Sierp, Hackenkreuz i młot

Źródło: Rzeczpospolita
25.02.2006

25 lutego 1956 roku szef partii sowieckiej Nikita Chruszczow zadał komunizmowi w Europie cios, z którego system dyktatury proletariatu już nigdy nie miał się podnieść. Słowa o zbrodniach, jakie padły na XX Zjeździe KPZR, okazały się zabójcze! Ale porównywanie komunizmu z hitleryzmem do dziś budzi protesty. Dlaczego?

//www.rzeczpospolita.pl/teksty/plus_minus_060225/plus_minus_a_14-1.F.jpg" nie może zostać wyświetlony, ponieważ zawiera błędy.

Hitlerowski obóz koncentracyjny w Buchenwaldzie
(c) EAST NEWS

//www.rzeczpospolita.pl/teksty/plus_minus_060225/plus_minus_a_14-2.F.jpg" nie może zostać wyświetlony, ponieważ zawiera błędy.

Sowiecki obóz pracy w Workucie
(c) EAST NEWS

Niemcy robią z nas bohaterów, a bolszewicy gówno – uważał Józef Mackiewicz. To trafne i efektowne, ale bynajmniej niejednoznaczne. Polska stała się ofiarą obu systemów. Hitleryzm był stanem tymczasowym – zakończył się wraz z II wojną światową – komunizm trwał przez dwa pokolenia. Pierwszy mordował na niebywałą skalę, drugi przyzwyczajał do szkodliwych reguł życia społecznego, które ciążą po jego upadku.

Władza monopartii i… kałasznikow

Komunizm w różnych swych stadiach i odmianach opanował ogromne obszary świata i trwał od 1917 roku przez wiele dziesięcioleci. Nigdzie nie wygrał w wolnych wyborach. Ustanawiany jest zawsze przemocą – przez swych zwolenników lub ich zagranicznych mocodawców. Utrzymuje się przy władzy także przemocą lub groźbą jej użycia. Głosi swą wyższość nad wszystkim, co było przed nim, ale podporządkowane sobie obszary wytrąca z głównego nurtu cywilizacji, skazuje na zacofanie i biedę.

Bywał przejściowo zdolny do szybkiego wzrostu – dzięki rabunkowej gospodarce. Nie tworzył jednak nowych technologii; przejmował je i podkradał Zachodowi. Żaden z istotnych wynalazków XX wieku nie powstał w „przodującym systemie”. Wszystkie współczesne produkty, technologie, pomysły czy koncepcje naukowe, a nawet nurty w humanistyce i kulturze, powstały poza nim. Wszędzie i zawsze cechuje go: niska wydajność i zła organizacja pracy, niedostateczna podaż przestarzałych i niskiej jakości produktów, niewymienialna waluta, niekonkurencyjny eksport, żenująca zależność od importu, biurokratyczne zarządzanie oraz fałszywa statystyka. Nie jest w stanie nawet wyżywić swoich poddanych (vide: Kuba i Korea Północna). Kosztem ogołacania wszystkich innych dziedzin konkurował z Zachodem jedynie w zbrojeniach. Do czasu. Jedynym jego produktem, który zawojował świat, okazał się kałasznikow.

Do tego obrazu nie bardzo pasują dziś Chiny. Trudno przesądzić, czy tam jest jeszcze totalitaryzm, czy już system autorytarny, ale to wciąż bezwzględna dyktatura partii.

Porównywanie surowo wzbronione

25 stycznia tego roku Radzie Europy udało się potępić zbrodnie komunizmu – wbrew oporowi lewicy. Jej postawę scharakteryzowałakiedyś Simone de Beauvoir, pisząc o reakcji komunistów francuskich na wiadomości o łagrach; po pierwsze – to nieprawda, po drugie – to dobra rzecz, po trzecie – z czasem to samo zaniknie. Obecnie, zwłaszcza po publikacji w 1997 r. w Paryżu „Czarnej księgi komunizmu. Zbrodnie, terror i prześladowania” (wyd. pol. 1999), trudno jest negować udokumentowane fakty. Stosuje się więc pokrętne interpretacje. Lewicę boli najbardziej stawianie na jednej płaszczyźnie komunizmu, do którego żywi ona wciąż mniejszy lub większy sentyment, z narodowym socjalizmem Hitlera. Osiągnięciem lewicy w Radzie Europy było niedopuszczenie, aby zbrodnie obu totalitaryzmów rozpatrywać na jednej sesji.

Spróbujmy jednak spróbować porównać oba najbardziej zbrodnicze systemy.

