Droga w przepaść

Źródło: RZECZPOSPOLITA
17.12.2005

PERSPEKTYWY Nie będzie litości dla krajów małych i słabych, kiedy Kreml zdobędzie narzędzia, by je szantażować blokadą energetyczną

Gerhard Schröder jeszcze niespełna miesiąc temu jako kanclerz Niemiec zgodził się stanąć na czele spółki budującej gazociąg, który przez Morze Bałtyckie ma połączyć Rosję z Niemcami i resztą zachodniej Europy. W wielu krajach oskarżono by dzisiaj Schrödera o przestępczy konflikt interesów. Jego ewidentną wpadkę moralną dodatkowo pogarsza to, że w tej samej chwili Rosja grozi odcięciem dostaw gazu Ukrainie, jeżeli Kijów nie pogodzi się z cenowym dyktatem kremlowskiego Behemota gazowego, Gazpromu.

Strategiczne cele Rosji są oczywiste: ponieważ najważniejsze rosyjskie gazociągi biegną właśnie przez Ukrainę, wstrzymanie dostaw gazu do tego kraju oznaczałoby również odcięcie znacznej części Europy. Nowa rura, omijająca Ukrainę, Polskę, a także państwa bałtyckie, daje Kremlowi znacznie większe pole manewru i wzmacnia jego pozycję w regionie. Teraz prezydent Władimir Putin wraz ze swoją ekipą kagiebowskich klonów będzie mógł wywierać dowolny nacisk na swoich postkomunistycznych sąsiadów i nie martwić się o Europę Zachodnią.

Czy Europa rzeczywiście powinna dawać Putinowi do ręki to nowe narzędzie polityki imperialnej? Gorzej jeszcze: czy Rosja nie wykorzysta kiedyś tego narzędzia przeciwko samej UE, tak bardzo uzależnionej od źródeł energii? Fakt, że były kanclerz niemiecki zamierza stanąć na czele spółki, która może ułatwić Rosji manipulowanie polityką gospodarczą Unii, świadczy o ryzykownym zadufaniu, o krótkowzroczności Europy wobec ambicji neoimperialnych Putina.

Rosyjskie media niewątpliwie zdają sobie sprawę z rosnącego uzależnienia Europy od energii z Rosji – i rozkoszują się tą świadomością. W rosyjskich gazetach ukazują się radosne artykuły wstępne: kiedy zintegrujemy i umocnimy nasz sektor gazowy, Europa już nie piśnie słowa o prawach człowieka. To samo stanowisko reprezentuje sam Putin, chociaż woli je wyrażać nieco mniej bezpośrednio i mówi o prowadzeniu „polityki niezależnej”. Chodzi o to, by zapewnić Rosji „niezależność” od zachodnich demokracji z ich troską o kwestie moralne i prawa człowieka.

Być może niektórzy przywódcy europejscy naprawdę wierzą, że ochrona przytulnego unijnego dobrobytu usprawiedliwia milczenie na temat praw człowieka i innych kwestii, które budzą irytację Kremla. Oczywiście możemy wspomnieć o pewnych zagadnieniach natury „gospodarczej”, takich jak wywłaszczenie Jukosu, ale wszystko wskazuje na to, że jeżeli Kreml każe nam zrezygnować z własnych zasad albo zaprzestać krytyki rosyjskich niegodziwości – choćby tego, jak utopiono we krwi Czeczenię – Europejczycy będą woleli zamilknąć, niż ryzykować wzrost cen energii czy wręcz blokadę, jaka obecnie grozi Ukrainie.

Sposób, w jaki prezydent Putin zarządza swoim dworem i podporządkowuje sobie Dumę, powinien pozbawić Unię złudzeń co do stopniowej „europeizacji” Rosji. Ta Rosja, którą buduje Putin, odrzuciła poradzieckie aspiracje wolnościowe, by stać się naftowo-gazową fortecą dla ekskagiebistów, stanowiących trzon nowej putinowskiej elity. Zresztą nawet Matthias Warnig, dyrektor generalny konsorcjum gazowego, któremu ma przewodniczyć Schröder, to stary znajomy Putina. Na początku tego roku „Wall Street Journal” informował, że Warnig, szef moskiewskiej filii Dresdner Banku, był oficerem Stasi i że poznał Putina pod koniec lat 80., kiedy przyszły prezydent Rosji przebywał w NRD jako rezydent KGB.

