I tak źle, i tak niedobrze – Izrael – Liban

Z izraelskim pisarzem Etgarem Keretem rozmawia Dariusz Rosiak

Rz: Gdy dzwoniłem do pana wczoraj, nie mogliśmy rozmawiać, bo szedł pan na pogrzeb żołnierza izraelskiego, który poległ w Libanie. Kto to był?

Etgar Keret: Uri, dwudziestoletni syn pisarza Davida Grossmana. Poległ zaledwie dwa dni przed ogłoszeniem rozejmu, jako jedna z ostatnich ofiar wojny. Rakieta Hezbollahu trafiła w czołg, którym dowodził. Uri w listopadzie kończył służbę, miał wyjechać za granicę, studiować. Gdy człowiek staje w obliczu takiej tragedii, to właściwie nie ma się nic do powiedzenia. Ten pogrzeb to była jedna z najsmutniejszych rzeczy, jakie widziałem w życiu…

Czy ludzie w Izraelu, uczestnicząc w pogrzebach żołnierzy, najbliższych, mają pretensje do polityków, którzy podjęli decyzję o operacji w Libanie?

Wie pan, to jest jedna z niewielu wojen Izraela, która nie ma nazwy. I ja wymyśliłem dla niej nazwę: „I tak źle, i tak niedobrze”. Jestem wielbicielem Simpsonów, w tym filmie jeden z bohaterów ciągle tak mówi (w oryginale „Damn if you do, damned if you don’t”). Jeśli Izrael nie zareagowałby na ostrzeliwanie miast na północy kraju, to po prostu oznaczałoby zgodę na unicestwienie naszego państwa. Z drugiej strony, decydując się na wojnę z organizacją partyzancką taką jak Hezbollah, która działa z terytorium Libanu, ale przecież go nie reprezentuje, godzimy się na zabijanie ludzi niemających nic wspólnego z Hezbollahem, może nawet niebędących wrogami Izraela.

Po ogłoszeniu rozejmu, w Izraelu rozlegają się głosy domagające się powołania komisji parlamentarnej do zbadania przebiegu i skutków tej wojny. Czy chodzi właśnie o protesty przeciwko zabijaniu ludności cywilnej w atakach izraelskich?

Chodzi o coś zupełnie innego. Myśmy przegrali tę wojnę i chcemy wiedzieć, dlaczego ją przegraliśmy. Dlaczego po miesiącu walk, wbrew obietnicom polityków, porwani żołnierze nie zostali odbici, dlaczego Hezbollah nie został zlikwidowany ani nawet osłabiony. Izrael nie jest bezpieczniejszy, a wręcz przeciwnie – pierścień wrogów zaciska się coraz ciaśniej wokół nas. Ta wojna przekonała nas, że tzw. wspólnota międzynarodowa nie jest wiarygodnym graczem na Bliskim Wschodzie. Straciliśmy wiarę w to, że światu – ONZ, Unii Europejskiej, również Stanom Zjednoczonym – rzeczywiście zależy na rozwiązaniu tego konfliktu. Jeśli sami nie zadbamy o własne bezpieczeństwo, to po prostu możemy przestać istnieć. To chyba jest największy morał tej wojny dla Izraelczyków.

Jeśli Izrael przegrał, to kto wygrał?

Iran i Syria. Liban przegrał tę wojnę. Nawet Hezbollah ją przegrał, w końcu co zyskali? Zburzyli kilkaset domów i zabili stu obywateli Izraela. Tylko liderzy Iranu i Syrii mogą zacierać ręce i cieszyć się z tego, co się stało. Nie ma wątpliwości, że krajem, który w tej chwili kontroluje sytuację na Bliskim Wschodzie, jest Iran. Właśnie wygrał wojnę z Izraelem, nie tracąc nawet jednego żołnierza ani budynku, bo prowadził ją na terytorium obcego kraju, czyli Libanu.

