Długi cień tyrana – Mao Zedong

Źródło: Rzeczpospolita: Długi cień tyrana – Mao Zedong
09.09.2006

Dziewiąty września to w Chinach dziwny dzień do umierania. Dwie dziewiątki, „jiu jiu”, to dla z natury przesądnych Chińczyków dobry omen – oznaczają długowieczność. Tak, jakby umierając 9 września, Mao chciał powiedzieć Chińczykom: będę jeszcze długo żywy

Mao Zedonga spotkałem osobiście niemal dziewięć lat temu. Musiałem najpierw cierpliwie odczekać swoje w kilkusetmetrowej kolejce turystów z kraju i zagranicy. A potem w ciszy, nie zatrzymując się – jak nakazują wymogi bezpieczeństwa – przeszedłem obok zamkniętej w przezroczystym sarkofagu mumii Przewodniczącego. Pamiętam tylko poczucie rozczarowania brakiem jakichkolwiek emocji. Potem jednak zdałem sobie sprawę, że Przewodniczącego na próżno szukać w mauzoleum na placu Tiananmen. Jego mumia jest bowiem tylko „biologiczną strukturą historycznego monumentu”, by użyć stwierdzenia Jurija Denisowa, szefa zespołu, który balsamował Lenina i innych wielkich sowieckiej rewolucji.

Mauzoleum to jedynie część symbolicznej struktury, w której żyje duch Mao. Tą strukturą jest cały plac Tiananmen, ogromna pusta przestrzeń wykrojona na rozkaz Przewodniczącego ze starej tkanki miasta wraz z otaczającymi ją budowlami: gargantuiczną Halą Ludową, w której zbiera się parlament ChRL, przylegającym nieco z boku kompleksem rządowym Zhongnanhai, w którym przez lata mieszkał Mao, i wreszcie Bramą Niebiańskiego Spokoju. To na niej wisi nieustannie odnawiany wielki portret, z którego patrzy na naród twórca ludowych Chin – jak żywy, choć zmarł równo 30 lat temu.

Długie konanie

Rok 1976 był w historii ChRL rokiem niezwykłym. Mao umierał jak przystało na tytana historii – długo i wśród burzliwych wydarzeń. Tocząca go choroba Lou Gehriga prowadziła do stopniowego zaniku kontroli nad mięśniami prawej części ciała. Z miesiąca na miesiąc sędziwy dyktator coraz słabiej się poruszał, miał coraz większe kłopoty z oddychaniem i coraz mniej wyraźnie mówił. Pod koniec jedyną osobą, która była w stanie zrozumieć bełkot 82-letniego przywódcy, była Zhang Yufen, młodsza od niego o niemal pół wieku kochanka. Ku upokorzeniu partyjnych towarzyszy kontrolowała dostęp do Mao. Także serce przewodniczącego odmawiało pracy. Między majem i wrześniem miał trzy rozległe zawały.

Wraz z Przewodniczącym dogorywała zapoczątkowana dziesięć lat wcześniej rewolucja kulturalna, która wycieńczyła naród i zniszczyła jego kulturę.

Wraz z Przewodniczącym odchodzili też inni tytani chińskiej rewolucji.

Na początku roku zmarł cierpiący na raka premier Zhou Enlai, wielbiony przez lud za wrażenie dobroci i pełne pięknego smutku oczy. Mao nie wierzył, że raka da się uleczyć, i nie zgodził się na kurację dla Zhou, który przez dekady żył w panicznym lęku przed Przewodniczącym.

Podczas wiosennego święta zmarłych tłumy pekińczyków wyległy na plac Tiananmen, by oddać hołd premierowi i w milczeniu zaprotestować przeciw bandzie czworga.

Mao uznał protesty za kontrrewolucyjną prowokację. Za jego aprobatą wojsko i policja brutalnie stłumiły demonstracje.

Na początku lipca, gdy Mao resztkami sił trwał przy życiu, odszedł legendarny marszałek Zhu De, twórca Chińskiej Armii Czerwonej, prześladowany przez czerwonogwardzistów pod koniec lat 60. i przywrócony do łask kilka lat przed śmiercią.