To, że Rosjanie tolerują władzę ekskagiebistów, dla których brak współczucia i tolerancji to absolutna norma, świadczy o tym, jak bardzo zmęczył ich zamęt ostatnich lat. Zdaje się, że według Kremla to, co odpowiada zwykłym Rosjanom, powinno również odpowiadać niepodległym państwom. Nie będzie litości dla krajów małych i słabych, kiedy Kreml zdobędzie stosowne narzędzia, by upokarzać je, izolować i szantażować blokadą energetyczną. Jako przywódca nowego, niepodległego państwa litewskiego wielokrotnie miałem do czynienia z podobnymi próbami szantażu.

UE podpisała wiele umów z Rosją; jedna z nich dotyczyła „wspólnej przestrzeni” wolności i sprawiedliwości. Kreml ma dużą wprawę w takim udawaniu idealizmu: jego władza nad Europą Wschodnią opierała się zawsze na „traktatach o przyjaźni”, a radzieckie najazdy na Węgry w 1956 roku i na Czechosłowację w 1968 odbywały się pod hasłami „bratniej pomocy”.

Warto jednak zauważyć, jak Putin traktuje ową „wspólną przestrzeń”: Czeczeńcy traktowani są po barbarzyńsku, przedsiębiorca Michaił Chodorkowski siedzi w więzieniu, zagraniczne organizacje pozarządowe są nieustannie zaszczuwane, a Julia Tymoszenko – jedna z przywódców zeszłorocznej pomarańczowej rewolucji – została oskarżona przez rosyjską prokuraturę wojskową na podstawie fałszywych zarzutów. Jeżeli Europejczycy poważnie myślą o wspólnej przestrzeni swobód i praw człowieka, muszą sobie uświadomić, że putinowscy czynownicy nie są wyznawcami tych samych wartości.

To samo dotyczy sojuszu z Rosją w wojnie z terroryzmem. Czy naprawdę można sobie wyobrazić, że ojczyzna czerwonego terroru, gdzie nie rozliczono całego mnóstwa zbrodni z okresu ZSRR, kraj splamiony krwią od Litwy po Kaukaz, będzie godnym zaufania sojusznikiem, który pomoże powstrzymać zagrożenie ze strony Iranu i Korei Północnej? Należy się raczej spodziewać, że dla chłodno rozumujących decydentów kremlowskich każdy kryzys będzie okazją do wzmocnienia swej niszczycielskiej władzy i poszerzenia strefy wpływów.

Ten region Europy, z którego pochodzę, przez kilkadziesiąt lat zdany był na łaskę złowrogich potęg. Dlatego nie mogę spokojnie siedzieć, kiedy widzę, że Europa znowu popada w stan błogiej apatii. My, nowe demokracje Europy Wschodniej, wiemy z doświadczenia, że za każdym dyplomatycznym gestem Rosji kryją się ambicje imperialne.

Europejczycy z Zachodu, którym tych doświadczeń oszczędzono, nie powinni lekceważyć naszych przestróg. Zależność od Rosji – choćby przybrała ona „charyzmatyczne” oblicze Gerharda Schrödera – to droga prosto w przepaść.

VYTAUTAS LANDSBERGIS, przełożył Łukasz Sommer

Legalizm barbarzyńców

Źródło: RZECZPOSPOLITA
17.12.2005

Minął rok od pomarańczowej rewolucji, a już wielu Ukraińców uważa, że jej ideały zdradzono. Cynicy tłumaczą, że nasze „pomarańczowe” ideały od początku były tylko narzędziem w rękach pewnej grupy oligarchów, którzy chcieli obalić władzę innej grupy. Teraz, skoro już znaleźli się u steru, ich reformatorski entuzjazm przerodził się w entuzjastyczne działania na rzecz własnego dobrobytu i dobrobytu swoich bliskich.

Jak to się stało, że Ukraina osiągnęła taki poziom cynizmu? Przecież rok temu wszyscy ci, którzy wylegli na ulice Kijowa, wiedzieli, czemu się przeciwstawiają: skorumpowanemu rządowi, który chciał władać ludzkim życiem i pracą oraz samowolnie dysponować majątkiem państwowym. Oficjalnie istniały prawa obywatelskie, ale żaden sąd nie był gotów występować w ich obronie, ilekroć nasi władcy uznali, że zagraża to ich interesom.