Hitleryzm był przede wszystkim ruchem skrajnie nacjonalistycznym z domieszką demagogii antykapitalistycznej. W skrajnej demagogii socjalnej, w metodach działania, a także w zabiegach o poparcie robotników Hitler konkurował zresztą z niemieckimi komunistami. Zlikwidował bezrobocie, rozkręcał gospodarkę bez zwracania uwagi na koszty, na rachunek przyszłych zdobyczy wojennych, ale ustroju nie zmienił. Własność wielka i mała zostały nietknięte. Pozostała hierarchia społeczna. Dzięki temu po dwunastu latach nazizmu, zakończonych klęską wojenną, było do czego wracać. Prawica, lewica, koncepcje ekonomiczne i społeczne, to wszystko w tym przypadku jest mało istotne. Nazizm określa przede wszystkim zbrodnia: wojna i ludobójstwo.

Z komunizmem sprawa jest bardziej złożona, ale jego konstytutywną cechą jest – jak w nazizmie – wojna i ludobójstwo oraz próba realizacji utopii, czyli terror wobec własnego społeczeństwa. To chyba główna różnica między obydwoma totalitaryzmami.

„Arbeit macht frei”

To hasło z bramy KL Auschwitz każdy w Polsce zna i rozumie. Mniej znane jest inne hasło: „Praca w ZSRR to honor, chwała, godność i bohaterstwo”. Widniało ono na bramie łagru w Workucie w latach pięćdziesiątych, kiedy Główny Zarząd Obozów Sowieckich – Gułag – już się był zapoznał z Oświęcimiem.

Polski historyk, profesor Ludwik Haas, spędził lata wojny w takim obozie, jaki opisywał Gustaw Herling-Grudziński w „Innym świecie”. Po wojnie trafił do nowego łagru, dla politycznych, takiego, jaki uwiecznił Aleksander Sołżenicyn w „Jednym dniu Iwana Denisowicza”. Kiedy po uwolnieniu i powrocie do kraju zwiedzał Auschwitz, poczuł się dziwnie znajomo. Układ wewnętrzny, charakter obiektów, rozkład posterunków, wszystko to znał ze swego powojennego obozu.

Wiosną 1953 roku sam widziałem w Rostowie nad Donem tłumy wynędzniałych mężczyzn w wyszmelcowanych waciakach. Amnestia. Dopiero co umarł Stalin, a kilka miesięcy wcześniej, w pobliżu, skończono budowę kanału Wołga-Don. Kończyła się epoka wznoszonych przez sowieckich niewolników „piramid” komunizmu, rozpoczęta dwadzieścia lat wcześniej budową Kanału Białomorskiego. Więźniowie – w koszmarnych warunkach, umierając – budowali kanały, drogi, koleje i mosty. Wznosili kombinaty przemysłowe, wyrąbywali lasy, wydobywali węgiel, złoto, rudę żelazną i uranową. Gułag wyprzedzał niektóre resorty w realizacji stalinowskich planów gospodarczych, pięciolatek. Było to więc w dużej mierze przedsięwzięcie gospodarcze, a masowa śmierć była czymś ubocznym, lecz założonym.

Ile było ofiar tego planowanego ludobójstwa? Różni autorzy podają różne dane. Klasyk historii ZSRR, Robert Conquest, w książce „Wielki Terror”, wylicza, że w latach 1931 – 1932 w obozach przebywało stale około 2 milionów ludzi, w latach 1933 – 1935 już 5 milionów i 6 milionów w latach 1935 – 1936. Od przystąpienia ZSRR do wojny w 1941 roku do śmierci Stalina w roku 1953 w łagrach znajdowało się 10 – 12 milionów ludzi, około 5 procent całej populacji.

Nowsze wyliczenia przedstawia w swojej pionierskiej historii „Gułag” Anne Applebaum. Sądzi ona, że w sumie liczba więźniów obozów w Związku Sowieckim sięgnęła 28,7 miliona. Dokładna odpowiedź na pytanie, ilu z nich zginęło, jest bardzo trudna. Francuscy autorzy „Czarnej księgi komunizmu” mówią – ostrożnie – o 20 milionach ofiar śmiertelnych czerwonego terroru.

W obozach niemieckich więziono łącznie około 18 milionów. 11 milionów straciło tam życie. Trudno ocenić, ile osób w tym planowo zamordowano, prawdopodobnie większość. Reszta padła ofiarą takiego samego mechanizmu, jaki zabijał ludzi w obozach sowieckich. System obozowy III Rzeszy także był bowiem jednocześnie przedsięwzięciem gospodarczym.

KL Auschwitz otrzymywał od koncernu IG-Farben SA 6 reichsmarek za dniówkę robotnika wykwalifikowanego i 4 za więźnia bez kwalifikacji. Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy RSHA SS rozliczał się z kolejami Rzeszy za transport do obozów: 4 fenigi za osobokilometr. Za dzieci do 4 lat pobierano dwa fenigi, niemowlęta wożono gratis. Przy transportach z zachodniej Europy stosowano 25 procent zniżki. Warto zauważyć, że przy transporcie żołnierzy od dowództwa sił lądowych OKW pobierano 1,5 feniga za osobokilometr.

