Pesymistyczne przewidywania się nie sprawdziły – Czarnobyl

Źródło: Rzeczpospolita
26.04.2006

Rz: Komu wierzyć: raportowi na temat skutków Czarnobyla, sporządzonemu przez Międzynarodową Agencję Energii Atomowej, czy raportowi Greenpeace?

Profesor Leszek Królicki: Mnie osobiście, i polskie środowisko naukowe, bardziej przekonują dane MAEA. Biorąc pod uwagę doświadczenia z podobnych katastrof, wydają się one bliższe prawdy. Choć raportu Greenpeace, który mówi o znacznie większej liczbie ofiar, również nie należy lekceważyć.

//www.rzeczpospolita.pl/teksty/dodatek3_060426/dodatek3_a_1-1.F.jpg" nie może zostać wyświetlony, ponieważ zawiera błędy.

Z czego wynikają tak duże rozbieżności w ocenie katastrofy?

Promieniowanie jonizujące, na które w wyniku awarii reaktora zostali narażeni ludzie, działa na dwa sposoby. Po pierwsze, pozostawia widoczne ślady. Po drugie, jego efekty mogą dać o sobie znać później, na przykład po dziesięciu latach w postaci choroby nowotworowej. Rozbieżności dotyczą tego drugiego rodzaju skutków. Wciąż są one szacunkowe.

Co prawda po Czarnobylu zaobserwowano wzrost zachorowań na raka tarczycy, ale nie wiemy, na ile mogło być to wynikiem awarii, a na ile częstszej diagnostyki. Zaraz po katastrofie informowano, że z jej powodu w ciągu 20 lat na raka zapadnie na świecie 7 tys. ludzi. Tylko w Polsce wskutek tej choroby umiera rocznie 70 tys. osób. Nie możemy jednak stwierdzić, czy w przypadku konkretnego człowieka wywołało ją promieniowanie.

Co w takim razie wiemy na pewno?

Na szczęście, nie spełniły się nasze najbardziej pesymistyczne przewidywania. Skutki katastrofy nie stworzyły istotnego zagrożenia epidemiologicznego, a więc nie przyczyniły się do powikłań zdrowotnych polskiego społeczeństwa. Oczywiście w przypadku tamtejszych mieszkańców szkody są większe.

Główny epidemiolog Rosji twierdzi, że skutki awarii w Czarnobylu znikną dopiero po 300 latach. Zgadza się pan z nim?

Tak. To okres potrzebny do rozkładu izotopów promieniotwórczych, które w wyniku katastrofy zostały uwolnione do środowiska. Nie powinniśmy się jednak obawiać skutków ich obecności. W Polsce nie stanowią one zagrożenia dla zdrowia i życia ludzi – czego dowodzi choćby jedna z opublikowanych kilka lat temu prac doktorskich, oparta na badaniach przeprowadzonych w lasach i na polach Białostocczyzny. Jest jeszcze jedna dobra informacja. Przed skutkami promieniowania w ogóle bronią nas naturalne mechanizmy organizmu. W ich wyniku dochodzi do naprawiania DNA człowieka, co zmniejsza między innymi szanse pojawienia się wad wrodzonych u potomstwa.

Rozmawiała Izabela Redlińska
Reklamy

Kto rządzi Ameryką?

Żródło: Rzeczpospolita
22.04.2006

Amerykanie to najwięksi na świecie obrońcy wolności słowa. Dopóki rozmowa nie schodzi na Izrael i wpływ proizraelskiego lobby na politykę USA. Właśnie przekonali się o tym dwaj amerykańscy uczeni.

Ameryką rządzą Żydzi i fundamentaliści chrześcijańscy, którzy zdołali przekonać George’a W. Busha, że interesy Stanów Zjednoczonych i Izraela są tożsame. Wojna w Iraku nie służy bezpieczeństwu USA, nie chodzi nawet o ropę. Najważniejszym jej celem jest zapewnienie bezpieczeństwa Izraelowi, co w rezultacie obraca się przeciwko Ameryce. To bowiem przez Izrael Stany Zjednoczone narażone są na terroryzm – naczelną motywacją Al-Kaidy w walce przeciwko USA jest wsparcie Waszyngtonu dla Tel Awiwu…

Tego typu opinie ukazują się w Ameryce regularnie – w Internecie na stronach organizacji neofaszystowskich albo w blogach poszukiwaczy żydowskich spisków. Jednak pod koniec marca teza, według której działające w USA lobby izraelskie przejęło kontrolę nad polityką zagraniczną kraju, ukazała się w najmniej oczekiwanym miejscu – na stronie internetowej Uniwersytetu Harvarda. Opublikował ją również prestiżowy magazyn brytyjski „The London Review of Books„. Autorami kontrowersyjnej pracy okazali się dwaj czołowi politolodzy amerykańscy, których naukowej reputacji nikt dotąd nie podważał: Stephen Walt z Harvardu i John Mearsheimer z University of Chicago.

Co zrobić z takim poparciem?

80-stronicowe opracowania uniwersyteckie nie budzą zwykle histerycznych reakcji, ale tym razem w Ameryce zawrzało. Walt i Mearsheimer zostali uznani za antysemitów, a ich esej za „akademicki śmieć” i „nowe „Protokoły Mędrców Syjonu„”. Alan Dershowitz, znany amerykański prawnik i wykładowca Harvardu (uznany przez Walta i Mearsheimera za członka lobby) nie zgodził się z tą opinią: „Różnica polega na tym, że „Protokoły” były fałszywką, a ten tekst został napisany naprawdę – przez dwóch bigotów”. „To mogłoby zostać wymyślone przez (…) jakiegoś mniej inteligentnego członka Hamasu – dorzucił Dershowitz – żaden bardziej inteligentny nie zrobiłby tyle pomyłek”.

Nieliczne głosy poparcia giną w powszechnym potępieniu, jednak nie to jest najgorsze dla autorów. Okazało się bowiem, że praca Walta i Mearsheimera bardzo przypadła do gustu takim tuzom amerykańskiej polityki jak David Duke, były szef rasistowskiego Ku Klux Klanu, czy Louis Farrakhan, lider skrajnej organizacji murzyńskiej Nation of Islam. „To ogromna satysfakcja, gdy czołowy amerykańskiuniwersytet potwierdza wszystkie tezy, które głosiłem, zanim jeszcze rozpoczęła się wojna (w Iraku) – mówił Duke. – Naszym zadaniem jest teraz wydarcie amerykańskiej polityki zagranicznej spod kontroli żydowskich ekstremistycznych neokonserwatystów”. A Louis Farrakhan ostrzegał: „Izrael jest jak ogon, który macha psem Ameryką. (…) Pozbądźmy się noekonserwatystów. To oni uczynili Amerykę słabą (…), odebrali wam kraj i oddali synagodze Szatana. To oni opanowali Kongres”.