I dzieje się to za przyzwoleniem całego świata. Teheran od dziesiątków lat przeznacza miliony dolarów na sponsorowanie światowego terroryzmu, prowadzi operacje zbrojne przeciwko Izraelowi, godzi w interesy USA i innych krajów, łamie rezolucje ONZ, otwarcie deklaruje chęć zniszczenia Izraela. I co? I nic. To wszystko odbywa się bez żadnych skutecznych sankcji ze strony wspólnoty międzynarodowej. Jest dużo słów, deklaracji, występów przed kamerami, ale gdy przychodzi co do czego, na Zachodzie wygrywa zwykle egoizm, krótkoterminowe interesy gospodarcze. Przecież nawet warunki tego rozejmu to fikcja. Teoretycznie nakazuje on rozbrojenie Hezbollahu, ale Hezbollah mówi, że się nie rozbroi, a Kofi Annan mówi, że ONZ nie może go do tego zmusić. Zachód pokazuje Izraelowi swoją niekompetencję i podczas tej wojny chyba wszyscy to zrozumieliśmy.

Ale dokładnie to samo mówią Palestyńczycy o Izraelu. Wy też nie przestrzegacie rezolucji ONZ nakazujących wycofanie wojsk z terytoriów okupowanych i zabijacie ludność cywilną.

Ja się z tymi opiniami zgadzam. To nie jest prosty podział: Izrael – dobry, Palestyńczycy – źli. Ten brak kompetencji, krótkowzroczność czy zwykły egoizm Zachodu uderza tak samo w Palestyńczyków, jak i w nas. I powtarzam, jest tylko jeden kraj, który na tym wszystkim korzysta – Iran. Moim zdaniem we wspólnocie międzynarodowej nie ma woli powstrzymania go przed przemocą. Wątpię również, czy znajdzie się wystarczająca determinacja, by powstrzymać Iran przed wyprodukowaniem broni jądrowej.

A Izrael? Nie powstrzyma Iranu?

Nie wiem, nie jestem politykiem ani generałem. Jeśli mnie pan pyta, czy czuję się zagrożony przez kraj, którego prezydent otwarcie wzywa do zniszczenia mojego państwa i neguje Holokaust, to odpowiadam: tak, czuję się zagrożony. Czy da się z nim negocjować jakieś pokojowe rozwiązanie, które byłoby do przyjęcia przez Izrael? Moim zdaniem, nie. Iran czuje się wzmocniony tą wojną, a Izrael jest słabszy niż przed jej wybuchem. Dlaczego zatem Ahmadineżad miałby iść na jakiekolwiek ustępstwa?

Zasadnicze pytanie brzmi: dlaczego Iran w ogóle ma problem z Izraelem? O co w tym wszystkim chodzi? Przecież my nigdy nie toczyliśmy z nim wojny, nie mamy wspólnej granicy, Izrael nie atakuje interesów Iranu na świecie, więc pytam: dlaczego im tak bardzo przeszkadzamy?

Jak pan myśli, dlaczego?

To jest zwykła antysemicka nienawiść podszyta religijnym fundamentalizmem. Tutaj zresztą tkwi największy problem Zachodu i częściowo Izraela. My jesteśmy pełni arogancji wobec muzułmanów. Nie chce nam się nawet pomyśleć, skąd biorą się takie zachowania, jak postępowanie zamachowców-samobójców czy polityka Iranu. Izrael prowadził tę ostatnią wojnę, jakby naszym przeciwnikiem była jakaś Szwajcaria albo Holandia. Założyliśmy sobie, że skoro przeciwstawimy wrogowi większą siłę, skoro będzie ginąć ludność cywilna, to przeciwnik się podda. To jest jakieś zasadnicze nieporozumienie. Hezbollah się nie poddaje, bo straty w ludziach się dla niego nie liczą. Gdy giną jedni, znajdą się następni. Co więcej, ludzie tacy jak prezydent Iranu Ahmadineżad czy lider Hezbollahu szejk Nasrallah doskonale rozumieją świat Zachodu i wiedzą, że my ich nie rozumiemy.

Na czym polega nasz błąd?

Często rozmawiam z Europejczykami na przykład na temat zamachowców-samobójców. I Niemcy czy Anglicy mówią mi, jak to ci samobójcy są zdesperowani, jacy biedni, jacy pozbawieni nadziei i że niby ten brak nadziei nimi kieruje. To jest wierutna bzdura. Ci ludzie są przepełnieni siłą życiową, oni swoją nadzieją mogliby obdarować armię bezrobotnych w każdym kraju zachodnim. Przecież zamachowcy z 11 września byli bogatymi, wykształconymi, młodymi ludźmi. I prawie każdy zamach – włącznie z tymi ostatnimi, udaremnionymi niedawno przez brytyjską policję – jest dokonywany przez tego typu ludzi. To są fanatycy religijni. Nie powoduje nimi brak nadziei, tylko nadzieja na nagrodę po śmierci. Ludzie na Zachodzie nie rozumieją fanatyzmu religijnego, więc tłumaczą sobie tego typu działania na inne, błędne sposoby. I powtarzają non stop te brednie o rzekomej biedzie i braku nadziei.