Lepiej za dużo niż za mało

„Zarówno narodowi socjaliści, jak i komuniści, skazywali pewne grupy na zagładę – powiedział kilka tygodni temu profesor Andrzej Chojnowski na łamach „Plusa Minusa”. – Pierwsi stosowali klucz rasistowski, drudzy mordowali za pochodzenie społeczne”.

Praktyka była bogatsza niż teoria. 20 stycznia 1942 roku na naradzie w Wannsee pod Berlinem zapoczątkowano prace nad zamordowaniem wszystkich Żydów na terenach zajmowanych przez Rzeszę. Holokaust pochłonął do 6 milionów osób i był największym morderstwem w historii dokonanym według jednego kryterium. Na podobnej zasadzie – kryterium rasy – mordowano również Cyganów.

Ale w początkach wojny z ZSRR wydano dyrektywę o zabijaniu, prócz Żydów, również komisarzy Armii Czerwonej. Na Wschodzie mordowano z premedytacją elity podbitych narodów, a chorych psychicznie także w Niemczech.

30 czerwca 1934 roku Hitler zarządził, a Himmler siłami SS wykonał operację, zwaną „Nocą długich noży”. Zabity został bliski współtowarzysz z okresu walki o władzę, niepokorny i kłopotliwy Ernst Rohm, szef SA wraz z elitą tych bojówek. Ale potem nie było już wewnętrznych rozpraw. Tu lewicowcy, protestujący przeciw równaniu nazizmu z komunizmem, mogą znaleźć znaczące różnice.

Oto epizod stalinowskiego terroru: 31 lipca 1937 r. Politbiuro WKP(b) na wniosek Jeżowa, ludowego komisarza spraw wewnętrznych, czyli szefa NKWD, zatwierdza Rezolucję 00 447: rozstrzelać 72 950 i uwięzić 259 450 znanych i potencjalnych wrogów władzy sowieckiej. Rodziny – zesłać. Kwotę rozdzielić w terenie, który może zgłaszać dodatkowe listy. Zgłosił. Dodatkowo rozstrzelano 70 500. W końcu, łącznie rozstrzelano 386 798 i uwięziono 767 397 osób. „Lepiej za dużo niż za mało” – skomentował Jeżow, zanim i jego rozstrzelano.

Hitlerowcy mordowali elitę podbitych krajów, a bolszewicy także własną. Naukowców, artystów, inżynierów, a przede wszystkim elitę partyjną i rządową, ludzi, którzy pamiętali, jak marną postacią był Stalin, i którzy z nim wcześniej konkurowali o władzę lub – jak się mu wydawało – mogliby konkurować. Wymordowano całą prawie kadrę Armii Czerwonej.

Pochodzenie narodowe też uwzględniano. 11 sierpnia 1937 r. z Politbiura wyszła Rezolucja 00 485 w sprawie Polaków i osób z nimi związanych, na podstawie której rozstrzelano 247 157 osób (Polaków – 110 000) i uwięziono 350 000 osób (Polaków – 144 000). Według klucza narodowego w sumie – nie licząc rozpraw w czasie wojny – rozstrzelano ok. 700 tysięcy i uwięziono półtora miliona. A podczas kolektywizacji rolnictwa w ZSRR zamorzono głodem około sześciu milionów Ukraińców, tylu, ilu wymordowano Żydów w III Rzeszy.

Działając wspólnie i w porozumieniu

Wrzesień 1939, radio Mińsk, przedłużając specjalnie program o dwie godziny, powtarza co jakiś czas hasło „Mińsk”. Na prośbę Niemców i wyraźne polecenie Stalina pomaga w nawigacji Luftwaffe w operacjach nad Polską.

Przykładów bezpośredniej współpracy wojskowej jest więcej. Kriegsmarine korzystała z bazy Nord na sowieckiej Północy, dopóki w 1940 roku Niemcy nie zajęli baz morskich w pokonanej Norwegii. A sowieckie lodołamacze przeprowadzały niemiecki krążownik piracki „Komet”, zamaskowany jako sowiecki statek handlowy na Pacyfik, do Cieśniny Beringa.

W październiku 1940 stosunki sowiecko-niemieckie były już mocno napięte, jednak sowieckie transporty z surowcami strategicznymi i żywnością ciągle jeździły do Niemiec. I tak było aż do niemieckiej napaści na Związek Radziecki 22 czerwca 1941 roku. Uwaga Lenina o durniach sprzedających sznur, na którym ma się ich powiesić, pasowała jak ulał.