Co zrobić z takim poparciem? „Zawsze uważałem poglądy Davida Duke’a za godne pogardy i bardzo mi przykro, że uznaje nasz artykuł za zgodny ze swoją wizją świata” – przeprasza Stephen Walt, a John Mearsheimer przyrzeka, że obaj autorzy to filosemici.

Paradoksalnie, w całym tym rozgardiaszu najwięcej zrozumienia i ograniczonego poparcia dla amerykańskich autorów nadeszło z Izraela. Jednak aby zrozumieć, dlaczego Izraelczycy wcale nie muszą lubić izraelskiego lobby w Ameryce, wyjaśnijmy najpierw, na czym polegał skandal wywołany przez Stephena Walta i JohnaMearsheimera.

Uprzywilejowany, nielojalny sojusznik

Ich praca nosząca tytuł „The Israel Lobby” składa się z faktów, diagnozy i krótkiej propozycji wyjścia z kryzysu. Fakty są następujące: Izrael jest największym odbiorcą pomocy amerykańskiej na świecie (3 miliardy dolarów rocznie, 140 miliardów od czasu II wojny światowej). Jest również jedynym krajem objętym pomocą wojskową, który nie musi się tłumaczyć, na co wydaje otrzymane środki. To powoduje, że Amerykanie nie są w stanie kontrolować ich przepływu, a Izraelczycy mogą wydawać amerykańskie pieniądze na cele sprzeczne z amerykańską polityką, np. budowę osiedli na terytoriach okupowanych albo zabijanie terrorystów palestyńskich bez wyroku (tzw. targetted killings). Waszyngton jest najbardziej konsekwentnym sojusznikiem dyplomatycznym Izraela (od 1982 roku zawetował 32 rezolucje Rady Bezpieczeństwa ONZ krytyczne wobec Tel Awiwu), mimo że taka postawa zdecydowanie komplikuje stosunki Ameryki z państwami arabskimi. Tymczasem Izrael nie zachowuje się jak lojalny sojusznik. „Przekazał nowoczesną technologię militarną potencjalnym rywalom Ameryki, takim jak Chiny” – piszą Walt i Mearsheimer, a ujawnienie działalności izraelskich szpiegów, takich jak Jonathan Pollard czy Larry Franklin, „rzuca wątpliwości na strategiczną przydatność Izraela dla Ameryki”.

Szczególnym wyzwaniem rzuconym przez Walta i Mearsheimera jest zakwestionowanie moralnych powodów, dla których USA powinny traktować Izrael inaczej niż jakiekolwiek inne państwo. „Patrząc obiektywnie – piszą – ani przeszłość, ani teraźniejszość (Izraela) nie dają podstaw, by z punktu widzenia moralnego traktować go w sposób uprzywilejowany wobec Palestyńczyków”. Autorzy podkreślają, że Izrael dysponuje większą siłą militarną niż jego sąsiedzi i jako jedyny kraj regionu posiada broń nuklearną. W latach 1947 – 1948, gdy państwo powstawało, dochodziło do „czystek etnicznych, egzekucji, masakr i gwałtów dokonywanych przez Żydów”, w latach 1949 – 1956 „izraelskie siły bezpieczeństwa zabiły od 2700 do 5 tys. Arabów, w większości nieuzbrojonych”. Autorzy powołują się na statystyki, według których od czasu pierwszej intifady na każdego zabitego Izraelczyka przypada 3,4 ofiar palestyńskich, w większości ludzi niezwiązanych z terroryzmem. Jeśli policzyć dzieci zabite przez izraelskie siły bezpieczeństwa i Palestyńczyków, statystyki przemawiają jeszcze bardziej na niekorzyść Izraela.

Lobby, czyli siła wpływów

Krytycy tekstu zwracają uwagę na uproszczenia w analizie i pomyłki faktograficzne, jednak tym, co ich najbardziej oburza, jest główna teza pracy. „Skoro ani strategiczne, ani moralne powody nie tłumaczą poparcia Ameryki dla Izraela, to jak je można wyjaśnić?” – pytają Walt i Mearsheimer. I odpowiadają: „Wyjaśnienie tkwi w niezrównanej potędze Lobby Izraelskiego”.

Autorzy piszą tę nazwę dużymi literami, co może sugerować, że jest to jakaś spójna organizacja, może nawet tajna. Nic z tych rzeczy. Walt i Mearsheimer określają tak zbitkę luźno, a czasem wcale ze sobą niezwiązanych organizacji, których celem jest „sterowanie polityką amerykańską w kierunku zgodnym z interesami Izraela”. Celowo nie piszą o „lobby żydowskim”. Nie tylko ze względu na polityczną poprawność, ale po prostu dlatego, że duża część amerykańskich Żydów nie popiera polityki USA wobec Izraela, a aż 36 proc. deklaruje, że nie czuje związków z Izraelem. Amerykańscy Żydzi nie stanowią w żadnej mierze ścisłej wspólnoty politycznej: są wśród nich zwolennicy konserwatywno-nacjonalistycznego Likudu i ekspansjonistycznej polityki Izraela, ale również jej zdecydowani przeciwnicy, np. organizacja Jewish Voice for Peace. Wśród nich jest też mniej osób popierających wojnę z Irakiem niż w całym amerykańskim społeczeństwie (odpowiednio 52 proc. i 62 proc.) „Byłoby oczywistym błędem obwinianie Żydów o wojnę w Iraku” – podkreślają autorzy. – „Jest ona raczej w dużym stopniu wynikiem wpływu Lobby (Izraelskiego), szczególnie neokonserwatystów wewnątrz niego”.

Lobby nie jest jakąś wyjątkową instytucją na mapie politycznej Ameryki. Wręcz przeciwnie – Walt i Mearsheimer przyznają, że istnienie grup nacisku jest powszechnym i akceptowanym elementem tamtejszej polityki. A działalność tego akurat nie różni się zasadniczo od każdego innego lobby: „rolniczego, stalowego czy producentów tekstyliów”. „Nie ma niczego niewłaściwego w fakcie, że amerykańscy Żydzi i ich chrześcijańscy sojusznicy próbują wpływać na politykę amerykańską” – dodają. Skoro tak, to w czym problem? Paradoksalnie, Walt i Mearsheimer krytykują lobby izraelskie przede wszystkim za jego skuteczność.