Izrael też ma swoich fanatyków religijnych.

Oczywiście. Niedawno rozmawiałem z osadnikami, którzy mają sześcioro dzieci, z których dwoje zostało zabitych w zamachach Hezbollahu. A mimo to nie wyprowadzą się z domu, bo nie chcą opuszczać ziemi, którą – jak wierzą – darował im Bóg. Biorąc pod uwagę standardy Zachodu, oni są szaleńcami. Gdyby ktoś groził, że zabije moje dziecko, to zabrałbym rodzinę i uciekał. Osadnicy żydowscy myślą o sobie w kontekście Wielkiego Izraela i historii pisanej przez następne dwa tysiące lat. Bóg dał im ziemię, na której mają obowiązek żyć i umrzeć. I dokładnie tak samo myślą partyzanci Hezbollahu i Hamasu.

Jednak żydowscy osadnicy nie wysadzają się w powietrze ani nie tworzą organizacji partyzanckich. Przynajmniej na razie.

Ale też potrafią reagować przemocą w imię religii. Wie pan, moja siostra jest ultraortodoksyjną Żydówką. Mieszka we wspólnocie religijnej, ma 11 dzieci i generalnie robi to, co jej każe rabin. Mieszkańcy Zachodu są przekonani, że wszyscy ludzie na całym świecie marzą o tym, by żyć w demokracji. A moja siostra mówi mi otwarcie: „Ja nie chcę żadnej demokracji. Demokracja to ustrój, w którym miliony głupich ludzi podejmują decyzje w sprawach, na których kompletnie się nie znają. Ja wolę ustrój, w którym decyduje mój rabin, bo on jest mądrzejszy ode mnie i od ciebie. Nie chcę ustroju, w którym głos głupca jest tak samo ważny jak głos mądrego”.

Dlatego moja siostra nie uznaje nawet Państwa Izrael. Czuje się odpowiedzialna wobec Boga, wobec swojego rabina, identyfikuje się z Izraelem jako narodem wybranym, z ziemią przekazaną mu przez Boga, ale nie z laickim, demokratycznym państwem. Ona mieszka we wspólnocie ortodoksyjnej i mówi mi: „Ja żyję w społeczności, w której każdy jest odpowiedzialny za każdego. Gdy potrzebuję pieniędzy, to sąsiad mi je daje. Gdy mam problem, idę do rabina. Ty żyjesz w świecie, w którym ludzie się nienawidzą albo nie zwracają na siebie uwagi. Możesz umrzeć w rynsztoku i nikt nawet nie odwróci głowy. Na co mi twoja demokracja? Mój Bóg jest miłosierny i dobry, twój bóg to indywidualizm, egoizm, rozpad rodziny, rządy głupców. Mój Bóg jest lepszy niż twój”.

Co pana siostra myśli o tej wojnie?

Jest jej przykro, że giną ludzie, szczególnie, jeśli giną Żydzi. W tym sensie jest również podobna do fundamentalistów muzułmańskich, wszystkie ekstremistyczne formy religii są rasistowskie. Podobnie jak oni jest również przekonana, że powodem wojen jest nieprzestrzeganie słowa bożego. I wierzy, że gdy przyjdzie Mesjasz, nie będzie wojen.

Ja to wszystko mówię nie po to, żeby pokazać, jaka moja siostra jest niemądra, żeby demonizować jej poglądy. Wręcz przeciwnie – bardzo ją kocham, słucham jej i często się zastanawiam, czy nie ma przypadkiem racji. Ale ludzie na Zachodzie muszą odejść od prostych odpowiedzi. Że niby Izrael to jest coś w rodzaju Belgii, Hezbollah to coś w rodzaju Holandii i tak się złożyło, że dzielą ich jakieś różnice poglądów, które zaszły zbyt daleko. W rzeczywistości Izrael jest krajem kompletnie różnym od państw Europy, a Hezbollah to też nie są tacy sami ludzie jak wy. To jest starcie odmiennych podejść do życia, narracji, ontologii. Jeśli chce się zrozumieć, co się dzieje na Bliskim Wschodzie, nie wolno o tym zapominać.