Pakt Ribbentrop – Mołotow z 23 sierpnia 1939 roku umożliwił atak Hitlerowi na Polskę, a sowiecko-niemiecka umowa o przyjaźni i granicach z 28 września podzieliła i zlikwidowała państwo polskie. Ostateczne losy II wojny światowej rozstrzygnięte zostały na froncie wschodnim, gdzie Niemcy poniosły 80 procent strat w ludziach, za co ZSRR zapłacił czterokrotnie większą liczbą zabitych żołnierzy. Ale jej wybuch i skala to skutek wspólnego działania obu reżimów. Na oba też spada odpowiedzialność za jej ofiary. Bezpośrednie straty ludzkie to ponad 50 milionów ludzi, z czego około 30 milionów stanowili cywile. Związek Sowiecki stracił 12,6 milionów żołnierzy na froncie i 7,7 milionów ludności cywilnej, a wielu rosyjskich historyków i demografów uważa tę liczbę za zaniżoną. Na drugim miejscu w Europie jest Polska; 850 tysięcy strat na frontach i 6 milionów ludności cywilnej. Dopiero na trzecim miejscu są Niemcy, które straciły 3,25 milionów żołnierzy i 2,81 milionów ludności cywilnej, będącej w ogromnej większości ofiarą bombardowań, podczas gdy cywile w Polsce i ZSRR byli głównie ofiarą niemieckiego terroru.

Wojna dla każdego w Polsce oznaczała stałą groźbę śmierci. Jej zakończenie było końcem ludobójstwa, które pochłaniało każdego roku milion istnień ludzkich. To ułatwiło zainstalowanie komunizmu. Przetrzebione i wymęczone społeczeństwo, poza nielicznymi wyjątkami, nie było w stanie podjąć kolejnej walki. Przy wszystkich okropieństwach nowego systemu nie zagrażał on biologicznemu istnieniu narodu. A „władza ludowa” pod osłoną represji i demagogii socjalnej przemodelowała kraj. Zlikwidowała własność prywatną, poczynając od majątków ziemiańskich i fabryk, a kończąc na warsztatach rzemieślniczych i sklepach. Stalinizm wytrzebił do końca warstwę właścicieli, której spora część została już w czasie wojny zabita w walkach, wymordowana lub wywieziona przez jednego czy drugiego okupanta. Zabrakło ludzi, którzy potrafiliby prowadzić normalną działalność polityczną, organizować życie społeczne, kierować gospodarką.

Oba totalitaryzmy na równi niszczyły Polskę. Niezależnie od tego, czy działały wspólnie i w porozumieniu, czy też walczyły ze sobą na śmierć i życie.

ERNEST SKALSKI, Współpraca Jan Wierzyński
Reklamy

Czego świat nie wie o Ameryce

Żródło: Rzeczpospolita
04.02.2006

Ameryka uchodzi za najbardziej kapitalistyczny kraj na świecie, ale wcale nim nie jest, a w nadchodzącej przyszłości będzie nim w coraz mniejszym stopniu

Oto powszechny na całym świecie wizerunek USA: wredny matecznik twardogłowego kapitalizmu, ostoja fanatyków wolnego rynku, własności prywatnej i deregulacji.

Europejscy krytycy standardowo określają amerykański system mianem dzikiego kapitalizmu, przedstawiając USA jako kraj, w którym zarówno konsumenci, jak i pracownicy pozbawieni są jakiejkolwiek ochrony przeciw zachłannym korporacjom i nieposkromionym interesom wielkiego biznesu. Na poparcie swego poglądu lubią cytować najbardziej skrajnych teoretyków wolnego rynku, którzy sprzeciwiają się wszelkim interwencjom państwa w gospodarkę.

Podobne krytyczne opinie na temat domniemanego amerykańskiego „zdziczenia” z reguły mają wspierać ideę ściślejszej regulacji sektora prywatnego przez państwo. Ideę, która zależnie od okoliczności bywa uzasadniona lub nie. Jednego natomiast uzasadnić się nie da: ignorancji i kłamstw wyrastających z fałszywych wyobrażeń o amerykańskiej gospodarce i rozsiewanych po świecie przez wielu intelektualistów i przedstawicieli elit.

Rzeczywistość zamazana

Ile kapitalizmu zawiera amerykański kapitalizm? Sto procent? Dziewięćdziesiąt?

Wiadomo, że każdy rząd nadaje kształt gospodarce przez politykę makroekonomiczną, prawo pracy, reguły handlowe i całą masę innych środków. Prócz tego jednak wpływ na gospodarkę ma i to, jak rząd wydaje publiczne pieniądze.

Wielu obserwatorów Ameryki, a nawet samych Amerykanów, mogłoby się zdziwić, słysząc, że w gospodarce, której PKB wynosi ponad 11 bilionów dolarów, agencje rządowe na szczeblu krajowym, stanowym i lokalnym wydają – czyli pośrednio rozdzielają – około 4 bilionów, a więc mniej więcej jedną trzecią tej sumy.

Wbrew głoszonej przez siebie ideologii wolnorynkowej tylko rząd federalny USA wydaje w ciągu roku więcej, niż wynosi PKB Francji. Jeżeli zaś jakaś instytucja w ciągu roku decyduje o przepływie 4 bilionów dolarów, trudno uznać ją za bezzębną, nawet w samym mateczniku kapitalizmu. Wpływ wydatków rządowych na gospodarkę amerykańską nie jest przedmiotem centralnego planowania ani kontroli, ale tak czy inaczej pozostaje olbrzymi.