Działa ono na dwóch frontach. Po pierwsze stara się wywrzeć nacisk na rządzących (zarówno Kongres, jak i władzę wykonawczą), a po drugie wpływa na przebieg debaty publicznej „rozpowszechniając mity na temat powstania (Izraela) i nagłaśniając jego punkt widzenia w debatach politycznych”. W centrum lobby stoi Amerykańsko-Izraelski Komitet Spraw Publicznych (AIPAC) i Konferencja Przewodniczących Głównych Organizacji Żydowskich. Należą do niego główne media amerykańskie: gazety „Washington Times” i (częściowo) „The New York Times”, magazyny „The Commentary”, „The New Republic”, „The Weekly Standard”; grupy badawcze (tzw. think tanks), takie jak WINEP, The American Enterprise Institute, Brookings Institution, The Center for Security Policy, Heritage Foundation i inne. Organizacje proizraelskie, takie jak Campus Watch, kierowana przez Daniela Pipesa i Martina Kramera, sterują debatą na uniwersytetach publikując listy nauczycieli krytykujących Izrael i zachęcając studentów do buntu wobec proarabskich wykładowców. W skład lobby wchodzi również chrześcijańska prawica, której przedstawiciele wspierają Izrael z powodów religijnych. „Wierzą oni, że odrodzenie Izraela jest spełnieniem biblijnej obietnicy i wspierają jego ekspansjonizm” – piszą Walt i Mearsheimer. Najbardziej cenną i wpływową częścią lobby jest jednak grupa polityków skupiona wokół prezydenta Busha, która przekonała go, że interesy Stanów Zjednoczonych i Izraela są w zasadzie identyczne. Chodzi o osoby takie Douglas Feith, Paul Wolfowitz, Richard Perle, John Bolton, I. Lewis „Scooter” Libby, Elliot Abrams.

Wszystko przez Trockiego

Walt i Mearsheimer nie są pierwszymi poważnymi autorami piszącymi na temat wpływów neokonserwatystów – nie tylko pochodzenia żydowskiego – na prezydenta. Przed czterema laty amerykański dziennikarz Michael Lind opublikował obszerny artykuł o ich trockistowskich korzeniach, podziwie dla Likudu i długoletnich działaniach lobbystycznych, których celem miało być skierowanie Ameryki kuwojnie z Irakiem, a następnie Iranem i Syrią. Neokonserwatyści prowadzili swoje kampanie już za rządów Billa Clintona, jednak wówczas nie stanowili najbardziej wpływowej grupy nacisku. Nawet po powrocie republikanów do władzy byli krytykowani przez współpracowników Reagana i Busha seniora. Jednak George W. Bush „kupił” ich argumentację. Po 11 września strategia neokonserwatystów stała się głównym elementem polityki zagranicznej Waszyngtonu, a jej wykonawcami zostali ludzie, którzy – jak twierdzi Lind – ciągle wierzą w trockistowską ideę permanentnej rewolucji i są przekonani, że w interesie USA leży otwarty konflikt z Irakiem, Syrią i Iranem.

Walt i Mearsheimer idą w swojej diagnozie tym samym tropem. Twierdzą oni, że wojna w Iraku została wywołana „w dużej części” dla zapewnienia bezpieczeństwa Izraelowi i nie ma nic wspólnego z faktycznym zagrożeniem terrorystycznym, przed jakim stoją Stany Zjednoczone. „Nie ma wątpliwości, że Izrael i Lobby Izraelskie w USA były kluczowe dla rozpoczęcia wojny. Bez ich starań podjęcie takiej decyzji przez USA byłoby znacznie mniej prawdopodobne” – piszą Walt i Mearsheimer podkreślając, że w tej układance Irak jest pierwszym klockiem. „Kampania prowadzona przez Lobby w celu zmiany reżimu w Syrii i Iranie może doprowadzić do zaatakowania ich przez Stany Zjednoczone. Efekty byłyby katastrofalne” – kontynuują. „To wskutek działań Lobby Izraelskiego wzrosło zagrożenie terrorystyczne dla wszystkich krajów, w tym europejskich sojuszników Ameryki. To ono uniemożliwia zakończenie konfliktu izraelsko-palestyńskiego (…) i przyczynia się do rozwoju islamskiego radykalizmu w Europie i Azji” – piszą Walt i Mearsheimer.

I wreszcie, jakby przeczuwając nadchodzącą burzę, ostrzegają: „Uciszanie krytyków (polityki amerykańskiej wobec Izraela) poprzez organizowanie bojkotów i spisywanie czarnych list, albo sugerowanie, że krytycy są antysemitami – gwałci zasadę wolności słowa, na której opiera się demokracja”.

Niewygodne fakty

Z diagnozą Walta i Mearsheimera trudno w pełni się zgodzić. Redukują oni amerykańską politykę zagraniczną do służalczości wobec Izraela, a przyczyny wojny z Irakiem – do owoców manipulacji sprawnych lobbystów. Takie postawienie sprawy nadaje ich poglądom większą wyrazistość, ale oddala od prawdy.

Mitem jest ich teza, że Waszyngton zawsze jednoznacznie wspierał Izrael. Można ją obronić w odniesieniu do rządów George’a W. Busha, ale Bill Clinton miał poważny konflikt z rządem Beniamina Netanjahu, a administracja Busha seniora z rządem Szamira.

Autorzy opracowania kompletnie ignorują inne poza wpływami lobby izraelskiego przyczyny wybuchu wojny w Iraku. Nie trzeba ziać nienawiścią do Busha i amerykańskich korporacji naftowych, by zgodzić się, że jednym z powodów chęci odsunięcia od władzy Saddama była potrzeba kontrolowania przez Amerykę pól naftowych w Iraku. Nie trzeba również być zapalonym neokonserwatystą, by pamiętać, że argumenty Wolfowitza, Perle’a i Feitha były obecne w amerykańskiej polityce zagranicznej od czasów Ronalda Reagana, zaś podjęta przez prezydenta Clintona decyzja obrony muzułmanów w Bośni, a potem w Kosowie spotkała się z ich silnym wsparciem. Ta akcja nie miała nic wspólnego z Izraelem. Podobnie jak kampanie neokonserwatystów w celu powstrzymania ludobójstwa w Sudanie ani ich znacznie wcześniejszy antykomunizm.

Autorzy pomijają również niezbyt wygodne dla nich fakty, jak choćby ten, że w konflikcie bliskowschodnim cztery razy więcej Amerykanów popiera Izraelczyków niż Palestyńczyków. Uprawnione wydaje się zatem postawienie tezy, że decyzje polityczne podejmowane przez administrację i Kongres w sprawach Bliskiego Wschodu są nie tylko i nie przede wszystkim wynikiem nacisków lobby izraelskiego, ale odbiciem nastrojów większości amerykańskiej opinii publicznej.

Walt i Mearsheimer krytykują chrześcijańską prawicę za wspieranie Izraela, ale istnieją przecież całkowicie racjonalne powody takiego wsparcia. Izrael jest jedynym państwem w regionie, w którym chrześcijanie wszystkich wyznań mają pełne swobody religijne, w przeciwieństwie do takich krajów, jak Arabia Saudyjska czy Egipt. Nie ma nic dziwnego w fakcie, że chrześcijanie – nie tylko w Ameryce – widzą w Izraelu sojusznika. Można również mieć wątpliwości, czy rzeczywiście skuteczność działań lobby izraelskiego jest w Ameryce większa niż np. lobby kubańskiego, które w dużym stopniu kształtuje politykę amerykańską wobec wyspy, czy nawet lobby irlandzkiego. To ostatnie przez lata zapewniało w Ameryce nietykalność terrorystom z IRA i organizowało składki na działalność organizacji, stawiającej sobie za cel walkę zbrojną z Wielką Brytanią, głównym sojusznikiem USA w Europie. Autorzy nie wspominają również o sile lobby arabskiego, które działa zwłaszcza na uniwersytetach amerykańskich, wspierając ośrodki studiów bliskowschodnich. Saudyjczycy otwarcie mówią o swoich związkach z urzędnikami administracji, w tym o obietnicach zatrudnienia składanych urzędnikom Departamentu Stanu w zamian za propagowanie linii zgodnej z interesem Arabii Saudyjskiej. Znane są biznesowe koneksje rodziny Bushów z królewską rodziną Saudów.