Jak pan reagował, gdy widział w zachodnich telewizjach zdjęcia libańskich cywilów zabitych przez żołnierzy Izraela? Te dzieci wyciągane z gruzów, zrozpaczone matki, ludzi bezradnych, nierozumiejących, dlaczego płacą życiem za działania Hezbollahu, z którym nie mają nic wspólnego?

Gdybym ja oglądał tego typu obrazy w Polsce, w Anglii czy Francji, to pewnie też uważałbym, że Izrael postępuje niegodziwie. Nie zarzucam Zachodowi antysemityzmu, nie uważam, że Francuzi czy Holendrzy bardziej popierają Hezbollah niż Izrael. Tu raczej chodzi o to, o czym mówiliśmy wcześniej: o kompletny brak zrozumienia istoty tego konfliktu. Proszę pana, to naprawdę jest proste: organizacja partyzancka, wyszkolona i finansowana przez Iran, działająca nielegalnie, łamiąc rezolucje Organizacji Narodów Zjednoczonych, wystrzeliwuje cztery tysiące rakiet na terytorium obcego państwa wyłącznie w cele cywilne, zabijając przy tym kobiety, dzieci, dorosłych, Żydów i Arabów. Przypominam, że powodem wybuchu wojny było nie tylko porwanie i zabicie żołnierzy, ale jednoczesne ostrzeliwanie północy Izraela. Jeśli ktoś oskarża nas teraz o przesadną reakcję, o używanie nieproporcjonalnej siły, to ja chciałbym zapytać – co innego mieliśmy zrobić? Jaka reakcja byłaby proporcjonalna? Zmniejszenie do połowy liczby bomb, które zrzuciliśmy? Zrzucenie mniejszych? Co by zrobiła Polska, gdyby na przykład z terytorium dajmy na to Austrii zaczęli was ostrzeliwać jacyś partyzanci? Wasi dowódcy zastanawialiby się, czy zbrojna odpowiedź na taki atak byłaby aktem agresji?

Oczywiście, zarzuty o powodowanie śmierci cywilów są ważne. Ja też uważam, że zginęło ich zbyt wielu, że niektórych nalotów należało uniknąć, ale to kwestie taktyczne. Ze strategicznego punktu widzenia Izrael zrobił to, co zrobiłoby każde państwo na jego miejscu. Zaatakowany – odpowiedział siłą.

Na czym polega różnica w podejściu Izraelczyków do tej wojny i do wojny z Palestyńczykami w Gazie czy na Zachodnim Brzegu?

Różnica jest zasadnicza. Większość Izraelczyków uznaje prawo Palestyńczyków do posiadania własnego państwa. Możemy potępiać terroryzm Hamasu albo fundamentalizm religijny, ale Izraelczycy generalnie rozumieją, że okupacja nie ma przyszłości, że musi powstać państwo palestyńskie i Izrael musi ułożyć sobie z nim jakieś sensowne relacje. Wielu z nas przyjmuje również, że Palestyńczycy walczą o wolność, wyzwolenie narodowe. Tymczasem Hezbollah jest organizacją, której jedynym celem jest zniszczenie Izraela, tutaj nie ma mowy o jakichś żądaniach politycznych. Ich jedynym żądaniem jest, żebyśmy przestali istnieć.

Co będzie dalej? Czy ten rozejm to koniec wojny?

Myślę, że koniec pewnego rozdziału. Następny rozpocznie się wtedy, gdy będzie to na rękę Iranowi i Syrii. W krótkiej perspektywie nic się nie będzie działo. ONZ rozmieści swoje siły, ale nikomu nie będzie zależało na tym, by naprawdę zaryzykować. Bo nie wyobrażam sobie, żeby nagle francuscy żołnierze zaczęli rozbrajać Hezbollah.