Pod koniec lipca jedno z najbardziej niszczycielskich trzęsień ziemi w nowoczesnej historii niemal całkowicie zmiotło położone nieopodal stolicy miasto Tangshan, w którym zginęło co najmniej ćwierć miliona ludzi. Niczym w podaniach z pradawnych dynastii natura zwiastowała rychły koniec pewnej epoki.

Nowe życie ojca narodu

Tak jak Rosjanie po śmierci Stalina, tak i Chińczycy przyjęli odejście Wielkiego Sternika z niedowierzaniem i rozpaczą. Choć nie wszyscy. – To był najpiękniejszy dzień w moim życiu – powiedział mi kiedyś pewien przedsiębiorca spod Pekinu, który jako czerwonogwardzista spędził młodość na wiejskim zesłaniu i szybko wyleczył się z uwielbienia dla Mao. Takich Chińczyków jest jednak niewielu.

– Mao na zawsze pozostanie z nami – powiedział podczas ceremonii otwarcia mauzoleum w 1977 roku. Hua Guofeng, namaszczony przez Przewodniczącego na jego następcę. Sam Hua wkrótce przeszedł do przypisów historii, ale jego słowa zachowały aktualność. Mao pozostał.

Po śmierci Przewodniczący został poddany precyzyjnej obróbce propagandowej, która dała mu nowe życie w nowej postaci. W zapomnienie, a przynajmniej przemilczenie, poszły ekscesy Mao: wielki skok i spowodowana nim klęska głodu, niewyobrażalna destrukcja tradycyjnej tkanki kulturowej i społecznej podczas rewolucji kulturalnej, nawroty okrutnych czystek, bezsensowna śmierć dziesiątek milionów ludzi, całkowita ruina gospodarcza kraju. Dziś o tym wszystkim wiedzą w Chinach tylko nieliczni czytelnicy drugiego obiegu oraz ci starsi, którzy w tamtych czasach byli na tyle świadomi, by rozumieć, co się dzieje.

W umysłach większości Mao pozostał jako ojciec narodu, który to naród – by użyć słów Przewodniczącego – „powstał z kolan” po dekadach upokorzeń ze strony obcych mocarstw. W swej przenikliwości nowy władca Chin Deng Xiaoping – niegdyś jeden z wykonawców brutalnej kampanii przeciw prawicowcom, potem sam odsunięty przez Mao – rozumiał, że wobec ideologicznej pustki powstałej po klęsce marksizmu i maoizmu potrzebne będzie nowe ideologiczne spoiwo, które jednocześnie da partii legitymację do rządzenia. Spoiwem tym stał się nacjonalizm z Mao w godle.

Ten sztuczny Mao to nie tylko dobry, łagodny, troskliwy mąż stanu, ale i niemal mityczna istota, która nadludzkim wysiłkiem woli zjednoczyła kraj i odparła obce siły. To tak, jakby ktoś przetopił w umysłach Polaków Piłsudskiego, Łokietka i Matkę Boską Częstochowską w jeden ideologiczny amalgamat i wydrukował jego portret na wszystkich banknotach. Kult jednostki, towarzyszący Przewodniczącemu za życia, został po jego śmierci przerobiony na mniej żarliwy, ale bardziej trwały patriotyczny mit.

Ponieważ szkoła i mass media wytrwale wbijają młodzieży do głów oficjalną wersję przeszłości, a w chińskich rodzinach niechętnie mówi się o historii, ten wizerunek na dobre utkwił w umysłach milionów Chińczyków urodzonych w postmaoistowskich Chinach. Większość chińskich studentów, jakich poznałem, szczerze wierzy w mit Mao – ojca narodu, nawet jeśli są świadomi „wypaczeń”, jakie towarzyszyły jego rządom.

Podróż do Maolandu

Podróżując po Chinach, często podążałem jego śladami. Byłem na przykład w Shaoshan, jego rodzinnej wsi w prowincji Hunan, gdzie Wielki Sternik chodził do szkoły i gdzie w wieku trzynastu lat został w wyniku zaaranżowanego małżeństwa mężem o kilka lat starszej wieśniaczki, z którą w późniejszym życiu niewiele go łączyło.

