Terrorysta walczy tylko z Rosją – (organizacje terrorystyczne)

Źródło: Rzeczpospolita: Terrorysta walczy tylko z Rosją
29.07.2006

W Moskwie ogłoszono listę 17 organizacji uznawanych za terrorystyczne. Dominują na niej islamiści działający w samej Rosji, nie ma zaś Hamasu i Hezbollahu

Jak mówił w wywiadzie dla „Rossijskiej Gaziety” generał Jurij Sapunow, naczelnik zarządu ds. walki z międzynarodowym terroryzmem Federalnej Służby Bezpieczeństwa, na liście znalazły się organizacje uznane za terrorystyczne przez Sąd Najwyższy na wniosek Prokuratury Generalnej.

Przyjęto trzy kryteria: działalność terrorystyczna wymierzona w Rosję, związek z nielegalnymi strukturami ekstremistycznymi funkcjonującymi na północnym Kaukazie oraz przynależność do struktur uznanych za terrorystyczne przez społeczność międzynarodową lub posiadanie z nimi związków.

Wśród 17 grup, które znalazły się na liście, są organizacje funkcjonujące poza Rosją, jak Al-Kaida i talibowie. Są też struktury funkcjonujące niemal wyłącznie w Federacji Rosyjskiej, jak Kongres Narodów Iczkerii i Dagestanu oraz Islamska Partia Turkiestanu. Jak podkreślił gen. Sapunow, Hamas i Hezbollah co prawda wypełniają trzecie kryterium, ale dwóch pierwszych – nie.

– Emisariusze czeczeńskich bojowników proponowali im swą pomoc zbrojną w walce przeciw Izraelowi zimą, gdy w Czeczenii walczyć jest trudno, a w zamian Hamas i Hezbollah posyłałyby swoich bojowników do Czeczenii latem. Ale ani Hezbollah, ani Hamas na to się nie zdecydowały – dodał.

Opinie na temat „Listy 17” są w Rosji zróżnicowane. Krytycznie wypowiada się Oleg Panfiłow, szef Centrum Ekstremalnego Dziennikarstwa (Moskwa) i ekspert w dziedzinie konfliktów na Kaukazie i w Azji Środkowej.

– Hamas i Hezbollah, uznawane za organizacje terrorystyczne przez USA, nie trafiły na listę rosyjskiego FSB dlatego, że Stany Zjednoczone są demokracją, Rosja zaś jest „demokracją sterowaną”. „Sterowana demokracja” ma to do siebie, że przyjaciół dobiera sobie według uznania władców, a nie na podstawie przesłanek obiektywnych – uważa.

I podkreśla, że „Rosja, podobnie jak kiedyś Związek Radziecki, zaczyna wspierać terrorystów, których działalność jest wymierzona przeciwko Zachodowi”.

Nieco inaczej widzi to rosyjski politolog Andriej Piontkowski. – Można oczywiście przyjąć do wiadomości tłumaczenia samego FSB, choć brzmią naiwnie i nieudolnie, za to bardzo konkretnie. Wynikałoby z nich, że terrorystą nie jest ktoś, kto zabija tylko Amerykanów oraz Izraelczyków i nie walczy z Rosjanami – uważa.

Według niego tak naiwne myślenie może śmieszyć, ale stoi za nim polityka Moskwy. – Zakłada ona, że w konflikcie cywilizacji Zachodu i ekstremistycznego islamu Rosja powinna zachować bezstronność. Przypomina ona jednak tę sprzed drugiej wojny światowej, kiedy w rozpoczynającym się konflikcie państw europejskich z Hitlerem Kreml też deklarował bezstronność, a tak naprawdę wspierał nazistowskie Niemcy – podkreśla Piontkowski.

Na świecie funkcjonują różne listy organizacji terrorystycznych. Unia Europejska wskazała 47 takich ugrupowań, w tym islamistyczne organizacje arabskie (także palestyńskie), jak również włoskie, irlandzkie, baskijskie, a nawet grecką, filipińską, peruwiańską, kurdyjską, izraelską i kolumbijską.

USA na swojej liście umieściły ich 42, w tym np. tamilską. Wielka Brytania ma szerszą listę, liczącą ponad 50 organizacji, w tym aż 14 z Irlandii Północnej. Na żadnej z zachodnich list nie ma jednak organizacji działających w Rosji.

ANDRZEJ PISALNIK, PIOTR KOŚCIŃSKI
Reklamy

Wojna w Libanie

Źródło: Rzeczpospolita: Za wcześnie na trwały rozejm
25.07.2006
Wojna w Libanie

Izraelska armia stara się nie dopuścić do tego, by bojownicy Hezbollahu powrócili na swoje pozycje w południowym Libanie. Ortodoksyjni żydzi przypatrująsię ostrzałowi terenów, z których jeszcze niedawno wystrzeliwano rakiety na izraelskie miasta
(c) REUTERS/GIL COHEN MAGEN

Dżihad w sieci

Źródło: Rzeczpospolita: Dżihad w sieci
22.07.2006

INTERNET I TERROR
Od kilku lat toczy się w sieci elektronicznawojna na śmierć i życie między Al-Kaidą a antyterrorystami. W ręce policji trafił właśnie człowiek, który ją wywołał

11 maja 2004 roku na internetowym forum Muntada al-Ansar al-Islami opublikowano pięciominutowy plik wideo. Na nagraniu jordański terrorysta Abu Musab al-Zarkawi ucinał głowę Amerykaninowi Nicolasowi Bergowi.

Film został wysłany z komputera w Iraku i w ciągu 24 godzin ściągnięty przez internautów blisko pół miliona razy. Jednym cięciem Al-Zarkawi zapoczątkował najbardziej spektakularną kampanię PR w historii globalnego terroryzmu.

To nie było błahe osiągnięcie. Terrorysta nie może po prostu wejść do kawiarenki internetowej w Bagdadzie czy Faludży i wysłać nagrania na dowolny serwer. Miejsce, z którego dokonuje przestępstwa, musi pozostać nierozpoznawalne. Na tym jednak nie kończą się jego problemy. Strona, na której znajdzie się kontrowersyjny plik, może zostać zamknięta przez rząd, zniszczona przez hakerów lub zlikwidowana przez właścicieli serwera, na którym ją umieszczono. Sam serwer może ulec awarii wskutek dużej ilości odwiedzin. Sukces Al-Zarkawiego polegał więc nie tylko na tym, że przewidział on wzrost znaczenia Internetu jako nowej broni w arsenale terrorystów. Nie mniej ważne okazało się, że terrorysta potrafił to medium wykorzystać. Z pomocą niejakiego „Irhabi 007”.

Szukam nagrań z amerykańskich baz

Irhabi (zakładamy, że chodzi o mężczyznę, bo słowo to oznacza po arabsku terrorystę) zadebiutował w 2003 roku na dwóch serwisach internetowych prowadzonych przez zwolenników dżihadu. Strony te gromadziły informacje przydatne islamskim bojownikom, takie jak opracowane przez Al-Kaidę kompendium, zawierające m.in. sposoby wykorzystania środków chemicznych stosowanych w rolnictwie jako broń masowej zagłady.

– Nie wiem, ile Irhabi ma lat, czy jest mężczyzną czy kobietą. Sprawia wrażenie nastolatka – powiedział mi wówczas pewien analityk. – Rzadko używa języka arabskiego, co sugeruje, że nie zna go najlepiej i korzysta z elektronicznego tłumacza. Początkowo facet wydawał się być jednym z nastolatków, którzy aby się popisać, wychwalają w sieci globalny terroryzm.

Obie strony zamknięto w 2004 roku i Irhabi przeniósł się na serwis Al-Ansar, w miejsce, gdzie opublikowano później nagranie z egzekucji Berga. Jego aktywność ograniczała się jednak do podawania odnośników do artykułów prasowych poświęconych terroryzmowi i okresowego tłumaczenia angielskich nagłówków na arabski. Tekst, w którym Al-Kaida przyznawała się do zamachów w Madrycie, Irhabi opatrzył uśmieszkiem. Zestrzelenie amerykańskiego helikoptera w Bagdadzie skomentował hasłem: „Bóg jest wielki”. Liczba informacji, jakie zamieszczał na stronie, zapewniła mu miano „wyróżniającego się członka forum”.

Kiedy Irhabi po raz pierwszy pojawił się na stronie, popełniał błędy charakterystyczne dla początkujących. Jeden z doświadczonych użytkowników forum wytknął mu, że wędruje po Internecie, korzystając z prywatnego IP. Każdy komputer ma swój numer rozpoznawczy, który służy jako adres danym wędrującym po sieci. IP zdradza lokalizację komputera i tym samym jego właściciela, niemal dokładnie tak samo jak adres nadawcy na kopercie. Irhabi szybko naprawił ów błąd. Kilka miesięcy później umieścił w sieci wskazówki, jak uniknąć wykrycia. Rozpowszechniał oprogramowanie maskujące adres IP, a także podkreślał konieczność korzystania z serwerów proxy, które działają jako pośrednik pomiędzy użytkownikiem a adresem docelowym i tym samym pozwalają zatrzeć tożsamość nadawcy.

Od samego początku Irhabi starał się być pożyteczny. Na stronie Al-Ansar publikował szczegółowe mapy Izraela, podręczniki dla snajperów, instrukcje CIA dotyczące przygotowywania materiałów wybuchowych, wreszcie wszelkie materiały wywiadowcze, jakie udało mu się znaleźć w sieci. Nie miał też najmniejszych problemów ze zdobyciem dokumentów dotyczących działań amerykańskich wojsk w Iraku. Stacjonujący tam żołnierze opisywali swoją służbę w internetowych pamiętnikach. Publikowali też w sieci zdjęcia i filmy z obozów, podobną drogą przekazywali wiadomości swoim bliskim. Irhabi szperał na ich stronach w poszukiwaniu danych cennych z punktu widzenia strategicznego. Szybko zorientował się, że amatorskie nagrania wideo zawierają wiele informacji przydatnych zamachowcom, chociażby rozmieszczenie wart czy lokalizację magazynów. „Szukam nagrań z amerykańskich baz” – pisał w marcu 2004 roku. Wkrótce później amerykańska służba wojskowa zaczęła cenzurować nagrania publikowane w sieci przez żołnierzy. Irhabi nie poddawał się jednak. Opublikował tekst poświęcony zasłonom dymnym, a na stronie Al-Ansar zamieścił narzędzia umożliwiające włamywanie się do serwisów internetowych i niszczenie ich.