Rozmawiał Dariusz Rosiak

Etgar Keret

Urodził się w 1967 r. w Tel Awiwie. Jeden z najbardziej znanych i poczytnych pisarzy izraelskich. Przez krytykę nazywany „izraelskim Quentinem Tarantino”, „mistrzem paradoksu i zwięzłości”. Jego krótkie, czasem jednostronicowe opowiadania tłumaczono na angielski, niemiecki, włoski, duński, rosyjski, hiszpański, koreański, arabski. Po polsku ukazały się zbiory „Gaza blues” (2000), „Pizzeria „Kamikadze”” (2001), „Osiem procent z niczego” (2006)

Reklamy

Skazany na władzę – Rahul Gandhi

Źródło: Rzeczpospolita: Skazany na władzę – Rahul Gandhi
19.08.2006

Nie ma doświadczenia ani charyzmy. A jednak będzie rządził najliczniejszą demokracją świata. Podobnie jak jego ojciec, babka i pradziadek. Bo nazywa się Gandhi.

Rahul Gandhi jest przystojny. Wysoki i postawny, w połowie Włoch, a po trosze także Pars i Kaszmirczyk. Po matce Soni odziedziczył duże błyszczące oczy. Ale gdy się uśmiecha, na jego policzkach pojawiają się dołeczki i wtedy do złudzenia przypomina swego ojca Rajiva, zamordowanego w 1991 r. Na zdjęciach z pogrzebu Rahul ma 21 lat, wygląda na kruchego i nieśmiałego. Teraz też uchodzi za wstydliwego, jest skromny i subtelny. Mimo to ma odmienić Indie.

Jego oficjalną „koronację” i debiut w najwyższych kręgach indyjskiej polityki gazety wieszczą kilka razy w roku. Ślepe uwielbienie okazują mu partyjni koledzy i masy ubogich wieśniaków. Indyjski Kongres Narodowy i niemal całe Indie czekają na niego jak na zbawienie. Jeśli wierzyć politycznym kalkulacjom i traktowanym nie mniej serio przepowiedniom hinduskich astrologów, zostanie premierem już w 2008 lub 2009 r. Ale poza tym, że jako potomek najpotężniejszego rodu w historii Indii przejmie władzę – wiadomo o nim niewiele.

Dzieciństwo w strachu

Nie lubi siedzieć w domu, uprawia sporty, ma licencję pilota. Wiele lat spędził za granicą. Jego powrót do Indii w 2002 r. i to, że zainteresował się polityką, były dużym zaskoczeniem. Wszystko wskazywało, że zajmie się biznesem. Jednak od kilku lat narasta jego mit osoby naturalnie predestynowanej do władzy. Nietrudno uwierzyć, że rządzenie ma we krwi.

Odkąd w 1947 r. Brytyjczycy opuścili subkontynent, minęło 59 lat, z czego przez 37 lat krajem rządzili przodkowie Rahula. Jego pradziadkiem był Jawaharlal Nehru, pierwszy premier wolnych Indii. Babka Indira Gandhi pełniła ten urząd kilkakrotnie i – mimo politycznych skandali, a przede wszystkim wprowadzenia w 1975 r. stanu wyjątkowego i naruszenia swobód obywatelskich – wciąż uchodzi za najlepszego szefa gabinetu w historii kraju. Polityczną schedę miał po niej przejąć syn Sanjay, ale zginął w wypadku lotniczym. Konieczność zmusiła Rajiva Gandhiego, by zastąpił brata. Nie miał doświadczenia, nie rozumiał zawiłych układów rządzących indyjską polityką. Ostatecznie nieznajomość tajników rządzenia i decyzję o zaangażowaniu indyjskich wojsk w konflikt w Sri Lance, przypłacił śmiercią. Zamordował go zamachowiec-samobójca, należący do Tamilskich Tygrysów.

– To strata ojca pchnęła mnie do polityki – zapewnia dziś Rahul. – Pamiętam, jak wiozłem jego ciało na pogrzeb, jechałem z nim sam pociągiem. Od tego dnia noszę w sobie pewność, że chcę służyć Hindusom.