Shaoshan to istny Maoland, skansen, do którego tysiące turystów z całych Chin dowożone są zorganizowanymi grupami z zakładów pracy, by oglądać stare ubrania Mao czy chatę, w której ponoć się wychowywał, a potem wydawać ciężko zarobione pieniądze w niezliczonych stoiskach z „maomemorabiliami”. Wśród posążków, wisiorków i zapalniczek z jego wizerunkiem trudno dojrzeć prawdziwą twarz Mao.

Podobnie w mieście Changsha, stolicy prowincji, gdzie nastoletni Mao, łapczywie pochłaniający książki i prasę, po raz pierwszy zetknął się z ideami chińskich patriotów nawołujących do modernizacji państwa i gdzie był świadkiem tumultu towarzyszącego upadkowi cesarstwa w 1911 r.

W gimnazjum, do którego uczęszczał młody przybysz z prowincji, młodzież chodzi dziś ze słuchawkami na uszach i czyta kolorowe magazyny. Na próżno szukać go na Uniwersytecie Pekińskim, gdzie jako bibliotekarz i zaoczny student po raz pierwszy zetknął się ideami Marksa i Engelsa, czy w ogarniętym rynkową gorączką Szanghaju, gdzie w domu, w którym istnieje dziś poświęcone temu wydarzeniu muzeum, był świadkiem założenia Komunistycznej Partii Chin.

Jeśli jest jeszcze gdzieś obecny, to może trochę w Yan’anie, na lessowej wyżynie.

To tu w 1936 r. Mao i jego ludzie zakończyli bohaterski odwrót przed siłami Kuomintangu zwany długim marszem. Tu, po przejściu setek mil usłanych trupami poległych towarzyszy, stworzyli na następne kilkanaście lat bezpieczną bazę, w której rośli w siłę i szykowali się do przejęcia kontroli nad całym krajem. Zwiedzanie wraz z tłumem zakładowych wycieczek kolejnych kwater kierownictwa KPCh daje uważnemu obserwatorowi pojęcie o tym, jak Mao stopniowo pozbywał się (często poprzez fizyczną likwidację) swych rywali do władzy i jak w coraz większej izolacji od partyjnych mas tworzył się jego iście cesarski dwór. Rozmowa z lokalnymi chłopami – o tym, jak bezwzględna musiała być już wtedy ludowa władza dla ludu, skoro gorycz wywołana jej ówczesnymi rządami przeszła z pokolenia na pokolenie.

Biografia monstrum

Na Zachodzie historycy wciąż debatują nad tym, jaki był Mao, próbują zajrzeć w głąb utkanej przez propagandę powłoki i dojrzeć prawdziwego człowieka. Wydana w zeszłym roku książka „Mao. Nieznana historia” była jednym z wydawniczych przebojów w USA i Wielkiej Brytanii. Jung Chang, słynna autorka „Dzikich łabędzi”, i jej mąż, brytyjski historyk Jon Halliday, przez ponad dekadę zbierali materiały do dzieła, które miało być ostateczną rozprawą z legendą Mao. Przeprowadzili wywiady z kilkuset osobami z Chin i zagranicy, które miały kontakty z Mao lub były świadkami ważnych wydarzeń historycznych związanych z Przewodniczącym. Przekopali tysiące materiałów źródłowych. Ujawnili nieznane dotąd dokumenty z archiwów chińskich i rosyjskich.

Powstała najbardziej szczegółowa i dogłębna ze wszystkich biografii Mao, poruszający obraz niewyobrażalnego okrucieństwa i perfidii. Mao nie był ani komunistą, ani chińskim patriotą, przekonują autorzy. Był megalomanem, który dla zaspokojenia gargantuicznego ego bez najmniejszych skrupułów gotów był poświęcić dobro kraju i życie milionów rodaków, przyjaciół, a nawet rodziny. Lubował się w okrucieństwie, osobiście nadzorując bestialskie egzekucje „wrogów ludu”. Mówiąc krótko – był potworem co najmniej w takim stopniu jak Hitler czy Stalin.

