Z czasem zmienił on nazwę na Instytut Badań Społecznych, ale do historii wszedł pod nazwą Szkoły Frankfurckiej. Kiedy do władzy w Niemczech doszedł Hitler, większość liderów tego środowiska wyemigrowała do USA, gdzie zajęła ważne miejsce w amerykańskim życiu akademickim. Do najbardziej prominentnych przedstawicieli tej formacji należeli m.in. Max Horkheimer, Theodore Adorno czy Herbert Marcuse – później główny ideolog rewolty młodzieżowej 1968 roku.

Przedstawiciele Szkoły Frankfurckiej przejęli od Gramsciego koncepcję „długiego marszu przez instytucje”To kultura, a nie polityka, miała się stać głównym narzędziem przebudowy społecznej.

Szkoła Frankfurcka była laboratorium myśli nowej lewicy. Przejęła od starej lewicy marksistowskie schematy myślenia i przełożyła je na pojęcia kulturowe. Przede wszystkim zastąpiła determinizm ekonomiczny determinizmem kulturowym. Dokonała też zasadniczych zmian w ideologii – ponieważ robotnicy nie sprawdzili się jako awangarda socjalizmu, gdyż zbyt często opowiadali się po stronie kapitalistów lub chrześcijaństwa, w roli „uciśnionego proletariusza” zaczęto więc obsadzać nowe grupy społeczne: młodzież (zwłaszcza podczas wydarzeń w 1968 roku), kobiety (stąd ideologia feministyczna i gender studies), homoseksualistów (rozkwit lobby gejowskiego) itd. Ostatnio coraz częściej w roli prześladowanej ofiary, którą trzeba wyzwolić z kapitalistycznego ucisku, obsadzana jest… Matka Ziemia.

Nie zmienił się natomiast sposób działania nowej lewicy, którym jest podkopanie chrześcijańskich fundamentów naszej cywilizacji. Temu służy wypracowana przez Szkołę Frankfurcką tzw. teoria krytyczna. Ta rozpowszechniona dziś na uniwersytetach zachodnich teoria mówi o tym, że kultura zachodnia odpowiedzialna jest za pojawienie się największych bolączek współczesnego świata: imperializmu, rasizmu, nazizmu, faszyzmu, antysemityzmu, seksizmu, ksenofobii, homofobii i innych plag społecznych. Na ławie oskarżonych posadzone zostają: chrześcijaństwo – jako źródło wykluczenia, patriarchalna rodzina – jako miejsce formowania się osobowości autorytarnych, tradycja – jako przyczyna zacofania, moralność – jako przeszkoda dla samorealizacji, kapitalizm – jako forma wyzysku człowieka, patriotyzm – jako rozsadnik nietolerancji itd.

Skutki tego typu myślenia obserwujemy dziś na Zachodzie na każdym kroku – w programach edukacyjnych, w ofercie mediów, w nowym ustawodawstwie itp. Można oczywiście tłumaczyć to bezosobowymi i nieuchronnymi procesami cywilizacyjnymi. Zaprzeczają temu jednak wypowiedzi przedstawicieli pokolenia ’68, którzy od lat są głównymi rzecznikami kulturowej rewolucji.

Jeden z nich, Charles Reich, pisał w swym programowym tekście z 1970 roku: „Nadchodzi rewolucja. Nie będzie podobna do rewolucji z przeszłości. Będzie zapoczątkowana przez jednostkę i kulturę; zmieni strukturę polityczną dopiero w końcowym akcie. Nie będzie wymagała przemocy, aby osiągnąć sukces, i nie będzie się jej można skutecznie oprzeć przemocą. Rozprzestrzenia się ona teraz z zaskakującą gwałtownością i już nasze prawa, instytucje, struktury społeczne zmieniają się w wyniku jej działania… To jest rewolucja nowej generacji”. O „rewolucji nowej generacji” pisał też wprost guru pokolenia ’68 Herbert Marcuse: „tradycyjna idea rewolucji i tradycyjna strategia rewolucji skończyły się… To, co musimy przeprowadzić, jest rodzajem rozbijającej, rozproszonej dezintegracji systemu”. Według niego na ruinach starego porządku powstać powinien nowy twór – „społeczeństwo permisywne”.

Podobnym językiem mówi dziś w Polsce środowisko „Krytyki Politycznej”, które także głosi hasło przemodelowania mentalności społecznej przez kulturę i nastawia się na długofalowe działania. Przedstawiciele tej formacji ubolewają, że nasz kraj nie wszedł jeszcze w tę fazę rozwoju, którą państwa zachodnioeuropejskie mają już za sobą.