Jesteś bohaterem!

Jego starania zostały zauważone i docenione. „Jesteś bohaterem – napisał jeden z forumowiczów. – Bóg ci wynagrodzi”. Irhabi odpowiedział: „Bohater? A zatem nie jestem już tylko człowiekiem!”.

Reputacja Irhabiego szybko przekroczyła ramy serwisu Al-Ansar. Jesienią 2005 roku Terrorist Research Center – niezależna organizacja z północnej Virginii, której eksperci dostarczają informacje wywiadowcze rządom i prywatnym firmom z całego świata – opublikowała obszerny raport dotyczący „Terrorysty 007”. Opisywano go jako „mocno zaangażowanego w utrzymywanie obecności Al-Kaidy w sieci”. TRC twierdziło również, że Irhabi rozpowszechniał nagrania zamachów i egzekucji dokonywanych przez powstańcze siły w Iraku, podobnie jak i klipy przygotowane przez fundację Al-Sahab (przykrywkę Al-Kaidy). Zauważono też, że jedną ze swoich stron Irhabi zarejestrował, wykorzystując nazwisko, numer telefonu i adres amerykańskiego pułkownika stacjonującego w Iraku.

Irhabi był częścią szybko rozwijającej się nowej grupy terrorystów. Po zamachach z 11 września i amerykańskich bombardowaniach w Afganistanie Al-Kaida utraciła znaczną część swojej infrastruktury. Nie mogła funkcjonować w dotychczasowy sposób, więc jej stratedzy zasugerowali przeniesienie działalności do Internetu. Sieć miała być nowym, pozbawionym granic obozem szkoleniowym, tanim i niezwykle efektywnym. Zdaniem analityków TRC dzięki tej strategii Al-Kaida otrzymała potężne narzędzie „zarządzania i kontroli amorficznej siatki terrorystycznej”. Jej przywódcy zdali sobie sprawę, że w arabskich chat-roomach (internetowych kawiarenkach dyskusyjnych) można znaleźć to, co jest najważniejsze do utrzymania armii terrorystów-samobójców: młodych, skorych do poświęceń muzułmanów, pochodzących z reguły z drugiego pokolenia imigrantów mieszkających w Stanach Zjednoczonych lub Europie.

Irhabi szybko stał się jedną z kluczowych postaci tego ruchu. Jeden ze znawców cyberterroryzmu Evan Kohlmann nazwał go nawet „firmą telekomunikacyjną Al-Kaidy”.

Krucjata Aarona W.

Podczas gdy Irhabi budował swoją legendę, do polowania na niego przygotowywał się Aaron Weisburd, informatyk, od kilku lat śledzący działania islamistów. Gdy odwiedzam go w ubiegłym roku w biurze w Carbondale, w Illinois, zbliża się święto Paschy. Aaron wywiesił w oknie wielką amerykańską flagę – nie sposób przegapić jego domu. Okazało się, że mieszka razem z żoną, trzema dobrze odżywionymi kotami i dwoma psami.

Urodził się w Nowym Jorku w 1964 roku. Zaczął krucjatę przeciwko Al-Kaidzie, bo był wściekły. Wściekły na Jasera Arafata, który w 2000 roku w Camp David odrzucił plan pokojowy. Wściekły na Al-Kaidę, która wysadziła World Trade Center. Nie mógł też patrzeć, jak Hamas uczy w palestyńskich przedszkolach nienawiści do Izraelczyków. Weisburd założył więc stronę Internet Haganah (http://haganah.org.il/haganah/), za pośrednictwem której chciał zwrócić uwagę służb specjalnych na działających w sieci terrorystów. (Haganah to po hebrajsku „obrona”. Tak również od 1920 roku nazywały się działające w Palestynie żydowskie bojówki, stanowiące trzon przyszłej armii Izraela).

Weisburd do dziś jest jedyną osobą, która ma etat w Internet Haganah. Pracuje w biurze na drugim piętrze swojego domu. Posługując się pięcioma komputerami, przemierza sieć w poszukiwaniu oficjalnych wystąpień i nagrań, jakie terroryści adresują do swoich zwolenników. Weisburd rejestruje się na nielegalnych forach i odwiedza setki stron promujących dżihad. Nie zna języka arabskiego, co mu zupełnie nie przeszkadza, bo korzysta albo z programu translatorskiego, albo z umiejętności swoich współpracowników.

– Mamy do czynienia z ludźmi, którzy wiele rzeczy robią na popis – mówi o cyberterrorystach. – Jednocześnie są bardzo szczerzy. Starają się pisać to, co czują i jak czują. To nam ułatwia sprawę.

Gdy Weisburd dociera do informacji prasowych bądź plików wideo opublikowanych przez terrorystów, próbuje ustalić, skąd pochodzą. Namawia też właścicieli serwerów do zamknięcia stron i usunięcia nagrań. Często ogranicza się jednak do samego gromadzenia informacji. Na Internet Haganah prowadzi blog, w którym wyjaśnia motywy swojego postępowania i stara się zachęcić ludzi, by mu pomagali w walce z wirtualnymi przestępcami. Liczy nie tylko na wsparcie finansowe, ale i techniczne. Fakt istnienia strony ma jeszcze jedną zaletę: ponieważ Weisburd monitoruje ruch na serwisie, widzi również terrorystów, którzy obserwują jego. To mu ułatwia dotarcie do nich.

Samoobrona jak wirus

W samych Stanach Zjednoczonych działa około tuzina podobnych grup, nieustannie badających aktywność islamistów. Większość z nich powstała po zamachach z 11 września. Niektóre to w istocie potężne instytucje (np. TRC czy Instytut Badania Międzynarodowego Terroryzmu), ale są też niewielkie grupy specjalizujące się w określonych przestępstwach (np. Northeast Intelligence Network). Nie brakuje wreszcie samotników, takich jak Weisburd czy Evan Kohlmann, który bazę ma w swoim mieszkaniu w Nowym Jorku. Większość z nich żyje z usług konsultacyjnych oferowanych rządom i prywatnym instytucjom, inni – z dobrowolnych wpłat obywateli. Większe grupy zatrudniają lingwistów znających język arabski. Weisburd radzi sobie znakomicie, nie tylko dzięki swojemu doświadczeniu, ale i bojowemu nastawieniu. Jednak zamknięcie wrogiego serwisu, do czego często doprowadza jego działalność, niektórzy analitycy uważają za błąd utrudniający prowadzenie obserwacji.

W 2004 roku Weisburd opublikował na swojej stronie teksty szydzące z Irhabiego, czym zalazł mu za skórę. „Ta świnia włamała się na mój komputer i zniszczyła moją stronę” – pisał Irhabi wkrótce po dołączeniu do Al-Ansar. Jeden z jego współpracowników opublikował nawet prywatny adres Weisburda, obiecując mu zemstę. „A tak a propos – napisał Irhabi miesiąc później – nowy layout twojej strony wygląda… jakby to powiedzieć… gównianie”. Irhabi w czerwcu raz jeszcze opublikował adres Weisburda, dołączając do niego fotografię mężczyzny oraz kopię groźby, jaką wysłał do jego domu. „Do żydowskiego dupka Aarona Weisburda – napisał w niej. – Albo zamkniesz stronę Internet Haganah w ciągu tygodnia, albo stracisz głowę”. Pod tekstem znalazła się uśmiechnięta główka, a dalej dopisek: „PS Zachowam sobie twój palec lub ucho jako pamiątkę. Ahahahahha”.

Groźba ta utwierdziła Weisburda w przekonaniu, że nie marnuje czasu. Podobny efekt dał zresztą wcześniejszy atak na jego serwis, przeprowadzony przez ludzi Al-Kaidy. Na stronę w ciągu kilku chwil przyszło tyle odwołań, że serwery odmówiły posłuszeństwa. Wtedy właśnie Weisburd postanowił zrezygnować z pracy zarobkowej i poświęcić się wyłącznie tropieniu internetowych przestępców. – Pierwsze ostrzeżenie, jakie otrzymałem, pochodziło od jednego z liderów Al-Kaidy – mówi. – Kiedy się dostanie taki przekaz, zaczyna się jazda bez trzymanki. Kilka lat później Hamas nazwał mnie wirusem. Pomyślałem sobie: „Fajnie, że to zauważyliście, chłopaki!”.

Jestem sługą bożym

W dziedzinie wykorzystywania sieci do promowania terroryzmu Abu Musaba al-Zarkawiego trudno było porównać z jakimkolwiek innym liderem Al-Kaidy, wliczając w to Osamę bin Ladena. Jednak na początku swojej działalności Irhabi nie miał żadnych powiązań z siatką Zarkawiego. Dopiero z czasem sytuacja się zmieniła. Każdą informację, jaką Abu Maysara – przekazujący informacje od Al-Zarkawiego – publikował w sieci, Irhabi błyskawicznie umieszczał na innych serwisach. Wykorzystywał w tym celu luki w systemach ochrony serwerów FTP, których wiele firm używa do przesyłania plików dużych rozmiarów. Bez wiedzy właścicieli Irhabi umieszczał tam nagrania, oszczędzając pieniądze islamistów i zmniejszając ryzyko wpadki.

W lipcu 2004 roku udowodnił swój spryt, przesyłając około 60 plików na serwery należące do Departamentu Transportu stanu Arkansas. Były wśród nich wystąpienia bin Ladena oraz osób zaangażowanych w zamachy na WTC i Pentagon. Na Al-Ansar Irhabi opublikował łącza do poszczególnych nagrań. „Pośpieszcie się ze ściąganiem” – ostrzegał, słusznie przewidując, że nagrania szybko znikną z sieci. Nie mylił się. Laura Mansfield z Erie w stanie Pensylwania, analityk pracujący dla Northeast Intelligence Network, szybko trafiła na ich ślad i usunęła pliki. Znajdowały się na serwerze krócej niż dzień, ale to wystarczyło, by zostały zauważone. Artykuł poświęcony temu wydarzeniu pojawił się wówczas w „Washington Post”. Wiele dni później członek Al-Ansar podziękował Irhabiemu za ciężką pracę, pisząc o nim jako o „rycerzu mediów dżihadu”, na co sam zainteresowany zareagował komentarzem: „Haha… czy to nowa ksywka? Jestem jednie sługą bożym, synem sługi bożego”. Wkrótce jego zwolennicy zaczęli dodawać symbol 007 do przydomków, wyrażając tym szacunek dla jego dokonań.