Mao w wydaniu Chang i Hallidaya to człowiek na wskroś zły, okrutny, niewierny, podstępny. Jest też niezwykle nieefektywny w niemal każdym działaniu, które nie służy zdobyciu lub utrzymaniu władzy absolutnej. Na jednowymiarowego Mao z oficjalnej propagandy autorzy odpowiadają jednowymiarowym, choć świetnie napisanym, portretem monstrum.

Koszmarny zielony uśmiech

Znacznie bardziej fascynującym portretem dyktatora wydaje mi się opublikowane w 1994 r. „Prywatne życie przewodniczącego Mao” autorstwa Li Zhisui, wieloletniego osobistego lekarza przywódcy. Doktor Li patrzy wstecz na Przewodniczącego z mieszaniną potępienia i sympatii, charakterystyczną dla kogoś, kto zżył się ze swym pacjentem.

Jak pisze Li, Mao mógł sobie pozwolić na luksus maksymalnej prostoty. Nie musiał odziewać się w wyszukane szaty – mógł całymi dniami pracować nago przy swym prywatnym krytym basenie. Żył bez biologicznego zegara, bez żadnego stałego rytmu. Leżąc w łóżku, w środku nocy wzywał do siebie nieprzytomnych urzędników.

Doktor opowiada o wyjątkowo rozwiązłym życiu satrapy, który mimo materialistycznego światopoglądu wierzył ponoć za taoistami, że seks z młodymi kobietami przedłuży mu życie. Gdy za murami rządowego kompleksu obowiązywał narzucony przez reprezentantów ludu purytański kodeks moralny, twórca republiki otaczał się tłumem dziewcząt, które dostarczały mu cielesnych rozkoszy.

Jak pisze doktor Li, liczne nałożnice Mao zgodnie utrzymywały, że Przewodniczący był wielki we wszystkim, co robił. Jednak z pewnym zgorszeniem lekarz wspomina, jak zamiast mycia Mao wolał przecieranie wilgotnym ręcznikiem, co – jak zauważa doktor – wysoce utrudniało walkę z chorobami wenerycznymi krążącymi między Sternikiem a świtą jego młodych partnerek. Jak przez większość życia zaciekle walczył z zatwardzeniem. Jak zamiast myć zęby, płukał je zieloną herbatą, co sprawiło, że na starość miał koszmarny zielony uśmiech. Jak marudził, grymasił, odmawiał leczenia i badań.

Ale też – jak całymi dniami potrafił zamartwiać się sytuacją polityczną, tracąc ochotę na sen, seks i jedzenie. Jak rozgrywał przeciwko sobie różne partyjne frakcje i bezwzględnie niszczył wszystkich, którzy mogli mu zagrozić.

Zarazem jednak Mao widziany oczyma doktora jest człowiekiem bezpośrednim, nielubiącym ceremoniałów, wyzbytym pychy. Jest inteligentny i przenikliwy, niezwykle oczytany i bardzo dobrze poinformowany. Rozpiera go ciekawość życia, chęć pójścia każdą ścieżką, którą jeszcze nie szedł. Potrafi nawet przez moment współczuć, prawdziwie martwi się o zdrowie swego lekarza, gdy ten wraca ledwie żywy z kolejnej przymusowej kampanii na wsi. Zwykle jednak, jak pisze doktor Li, współczucie nie gości w sercu Sternika.

Monument

Czy to jednak dziś ważne, jaki naprawdę był Mao? Jego życie jest trochę jak ta mumia, która leży w mauzoleum na placu jak „biologiczna struktura historycznego monumentu”. Liczy się pomnik, to, czym jest Mao dziś.

Współcześni przywódcy Chin, tak zwana czwarta generacja, to ludzie, którzy kształtowali się w czasach apogeum kultu Mao. Gdy przewodniczący Hu czy premier Wen Jiabao mówią o potrzebie studiowania myśli Mao i wdrażania ich w życie, można podejrzewać, że w to wierzą.