To wszystko są racjonalne argumenty, które można przeciwstawić tezom Walta i Mearsheimera. Problem w tym, że autorzy artykułu zostali obrzuceni wyzwiskami, a ich naukową reputację podważono, jeszcze zanim ktokolwiek rozpoczął merytoryczną debatę. Dlaczego? Najwyraźniej dlatego, że w ogóle odważyli się podjąć temat wpływu proizraelskich lobbystów na politykę amerykańską. A przecież, nawet jeśli ich diagnoza jest dyskusyjna, to większość faktów, które podają, trudno zakwestionować.

Chór inwektyw

Lobby izraelskie jest rzeczywiście – obok lobby posiadaczy bronipalnej – najbardziej skuteczną grupą nacisku w Ameryce. Izrael rzeczywiście prowadzi na terytoriach okupowanych politykę, która bywa sprzeczna z deklarowanymi interesami Stanów Zjednoczonych. Istnieje też obszerna literatura potwierdzająca, że kształt obecnej polityki USA na Bliskim Wschodzie jest wynikiem bezpośrednich wpływów neokonserwatystów w administracji. Dziś, gdy skutki tej polityki budzą coraz większy niepokój – i to nie tylko w Ameryce – pytanie o odpowiedzialność konkretnych osób i grup nacisku jest nie tylko uprawnione, ale niezbędne. Jednak, jak napisał w artykule redakcyjnym brytyjski „Financial Times”, „odruchy, które automatycznie każą Amerykanom bronić wolności debaty i nieskrępowanego dociekania prawdy, giną – przynajmniej wśród większości amerykańskiej elity politycznej – gdy tematem rozmowy staje się Izrael, a przede wszystkim rola proizraelskiego lobby w kształtowaniu amerykańskiej polityki zagranicznej”.

Jakby na poparcie tej tezy Walt i Mearsheimer ujawnili, że ich artykuł został zamówiony dwa lata temu przez czołowy amerykański magazyn (według brytyjskiego „Observera” chodzi o „Atlantic Monthly”), jednak po przeczytaniu redakcja odmówiła publikacji i autorzy musieli szukać wydawcy w Wielkiej Brytanii. Redaktor naczelna „The London Review of Books” Mary-Kay Wilmers również musiała znosić pomówienia i zarzuty wrogości wobec Izraela, na które niespecjalnie wpłynął fakt, że Wilmers jest z pochodzenia Żydówką. „Szantaż moralny, obawa, że każda krytyka polityki Izraela i poparcia USA dla tej polityki prowadzi do zarzutów antysemityzmu odstręcza (Amerykanów) od publikowania kontrowersyjnych poglądów” – podsumowuje „Financial Times”.

Odmowa podjęcia debaty na ten temat źle służy nie tylko Ameryce. Część Izraelczyków twierdzi, że jest to również sprzeczne z interesem ich kraju, że środowiska żydowskie w Ameryce nie powinny być w sposób bezkrytyczny traktowane jako sojusznik. Tego zdania jest np. Daniel Levy, były doradca premiera Ehuda Baraka, który bronił Walta i Mearsheimera na łamach izraelskiego dziennika „Haaretz”. „Burda w Iraku, osadzenie Al-Kaidy na Bliskim Wschodzie, umocnienie roli Iranu i zwycięstwo Hamasu w wyborach (w Autonomii Palestyńskiej) to tylko niektóre skutki współpracy AIPAC i neokonserwatystów” – pisze Levy. Jego zdaniem Izrael powinien również zdystansować się od prawicy chrześcijańskiej, która „ostatecznie wierzy w nasze nawrócenie albo naszą rzeź”. Sprzeciwia się także „wprowadzaniu metod maccartyzmu na uczelniach” i działalności organizacji typu Campus Watch, która jest „głęboko sprzeczna z duchem żydowskim”.

Levy zwraca uwagę na znane nie tylko w Ameryce zjawisko polegające na tym, że obrońcy Izraela bywają – trawestując znane powiedzenie – „bardziej żydowscy od Żydów”. Podkreśla, że lobby izraelskie w USA rozgrywa wewnętrzne sprawy amerykańskie, i zgadza się z Waltem i Mearsheimerem, że działalność tej grupy jest w istocie dla jego kraju szkodliwa.

Jeśli takie są skutki działań przyjaciół Izraela w Ameryce, to po co mu wrogowie? Walt i Mearsheimer próbowali zadać to istotne pytanie, ale zostali zagłuszeni przez chór inwektyw.

DARIUSZ ROSIAK

Wieloryb w Tamizie – PUŁAPKI CYWILIZACJI

Źródło: Rzeczpospolita
15.04.2006

O irracjonalnym strachu, spiskowym myśleniu i politycznym konformizmie z brytyjskim socjologiem Frankiem Furedim rozmawia Dariusz Rosiak

Jedyną rzeczą, która zawsze łączyła ludzi było przekonanie, że człowiek jest istotą unikalną, niepowtarzalną. Dziś coraz więcej ludzi uważa, że w człowieku nie ma nic wyjątkowego.

Rz: Czy boi się pan ptasiej grypy?

Frank Furedi: Nie.

Dlaczego? Przecież wielu ludzi umiera na tę chorobę.

Około 100 w ciągu ostatnich 3 – 4 lat. Bez porównania więcej jest ofiar zatrucia kanapkami w Wielkiej Brytanii. Problem ptasiej grypy został rozdmuchany przez media i polityków jako największa zaraza XXI wieku bez żadnych dowodów epidemiologicznych. To jest zresztą część szerszego zjawiska: współczesny człowiek boi się natury, żyje w przekonaniu, że ją krzywdzi, i natura kiedyś się na nas odegra. Stąd taka popularność wegetarianizmu, żywności organicznej, życia „w zgodzie z naturą„, które czasem przybiera groteskowe formy, np. nasz następca tronu książę Karol rozmawia z roślinami. Wierzymy, że może naturę da się jakoś udobruchać. A z drugiej strony towarzyszy nam strach przed odkryciami biotechnologicznymi, żywnością genetycznie modyfikowaną czy – tak jak teraz – ptasią grypą. Zamiast cieszyć się z nowych możliwości, które otwiera przed nami rozum ludzki, wpadamy w panikę i to bez powodu. Teraz ciągle wracamy do porównań z hiszpanką z 1918 roku. Proszę zwrócić uwagę: w latach 80. czy 50. XX wieku nikt nie wracał pamięcią do hiszpanki. Im bardziej się oddalamy od jakiejś historycznej tragedii, tym bardziej nieunikniona wydaje się nam powtórka z historii.