Uczcie się od Amerykanów

Jan Paweł II zdawał sobie sprawę z potęgi kultury. Często podkreślał, że naród polski mógł przetrwać ponad 120 lat bez własnego państwa właśnie dzięki niej. Dlatego nie ograniczał się jedynie do diagnozy, że na świecie trwa dziś swoisty Kulturkampf, ale zachęcał chrześcijan, by brali udział w batalii o przyszły kształt cywilizacji.

Wydaje się, że na to wyzwanie współczesności lepiej potrafią dziś odpowiadać chrześcijanie w USA niż w Europie Zachodniej. Oba te miejsca podlegają silnej presji sekularyzacyjnej, ale ludzie wierzący w Ameryce potrafią stworzyć dla niej alternatywę w przestrzeni publicznej. Religia nadal zachowuje tam żywotność, a nawet potrafi przechodzić do ofensywy, co na zachodzie Europy jest nie do pomyślenia.

Jedną z głównych przyczyn tego stanu jest prawidłowe rozpoznanie przez amerykańskich chrześcijan charakteru starcia kulturowego. Liderzy środowisk katolickich i protestanckich w USA mówią wprost, że główna linia starcia cywilizacyjnego przebiega dziś przez redakcje, sądy, szkoły i uniwersytety, a stawką w toczącym się konflikcie jest nie tylko oblicze mediów, kształt prawa czy sposób edukacji, ale przyszłość chrześcijaństwa. Dlatego tak wiele wierzących osób angażuje swoje środki, czas i energię, by budować i wspierać nowe instytucje w dziedzinie edukacji, prawa i mediów. Przykładem może być choćby znany miliarder Tom Monaghan, który stworzył sieć szkół katolickich, a jego okrętem flagowym jest wybudowany od podstaw uniwersytet Ave Maria w Naples na Florydzie. Polska znajduje się dziś w pewnym rozdwojeniu: z jednej strony należy do Unii Europejskiej, ale z drugiej – jeśli chodzi o sprawy religijne, obyczajowe czy kulturowe – bliżej jest jej do USA niż do większości krajów UE. Otwarte pozostaje pytanie: czy weźmiemy przykład ze Stanów Zjednoczonych, czy z Europy Zachodniej?

Ojciec Maciej Zięba posiada w swym archiwum aż sześć listów od Jana Pawła II, w których papież zachęca do szukania inspiracji u Amerykanów. W jednym z nich (w grudniu 1993 r.) pisał: „Takie czasy nastały, że w wyciąganiu Polaków z aktualnego »poplątania« pomagają Amerykanie. Dzieje się to nie po raz pierwszy, ale tym razem ci bracia zza oceanu uczą nas lepiej rozumieć to, co my sami powinniśmy lepiej rozumieć od nich. Ale co poradzić, skoro nasze »lewicowo-laickie« rozumienie zostało »nawiedzone« przez mit »absolutu europejskiego«”.

Między Polską a USA istnieje wiele różnic, które uniemożliwiają skopiowanie modelu amerykańskiego – nie ma u nas prawdziwej wolności gospodarczej, zamożnego społeczeństwa, silnej klasy średniej czy tradycji mecenatu prywatnego. Według o. Zięby polscy chrześcijanie mogą się jednak uczyć od amerykańskich kolegów oddolnej samoorganizacji, godzenia wiary z nowoczesnością czy zaangażowania w sferę publiczną, by być słyszalnym na „nowożytnych areopagach”.

Jednym z fundamentów cywilizacji chrześcijańskiej jest pojęcie wolnej woli. Zakłada ono, że nie ma nieubłaganych konieczności dziejowych, które zmuszałyby nas do wyrzeczenia się Boga i dechrystianizacji. Wszystko zależy więc od wolnej woli człowieka. Od osobistych wyborów poszczególnych ludzi.

Źródło : Rzeczpospolita: Kto zdobędzie nowożytne areopagi?
Grzegorz Górny 09-05-2008

Polityczna indoktrynacja dzieci w Rosji

Połowa Dzieci ma być zrzeszona. Prokremlowska partia Jedna Rosja chce stworzyć ogólnokrajową organizację dziecięcą. Uczniom będzie się wpajać miłość do ojczyzny

Zjazd założycielski nowej organizacji, która prawdopodobnie przyjmie nazwę Junyje Gagarincy, może się odbyć 1 czerwca. – Szacujemy, że znajdzie się w niej ponad połowa rosyjskich dzieci w wieku od ośmiu do 15 lat – zapewniła przedstawicielka Jednej Rosji Walentyna Iwanowa. Gdyby ta prognoza się sprawdziła, oznaczałoby to nie lada wyczyn. Działających dziś w Rosji półtora tysiąca dziecięcych stowarzyszeń zrzesza zaledwie sześć procent uczniów.