Nie chodzi tylko o wprowadzoną przez Mao regułę samowystarczalności Chin, unikania zależności od innych państw. Mao twierdził też na przykład, że ideologia jest równie zła jak religia: mąci umysły, zakrywa prawdę, nie prowadzi do celu. Zalecał szukanie prawdy poprzez obiektywną analizę faktów. „Musimy nauczyć się patrzeć na rzeczy wielostronnie, widzieć obie strony monety – pisał w 1957 r. – W określonych warunkach rzecz dobra może przynieść złe następstwa, a zła może przynieść dobre”.

Sam Mao średnio sobie radził z „obiektywną analizą faktów” w praktyce, ale dla jego następców jest to istotny drogowskaz, który pozwolił im uniknąć błędów sowieckich i dostosować się do zmieniającego się świata. Ideologia odgrywa w polityce chińskiej minimalną rolę, jest ledwie kodem komunikacji w polityce wewnętrznej i zupełnie nie liczy się w polityce zagranicznej.

Od Mao obecni przywódcy przejęli też spojrzenie na demokrację, która w jego pojęciu oznaczała godzenie sprzecznych interesów różnych grup społecznych w obrębie jednej partii. Zachodnia demokracja liberalna była dla niego „ultrademokracją”, przerostem egocentryzmu jednostki. Co ciekawe, gdy obecni chińscy komuniści mówią o ryzyku tego rodzaju przerostu demokracji, odwołują się do negatywnych doświadczeń rewolucji kulturalnej. Ich pomysł na rozwiązanie „sprzeczności”, narosłych w sposób dramatyczny w nowym chińskim społeczeństwie w wyniku reform, odwołuje się wprost do idei Mao: objęcie wszystkich grup troskliwymi ramionami partii (choć nie jest jasne, czy Przewodniczący byłby zadowolony z włączenia do tego grona odrodzonej klasy kapitalistów).

Na tych, którzy nie chcą dać się objąć, też jest sposób. Jak pisał Mao, sprzeczności należy rozwiązywać poprzez „perswazję i edukację, a nie metodą przymusu czy represji”. Także to zalecenie obecna władza traktuje poważnie: reedukacji przez pracę – dla ich własnego dobra – poddawani są na przykład członkowie zdelegalizowanego w 1999 r. ruchu medytacyjnego Falun Gong. „Przymus” czy „represja” są w tym przypadku terminem otwartym na nowe definicje.

Dzieci Mao

Książka Chang i Hallidaya kończy się w chwili śmierci Mao. Jedynym fragmentem łączącym dawne wydarzenia z teraźniejszością jest lakoniczny dwuzdaniowy epilog, w którym autorzy piszą: „Dziś portret Mao i jego trup wciąż dominują nad placem Tiananmen w samym sercu chińskiej stolicy. Obecny reżim komunistyczny głosi się spadkobiercą Mao i zapalczywie propaguje mit Mao”.

Chang i Halliday nie wyjaśniają jednak, dlaczego tak jest, stawiając niejako znak równości między Mao i dzisiejszymi władcami Chin. Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana.

Wystarczy kilka porównań. Mao wierzył w wieczną rewolucję, „pobudzanie mas”, nie dbał o poziom życia ludzi, nic sobie nie robił z podstawowych praw ekonomii. Dzisiejsze władze mają niemal obsesję na punkcie wskaźników gospodarczych, dobrobytu i spokoju społecznego. Mao rządził jak cesarz. Tymczasem w ostatnich dwóch dekadach pomna zagrożeń związanych z kultem jednostki partia zainstalowała sobie wewnętrzny mechanizm kontrolny, swoiste „checks and balances” w chińskim wydaniu, które opiera się na pojęciu „kolektywnego przywództwa”. A przed paroma laty KPCh przeprowadziła rzecz unikalną w historii światowego komunizmu – zaplanowane i pokojowe przekazanie władzy młodszemu pokoleniu przywódców. Mao był nieobliczalnym, genialnym maniakiem. Hu Jintao i spółka to racjonalni, stateczni zarządcy.