Biorąc pod uwagę to, w jakim napięciu wychowywał się Rahul, trudno uwierzyć, że naprawdę miał w życiowych planach fotel premiera. Dorastał w atmosferze ciągłego zagrożenia. Zapracowanego ojca widywał najwyżej przez godzinę dziennie. Wcześnie też zrozumiał, jak krwawa jest indyjska demokracja. Pierwszą tragedię przeżył jako czternastolatek, gdy w 1984 r. osobiści strażnicy zastrzelili jego babkę. Zamach na Indirę był odpowiedzią na masakrę pendżabskich separatystów, jakiej za jej zgodą wojsko dokonało w świątyni w Amrytsarze. Rahul zawsze podlegał surowym środkom bezpieczeństwa. Po śmierci ojca nie mógł nawet chodzić do szkoły, miał prywatnych nauczycieli. Później uczęszczał do college’u św. Stefana w Delhi, gdzie przyjęto go nie ze względu na dobre wyniki w nauce, ale dlatego, że nadawał się do szkolnej drużyny strzeleckiej. Potem wyjechał do Harvardu. Uczył się tam przez trzy lata, do 1993 r. Figuruje na liście studentów, ale nie otrzymał dyplomu, zresztą podobnie jak jego ojciec i babka. Nie jest jasne, co studiował później. Podobno ze względów bezpieczeństwa przeniesiono go na uczelnię w Massachusetts. Na jaką – nie wiadomo. Miał tam studiować jako Rahul Vinci. Sam zapewnia, że obronił dyplom z ekonomii rozwoju w Trinity College w Cambridge. Przez następnych kilka lat pracował w Londynie w renomowanej firmie doradczej Monitor Group. Kiedy wrócił do Indii, założył w Bombaju przedsiębiorstwo komputerowe.

Nagła zmiana ról

Jeszcze kilka lat temu był postacią anonimową. Dwa tygodnie po zamachach na nowojorskie WTC, obsługa zatrzymała go na lotnisku w Bostonie. Nie pomogło nazwisko ani paszport dyplomatyczny. Jego bagaż został przeszukany. Dopiero, gdy skontaktował się z matką, a ta zadzwoniła (czemu oficjalnie zaprzecza) do indyjskiego ambasadora w USA, Rahul mógł kontynuować podróż.

Nawet indyjskie gazety mało się nim interesowały. Publicznie zapewniał, że nie żywi wstrętu do polityki, ale nie zamierza się w nią angażować. Dlatego w dziennikach sprzed kilku lat można przeczytać tylko o jego wieloletnim związku z Latynoską, którą poznał jeszcze na studiach. Zdarzyło mu się nawet wywołać skandal, kiedy zabrał ukochaną na wczasy do kurortu w Kerali. Choć nie są małżeństwem, przez kilkanaście dni mieszkali tam razem. Zgodnie z indyjskim prawem popełnili tym samym przestępstwo.

O Rahulu i jego siostrze Priyance naprawdę głośno zrobiło się w 2003 r. podczas kampanii poprzedzającej wybory do parlamentu. Ale to Priyanka miała robić polityczną karierę. Była już doświadczona – pomagała matce przed wyborami w 1999 r. Odziedziczyła też przywódcze cechy: jest pełna energii, charyzmatyczna, łatwo zjednuje sobie tłumy. Stylem bycia, przemawiania, nawet wyglądem przypomina swą babkę Indirę. Jednak musiała ustąpić miejsca bratu i skoncentrować się na wychowaniu dwójki dzieci. Żaden z członków rodziny nie wyjaśnił tej nagłej wolty. Zdecydowało najpewniej przekonanie, że konserwatywne indyjskie społeczeństwo lepiej przyjmie Rahula jako kontynuatora misji Rajiva.

– Moje dzieci o wszystkim, co robią, decydują samodzielnie – zapewniała Sonia Gandhi. Jednak Rahul nie czuł się w świecie polityki swobodnie i nie krył tego. – Nie jestem przyzwyczajony do bycia osobą publiczną, do tej ciągłej obserwacji – mówił. Mimo to w 2004 r. wystartował w wyborach parlamentarnych z położonego na północ od Delhi okręgu Amethi, nazywanego bastionem rodu Nehru-Gandhi. Wcześniej mandat sprawowali tam jego ojciec, matka i wuj. Priyanka pomogła mu zorganizować kampanię. Łatwo zdobył większość głosów. Ale nawet dziś, po dwóch latachw parlamencie, przypomina człowieka, któremu uszyto garnitur nie na jego miarę. Wypowiada się rzadko, nie wiadomo też, jaki – i czy w ogóle – ma program polityczny.

