Pogrzeb w Chinach

Źródło: Rzeczpospolita: Koniec ze striptizem nad trumną
25.08.2006

Władze Chin chcą położyć kres praktyce, dzięki której nawet mało znani za życia wieśniacy byli odprowadzani na miejsce wiecznego spoczynku przez tłumy żałobników.

Aby zwiększyć frekwencję, krewni zmarłego uatrakcyjniali pogrzeby pokazem striptizu. Taki pochówek – z udziałem 200 osób, w tym wielu dzieci – pokazała 21 sierpnia chińska telewizja CCTV. Odbył się on w Donghai w prowincji Jiangsu. Rodzinie zmarłego zależało na dużej liczbie żałobników, bo – jak głosi lokalna tradycja – miało to jej zapewnić szacunek i szczęście.

Mógł to być jeden z ostatnich takich pogrzebów. Odkąd telewizja zwróciła uwagę na obsceniczność tej praktyki, zewsząd słychać apele o jej zakazanie.

Aresztowanych zostało pięć osób oferujących pogrzebowe uciechy. Okazało się bowiem, że organizujące je firmy świetnie prosperowały. Szef jednej z nich powiedział CCTV, że w zeszłym roku zarobił 200 tysięcy juanów (25 tys. dolarów). Striptizerkom, którymi były miejscowe kobiety, płacił za taniec nago z wężami 200 juanów. Odbywające się wieczorami pogrzeby stały się w prowincji Jiangsu najpopularniejszą rozrywką najemnych robotników rolnych.

Teraz władze lokalne podają numery telefonów, pod którymi będą zbierane informacje o „niewłaściwych zachowaniach” na pogrzebach. Za donos można dostać 300 juanów (37,5 dolara). Rodzina ma zgłaszać plan uroczystości pogrzebowych 12 godzin po zgonie krewnego.

mt-o, reuters, dpa
Reklamy

Broń masowego przerażenia

Źródło: Rzeczpospolita: Broń masowego przerażenia
22.08.2006

W latach 1998 – 2002 w Stanach Zjednoczonych zanotowano 1300 przypadków zniknięcia materiałów radioaktywnych. Według Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej w czasie wojny w Chorwacji zginęło prawie 30 urządzeń zawierających cez

Atomem łatwo straszyć. Niedawno minęła 61. rocznica ataków na Hiroszimę i Nagasaki. Po nich był zimna wojna, podczas której ludzkość podobno kilkakrotnie znajdowała się o włos od nuklearnej konfrontacji, a 20 lat temu doszło do awarii w Czarnobylu. Już to wystarczy, by bać się powtórki z historii. A przecież jest jeszcze nieobliczalny Iran, podobno na najlepszej drodze do wyprodukowania własnej bomby atomowej. Jest niereformowalna Korea Północna, która już ogłosiła, że ją ma, choć tylko nieliczni jej wierzą. Jest wreszcie Al-Kaida, która nigdy nie ukrywała, że zamierza pozyskać broń masowego rażenia, bo po zamachach z 11 września czuje niedosyt. A przecież najbardziej masowo razi właśnie atom.

Kupić, ukraść, skonstruować

Analitycy są zgodni: żaden kraj, nawet mający reputację awanturnika, nie zdobędzie się na niesprowokowany atak nuklearny. To byłoby szaleństwo. Na poniesienie konsekwencji odwetu nie stać nawet Stanów Zjednoczonych czy Rosji, nie mówiąc o państwach, których potencjał atomowy jest znacznie mniejszy. – Iran, Pakistan czy Korea Północna wiedzą, że zostałyby natychmiast zniszczone – mówi „Rz” Victoria Samson z teksaskiego Center for Defence Information.

Terroryści nie mają tego problemu. Nie posiadają terytorium, które można by zrównać z ziemią. Nie wiąże ich traktat o nierozprzestrzenianiu broni masowego rażenia. Nie ucierpi ich gospodarka, nie dopadnie bezrobocie. Mogą zaatakować, po czym zniknąć i zająć się planowaniem nowych zamachów.

Żeby jednak wykorzystać atom, trzeba go mieć. Charles D. Ferguson wymienia trzy sposoby, dzięki którym Al-Kaida (czy jakakolwiek inna organizacja terrorystyczna) może pozyskać broń jądrową. Może ją wykraść, kupić lub samodzielnie skonstruować.

Pierwsza możliwość jest w zasadzie nierealna. Na świecie jest wprawdzie osiem potęg nuklearnych (licząc Izrael), które dysponują w sumie 27 tysiącami głowic, ale są one pilnowane tak, że wywiezienie choćby jednej zakrawałoby na cud. Poza tym głowica to nie pocisk artyleryjski. Nie da się jej tak po prostu załadować i odpalić. Wszystkie chronione są skomplikowanymi i tajnymi procedurami. Naruszenie ich powoduje rozbrojenie ładunku.

Skoro nie da się ukraść, można próbować kupić wraz z instrukcją użycia. Nawet najbardziej przeczuleni specjaliści od wojskowości uznaliby tę opcję za godną najwyżej kolejnego politycznego dreszczowca, gdyby nie Pakistan, najbardziej niestabilne mocarstwo atomowe. Talibowie i Al-Kaida cieszą się tam dużymi wpływami i nie można wykluczyć, że dojdą kiedyś do władzy. Prezydent Perwez Muszarraf był już dwukrotnie celem zamachów. Nie należy także zapominać o tym, że Pakistan miał do czynienia ze sprzedawaniem technologii nuklearnej Libii, Iranowi i Korei Północnej. Na razie jednak Islamabad jest sojusznikiem Amerykanów i panuje nad sytuacją.

Pozostaje samodzielne skonstruowanie bomby atomowej. Zadanie, które przekracza możliwości państw przeznaczających na to miliardy dolarów, wydaje się tym bardziej niewykonalne dla terrorystów.

Al-Kaida ma jeszcze jedno wyjście: zdobyć tak zwaną bombę walizkową – o ile takie bomby w ogóle istnieją. W 1997 roku doradca prezydenta Borysa Jelcyna Aleksander Lebiedź powiedział, że po rozpadzie ZSRR bez śladu zginęło około stu przenośnych ładunków nuklearnych. Ile jest w tym prawdy, trudno ocenić, bo Waszyngton zaraz zarzucił Lebiedziowi kłamstwo, a rosyjski minister ds. energii atomowej oświadczył, że nigdy nie pracowano nad taką technologią.

Atom alternatywny

Al-Kaidzie pozostaje więc tylko działalność chałupnicza: wyprodukowanie konwencjonalnego ładunku wybuchowego zawierającego materiał radioaktywny. O tak zwanej brudnej bombie zrobiło się głośno zaraz po atakach na Nowy Jork i Waszyngton, kiedy rozmaici specjaliści zaczęli przewidywać, co jeszcze mogą nam szykować zamachowcy. W roli broni biologicznej wystąpił wtedy wąglik. Namiastką broni jądrowej miała być brudna bomba.

Trzy lata temu brytyjski wywiad stwierdził, że atak terrorystyczny z wykorzystaniem materiałów rozszczepialnych jest tylko kwestią czasu. Szef Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej Mohamed El-Baradei ostrzegł, że nielegalny rynek dostaw materiałów radioaktywnych jeszcze nigdy nie miał się tak dobrze jak dziś. Od 1993 roku doszło do około 700 przypadków przemytu technologii jądrowej. Prezydent USA George W. Bush uznał problem za tak poważny, że podczas wizyty w Krakowie w maju 2003 roku ogłosił powstanie międzynarodowej organizacji, której celem jest zwalczanie tego procederu. Inicjatywa Krakowska, jak nieformalnie mówi się o tej organizacji w Polsce, ma na koncie kilka sukcesów, m.in. przechwycenie materiałów dla irańskiego programu budowy rakiet balistycznych.

Przekonanie, że prędzej czy później terroryści użyją brudnej bomby jest uzasadnione. Zdobycie substancji radioaktywnych nie jest trudne, mają one bowiem powszechne zastosowanie – choćby w leczeniu nowotworów. Nie są przy tym tak chronione, jak wzbogacony uran czy pluton.

O krok od propagandy

O skuteczności brudnych bomb krążyły legendy. Opowiadano, że wywołują powolną śmierć w wyniku powikłań popromiennych. Pół roku po zamachach na USA przewodniczący Zrzeszenia Amerykańskich Naukowców oświadczył przed Senacką Komisją ds. Stosunków Międzynarodowych, że odpalenie na Manhattanie ładunku zawierającego promieniotwórczy pręt kobaltu o wymiarach 2,5 cm na 35 cm oznaczałoby konieczność ewakuowania całej dzielnicy na 40 lat. Henry Kelly wyliczył, że na obszarze kilku przecznic od miejsca eksplozji ryzyko zachorowania na raka wyniosłoby pięć procent.

Tydzień później dwóch naukowców z Amerykańskiego Instytutu Fizyki podważyło te wyliczenia. „Ocena zagrożenia nowotworami jest oparta na fałszywym przekonaniu, że wystawienie wielkiej liczby ludzi na niewielką dawkę promieniowania musi spowodować „pewną liczbę zachorowań”” – napisali Ben Stein i Andrew Karam. Problemem naukowców jest to, że jedynym ich punktem odniesienia są Hiroszima i Nagasaki, gdzie ludzie zostali napromieniowani dawkami idącymi w setki remów. Niektóre kalkulacje opierają się na założeniu, że istnieje geometryczna zależność między otrzymaną dawką a ryzykiem zachorowania na raka. Ci, którzy naprawdę znają się na radiacji (zrzeszająca sześć tysięcy specjalistów Health Physics Society czy Council on Radiation Protection), odradzają kalkulowanie zagrożenia nowotworami w wyniku niskich dawek (poniżej dziesięciu remów). Zdaniem Steina i Karama brudna bomba wywoła najwięcej szkód z powodu wybuchu paniki.

Oppenheimer miał rację

Skuteczność brudnej bomby zależy od zbyt wielu czynników, by można było mówić o rzetelnej ocenie zagrożenia. Moc konwencjonalnej eksplozji, rodzaj i ilość materiału radioaktywnego, siła i kierunek wiatru oraz gęstość zaludnienia – to wszystko sprawia, że mamy do czynienia z równaniem z samymi niewiadomymi. Terroryści nie dokonali jeszcze tego rodzaju zamachu, ale wskazówką co do jego skutków może być to, co stało się we wrześniu 1987 roku w brazylijskim mieście Goiania.

Dwaj handlarze złomu ukradli z opuszczonej kliniki onkologicznej pojemnik z cezem stosowanym w radioterapii. Załadowali go na taczki i wieźli pół kilometra. Jeszcze tego samego dnia zaczęli się uskarżać na problemy żołądkowe. Tydzień później jeden z nich przebił pojemnik, doprowadzając do wycieku cezu. Prawdziwe szaleństwo zaczęło się kilka dni później, gdy pakunkiem zainteresowali się inni. Silnie radioaktywny proszek intensywnie świecił na niebiesko, więc kilka osób wysmarowało się nim dla zabawy. Trwało to już dwa tygodnie, gdy „właściciele” cezu zauważyli, że dzieje się coś złego. Otwarty pojemnik zabrali do kliniki. Autobusem.

Zabawa z cezem kosztowała życie pięciu osób (w tym kilkuletniej dziewczynki). 249 uległo napromieniowaniu, z czego 151 miało obrażenia wewnętrzne. 49 trzeba było hospitalizować, a 28 miało ciężkie poparzenia. Służby radiologiczne ewakuowały 200 osób, a z 85 budynków uznanych za skażone wyburzono siedem.

Czy brudna bomba spowodowałaby większe straty, trudno przewidzieć, ale sam fakt, że Amerykanie wydają grube miliony na zapobieganie „zbójeckiemu” atakowi nuklearnemu, świadczy o tym, jak wielką słuszność miał twórca bomby atomowej. Julius Robert Oppenheimer ostrzegał, że jedyną metodą uwolnienia świata od strachu przed atomem jest całkowity zakaz broni masowego rażenia.

RAFAŁ KOSTRZYŃSKI, współpraca Wojciech Lorenz

I tak źle, i tak niedobrze – Izrael – Liban

Z izraelskim pisarzem Etgarem Keretem rozmawia Dariusz Rosiak

Rz: Gdy dzwoniłem do pana wczoraj, nie mogliśmy rozmawiać, bo szedł pan na pogrzeb żołnierza izraelskiego, który poległ w Libanie. Kto to był?

Etgar Keret: Uri, dwudziestoletni syn pisarza Davida Grossmana. Poległ zaledwie dwa dni przed ogłoszeniem rozejmu, jako jedna z ostatnich ofiar wojny. Rakieta Hezbollahu trafiła w czołg, którym dowodził. Uri w listopadzie kończył służbę, miał wyjechać za granicę, studiować. Gdy człowiek staje w obliczu takiej tragedii, to właściwie nie ma się nic do powiedzenia. Ten pogrzeb to była jedna z najsmutniejszych rzeczy, jakie widziałem w życiu…

Czy ludzie w Izraelu, uczestnicząc w pogrzebach żołnierzy, najbliższych, mają pretensje do polityków, którzy podjęli decyzję o operacji w Libanie?

Wie pan, to jest jedna z niewielu wojen Izraela, która nie ma nazwy. I ja wymyśliłem dla niej nazwę: „I tak źle, i tak niedobrze”. Jestem wielbicielem Simpsonów, w tym filmie jeden z bohaterów ciągle tak mówi (w oryginale „Damn if you do, damned if you don’t”). Jeśli Izrael nie zareagowałby na ostrzeliwanie miast na północy kraju, to po prostu oznaczałoby zgodę na unicestwienie naszego państwa. Z drugiej strony, decydując się na wojnę z organizacją partyzancką taką jak Hezbollah, która działa z terytorium Libanu, ale przecież go nie reprezentuje, godzimy się na zabijanie ludzi niemających nic wspólnego z Hezbollahem, może nawet niebędących wrogami Izraela.

Po ogłoszeniu rozejmu, w Izraelu rozlegają się głosy domagające się powołania komisji parlamentarnej do zbadania przebiegu i skutków tej wojny. Czy chodzi właśnie o protesty przeciwko zabijaniu ludności cywilnej w atakach izraelskich?

