Katolicyzm i stare koronki

Kto jest winien temu, że słowo „katolik” pachnie naftaliną? Oczywiście katolicy, my sami

Historia pierwsza, z Internetu. Szef watykańskiego obserwatorium astronomicznego zasugerował, że we wszechświecie może być ktoś jeszcze. Na forach – eksplozja komentarzy. Wizje odpalanych z Watykanu rakiet. Zaniosą w przestworza księży, których zadaniem będzie wyszukiwanie kosmicznych katolików. Jak ich rozpoznać? „Moherowe berety, seledynowe garnitury, różańce i radyjka przy uchu”. „I obrazeczki z Maryją!”, „Zapasy hostii!”, „Kalendarzyki małżeńskie!” – każdy dodaje od siebie coś jeszcze.

Historia druga, z ulicy. Na jednym z warszawskich skrzyżowań niemal wpadam na stare bmw prowadzone przez panią w średnim wieku. Pojazd dławi się i krztusi, na każdych światłach wykonuje kangurka. Mój rozradowany pasażer pokazuje tylną szybę drogowego kaleki. Na niej wielka odblaskowa nalepka: „Ufam Jezusowi” oraz standardowa żółta rybka – symbol chrześcijan. „Katoliczka” – zawyrokował z przekonaniem kolega. „No jedź, babo, jedź! Alleluja i posuwaj do przodu!”.

Historia trzecia, z prasy. W „Newsweeku” tekst o Arturze Zawiszy. Obok fotki z osobniczego rozwoju. Na jednej – przyszły poseł pozuje z wybranką. Podpis głosi: „Katolickie małżeństwo”. Katolickie, niby nie ma się co czepiać. Tylko dlaczego zdjęć państwa Kaczyńskich też tak się nigdy nie podpisze, a pod Aleksandrem Kwaśniewskim nie daje się słowa „agnostyk”? To jasne. Tutaj chodzi o wąsy.

Poseł Zawisza się stylistkom nie kłaniał. I dlatego nie przejmuje się faktem, że coś, co było wielkim hitem za Mieszka, ostatecznie wyszło z mody przed wojną. Wąsy zmartwychwstały jeszcze co prawda na chwilę w latach 70. i 80., kiedy promowano wąsatych herosów (wyposażając ich również w plerezy, czyli fryzurę a la czeski piłkarz lub też Don Wasyl), ostatnio górę znów bierze jednak układ gładkolicych gogusiów. PAP pisze: „Odchodzący na emeryturę szef straży pożarnej w Amsterdamie kazał zgolić podwładnym wąsy, bo odwzorowują przestarzały wizerunek macho”.

„Wąsy wzmacniają stereotypowe wyobrażenie straży jako klubu oldbojów” – powiedział komendant Kees te Boekhorst w wywiadzie dla dziennika „Telegraaf”. I tu właśnie pan komendant trafia w samo sedno.

Trzy opisane wyżej historie dobrze pokazują, że jakiejś części naszego nominalnie bardzo katolickiego społeczeństwa katolicyzm kojarzy się właśnie z klubem obciachowych oldbojów. Gronem postaci nie do końca sprawnych. Katolicki publicysta – smętek w kusej marynarce, katolicki lekarz – synonim leczącego kołtun miętą znachora, katolicka młodzież to odziane w drewniane korale i suknie do ziemi pozbawione makijażu nastolatki z rozstrojoną gitarą i aparatem na zębach. A już katolicka para – to dopiero jaja do kwadratu! Ile było zdumienia, gdy w sieci pojawił się serwis matrymonialny dla katolików (ciekawe, a gdyby taki serwis otworzyli buddyści?). Kilka miesięcy temu jedna z gazet wzięła na tapetę dyżurny temat – seks przed ślubem. Rolę ciekawostki odgrywali w nim prostoduszni chłopiec i dziewczynka, którzy zdecydowali się, by do łóżka nie chodzić i w swej naiwności wyznali dziennikarce, że zamiast współżyć śpiewają i grają na organkach. Iluż przyjaciół brało się za boki, zaśmiewało do łez, kiwało głowami, powtarzając – no, patrzcie, katolicy! No właśnie.

Kto jest winien temu, że słowo „katolik” pachnie naftaliną i stroi się w stare koronki? Oczywiście katolicy, my sami. Bo to nasza wina, że wyżej wymienieni nie zetknęli się z nikim, kto wyrobiłby w nich inne skojarzenia. To znamienne, że choć wśród katolików jest tylu fajnych przedsiębiorców, żartownisiów oraz fanów deskorolki nam z tą akurat wiarą łatwiej jest kojarzyć niedołęstwo na drodze i wąsy.

Ten fakt można tłumaczyć dwojako. Po pierwsze – tym, co o katolicyzmie mówią nasze media, które z lubością pokazują katolicyzm boleśnie powierzchowny – pompy, parady i eksbiskupów polowych z Lepperem (to swoją drogą skandal). Słowo daję, że gdy człowiek patrzy na te wszystkie transmisje, przestaje się dziwić, że mimo tej propagandy sukcesu – jak pokazują badania – prawie 80 proc. Polaków nie wie prawie nic o Jezusie. Ale jak mają się o Nim coś wywiedzieć, skoro nawet ci, którzy szczerze wierzą, kryją się z tą wiarą po kątach? „Prywatyzują” ją, przyjmując założenie, że katolik, wychodząc z kościoła, na swą duszę wkłada czapkę niewidkę. Inne wyznania (patrz radykalni protestanci) nie mają tych problemów, tylko my powtarzamy wciąż sobie, że wiara jest w kruchcie, a poza nią – dyskrecja i wstyd.

Nie musimy rzecz jasna z miejsca czerpać wzoru z USA, skąd przywędrował do nas zwyczaj naklejania na auta chrześcijańskich rybek. Tam jest bowiem drugi biegun tej historii. Jakiś czas temu, gdy – z udziałem prezydenta – zaognił się spór o to, czy człowiek został stworzony, czy może pochodzi od małpy, w rybkach fanów tradycji pojawiło się też słówko „Bush”. Zwolennicy ewolucji błyskawicznie przyrządzili większe rybki z napisem „Darwin”, które połykały rybkę z Bushem. Policja zaczęła odnotowywać przypadki wzajemnego demolowania sobie umajonych nalepkami zderzaków, ale wkrótce obie grupy skupiły się na anarchistach, którzy z obu nalepek zrobili trzecią – bestię o dwóch głowach. My patrzymy na to z rozbawieniem, wszak jesteśmy bardziej kulturalni. „Dyskretni, powściągliwi, wstydliwi” – tak wyglądać będzie nasze epitafium.

Szymon Hołownia
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s