Polityka i lobbing wpływają na rozwój bądź upadek gospodarczy poszczególnych regionów kraju. Pod ich wpływem następują przemieszczenia ludności. Podupadają dawne ośrodki przemysłowe, a powstają nowe. Dolina Krzemowa i Internet, często przedstawiane jako przykład sukcesów (a także ekscesów) wolnego rynku, podlegały regulacji w stosunkowo niewielkim stopniu, jeśli porównać je z amerykańskim przemysłem telekomunikacyjnym. Dolina Krzemowa nigdy by jednak nie powstała, gdyby nie finansowane przez rząd badania, które trwają od lat 50. XX wieku, przyczyniając się do rozwoju techniki komputerowej, informatyki i teorii systemów.

Być może również Teksas i Floryda nie rozkwitłyby, gdyby nie miliardy dolarów z budżetu federalnego, przeznaczonych na rozwój NASA i przemysłu astronautycznego. Pentagon wydaje pieniądze we wszystkich 50 stanach – bezpośrednio lub przez kontrahentów. Kto wie, czy Microsoft powstałby właśnie w Seattle, gdyby nie było ono wcześniej ojczyzną Boeinga, którego zyski w roku 2003 wyniosły 50,5 miliarda dolarów i w 54 procentach pochodziły z programów obronnych i kosmicznych Wuja Sama.

Nietrafny jest również pogląd, że USA wydają mniej na opiekę społeczną niż inne kraje zachodnie. Komentator brytyjski Timothy Garton Ash zauważył: „Tylko w programie Medicaid przeznacza się więcej na opiekę medyczną dla 40 milionów ubogich Amerykanów niż nasza kochana Narodowa Służba Zdrowia wydaje na całe 60 milionów Brytyjczyków”.

A to tylko część znacznie większego budżetusłużby zdrowia. Medicaid zwiększa sumę jej rocznych wydatków o 300 miliardów dolarów, nie licząc przydziałów na szczeblu stanowym i samorządowym. Jeżeli amerykański system zdrowotny załamie się pod ciężarem własnej biurokracji, to nie z powodu zbyt małego zaangażowania rządu.

Te przykłady dają zaledwie wstępne wyobrażenie o roli rządu w amerykańskiej gospodarce. Słuchając waszyngtońskich kazań antyregulacyjnych, niewinni obcokrajowcy mogą nie zdawać sobie sprawy z gęstej sieci reguł, według których działa biznes i toczy się codzienne życie Amerykanów.

Normalizacja dziur w serze

Lubicie ser szwajcarski? Jak informuje Cindy Skrzycki w książce pt. „The Regulators” [„Regulatorzy”], amerykański Departament Rolnictwa po długich debatach i intensywnym lobbingu ustalił, że dziury w serze winny być „rozmieszczone równomiernie”, a ich rozmiar powinien wynosić od 3/8 do 13/16 cala [od 0,94 do 2,03 cm]. Ekipa kontrolerów dziur w serze rozróżnia ponad 20 typów i kształtów. Przywodzi to na myśl brukselską policję ds. win!

W roku 2002 amerykański Rejestr Federalny – kompendium przepisów ogólnokrajowych – liczył już ponad 75 tysięcy stron i z każdym rokiem powiększał się o kolejne 4500 regulacji. Te liczby dotyczą jednak tylko szczebla krajowego, każdy stan ma własne zbiory praw. Na przykład kalifornijski kodeks regulacyjny składa się z 17 tysięcy stron, na których omawiane są tak rozmaite kwestie, jak dostępność wody, prawo pracy, budownictwo, bezpieczeństwo w przemyśle, ekologiczne standardy zdrowotne oraz szkolnictwo. A jest jeszcze 49 stanów.

Dorzućmy do tego mnóstwo przepisów obowiązujących w poszczególnych miastach i okręgach. Dotyczą one takich kwestii jak łodzie, limity smogu, domowe czujniki dymu, recykling, używanie smyczy i rejestracja psów, urządzenia sanitarne w restauracjach, opieka domowa nad osobami starszymi i wiele innych.

Jeśli pominąć garstkę anarchistów, nawet najzajadlejsi wolnorynkowcy w USA zgadzają się, że każdy złożony system społeczny wymaga pewnych regulacji. Może to zaskoczy zewnętrznych obserwatorów, ale probiznesowa Partia Republikańska, wbrew całej antyregulacyjnej retoryce, tworzy nowe przepisy nie mniej ochoczo niż bardziej prosocjalni demokraci.