W październiku Irhabi udowodnił, że współpracuje z Al-Kaidą. Abu Maysara opublikował w sieci nagranie przedstawiające irackiego samobójcę wysadzającego się w powietrze. Irhabi podał namiary na ów plik zaledwie sześć minut później. „Niech żyją terroryści… Niech żyje Irhabi 007 – cieszył się wówczas Abu Maysara. – Bóg mi świadkiem, że twoje istnienie sprawiło mi radość, mój ukochany bracie” – pisał.

Taka bezpośrednia pochwała jest rzadkością – twierdzi Evan Kohlmann – i na pewno poprawiła notowania Irhabiego wśród internetowej społeczności. – Zwrócił na siebie uwagę ważnych ludzi – dodaje.

Związki pomiędzy Irhabim a Al-Zarkawim stale się pogłębiały i wiosną 2005 roku mężczyzna grał już istotną rolę w siatce jordańskiego terrorysty. Jednym z jego najważniejszych osiągnięć było uruchomienie witryny, która zawierała informacje przekazywane bezpośrednio przez ludzi Al-Zarkawiego. Jeśli jest to prawdą (co trudno udowodnić, bo kopie plików czy nawet całych stron można wykonać błyskawicznie), ich działania musiały być skoordynowane. Kohlmann znalazł coś, co można uznać za dowód potwierdzający tezę o ich bliskiej współpracy. Irhabi pozostawił na swoim serwerze ukryty katalog ze szkicem witryny przeznaczonej dla Al-Zarkawiego, „Al-Kaida w Krainie Dwóch Rzek”. Strona nigdy nie ruszyła. – Wiemy, że Irhabi i Al-Zarkawi się komunikowali. Nie wiemy tylko, jak często – twierdzi Kohlmann.

007 mieszka w Anglii

Ostatecznie jednak spryt Irhabiego okazał się gwoździem do jego trumny. W lipcu 2005 roku, korzystając z karty kredytowej skradzionej mieszkańcowi Paryża, Irhabi zamówił domenę internetową w Los Angeles, składającą się z 37 cyfr (zer i jedynek). Gregor Loock przyjął zamówienie i opłatę w wysokości 72,92 dolara, myśląc, że ma do czynienia z kolejnym dziwakiem chcącym mieć oryginalny adres. Dwa dni później Loock otrzymał zamówienie na kolejną domenę, o zbliżonej nazwie, za którą zapłacono kartą kredytową kobiety z Wielkiej Brytanii. Podejrzewając oszustwo, Loock odmówił realizacji zamówienia, zamknął wcześniejszą stronę i zaczął przeglądać jej zawartość.

Jego podejrzenia wzrosły, gdy na serwerze znalazł pliki o takich nazwach, jak Fallujah czy Samarra. Nie mógł odczytać zapisanych tam informacji, gdyż były po arabsku, lecz nie miał najmniejszych problemów z obejrzeniem nagrań wideo. Przypominały one telewizyjne reportaże o wojnie w Iraku i przedstawiały Amerykanów znajdujących się pod ostrzałem. Loock szybko zorientował się jednak, że ma do czynienia z nagraniem nieco innego typu. – Sfilmowany mężczyzna założył kamizelkę z ładunkami wybuchowymi, po czym ruszył w kierunku amerykańskiej bazy – opowiadał Loock. – Stojący na posterunku żołnierz otworzył do niego ogień, wysadzając go w powietrze.

Loock zdał sobie sprawę, że filmy były kręcone z pozycji atakującego. Gdy zbadał, skąd nadesłano pliki, okazało się, że pochodziły z Arabii Saudyjskiej i Wielkiej Brytanii.

Postanowił zainteresować sprawą władze. Jeszcze tego samego dnia zajrzał na stronę FBI i wypełnił odpowiedni formularz, lecz nikt się z nim nie skontaktował. Mężczyzna zadzwonił więc do agencji i otrzymał obietnicę, że odezwie się do niego specjalista. Telefon jednak uparcie milczał. Loock poprosił więc swojego szwagra (który służył w marynarce), by przekazał informacje CIA. Niestety, również i to nie przyniosło żadnego skutku. W końcu Loock dotarł do Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i, jak sam stwierdził, „sprawy wreszcie ruszyły z miejsca”. Odwiedził go agent w towarzystwie informatyka. Loock przekazał im wszystko, czego się dowiedział – numery kart kredytowych, pliki, a także adresy IP.

Irhabi poślizgnął się już rok wcześniej. W lipcu 2004 roku założył stronę, na której opublikowano groźby skierowane przeciwko rządowi Włoch. Wykorzystał w tym celu dostawcę usług internetowych, który stosował zabezpieczenia umożliwiające identyfikację zarejestrowanych użytkowników oraz przechowywał adresy osób, które dostarczają pliki na serwer. Irhabi nie podjął żadnych środków ostrożności, nie korzystał z programów ukrywających IP, pozostawił więc po sobie ślad.

W tym czasie zarówno cyberterroryści, jak i czytelnicy witryny Internet Haganah zauważyli, że strona zarażona jest wirusem – przekonało to Aarona Weisburda do dokładniejszego przyjrzenia się jej kodowi źródłowemu (programowi, który mówi przeglądarce internetowej, co powinna wyświetlić na ekranie). Tam właśnie udało się odnaleźć dwa adresy IP, bez wątpienia należące do Irhabiego.

Kiedy Weisburd opublikował informację o wirusie na swoim blogu, islamiści błyskawicznie zainteresowali się sprawą. Wiadomość dotarła też do Irhabiego, który przedstawił na forum wyniki działania programu antywirusowego uruchomionego na jego komputerze, sugerując tym samym, że jego strona nie była zarażona. Na obrazku, który umieścił w sieci, znalazł się zamazany adres IP. Jednemu ze współpracowników Weisburda udało się go odszyfrować – w ten sposób uzyskał trzeci już namiar na Irhabiego. Każdy z adresów był inny, wszystkie prowadziły jednak do jednego routera umiejscowionego w Ealing, w zachodnim Londynie.

W lipcu 2005 roku informacja o odkryciu została wysłana do rządów Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, lecz sprawa na tym się zakończyła. W końcu, we wrześniu 2005 roku, Weisburd miał dość. „Irhabi 007 jest w Ealing, w Anglii – ogłosił na swojej stronie. – A przynajmniej tam był, gdy po raz pierwszy go namierzyliśmy. Czemu jeszcze nic w tej sprawie nie zrobiono? Przecież istnieją dowody w postaci setek stron internetowych, na których facet przyznaje się do popełnienia licznych przestępstw!”.

Pięć przystanków od Ealing

Miesiąc później w prywatnym mieszkaniu w Sarajewie aresztowano młodego Serba, który przygotowywał samobójczy atak. O wydarzeniu tym Bośniacy poinformowali władze Wielkiej Brytanii. Badając ów ślad, policja dotarła do niewielkiego, mieszczącego się w piwnicy, mieszkania w zachodniej części Londynu, zaledwie pięć przystanków od Ealing. Mieszkał tam Younis Tsouli, 22-latek marokańskiego pochodzenia.

Scotland Yard przeszukał jego komputery. Znaleziono w nich informacje o tym, jak przygotować samochód-pułapkę, a także zdjęcia z Waszyngtonu, na których widać pojazd przeznaczony do badania zagrożenia chemicznego, radiologicznego, biologicznego i nuklearnego. Materiały te – w połączeniu z informacjami znalezionymi w mieszkaniach dwóch innych osób: Waseema Mughala i Tariqa al-Daoura – pozwoliły wysunąć przypuszczenie, że Tsouli był zamieszany w zlecanie, przygotowywanie i podjudzanie do aktów terroru, w tym ataku rakietowego na nieznany cel. Mężczyzna został też oskarżony o współudział w planowanym morderstwie oraz ataku bombowym, zbieranie pieniędzy na cele terrorystyczne oraz przywłaszczanie mienia innych osób (w tym przypadku kart kredytowych). Scotland Yard postawił mu łącznie osiem różnych zarzutów.

Lokalna policja dysponowała już zdobytymi przez Loocka danymi dwóch kart kredytowych. Kiedy śledczy przeglądali bazy policyjne w poszukiwaniu informacji o kartach znalezionych w mieszkaniu w zachodnim Londynie, znaleźli ten właśnie raport. Szybko zrozumieli, że Tsouli jest poszukiwanym od lat Irhabim.

W lutym tego roku Instytut Badania Międzynarodowego Terroryzmu zasugerował, że Tsouli to niesławny „Irhabi 007”, haker, którego „nauki miały trudne do przecenienia znaczenie dla internetowej społeczności terrorystów”. Pojawiły się też doniesienia, według których Tsouli, który nie mówił płynnie po arabsku, współpracował z innymi cyberterrorystami: Mughalem i Al-Daourem. Rita Katz, założycielka instytutu, poinformowała przy tym, że po przeanalizowaniu plików i postów opublikowanych przez Irhabiego można wysunąć tezę, iż nie były one dziełem tylko jednego człowieka.

W czasie majowych wstępnych przesłuchań Tsouli i jego towarzysze zachowywali spokój. Na opublikowanym nagraniu terrorysta, ubrany w biały T-shirt i spodnie od dresu, siedział pomiędzy Mughalem i Al-Daourem i nie zwracał uwagi na to, co mówił sędzia. Nie uśmiechał się, a ręce trzymał skrzyżowane na piersiach. Rozłożył je tylko raz – by się roześmiać po jednej z ciętych uwag swoich współtowarzyszy.

To dopiero początek

Jeszcze przez jakiś czas Tsouli pozostanie osobą o jedynie internetowej tożsamości, którą sobie stworzył. Jego proces jeszcze się nie zaczął, a prawo brytyjskie zakazuje ujawniania informacji o toczących się śledztwach. To, czy działał sam, czy też w grupie, ma dużo mniejsze znaczenie niż dziedzictwo, jakie po sobie pozostawił.