Obalając tamten reżim, wierzyliśmy, że dawny absolutyzm przechodzi do historii. Tymczasem jednak ludzie, którzy ciągnęli profity z nieuczciwych praktyk reżimu, zaczęli twardo bronić swego prawa do ukradzionego majątku. Ci reprezentanci kapitalizmu kolesiów twierdzą, że jeżeli zostawimy ich w spokoju i pozwolimy im zadbać o ów majątek, skorzysta na tym cały kraj. Rewindykacje – powiadają – choćby istotnie chodziło o zrabowany majątek, sprawią, że wszyscy inwestorzy stracą do nas zaufanie.

Cel uświęca środki – oto najstarsze usprawiedliwienie wszelkiej niegodziwości. Ale władza o nieprawomocnych źródłach, polityczna czy gospodarcza, to po prostu samowola. Gospodarka, która w oczach większości obywateli ma charakter arbitralny i bezprawny, może przez jakiś czas przynosić łatwe dochody. Nie uniknie jednak korupcji, ponieważ praworządność, będąca najważniejszym gwarantem rynku, wymaga zgody wszystkich uczestników i wiary w przestrzeganie reguł.

Ukraińska prywatyzacja opierała się na radykalnym bezprawiu. Dlatego nie powinniśmy dać się zwieść, jeżeli ci, którzy swego czasu wzbogacili się na rabowaniu państwa, dziś wynajmują prawników, powołują się na zasady wolnego rynku i twierdzą, że postępują zgodnie z literą prawa. Istnieje bowiem coś takiego, jak legalne bezprawie. Ma ono miejsce, kiedy władza, tworząc lub interpretując prawo, sama nie chce mu się podporządkować.

W tym sensie oligarchowie i ich polityczni reprezentanci, twierdzący, że prawo do ukradzionej własności jest święte, postępują równie bezczelnie, jak obalony przez nas reżim: roszczą sobie nieodwołalne prawo do rządzenia. Odrzucają zasadę, według której istnieje prawo nadrzędne wobec władzy prezydentów, magnatów, większości czy motłochu. Jeżeli uda im się postawić na swoim, będzie to znaczyło, że cynicy mają rację: w naszej rewolucji chodziło tylko o to, która klasa czy też która osoba dorwie się do nieograniczonej władzy.

Obrona roszczeń do sprawowania arbitralnej władzy – to główna herezja tych, którzy wzywają do uznania skradzionego majątku państwowego za legalną własność prywatną. Nazywam tę postawę herezją, ponieważ odrzuca zasadę powszechnej równości wobec prawa i określonym osobom przyznaje pozycję nadrzędną. Jest to postawa sprzeczna ze wszystkimi koncepcjami wolności; to legalizm barbarzyńców i filozofia nihilizmu stawiające opór wolności politycznej i gospodarczej na Ukrainie.

Nie tylko jednak prymitywni legaliści są zwolennikami takiej postawy. Nie brak ekonomistów, którzy uważają, że prawo własności musi objąć również dobra skradzione. Sytuację po wyjściu z komunizmu porównują oni do stanu natury według Johna Locke’a, toteż wydaje im się, że prawo do własności zdobyte dzięki kumoterstwu, nepotyzmowi i zakulisowym porozumieniom na swój sposób wyrasta z Locke’owskiej koncepcji wolności. Kiedy mój rząd zakwestionował to założenie, podnieśli krzyk, że państwo dokonuje zamachu na legalną własność.

Była jeszcze jedna grupa osób, które uległy temu złudzeniu: ludzie, którzy rok temu wykazali się wspaniałą postawą publiczną, a potem znaleźli się w rządzie i uznali, że próby egzekwowania prawa muszą osłabić wzrost gospodarczy kraju. Codzienność rządzenia sprawia niekiedy, że zaciera się świadomość obowiązujących zasad. I tak oto niektórzy ludzie, kierując się najlepszymi intencjami, znaleźli się po tej samej stronie, co ich przeciwnicy. Mam wrażenie, że zagubili się, a droga, którą wybrali, wiedzie z powrotem ku rządom samowoli.

W gruncie rzeczy odrzucanie wszelkiej samowoli jest najważniejszą zasadą, której musimy przestrzegać. Inaczej litera prawa będzie tylko maską dla urzędniczych kaprysów i zachcianek autokraty. Jeżeli ludzie nie wierzą, że ich władza postępuje zgodnie z tym wyższym duchem prawa, żadna konstytucja nie jest warta papieru, na którym ją spisano, a w biznesie nie ma bezpiecznych transakcji.