Według szacunków amerykańskiej administracji drobnego biznesu w roku 2000 przepisy federalne obciążyły firmy amerykańskie dodatkowymi kosztami w wysokości 497 miliardów dolarów (co osłabiło ich konkurencyjność), natomiast konsumentów i instytucje rządowe kosztowały kolejne 346 miliardów.

Istnieje wiele innych szacunków, a rozbieżności między nimi sugerują, że nie są to pewne dane, ale nikt nie wątpi, że naprawdę chodzi o gigantyczną sumę. Nadmiar rządowych przepisów potrafi dławić całe sektory biznesu, oznacza dlanich bowiem koszty, których rynek nie jest w stanie udźwignąć.

Ukryty sektor

W całej tej ideologicznej batalii o regulacje niewiele jednak zwraca się uwagi na pewien olbrzymi, a zarazem niewidoczny sektor gospodarki, na który składają się, by tak rzec, rynki nakazowe – rynki, które istnieją i kwitną wyłącznie dzięki temu, że prawo nakazuje obywatelom nabycie ich wyrobów bądź usług. Mogą one sprawiać wrażenie wolnych rynków, ale nie są takie.

Prawie na całym terenie USA prawo nakazuje właścicielom samochodów wykupienie ubezpieczenia OC. To nie wolny rynek, ale właśnie nakazowy. Każdego roku dzięki opłatom za OC do firm ubezpieczeniowych trafia 70 miliardów dolarów. Również konstrukcja auta podlega państwowym przepisom: samochód musi mieć układ oczyszczania spalin oraz pasy bezpieczeństwa. Przewóz niemowlęcia na ogół wymaga odpowiednio zamocowanego siedzenia. Motocykliści i rowerzyści obowiązani są do używania kasków, a osoba wyprowadzająca psa musi mieć smycz i łopatkę do zbierania psich kup. Od właścicieli domów wymaga się instalacji czujników dymu bądź ciepła. W Nowym Jorku rodzice dzieci poniżej 11. roku życia muszązakładać w oknach barierki. Oczywiście rynki nakazowe istnieją też w innych krajach.

Niemcy mają obowiązek wozić w samochodzie apteczkę. Finowie muszą od 1 grudnia do 28 lutego używać opon zimowych. Japończycy, aby pozbyć się starego sprzętu domowego, muszą uiścić opłatę recyklingową. Unia Europejska nieustannie tworzy nowe regulacje, które nakładają się na istniejące już przepisy krajowe, regionalne i lokalne. Jeden z tych nowych przepisów głosi, że aby przekroczyć granicę z psem, trzeba najpierw wybrać się do weterynarza, który wszczepi naszemu Fafikowi chip identyfikacyjny. Tyle tylko, że to właśnie USA, a nie tamte kraje, mają na świecie niezasłużoną opinię ziemi niczyjej, niestrzeżonej i wolnej od przepisów.

Stany Zjednoczone są na naszej planecie awangardą rewolucyjnego wzrostu bogactwa. Amerykańska gospodarka rozwija się coraz szybciej, a jej zróżnicowanie i wydajność stale rosną. Wszystko to wymaga coraz bardziej złożonych przepisów, które też zmieniają się z coraz większą prędkością. To samo dotyczy wszystkich krajów, które od dymiących kominów i taśm produkcyjnych przechodzą w stronę rozwiniętej gospodarki opartej na wiedzy.

ALVIN I HEIDI TOFFLEROWIE, przełożył Łukasz Sommer

Sprawa Mahometa

Żródło: Rzeczpospolita
08.02.2006

Muzułmanie nie zostali obrażeni, tylko postanowili poczuć się obrażeni

Jeśli naprawdę myślimy, że islam nawołuje do walki z niewiernymi, to wolno karykaturę Proroka opublikować.

Wyznawcy islamu są oburzeni. Nie życzą sobie, by ktokolwiek przedstawiał wizerunek Mahometa i to z bombą na głowie. W zasadzie takie żądanie powinno być przestrzegane. Mahomet nie jest do oglądania, a ponadto trzeba szanować uczucia religijne bez względu na to, z jaką religią się wiążą. Nie jest to zresztą trudne.

Kiedy rozmawiam z żydem, unikam pewnego słowa zaczynającego się na „J”, a nawet staram się nie wymieniać słowa „Bóg”, i mówię „Najwyższy”. W mieszanym towarzystwie nie jem wieprzowiny, a nawet powstrzymuję się od ulubionej zupy z małży. Do meczetu nie wejdę w butach, a gdy inni zaczną bić pokłony kierując się ku Mekce, ja zrobię tak samo. Przy chrześcijanach nie wspominam o dzieworództwie. Mojego przyjaciela, który jest rzekomo czcicielem Judasza, nigdy nie zapytam o srebrniki. Religia to sprawa intymna. Nie potrzebuje uzasadnienia, ani dyskusji, nie szuka jasnej myśli ani racjonalnej zgody. Jest sprawą wewnętrznego przekonania, a niekiedy także powszechnej jednomyślności.