Miesiące po jego aresztowaniu użytkownik jednego z anglojęzycznych chat-roomów opanowanych przez islamistów napisał: „Gdzie można znaleźć informacje o tym, jak włamywać się na serwery?”. Mężczyzna niemal od razu został odesłany na stronę muslimhackers.com, która oferuje porady, jak atakować cele takie jak Internet Haganah czy witryny szyitów. Znajduje się na niej również przygotowana przez Irhabiego „Encyklopedia ataków na krzyżowców i syjonistów”, zawierająca programy do transferu plików oraz oprogramowanie umożliwiające łamanie haseł. Działający w sieci islamiści mogą teraz dokonać wielu zniszczeń, uczą się też, jak uniknąć namierzenia.

Dawniej, jeszcze przed wojną w Iraku, „sieciowy dżihad” ograniczał się do chat-roomów, w których ekstremiści mogli wyładować negatywne emocje. Strony te były dostępne dla wszystkich, którzy przeszli bezbolesny proces rejestracji. Dziś takie witryny trudniej znaleźć, lecz odwiedzającym je osobom gwarantuje się pełną anonimowość i bezpieczeństwo. Co więcej, istniejące serwisy wciąż ze sobą konkurują. Umacniają wyrafinowaną maszynę medialną, za pomocą której terroryści, tacy jak Abu Musab al-Zarkawi kreowali i będą kreować swój wizerunek, a także publikować wiadomości i nagrania. Członkowie forów uwielbiają brutalną retorykę i są zachęcani do udziału w wymianie poglądów, co tylko zwiększa ich zapał. To wszystko ułatwia terrorystom szkolenie rekrutów gotowych założyć kamizelki obwieszone dynamitem i poświęcić życie za islam.

Aresztowanie Younisa Tsouli nie stanowi niestety końca tej opowieści, a jedynie jej początek. – Irhabi był właściwym człowiekiem we właściwym miejscu. Pojawił się w chwili, gdy terroryści potrzebowali kogoś, kto rozruszałby dla nich sieć internetową – wyjaśnia Katz. – Dziś jest tam wszystko, czego potrzebują.

Tsouli zapoczątkował więc elektroniczną wojnę, która szybko się nie skończy. Komentując ją, jeden z członków islamskiego forum internetowego napisał: „A właśnie, moi drodzy… Irhabiego nie da się już powstrzymać!”.

NADYA LABI, Przełożył Michał Zacharzewski

Świat stanął na głowie – konflikt izraelsko-libański

Źródło: Rzeczpospolita: Świat stanął na głowie
19.07.2006

Reakcja izraelska przybrała formę zbiorowej kary, zmuszając rząd Szwajcarii do oświadczenia, że działania Izraela są zbrodniami wojennymi

Ironią obecnej wojny izraelsko-libańskiej jest całkowita zamiana ról. Hezbollah, nazywany przez Izrael i USA organizacją terrorystyczną, zachowuje się jak tradycyjna armia; dumny ze swych sił zbrojnych Izrael – jak państwo terrorystyczne. Jak dotąd militarne działania Hezbollahu są bardziej precyzyjne i bardziej obliczalne, podczas gdy Izrael traci wiarygodność w szybkim tempie. Dotychczasowe werbalne wystąpienia krajów arabskich przeciwko Izraelowi, jaki i ich słowne poparcie dla antyizraelskich ataków, zmieniły się w ataki przeciwko organizacji, która zadaje Izraelowi straty w odpowiedzi na jego agresję.

Od ostatnich wyborów parlamentarnych w Libanie (odbyły się w maju zeszłego roku – przyp. tłum.) Hassan Nasrallah, przywódca Hezbollahu, wzywa nowy rząd libański – w którym zasiadają także członkowie jego partii – do zajęcia się kwestiami nierozwiązanymi po poprzednim sporze z Izraelem. Są nimi okupowane libańskie farmy Szeba oraz około dwudziestu Libańczyków, pozostających w izraelskich więzieniach. Premier Libanu Fuad Siniora apelował co prawda o rozwiązanie tych spraw podczas wizyty w Waszyngtonie, jednak bez żadnego skutku. Izrael trzyma w swoich rękach ten niewielki, choć strategiczny, kawałek ziemi (farmy Szeba – przy. tłum.), twierdząc, iż należy on do Syrii i że opuści go dopiero, gdy dojdzie do wynegocjowanego porozumienia z Damaszkiem. W rezultacie, choć Syria i Liban zgodnie podkreślają, że farmy Szeba są libańskie, nic się nie zmienia. Również – w kwestii Libańczyków pojmanych przez Izrael podczas okupacji południowego Libanu (1982 – 2000). Izrael odmawia ich zwolnienia bez wcześniejszego porozumienia pokojowego pomiędzy nim a Libanem.

Na sercu Hezbollahowi leży także obecna sytuacja Palestyńczyków. Hezbollah uważa się bowiem za patriotyczny ruch libański, ale również arabski i muzułmański. Od czasu gdy naród palestyński demokratycznie wyłonił swoje władze, które nie przypadły do gustu Amerykanom i Izraelczykom, ci arbitralnie nałożyli na Palestyńczyków sankcje gospodarcze, zabraniając przekazywania im środków nawet z krajów arabskich i muzułmańskich. Izrael nie zwraca Palestyńczykom podatków i ceł, które zbiera w imieniu władz palestyńskich, jak również odrzuca ponawiane przez stronę palestyńską propozycje zawieszenia broni. Chce, by Palestyńczycy zaprzestali wystrzeliwania domowej roboty rakiet Kassam, jednocześnie nie zamierzając rezygnować z zamachów na palestyńskich przywódców.

Problemem Palestyńczyków i Libańczyków są także więzieni przez Izrael ich rodacy. W izraelskich więzieniach znajduje się blisko 10 tysięcy Palestyńczyków, z których tysiące są przetrzymywane bez jakiegokolwiek formalnego oskarżenia czy rozprawy. Podobnie jak w wypadku Fuada Siniory, umiarkowany palestyński przywódca Mahmud Abbas na próżno próbował doprowadzić do ich uwolnienia. Nawet palestyńscy chłopcy, kobiety i osoby chore są przetrzymywane w więzieniach bez jakiegokolwiek widoku na zwolnienie. Od kiedy Izrael jednostronnie wycofał się ze Strefy Gazy, odrzuca także liczne wezwania do uwolnienia tych więźniów, którzy są jej mieszkańcami. Rządzący w Autonomii Palestyńskiej Hamas, który przez 18 miesięcy przestrzegał jednostronnego zawieszenia broni, publicznie zapowiadał, że będzie porywał izraelskich żołnierzy, jeśli nie zostaną zwolnieni palestyńscy więźniowie. Gdy rzeczywiście do tego doszło i został porwany jeden żołnierz, Izrael zareagował w sposób nieproporcjonalnie brutalny.

Podobnie w Libanie. Przywódca Hezbollahu wielokrotnie zapowiadał, że jeśli Izrael nie zwolni przetrzymywanych Libańczyków, jego organizacja będzie zatrzymywać izraelskich żołnierzy, by dokonać później wymiany. W tym roku Hezbollah podjął dwie takie próby, ale się nie powiodły. Kiedy więc Izrael uderzył na Strefę Gazy, a jednocześnie w Libanie stało się oczywiste, że słaby i proamerykański premier nie jest zdolny nic zrobić w sprawie więźniów, Hezbollah uznał, że oto nadszedł czas, by działać.

Ujęcie przez tę organizację dwóch Izraelczyków było efektem klasycznej operacji wojskowej: zaatakowany został cel militarny, zniszczony czołg, zabito ośmiu żołnierzy, a pojmano dwóch. A mimo to, podobnie jak i w Palestynie, tego rodzaju działania nazywane są terrorystycznymi, a Izrael – tak jak w przypadku Libanu – reaguje na nie w sposób absolutnie niewspółmierny. Wysadzane są mosty, niszczone elektrownie, a na mieszkańców, tak Strefy Gazy, jak i Libanu, nałożono całkowicie nielegalny zakaz przemieszczania się. Nieproporcjonalna reakcja izraelska przybrała formę zbiorowej kary, zmuszając zwykle milczący rząd Szwajcarii do oświadczenia, iż działania Izraela są zbrodniami wojennymi oraz że w sposób oczywisty gwałcą konwencje genewskie. Ponieważ terroryzm jest definiowany jako masowy atak na ludność cywilną, obliczony na zmuszenie jej do wywarcia presji na własny rząd i tym samym zmianę jego stanowiska – tego, co robi Izrael w Strefie Gazy i Libanie nie da się w żaden sposób odróżnić od innych, klasycznych form terroryzmu.

W porównaniu z dotychczasowymi konfliktami arabsko-izraelskimi, ta ostatnia runda walk ma jednak całkowicie nowy aspekt: Iran. Ponieważ Hezbollah jest ruchem szyickim, utrzymującym bliskie związki z Iranem, w konflikcie pojawił się nowy podmiot, co – ze względu na napięcia między Zachodem i Teheranem – spowodowało, że to, co rozpoczęło się jako graniczny atak, nagle przybrało wymiar regionalny. Izraelczycy wykorzystali okazję do rozprawienia się raz na zawsze z „lokalnym pełnomocnikiem Iranu”, zwłaszcza że mają ciche poparcie Stanów Zjednoczonych.

Proamerykańskie kraje arabskie dołączyły do Waszyngtonu w wyrażaniu swego zaniepokojenia z powodu irańskiego aspektu całej sprawy. Egipt, Jordania i Arabia Saudyjska wystąpiły z krytyką działań Hezbollahu, poprzedzoną ich całkowitym milczeniem wobec izraelskich ataków na Strefę Gazy. Umiarkowane państwa arabskie obawiają się bowiem tego, co postrzegają jako potencjalnie niebezpieczną oś: Hamas – Hezbollah – Syria – Iran oraz (prawdopodobnie proirański) – rząd w Iraku.

W tej sytuacji niewinni Palestyńczycy i Libańczycy tkwią uwięzieni w konflikcie, w którym dokonała się całkowita zmiana ról: byli „terroryści” atakują cele militarne, armia izraelska atakuje cywilów i niszczy infrastrukturę, kraje arabskie milczą, a nawet oponują, gdy arabski ruch partyzancki wykazuje się odwagą i odnosi sukcesy w walcem z izraelskim prześladowcą. Nastały naprawdę dziwne czasy.