Pan sugeruje, że człowiek współczesny gubi umiejętność racjonalnego myślenia.

Myślę, że człowiek Zachodu – dotyczy to także Europy Wschodniej – przestał wierzyć w siłę własnego rozumu. W języku angielskim występuje pojęcie ecological footprint (ślad ekologiczny). Służy ono, mówiąc skrótowo, do określenia stopnia, w jakim człowiek zanieczyszcza Ziemię przez sam fakt przebywania na niej i wykorzystywania technologii. Istnieją pomiary śladu ekologicznego, z których wynika, że przeciętny współczesny człowiek na Zachodzie potrzebuje do życia 6,3 hektara ziemi. Gdyby zatem wszyscy żyli tak, jak my na Zachodzie, potrzebowalibyśmy prawie trzech i pół planet wielkości Ziemi. Inaczej mówiąc, nowe technologie, wynalazki, osiągnięcia nauki prowadzą nas do nieszczęścia, pogarszają nasze życie zamiast je poprawiać.

Mówi pan o panice ekologicznej, ale różne inne dziedziny życia też budzą w ludziach lęk…

W książce „Culture of Fear” (Cywilizacja strachu) napisałem, że mechanizm strachu człowieka przed zagrożeniami globalnymi jest podobny do obaw, jakie odczuwamy w prywatnych związkach międzyludzkich, gdy np. boimy się utraty pracy, odejścia ukochanej osoby, czy martwimy się, by naszemu dziecku nie stała się krzywda. Zresztą strach przed miłością jest bardzo charakterystyczny dla naszych czasów. Dla coraz większej liczby ludzi uczucie nie wiąże się z odkrywaniem nowego człowieka, nowych emocji, przeżyć duchowych, ale przede wszystkim z ryzykiem. Miłość automatycznie wywołuje obawę przed krzywdą, która może nas spotkać. Wstępujemy w związek miłosny czy przyjacielski z założeniem, że najprawdopodobniej spotka nas rozczarowanie. Lepiej skalkulować, czy znajomość z drugim człowiekiem nam się opłaci, lepiej nie okazywać przywiązania, a już – Boże broń – pasji w uczuciach. W amerykańskiej socjologii nazywa się to cultural cooling (schłodzenie kulturowe). Mamy takie czerwone światełko w głowie, które zapala się nam co chwila i nakazuje: „najpierw pomyśl o swoim bezpieczeństwie”.

Ale przecież rodzice zawsze chronili swoje dzieci przed ryzykiem, a „miłość zawsze rani” – milion piosenek o tym napisano.

Wie pan, jak byłem mały, moi rodzice mówili o dobrym ryzyku. Oczywiście, nikt nie chciał, żebym sobie zrobił krzywdę, ale wystawiano mnie na różnego rodzaju drobne próby, np. samodzielnego pójścia do szkoły czy po zakupy. Rodzice właściwie nie ingerowali w moje zabawy, zresztą większość moich rówieśników wychowywała się w podobny sposób. Dziś idea dobrego ryzyka wydaje się dla większości ludzi czymś nieodpowiedzialnym. Ryzyko jest z definicji niebezpieczne i złe.

Jak takie podejście do życia wpływa na podejmowanie konkretnych działań przez ludzi?

Strach oczywiście bywa wartościowym uczuciem. Gdy biegnie w twoją stronę lew, lepiej się bój i uciekaj. Strach, o którym mówię, nie ma jednak związku z rzeczywistym doświadczeniem ludzkim. Ptasia grypa nie jest żadnym realnym zagrożeniem dla Anglików czy Polaków. To jest coś, o czym słyszymy w doniesieniach z Chin i Wietnamu i nic nie jesteśmy w stanie z tym zrobić. Taki nieracjonalny strach zaczyna organizować większość przejawów naszego życia, weźmy choćby sprawę posiadania dzieci. Wielu ekologów uważa, że kontrola urodzeń jest najlepszym sposobem ochrony natury. Jeśli przyjąć tę perspektywę, aktywność człowieka urasta do rangi największego zagrożenia planety, a rezygnacja z posiadania dzieci wydaje się najbardziej odpowiedzialnym stylem życia.

Oczywiście jest wiele ważnych powodów, dla których można nie mieć dzieci. Gdy ktoś świadomie wybiera karierę zawodową zamiast rodziny, to jego sprawa. Gdy jednak nieposiadanie dzieci staje się jakimś wyborem ideowym („nie mam dzieci, bo tak dużo ludzi już jest na Ziemi, po co ją jeszcze bardziej zanieczyszczać…”), moim zdaniem to wynik promieniowania strachu, w jakim żyjemy.

Zresztą, w tym zalewie wykładów i pouczeń na temat rodzicielstwa posiadanie dzieci wydaje się zadaniem ponad ludzkie siły, do którego ojciec i matka muszą się latami przygotowywać. Powinni być gotowi nie tylko w sensie materialnym, ale również duchowym, intelektualnym, praktycznym. To niekiedy staje się groteskowe: dziecko nie jest wynikiem miłości i decyzji rodziców, ale końcem jakiegoś skomplikowanego procesu społecznego. Po prostu tracimy kontakt z normalnym ludzkim doświadczeniem.

Mówimy tutaj o strachu tak, jakby był zjawiskiem niezależnym od człowieka, narzuconym mu z zewnątrz. A przecież strach rodzi się na skutek konkretnych okoliczności. Kto lub co powoduje, że się ciągle boimy?

Wszyscy wykorzystujemy strach, np. lewica straszy ociepleniem klimatu albo przenoszeniem miejsc pracy na tańsze rynki, a prawica imigrantami albo terrorem. Również organizacje pozarządowe straszą czym się da, bo od reakcji na faktyczne albo wymyślone zagrożenia zależy ich budżet. Dlatego cała współczesna debata publiczna jest prowadzona językiem strachu. Mało tego, często społeczeństwo przyjmuje ze zrozumieniem kłamstwa albo przesadę, ponieważ rzekomo usprawiedliwia je dobro sprawy. Niedawno widziałem ostrzeżenie przed paleniem papierosów, które mówiło, że palaczom grozi zanik erekcji. To oczywiście kompletny nonsens, ale skoro dobrze jest rzucić palenie, może warto dodatkowo postraszyć mężczyzn, odwołując się do ich najczulszej strony. Przed kilku laty pokazano w brytyjskich mediach niezwykle otyłe trzyletnie dziecko, które ostatecznie zmarło. Miał to być przykład zagrożeń związanych z epidemią otyłości. Tylko że to dziecko nie było chore z powodu – jak sugerowano – obżarstwa i braku opieki rodziców, ale miało wadę genetyczną. Gdy potem niektórzy wytykali kłamstwo, działacze organizacji walczących z otyłością mówili: „Co tam jedno kłamstewko w obliczu takiej plagi społecznej, jaką jest otyłość”. Jeszcze jedna śmieszna rzecz: mój kolega użył tego przykładu w artykule prasowym i od razu został oskarżony, że reprezentuje lobby producentów żywności.