Jonathan Spence opisuje w biografii Przewodniczącego, jak w czerwcu 1976 r. podczas jednego z ostatnich spotkań z członkami politbiura Mao stwierdził, że gdy ma się ponad 80 lat, należy pomyśleć o pogrzebie i podsumować swe życie. Za dwa główne osiągnięcia swej długiej kariery politycznej uznał wypędzenie Czang Kajszeka na „tę maleńką wysepkę” (Tajwan) i odesłanie Japończyków „w rodzinne strony”. Ale rewolucję uznał za dzieło nieskończone, którego powodzenie zależeć miało od jego następców.

Chińska Republika Ludowa, która jest dzieckiem Mao, nie tylko przeżyła jego śmierć, ale ma się coraz lepiej. Za życia jednego pokolenia najludniejsze państwo świata awansowało z pozycji pariasa do statusu kandydata na supermocarstwo. Milionom Chińczyków żyje się z roku na rok coraz dostatniej. Krytycy Mao powiedzą, że stało się tak POMIMO spustoszenia, jakie po sobie pozostawił. Ale ludzie obecnego reżimu w Pekinie uważają inaczej. Według nich Chiny nie mogłyby osiągnąć tego, co osiągnęły, bez wcześniejszego dzieła stworzenia niezależnego, zjednoczonego, rządzonego jedną twardą ręką Państwa Środka. Cała reszta to cena, jaką trzeba zapłacić.

Jak stwierdził młody Mao w jednym ze swych wczesnych esejów, do skutecznej reformy kraju konieczne jest jego całkowite zniszczenie. Paradoksalnie, wszystko, co stało się po jego śmierci, zdaje się to potwierdzać.

Ale czy on sam byłby zadowolony? Czy rewolucja rozwija się po jego myśli? Wątpliwe. Dzisiejsze władze utrzymują co prawda, że obecna rzeczywistość jest jedynie etapem przejściowym w budowie komunizmu. Rozpasana konsumpcja, wolnorynkowa konkurencja, zachodnia rozrywka i wszechobecna, nieprawdopodobna korupcja partyjnych oficjeli przyprawiłyby go o zgrzytanie zębów. Jeśli oddalanie się partyjnych elit od mas w latach 60. wymagało zdaniem Mao zastosowania wyjątkowego instrumentu w postaci rewolucji kulturalnej, to dziś musiałby się chyba odwołać do doświadczeń swych uczniów z Kambodży, Czerwonych Khmerów.

Twarze Mao

– Mamy i tak zbyt wielu ludzi, co za różnica, jeśli paru stracimy – mawiał do swych towarzyszy Przewodniczący. Uważał, że nie wiążą go żadne prawa moralne, czy to ziemskie czy boskie, że jest -„wufa wutian” – bez prawa i bez Boga.

Nie był zwolennikiem masowych, przemyślanych rzezi. Ale na masy patrzył jak na masy, a nie zbiór jednostek. Jednostka była dla niego niczym. Liczyły się wielkie historyczne procesy i jeśli dla ich dopełnienia konieczne było ludzkie cierpienie, nie miało to szczególnego znaczenia.

Pewnie dlatego najbardziej poruszającymi spotkaniami z Mao były dla mnie spotkania z jego ofiarami. Nie ludźmi, których Przewodniczący skrzywdził osobiście czy poprzez swoich zauszników, lecz tymi, przez których życie przetoczyły się niczym walec potężne siły wzniecone przez Mao.

Z tych spotkań pamięta się ich twarze. Na przykład pana Li, jednego z dysydentów, którego spotkałem przed paru laty w Pekinie. Smutna, zmęczona, pełna napięcia twarz człowieka, który wie, że przegrał życie. Li był jednym z milionów studentów zesłanych za czasów Mao do pracy na wsi, który przez długie lata nie dostawał zezwolenia na powrót do miasta. A gdy w końcu po 22 latach ciężkiej pracy i upokorzeń wrócił, zorientował się, że nie umie nic. Co więcej – nikt go nie żałuje i nikt nie chce mu pomóc. Miliony ludzi takich jak Li, ofiar rewolucji kulturalnej, nie dostaje od chińskiego państwa nie tylko pomocy, ale choćby dobrego słowa, uznania, że zostali skrzywdzeni, jakiejś rehabilitacji.