Ład konstytucyjny i stabilny wolny rynek wymagają odruchowego sprzeciwu wobec samowoli oraz wrażliwości i spontanicznego reagowania na jej objawy. Dlatego właśnie mój rząd starał się odzyskać skradziony majątek państwowy i doprowadzić do jego uczciwej publicznej sprzedaży. Dzięki temu Ukraińcy mogli zobaczyć, że akty samowoli zostają rozliczone, a rządy prawa dotyczą zarówno słabych, jak i potężnych.

Tak się w każdym razie stało w tym jedynym przypadku, kiedy mój rząd naprawdę zdołał coś odzyskać. Chodzi o wielką hutę stali Kryworiżstal, którą w wyniku sfałszowanego przetargu kupił po zaniżonej cenie zięć naszego byłego prezydenta. Dzięki ponownemu przetargowi zakład ten przyniósł Ukrainie ponad pięciokrotnie wyższą sumę niż za pierwszym razem. Tego kursu musimy się trzymać, jeżeli chcemy, by naród zaufał prawu i instytucjom własnego państwa.

Ponowny przetarg na sprzedaż Kryworiżstalu był wyraźnym sygnałem, że jeżeli prezydent nie może działać samowolnie, to nikt nie może. Ani ministrowie, ani parlament, ani większość, ani jednostki, ani tłum. Jeżeli Ukraina ma sobie wyrobić świadomość prawną, jakiej wymaga prawdziwa wolność, musi trzymać się tej nadrzędnej zasady.

Oligarchowie, którzy własne przywileje utożsamiają z prawem, w trosce o swoje interesy robią na razie, co mogą, by wypaczyć ideały pomarańczowej rewolucji. Ale fakt, że ludzie przeinaczają prawdę, nie jest powodem, by ją porzucać. Jeżeli wiara w nadrzędne prawo jest, tak jak nas uczył Marks, mieszanką sentymentalizmu, przesądu i nieświadomych racjonalizacji, to szachrajstwa, które dały początek pomarańczowej rewolucji, stanowią naszą jedyną rzeczywistość. Wówczas musimy porzucić nadzieję na wolność w ramach porządku społecznego i pogodzić się z nieuchronną wojną wszystkich przeciwko wszystkim, o której pisał Hobbes.

Faktem jest, że aktualna polityka nie wydaje się sprzyjać ideałom pomarańczowej rewolucji. Każe się nam wybierać między solidarnością społeczną a wzrostem gospodarczym. Aby uniknąć niedostatku – słyszymy – musimy zgodzić się na bezprawie. Aby możliwe było głoszenie prawdy, lepiej nie badać nazbyt skrupulatnie dawnych zbrodni, choćby nawet chodziło o dziennikarza, któremu odcięto głowę, albo o próbę otrucia naszego prezydenta.

Jest to wybór tyleż fałszywy, co nie do przyjęcia. Ale taki właśnie oferują nam nasi wpływowi doktrynerzy. Jeżeli jednak ktoś uważa, że nie ma innych opcji dla Ukrainy, najwyraźniej dał się zniechęcić i znużenie myli mu się z mądrością. Bo walka o prawo ma w sobie wielką siłę, wobec której nie ostanie się żadna przeszkoda ustanowiona przez ludzi. Czasem, tak jak teraz, może nam się zdarzyć krok w tył, ale tylko przestrzegając tego nadrzędnego prawa, Ukraina ma szanse osiągnąć powszechną wolność i dobrobyt. Jeszcze osiągniemy i jedno, i drugie.

JULIA TYMOSZENKO, przełożył Łukasz Sommer

Grzechy demokratów

Źródło RZECZOSPOLITA

ROSJA
Z Siergiejem Kowaliowem, obrońcą praw człowieka, rozmawia Paweł Reszka
Mówi Siergiej Kowaliow.

Rz: Nie wierzę w powtarzany często pogląd, że Rosjanie nie dojrzeli do demokracji. Z drugiej strony nie ma najmniejszej wątpliwości, że większość rosyjskiego społeczeństwa popiera obecną władzę. Dlaczego?

Siergiej Kowaliow: To prawda. Społeczeństwo popiera władzę. Oczywiście nie w takim stopniu jak twierdzą oficjalnie propagandyści, ale popiera. Ludzie myślą: „Cóż można zrobić, władza to władza, i tak jest lepsza od chaosu, który panował wcześniej”. Pan nie wierzy, że rosyjskie społeczeństwo nie jest w stanie przyjąć idei demokracji. Ale obawiam się, że rosyjskie społeczeństwo w tym punkcie by się z panem nie zgodziło. Ludziom wmówiono, że potrzebna im silna ręka. Rosjan przekonywano o tym od dawna. Robiły to nawet niektóre autorytety z Zachodu. W naszej telewizji nigdy nie polemizuje się z tą tezą. A społeczeństwo jest niezadowolone z demokratów i ma tu absolutną rację.