To nas prowadzi do kolejnej kwestii: w kulturze strachu każdy, kto wypowiada się publicznie, służy jakimś nieznanym siłom. Każdy może być częścią spisku, układu, którego co prawda nie da się ujawnić, ale to nie znaczy, że nie jest on groźny, wręcz przeciwnie.

W klimacie strachu bardzo trudno zaakceptować, że niektóre rzeczy są skutkiem celowych działań, a inne wydarzają się przypadkiem. Zawsze musi ktoś czaić się za kotarą. W wielu przypadkach teorie spiskowe stają się najbardziej poręcznym sposobem wyjaśniania rzeczywistości, zresztą wystarczy śledzić współczesne filmy, literaturę, media.

To chyba jest również atrakcyjne narzędzie dla polityków.

Niekoniecznie. Nawet jeśli dziś wymyślasz jakąś teorię spiskową, wkrótce możesz stać się bohaterem następnej. Polityka rozumiana jako ciągłe rzucanie podejrzeń zwraca się przeciwko tym, którzy rozsiewają plotki. Ale oczywiście bywa to atrakcyjne na krótką metę, bo odwraca uwagę od kwestii rzeczywiście istotnych. Jeśli ciągle koncentrujemy się na pytaniu, kto za tym stoi, przestajemy pytać za czym. Jeśli obniżenie albo podwyższenie podatków służy jakimś wrogim siłom i my musimy te siły obnażyć, przestajemy się zastanawiać, czy obniżać te podatki, czy je podwyższać. W pewnym sensie uleganie spiskowym teoriom oznacza poddanie się społeczeństwa, utratę nadziei, że rzeczywiście możemy zmieniać świat, i przyjęcie przekonania, że nic się nie da zrobić, bo manipulują nami jakieś nieznane, nie do zwyciężenia siły.

Dlaczego ludzie przejmują taki sposób myślenia, dlaczego tak łatwo ulegamy manipulacjom?

Uważam, że cierpimy na coś, co w książce „Politics of Fear” nazywam kryzysem przyczynowości (crisis of causality). Dla wielu z nas związek między przyczynami a skutkami zdarzeń zaciera się. Nie rozumiemy, dlaczego pewne rzeczy mają miejsce, a naszym naturalnym stanem jest niepewność i bezradność. Ludzie zachowują się tak, jak nasi przodkowie tysiące lat temu: przypisują moc rzeczom albo zjawiskom. Kiedyś to był kot albo ogień, albo magiczny kamień. Potem byli żydzi i masoni, dziś jest to lobby farmaceutyczne albo producenci genetycznie modyfikowanej żywności. Ulegając teoriom spiskowym, robimy dokładnie to samo, co tysiące lat temu: wyjaśniamy świat działaniem sił sprawczych, których nie rozumiemy.

Oddajemy się na pastwę losu?

Wszelkich jego przejawów. Poważna liczebnie grupa Amerykanów wierzy, że UFO porywa ludzi na inne planety. To przykład ekstremalny, ale w Wielkiej Brytanii ludzie masowo wierzą, że w powietrzu latają jakieś pyłki, które zatruwają nam organizmy i powoli zabijają. I gdy ukazują się statystyki, które mówią, że np. Tamiza w Londynie nigdy nie była tak czysta jak obecnie – przez wiele wieków to był po prostu ściek, do którego trafiały wszystkie miejskie odchody – pojawia się przypuszczenie, graniczące z pewnością, że ktoś chce ukryć przed nami prawdę.

Jak w takim klimacie strachu przebiega debata publiczna?

Strach zabija potrzebę otwartości. W Wielkiej Brytanii działa wiele firm, które programowo unikają mówienia o tym, co właściwie robią. Największe brytyjskie przedsiębiorstwo wydobywające i przerabiające ropę British Petroleum kupuje w gazetach strony reklamowe, na których publikuje zdjęcia pięknych krajobrazów, wschodzącego słońca i tytułuje to Beyond Petroleum (Poza Petroleum). W zasadzie BP robi rzecz bardzo potrzebną ludziom, mianowicie produkuje benzynę do samochodów. Zamiast stwierdzić jednak: „wytwarzamy benzynę i jesteśmy w tym bardzo dobrzy”, BP udaje organizację ekologiczną, bo wie, że mówienie otwartym tekstem się nie opłaci. Takie programowe udawanie obejmuje coraz więcej dziedzin biznesu i życia ludzkiego. Dochodzi do groteskowych sytuacji, gdy firma farmaceutyczna musi się bronić przed „zarzutem”, że produkuje lekarstwa, i w reklamach pokazuje szczęśliwe niemowlęta, a firma produkująca mięso zamiast chwalić jego jakość, tłumaczy, że wspomaga lokalną społeczność, wystawiając na swój koszt śmietniki w parkach.

W swoich książkach wskazuje pan, że współczesny człowiek stracił uznanie dla tradycyjnych autorytetów: Boga, religii, doświadczenia ludzi dojrzałych. To nie znaczy jednak, że wszelkie autorytety upadają. W miejsce starych pojawiają się lifestyle gurus, jak ich pan nazywa, czyli nauczyciele stylu życia: instruktorzy fitnessu, kucharze, doradcy od kariery, piosenkarze. Dlaczego tacy ludzie stają się punktem odniesienia w naszym życiu?

Myślę, że to są autorytety, które odwołują się do naszej bezradności. Skoro jest coraz więcej rzeczy, czasem najprostszych, z którymi nie potrafimy sobie radzić, karierę robią ludzie, którzy to umieją, a przynajmniej sprawiają takie wrażenie. Tacy, którzy powiedzą nam, jak być dobrą matką, sprawnym kochankiem, jak uwierzyć w siebie. Autorytety nie są jakimś wyznacznikiem wartości czy drogowskazem życiowym, nie zmuszają nas do podejmowania wyzwań, testowania własnych granic. Mają być narzędziem w szybkim i skutecznym rozwiązaniu problemów życiowych.

Ale dobry doradca psychologiczny czasem naprawdę potrafi pomóc człowiekowi w konkretnej sprawie.

No, nie wiem. Oczywiście, jeśli jest pan samotny i ktoś poświęca panu czas i uwagę, to dobrze. Ci ludzie dostają jednak za taką działalność pieniądze, to jest ich zawód. A pan staje się coraz bardziej uzależniony od ich pomocy. Znam ludzi, którzy skaczą z jednej formy terapii na drugą, można tak przeżyć całe życie, tylko po co? Przecież istnieje instytucja rodziny, przyjaciela, sąsiada. To jest środowisko, w którym powinniśmy szukać wsparcia, gdy mamy jakiś problem, a nie chodzić z nim do faceta, który skończył kurs i uważa się za eksperta od ludzkiej duszy.