W założeniu nowy ruch ma zachować status pozarządowej organizacji społecznej. W praktyce jednak jego działalność będzie koordynowana przez rządowy Komitet ds. Młodzieży i Ministerstwo Oświaty. Na uczelniach pedagogicznych powstaną kierunki kształcenia kadry kierowniczej i wychowawczej dla nowej organizacji. Profilaktyką zwalczania dziecięcej przestępczości i narkomanii wśród gagarinców zajmą się Ministerstwo Spraw Wewnętrznych oraz Państwowa Agencja ds. Kontroli Obrotu Narkotykami.

– Mamy już podpisaną decyzję i rozporządzenie Dmitrija Miedwiediewa o finansowaniu projektu z budżetu federalnego – pochwaliła się Iwanowa.

Rosyjska prasa już okrzyknęła Junych Gagarinców nowym wcieleniem organizacji pionierskiej, która działała w ZSRR i zajmowała się wychowaniem młodzieży szkolnej w duchu ideologii komunistycznej.

Junych Gagarinców pobłogosławił już rosyjski prezydent-elekt Dmitrij Miedwiediew

– Nie będzie żadnej presji politycznej – zaklinała się przed dziennikarzami Walentyna Iwanowa. Trudno, by mówiła inaczej, gdyż prawo rosyjskie jednoznacznie zabrania działalności partii politycznych w szkołach.

– To będzie platforma współpracy między dziećmi a przedstawicielami administracji szkolnej i państwowej – tłumaczy Julija Zimowa, gorąca zwolenniczka powstania nowej organizacji i koordynatorka ruchu Miszki – dziecięcego skrzydła prokremlowskiej organizacji Nasi znanej z miłości do prezydenta Władimira Putina i do Kremla.

Niewykluczone, że to właśnie Miszki stały się pierwowzorem przyszłej organizacji mającej objąć patriotycznym wychowaniem miliony rosyjskich dzieci. Mimo deklarowanej apolityczności małoletni patrioci zasłynęli na całą Rosję właśnie dzięki temu, że wzięli udział w świętowaniu zwycięstwa partii Kremla po grudniowych wyborach do Dumy Państwowej Rosji.

„Dziękujemy Putinowi za naszą stabilną przyszłość!” – z takimi transparentami, nawiązującymi do słynnego hasła z czasów Stalina, tysiąc dzieci manifestowało 7 grudnia zeszłego roku w centrum Moskwy. Prosiły wówczas prezydenta, by zgodził się stanąć na czele ich organizacji i został „najgłówniejszym Miszką”.

„Towarzysz Stalin okazał się gorszy. Jemu dziękowano tylko za szczęśliwe dzieciństwo” – komentował ten teatr absurdu znany rosyjski poeta i radziecki dysydent Lew Rubinsztein.

Czy Junyje Gagarincy poproszą Miedwiediewa, który pobłogosławił powstanie ich ruchu, by został „najgłówniejszym z gagarinców”?

Miszki – dziecięce skrzydło organizacji Nasi www.mishki.su
Źródło : Rzeczpospolita: Czy Rosji grozi powrót radzieckich pionierów
Andrzej Pisalnik 27-03-2008

Zakaz palenia w miejscach publicznych

Premier Litwy Gediminas Kirkilas zapłaci karę wysokości 1000 litów (prawie 1000 złotych) za złamanie zakazu palenia w miejscu publicznym - informuje dziennik “Vilniaus Diena”.

Grzywnę wymierzył premierowi państwowy Urząd Kontroli Tytoniu i Alkoholu, a premier oficjalnie zapowiedział, że zapłaci karę.

Na początku lutego Kirkilas, podczas pobytu w jednej z kłajpedzkich kawiarń z goszczącym na Litwie premierem Łotwy Ivarsem Godmanisem i delegacją łotewskich przedsiębiorców, zapalił fajkę.

O tym zdarzeniu poinformowała litewska prasa, po czym urząd kontroli wszczął dochodzenie.

Od 2007 roku na Litwie obowiązuje zakaz palenia w restauracjach, kawiarniach, barach, klubach i dyskotekach. Zakaz ten nie obejmuje jedynie specjalnych klubów dla palaczy cygar i fajek.
Źródło : PAP
13-03-2008


Nowe artykuły na email

Kliknij poniższy link i zapisz się, a będziesz otrzymywał nowe artykuły na email:

ZAPISUJE SIĘ >>

 

lipiec 2008
P W Ś C P S N
« cze    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Statystyka

  • 289,489 odwiedzin