Albo przeorana szramą, pomarszczona od cierpienia twarz Kang Chongsena, 50-letniego biednego chłopa spod miejscowości Gongyi w prowincji Henan. Nieszczęściem Kanga było jego pochodzenie. Urodził się w starej, potężnej rodzinie obszarniczej. Miał trzy lata, gdy komunistyczna armia rozstrzelała na jego oczach ojca. Kang dorastał w skrajnej biedzie i poniżeniu. Jako syn obszarnika był wyśmiewany, szturchany, izolowany. Nie mógł uczyć się i zdobyć normalnego zawodu. Podczas rewolucji kulturalnej był regularnie maltretowany przez czerwonogwardzistów. Ożenić mógł się tylko dzięki temu, że inna potępiona kułacka rodzina w okolicy miała córkę na wydaniu.

W jego rodzinnym dworze jest dziś muzeum, w którym młode, kulturalne przewodniczki opowiadają o pięknie tradycyjnej chińskiej kultury. Kang nie lubi tam chodzić, boi się ludzkiej złośliwości i jadowitych uwag, lecz przede wszystkim własnej rozpaczy. Jego jedyną nadzieją w życiu jest córka, której udało się wyrwać do miasta i dostać stypendium w Akademi Sztuk Pięknych. Kang z dumą pokazał mi zdjęcie z wycieczki do Pekinu. Była na nim śliczna, uśmiechnięta dziewczyna, która tak jak miliony chińskich turystów w stolicy postanowiła zrobić sobie zdjęcie przed Bramą Niebiańskiego Spokoju. Z portretem Mao w tle. Gdy tak siedzieliśmy wpatrzeni w fotografię, zapadła długa, ciężka cisza. Jestem przekonany, że wzrok Kanga, tak jak mój, przesunął się z dziewczęcej twarzy na okrągłe oblicze dyktatora. Bałem się spytać, o czym myśli.

Zobojętnienie

Takich historii są miliony: starzy chłopi ze łzami w oczach opowiadają o głodzie wywołanym Wielkim Skokiem, wykładowczynie uniwersytetów o latach, jakie musiały spędzić z dala od swych dzieci, edukując się przez pracę na wsi, weterani wojny koreańskiej o tym, jak byli mięsem armatnim w mocarstwowej polityce Przewodniczącego. Żadnemu z tych ludzi sam Mao nie wyrządził żadnej krzywdy. Nie wiedział nawet o ich istnieniu. I interesowało go ono równie mało, jak skutki wielkich decyzji, które podejmował dla dobra rewolucji.

To jednak historia. Nieważne, jaki był Mao, ale kim jest dla swych następców. W jakim sensie i do jakiego stopnia uznają się za jego spadkobierców. Czy tylko odziedziczyli po nim kontrolę nad sterroryzowanym, wysterylizowanym z większości odruchów społecznych narodem, który starają się przeistoczyć w nowoczesne społeczeństwo? Czy może odziedziczyli coś więcej, szersze spojrzenie na państwo i jednostkę? Dzisiejsze władze stronią od maoistowskiego terroru, ale nie wahają się użyć przemocy wobec wszystkich tych, którzy ich zdaniem zagrażają „spokojowi społecznemu”. Ten maoistoski element ich filozofii rządzenia zawsze niepokoił mnie bardziej, niż brak demokracji czy tego, co Zachód nazywa prawami człowieka. Doktor Li uważał, że Mao był zobojętniały na ludzkie cierpienie, bo sam go w życiu doznał – rewolucja i wojna pochłonęły wielu jego bliskich. Dla zobojętnienia systemowego trudniej znaleźć usprawiedliwienie.

PIOTR GILLERT
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s