Chodzi o coś zupełnie innego. Myśmy przegrali tę wojnę i chcemy wiedzieć, dlaczego ją przegraliśmy. Dlaczego po miesiącu walk, wbrew obietnicom polityków, porwani żołnierze nie zostali odbici, dlaczego Hezbollah nie został zlikwidowany ani nawet osłabiony. Izrael nie jest bezpieczniejszy, a wręcz przeciwnie – pierścień wrogów zaciska się coraz ciaśniej wokół nas. Ta wojna przekonała nas, że tzw. wspólnota międzynarodowa nie jest wiarygodnym graczem na Bliskim Wschodzie. Straciliśmy wiarę w to, że światu – ONZ, Unii Europejskiej, również Stanom Zjednoczonym – rzeczywiście zależy na rozwiązaniu tego konfliktu. Jeśli sami nie zadbamy o własne bezpieczeństwo, to po prostu możemy przestać istnieć. To chyba jest największy morał tej wojny dla Izraelczyków.

Jeśli Izrael przegrał, to kto wygrał?

Iran i Syria. Liban przegrał tę wojnę. Nawet Hezbollah ją przegrał, w końcu co zyskali? Zburzyli kilkaset domów i zabili stu obywateli Izraela. Tylko liderzy Iranu i Syrii mogą zacierać ręce i cieszyć się z tego, co się stało. Nie ma wątpliwości, że krajem, który w tej chwili kontroluje sytuację na Bliskim Wschodzie, jest Iran. Właśnie wygrał wojnę z Izraelem, nie tracąc nawet jednego żołnierza ani budynku, bo prowadził ją na terytorium obcego kraju, czyli Libanu.

I dzieje się to za przyzwoleniem całego świata. Teheran od dziesiątków lat przeznacza miliony dolarów na sponsorowanie światowego terroryzmu, prowadzi operacje zbrojne przeciwko Izraelowi, godzi w interesy USA i innych krajów, łamie rezolucje ONZ, otwarcie deklaruje chęć zniszczenia Izraela. I co? I nic. To wszystko odbywa się bez żadnych skutecznych sankcji ze strony wspólnoty międzynarodowej. Jest dużo słów, deklaracji, występów przed kamerami, ale gdy przychodzi co do czego, na Zachodzie wygrywa zwykle egoizm, krótkoterminowe interesy gospodarcze. Przecież nawet warunki tego rozejmu to fikcja. Teoretycznie nakazuje on rozbrojenie Hezbollahu, ale Hezbollah mówi, że się nie rozbroi, a Kofi Annan mówi, że ONZ nie może go do tego zmusić. Zachód pokazuje Izraelowi swoją niekompetencję i podczas tej wojny chyba wszyscy to zrozumieliśmy.

Ale dokładnie to samo mówią Palestyńczycy o Izraelu. Wy też nie przestrzegacie rezolucji ONZ nakazujących wycofanie wojsk z terytoriów okupowanych i zabijacie ludność cywilną.

Ja się z tymi opiniami zgadzam. To nie jest prosty podział: Izrael – dobry, Palestyńczycy – źli. Ten brak kompetencji, krótkowzroczność czy zwykły egoizm Zachodu uderza tak samo w Palestyńczyków, jak i w nas. I powtarzam, jest tylko jeden kraj, który na tym wszystkim korzysta – Iran. Moim zdaniem we wspólnocie międzynarodowej nie ma woli powstrzymania go przed przemocą. Wątpię również, czy znajdzie się wystarczająca determinacja, by powstrzymać Iran przed wyprodukowaniem broni jądrowej.

A Izrael? Nie powstrzyma Iranu?

Nie wiem, nie jestem politykiem ani generałem. Jeśli mnie pan pyta, czy czuję się zagrożony przez kraj, którego prezydent otwarcie wzywa do zniszczenia mojego państwa i neguje Holokaust, to odpowiadam: tak, czuję się zagrożony. Czy da się z nim negocjować jakieś pokojowe rozwiązanie, które byłoby do przyjęcia przez Izrael? Moim zdaniem, nie. Iran czuje się wzmocniony tą wojną, a Izrael jest słabszy niż przed jej wybuchem. Dlaczego zatem Ahmadineżad miałby iść na jakiekolwiek ustępstwa?

Zasadnicze pytanie brzmi: dlaczego Iran w ogóle ma problem z Izraelem? O co w tym wszystkim chodzi? Przecież my nigdy nie toczyliśmy z nim wojny, nie mamy wspólnej granicy, Izrael nie atakuje interesów Iranu na świecie, więc pytam: dlaczego im tak bardzo przeszkadzamy?

Jak pan myśli, dlaczego?

To jest zwykła antysemicka nienawiść podszyta religijnym fundamentalizmem. Tutaj zresztą tkwi największy problem Zachodu i częściowo Izraela. My jesteśmy pełni arogancji wobec muzułmanów. Nie chce nam się nawet pomyśleć, skąd biorą się takie zachowania, jak postępowanie zamachowców-samobójców czy polityka Iranu. Izrael prowadził tę ostatnią wojnę, jakby naszym przeciwnikiem była jakaś Szwajcaria albo Holandia. Założyliśmy sobie, że skoro przeciwstawimy wrogowi większą siłę, skoro będzie ginąć ludność cywilna, to przeciwnik się podda. To jest jakieś zasadnicze nieporozumienie. Hezbollah się nie poddaje, bo straty w ludziach się dla niego nie liczą. Gdy giną jedni, znajdą się następni. Co więcej, ludzie tacy jak prezydent Iranu Ahmadineżad czy lider Hezbollahu szejk Nasrallah doskonale rozumieją świat Zachodu i wiedzą, że my ich nie rozumiemy.

Na czym polega nasz błąd?

Często rozmawiam z Europejczykami na przykład na temat zamachowców-samobójców. I Niemcy czy Anglicy mówią mi, jak to ci samobójcy są zdesperowani, jacy biedni, jacy pozbawieni nadziei i że niby ten brak nadziei nimi kieruje. To jest wierutna bzdura. Ci ludzie są przepełnieni siłą życiową, oni swoją nadzieją mogliby obdarować armię bezrobotnych w każdym kraju zachodnim. Przecież zamachowcy z 11 września byli bogatymi, wykształconymi, młodymi ludźmi. I prawie każdy zamach – włącznie z tymi ostatnimi, udaremnionymi niedawno przez brytyjską policję – jest dokonywany przez tego typu ludzi. To są fanatycy religijni. Nie powoduje nimi brak nadziei, tylko nadzieja na nagrodę po śmierci. Ludzie na Zachodzie nie rozumieją fanatyzmu religijnego, więc tłumaczą sobie tego typu działania na inne, błędne sposoby. I powtarzają non stop te brednie o rzekomej biedzie i braku nadziei.

Izrael też ma swoich fanatyków religijnych.

Oczywiście. Niedawno rozmawiałem z osadnikami, którzy mają sześcioro dzieci, z których dwoje zostało zabitych w zamachach Hezbollahu. A mimo to nie wyprowadzą się z domu, bo nie chcą opuszczać ziemi, którą – jak wierzą – darował im Bóg. Biorąc pod uwagę standardy Zachodu, oni są szaleńcami. Gdyby ktoś groził, że zabije moje dziecko, to zabrałbym rodzinę i uciekał. Osadnicy żydowscy myślą o sobie w kontekście Wielkiego Izraela i historii pisanej przez następne dwa tysiące lat. Bóg dał im ziemię, na której mają obowiązek żyć i umrzeć. I dokładnie tak samo myślą partyzanci Hezbollahu i Hamasu.

Jednak żydowscy osadnicy nie wysadzają się w powietrze ani nie tworzą organizacji partyzanckich. Przynajmniej na razie.

Ale też potrafią reagować przemocą w imię religii. Wie pan, moja siostra jest ultraortodoksyjną Żydówką. Mieszka we wspólnocie religijnej, ma 11 dzieci i generalnie robi to, co jej każe rabin. Mieszkańcy Zachodu są przekonani, że wszyscy ludzie na całym świecie marzą o tym, by żyć w demokracji. A moja siostra mówi mi otwarcie: „Ja nie chcę żadnej demokracji. Demokracja to ustrój, w którym miliony głupich ludzi podejmują decyzje w sprawach, na których kompletnie się nie znają. Ja wolę ustrój, w którym decyduje mój rabin, bo on jest mądrzejszy ode mnie i od ciebie. Nie chcę ustroju, w którym głos głupca jest tak samo ważny jak głos mądrego”.

Dlatego moja siostra nie uznaje nawet Państwa Izrael. Czuje się odpowiedzialna wobec Boga, wobec swojego rabina, identyfikuje się z Izraelem jako narodem wybranym, z ziemią przekazaną mu przez Boga, ale nie z laickim, demokratycznym państwem. Ona mieszka we wspólnocie ortodoksyjnej i mówi mi: „Ja żyję w społeczności, w której każdy jest odpowiedzialny za każdego. Gdy potrzebuję pieniędzy, to sąsiad mi je daje. Gdy mam problem, idę do rabina. Ty żyjesz w świecie, w którym ludzie się nienawidzą albo nie zwracają na siebie uwagi. Możesz umrzeć w rynsztoku i nikt nawet nie odwróci głowy. Na co mi twoja demokracja? Mój Bóg jest miłosierny i dobry, twój bóg to indywidualizm, egoizm, rozpad rodziny, rządy głupców. Mój Bóg jest lepszy niż twój”.

Co pana siostra myśli o tej wojnie?

Jest jej przykro, że giną ludzie, szczególnie, jeśli giną Żydzi. W tym sensie jest również podobna do fundamentalistów muzułmańskich, wszystkie ekstremistyczne formy religii są rasistowskie. Podobnie jak oni jest również przekonana, że powodem wojen jest nieprzestrzeganie słowa bożego. I wierzy, że gdy przyjdzie Mesjasz, nie będzie wojen.

Ja to wszystko mówię nie po to, żeby pokazać, jaka moja siostra jest niemądra, żeby demonizować jej poglądy. Wręcz przeciwnie – bardzo ją kocham, słucham jej i często się zastanawiam, czy nie ma przypadkiem racji. Ale ludzie na Zachodzie muszą odejść od prostych odpowiedzi. Że niby Izrael to jest coś w rodzaju Belgii, Hezbollah to coś w rodzaju Holandii i tak się złożyło, że dzielą ich jakieś różnice poglądów, które zaszły zbyt daleko. W rzeczywistości Izrael jest krajem kompletnie różnym od państw Europy, a Hezbollah to też nie są tacy sami ludzie jak wy. To jest starcie odmiennych podejść do życia, narracji, ontologii. Jeśli chce się zrozumieć, co się dzieje na Bliskim Wschodzie, nie wolno o tym zapominać.

Jak pan reagował, gdy widział w zachodnich telewizjach zdjęcia libańskich cywilów zabitych przez żołnierzy Izraela? Te dzieci wyciągane z gruzów, zrozpaczone matki, ludzi bezradnych, nierozumiejących, dlaczego płacą życiem za działania Hezbollahu, z którym nie mają nic wspólnego?

Gdybym ja oglądał tego typu obrazy w Polsce, w Anglii czy Francji, to pewnie też uważałbym, że Izrael postępuje niegodziwie. Nie zarzucam Zachodowi antysemityzmu, nie uważam, że Francuzi czy Holendrzy bardziej popierają Hezbollah niż Izrael. Tu raczej chodzi o to, o czym mówiliśmy wcześniej: o kompletny brak zrozumienia istoty tego konfliktu. Proszę pana, to naprawdę jest proste: organizacja partyzancka, wyszkolona i finansowana przez Iran, działająca nielegalnie, łamiąc rezolucje Organizacji Narodów Zjednoczonych, wystrzeliwuje cztery tysiące rakiet na terytorium obcego państwa wyłącznie w cele cywilne, zabijając przy tym kobiety, dzieci, dorosłych, Żydów i Arabów. Przypominam, że powodem wybuchu wojny było nie tylko porwanie i zabicie żołnierzy, ale jednoczesne ostrzeliwanie północy Izraela. Jeśli ktoś oskarża nas teraz o przesadną reakcję, o używanie nieproporcjonalnej siły, to ja chciałbym zapytać – co innego mieliśmy zrobić? Jaka reakcja byłaby proporcjonalna? Zmniejszenie do połowy liczby bomb, które zrzuciliśmy? Zrzucenie mniejszych? Co by zrobiła Polska, gdyby na przykład z terytorium dajmy na to Austrii zaczęli was ostrzeliwać jacyś partyzanci? Wasi dowódcy zastanawialiby się, czy zbrojna odpowiedź na taki atak byłaby aktem agresji?

Oczywiście, zarzuty o powodowanie śmierci cywilów są ważne. Ja też uważam, że zginęło ich zbyt wielu, że niektórych nalotów należało uniknąć, ale to kwestie taktyczne. Ze strategicznego punktu widzenia Izrael zrobił to, co zrobiłoby każde państwo na jego miejscu. Zaatakowany – odpowiedział siłą.

Na czym polega różnica w podejściu Izraelczyków do tej wojny i do wojny z Palestyńczykami w Gazie czy na Zachodnim Brzegu?

Różnica jest zasadnicza. Większość Izraelczyków uznaje prawo Palestyńczyków do posiadania własnego państwa. Możemy potępiać terroryzm Hamasu albo fundamentalizm religijny, ale Izraelczycy generalnie rozumieją, że okupacja nie ma przyszłości, że musi powstać państwo palestyńskie i Izrael musi ułożyć sobie z nim jakieś sensowne relacje. Wielu z nas przyjmuje również, że Palestyńczycy walczą o wolność, wyzwolenie narodowe. Tymczasem Hezbollah jest organizacją, której jedynym celem jest zniszczenie Izraela, tutaj nie ma mowy o jakichś żądaniach politycznych. Ich jedynym żądaniem jest, żebyśmy przestali istnieć.

Co będzie dalej? Czy ten rozejm to koniec wojny?

Myślę, że koniec pewnego rozdziału. Następny rozpocznie się wtedy, gdy będzie to na rękę Iranowi i Syrii. W krótkiej perspektywie nic się nie będzie działo. ONZ rozmieści swoje siły, ale nikomu nie będzie zależało na tym, by naprawdę zaryzykować. Bo nie wyobrażam sobie, żeby nagle francuscy żołnierze zaczęli rozbrajać Hezbollah.

Rozmawiał Dariusz Rosiak

Etgar Keret

Urodził się w 1967 r. w Tel Awiwie. Jeden z najbardziej znanych i poczytnych pisarzy izraelskich. Przez krytykę nazywany „izraelskim Quentinem Tarantino”, „mistrzem paradoksu i zwięzłości”. Jego krótkie, czasem jednostronicowe opowiadania tłumaczono na angielski, niemiecki, włoski, duński, rosyjski, hiszpański, koreański, arabski. Po polsku ukazały się zbiory „Gaza blues” (2000), „Pizzeria „Kamikadze”” (2001), „Osiem procent z niczego” (2006)

Skazany na władzę – Rahul Gandhi

Źródło: Rzeczpospolita: Skazany na władzę – Rahul Gandhi
19.08.2006

Nie ma doświadczenia ani charyzmy. A jednak będzie rządził najliczniejszą demokracją świata. Podobnie jak jego ojciec, babka i pradziadek. Bo nazywa się Gandhi.