Problem się jednak zaczyna, gdy tej jednomyślności nie ma. Żydzi nie chcą słuchać, że człowiek może być jednocześnie Bogiem, Rzymianie, że z poczucia pobożności można spożywać ciało i krew ludzką, prawosławni, że ktokolwiek na zawsze pozostanie w piekle, a katolicy, że papież może się pomylić w kwestii wiary lub moralności, gdy głosi swą naukę ex cathedra. Od razu widać, że poglądy religijne wzajem sobie przeczą i nie da się uszanować jednych uczuć bez obrażenia innych. Co jest prawdą wiary dla katolika, może być kamieniem obrazy dla żyda; w co wierzy protestant, może ranić uczucia religijne świadków Jehowy (tu mi wolno użyć tego słowa, bo jest w innym kontekście).

Gdy wysokie wartości popadają w konflikt, nieuniknionym następstwem sporu jest nienawiść religijna. Poświadcza to historia Europy. Religia zawsze wypadała lepiej, gdy pozostawała intymna i nie nawracała, nie ewangelizowała, nie dopytywała o wiarę w innym kraju, nie potępiała innowierców i nie stawiała im zakazów.

Muzułmanie chcą to jednak robić teraz w Europie. I nie dbają o wzajemność. Domagają się od cudzoziemców, by na terenie państw arabskich przestrzegali lokalnych wymagań religii i etykiety. Dobrze. Tyle im wolno. I jeśli się to komuś nie podoba, to musi zrezygnować z wizyty w krajach muzułmańskich. Mamy jednak prawo oczekiwać podobnej powściągliwości ze strony islamu. Co to obchodzi jakiegoś muzułmanina w Syrii lub Libanie, że Duńczycy w Danii robią sobie rysunek, mówią, że to portret Mahometa i z przedstawionej postaci szydzą? Skąd tacy muzułmanie wiedzą, że to jest naprawdę portret Mahometa, skoro Mahometa rzekomo nie wolno przedstawiać i nie powinni znać jego twarzy. Czemu nie mają dość subtelności, żeby powiedzieć, iż Duńczykom nie udał się portret, że Mahomet w ogóle nie daje się narysować i Duńczycy nie wiedzą, z kogo szydzą?

Odpowiedź jest prosta. Muzułmanie nie zostali obrażeni, tylko postanowili poczuć się obrażeni. Równie dobrze mogliby powiedzieć, że ich obraża, iż w Kopenhadze kobiety chodzą z gołymi głowami na ulicy, co w ich kraju jest niedopuszczalne. W obu przypadkach próbowaliby narzucić Europie swój sposób myślenia i zachowania. Nie mamy powodu im ustępować. I mam nawet wrażenie, że muzułmanie na to nie liczą. Wiedzą, że nie mogą nam dyktować, co będziemy robili u siebie. Szukają tylko pretekstu do wyrażenia swej nienawiści do Zachodu, do palenia ambasad, wyrzucania obcokrajowców z kraju i zamknięcia swego społeczeństwa przed wpływami oświaty, telewizji i liberalnej polityki. Coraz silniej ulegają ksenofobii i chcą już kontrolować nie tylko myśli własnych obywateli we własnym kraju, ale także myśli Europejczyków w Europie. Bo tu nie chodzi o wizerunek, tylko o myśli. Muzułmanie chcą, byśmy się wyrzekli przypuszczenia, że Mahomet, gdyby dziś żył, zaaprobowałby cały terroryzm islamski razem z Al-Kaidą.

W tej reakcji jest zarazem coś niezdrowego i coś obiecującego. Niezdrowa jest chęć zduszenia myśli, nadzieja, że Europa się przelęknie tego, co robi. Niezdrowe jest żądanie, że Prorok zasługuje na szacunek bez względu na to, czego uczył, i czy w szczególności wzywał Allaha do pomocy w wojnie, czy nie. Europa ma go szanować bezwarunkowo i nie pozwalać sobie na żadne komentarze. Jednak z drugiej strony ten protest przeciwko przedstawieniu Proroka jako wojowniczego kapłana jest także obiecujący. Kto nie chce widzieć swego Proroka jako terrorysty, ten sam zapewne nie chce być terrorystą.

I tu dotykamy dość kłopotliwego zagadnienia. W Europie czasem się sądzi, że źródło islamskiego terroryzmu tkwi w religii. Muzułmanie natomiast sądzą, że prawdziwym źródłem terroryzmu jest zachodnia dominacja w krajach arabskich. Czują się zmuszeni do praktykowania terroryzmu, ponieważ chcą zerwać swe uzależnienie od Zachodu. Jednocześnie chcą widzieć islam jako religię pokojową – nawet jeśli jest to religia, która nie wyrzeka się zabijania niewiernych – ponieważ do wojny czują się zmuszeni i chcą ją koniecznie wygrać na własnej ziemi. W tych warunkach uważają, że wszelkie środki stosowane przeciw znienawidzonej kulturze są dozwolone. To przerażająca różnica perspektyw. Ale muzułmanom musimy dać takie samo prawo do wyrażenia swoich myśli, jakiego żądamy dla siebie.