DAOUD KUTTAB, Dziennikarz, dyrektor Instytutu Współczesnych Mediów na (arabskim) Uniwersytecie Jerozolimskim, szef AmmanNet, pierwszego arabskiego radia internetowego, tłum. mah

Przy okazji wojny

Źródło: Rzeczpospolita: Przy okazji wojny
14.07.2006

RZECZOWY PRZEGLĄD PRASY

The Jerusalem Post (Izrael) 14.07.2006

Porwanie naszych żołnierzy dostarczyło nam powodu do rozwiązania znacznie ważniejszych strategicznych problemów. Z Gazy strzelają do nas rakietami Kassam, a z Libanu Hezbollah atakuje nas katiuszami. To poważne zagrożenia dla Izraela. Usunięcie ich powinno być priorytetem naszej armii podczas trwających operacji. Akcja prowadzona „bez rękawiczek” powinna sparaliżować terrorystów na wiele lat. Da nam to również w przyszłości większą swobodę działania wobec Iranu i Syrii.

Punkt widzenia Kremla

Źródło: Rzeczpospolita: Punkt widzenia Kremla
14.07.2006

ENERGIA Rosyjski gaz to korzyści dla Europy

Rosyjski prezydent w przeddzień szczytu najbardziej uprzemysłowionych państw świata zaatakował Unię, Niemcy i USA za to, że krytykują jego politykę energetyczną.

Władimir Putin określił mianem „histerii” krytykę ze strony państw Unii oraz sprzeciw Polski i państw bałtyckich wobec nowego rurociągu.
(c) EK PICTURES

Jeszcze nigdy tak ostro Władimir Putin nie wypowiadał się na ten temat.

W wywiadzie dla niemieckiej telewizji CDF przywódca Rosji przekonywał, że zakręcenie zimą kurka z rosyjskim gazem dla Ukrainy, co odczuły też inne kraje europejskie, spowodowane było tylko sporem o cenę surowca. Zapewniał też, że budowa nowego gigantycznego gazociągu przez Bałtyk z Rosji do Niemiec służyć będzie temu krajowi i innym odbiorcom w Europie. I dziwił się, że te korzyści nie są dostrzegane.

Jednocześnie określił jako „histerię” falę krytyki ze strony państw Unii w styczniu oraz sprzeciw Polski i państw bałtyckich wobec nowego rurociągu. – Jestem przekonany, że ta histeria została wywołana, by zabezpieczyć amerykańskie ekonomiczne i polityczne interesy w Europie – stwierdził.

Wszystkiemu winni Amerykanie

O amerykańskich interesach rosyjski prezydent mówił przede wszystkim w kontekście Ukrainy, a o wsparciu Waszyngtonu dla prozachodnich sił w tym kraju powiedział, że „wątpi, by to był dobry wybór”. I dodał, iż skoro Amerykanie chcieli to robić, to muszą za to zapłacić. Słowa Władimira Putina zdają się potwierdzać tylko to, o czym wiedzieli niemal wszyscy, gdy trwał rosyjsko-ukraiński spór o cenę gazu. Mianowicie, że drastyczna podwyżka, którą wprowadził Gazprom, miała być formą kary za zwycięstwo pomarańczowej rewolucji. Rosyjski przywódca nie pozostawił też wątpliwości co do tego, że łatwo nie zrezygnuje z wpływów na Ukrainie. – Nasze interesy muszą być respektowane, bo tam żyje ok. 17 mln Rosjan, a bliskie powiązania w gospodarce czy inne związki Ukrainy i Rosji istnieją od czasów radzieckich i są dla nas niezmiernie ważne – dodał Putin.

Rurociąg korzyści

Zdaniem rosyjskiego prezydenta rurociąg, którym w 2011 roku popłynie przynajmniej 30 mld m sześc. gazu do Niemiec i dalej do Europy, to sposób na dywersyfikację dróg zaopatrzenia Starego Kontynentu. – Byłem zszokowany, po prostu zszokowany faktem, że politycy w Niemczech i innych krajach europejskich nie potrafią dostrzec własnych interesów – stwierdził.

Tymczasem inwestycja przez Bałtyk wywołuje wiele kontrowersji, zwłaszcza w Polsce i na Ukrainie, a także – ze względów bezpieczeństwa – w państwach nadbałtyckich. Polska obawia się, że po uruchomieniu rurociągu rola dotychczas najważniejszych krajów dla tranzytu rosyjskiego gazu zostanie zminimalizowana. Obecnie tzw. rurociągiem jamalskim przez Polskę do Niemiec trafia ok. 27 mld m sześc. gazu rocznie, a gdyby – zgodnie z wcześniejszymi planami – wybudowano jego drugą nitkę, dostawy podwoiłyby się. Rosjanie jednak zamiast drugiej nitki Jamału za 1,5 mld dolarów wolą zrealizować projekt bałtycki za w sumie ok. 10 mld dolarów. Dotychczas szefowie Gazpromu zapewniali, że inwestycja podmorska nie jest wymierzona przeciwko komukolwiek. We wczorajszym wywiadzie telewizyjnym Władimir Putin nie pozostawił jednak żadnych wątpliwości co do powodów budowy rurociągu. – Dlaczego chcecie, by nasz tranzyt zawsze zależał od porozumień z Ukrainą lub Białorusią albo Polską? – pytał retorycznie.

Spotkanie przywódców najbardziej uprzemysłowionych państw świata – tzw. grupy G8 – rozpocznie się w najbliższą sobotę w Petersburgu i potrwa do poniedziałku. Tematy energetyczne, zwłaszcza bezpieczeństwa dostaw rosyjskich surowców, będą jednymi z ważniejszych podczas rozmów.

a.ła. (Ria Nowosti)

Rzeczywiste zagrożenie czy jałowy trud

Źródło: Rzeczpospolita: Rzeczywiste zagrożenie czy jałowy trud
13.07.2006

Petersburski szczyt G8 służyć ma realizacji mocarstwowych ambicji Moskwy

Polityczną konsekwencją spotkania nad Newą może być utrata przez grupę najbardziej rozwiniętych i demokratycznych krajów świata legitymacji, wiarygodności i znaczenia

Stopniowe włączanie Moskwy do G8 miało służyć wspieraniu rozwoju demokracji i nowoczesnej rynkowej gospodarki w Rosji oraz umacnianiu konstruktywnych zachowań Rosji w międzynarodowych stosunkach. Stało się inaczej. Dziś rosyjskiemu państwu chodzi nie tyle o promowanie demokracji, ochronę praw człowieka i współpracę z Zachodem, ile o konsolidację swej wewnętrznej i zewnętrznej potęgi.

SŁABY ZACHÓD

Putin przesadził, uznając rozpad Związku Radzieckiego za największą geopolityczną katastrofę XX w. Chociaż trudno sobie wyobrazić powrót ZSRR, Moskwa wysunęła się jednak na pierwszy plan, zdecydowana odzyskać status mocarstwa i ufna w powodzenie tego zamierzenia. To właśnie tym celom Moskwy – mimo że Rosja nie spełnia ani demokratycznych, ani gospodarczych kryteriów członkostwa – służy szczyt G8.

Putin dąży do umocnienia kontroli państwa nad strategicznymi sektorami gospodarki, m.in. nad sektorem ropy naftowej i gazu, łącznością, rurociągami, zaopatrzeniem w energię elektryczną i bankowością. Pomaga mu zarówno bardzo silne poparcie opinii publicznej, jak i dramatyczna, choć wynikająca z różnych przyczyn, słabość głównych zachodnich przywódców.

Prezydent George W. Bush i brytyjski premier Tony Blair stracili popularność, którą cieszyli się przed wojną w Iraku; Chirac i Blair wkrótce zejdą z politycznej sceny, w Berlinie i Rzymie zaś Angela Merkel i Romano Prodi rządzą z pomocą słabych koalicji.

GORBACZOW SIĘ MYLIŁ

W tej sytuacji polityczną konsekwencją szczytu w Petersburgu może być utrata przez grupę najbardziej rozwiniętych i najbardziej demokratycznych krajów legitymacji, wiarygodności i znaczenia. Tak się stanie, jeżeli rosyjska i światowa opinia uzna to spotkanie za milczącą akceptację wewnętrznej i zewnętrznej polityki Rosji, za zgodę na ograniczanie politycznych praw, prześladowanie niezależnych ugrupowań, cenzurę mediów. Nie brak też i tych, którzy – w dobrej lub złej wierze – są gotowi uznać, że Michaił Gorbaczow miał rację, apelując niedawno do zachodnich krajów o zaprzestanie nacisków na prezydenta Putina w sprawie praw człowieka, ponieważ „…im bardziej wygląda na to, że Zachód stosuje nacisk, tym mocniejsza staje się pozycja prezydenta Putina, ponieważ jego stanowisko jest zasadniczo bardzo bliskie aspiracjom narodu”.

Na tym jednak nie koniec. W stosunkach zagranicznych istnieje problem rosyjskiej ingerencji w wewnętrzną politykę Ukrainy, Gruzji, Mołdawii i Białorusi.

Oczywiście, jest też problem wojny w Czeczenii – mimo że Kreml uważa tę sprawę za zamkniętą.

UKRAIŃSKA LEKCJA

Rosja, która w tym roku przewodniczy G8, rozpoczęła kadencję od wywołania kryzysu wokół dostawy gazu dla Ukrainy. Europejskie kraje zareagowały na to obawą przed dalszym uzależnianiem się od rosyjskiego eksportu gazu, nerwowym rozważaniem dywersyfikacji źródeł zaopatrzenia w nośniki energii i żądaniami gwarancji dostępu do rosyjskich rurociągów. Rosja wręcz zagroziła Europie, że zmieni kierunek eksportu gazu – z dotychczasowych rynków, na azjatyckie. Moskwa chce kontrolować europejskie rynki – i to nie tylko rurociągi, którymi płynie rosyjska ropa i gaz, lecz i rafinerie, i detaliczny handel benzyną.

„DZIAŁAMY, JAK ZAWSZE”

Dzisiejsza słabość Zachodu w stosunkach z Putinem ma kilka źródeł. Zachód potrzebuje poparcia Putina dla działań na rzecz ograniczenia nuklearnych programów Iranu i Korei Północnej. Putin jest też ważnym partnerem w Afganistanie, Iraku i na całym wielkim Bliskim Wschodzie. A jednocześnie umie grać wieloznaczną rolę, szkodzącą interesom Zachodu we wszystkich tych miejscach.