Co w tym złego, że człowiek rozszerza swoją sferę uczuciową? Owszem, stajemy się może trochę bardziej sentymentalni, ale także łatwiej współczujemy innym, przejmujemy się losem biednych, godny pochwały jest chyba również rozwój świadomości ekologicznej. Poza tym łatwiej organizujemy się w grupy, a ludzie aktywizują się na polach, które tradycyjnie nie należały do sfery polityki.

To prawda, w Stanach Zjednoczonych tzw. lifestyle politics (polityka stylu życia) jest bardzo popularna. Jej istotą jest tolerancja – piękna ludzka cecha, która jednak nie może być treścią polityki. Treścią polityki są przekonania, idee, w których realizację się wierzy. Tymczasem w polityce lifestyle’u gubimy wymiar odrębności, stajemy się jednakowo otwarci na wszystkie treści. Dochodzi do tego, że ratowanie życia kota staje się równie ważne, jak ratowanie człowieka. Kilka miesięcy temu jakiś wieloryb wpłynął do Tamizy, media na całym świecie o tym pisały. I nagle naczelną misją społeczeństwa brytyjskiego stało się ratowanie tego wieloryba. Trwa wojna w Iraku, codziennie giną ludzie, premier traci wsparcie narodu i własnej partii, a my poświęcamy energię na ratowanie wieloryba.

To zatracenie się w tolerancji dla wszelkich przejawów życia nie jest dobre, bo powoduje, że tracimy poczucie unikalności rodzaju ludzkiego. Jedną z nielicznych, być może jedyną rzeczą, która zawsze łączyła ludzi – katolików, żydów, komunistów, faszystów – było przekonanie, że człowiek jest istotą unikalną, niepowtarzalną. Obecnie coraz więcej ludzi uważa, że w człowieku nie ma nic wyjątkowego.

Przecież jedno nie przeszkadza drugiemu. Można ratować wieloryby, a jednocześnie debatować nad wojną w Iraku czy stanem kolei. Pan sugeruje, że takie organizacje, jak Greenpeace czy Friends of the Earth, to grupy dziwaków…

Powiem więcej. Działalność takich organizacji jak Greenpeace – to polityczny konformizm naszych czasów. Obrona flory i niedźwiedzi polarnych nic nie kosztuje, natomiast gwarantuje sympatię milionów ludzi na całym świecie. Odejście od debatowania na naprawdę ważne tematy – takie jak bezrobocie, podatki, wojna – i zajmowanie się modnymi tematami z dziedziny stylu życia jest przejawem infantylizacji naszej polityki. Liczy się dobre samopoczucie aktywistów, jak na rockowym koncercie charytatywnym: lider zespołu zachęca ludzi do śpiewania, oni trzymają się za ręce i tworzy się między nimi tymczasowa więź. Zresztą, moim zdaniem pogrzeb księżnej Diany albo papieża Jana Pawła II, były wydarzeniami tego samego rodzaju. Jesteś pod sceną, przeżywasz, płaczesz z tłumem, a potem idziesz do domu i koniec sprawy. Może jeszcze trochę popłaczesz, poużalasz się nad sobą i tyle. To nie są wydarzenia polityczne w takim sensie, jak na przykład manifestacje w Polsce stanu wojennego czy czasów „Solidarności”.

Czego pan oczekuje? Że wrócimy do czasów, kiedy tysiące ludzi wychodziły na ulice i broniły prawa do pracy czy wolności? Że wrócą czasy, gdy uczestnictwo w manifestacji wiązało się z realizacją jakiejś wizji politycznej? Zresztą, chyba idealizuje pan trochę przeszłość. Dla wielu ludzi wiece „Solidarności” również były rodzajem terapii grupowej.

Pewnie ma pan rację. Byłoby naiwne z mojej strony oczekiwać, że historia się powtórzy po to, bym mógł przeżyć jeszcze raz swoją młodość. Nie jest jednak naiwnością oczekiwanie, że polityka odzyska wigor, treść, przestanie być karykaturą samej siebie. Polityka, aby rzeczywiście miała autentyczny wymiar ludzki, potrzebuje celu, wizji. Politycy muszą chcieć coś zmienić, coś osiągnąć. Tymczasem dziś ich działania ograniczają się do technokratycznych rytuałów, a na dodatek co sprytniejsi udają, że nie są politykami. Brytyjski premier pokazuje się w mediach jako piłkarz, amerykańska sekretarz stanu filmuje się na siłowni, lider torysów opublikował niedawno manifest partyjny i zadbał, by telewizja pokazała, jak pracuje nad tekstem z kolegami w kuchni, w otoczeniu dzieci. Chodziło o to, by wysłać ludziom sygnał: „Popatrzcie, ja naprawdę nie jestem politykiem, jestem taki fajny facet, jak wy”. To tendencja, o której wcześniej mówiłem: BP udaje, że nie wydobywa ropy, firmy farmaceutyczne udają, że nie produkują leków, a politycy udają, że nie są politykami.

Rysuje pan dramatyczny obraz współczesności, w której nie ma miejsca na autentyzm i realizację istotnych celów politycznych. Jak zmienić ten stan rzeczy?

Każdy może to robić na swój sposób. Ja czasem myślę o sobie jak o dziecku, które krzyczy „Król jest nagi!”. Jeśli ktoś ma ochotę, powinien robić to samo. I ludzie robią dobre rzeczy. Kilka tygodni temu w Oksfordzie odbyła się demonstracja poparcia dla testów na zwierzętach. Nawet nie zdaje pan sobie sprawy, jakim aktem społecznego nonkonformizmu jest w Wielkiej Brytanii publiczne okazywanie poparcia dla takich spraw. Główny nurt mediów przedstawia laboratoria testujące leki na zwierzętach tak, jakby to były hitlerowskie obozy koncentracyjne. Mnie się podoba, że w Oksfordzie znalazła się grupa nastolatków, która powiedziała: „dość tych bzdur!”.

Podobnie bardzo mnie ucieszyła reakcja Francuzów i Holendrów na konstytucję europejską. To jest oczywiście znacznie bardziej skomplikowana sprawa, różne były powody odrzucenia konstytucji w tych krajach, ale generalnie przekaz wysłany przez społeczeństwo brzmiał: „mamy dosyć pouczania przez polityków i życia w świecie, w którym rzekomo nie ma alternatyw”. Okazuje się, że są – konstytucja została odrzucona i Europa się nie zawaliła.