Czym zgrzeszyli demokraci?

Przyszli i opowiadali: – Jesteśmy antykomunistami, będziemy budowali demokrację, będziecie mieli wolność i kiełbasę. A potem wzięli się za budowanie sobie wielkich, kilkupiętrowych dacz. Potem społeczeństwu pokazano te dacze i ich mieszkańców. Dziś ludzie są przekonani, że demokraci rozdali majątek narodowy „swoim”. Inaczej mówiąc demokrata kradnie dużo więcej niż komunista.

Przecież i komuniści kradli na potęgę.

Komuniści mieli pensje, i to wcale nie takie duże. Dostawali, też nieoficjalnie, dodatki pieniężne w kopertach, które przewyższały normalną wypłatę. Mieli państwowe dacze, specjalną opiekę zdrowotną i specjalne sklepy z atrakcyjnymi towarami po śmiesznie niskich cenach. Mieli także możliwości, by troszeczkę kraść, na co ich szefowie patrzyli przez palce. To niemało, ale system był mocno hierarchiczny i doskonale kontrolowany. Nie daj Boże, jeśli ukradłeś więcej niż powinieneś. Albo gdy jako instruktor obwodowego komitetu partii próbowałeś wejść do sklepu dla urzędników KC. Straszne… Natychmiast wylatujesz z roboty! To był wielowiekowy system hierarchii, znany jeszcze w carskiej Rosji. Kiedyś na posiedzeniu rządu Borys Jelcyn zauważył: – Nie tak usiedliście! Zupełnie nie tak! Siergiej Władimirowicz usiądzie tutaj. O, tak jest prawidłowo!

Typowe dla Rosji bojarów. No, ale kto tego nauczył Jelcyna, przecież Jelcyn bojarem nie jest? To wieki tradycji.

Jakie przywileje mieli demokraci?

Nowi „demokraci”, z bliskiego Jelcyna, mieli właściwie jeden przywilej: dostęp do wielkiej własności.Dla mnie milion dolarów jest sumą czysto teoretyczną, zwłaszcza że jako były deputowany do Dumy Państwowej dostaję emeryturę w wysokości 300 – 400 USD miesięcznie, i są to gigantyczne pieniądze w porównaniu z normalną emeryturą. A każdy członek naszej elity ma na koncie kilka milionów dolarów i do tego dom podobnej wartości. Nawet ochroniarze, którzy pilnują ich osiedli, dostają pieniądze, o których mi się nigdy nie śniło. Tak żyją dziś ludzie, którzy kiedyś przez telewizor tłumaczyli, co to jest demokracja i że trzeba zaciskać pasa. Z drugiej strony są staruszkowie, którzy szukają jedzenia na śmietniku. To wszystko symbolizuje dla Rosjan demokrację. Winą prawdziwych demokratów, dysydentów, obrońców praw człowieka, jest to, że nie zaprotestowali przeciwko nazywaniu takiego systemu demokracją.

Dlaczego w Rosji utrzymuje się tak duża tęsknota za imperium? Sam pan tego doświadczył, gdy zbierał pan razy za krytykę wojny w Czeczenii, a ostatnio byliśmy świadkami burzy z powodu przekazania Chinom dwóch wysp na rzece Amur, których i tak nikt nie jest w stanie znaleźć na mapie.

Władze nie przeszkadzają takiemu myśleniu i to jest logiczne postępowanie. Społeczeństwo ciągle słyszy: „Byliśmy silni, bali się nas i dlatego szanowali. A dziś nikt się z nami nie liczy. Wiele naszych problemówbierze się stąd, że za granicą ciągle kombinują, jak oderwać kolejną naszą prowincję albo jak przekształcić Rosję w surowcowy dodatek do reszty świata”.

Ludzie Putina budują państwo absolutne. Takiej władzy potrzebny jest wróg, bo gdyby nie było wroga, to sama władza musiałaby ponosić odpowiedzialność za błędy. A tak niezadowolenie społeczne kierowane jest pod właściwy adres.

Jakie są szanse na to, że społeczeństwo odwróci się od władzy? Czy może się tak stać za sprawą młodych, dobrze wykształconych, jeżdżących po świecie Rosjan, którzy zechcą żyć jak ich rówieśnicy na Zachodzie?