Nie ulega wątpliwości, że sposób, w jaki prezydent George W. Bush zademonstrował, iż wspieranie demokracji uważa za główny motyw swej polityki zagranicznej, przyczynił się do tego, że na całym świecie inicjatywy w tej dziedziniebudzą nieufność – zwłaszcza po doświadczeniu wojny w Iraku. Światowa opinia publiczna z sympatią przyjęła argumentację Putina, że sprzeciw wobec krzewienia demokracji przez Zachód nie jest odrzuceniem demokracji jako takiej, lecz oporem wobec zachodniego interwencjonizmu wymierzonego w rosyjską „suwerenną demokrację”. Przy tym wszystkim jednak przebieg szczytu G8 w Petersburgu w atmosferze „działamy, jak zawsze” może być jeszcze groźniejszy.

CZY BUSH ROZUMIE PUTINA

Po niedawnym spotkaniu w Austrii Bush i europejscy przywódcy wydali oświadczenie, w którym podkreślają wagę honorowania przez Rosję „demokratycznych swobód, praw człowieka, społeczeństwa obywatelskiego oraz przejrzystości i odpowiedzialnego podejścia do energetycznego bezpieczeństwa”. To z pewnością nie wystarczy. Siedem demokratycznych państw powinno wspólnie potwierdzić, że zamierzają rozwijać bliskie i przyjazne stosunki z Rosją – między innymi w ramach G8 – lecz Moskwa nie może nadal stosować wobec sąsiadów Rosji energetycznego szantażu ani szkodzić rozwojowi wewnętrznej demokracji.

Przed wyjazdem na szczyt G8 w Petersburgu amerykański prezydent George W. Bush ostrzegł w telewizyjnym wywiadzie dla stacji CNN, że publiczne strofowanie rosyjskiego prezydenta w związku z takimi niepokojącymi kwestiami, jak demokracja i prawa człowieka, wywołałoby skutki odwrotne do zamierzonych. – Żaden przywódca nie lubi być łajany publiczni”. Z czysto ludzkiego punktu widzenia jest to zrozumiałe. Można także zrozumieć, dlaczego na pytanie (nawiązujące do słynnej wypowiedzi Busha po pierwszym spotkaniu z rosyjskim przywódcą w 2001 r.), czy nadal uważa, że udało mu się „wczuć w duszę Putina”, prezydent odpowiedział: – O, tak. Dobrze go znam. Czy to jest zapowiedź rzeczywistego zagrożenia, czy jałowego wysiłku?

ALEKSANDER SMOLAR, Prezes Fundacji im. Stefana Batorego, Tłum. E.G.

Kasandra i upadek Zachodu – Islam w Europie

Źródło: Rzeczpospolita: Kasandra i upadek Zachodu
08.07.2006

ISLAM W EUROPIE

Rok temu po zamachach bombowych w Londynie Brytyjczycy dowiedzieli się, jak groźna bywa uległość wobec radykalnego islamu. Jednak do dziś zaprzeczają, że ich kraj padł ofiarą muzułmańskiej agresji
Londyn staje się światową wylęgarnią islamskiego ekstremizmu — twierdzi Melanie Philips w książce „Londonistan
Na ulicach Londynu nawet islamscy radykałowie mogą bez przeszkód wyrażać swoje poglądy
(c) AP/KIRSTY WIGGLESWORTH/MARK LEES

Dewsbury jest małym miastem na północy Anglii. W latach 80. i 90. XX wieku zjeżdżali tam masowo imigranci z krajów arabskich i Pakistanu do pracy w fabrykach tekstylnych regionu. W 1987 r. rodzice 26 białych dzieci odmówili posłania ich do miejscowej szkoły, w której zdecydowaną większość stanowiły dzieci muzułmańskie, i zaczęli je uczyć własnym sumptem w sali nad pubem. Sprawa stała się głośna w całej Anglii – rodziców oskarżono o rasizm, oni zaś twierdzili, że nie są rasistami, chcą jedynie, by ich dzieci uczyły się angielskiego na najwyższym poziomie i nie były dyskryminowane wobec dzieci muzułmańskich. Zgodnie z wytycznymi ogłoszonymi dwa lata wcześniej, szkoła w Dewsbury wprowadziła tzw. podejście wielokulturowe, czego skutkiem było obniżenie poziomu nauczania angielskiego (dla dzieci imigrantów był on językiem obcym) oraz odejście od wartości chrześcijańskich jako podstawy wychowania. Szef rady szkoły – który, nawiasem mówiąc, był miejscowym proboszczem anglikańskim – twierdził, że Biblia jest tekstem „jątrzącym i antyspołecznym”, a w nowoczesnym społeczeństwie znacznie lepiej sprawdza się „budowanie mostów” między wspólnotami chrześcijańską i muzułmańską.

Osiemnaście lat później mieszkańcy Dewsbury dowiedzieli się, że to spośród nich wywodzi się Mohammad Sidique Khan – przywódca zamachowców, którzy 7 lipca 2005 roku zdetonowali cztery bomby w Londynie. W zamachach zginęły 52 osoby. Dwa miesiące po tych wypadkach w brytyjskiej telewizji pojawiło się nagranie wideo Khana, który z czystym północnoangielskim akcentem tłumaczył, dlaczego doszło do zamachów: „Jesteśmy w stanie wojny, a ja jestem żołnierzem. Wasze demokratycznie wybrane rządy nieustannie dokonują zbrodni na moich współwyznawcach, a wy, poprzez wspieranie tych rządów, jesteście za te zbrodnie odpowiedzialni – jak ja jestem odpowiedzialny za ochronę i pomszczenie moich muzułmańskich braci i sióstr”. W tej wypowiedzi terrorysty, urodzonego i wychowanego w Wielkiej Brytanii, „wy” znaczyło Brytyjczycy, a „ja” i „my” – muzułmanie.

Londonistan to stan umysłu

Te dwie oddalone w czasie historie można uznać za ironiczny komentarz losu na temat przypadku, który rządzi ludzkim życiem. Można również – jak robi to Melanie Philips, autorka wydanej właśnie w Wielkiej Brytanii książki pt. „Londonistan” – zobaczyć w nich przerażającą ilustrację cywilizacyjnej zmiany, jaką przeszedł jej kraj. W wyniku tej transformacji Wielka Brytania – jak twierdzi Philips – dokonuje egzekucji na własnej kulturze, a Londyn staje się światową wylęgarnią islamskiego ekstremizmu. Ani władze, ani elity brytyjskie nie rozumieją – bo nie chcą zrozumieć – co się dzieje: „inteligencja, media, politycy, prawnicy, Kościół Anglii, a nawet policja ogarnięte są patologią, wskutek której Londonistan może się rozwijać”.

Londonistan to nie tylko obecność islamskich terrorystów. Według Melanie Philips to przede wszystkim stan umysłu. Jego głównym przejawem jest odrzucenie dowodów na to, że islamski terroryzm jest zakorzeniony w religii. Zamiast tego ministrowie, pracownicy służb bezpieczeństwa, policjanci wolą twierdzić, że jest on wynikiem „usprawiedliwionych pretensji muzułmanów” za atak na Irak, „zbrodnie Izraela na Palestyńczykach” albo akty „islamofobii” w Wielkiej Brytanii.

Philips twierdzi, że powodem takiego podejścia jest po części zakorzeniona u Brytyjczyków niechęć do mieszania się w sprawy religii. Anglicy nie rozmawiają o religii, uważają, że jest to dla każdego człowieka prywatna sprawa, w którą nie powinno ingerować nie tylko państwo, ale nawet sąsiedzi. Fanatyzm religijny, wojny, nawoływania do mordów na tle jakichś wierzeń należą według nich do dzikiej prehistorii, a gdy stykają się z ideologiczno-religijnymi dyrdymałami rozpowszechnianymi w brytyjskich meczetach, nie pojmują, że ktokolwiek może je traktować poważnie. Abu Hamza, kilka miesięcy temu skazany na 7 lat więzienia za nawoływanie do morderstw i gromadzenie broni w meczecie Finsbury Park, przez wielu Brytyjczyków postrzegany był – i ciągle jest – jak cyrkowy klaun (ze względu na zakrzywioną metalową protezę ręki nazywany jest Kapitanem Hakiem), którego raczej należało wyśmiać, zamiast skazywać. Problem w tym, że wielu brytyjskich muzułmanów nie śmieje się, tylko słucha. Według danych służb bezpieczeństwa w kraju mieszka 1200 terrorystów gotowych zabijać i poświęcić własne życie za wartości głoszone przez Abu Hamzę i jemu podobnych. Książka Philips oparta jest na tezie, że ten ekstremistyczny odłam islamu nie jest żadną aberracją, ale pełni dziś zasadniczą rolę w świecie muzułmańskim, a w Wielkiej Brytanii popiera go coraz większa liczba muzułmanów i reprezentujących ich instytucji działających całkowicie legalnie, niekiedy przy aktywnym wsparciu władz brytyjskich.

Naród jest iluzją

Narodowa skłonność do pragmatyzmu i wynikające z niej przymykanie oczu na ideologiczne fanaberie to – jak twierdzi Philips – nie są główne powody rozwoju Londonistanu. Autorka uważa, że największym grzechem brytyjskich elit jest poddanie się ideologii wielokulturowości. Jej istotą jest przekonanie, że każdy przejaw dominacji jest nieuprawniony, a wszystkie mniejszości powinny mieć taki sam status prawny jak większość narodu. Samo pojęcie narodu jest oczywiście podejrzane, chyba że za naród nie uważamy wspólnoty połączonej językiem, historią i wyznawanymi wartościami, ale po prostu ludzi, którzy z różnych powodów mieszkają w tym samym miejscu.