Zawiedliśmy ludzi

W Izbie Ludowej zasiada razem w grupą młodych technokratów, wykształconych w renomowanych uczelniach na Zachodzie, dzieci prominentnych działaczy Indyjskiego Kongresu Narodowego. Ma dowodzić pokoleniową zmianą w partii, której kierownictwo pamięta jeszcze czasy rządów jego babki. Na razie jednak bardziej przypomina milczącego obserwatora. Pierwszy raz na mównicę wszedł dopiero po kilku miesiącach; jego matka, która jest przewodniczącą partii, zasiadła z tej okazji w pierwszej ławce. Rahul odczytał z kartki przemówienie o uprawach trzciny cukrowej. Potem, w 2005 r., poprowadził protest młodych parlamentarzystów Kongresu. Wyszli przed budynek izby i w ciszy siedzieli pod pomnikiem Mahatmy Gandhiego. W rękach trzymali transparenty z hasłami: „Usłyszcie nas”, „Pozwólcie nam mówić”. Sprzeciwiali się w ten sposób praktykom opozycji, która przez wiele dni blokowała obrady.

Mimo że Rahul nie ma w politycznym dorobku znaczących osiągnięć, okrzyknięto go „przyszłością partii”. Na plenarnym zjeździe w styczniu 2006 r., oznaki uwielbienia dla młodego polityka sięgnęły zenitu. I on, i jego matka, nie potrafili ukryć zażenowania. Członkowie Kongresu wygłaszali peany na cześć Rahula. Co chwila wybuchały okrzyki wzywające go, by przejął ważniejszą rolę w partii.W zalewie pochwał zabrakło miejsca na dyskusję o kondycji partii. A ta jest bardzo trudna.

Kongres po raz pierwszy w swej historii rządzi w koalicji, zresztą uzależnionej od poparcia zdominowanego przez marksistów Frontu Lewicy. Stracił poparcie w tzw. pasie północnym, czyli kilku stanach, które dotąd były przyjazne partii. W Kerali i Bengalu Zachodnim jest zbyt słaby, by konkurować z rządzącymi tam od lat komunistami. Ale najgorsze, że partia, która od 120 lat wznosi hasła poprawy losu najuboższych, głównie dalitów (czyli byłych niedotykalnych), coraz bardziej oddala się od swych wyborców.

– Nasza pozycja jest słaba, bo zawiedliśmy ludzi. Nie pomogliśmy im zrealizować marzeń – mówił na zjeździe Gandhi. Namawiał partyjnych kolegów, żeby z salonów władzy przenieśli się do miasteczek, wsi, uniwersytetów i szkół, i tam walczyli o wyborców. Wyraźnie podkreślił też, że tylko młodzi członkowie partii mają szansę odzyskać zaufanie i głosy na północy Indii. Wie, że hierarchiczna struktura partii jest przestarzała i nie pasuje do realiów szybkiego rozwoju ekonomicznego.

Ale ci, którzy przyjechali na zjazd, nie chcieli słuchać jego rad, chcieli go tylko wynieść do władzy. To wyraz desperacji, bo Kongres nie ma pomysłu, jak wyjść z kryzysu. Wiadomo tylko, że Rahul ma być lekiem na całe zło. Dlatego jest traktowany jak półbóg, obrzucany kwiatami i pochwałami. A Gandhi wie, że błyskawicznie zmieniającym się Indiom trzeba fachowca, nie zaś bohatera przypominającego cudowne wcielenie nieustraszonego Boga Ramy.Co jakiś czas publicyści i członkowie partii wróżą mu nową misję. Kilkakrotnie już zapowiadali, że zostanie sekretarzem generalnym partii, że wejdzie w skład jej organu decyzyjnego – Komitetu Roboczego Kongresu, albo że w 2007 r. stanie na czele partii w Uttar Pradesz, najludniejszym z indyjskich stanów. Ten ostatni scenariusz jest najbardziej prawdopodobny; wiosną tego roku Rahul nieformalnie zgłosił swoją kandydaturę. – Jeśli władze tak zdecydują, jestem gotowy odmienić losy partii – mówił. Opinia publiczna odebrała to jako zapowiedź długo oczekiwanego wejścia w świat wielkiej polityki. Na razie oficjalnej nominacji nie było, ale tym razem – jak piszą nie bez ekscytacji indyjscy dziennikarze – to tylko kwestia czasu.