Rahul Gandhi jest przystojny. Wysoki i postawny, w połowie Włoch, a po trosze także Pars i Kaszmirczyk. Po matce Soni odziedziczył duże błyszczące oczy. Ale gdy się uśmiecha, na jego policzkach pojawiają się dołeczki i wtedy do złudzenia przypomina swego ojca Rajiva, zamordowanego w 1991 r. Na zdjęciach z pogrzebu Rahul ma 21 lat, wygląda na kruchego i nieśmiałego. Teraz też uchodzi za wstydliwego, jest skromny i subtelny. Mimo to ma odmienić Indie.

Jego oficjalną „koronację” i debiut w najwyższych kręgach indyjskiej polityki gazety wieszczą kilka razy w roku. Ślepe uwielbienie okazują mu partyjni koledzy i masy ubogich wieśniaków. Indyjski Kongres Narodowy i niemal całe Indie czekają na niego jak na zbawienie. Jeśli wierzyć politycznym kalkulacjom i traktowanym nie mniej serio przepowiedniom hinduskich astrologów, zostanie premierem już w 2008 lub 2009 r. Ale poza tym, że jako potomek najpotężniejszego rodu w historii Indii przejmie władzę – wiadomo o nim niewiele.

Dzieciństwo w strachu

Nie lubi siedzieć w domu, uprawia sporty, ma licencję pilota. Wiele lat spędził za granicą. Jego powrót do Indii w 2002 r. i to, że zainteresował się polityką, były dużym zaskoczeniem. Wszystko wskazywało, że zajmie się biznesem. Jednak od kilku lat narasta jego mit osoby naturalnie predestynowanej do władzy. Nietrudno uwierzyć, że rządzenie ma we krwi.

Odkąd w 1947 r. Brytyjczycy opuścili subkontynent, minęło 59 lat, z czego przez 37 lat krajem rządzili przodkowie Rahula. Jego pradziadkiem był Jawaharlal Nehru, pierwszy premier wolnych Indii. Babka Indira Gandhi pełniła ten urząd kilkakrotnie i – mimo politycznych skandali, a przede wszystkim wprowadzenia w 1975 r. stanu wyjątkowego i naruszenia swobód obywatelskich – wciąż uchodzi za najlepszego szefa gabinetu w historii kraju. Polityczną schedę miał po niej przejąć syn Sanjay, ale zginął w wypadku lotniczym. Konieczność zmusiła Rajiva Gandhiego, by zastąpił brata. Nie miał doświadczenia, nie rozumiał zawiłych układów rządzących indyjską polityką. Ostatecznie nieznajomość tajników rządzenia i decyzję o zaangażowaniu indyjskich wojsk w konflikt w Sri Lance, przypłacił śmiercią. Zamordował go zamachowiec-samobójca, należący do Tamilskich Tygrysów.

– To strata ojca pchnęła mnie do polityki – zapewnia dziś Rahul. – Pamiętam, jak wiozłem jego ciało na pogrzeb, jechałem z nim sam pociągiem. Od tego dnia noszę w sobie pewność, że chcę służyć Hindusom.

Biorąc pod uwagę to, w jakim napięciu wychowywał się Rahul, trudno uwierzyć, że naprawdę miał w życiowych planach fotel premiera. Dorastał w atmosferze ciągłego zagrożenia. Zapracowanego ojca widywał najwyżej przez godzinę dziennie. Wcześnie też zrozumiał, jak krwawa jest indyjska demokracja. Pierwszą tragedię przeżył jako czternastolatek, gdy w 1984 r. osobiści strażnicy zastrzelili jego babkę. Zamach na Indirę był odpowiedzią na masakrę pendżabskich separatystów, jakiej za jej zgodą wojsko dokonało w świątyni w Amrytsarze. Rahul zawsze podlegał surowym środkom bezpieczeństwa. Po śmierci ojca nie mógł nawet chodzić do szkoły, miał prywatnych nauczycieli. Później uczęszczał do college’u św. Stefana w Delhi, gdzie przyjęto go nie ze względu na dobre wyniki w nauce, ale dlatego, że nadawał się do szkolnej drużyny strzeleckiej. Potem wyjechał do Harvardu. Uczył się tam przez trzy lata, do 1993 r. Figuruje na liście studentów, ale nie otrzymał dyplomu, zresztą podobnie jak jego ojciec i babka. Nie jest jasne, co studiował później. Podobno ze względów bezpieczeństwa przeniesiono go na uczelnię w Massachusetts. Na jaką – nie wiadomo. Miał tam studiować jako Rahul Vinci. Sam zapewnia, że obronił dyplom z ekonomii rozwoju w Trinity College w Cambridge. Przez następnych kilka lat pracował w Londynie w renomowanej firmie doradczej Monitor Group. Kiedy wrócił do Indii, założył w Bombaju przedsiębiorstwo komputerowe.

Nagła zmiana ról

Jeszcze kilka lat temu był postacią anonimową. Dwa tygodnie po zamachach na nowojorskie WTC, obsługa zatrzymała go na lotnisku w Bostonie. Nie pomogło nazwisko ani paszport dyplomatyczny. Jego bagaż został przeszukany. Dopiero, gdy skontaktował się z matką, a ta zadzwoniła (czemu oficjalnie zaprzecza) do indyjskiego ambasadora w USA, Rahul mógł kontynuować podróż.

Nawet indyjskie gazety mało się nim interesowały. Publicznie zapewniał, że nie żywi wstrętu do polityki, ale nie zamierza się w nią angażować. Dlatego w dziennikach sprzed kilku lat można przeczytać tylko o jego wieloletnim związku z Latynoską, którą poznał jeszcze na studiach. Zdarzyło mu się nawet wywołać skandal, kiedy zabrał ukochaną na wczasy do kurortu w Kerali. Choć nie są małżeństwem, przez kilkanaście dni mieszkali tam razem. Zgodnie z indyjskim prawem popełnili tym samym przestępstwo.

O Rahulu i jego siostrze Priyance naprawdę głośno zrobiło się w 2003 r. podczas kampanii poprzedzającej wybory do parlamentu. Ale to Priyanka miała robić polityczną karierę. Była już doświadczona – pomagała matce przed wyborami w 1999 r. Odziedziczyła też przywódcze cechy: jest pełna energii, charyzmatyczna, łatwo zjednuje sobie tłumy. Stylem bycia, przemawiania, nawet wyglądem przypomina swą babkę Indirę. Jednak musiała ustąpić miejsca bratu i skoncentrować się na wychowaniu dwójki dzieci. Żaden z członków rodziny nie wyjaśnił tej nagłej wolty. Zdecydowało najpewniej przekonanie, że konserwatywne indyjskie społeczeństwo lepiej przyjmie Rahula jako kontynuatora misji Rajiva.

– Moje dzieci o wszystkim, co robią, decydują samodzielnie – zapewniała Sonia Gandhi. Jednak Rahul nie czuł się w świecie polityki swobodnie i nie krył tego. – Nie jestem przyzwyczajony do bycia osobą publiczną, do tej ciągłej obserwacji – mówił. Mimo to w 2004 r. wystartował w wyborach parlamentarnych z położonego na północ od Delhi okręgu Amethi, nazywanego bastionem rodu Nehru-Gandhi. Wcześniej mandat sprawowali tam jego ojciec, matka i wuj. Priyanka pomogła mu zorganizować kampanię. Łatwo zdobył większość głosów. Ale nawet dziś, po dwóch latachw parlamencie, przypomina człowieka, któremu uszyto garnitur nie na jego miarę. Wypowiada się rzadko, nie wiadomo też, jaki – i czy w ogóle – ma program polityczny.

Zawiedliśmy ludzi

W Izbie Ludowej zasiada razem w grupą młodych technokratów, wykształconych w renomowanych uczelniach na Zachodzie, dzieci prominentnych działaczy Indyjskiego Kongresu Narodowego. Ma dowodzić pokoleniową zmianą w partii, której kierownictwo pamięta jeszcze czasy rządów jego babki. Na razie jednak bardziej przypomina milczącego obserwatora. Pierwszy raz na mównicę wszedł dopiero po kilku miesiącach; jego matka, która jest przewodniczącą partii, zasiadła z tej okazji w pierwszej ławce. Rahul odczytał z kartki przemówienie o uprawach trzciny cukrowej. Potem, w 2005 r., poprowadził protest młodych parlamentarzystów Kongresu. Wyszli przed budynek izby i w ciszy siedzieli pod pomnikiem Mahatmy Gandhiego. W rękach trzymali transparenty z hasłami: „Usłyszcie nas”, „Pozwólcie nam mówić”. Sprzeciwiali się w ten sposób praktykom opozycji, która przez wiele dni blokowała obrady.

Mimo że Rahul nie ma w politycznym dorobku znaczących osiągnięć, okrzyknięto go „przyszłością partii”. Na plenarnym zjeździe w styczniu 2006 r., oznaki uwielbienia dla młodego polityka sięgnęły zenitu. I on, i jego matka, nie potrafili ukryć zażenowania. Członkowie Kongresu wygłaszali peany na cześć Rahula. Co chwila wybuchały okrzyki wzywające go, by przejął ważniejszą rolę w partii.W zalewie pochwał zabrakło miejsca na dyskusję o kondycji partii. A ta jest bardzo trudna.

Kongres po raz pierwszy w swej historii rządzi w koalicji, zresztą uzależnionej od poparcia zdominowanego przez marksistów Frontu Lewicy. Stracił poparcie w tzw. pasie północnym, czyli kilku stanach, które dotąd były przyjazne partii. W Kerali i Bengalu Zachodnim jest zbyt słaby, by konkurować z rządzącymi tam od lat komunistami. Ale najgorsze, że partia, która od 120 lat wznosi hasła poprawy losu najuboższych, głównie dalitów (czyli byłych niedotykalnych), coraz bardziej oddala się od swych wyborców.

– Nasza pozycja jest słaba, bo zawiedliśmy ludzi. Nie pomogliśmy im zrealizować marzeń – mówił na zjeździe Gandhi. Namawiał partyjnych kolegów, żeby z salonów władzy przenieśli się do miasteczek, wsi, uniwersytetów i szkół, i tam walczyli o wyborców. Wyraźnie podkreślił też, że tylko młodzi członkowie partii mają szansę odzyskać zaufanie i głosy na północy Indii. Wie, że hierarchiczna struktura partii jest przestarzała i nie pasuje do realiów szybkiego rozwoju ekonomicznego.

Ale ci, którzy przyjechali na zjazd, nie chcieli słuchać jego rad, chcieli go tylko wynieść do władzy. To wyraz desperacji, bo Kongres nie ma pomysłu, jak wyjść z kryzysu. Wiadomo tylko, że Rahul ma być lekiem na całe zło. Dlatego jest traktowany jak półbóg, obrzucany kwiatami i pochwałami. A Gandhi wie, że błyskawicznie zmieniającym się Indiom trzeba fachowca, nie zaś bohatera przypominającego cudowne wcielenie nieustraszonego Boga Ramy.Co jakiś czas publicyści i członkowie partii wróżą mu nową misję. Kilkakrotnie już zapowiadali, że zostanie sekretarzem generalnym partii, że wejdzie w skład jej organu decyzyjnego – Komitetu Roboczego Kongresu, albo że w 2007 r. stanie na czele partii w Uttar Pradesz, najludniejszym z indyjskich stanów. Ten ostatni scenariusz jest najbardziej prawdopodobny; wiosną tego roku Rahul nieformalnie zgłosił swoją kandydaturę. – Jeśli władze tak zdecydują, jestem gotowy odmienić losy partii – mówił. Opinia publiczna odebrała to jako zapowiedź długo oczekiwanego wejścia w świat wielkiej polityki. Na razie oficjalnej nominacji nie było, ale tym razem – jak piszą nie bez ekscytacji indyjscy dziennikarze – to tylko kwestia czasu.

W kolejce do idola

Na tę wrzawę i nawałnicę pochlebstw Rahul reaguje dystansem, czasem nawet otwartą złością. Kiedy przyjeżdża do Amethi, nie pozwala na rytualne okazywanie sobie najwyższego szacunku – padanie do stóp. Nie przyjmuje girland i prezentów. W jednej z miejscowości ludzie siłą ozdobili go kwiatami i chcieli, żeby w ten sam sposób przystroił portret ojca. Odmówił. Powiedział, że nie będzie tolerował zbędnych ceremonii, a zamiast tego oczekuje ciężkiej pracy i kompetencji. Mieszkańcy byli wściekli, powiedzieli, że na niego nie zagłosują. Upomniany przez starszyznę, następnego dnia wrócił do wsi z pojednawczym gestem.

Potrzeba uwielbienia idoli jest w Indiach odwieczna, bez względu na to, czy chodzi o mityczne bóstwa, filmowe gwiazdy z Bollywood czy polityków. Chociaż Rahul nie chciał oficjalnie świętować w czerwcu swych 36. urodzin, partyjni koledzy zrobili to za niego i… bez niego. Na przyjęciu był 36-kilogramowy tort, który rozdano ubogim uczniom i sierotom. Nie miało znaczenia, że młody Gandhi inaczej rozumie dobroczynność i obowiązki polityka.

Zamiast pracować w gabinecie, dużo czasu spędza w terenie. Spotyka się z inżynierami, studiuje nowoczesne techniki upraw, ogląda maszyny. Raz w miesiącu odwiedza swój okręg i rozmawia z wyborcami. Nie nadąża z czytaniem listów, kazał więc przygotować formularze, na których wystarczy zaznaczyć, czego dotyczy prośba. Tak jak ojciec, wdrapuje się na dach samochodu, żeby pomachać tłumom. Wierzą, że zmieni ich życie, chociaż rodzina Gandhich nie rozwiązała żadnego z najpoważniejszych problemów Amethi – upadają fabryki, rośnie bezrobocie, a wyboiste drogi ciągle czekają na asfalt.

Ci, którzy godzinami czekają na spotkania z nim, nazywają go bhaiya – brat. Młody Sher ustawia się w kolejce nie pierwszy raz, już kiedyś mówił Rahulowi, że nie może znaleźć pracy. Sabira, 55-letnia wdowa, nie ma pieniędzy na posag dla dwóch córek. Gulaba nie stać na operację nogi, natomiast Sahil jest poetą i przyszedł zaprosić Gandhiego na premierę nowego tomiku. Rahul reaguje na prośby serdecznością – siada z wieśniakami, zamiast mineralnej pije wodę z ich studni, bierze na ręce dzieci. Ale miłość tłumów nie wystarczy.