Myślę, że naszym generalnym problemem jest utrata wspólnoty wartości. Wspólnota oparta na wierze chrześcijańskiej upadła już dawno, jednak przez cały czas trwał system wartości humanistycznych, które łączyły ludzi na Zachodzie. W niektórych krajach oparte były na jakiejś formie republikanizmu, w innych – demokratycznego socjalizmu. Nieważne, co nas łączyło, ważne, że było coś, co porządkowało życie ludzi. Dziś moim zdaniem jest bardzo niewiele rzeczy, które wszyscy uznajemy za złe, i bardzo niewiele, które powszechnie uznajemy za dobre. I czasem są to dziwne rzeczy. Na przykład w Wielkiej Brytanii jedną z niewielu spraw, być może jedyną, która potrafi błyskawicznie zmobilizować społeczeństwo do wspólnej aktywności, jest walka z pedofilią. Pedofilia jest zła – wszyscy Brytyjczycy się pod tym podpiszą. Ale nie wiem, co dla wszystkich Brytyjczyków jest dobre – poza oczywiście ratowaniem wieloryba, który został wrzucony przez morze do Tamizy.

Dariusz Rosiak

Frank Furedi

Jest profesorem socjologii na University of Kent. Autor książek „Politics of Fear” (Polityka strachu), „Where Have all the Intellectuals Gone” (Gdzie się podziali intelektualiści), „Therapy Culture” (Cywilizacja terapii), „Paranoid Parenting” (Rodzicielstwo paranoiczne) i „Culture of Fear” (Cywilizacja strachu). Autor i patron intelektualny serwisu internetowego spiked online. W wieku 8 lat wyemigrował z Węgier wraz z rodziną prześladowaną za uczestnictwo w powstaniu 1956 r. Współzałożyciel (w roku 1978) Rewolucyjnej Partii Komunistycznej, która rozpoczęła działalność jako organizacja trockistowska, a następnie przekształciła się w ugrupowanie libertariańskie. Partia została rozwiązana w 1998 r.

Kto dla kogo pracuje – czyżby opis Radio Maryja

Źródło: Rzeczpospolita
08.04.2006
Może już umarłem, tylko mi nikt o tym nie powiedział?

Piszę to, co poniżej, z nawyku – nie mając odpowiedzi, czy jeszcze mnie tu potrzebują. Nie było dla mnie, stałego felietonisty, miejsca akurat w numerze z obroną maccartyzmu, numerze poświęconym papieżowi, który mnie znał od roku 1956 i od którego jeszcze w roku 1997 dostałem w liście z odręcznym podpisem króciutką recenzję z mojej „Wiosny Europy”; całe lata 80. jeździłem po Polsce, od Przemyśla po Gorzów i Szczecin, mówiłem, co niesie nauczanie społeczne Kościoła, znowu teraz prawie zapomniane. Może już umarłem, tylko mi nikt o tym nie powiedział? Ale ostatni felieton zawodowiec napisać powinien jeszcze z trumny…

W roku 1997, dokładnie 9 lat temu, pisałem dla „Pressu” Andrzeja Skworza „Kto pracuje dla Primakowa” – rzekomą przejętą instrukcję Primakowa z czasów, gdy kierował wywiadem, dla jego ludzi w Polsce:

„Traktujemy z najwyższą powagą niebezpieczeństwo, że Polska może zostać członkiem NATO i tym samym raz na zawsze wyjść poza sferę naszej kontroli. Jej przyjęcie do NATO być może w ogóle uniemożliwi nam odzyskanie kraju, mającego dla Rosji szczególne znaczenie. Dlatego deklarację Borysa Jelcyna, że zrobimy wszystko, co możliwe, by zapobiec rozszerzeniu NATO, należy rozumieć, towarzysze, jako zobowiązanie do podjęcia wszelkich działań dla realizacji tego celu.

Bezpośrednie nasze protesty i groźby mogą nie odnieść większego skutku. Jedyne skuteczne przeciwdziałanie wejściu Polski do NATO podjąć można tylko na terenie jej samej i siłami jej obywateli, tak by przekonać ogół polskiego społeczeństwa o szkodliwości połączenia z Europą Zachodnią.

Nie mogą takiego przeciwdziałania podjąć ludzie, których łatwo rozszyfrować jako naszych „agentów wpływu”, jako ludzi od nas zależnych lub takich, których moglibyśmy szantażować. Należy wyszukać, pobudzić i wesprzeć ludzi, którzy będą wiarygodnie powoływali się na swe patriotyczne uczucia i na swą wierność Kościołowi katolickiemu.

Byłoby wskazane, żeby to byli ludzie identyfikowani z Kościołem, ale na tyle organizacyjnie od Kościoła niezależni, by jego zwierzchnicy nie mogli bezpośrednio skarcić ich, przywołać do porządku ani zablokować ich aktywności. Powinni być to ludzie wygórowanej ambicji własnej, próżni, podatni na pokusę rozgłosu, a sfrustrowani nie dość wysoką pozycją społeczną i tym samym naładowani naturalną agresją. Należy dla ich wsparcia posłużyć się w pewnym ograniczonym stopniu naszymi ludźmi z kręgu dawnego Paksu, pilnując jednak, żeby nie wysuwali się za bardzo na czoło i nie zostali w swych rolach rozpoznani.

Byłoby ideałem, żeby ta działalność przekształciła się w ruch religijny o charakterze sekty, z własnym duchowym przywódcą, niezależny od biskupów, a przenikający aż do poziomu parafii i zdolny budować własne, odrębne w stosunku do hierarchii Kościoła struktury. Kiedy ruch taki uzyska dostęp do masowych środków przekazu, a więc własną rozgłośnię radiową, stację telewizyjną lub gazetę, strategicznym celem powinno być zdobycie w możliwie najkrótszym czasie takich wpływów, by zwierzchnicy Kościoła musieli się z tym ruchem liczyć, przekonani, że reprezentuje on głos ludu.

Ruch ten winien posługiwać się językiem religijnym, deklarować każdym słowem nie tylko wierność, ale i najwyższe zaangażowanie w służbę ukochanej przez Polaków Matce Bożej, nieść swoim potencjalnym zwolennikom ciepło chrześcijańskie i pomoc duchową. Należy więc kierować się przede wszystkim do ludzi dotkniętych poczuciem krzywdy, niezaradnych, zagubionych, samotnych, podtrzymywać w nich te uczucia i przedstawiać się jako jedyni przyjaciele, zdolni do współczucia i zrozumienia.

Dopiero wtedy należy wpajać im poglądy, odpowiadające naszym interesom – nie trzeba się obawiać porównywania Brukseli do Moskwy, trzeba wytworzyć poczucie równości między tymi „źródłami dyktatu”. Dla skompromitowania Polski wobec Zachodu trzeba, ile razy się da, operować hasłami i wyzwiskami antysemickimi. Należy pozyskać jak najwięcej zwolenników, przyjmujących do wierzenia podawane im argumenty i wyznających je bez dyskusji. Mają oni modlić się przede wszystkim za swego przywódcę duchowego i ślepo go słuchać, wierząc każdemu słowu. Nawet zdemaskowany, ten ruch na tyle rozbije Kościół polski i posieje tyle zamieszania, by warto było podjąć wysiłki”.

Stefan Bratkowski