W kolejce do idola

Na tę wrzawę i nawałnicę pochlebstw Rahul reaguje dystansem, czasem nawet otwartą złością. Kiedy przyjeżdża do Amethi, nie pozwala na rytualne okazywanie sobie najwyższego szacunku – padanie do stóp. Nie przyjmuje girland i prezentów. W jednej z miejscowości ludzie siłą ozdobili go kwiatami i chcieli, żeby w ten sam sposób przystroił portret ojca. Odmówił. Powiedział, że nie będzie tolerował zbędnych ceremonii, a zamiast tego oczekuje ciężkiej pracy i kompetencji. Mieszkańcy byli wściekli, powiedzieli, że na niego nie zagłosują. Upomniany przez starszyznę, następnego dnia wrócił do wsi z pojednawczym gestem.

Potrzeba uwielbienia idoli jest w Indiach odwieczna, bez względu na to, czy chodzi o mityczne bóstwa, filmowe gwiazdy z Bollywood czy polityków. Chociaż Rahul nie chciał oficjalnie świętować w czerwcu swych 36. urodzin, partyjni koledzy zrobili to za niego i… bez niego. Na przyjęciu był 36-kilogramowy tort, który rozdano ubogim uczniom i sierotom. Nie miało znaczenia, że młody Gandhi inaczej rozumie dobroczynność i obowiązki polityka.

Zamiast pracować w gabinecie, dużo czasu spędza w terenie. Spotyka się z inżynierami, studiuje nowoczesne techniki upraw, ogląda maszyny. Raz w miesiącu odwiedza swój okręg i rozmawia z wyborcami. Nie nadąża z czytaniem listów, kazał więc przygotować formularze, na których wystarczy zaznaczyć, czego dotyczy prośba. Tak jak ojciec, wdrapuje się na dach samochodu, żeby pomachać tłumom. Wierzą, że zmieni ich życie, chociaż rodzina Gandhich nie rozwiązała żadnego z najpoważniejszych problemów Amethi – upadają fabryki, rośnie bezrobocie, a wyboiste drogi ciągle czekają na asfalt.

Ci, którzy godzinami czekają na spotkania z nim, nazywają go bhaiya – brat. Młody Sher ustawia się w kolejce nie pierwszy raz, już kiedyś mówił Rahulowi, że nie może znaleźć pracy. Sabira, 55-letnia wdowa, nie ma pieniędzy na posag dla dwóch córek. Gulaba nie stać na operację nogi, natomiast Sahil jest poetą i przyszedł zaprosić Gandhiego na premierę nowego tomiku. Rahul reaguje na prośby serdecznością – siada z wieśniakami, zamiast mineralnej pije wodę z ich studni, bierze na ręce dzieci. Ale miłość tłumów nie wystarczy.

To, czego Gandhi chce dla Indii, jest niemożliwe bez poparcia wpływowych i wiekowych członków Kongresu. A właśnie oni stoją na przeszkodzie jego planom. Bo Rahul oczekuje moralnej odnowy Kongresu, powrotu do szlachetnych ideałów, ale i efektów. Jego wizyty w wioskach to upomnienie, że wyborcami partii nie są dorobkiewicze z wielkich miast, ale przede wszystkim ludzie pokrzywdzeni i odtrąceni. Ci, którzy wciąż padają ofiarą kastowości i komunalizmu, czyli religijnych i etnicznych podziałów. Przekonuje, że w Indiach nie da się rządzić zza biurka. Zapewnia, że wprowadzi „politykę serca”, że zadba, by szybki wzrost gospodarczy odczuł cały kraj: – Stworzę nowy standard w indyjskiej polityce. Zobaczycie.

To zapowiedź rządów czułego pragmatyka, liberała z ludzką twarzą. Ale nie tylko. Chwilami Gandhi brzmi tak, jakby wypowiadał wojnę wielowiekowym zwyczajom i stylowi sprawowania władzy. Będzie mu trudno. Na razie chroni go autorytet matki. Jednak jeśli wkrótce nie udowodni, że poza dobrą wolą ma jeszcze moc realizowania swoich planów, krąg wpływowych polityków, szczelnie otaczający rodzinę Gandhich, zrobi z niego marionetkę. Podobnym próbom skutecznie oparła się w 1969 r. młoda Indira, ale ceną był podział partii, a ona przeszła do historii jako kobieta o żelaznym charakterze. Wygląda na to, że Rahul nie ma jej siły, bezwzględności, głodu władzy. Ma tylko nazwisko.

PAULINA WILK