To, czego Gandhi chce dla Indii, jest niemożliwe bez poparcia wpływowych i wiekowych członków Kongresu. A właśnie oni stoją na przeszkodzie jego planom. Bo Rahul oczekuje moralnej odnowy Kongresu, powrotu do szlachetnych ideałów, ale i efektów. Jego wizyty w wioskach to upomnienie, że wyborcami partii nie są dorobkiewicze z wielkich miast, ale przede wszystkim ludzie pokrzywdzeni i odtrąceni. Ci, którzy wciąż padają ofiarą kastowości i komunalizmu, czyli religijnych i etnicznych podziałów. Przekonuje, że w Indiach nie da się rządzić zza biurka. Zapewnia, że wprowadzi „politykę serca”, że zadba, by szybki wzrost gospodarczy odczuł cały kraj: – Stworzę nowy standard w indyjskiej polityce. Zobaczycie.

To zapowiedź rządów czułego pragmatyka, liberała z ludzką twarzą. Ale nie tylko. Chwilami Gandhi brzmi tak, jakby wypowiadał wojnę wielowiekowym zwyczajom i stylowi sprawowania władzy. Będzie mu trudno. Na razie chroni go autorytet matki. Jednak jeśli wkrótce nie udowodni, że poza dobrą wolą ma jeszcze moc realizowania swoich planów, krąg wpływowych polityków, szczelnie otaczający rodzinę Gandhich, zrobi z niego marionetkę. Podobnym próbom skutecznie oparła się w 1969 r. młoda Indira, ale ceną był podział partii, a ona przeszła do historii jako kobieta o żelaznym charakterze. Wygląda na to, że Rahul nie ma jej siły, bezwzględności, głodu władzy. Ma tylko nazwisko.

PAULINA WILK

Trwa globalne powstanie – Francis Fukuyama

Źródło: Rzeczpospolita: Trwa globalne powstanie – Francis Fukuyama
17.08.2006

Demokracji nie da się przynieść na amerykańskich bagnetach, a założenie, że islamiści podbiją Zachód, jest śmieszne. Z Francisem Fukuyamą rozmawia Dariusz Rosiak

Rz: Co pana najbardziej przeraża, gdy patrzy pan na świat dookoła?

Francis Fukuyama: Z rzeczy związanych z wydarzeniami politycznymi największe przerażenie budzi to, co dzieje się na Bliskim Wschodzie. W sensie szerszym mój największy niepokój wywołują skutki niektórych odkryć z dziedziny biotechnologii.

Pozostańmy przez moment w sferze polityki. W Europie często mówi się, że powodem wielu zagrożeń na świecie jest hegemonia Stanów Zjednoczonych. Czy zgadza się pan z taką interpretacją?

Przede wszystkim warto zauważyć, że najbardziej doskwierający nam dziś problem, czyli terroryzm, nie został wywołany przez Stany Zjednoczone. Wręcz przeciwnie – to my zostaliśmy zaatakowani 11 września. Zresztą do ataków islamskich terrorystów na cele amerykańskie dochodziło już wcześniej – zamach na World Trade Center był momentem przełomowym, od którego zaczęło się to, co prezydent George W. Bush nazwał wojną z terrorem. Jednak moim zdaniem sposób, w jaki Stany Zjednoczone zareagowały na zagrożenie, pogorszył sytuację.

Czy nie należało wrogowi przeciwstawić siły wojskowej?

Prezydent Bush uznał terroryzm za konwencjonalne zagrożenie militarne. Podobnie zresztą podchodzą Izraelczycy do zagrożenia, jakie stwarza dla nich Hezbollah w Libanie. Ten sposób myślenia to błąd. Moim zdaniem mamy dziś do czynienia z czymś w rodzaju powstania na skalę globalną, a pierwszą regułą w konfrontacji z siłami powstańczymi czy partyzanckimi jest nienadużywanie siły. Gdy kraje demokratyczne przesadzają w stosowaniu siły wobec kogokolwiek, pogarszają sytuację przede wszystkim dlatego, że tracą poparcie polityczne w swoich społeczeństwach.

Czy Stany Zjednoczone i Izrael stosują nadmierną przemoc w wojnie z ekstremistami islamskimi?

Jeśli chodzi o USA, to nie mam co do tego wątpliwości – nie powinniśmy dokonywać inwazji na Irak. Dziś dokładnie widzimy, że ponad trzy lata po wejściu do tego kraju sytuacja jest gorsza, niż była. To jest wynik szeregu błędów popełnionych jeszcze przed wybuchem wojny: braku przygotowania planów rozwoju sytuacji po pokonaniu Saddama, zbyt późnej zmiany taktyki w walce z powstańcami, itd. W przypadku Izraela rzecz jest bardziej skomplikowana. W walce ze swoimi wrogami w Libanie Izrael przyjął metodę nalotów powietrznych, które są szczególnie nieskuteczne w wojnie partyzanckiej, jaką prowadzi Hezbollah. Poza tym naloty ze swojej natury powodują ogromne straty wśród ludności cywilnej, co widzieliśmy do niedawna niemal codziennie. Myślę, że Izrael wykorzysta obecny czas rozejmu na zmianę swojej taktyki w walce z Hezbollahem.

Kto wygrywa w wojnie z terrorem?

Ten termin stosowany jest dla określenia tak wielu tak różnych rzeczy, że najpierw warto wyjaśnić, o co chodzi. Dla mnie istotą wojny z terrorem jest walka z Al-Kaidą i innymi grupami, których celem jest zabijanie cywilów w różnych krajach. To jest generalnie wojna prowadzona przez służby wywiadowcze i policję. Ostatnie rozbicie siatki zamachowców w Wielkiej Brytanii wskazuje, że Zachód odnosi na tym polu sukcesy. Jednak oprócz tego mamy wojny w Afganistanie, Iraku i – przerwaną przez rozejm – w Libanie. Te konflikty są, owszem, powiązane z wojną z terrorem, ale moim zdaniem nie są jej częścią. Weźmy Irak – tam trwa wojna domowa między szyitami a sunnitami, a równocześnie powstanie przeciwko siłom okupacyjnym. Łączenie tego z niedawnymi wypadkami z Londynu to po prostu nieporozumienie.

Nie uważa pan, że radykałowie islamscy po prostu chcą zniszczyć Zachód wszystkimi możliwymi sposobami, a konflikty, które pan wymienia, są częścią globalnej wojny?

To jest absurdalna teza. Gdy ktoś mówi, że islam chce zawojować Zachód, wprowadzić nowy kalifat, to mnie to śmieszy. Terroryzm uprawia zdecydowana mniejszość muzułmanów. Zagrożenie Zachodu nie polega na tym, że ktoś nas zislamizuje. Realne zagrożenie stanowią grupy straceńców gotowych wysadzać się w powietrze, porywać samoloty. Realne zagrożenie stanowi program nuklearny Iranu. Realne zagrożenie to możliwość obalenia przez ekstremistów rządów w Jordanii czy Arabii Saudyjskiej. Ale założenie, że islamscy radykałowie podbiją Stany Zjednoczone albo Europę Zachodnią, jest śmieszne. Oczywiście w Europie należy zastanawiać się nad kwestią integracji muzułmanów, ale to jeszcze inna sprawa – też tylko pośrednio związana z wojną z terrorem.

W swojej ostatniej książce „America at the Crossroads” („Ameryka na rozdrożach”) ostro krytykuje pan sposób, w jaki George W. Bush próbuje wprowadzać demokrację w innych krajach. Nazywa pan nawet to podejście leninowskim, co szczególnie w ustach osoby uważanej – tak jak pan – za konserwatystę, jest wyjątkowo dotkliwym oskarżeniem…

Wyjaśnijmy tylko, że określenie „leninowski” odnoszę nie do Busha, tylko do ludzi takich jak William Kristoll i innych neokonserwatystów.

…którzy jednak mieli bardzo silny wpływ na decyzje polityczne podejmowane przez prezydenta. Dlaczego jest pan dla niego tak surowy? W końcu – jak sam pan mówi – wojny z terrorem nie zaczął Bush. To jest wojna obronna z muzułmańskimi radykałami.

Myślę, że miesza pan kilka spraw. Pierwsza to zagrożenie terrorystyczne i reakcja na to zagrożenie. Druga to realizacja przez Amerykę ambitnego projektu transformacji Bliskiego Wschodu. Prezydent Bush uznaje, że najlepszym sposobem zabezpieczenia świata przed terroryzmem jest przekształcenie Iraku i innych krajów regionu w państwa demokratyczne. Nawet jeśli zgodzilibyśmy się z tym założeniem, to pozostaje trzecia sprawa: sposób, w jaki realizujemy ten projekt demokratyzacji Bliskiego Wschodu.

Z tym że ja nie przyjmuję głównej tezy Busha, według której powodem terroryzmu na świecie jest brak demokracji na Bliskim Wschodzie. Uważam, że to po prostu nieprawda. W rzeczywistości u źródeł konfliktu świata muzułmańskiego z Zachodem tkwią napięcia pomiędzy tradycyjnym islamem a postępem, rozwojem cywilizacyjnym. Te napięcia mają miejsce zarówno wewnątrz państw muzułmańskich – popatrzmy na Arabię Saudyjską czy Pakistan – jak i w konfrontacji z demokracją zachodnią. Tych napięć nie da się rozwiązać poprzez wprowadzenie większej demokracji. Owszem, demokracja sama w sobie jest pożądana w jak największej części świata, ale nie ma ona nic wspólnego z rozwiązaniem problemu terroryzmu.

Mówi pan, że demokracja jest ustrojem pożądanym w jak największej części świata. Jak zatem należałoby ją wprowadzać?

Demokracja jest rezultatem wewnętrznej ewolucji, którą musi przejść kraj. Taka cywilizacyjna przemiana ma wymiar polityczny, społeczny, kulturalny, gospodarczy. Jeśli w danym społeczeństwie ludzie nie wyrażają potrzeby, by taki proces nastąpił, to siły zewnętrzne nie mają co w nim szukać. A już używanie przemocy w celu zaprowadzenia demokracji jest szczególnie bezsensowne. Myślę, że fundamentalnym błędem tej administracji w Iraku było przekonanie, że pozbycie się tyrana automatycznie sprowadzi do kraju demokrację, że demokratyczna forma rządów jest niejako zapisana w genach wszystkich ludzi i w każdym kraju wyzwolonym z jakiejś dyktatury demokracja pojawi się naturalnie. Nieważne, jakimi instytucjami dysponuje dane państwo, nieważne, czy panuje w nim porządek, bezpieczeństwo, rządy prawa. Tymczasem te rzeczy to esencja demokracji i nie da się ich zarządzić dekretem jakiejś siły wyzwoleńczej.

Czyli Ameryka powinna odstąpić od promowania demokracji na świecie?

Myślę, że rola USA i innych państw demokratycznych może być pomocna, ale przy zastosowaniu zupełnie innych instrumentów niż siła militarna – przede wszystkim chodzi o naciski dyplomatyczne, pomoc w budowie społeczeństwa obywatelskiego. Polska i inne kraje Europy Wschodniej są znakomitym przykładem tego typu ewolucji. W latach 80. prezydent Reagan stosował różnego rodzaju naciski na Związek Radziecki, Zachód wspomagał istniejącą w krajach regionu opozycję, ale na szczęście nikt nie myślał o inwazji na Polskę w celu wprowadzenia w niej demokracji. Podobnym niedawnym sukcesem zwolenników demokracji są przemiany na Ukrainie czy w Gruzji. Ale w tych krajach impuls wyszedł od wewnątrz – demokracji nie da się przynieść na amerykańskich bagnetach.

A co zrobić z krajami, w których te miękkie metody dyplomatyczne nie mogą być zastosowane, np. z Koreą Północną?

Nic nie można zrobić.

Należy zostawić tych ludzi na pastwę tyranów?

Przecież nie dokonamy inwazji na Koreę Północną czy Kubę po to, żeby wprowadzić tam demokrację. To dopiero byłoby szaleństwo.

W swoich książkach zwraca pan uwagę na inny rodzaj szaleństwa, które nam grozi. Dlaczego powinniśmy ostrożnie podchodzić do możliwości, które stwarzają człowiekowi odkrycia z dziedziny biotechnologii? W końcu są one wynikiem naszej ciekawości, chęci poznania…

Broń nuklearna jest odbiciem naszej ciekawości i chęci poznania. Jest sporo rzeczy, które nas ciekawią, ale wcale nie są dla nas dobre. Odkrycia biotechnologiczne niepokoją mnie, ponieważ mogą prowadzić do tyranii, do stworzenia nauki, której skutkiem będzie kontrolowanie ludzkiego zachowania, podobnie jak dyktatury XX wieku kontrolowały swoich obywateli.

Jakie dziedziny biotechnologii budzą pana szczególny niepokój?

Przede wszystkim neurofarmakologia, czyli produkcja leków, które modyfikują ludzkie zachowanie. Chodzi np. o ritalin czy prozac, leki podawane dziś masowo w Ameryce coraz młodszym dzieciom. Ritalin jest w zasadzie przyjętym sposobem modyfikowania zachowania dzieci sprawiających trudności wychowawcze. Tego typu leki będą coraz bardziej zaawansowane technologicznie, a przez to będą stwarzać coraz większe możliwości nadużyć, wykorzystania do kontroli ludzi.

Czy to nie jest ta sama sytuacja co z nożem, który może równie dobrze służyć do krojenia chleba i podrzynania gardła? Ritalin i prozac to leki, które pomagają ludziom.

Tyle że nadpobudliwość albo depresja – to w tych stanach stosuje się ritalin i prozac – nie są stanami jednoznacznie definiowanymi. Wszyscy przechodzimy doły psychiczne albo denerwujemy się – niekiedy nawet wpadamy w furię, ale to nie znaczy, że wszyscy powinniśmy brać ritalin i prozac. W Ameryce te leki przepisywane są ludziom, którzy ich nie potrzebują. Nie wiemy, jakie będą tego skutki dla nich, dla ich dzieci. Jesteśmy niedaleko osiągnięcia możliwości genetycznych modyfikacji, które prostą drogą prowadzą do trwałych zmian ludzkiego zachowania. Pojawia się niebezpieczeństwo „programowania” dzieci, odrzucania typów, które z jakiegoś punktu widzenia wydają nam się wadliwe, np. homoseksualistów czy osób z niskim ilorazem inteligencji. Dzięki odkryciom biotechnologicznym zmienia się również demografia bogatego świata. Żyjemy coraz dłużej, za kilkadziesiąt lat ponad połowa ludzi w Europie będzie miała ponad 65 lat.