Zmiana systemu nastąpi, to oczywiste. Jednak nie będzie to łatwe. Boję się, że młodzi ludzie, o których pan wspomniał, są często bardzo cyniczni. Wielu z nich nie chce mieszać się do polityki. Proszę spojrzeć na utalentowanych rosyjskich naukowców – już dziś łatwiej ich spotkać w USA niż w Rosji. Do Moskwy przyjeżdżają tylko od czasu do czasu na wykłady. Teraz biznes: ci, co zajmują się biznesem, dobrze wiedzą, że jeśli będą się zachowywali „przyzwoicie” z punktu widzenia władzy to władza zostawi ich w spokoju. A źle ci tutaj? Kup sobie willę w Hiszpanii i żyj! W końcu to są młodzi ludzie, którzy nie osiągnęli jeszcze tak wysokiej pozycji. Pracują w Rosji, najczęściej w zachodnich firmach, zarabiają po kilka tysięcy dolarów i są prawdziwą elitą. Ich wolność to ich pensja. Dzięki niej mogą jeździć dokąd zechcą, spotykać się z kim chcą i mówić co chcą – oczywiście we własnym gronie, nigdy publicznie. Oni wiedzą, co dzieje się w kraju, nie gorzej niż pan czy ja, ale rozumieją jak należy się zachowywać, żeby nie stracić swojej pozycji.

Trzeba sobie zdawać sprawę, że mówimy o niewielkim procencie ludzi sukcesu, żyjących w dużych miastach. Ludzi sukcesu, którzy z dużą rezerwą odnoszą się do rosyjskiej prowincji. Tam, na prowincji, życie jest zupełnie inne: kradną, piją, chorują, umierają. Ale ludzie sukcesu nie będą walczyli o sprawiedliwość. Zdobędą się na aktywność tylko wtedy, gdy władza zaatakuje ich osobiście.

No więc jaka jest przyszłość?

Przyszłość jest związana z organizacjami społecznymi – wiele z tych organizacji to twory naiwne, ale niektóre są na najwyższym poziomie, choćby Memoriał. I to one będą centrum krystalizacji społeczeństwa obywatelskiego – czyli społeczeństwa, które wie, że to ono jest źródłem władzy w państwie, którą deleguje urzędnikom, płacąc im za to podatki. I wcale nie jest tak, że wszyscy ludzie muszą to rozumieć. Wystarczy, że zrozumie to plus minus 5 procent ludzi. To jest już masa krytyczna, która pociągnie za sobą całą resztę. Masa krytyczna uczciwych ludzi, którym uwierzą inni.

Czy w Rosji możliwe jest, że społeczeństwo obywatelskie da o sobie znać tak jak w Kijowie na placu Niepodległości?

To możliwe, choć nie wydaje mi się, że to realna wizja. Dobrze byłoby, gdyby organizacje społeczne zaczęły myśleć w tym kierunku, żądając zmian politycznych.

Z drugiej strony widać jak bardzo władze boją się takiego rozwoju wydarzeń. Kreml na przykład stara się stworzyć własne „społeczeństwo obywatelskie”. Pierwszym krokiem ma być organizacja kontrolowanych przez państwo organizacji społecznych – w ZSRR były tylko takie „organizacje społeczne”. Duma już pracuje nad mechanizmem kontrolujących pieniądze napływające do organizacji pozarządowych. Takie działanie nie pozostawia wielkiego wyboru: albo organizacja społeczna podporządkowuje się władzy, albo przechodzi do ostrej politycznej opozycji, a stąd już prosta droga na plac. W jakimś momencie społeczeństwo może przypomnieć sobie, że ma jeszcze jedno prawo, prawo bardzo wątpliwe, prawo wychodzące poza granice cywilizowanych systemów prawnych, prawo nadzwyczajne – prawo do wystąpienia przeciw tyranowi. Nie daj Bóg tego dożyć. Na szczęście po drodze jest wiele pokojowych możliwości: strajki generalne, akcja społecznego nieposłuszeństwa, bunt podatników…

Pytał pan o plac. Na placu nieważne były okrzyki: „Niech żyje Juszczenko!” Ważne, że ludzie powiedzieli: „Sfałszowaliście wybory i macie nas za głupków. Kłamiecie i my się na to nie zgadzamy”.

Sukces ukraińskiej rewolucji bardzo mnie cieszy. To przykład dla Moskwy.

Paweł Reszka