Również każda próba narzucenia wartości reprezentowanych przez większość jest nieuprawniona, może ona bowiem ograniczać prawa którejś z mniejszości. Nie wolno promować tradycyjnej rodziny, bo może to urazić homoseksualistów; w ogóle nie należy oceniać zachowań seksualnych, religijnych, etycznych, bo ich wybór jest indywidualną sprawą każdego człowieka, determinowaną przez różne czynniki społeczne. W szkołach należy zwracać szczególną uwagę na to, by nie urazić wrażliwości imigrantów – najlepiej poprzez odejście od nauczania w zbyt obfitym wymiarze historii i kultury Wielkiej Brytanii. Jeśli już, to zawsze w kontekście obcych kultur, najlepiej w ramach „wyznania win” za kolonialną przeszłość Imperium. „Brytyjski system nauczania (w szkołach państwowych) – pisze Philips – po prostu odszedł od przekazywania wartości oraz historii narodu kolejnym pokoleniom, głosząc zamiast tego myśl, że prawda jest iluzją, a naród i jego wartości mogą być tym, co uznamy za stosowne”. Autorka cytuje szereg przykładów nauczycieli oskarżanych o rasizm i relegowanych ze szkół za próbę nauczania dzieci imigrantów języka, historii i wartości wyrosłych z brytyjskiej kultury.

Przykłady odzierania się przez Brytyjczyków z własnej tożsamości sięgają niekiedy poziomu groteski. Philips pisze o bankach, wycofujących ze swoich oddziałów skarbonki w kształcie świnki, restauracji Burger King, która zlikwidowała sprzedaż lodów po skargach muzułmanów, że logo na lodówce wygląda jak słowo „Allah„, i rosnącej w szybkim tempie liczbie rad miejskich, które odwołują święta Bożego Narodzenia, zastępując je „festiwalem zimowym”. To wszystko dla poszanowania kultury i religii muzułmańskiej, która powinna mieć takie same prawa jak każda inna. „Jest tylko jedna kultura – pisze Philips – która w pojęciu wielokulturowości nie zasługuje na równe traktowanie. To rodzima kultura brytyjska. Program rzekomej równości jest w istocie radykalną dekonstrukcją kultury większości mieszkańców Wysp, idei narodu i wartości zachodniej demokracji, szczególnie rozumienia pojęć takich, jak moralność i prawda. (…) To jest kulturalna polityka spalonej ziemi (…). Tę moralną, kulturalną i duchową próżnię próbują wypełnić radykalni islamiści”.

Wszyscy pod ochroną

Melanie Philips nie poprzestaje na ogólnych zarzutach – wskazuje konkretnych ludzi winnych doprowadzenia do obecnej sytuacji. Przede wszystkim oskarża środowisko prawnicze i polityków za niemal religijną cześć, jaką oddają idei praw człowieka. „Po upadku socjalizmu blairowscy politycy – podobnie jak lewicowcy w innych krajach – musieli znaleźć nowy radykalny motyw, który pozwoliłby im kontynuować misję transformacji społeczeństwa i natury ludzkiej. Prawa człowieka stały się idealnym do tego narzędziem”.

Philips pokazuje, w jaki sposób Konwencja Praw Człowieka – dokument wymyślony po II wojnie światowej w kontekście doświadczeń stalinizmu i faszyzmu, i przeznaczony do ochrony jednostki przed państwem – została w ciągu ostatnich 40 lat przejęta na potrzeby zabezpieczenia wszelkiego rodzaju mniejszości i stosowana jak szantaż prawny wobec większości narodu. „Dawniej jednostka była powiązana szeregiem obowiązków wobec innych ludzi i państwa. Nowa kultura indywidualizmu i równości wszelkich stylów życia nakłada główne obowiązki na państwo. Musi ono wypełniać żądania jednostki, które przedstawiane są jako należące do sfery praw człowieka. (…) Moralna ocena różnych stylów życia uznawana jest za dyskryminację; uprzedzenie do drugiego człowieka (…) staje się grzechem głównym, usuwając w cień kodeksy moralne judaizmu i chrześcijaństwa, które wcześniej stanowiły podstawę cywilizacji zachodniej”.

W świecie, w którym wszystko może należeć do sfery praw człowieka – nie tylko prawo do życia czy wolność słowa i wyznawanej religii, ale również skłonności seksualne, płeć albo inne dowolne kategorie – każdy może być również ofiarą. Demokracja z ustroju, w którym rządzi większość w poszanowaniu praw wszystkich obywateli, zmienia się w system płynnego podziału władzy (power sharing) między mniejszości etniczne, religijne, seksualne i inne grupy nacisku. Żadna nie może uzyskać widocznej przewagi, ponieważ to oznaczałoby dyskryminację innych grup. Wszyscy są pod ochroną i wszyscy mogą być ofiarami, a jedynym oprawcą i przegranym w tej grze okazuje się większość, która nie może uznawać swoich wartości (takich jak monogamia, heteroseksualizm, chrześcijaństwo czy brytyjskość) za normę, bo z definicji nic nie jest normą.

Azyl dla terrorystów

Jak ten system przepisuje się na konkretne działania władz wobec islamskich radykałów? Philips pokazuje system, w którym brytyjski rząd „praktycznie stracił kontrolę nad granicami państwa”. Dochodzi do absurdalnych sytuacji, w których Brytyjczycy zobowiązani są międzynarodowymi aktami prawnymi oferować azyl znanym terrorystom powołującym się na prześladowanie w swoich krajach, bez względu na rodzaj tego prześladowania. Znany jest przypadek udzielenia azylu bojownikowi talibanu, który walczył z Brytyjczykami i Amerykanami w Afganistanie, ponieważ – jak zgodnie z prawdą mówił – uciekał on przed popieraną przez Brytyjczyków i Amerykanów władzą w Kabulu. Francuzi musieli czekać 10 lat na deportowanie z Londynu terrorysty winnego zamachu w Paryżu, ponieważ sąd angielski nie był pewny, czy we Francji uszanowane zostanie jego prawo do obrony.

Kołomyi prawnej towarzyszy paraliż policji, która unika interwencji w sprawach dotyczących muzułmanów, obawiając się oskarżeń o rasizm. Zwleka z interwencją w sytuacji jawnego łamania bądź naginania prawa przez muzułmanów, np. w wypadku poligamii czy aranżowania małżeństw młodych brytyjskich muzułmanek z kuzynami z subkontynentu indyjskiego. Regularne nawoływania do przemocy wobec Brytyjczyków podczas manifestacji przeciw wojnie w Iraku czy przeciw Izraelowi (elity brytyjskie są, zdaniem Philips, chore na antysemityzm) uchodzą bezkarnie, natomiast wszelkie krytyki radykalizmu islamskiego uznawane są za przejawy „islamofobii”. Organizacje wyjęte spod prawa w innych krajach, również muzułmańskich, takie jak np. Hizb ut-Tahir, w Wielkiej Brytanii mogły do niedawna działać bezkarnie. Radykałowie islamscy, tacy jak Abu Qatada, Omar Bakri Mohamed, Abu Hamza czy Mohammed al-Massari, mogli swobodnie głosić swoje tyrady nienawiści, zbierać pieniądze i rekrutować chętnych do wyjazdu na obozy szkoleniowe Al-Kaidy.

Co więcej, jak pisze Philips, w Wielkiej Brytanii muzułmanie z definicji nie mogą być uznani za winnych agresji, gdyż w społeczeństwie wielokulturowym tylko większość występuje w roli agresora. Owszem, muzułmańscy przywódcy potępili zamachy z 7 lipca, jednak w następnym zdaniu twierdzili, że ataki zostały sprowokowane zachowaniem Zachodu wobec islamu, ergo – były w istocie aktem samoobrony.

Ta moralna „przewrotka” powoduje, że obrona przed zarzutami o islamofobię jest praktycznie niemożliwa. Im więcej bowiem terroryzmu, tym bardziej histerycznie brytyjscy muzułmanie i ich sojusznicy twierdzą, że padają ofiarą agresji ze strony „islamofobów”. Zresztą, podobnie jak w latach 80. i 90. nie wypadało mówić o terroryzmie irlandzkim, tak dziś sam termin „terroryzm islamski” jest w Wielkiej Brytanii traktowany jako zwrot rasistowski.

W polityce appeasementu wobec radykalnych muzułmanów ważną rolę odgrywa również Kościół Anglii. Przed rokiem, gdy planowano nabożeństwo żałobne ku czci ofiar lipcowych zamachów, anglikańscy przywódcy duchowi postanowili zaprosić na nie rodziny zamachowców. Chodziło o to, by – jak stwierdził jeden z biskupów – „dostrzec również ich stratę oraz wysłać potężny sygnał pojednania wobec wspólnoty muzułmańskiej”. Po gwałtownej reakcji oburzonych rodzin ofiar tragedii rząd nie przyjął propozycji biskupów, jednak pokazuje ona sposób myślenia anglikańskiej hierarchii: jej pierwszym impulsem nie było współczucie dla ofiar zbrodni, ale okazanie jedności z wyznawcami religii, w której imieniu zbrodnia została popełniona. Philips twierdzi, że Kościół Anglii, podobnie jak inne brytyjskie instytucje, „zaprzecza rzeczywistości”, koncentrując się na walce z „islamofobami” i prawicą chrześcijańską, ignorując przy tym rzeczywiste zagrożenie, jakie stwarza radykalny islam.

Oblężenie Troi

Książka Melanie Philips wzbudziła w Wielkiej Brytanii ostre, czasem agresywne reakcje. Autorka – była publicystka lewicowego „Guardiana”, dziś pisząca głównie w konserwatywnym „Daily Mail” oraz na swojej stronie internetowej http://www.melaniephilips.co.uk – oskarżana jest o „paranoję”, „szaleństwo”, „obsesję”, rozpowszechnianie „bredni” o muzułmanach.

W istocie Philips jest brytyjskim odpowiednikiem Oriany Fallaci. Podobnie jak włoska pisarka przedstawia ona najgorsze przejawy islamu jako reprezentatywne dla całej religii i wyciąga z tego najbardziej radykalne wnioski. Przeprowadza swój wywód z niemiłosierną logiką, nawet jeśli konkluzja oznacza radykalny sprzeciw wobec opinii całego brytyjskiego establishmentu i naraża ją na ostracyzm. Zresztą, z wydaniem książki musiała czekać trzy lata i dopiero po lipcowych zamachach znalazła małą firmę wydawniczą gotową podjąć ryzyko.