To chyba dobrze, że żyjemy dłużej.

Chyba dobrze, chociaż oczywiście stwarza to nowe wyzwania, którym musimy sprostać. Wyzwania natury ekonomicznej, społecznej, psychologicznej. Mnie niepokoją takie sterowane przez człowieka próby wpłynięcia na proces ewolucji, bo za każdym razem, gdy braliśmy się za próby budowania nowego wspaniałego świata, to wychodził koszmar. Zwłaszcza historia tyranii XX wieku nie napawa mnie szczególnym optymizmem. Jeśli sto lat temu nie potrafiliśmy wprowadzić w życie projektów zmian społecznych przy zachowaniu podstawowych wartości, przede wszystkim zachowania ludzkiej godności, to i dziś lepiej uważać. Szczególnie, że dysponujemy lepszymi narzędziami zniewolenia. Co oczywiście nie znaczy, że poszukiwania biotechnologiczne same w sobie są złe. Np. jestem zwolennikiem poszukiwań w dziedzinie wykorzystania komórek macierzystych i klonowania w celach terapeutycznych. Wszystkie badania w tych dziedzinach powinny być jednak bardzo ściśle kontrolowane przez państwo.

Czy pana niepokój o przyszłość człowieka ma swoje źródło w religii?

Nie, nie jestem religijny. Odwołuję się do pojęcia natury ludzkiej, która moim zdaniem jest źródłem praw człowieka. To w naturze ludzkiej tkwi potrzeba hierarchii, to z niej wypływają dobre dla człowieka dążenia. Jeśli zaczniemy majstrować przy ludzkiej naturze, to możemy źle skończyć. Efektem będzie istota, która nie rozpoznaje siebie, nie rozumie, kim jest, nie wie, w jakim systemie wartości żyje.

Jak jednak określić granice ludzkiej natury w liberalnym świecie, gdzie każdy ma zdanie na każdy temat? Dla niektórych ludzi prawo gejów do zawierania małżeństw mieści się w sferze praw człowieka, podobnie jak np. prawo kobiet do rodzenia dzieci w wieku 65 lat i późnej. Inni uważają tego typu postulaty za próby zmiany norm natury ludzkiej.

Pytanie o to, czym jest natura ludzka, to przedmiot zainteresowania filozofii od 2500 lat. W tak skomplikowanych sprawach nigdy nie było i nie będzie łatwych odpowiedzi. W wolnym świecie odpowiedzi tej szuka się oczywiście przy pomocy publicznej debaty. Odbywa się ona na różnych poziomach, dlatego otrzymujemy czasem mądre, czasem głupie odpowiedzi. Ale innej metody nie ma. Pewnie gdybyśmy zapytali, co jest ważniejsze: prawo do życia czy do spędzenia miłych wakacji, to odpowiedź byłaby prosta, tak mi się przynajmniej wydaje.

Na początku lat 90. sformułował pan tezę o końcu historii. To było pełne optymizmu założenie, że generalnie świat zmierza w dobrym kierunku, a liberalna demokracja i wolny rynek jest uwieńczeniem procesu modernizacji świata. Z tego, co pan mówi w tym wywiadzie, wynika, że pana wiara w postęp i sensowność działań człowieka została mocno nadszarpnięta.

Ja nigdy nie twierdziłem, że świat zachodniej demokracji jest perfekcyjny. Po prostu zauważyłem, że zamiast dążyć do jakiejś utopii komunistycznej czy czegoś w tym rodzaju, ludzie chcą żyć godnie i dostatnio, a takie możliwości w największym stopniu zapewnia im liberalna demokracja. Przez ostatnie kilkanaście lat nie wydarzyło się nic, co generalnie podważyłoby moje przekonania. Oczywiście terroryzm czy próby inżynierii społecznej muszą budzić niepokój, ale popatrzmy na kraje takie, jak Indie czy Chiny – w nich proces modernizacji postępuje bardzo silnie. Podobnie nie jestem całkowitym pesymistą, jeśli chodzi o sprawy związane z biotechnologią. Uważam, że jeśli uda nam się stworzyć odpowiednie instrumenty kontroli, będziemy w stanie okiełznać proces rozwoju nauki. Ciągle wierzę w demokrację i człowieka.

Jak ocenia pan perspektywy rozwoju Polski?

Macie znakomity moment w historii. Politycznie największe zagrożenie współczesnego świata, czyli terroryzm – jak się wydaje – dotyczy was w mniejszym stopniu. Po drugie wasza gospodarka jest otwarta, nie niesie na sobie garbu nadmiernych regulacji, które hamują rozwój takich krajów, jak Francja czy Niemcy. Jesteście częścią świata Zachodu – od was zależy, co z tym zrobicie.

Dariusz Rosiak

Francis Fukuyama

(ur. 1951 w Chicago) – amerykański politolog i filozof, profesor Uniwersytetu Johna Hopkinsa w Waszyngtonie. Autor m.in. książek „Koniec historii i ostatni człowiek”, „Koniec człowieka. Konsekwencje rewolucji biotechnologicznej”. W tym roku ukazała się jego książka „America at the Crossroads” (Ameryka na rozdrożach); krytykuje w niej amerykańskich neokonserwatystów, do których wcześniej sam był zaliczany.

Powrót republikanizmu

Gdy się patrzy dzisiaj na Polskę i Polaków, uderza charakterystyczny prawie dla wszystkich sfer życia społecznego brak zaufania.

Nie ufamy ani sobie nawzajem, ani innym, nie darzymy zaufaniem wszelkiego rodzaju instytucji i organizacji, a także rynku i jego mechanizmów. Nie wierzymy elitom, a tym bardziej polityce i politykom. Istnieje skłonność, aby to zjawisko kwalifikować z wyższością jako przykład ksenofobii, zamknięcia, postaw roszczeniowych, genetycznej wręcz niezdolności do kooperacji i przeciwstawiać mu otwartość na świat czy tolerancję, jako proste i oczywiste antidotum. Problem tak powszechnego braku społecznego zaufania odnosi się jednak do kwestii o wiele poważniejszej, niż może to sugerować wąskie pole ideologicznej walki, na którym boje toczą ze sobą Roman Giertych i Magdalena Środa, Wszechpolacy i Nowa Lewica. Odnosi się do samej istoty sytuacji, w której znaleźliśmy się po 2005 roku, a więc po samorozpadzie politycznych umocowań systemu postkomunistycznego oligarchizmu – i dlatego wart jest głębszego rozważenia.

Rabunkowa eksploatacja

Głęboko zakorzeniony brak społecznego zaufania jest dziś jednym z najpoważniejszych obciążeń, ponieważ utrwala i uzasadnia proces destrukcyjnej fragmentaryzacji społecznej w Polsce, rozpadu społeczno-politycznej całości. Przejawia się choćby w powszechnym przekonaniu przytłaczającej większości młodych Polaków (niezależnie od poziomu ich wykształcenia), że o sukcesie zawodowym nie decyduje praca, zdolności i wykształcenie, lecz protekcja oraz osobiste znajomości. Innym, przejmującym przykładem społecznej fragmentaryzacji, tym razem w sferze publicznej, mogą być dyskusyjne fora internetowe, których uczestników najczęściej nie łączy nic poza ekspresją naładowanych przemocą i wulgarnością negatywnych emocji.

Dalszych przykładów można znaleźć wiele. Brak społecznego zaufania na różnych poziomach jest bez wątpienia efektem jej „rabunkowej eksploatacji” po 1989 roku w ramach postkomunistycznej transformacji. Pokolenie tej transformacji, szczególnie ludzie młodzi, przez ponad dekadę ćwiczyło się przede wszystkim w adaptacji nie do zdrowych reguł rynkowej konkurencji czy normalnej, pluralistycznej demokracji, lecz często w cynicznym pragmatyzmie, pogardzie dla wartości, gonitwie szczurów, w przystosowaniu się do oligarchicznych układów i braku podstawowej empatii – czy to w życiu społecznym, czy indywidualnym.

Oczywiście rację mają ci, którzy twierdzą, że proces fragmentaryzacji polskiego społeczeństwa był nieuniknionym efektem zmian po 1989 roku (o czym pisze Jadwiga Staniszkis w swej nowej książce „O władzy i bezsilności”), a w obecnych warunkach doświadczenie jedności, którym była pierwsza „Solidarność” pozostaje „rajem utraconym”. Nie zmienia to faktu, że w sferze polityki, państwa czy publicznej nie podjęto w III Rzeczypospolitej poważnych prób stworzenia mechanizmów, które pozwalałyby odtwarzać się pokładom społecznego zaufania w czasie radykalnych zmian. Utratę poczucia podmiotowości, coraz silniej dostrzegany deficyt sprawiedliwości oraz zawężanie sfery wolności w gospodarce i polityce przez układ oligarchiczny kompensowano retoryką dziejowej konieczności ponoszenia kosztów (szczególnie charakterystyczną dla środowiska Unii Wolności) oraz socjotechniczną i operacyjną zręcznością SLD-owskich oligarchów.

Innym bardzo ważnym czynnikiem stabilizującym i racjonalizującym było wrażenie zgodności wewnętrznych przemian z procesami i interesami świata zewnętrznego (tu bez wątpienia czołowa rola przypadła Aleksandrowi Kwaśniewskiemu). Wreszcie czynnikiem silnie kompensującym była osoba Jana Pawła II, który przez swoje pielgrzymki pozwalał przynajmniej na krótki czas przywrócić Polakom poczucie podmiotowej godności, odzyskania przestrzeni publicznej oraz porządku hierarchii wartości.

Deficyt sprawiedliwości

Problem braku zaufania społecznego nie bierze się, oczywiście, wyłącznie z charakteru postkomunistycznej transformacji. Rabunkowe gospodarowanie zasobami społecznego zaufania było z niewielkimi przerwami doświadczeniem Polaków od przeszło dwustu lat. Ale kiedy w 2005 roku zabrakło wszystkich czterech zasadniczych czynników racjonalizujących dotąd sposób prowadzenia postkomunistycznej transformacji w III RP, tym bardziej pytanie -kto, i czy w ogóle, i jakimi sposobami podejmie się odbudowania społecznego zaufania w Polsce -stało się problemem zasadniczym,

Przez całe lata 90. podział na tożsamość postkomunistyczną – zarówno opartą na realnych interesach nomenklatury, jak i na etycznych oraz historycznych przekonaniach części dawnej opozycji -oraz na tożsamość kontestującą tę pierwszą, odnoszącą się do tradycji „Solidarności” i antykomunistycznego oporu, był głównym motorem publicznej mobilizacji, zdolnej przynajmniej w okresie przedwyborczym przezwyciężać – na krótko – społeczną fragmentaryzację. Jednak w 2005 roku, przede wszystkim za sprawą wyborów prezydenckich, podział ten stracił rację bytu. Zastąpienie go na potrzeby kampanii podziałem między solidarnością i liberalizmem było zręcznym zabiegiem taktycznym, który umożliwił zwycięstwo Lecha Kaczyńskiego, ale nie wydaje się, aby mógł w dłuższej perspektywie służyć społecznej mobilizacji oraz odbudowie zaufania. Już teraz nie opisuje precyzyjnie tego, co w Polsce dzieje się od jesieni 2005 roku.

Diagnoza PiS, iż kluczem do odbudowy zasobów społecznego zaufania jest odpowiedź na deficyt sprawiedliwości lat 90., była trafna. Ważne było także zrozumienie, że deficyt ten można ograniczyć poprzez konsolidację struktur państwa. Nie chodzi w tym wypadku jednak o powrót do jakiegoś modelu socjalistycznego etatyzmu, jak niekiedy próbuje się scharakteryzować podejście PiS do państwa, lecz o odzyskanie podmiotowej kontroli nad pewnymi procesami. W efekcie ma to przywrócić poczucie bezpieczeństwa, pewności, a co za tym idzie pomóc w odtwarzaniu się zasobów społecznego zaufania.

Globaliści i suwereniści

Na tym tle rysuje się dzisiaj w Polsce nowy podział, który może utrwalić się, jeżeli obecny układ rządzący utrzyma się dłużej. Jest to podział między „suwerenistami” i „globalistami”, między tymi, którzy widzą konieczność odzyskania przez państwo kontroli nad niektórymi procesami, a tymi, którzy uważają, że jest to niewskazane lub niemożliwe. Podział ten nie jest podziałem stricte partyjnym ani biograficznym, lecz mentalnościowym – odzwierciedla odmienne podejście do polityki, do własnej tożsamości oraz różne postrzeganie współczesnego świata. Przenosi on także polską debatę publiczną na całkiem nowy poziom, wolny od postkomunistycznej ciasnoty, poziom, na którym w różnych krajach Europy od pewnego czasu toczą się dyskusje nad naturą współczesnej władzy, polityki, państwa, prawa, procesów społecznych i ekonomicznych. Dość przywołać przykład znaczącej reformy ustroju federalnego, który dokonuje się właśnie u naszego niemieckiego sąsiada. A jednocześnie podział ten nosi w przypadku Polski oczywiste piętno regionalnej i historycznej specyfiki. O ile bowiem w przypadku krajów zachodniej Europy problem wiarygodności państwa jako podmiotu kontrolującego istotne procesy wynika z zewnętrznych, społecznych i gospodarczych procesów globalizacji, o tyle u nas bierze się on przede wszystkim z wewnętrznej logiki postkomunizmu niszczącego struktury państwa bez tworzenia nowych. Destrukcyjność tej logiki z całą jaskrawością objawiła się w momencie wejścia Polski do Unii Europejskiej. Okazało się, że o ile polska gospodarka jest dobrze przygotowana do członkostwa (nie potwierdziły się czarne scenariusze gospodarczego szoku czy katastrofy), o tyle polskie państwo, wlokąc za sobą cały balast korupcji, oligarchicznych układów, biurokratycznego przerostu w jednych obszarach, a bezwładu w innych jest, do zmiany nieprzygotowane.

Wracając jednak do kwestii odbudowy zasobów społecznego zaufania, należałoby postawić pytanie, czy konsolidacja struktur państwa jest wystarczającym sposobem, by przeciwstawić się dalszej społecznej fragmentaryzacji w Polsce. Propozycja „globalistów” nie jest pod tym względem atrakcyjną alternatywą, gdyż zakłada ona, że naturalnym rozwiązaniem problemu zaniku społecznego zaufania jest ucieczka najzdolniejszych na obce rynki pracy w obrębie Unii Europejskiej. Tym zaś, którzy pozostają na miejscu, oferuje się wykoślawioną ideę „społeczeństwa obywatelskiego”, rozumianego jako obszar negatywnego budowania zaufania między obywatelami w walce z państwem jako rosnącą opresją.