Niestety, najczęściej nie potrafią tego zrobić. Czasy świetnej kultury filozoficznej Arabów minęły bezpowrotnie. Nie ma więc żadnej płaszczyzny porozumienia. Dla wielu z nas wyznawcy islamu są bezwzględnymi żołnierzami dowodzonymi przez okrutnych fanatyków, i uważamy, że Duńczycy mają prawo wyrazić tę myśl w karykaturze Proroka. Dla wielu wyznawców islamu narzucanie im siłą demokracji jest pogwałceniem rodzimej tradycji, która pozwala bronić tradycyjnego stylu życia nie tylko za pomocą argumentów, ale przy użyciu wszelkich środków – także bomb i skrytobójstwa. Jak tu możliwy jest dialog i porozumienie?

Przez jakiś czas skazani będziemy na zatargi i nieporozumienia, gniew i pogardę. Żadnego dialogu nie będzie. Ich drażnić będzie hałaśliwa reklama, alkohol, pornografia i społecznie tolerowany ateizm – widoczny choćby w karykaturach religijnych – nas będzie drażnić poddaństwo kobiet, tolerowanie analfabetyzmu, wizja nieba z hurysami dla męczenników i upodobanie do przepychu. Musimy pogodzić się z tymi różnicami, ale nie mamy żadnego powodu ustępować. Byłoby to niezgodne z całą pooświeceniową historią Europy, dzięki której trwa nasza cywilizacja. Nie musimy rezygnować z żadnych swobód obywatelskich, z wolnej prasy i ze swobody słowa. Jeśli naprawdę myślimy, że islam nawołuje do walki z niewiernymi, to wolno karykaturę Proroka opublikować.

Nie wolno byłoby jej ogłaszać, gdyby celem publikacji było drażnienie i obrażanie muzułmanów. W tym przypadku zresztą muzułmanie nie są tak bezradni, jak czasem próbują dowodzić, wskazując na przewagę militarną Zachodu. Nie muszą palić ambasad i przeganiać dziennikarzy. Mogą powiedzieć, że europejskie wyobrażenie o islamie jest błędne, że Prorok nie zachęcałby do terroryzmu, że ci, którzy zabijają niewinnych ludzi, źle rozumieją swą wiarę. Jednak nie słyszymy tych wyjaśnień ani potępienia dla przemocy. Zatem obraza na karykaturę jest rodzajem politycznej manipulacji i ksenofobiczną reakcją na obcą kulturę, a nie protestem moralnym.

Nie mówię, że to dobrze, iż taka karykatura się ukazała. Nic dobrego z niej nie wynikło. W Europie wywołała kilka gorzkich uśmiechów, w krajach arabskich gromy oburzenia. Jednak była to dopuszczalna forma wyrażenia europejskiego stanowiska i nie ma nad czym ubolewać. Sprawą rozstrzygającą jest granica wolności słowa i wolności prasy. Nie uciekniemy od zasadniczego pytania. Czy nigdy nie wolno mówić tego, co kogoś obraża, wprowadza w zakłopotanie, godzi w honor lub dobre imię? Na pewno nie. Czy nie wolno krytykować Proroka lub innych postaci religijnych, przedstawicieli wojska, rządu lub uniwersytetów? Też nie. Istnieją co prawda obrońcy każdego z takich zakazów, ale ich stanowisko nie ugruntowało się w Europie.

Wyraźnej granicy nie ma, ale zgodziliśmy się przez ostatnie stulecia, że z grubsza wiadomo, co jest po jednej i po drugiej stronie. Po jednej stronie jest prawda i sztuka, po drugiej głupi żart, niechęć kulturowa, polityczne machinacje, prowokacja i tak zwane power games. Bez namysłu zgodzimy się, że nie wolno kalać świętości dla rozrywki lub dla zdobycia popularności, i że z drugiej strony wolno kwestionować wszystko w imię ważnej prawdy, a także, że na wiele musimy pozwolić, by prawdziwa sztuka miała szansę wykształcić w nas nowy rodzaj wrażliwości. Zatem wolno krytykować biskupa za jego realne błędy i wolno zarzucić Prorokowi upodobanie do wojny, jeśli są to zarzuty prawdziwe. Wolno artyście pokazać bohatera w chwili załamania, ale nie wolno mu rozwieszać genitalii na symbolach religijnych. To jest nie tylko sprawa dobrego smaku. Prawda i sztuka bronią naszej godności dużo lepiej niż jakiekolwiek święte oburzenie i jakakolwiek cenzura.

JACEK HOŁÓWKA, Filozof, profesor Uniwersytetu Warszawskiego