Od Fallaci odróżnia Philips znacznie mniejsza emocjonalność. Unika zapalczywych epitetów, choć czytelnik nie ma wątpliwości, co sądzi na temat politycznej poprawności, islamu, Kościoła Anglii czy propalestyńskich lewicowców w rodzaju mera Londynu Kena Livingstone’a. Jej książka jest nie tylko zdecydowanym oskarżeniem elit brytyjskich, ale przede wszystkim rejestracją faktów, którym trudno zaprzeczyć. Żyje w kraju, w którym od 40 do 60 procent muzułmanów chciałoby, aby demokracja została zastąpiona prawem szariatu, a prawie połowa uważa Żydów na całym świecie za „usprawiedliwiony cel” (legitimate target) agresji w ramach „nieustannej walki o sprawiedliwość na Bliskim Wschodzie”.

Można uważać wszystkie te fakty za konieczną cenę, jaką brytyjska demokracja płaci za wolność, można je traktować jako ostrzeżenie dla całego zachodniego świata. „Londonistan to stan umysłu” – ostrzega brytyjska Kasandra. Sądząc po smutnym losie Troi, nawet jeśli jej przepowiednie się nie sprawdzą – lepiej w nie uwierzyć.

Dariusz Rosiak

Kapuś winien, esbek niewinny

Źródło: Rzeczpospolita
12.07.2006

Każdy były funkcjonariusz SB ubiegający się o stanowisko publiczne powinien zeznać, co robił

Skazujemy na śmierć cywilną donosicieli, ale nie potępiliśmy ani systemu, ani osób, które nimi kierowały i wykorzystywały ich pracę do łamania praw człowieka oraz ograniczania swobód obywatelskich

Wszystkie ustawy lustracyjne – zaczynając od tej, na podstawie której ówczesny minister spraw wewnętrznych Antoni Macierewicz przygotował listę współpracowników SB, aż do najnowszych regulacji – opierają się na pewnym kompromisie politycznym, który dawno temu stracił rację bytu, a programowo jest odrzucany przez zwolenników IV RP. Kompromis ten polega na tym, by nie potępiać komunizmu, SB, UB i dokonywanych przez nich zbrodni. Natomiast pozwolić ścigać poszczególne czyny jako zbrodnie komunistyczne – co zapewnia ustawa o IPN – oraz pozwolić ujawniać współpracowników SB wśród określonych kategorii obywateli na podstawie ustawy lustracyjnej.

Ustawa lustracyjna nie ma na celu ujawnienia agentury, nie ma też charakteru karnego. Jest to oczywiste, ponieważ dotychczas pracy w UB ani SB nie uznano za przestępstwo, zatem współpraca z tymi instytucjami również nie może być – w świetle prawa – przestępstwem. Ludzie, którzy zgodnie ze swymi służbowymi obowiązkami, np. jako sekretarze wojewódzcy PZPR, wyznaczali SB zadania, nakazywali określone prześladowania itd., byli w wolnych i demokratycznych wyborach wybierani do Sejmu, zajmowali najwyższe urzędy w państwie. Śmierć cywilną powoduje sam fakt zarejestrowania osoby jako współpracownika czy jako kontaktu operacyjnego, bez dociekania, jakie i komu szkody wyrządziła swoją działalnością. Jeżeli – wbrew obowiązującym przepisom – uznalibyśmy donoszenie za przestępstwo, to oczywiście, podobnie jak w przypadku innych przestępstw, ogromne znaczenie dla określenia wagi owego przestępstwa mają rzeczywiste skutki. Ustawa lustracyjna chroni tylko jedno dobro – swobodę działania osób publicznych przed zagrożeniem szantażem.

Kompromis polityczny, którego rezultatem jest ustawa lustracyjna, doprowadził do paradoksalnej sytuacji. Skazujemy na śmierć cywilną donosicieli, ale nie potępiliśmy ani systemu, ani osób, które nimi kierowały i wykorzystywały ich pracę do łamania praw człowieka oraz ograniczania swobód obywatelskich.

Jest też drugi, bardzo ważny aspekt tego zagadnienia. Stan wojenny podzielił polskie społeczeństwo na naszych i wrogów. Wrogami byli ludzie władzy, SB (w stanie wojennym również zawodowi wojskowi), ZOMO. W tym podziale kapusie to zdrajcy. W miarę upływu czasu liczba wrogów zasadniczo zmniejszyła się w świadomości społecznej i straciła jednoznaczność. Historia dokonała zawężenia zakresu pojęcia wroga, ale nie dokonała żadnych złagodzeń i zmian w ocenie zdrajcy.

Zdrajca to szczególny rodzaj przestępcy, najbardziej znienawidzony. Czym innym jest wróg, obcy, czym innym zdrajca czy kapuś. Nie będziemy zajmować się historycznymi opisami stosunku do zdrajców, ale nawet potoczna wiedza historyczna wskazuje, że zdrajcy bywali bardziej znienawidzeni niż nawet okrutni wrogowie. Zapomnieliśmy czyny wrogom, których pokonaliśmy i z którymi negocjowaliśmy warunki kapitulacji przy okrągłym stole. Wrogów oddzielono grubą kreską, ale – jak dowodzą emocje związane z lustracją – zdrajców nie można oddzielić żadną kreską.

Historyczne rozrachunki ze złem muszą zaczynać się od głowy. Ujawnienie zbrodni to przede wszystkim wykrycie głównych sprawców. Pierwszym krokiem może być uznanie, że Służba Bezpieczeństwa – jako organizacja – służyła naruszaniu praw człowieka, a zwłaszcza wolności obywatelskich, i stanowiła zagrożenie dla mienia, zdrowia i życia obywateli. W swej działalności, mającej skutkować ograniczeniem praw obywatelskich i praw człowieka, dokonywała przestępstw przeciwko życiu, zdrowiu i mieniu obywateli. Na pewno więc głównymi przestępcami byli ludzie kierujący tą organizacją. Ujawniać ich nie trzeba, są powszechnie znani, ale należy potępić ich działalność.

Stojąc na gruncie intencji i litery obecnej ustawy lustracyjnej, uznajemy, że bycie kapusiem SB może stanowić źródło szantażu osoby publicznej. Tym bardziej bycie funkcjonariuszem SB może stanowić źródło szantażu. Ponieważ SB dokonywała wielu przestępstw, istnieje duże prawdopodobieństwo, że funkcjonariusz SB był zamieszany w jakieś pobicie, kradzież, podpalenie, pomówienie itp. Zatem każdy, kto chce być funkcjonariuszem publicznym, powinien się oczyścić, bo może być przedmiotem szantażu.

Każdy były funkcjonariusz SB ubiegający się o stanowisko publiczne powinien zeznać, co robił jako funkcjonariusz. Powinno to również dotyczyć każdego pracownika aparatu partyjnego, który wykorzystywał SB w swej działalności w PZPR. On również powinien zeznać, czy zlecał dokonywanie przestępstw, zatajeń, matactw, czy – opierając się na raportach SB – nakazywał wyrzucanie z pracy itp. Tymi zagadnieniami powinna zająć się lustracja. Należy podkreślić, że w tej konstrukcji nie ma żadnego zastosowania np. przedawnienie. Przedawnienie dotyczy kary.

Uznanie SB za organizację przestępczą, łamiącą prawa i swobody obywatelskie, miałoby w tej chwili tylko jeden skutek. Kandydat na stanowisko publiczne musiałby – w ramach lustracji – wyznać, czy był funkcjonariuszem SB i czy w związku z tym, pośrednio lub bezpośrednio, był zamieszany w przestępstwa. Kary nie będzie, bo przestępstwa się przedawniły – chyba że uznamy je za zbrodnie komunistyczne. Przestępstwa definiujemy zgodnie z prawem obowiązującym wówczas. Takie oświadczenie powinno podlegać weryfikacji lustracyjnej. Podobnie lustrowana powinna być praca w aparacie PZPR. Jest całkowicie niemoralne stawianie pod pręgierzem opinii publicznej wyłącznie jakiegoś kapusia, który np. wypaplał plotki o gościu zagranicznym odwiedzającym jego uczelnię, przy jednoczesnym całkowitym braku potępienia dla sekretarza komitetu zakładowego PZPR na tej uczelni czy sekretarza komitetu miejskiego, wojewódzkiego itd., którzy z owych informacji korzystali.

Stowarzyszenie Wolnego Słowa, zrzeszające ludzi opozycji antykomunistycznej, a więc w ogromnej większości ludzi pokrzywdzonych w rozumieniu ustawy o IPN, od dawna domaga się uznania SB za organizację przestępczą, ujawnienia wszystkich jej funkcjonariuszy i współpracowników oraz zbadania szkód, jakie wyrządzili (konferencja prasowa, na której prezentowano ten pogląd, odbyła się 12 grudnia 2005, o czym informowała m.in. „Rzeczpospolita”). Jest niemoralne i niesprawiedliwe stawianie pod pręgierzem wyłącznie współpracowników SB i jednocześnie wypłacanie wysokich rent jej dowódcom. Wobec wszystkich funkcjonariuszy i agentów, jawnych i tajnych, SB – organizacji przestępczej – powinna być uchylona ustawa o ochronie danych osobowych.

Można twierdzić, że bez dekomunizacji cała aksjologia, na której opiera się ocena działalności tajnych i jawnych aparatów PRL, jest niemożliwa. Skoro według niektórych intelektualistów – kandydatów na inżynierów dusz – uznaje się, że ówczesna realpolitik nakazywała wybór stanu wojennego i innych akcji przeciw wolnościowym zrywom narodu, bo było to mniejsze zło, skoro Jaruzelskiego, Kiszczaka, ale również Gierka, Gomułkę czy Ochaba przedstawia się jako tragicznych bohaterów, przymuszonych przez historię do wyboru między mniejszym a większym złem, to również wszystkich służących im funkcjonariuszy, a nawet kapusiów należy umieścić w tej perspektywie historycznej.

Niewątpliwie dyskusja w tej sprawie nabiera tempa i pojawiają się inne głosy. Zanim jednak dojdzie do rozstrzygnięć tych problemów, można wykonać pierwszy krok, uznając SB za organizację działającą na szkodę praw człowieka i wolności obywatelskich.

Domagając się tego, Stowarzyszenie Wolnego Słowa proponuje rozwiązanie minimalistyczne, bo omijające problem dekomunizacji i historycznej oceny PRL, ale możliwe do szybkiego zastosowania i pozwalające postawić etykę lustracji z głowy na nogi – to też coś warte.

JACEK SZYMANDERSKI, Członek Stowarzyszenia Wolnego Słowa