Państwo do remontu

„Suwereniści” zmierzający do konsolidacji państwa wyciągają właściwe wnioski z postkomunistycznego rozproszenia. Ich polityki nie można uznać za anachroniczną czy wsteczną, o ile uwzględniać będzie pewne warunki. Po pierwsze konsolidacja pewnych funkcji państwa (poprzez zmiany ustrojowe: konstytucja, oraz przez instytucje) nie może być celem samym w sobie, trzeba ją traktować jako polityczne przedsięwzięcie, budujące warunki, które dopiero pozwolą odtworzyć się zasobom społecznego zaufania. Po drugie natura relacji w ramach europejskiej integracji, której staliśmy się częścią, zmienia w pewnym zakresie sposób funkcjonowania państw; czyni ją bardziej złożoną, tworząc dla nich nowe, dodatkowe płaszczyzny osiągania celów. Wycofanie się z tych nowych obszarów w imię zbyt wąsko zdefiniowanej suwerenności byłoby błędem. Po trzecie wreszcie, aby polityczny projekt „suwerenistów” faktycznie zaowocował odbudową społecznego zaufania, na tyle silnego, aby zrównoważyć negatywne skutki społecznej fragmentaryzacji, musi korespondować z żywą tradycją polskiego republikanizmu.

Przeciwnicy polityki konsolidacji nadzorujących i kontrolnych funkcji państwa, którą reprezentuje dzisiaj przede wszystkim PiS, często podnoszą argument, że kryje się za nią antropologia podejrzliwości, skrajnie pesymistyczny pogląd na ludzką naturę. Taka diagnoza może być częściowo uprawniona, pytanie tylko, czy warto czynić z niej zarzut wobec „suwerenistów”. Ich antropologiczny pesymizm nie jest przecież całkiem pozbawiony racji. Postkomunistyczna transformacja pokazała, że społeczności lokalne, zawodowe czy środowiska są często zbyt słabe, by samodzielnie, bez pomocy państwa odbudować zasoby społecznego zaufania, przeciwdziałając zjawiskom patologicznym. Jeżeli zaś sięgnąć głębiej w historię Polski w XIX i XX wieku, nietrudno zrozumieć przyczyny, dla których dzisiaj, po tak wielu negatywnych doświadczeniach (rozbiory, wojna, komunizm) można mieć ograniczoną wiarę w społeczny i polityczny potencjał Polaków.

A jednak nietrudno zauważyć, że taki pesymizm jest w przypadku polskiej tradycji podejściem jednostronnym i traci z pola widzenia jakąś istotną wartość. W Polsce wciąż żywa jest tradycja republikańska, sięgająca swoimi korzeniami politycznego doświadczenia I Rzeczypospolitej. Tradycja ta nie jest żadnym gotowym projektem politycznym czy ustrojowym, jest raczej zespołem pewnych cech i zachowań zbiorowych, które wykazują szczególną historyczną trwałość. Za niemieckim socjologiem Norbertem Eliasem można by je nazwać polskim zbiorowym habitusem. Ten zespół cech i zachowań dochodzi do głosu szczególnie wyraziście w sytuacjach wyjątkowych, takich jak powstania, jak pierwsza „Solidarność”, jak dni żałoby po Janie Pawle II, ale warunkuje polską zbiorowość również w sytuacjach bardziej codziennych.

Republikanizm jest być może tą ideą, która zachowuje moc czynienia z nas odrębnej całości. A wychodząc z pozytywnych, optymistycznych przesłanek co do ludzkiej natury, republikanizm stanowił i nadal pozostaje najbardziej naturalnym źródłem odtwarzania się w Polsce społecznego zaufania oraz przezwyciężania społecznej fragmentaryzacji.

Tak więc po republikanizmie I Rzeczypospolitej pozostała nam nie tylko piękna nazwa państwa jako „rzeczy wspólnej”, ale również zespół konkretnych zbiorowych cech i zachowań.

Wymieńmy przynajmniej kilka z nich. Przede wszystkim troska o dobro publiczne i zainteresowanie nim. Polacy odbierani są jako naród szczególnie rozpolitykowany, nawet, jeśli w swej większości deklarują, że polityka jest czymś dla przyzwoitego człowieka wstrętnym. W rozmaitych badaniach społecznych nastrojów uderza, że Polacy zwykle znacznie lepiej oceniają swoją indywidualną sytuację niż np. ogólną sytuację kraju. Charakterystyczne jest także, że oceniając korzyści płynące z członkostwa Polski w UE, zdecydowana większość podkreślała zwykle korzyści płynące dla kraju w ogóle lub dla Polaków jako zbiorowości niż dla swojego indywidualnego życia.

Obywatelska mobilizacja

Jednak za tą troską o sprawy publiczne nie musi iść wcale chęć bezpośredniego uczestnictwa, działania. Często wyczerpuje się ona po prostu na poziomie głoszenia opinii. Chodzi przede wszystkim o bezwzględne uznanie każdego człowieka za równy podmiot w publicznej przestrzeni. Pod tym względem Polacy są fanatycznymi egalitarystami i nie tolerują żadnym form wykluczenia czy instytucjonalnych lub prawnych ograniczeń. Mówić można wszystko, każdy każdemu, żadne społeczne czy materialne dystanse nie mają tutaj znaczenia.

Ten bezwzględny egalitaryzm publiczny bierze się z kolejnej cechy polskiego republikanizmu, z godnościowego indywidualizmu, bardzo emocjonalnie przeżywanego, moralnego podejścia do autonomicznego, wolnego charakteru każdej jednostki – co też często postrzegane jest jako skłonność do anarchicznych zachowań, niechęć do podporządkowania się, brak dyscypliny. Troska o dobro publiczne oraz emocjonalnie przeżywany godnościowy indywidualizm sprawiają natomiast, że uczestnictwo w życiu publicznym Polaków ma zwykle charakter mobilizacyjny, a rzadziej traktowane jest jako służba, powołanie czy obowiązek obywatela.

Tę cechę polskiego republikanizmu w XVIII wieku wybił na plan pierwszy Jan Jakub Rousseau w swym niesłusznie niedocenianym tekście „Uwagi o rządzie polskim”. Zauważa w nim, że mechanizm konfederacji – skrzyknięcia się obywateli w jakiejś konkretnej sprawie wspólnej – jest podstawowy dla republikańskiego ustroju Polaków. Mobilizacja obywateli jest tutaj główną metodą wprowadzania zmian i naprawy państwa. Relatywizuje to w znacznym stopniu znaczenie państwa i scentralizowanej władzy politycznej. W tradycji republikańskiej suwerenem jest bowiem przede wszystkim naród, który nieufnie podchodzi do nadmiernej koncentracji władzy przez państwo. W przypadku Polski ta nieufność objawiała się przede wszystkim w walce z absolutum dominium – groźbą władzy absolutnej.

Podobny dystans charakteryzuje polską tradycję republikańską w podejściu do prawa. Kontynentalna, zachodnia kultura prawna, w której nie dyskutuje się z żelazną racjonalnością i formalizmem prawnych reguł czy autorytetem sądów, nigdy w Polsce do końca się nie przyjęła i to pomimo silnych wpływów niemieckiej czy francuskiej kultury prawnej. Jest tak, gdyż szczególnie w praktyce i myśli prawnej I Rzeczypospolitej utrzymywał się wyraźnie sceptyczny stosunek do tradycji prawa rzymskiego. I dzisiaj nawet pod względem prawnej mentalności bliżej nam w pewnym sensie do Brytyjczyków niż do Niemców czy Francuzów. Intuicyjnie łatwiej nam jest zrozumieć, że normy prawa wypływają z konkretnych ludzkich działań i zachowań, a nie odwrotnie, to nieustanowione normy prawne wymuszają określone działania i zachowania ludzi. Zbyt łatwo tę odmienną mentalność prawną zalicza się do kategorii polskich przywar narodowych jako lekceważący stosunek do prawa i brak szacunku do jego instytucji.

Ważnym elementem polskiego republikanizmu jest jego warstwa obyczajowa i religijna. W kwestii obyczaju wyróżnia go praktyczny, zdroworozsądkowy tradycjonalizm (np. w szczególnym przywiązaniu do rodziny). Charakteryzuje go także silna religijność, przejawiająca się w wierze, że oprócz świata doczesnego istnieje także transcendencja. Jest to jednak religijność przeżywana w bezpośredniej bliskości codziennego życia, indywidualnego i zbiorowego, skutkiem czego rozpowszechniony na Zachodzie model państwa zsekularyzowanego, laickiego, całkowicie neutralnego duchowo jest z punktu polskiej tradycji republikańskiej zupełnie niezrozumiały.

Carl Schmitt i bracia Kaczyńscy

Często dzisiaj próbuje się przedstawiać politykę konsolidacji państwa przez PiS, odwołując się do jakiś odległych koncepcji Carla Schmitta, koncepcji poszukiwania wroga i konfliktów. Ci, którzy tak czynią, najwyraźniej niewiele rozumieją z samego Schmitta ani z dylematów polityki, którą prowadzą obecnie bracia Kaczyńscy. Sedno problemu znajduje się bowiem gdzie indziej. Konsolidacja państwa jest po fazie postkomunistycznej transformacji zadaniem koniecznym, być może wykraczającym poza możliwości jednej kadencji rządów, jednej partii politycznej czy jednej koalicji.

Jednak by udało się odtworzyć z czasem pokłady niezbędnego społecznego zaufania i przeciwdziałać pogłębianiu się społecznej fragmentaryzacji, musi nastąpić coś więcej. Odzyskaniu funkcji nadzorczych i kontrolnych państwa musi towarzyszyć otwarcie przestrzeni publicznej i postawienie w niej na tradycję republikańską. Tylko wtedy powstanie szansa zerwania z postkomunistycznym dziedzictwem. Mówiąc w skrócie, konieczna jest synteza myślenia w kategoriach I i II Rzeczypospolitej, uwzględniająca realia współczesnego świata. Polityk, który taką syntezę zrozumie i będzie potrafił wprowadzić ją w życie, ma szansę wznieść się ponad przeciętność.

MAREK A. CICHOCKI

Nie tak miało być – Globalizacja – Rozmowa z Hubertem Védrine’em

Żródło: Rzeczpospolita: Nie tak miało być – Globalizacja – Rozmowa z Hubertem Védrine’em
16.08.2006

Rz: Po drugiej wojnie światowej Stany Zjednoczone doprowadziły do uwolnienia światowego handlu, aby umocnić swoją dominację gospodarczą. Jednak polityka Waszyngtonu umożliwiła też bezprecedensowy rozwój ekonomiczny Chin, Indii i innych krajów Trzeciego Świata, które niespodziewanie stały się konkurentami dla Zachodu. Czyżby Amerykanie czegoś nie przewidzieli?

Hubert Védrine: Amerykańskie koncerny wyobrażały sobie, że globalizacja może im tylko przynieść korzyści. Również w Europie większość polityków miała internacjonalistyczne nastawienie do gospodarki, widząc w tym receptę na powstrzymanie nacjonalizmów, które spustoszyły nasz kontynent. Nie można się temu dziwić: na Zachodzie przeświadczenie, że to my mamy monopol na kierowanie światem, jest bardzo głębokie. Tak przecież sprawy się miały od stuleci.

Dziś jednak, pierwszy raz, Zachód zaczyna mieć wątpliwości. Okazuje się, że wyświetlany jest film, którego wcale nie chcieliśmy oglądać. I nie wiemy, jak na to zareagować. Choćby we Francji, gdzie wiele mówi się o konieczności budowy świata wielobiegunowego, czyli takiego, w którym Europa ma zasadniczy wpływ na politykę międzynarodową kosztem Stanów Zjednoczonych. Przecież na razie jest to całkowicie nierealne. Unia Europejska nie jest przygotowana do skutecznego kształtowania globalizacji.

Narasta deficyt w wymianie handlowej między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Czy to już sygnał, że kontrolę nad globalizacją przejmuje Pekin?

Bez przesady. Amerykańska potęga pozostaje absolutnie niezrównana. USA, to prawda, tracą monopol w kierowaniu światem, ale nikt inny nie zastępuje ich w tej roli. I nawet jeśli Chiny będą się rozwijały w obecnym tempie jeszcze przez 20 lat, nie przejmą roli Stanów Zjednoczonych. Bo choć coraz większym atutem Chin jest to, co nazwałbym „hardpower” – produkcja przemysłowa, armia – to wielką słabością jest „softpower”. To Ameryka rozbudza przecież marzenia świata, dyktuje gusty, dominuje w kinie, narzuca swój język, przyciąga emigrantów. A to jest decydujące.

Chińczycy doskonale zresztą wiedzą, że gdyby zaczęli pretendować do roli hiperpotęgi, natychmiast powstanie przeciw nim szeroka koalicja państw azjatyckich, które już teraz obawiają się chińskiej dominacji.

Atutem Zachodu jest też ogromne doświadczenie. Swoją dominację nad światem Europa, a po niej Ameryka budowały od dawna, przynajmniej od wypraw krzyżowych. Nikt nie będzie w stanie tego szybko powtórzyć: ani Chińczycy, ani Arabowie, ani Rosjanie. Ale prawdą jest, że w dobie globalizacji Zachód pierwszy raz został zmuszony do prowadzenia prawdziwych negocjacji, do uwzględnienia racji innych. A to jest trudne.

Weźmy choćby to, co nazywamy wartościami uniwersalnymi. Niektóre rzeczywiście są uniwersalne, bo nikt nie chce być zabity czy torturowany. Ale inne tak naprawdę wynikają z zachodniej koncepcji demokracji, gospodarki rynkowej, chrześcijańskiej wizji rodziny. I widziane spoza Europy i Stanów Zjednoczonych już wcale nie są takie oczywiste, podlegają dyskusji.

Zachodnia kultura jest bowiem oparta na ultraindywidualizmie, pobudzaniu żądz i spełnianiu kaprysów. Tak działa nasza machina ekonomiczna, co doprowadziło do zniszczenia, a przynajmniej daleko posuniętego osłabienia innych wartości. Jednak wcale nie jest pewne, że tym samym tropem pójdą również Chiny. Myślę raczej, że będą starały się w jakiś sposób połączyć system formalnie demokratyczny z dynamizmem ekonomicznym i utrzymaniem tradycyjnych struktur rodzinnych.

Kraje arabskie być może w końcu wyjdą z ubóstwa, ale też wątpię, aby przyjęły zachodni model rozwoju. Na Zachodzie ludzi szokuje pozycja, jaką ma kobieta w świecie islamu, jednak w krajach muzułmańskich nie mogą zrozumieć, jak my możemy tak bezdusznie traktować osoby starsze. U nich praktycznie żaden staruszek nie jest opuszczony.

Chińczycy jedzą i piją to samo, co my, jeżdżą takimi samymi samochodami, oglądają te same filmy. Czy globalizacja spowoduje, że zaczną też dopominać się tych samych praw, które mamy, i żyć tak jak my, w demokracji?

Chińczycy nie mają do zaoferowania światu alternatywnego modelu politycznego, który dałoby się skopiować. Tak jak każdy inny naród potencjalnie mają wielkie aspiracje do życia w demokracji. Ale demokratyzacja to bardzo długi i skomplikowany proces. Nie można jej narzucić. W Europie Zachodniej dochodziliśmy do niej przez wieki naznaczone rewolucjami, represjami, wojnami. Tyle trzeba, aby przekonać ludzi do poszanowania dla mniejszości, dla cudzych poglądów. I do zbudowania skomplikowanegosystemu, w którym działa niezawisły wymiar sprawiedliwości, są niezależne media. Wybory, nawet pod kontrolą międzynarodowych instytucji, są tylko jednym z elementów demokracji. Kiedy Chińczycy ostatecznie wyrwą się ze skrajnego ubóstwa, zaczną o tym myśleć. W tym tkwi cała słabość chińskiego reżimu.

Europa tak jak Ameryka jest zalewana przez produkty z Chin, Indii, Azji Południowo-Wschodniej. Może trzeba się bronić i zamknąć granice, bo wkrótce niczego się nie da u nas produkować?

Szybka ekspansja gospodarcza tych krajów będzie jeszcze długo trwała, z tym musimy się pogodzić. Weźmy choćby samą różnicę w kosztach produkcji: aby utrzymać je na niskim poziomie, Chiny mają w rezerwie jeszcze setki milionów biednych chłopów, gotowych pracować za grosze. Gdy w Szanghaju pensje zaczną zbyt szybko rosnąć, fabryki zostaną przeniesione w głąb kraju. Podobnie jest z Indiami.

Zrównanie uposażeń między nimi a nami potrwa przynajmniej 20 lat. Chińczycy potrafią też doskonale naśladować nasze technologie. Najpierw cieszymy się, że kupują nasze elektrownie jądrowe, samoloty, szybkie koleje. Aż nagle przestają. I w pewnym momencie okazuje się, że wszystko produkują już sami.

Dlatego te kraje w Europie i Ameryce budzą strach. Nie bardzo wiadomo, czy traktować je jak idealny rynek zbytu czy zagrożenie. Chyba najlepiej sprawę ujęła amerykańska sekretarz stanu Condoleezza Rice, nazywając Chiny „strategicznym konkurentem”. Czyli krajem, którego potencjał, jeśli przekroczy pewien pułap, stanie się po prostu groźny.

Czy Europejczyków w tym globalnym świecie, a tym bardziej Amerykanów, stać będzie na utrzymanie dotychczasowego poziomu życia?

Zachód to około miliarda ludzi. Reszta, czyli 5,5 miliarda, żyje od nas znacznie gorzej. W wyniku globalizacji zostajemy wystawieni na konkurencję tych 85 procent ludzkości i obawiam się, że utrzymując obecne koszty życia, nie pozostaniemy długo konkurencyjni.

Ale czy to oznacza, że będzie nam się żyło gorzej, jeżeli, powiedzmy, zamiast jechać samochodem do pracy, trzeba będzie wsiąść na rower? I bez globalizacji naszego modelu rozwoju nie dałoby się utrzymać, bez wywołania w końcu dramatycznego kryzysu energetycznego lub katastrofy ekologicznej.

Na tle innych krajów europejskich Francja wydaje się zupełnie nieprzygotowana do tego wyzwania, skoro obawia się nawet polskiego hydraulika.

Francuzi zdają sobie sprawę, jakim wyzwaniem jest globalizacja. Ale w historii świata nikt jeszcze nie oddał łatwo wywalczonych przywilejów. Na Zachodzie ludzie mają bardzo wiele praw i bardzo niewiele obowiązków. Osiągnęli niezwykły poziom ochrony socjalnej, bezpieczeństwa, wolności. Jest oczywiste, że w dłuższym okresie trzeba to zmienić. Ale dzisiejszą polityką rządzą media, które działają w skali dnia, a nie czterech czy pięciu lat, czyli tyle, ile trwa kadencja parlamentu czy rządu. W takim układzie żadnych poważnych reform przeprowadzić się nie da.

We Francji, ale też w wielu innych krajach Europy, uznaje się światową dominację kultury amerykańskiej za zło. Ale przecież to w jakimś sensie sukces całego Zachodu, a więc i nas wszystkich.

Jeśli w ogóle, to sukces połowiczny. Bardzo wielu Arabów rzeczywiście chodzi w dżinsach i je hamburgery, ale jednocześnie nienawidzi Zachodu. Jednoznacznie jest to dobre tylko dla sieci McDonald’s. Podobnie z Chińczykami: oni też jedzą te hamburgery, ale w głębi duszy przygotowują się do wzięcia odwetu na Zachodzie. Amerykanizacja jest więc bardzo powierzchowna. Dlatego nie powinna prowadzić do osłabienia innych kultur europejskich.

Amerykańska ofensywa kulturalna to tylko jeden z przejawów bezradności nie tylko Francji, ale i całej Unii Europejskiej wobec globalnego świata.

W Europie do tej pory pokutuje naiwne przekonanie, że żyjemy w międzynarodowej wspólnocie, w której zasadniczo każdy ma dobre intencje i wystarczy ze wszystkimi rozmawiać, aby wszystko było jak najlepiej. To dziedzictwo przeszłości: po drugiej wojnie światowej Europejczycy chcieli zamknąć pewien tragiczny etap. Uznali, że trzeba skończyć z ideami nacjonalizmu, a nawet patriotyzmu, potęgi, tożsamości narodowej, siły. Dzisiaj widać, że globalny świat wcale taki „łagodny” nie jest.

George W. Bush jednak miał rację?

Amerykanie, zarzucając Europejczykom naiwność w sprawach międzynarodowych, mają rację. Tym bardziej że gdy przychodzi co do czego, Europa nie waha się prosić Stany Zjednoczone o ratunek. Weźmy choćby zasady wolnego handlu: dziś protekcjonizm jest uważany w Brukseli za coś niedopuszczalnego. Ale jeśli bilans handlowy USA nadal będzie się pogarszał, Amerykanie nie zawahają się wprowadzić środków odwetowych wobec Chin i zamknąć dla nich swojego rynku. A wówczas Europejczycy jak papugi zrobią dokładnie to samo.

W Europie modne jest krytykowanie Stanów Zjednoczonych. Ale przecież Ameryka jest hiperpotęgą przede wszystkim w wyniku słabości innych. Europejczycy popełnili samobójstwo w trakcie dwóch wojen światowych, nie przetrwaliby bez Amerykanów.

Trudno się dziwić, że Amerykanie przywykli do tej roli i dziś w Waszyngtonie tylko kilku strategów uważa, że prawdziwe partnerstwo z Europą byłoby również w interesie Stanów Zjednoczonych.

A może, aby przetrwać w globalnym świecie, narody Europy muszą zrezygnować z niezależności i zbudować federalną Unię?

Jestem przeciwny unijnemu federalizmowi. Założyciele Unii Europejskiej rzeczywiście chcieli przełamać nacjonalizmy, ale to już dzisiaj nie zdaje egzaminu.

Państwa narodowe nie zgadzają się na dalsze przekazywanie swoich kompetencji Brukseli. Nie może więc być europejskiego komisarza ds. zagranicznych. Jedynym wyjściem jest każdorazowe współdziałanie wielkich krajów Unii, do którego później dołączą i te małe. Europa może być silna tylko dzięki silnym narodom: taka jest lekcja, którą trzeba wyciągnąć z przegranych referendów we Francji i Holandii.

Aby przetrwać w dzisiejszym świecie, Unia Europejska musi też jasno i raz na zawsze określić, do czego została stworzona, gdzie sięgają kompetencje Brukseli, a gdzie państw narodowych. Nie można co pięć lat zmieniać traktatów. Podobnie z granicami Europy.

Poszerzanie Wspólnoty bez końca jest dla niej zabójcze. Trzeba też wreszcie określić rolę Europy w świecie. Europejskie elity są przeważnie za przekształceniem Unii w światową potęgę, jednak zwykli obywatele raczej tego nie chcą. To wynik powojennego pacyfizmu, ale też hedonizmu, fatalizmu, atlantyzmu. Europejscy politycy muszą to odwrócić. Przekonać swoje społeczeństwa, że bez silnej Unii staniemy się bezwolnym przedmiotem gry wielkich prądów globalizacji.

Rozmawiał Jędrzej Bielecki

Królestwo nietolerancji – Chrześcijanie na celowniku

Źródło: Rzeczpospolita: Królestwo nietolerancji – Chrześcijanie na celowniku
08.08.2006 Saudyjczycy nie tolerują innych religii niż islam. Przed wjazdem na autostradę łączącą Dżuddę z Mekką widnieje znak, który w pięciu językach ostrzega, że drogą tą nie mogą jeździć innowiercy

(c) FOT: CORBIS/KAZUYOSHI NOMACHI

750 batów i 40 miesięcy więzienia dla nauczyciela za wspomnienie na lekcji o Biblii i Żydach. Zatrzymania, areszty, deportacje, tortury, konfiskaty egzemplarzy Pisma Świętego i krzyży. To dziś. A w 1993 roku kara śmierci przez ścięcie dla Sadeqa Mallallaha, młodego Saudyjczyka, za to, że miał Biblię. Taki jest los chrześcijan w Arabii Saudyjskiej

Dzisiejsze Królestwo Arabii Saudyjskiej to niezwykłe połączenie tradycji i nowoczesności. Z jednej strony wspaniała infrastruktura, zdumiewająca architektura, z drugiej prawa i obyczaje niespotykane gdzie indziej na świecie. Z 23 milionów mieszkańców siedem – osiem milionów stanowią cudzoziemcy. Wraz z odkryciem ropy (25 – 30 procent światowych zasobów) bogactwo przyszło nagle. Nie trzeba było specjalnie na nie zasłużyć.

– Przed 1938 rokiem (gdy pierwszy raz ropa popłynęła na Zachód) nie było tam nic, co można by eksportować. Przez wieki nie docierały tam żadne armie ani idee. Wszystkie funkcje i struktury plemienne pozostawały niezmienione. Surowe warunki życia na pustyni sprzyjały nieufności wobec obcych. Z takim bagażem Saudyjczycy wkroczyli w nowoczesność – mówi europejski dyplomata, od ponad 20 lat pracujący w regionie.

Rozpoczął się gwałtowny napływ taniej siły roboczej z biedniejszych krajów. Nowi pracownicy przyjmowani byli chętnie. Ktoś musiał wywozić śmieci, sprzątać, prać, obsługiwać autobusy i taksówki. Wśród imigrantów jest około miliona chrześcijan, głównie z Azji; z samych Filipin ponad 600 tysięcy. Oni też najczęściej padają ofiarą prześladowań za praktyki religijne.

W Arabii Saudyjskiej, jak w żadnym innym kraju na świecie, islam jest nie tylko religią, ale także sposobem na życie, obecnym we wszystkich jego sferach.

Pismo Święte do niszczarki

Poprzedni monarcha, król Fahd, wstępując na tron, przyjął tytuł Strażnika Dwóch Świętych Meczetów. Obecność innych religii, a zwłaszcza czynne uprawianie kultu, jest całkowicie zabronione. Niedozwolone jest wwożenie na teren królestwa jakichkolwiek symboli innych religii oraz publikacji na ich temat. Skonfiskowane egzemplarze już na lotnisku trafiają do niszczarki dokumentów. Taki też los spotkał Biblię katolickiej zakonnicy na lotnisku w Dżuddzie w 2005 roku, gdy czekała na kolejny lot. Zerwany z jej szyi krzyż został ostentacyjnie zniszczony. I na niewiele zdało się tłumaczenie, że to przecież tylko tranzyt.

Ewangelicki pastor wspomina: „Była pierwsza w nocy, gdy mutawa (policja religijna) zaczęła dobijać się do moich drzwi. Miałem u siebie około 400 przemyconych egzemplarzy Pisma Świętego, a to tutaj przestępstwo porównywalne z gwałtem, morderstwem, zbrojną napaścią, co w Arabii Saudyjskiej oznacza tylko jedno: karę śmierci. Żarliwie modliłem się o cud. Odeszli od moich drzwi”.

Bywa jednak inaczej. Często zgromadzenia modlitewne w prywatnych domach są pretekstem do zatrzymania i deportacji ubogich imigrantów z Filipin lub Etiopii, którzy ze względów ekonomicznych zaczynają być niewygodni. Jeszcze w latach 80. większe skupiska cudzoziemców pracujących w Arabii Saudyjskiej miały prawo do swoich księży. Sytuacja się zmieniła, gdy grupa księży azjatyckich rozpoczęła akcję o charakterze misyjnym w środowiskach muzułmańskich, co jest całkowicie zakazane. Od tego czasu w Arabii Saudyjskiej oficjalnie nie ma księży. Są nieoficjalnie.

Wigilia na pustyni

Od czasu do czasu do Arabii Saudyjskiej przyjeżdżają prywatnie wysocy rangą dyplomaci watykańscy. Nie afiszują się z wyznaniem, ale, jak mówi wspomniany dyplomata zachodni, „strona saudyjska wie, kogo wpuszcza”. Istnieją też oficjalne kontakty między politykami saudyjskimi a Watykanem. Książę Saud Al-Fajsal był wielokrotnie przyjmowany przez papieża Jana Pawła II.

W Arabii Saudyjskiej przebywa 250 – 300 Polaków; corocznie odbywają się spotkania wigilijne, niejednokrotnie na pustyni. Organizowane są również nabożeństwa w rezydencji ambasadora na życzenie szefów polskich delegacji oficjalnych. Jeszcze do niedawna bożonarodzeniowe choinki importowane z Europy były konfiskowane, ale ostatnio zaczęły w grudniu pojawiać się w supermarketach.

Sprzeczności w Koranie

Arabia Saudyjska, serce świata islamu, kraj, w którym jest 180 tysięcy meczetów, dba o swoją wyjątkowość. Saudyjczycy odwołują się do słów Proroka, który miał powiedzieć przed śmiercią, że na Półwyspie Arabskim nie powinno być miejsca dla innych religii niż islam. Jednocześnie czytamy w Koranie: „I nie sprzeczajcie się z ludem Księgi inaczej, jak w sposób uprzejmy (…) i mówcie: Uwierzyliśmy w to, co nam zostało zesłane, i w to, co wam zostało zesłane. Nasz Bóg i wasz Bóg jest jeden” (29:46).

W teorii wahabickiej, która jest obowiązującą szkołą teologii i prawa muzułmańskiego w Arabii Saudyjskiej, stwierdza się, że muzułmanom nie wolno się kontaktować z przedstawicielami innych religii, także monoteistycznych, co jest wbrew głównej doktrynie islamu. „O wy, którzy wierzycie! Nie bierzcie sobie za przyjaciół żydów i chrześcijan; oni są przyjaciółmi jedni dla drugich. A kto z was bierze ich sobie za przyjaciół, to sam jest spośród nich” (5:51).

Jak pogodzić ze sobą takie fragmenty? – Ze Świętej Księgi można wszystko wyinterpretować; ona od tego jest – mówi profesor Janusz Danecki, arabista z Uniwersytetu Warszawskiego. – Wahabici wciąż próbują to interpretować negatywnie, ale nie da się długo utrzymać takiej tendencji we współczesnym świecie. Saudyjczycy zdają sobie z tego sprawę – nie tylko garstka intelektualistów, ale także i władze – dodaje Danecki.

Konstruktywna nienawiść

Nada Al-Fajez, ekonomistka z Rijadu, autorka pierwszego programu o tematyce ekonomicznej dla kobiet, pytana o stosunek do Zachodu mówi: – Nie jestem bin Ladenem. Nie jest tak, że nienawidzę ludzi Zachodu, chrześcijan. Nie mogę jednak powiedzieć, że ich lubię.

Natomiast profesor prawa muzułmańskiego Abdulaziz Al-Fawzan, który często pojawia się w telewizji saudyjskiej, wzywa muzułmanów do pozytywnej nienawiści wobec chrześcijan: „Nawet jeśli ta osoba jest moją matką lub ojcem, synem lub córką, muszę jej jako muzułmanin nienawidzić. Musi to być jednak konstruktywna nienawiść, połączona ze współczuciem i gotowością do wprowadzenia na właściwą ścieżkę”.

Jak Saudyjczycy reagują na takie apele? – Saudyjska telewizja jest przeraźliwie nudna – mówi Marek Kubicki, arabista, twórca portalu Arabia.pl, który spędził w królestwie pół roku. – Nikt z moich znajomych jej nie ogląda i zwyczajnie nie zauważył tych wezwań.

Apele pozostają natomiast w zgodzie z niedawną fatwą wielkiego muftiego Arabii Saudyjskiej, która przypomina, że islam jest jedyną prawdziwą religią. Reszta to herezja, a niewierni nie mają prawa do saudyjskiego obywatelstwa i do wznoszenia przybytków swojego kultu na terytorium królestwa.

Obserwatorzy są zgodni, że następuje jednak stopniowa liberalizacja postaw wobec innych religii. – Nie jestem pewien, czy przewaga ideologii wahabickiej będzie długotrwała. W XVIII wieku Wahhab zakazywał na przykład palenia tytoniu. I co z tego? – zauważa profesor Danecki.

Czekając na zmiany

Znacznie trudniej przeprowadza się reformy, jeśli kraj targany jest wewnętrznymi napięciami, gdy zaczyna się ujawniać istniejące od dawna problemy. Dopiero od czterech lat oficjalnie mówi się o istnieniu biedy, o tym, że większość żebrzących dzieci na ulicy to mali Saudyjczycy, a nie potomkowie imigrantów. Zaczynają też pojawiać się naciski zewnętrzne.

– 11 września obudził nas z letargu, z myślenia tylko o realizacji własnych interesów ekonomicznych. Stany Zjednoczone potrzebowały trzech lat, żeby w 2004 roku wpisać Arabię Saudyjską jako kraj szczególnej troski na listę Departamentu Stanu. Trudno więc oczekiwać, żeby po latach braku zainteresowania zmiany nastąpiły szybko – tłumaczy cytowany wcześniej europejski dyplomata.

Zmiany będą musiały nastąpić, jeśli turystyka ma stać się sektorem numer dwa (po ropie naftowej) saudyjskiej gospodarki. Początki są skromne. Dane z początku 2002 roku mówią o niespełna dwóch tysiącach turystów w zorganizowanych grupach. Czy turystom też będzie się konfiskować biżuterię i osobiste dewocjonalia? A co z dostępem do praktyk religijnych? Przy próbie odpowiedzi na te pytania najprawdopodobniej trzymanie się dosłownej interpretacji doktryny wahabickiej nie wystarczy.

Twórca państwa saudyjskiego król Abdulaziz na początku XX wieku musiał uciec się do podstępu, aby przekonać ulemów do radia czy telegrafu (pokazując, że mogą być one wykorzystywane do transmisji fragmentów Koranu). A coraz częściej Saudyjczycy, jak choćby Ali Al-Ahmed, dyrektor Instytutu Saudyjskiego w Waszyngtonie, zaczynają głośno mówić, że jeśli muzułmanie chcą, aby respektowano ich wiarę i Świętą Księgę, to sami powinni dać przykład takiego zachowania wobec innych religii.

Laicki fundamentalizm – Chrześcijanie na celowniku

Źródło: Rzeczpospolita: Laicki fundamentalizm – Chrześcijanie na celowniku
08.08.2006

W 60-milionowej Francji, zwanej niegdyś „najstarszą córką Kościoła”, wiarę katolicką deklaruje dwie trzecie ludności.

Od dziesięciu lat jest to wielkość względnie stała; nie zmienia się także proporcja katolików niepraktykujących (ponad połowa). Drugą religią stał się już islam (8 – 10 procent).

Większym zagrożeniem dla chrześcijaństwa niż rosnące zastępy muzułmanów wydają się wpływy „fundamentalistów laickości”. Wywodzą się głównie z radykalnej lewicy, i są przeciwni wszelkiej religijności, zwłaszcza okazywanej publicznie.

Zdaniem wybitnego historyka René Rémonda jest to rodzaj nietolerancji, który określa on mianem „nowego antychrześcijaństwa”. Ta postawa była szczególnie widoczna w trakcie sporu o „ostentacyjne symbole religijne”, zakazane ustawowo w 2004 roku. Nie chodziło wtedy jedynie o chusty islamskie w szkołach, lecz – generalnie – o atak na wiarę i jej miejsce w przestrzeni publicznej. Laiccy integryści dali o sobie znać przy okazji obchodów 100. rocznicy uchwalenia ustawy o rozdziale państwa od Kościołów (1905), wzywając – jak przed wiekiem – do „walki z klerykalizmem”.

Po śmierci Jana Pawła II protestowali przeciwko decyzji prezydenta Chiraca o opuszczeniu flag narodowych na gmachach publicznych. Podczas papieskiej wizyty we Francji w 1996 roku byli zdania, że oficjalne powitanie Ojca Świętego naruszało zasadę laickości państwa. Dziennik „Libération” napisał wówczas o „Catho Pride”, porównując zgromadzenia katolików do parad homoseksualistów „Gay Pride”.

Podobne szyderstwa zupełnie ucichły rok później. Uniesienie, towarzyszące spotkaniu z Janem Pawłem II podczas Światowych Dni Młodzieży w Paryżu, francuska prasa nazwała „cudem nad Sekwaną”, i nie było w tym cienia ironii.

Papież był jednak stałym obiektem drwin – do ostatnich Jego chwil – ze strony wielu karykaturzystów i satyryków.

Wstydź się swojej wiary – Chrześcijanie na celowniku

Źródło: Rzeczpospolita: Wstydź się swojej wiary – Chrześcijanie na celowniku
08.08.2006

Chrześcijanie na szykany narażeni są nie tylko w krajach, gdzie stanowią mniejszość, ale również w Europie i Stanach Zjednoczonych. Szczególnie podczas świąt Bożego Narodzenia

„Kod da Vinci” Kościół jawi się jako organizacja paramafijna Dwa lata temu w szkole we włoskiej miejscowości Como ocenzurowano kolędy, usuwając z nich imię „Jezus” i zastępując je „neutralnym” słowem „cnota”. W wielu państwowych szkołach i przedszkolach zabroniono stawiania choinek i szopek. Gdzieniegdzie święte figury zastąpiono bohaterami z bajek. Zamiast jasełek wystawiano baśń o Czerwonym Kapturku. W sprawie tej krytycznie wypowiadał się sam papież.

We Francji kierownictwo jednego z przedszkoli odesłało bożonarodzeniowe słodycze, które przysłało merostwo. Czekoladowe figurki przedstawiały bowiem Świętego Mikołaja. Dzieci zamiast nich dostały batoniki. „Jedną z najmodniejszych fobiijest katofobia” – pisał wówczas katolicki dziennik „La Croix”.

Ocalić Boże Narodzenie

Władze brytyjskie zabrały się do usuwania symboli religijnych z obchodów świąt Bożego Narodzenia w zakładach pracy, szkołach i na ulicach. Między innymi słów „Merry Christmas” („Wesołych Świąt”) z bożonarodzeniowych dekoracji. Przeciw takim praktykom wystąpiły media, z gazetą „The Sun” na czele, która zainicjowała kampanię „Ocalmy Boże Narodzenie”.

Podobną kampanię chrześcijanie prowadzili też w Ameryce. W ramach politycznej poprawności symbolikę chrześcijańską usuwano tam z centrów handlowych, reklam, programów telewizyjnych, a nawet kartek świątecznych. – Pewien odłam kultury nowoczesnej i konsumpcyjnej usiłuje wyprzeć symbole chrześcijańskie z obchodów Bożego Narodzenia. Dlatego zadaniem wszystkich jest zrozumienie wartości tradycji tych świąt, stanowiących część dziedzictwa naszej wiary i naszej kultury, aby przekazywać je nowym pokoleniom – przemawiał Benedykt XVI przed ostatnimi świętami.

Na ogół podobne praktyki uzasadnia się obawą przed urażeniem uczuć mniejszości religijnych i wymogami tolerancji. Jednak np. wielu muzułmanów nie ma nic przeciwko chrześcijańskim świętom. – Nie rozumiem, czym obchody Bożego Narodzenia mogłyby urazić wyznawców islamu – komentował przewodniczący Rady Muzułmanów Wielkiej Brytanii Inayat Bunglawala.

Papież wrogiem

Symbolika chrześcijańska razi przede wszystkim przedstawicieli radykalnej lewicy, która chce zastąpić tradycyjną, chrześcijańską moralność totalną wolnością. Stanowczo sprzeciwiający się aborcji, eutanazji czy promocji homoseksualizmu Kościół jest dla nich naturalnym i najgroźniejszym przeciwnikiem.

Nie przez przypadek w 2005 roku grupa francuskich homoseksualistów wybrała na cel ataku paryską katedrę Notre Dame. Skandując: „Benedykt XVI, homofob!”, wdarli się do świątyni, pobili księdza i przeprowadzili przed ołtarzem ceremonię homoseksualnego „małżeństwa”.

Również Jan Paweł II był celem ataków i drwin. Gdy dzień przed śmiercią polskiego papieża do szwedzkiego programu radiowego Ring P1 zatelefonowała emigrantka z Chile, mówiąc, że się za niego modli, dobiegł ją zniecierpliwiony głos dziennikarza: „Ale przecież wiesz, że on jest przeciwko homoseksualistom i feminizmowi”.

Kim nie był Jezus

Najgłośniejszym ostatnio przykładem ataku na wartości ważne dla chrześcijan jest „Kod Leonarda da Vinci” i oparty na tej książce film. Kościół został w nim przedstawiony jako paramafijna instytucja oszukująca ludzi, a ewangelia przeinaczona w sposób bluźnierczy.

Jeden z twórców filmu, zapytany na konferencji prasowej o wzbudzającą najwięcej kontrowersji tezę „Kodu” – że Chrystus ożenił się z Marią Magdaleną – oświadczył: Katolicy nie lubią homoseksualistów, więc powinni się cieszyć. Wiadomo przynajmniej, że Jezus nie był gejem.

Słowa te wywołały na sali, pełnej amerykańskich i europejskich dziennikarzy, salwę śmiechu. Nietrudno wyobrazić sobie, jak zakończyłaby się podobna kpina ze świętości muzułmańskich.

Skazani na wymarcie

Odcinanie się od chrześcijańskich tradycji świata zachodniego widać i w polityce. Odniesienia do nich nie przewidziano w preambule unijnej konstytucji. Dokument został na razie odrzucony w referendum przez Francuzów i Holendrów. Ale raczej nie można liczyć na to, by w zmienionej eurokonstytucji, o której wciąż się dyskutuje, znalazło się odwołanie do Boga.

Ofiarą laickich tendencji w Unii padł też kandydat na komisarza Komisji Europejskiej Rocco Buttiglione, przyjaciel Jana Pawła II. Dwa lata temu pozbawiono go szansy na to stanowisko ze względu na to, że nie ukrywa, że jest wierzącym katolikiem. Szczególnie zaszkodziło mu, że zgodnie z katechizmem uważa homoseksualizm za grzech.

– Europejska tożsamość została zbudowana na prawdach chrześcijańskich. Jeśli Europa o tym zapomni, zginie. Za sto lat, jeśli dalej będziemy szli tą drogą, w Europie nasze miejsce zajmą muzułmanie. Cywilizacja, która nie potrafi sprawić, by mężczyźni łączyli się z kobietami i by rodziły się im dzieci, nie może przetrwać -mówił Buttiglione w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”.

Przypadek pastora Greena

W Szwecji już działa prawo, które za krytykę homoseksualizmu przewiduje karę więzienia. Ofiarą tych przepisów padł pastor zielonoświątkowców Ake Green, którego za „okazanie pogardy wobec mniejszości homoseksualnych” skazano na miesiąc więzienia. Choć sąd apelacyjny – pod międzynarodowym naciskiem – uchylił wyrok, doszło do niebezpiecznego precedensu.

Jednocześnie prawie nikogo w Szwecji nie oburzyło wystawienie w katolickiej katedrze w Uppsali zdjęć Elisabeth Olsson. Przedstawiały one Jezusa w otoczeniu apostołów, będących homoseksualistami i transwestytami. W niejednoznaczny sposób pokazano też samego Chrystusa.

Niedawno konserwatywny brytyjski „The Times” napisał, że czasy, kiedy ludzie wstydzili się przyznać do homoseksualizmu, przeszły do historii, za to „nie powinno się obecnie głośno mówić, że jest się katolikiem”. „Nie jest to raczej zmiana na dobre” – skomentował dziennik.