Kościół w Krainie Czarów

Źródło: Rzeczpospolita: Długi cień tyrana – Mao Zedong
09.09.2006

Znam ludzi, którzy dadzą się pokroić za tezę, że podstawowym problemem Kościoła w Polsce jest Radio Maryja, scjentolodzy czy prałat Jankowski. Tyle że ojciec Rydzyk czy Tom Cruise nie są w stanie urządzić nas tak, jak możemy urządzić się sami. Grozi nam przede wszystkim ustawiczny i masowy spadek temperatury w duszach katolików

Polski Kościół zbliża się do zakrętu. Ta myśl po raz pierwszy zakołatała mi w głowie, gdy o. Paweł Kozacki, przeor poznańskich dominikanów, opowiadał o wrażeniach z obchodów rocznicy poznańskiego Czerwca. O procesji z Najświętszym Sakramentem, na widok której jeszcze kilkanaście lat temu ludzie przerywali głośne rozmowy, a nawet klękali. Dziś, siedząc w ogródkach piwnych, z zaciekawieniem przyglądali się demonstracyjnej pobożności katolików, gdy zaś trasa procesji krzyżowała się z ich trajektorią, przeciskali się na chama między jej uczestnikami. Chwilę później odprawiono mszę świętą. Podczas kazania pewien arcybiskup perorował, że „z Kościołem w Polsce nie jest źle”, „masowy katolicyzm polski okazał się o wiele trwalszy i wcale nie tak powierzchowny, jak oceniało wielu komentatorów”, i aż „95 proc. młodzieży, jak i dorosłych, deklaruje swój związek z Kościołem”. „Czy on nie widział, co przed chwilą działo się wokół? Czy szedł w innej procesji?!” – pytał później w „Tygodniku Powszechnym” ojciec Paweł.

Potworze, nie ma cię!

Mam inne podejrzenie. Arcybiskup (ale nie tylko on, bodaj w „Niedzieli” czytałem ostatnio tekst głoszący ryzykowną tezę, że wiara w Polsce dopiero po śmierci Jana Pawła II rozkwita na dobre) zerkał pewnie do „Alicji w Krainie Czarów”. Rezolutna dziewczynka opatentowała sposób na potwory – zamykała oczy, głośno mówiąc: „Potworze, nie ma cię!”. Koszmar znikał. I nie trzeba było więcej łamać głowy, dlaczego – skoro z wiarą Polaków jest tak dobrze – według Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego 26 proc. z nas jest w stanie poprawnie odpowiedzieć na pytanie o naturę Jezusa (że był Bogiem i człowiekiem), aborcję i eutanazję za niedopuszczalne uznaje 60 proc. rodaków, z tezą że seks przed ślubem jest niedozwolony zgadza się dokładnie 10 proc. młodych ludzi, a niemal jedna trzecia z nich przyznaje, że codziennie choćby przez chwilę się modli.

Czy to, co z taką dumą nazywamy masowym polskim katolicyzmem, to wciąż jeszcze jest wiara czy może – dla coraz większej części z nas – zjawisko kulturowe, element dziedzictwa, pamiątka po babci, mamie i Janie Pawle II? Okołokatolicka publicystyka (szukanie biskupów agentów, analizy finansów TV Trwam etc.) kwitnie zarówno w mediach, jak i u cioci na imieninach, tymczasem – stawiam tezę – zawartość „cukru w cukrze”, wiary w polskich wiernych spada. Proszę sobie wyobrazić, że w tej sytuacji polski Kościół wybiera się do lekarza. Jak będzie brzmiała pierwsza komenda medyka? Oczywiście: proszę się rozebrać.

Oto pierwsze z wyzwań. Jeśli nasz Kościół chce przetrwać, musi zrzucić z siebie kojące, ale zaciemniające prawdę mity. A jako pierwsze warto usunąć z głowy przekonanie, że jeszcze tak nie było, żeby jakoś nie było. Napoleon z pewnością bardzo się zdziwił pod Waterloo. Podobnie wstrząśnięci byli hierarchowie w Irlandii czy Quebecu, które pięćdziesiąt lat temu były oazami światowego katolicyzmu, a w ciągu dwóch pokoleń Kościół wymarł tam niemal do szczętu. Wstrząsający tekst o Quebecu zamieścił ostatnio w „TP” ks. Andrzej Draguła. Opisuje w nim szczegółowo, jak toksyczne może być zbytnie zbliżenie sfery kościelnej i politycznej w połączeniu z masową i powierzchowną wiarą ludu, który dumnie mówi o sobie, że jego wiara jest naturaliter catholica – ze swej natury katolicka.

Rzecz jasna nawet po lekturze tego tekstu kościelni optymiści będą przekonywać, że Polska pozostanie przypadkiem szczególnym, wyspą wiary na świeckim oceanie, bo u nas romanse Kościoła i polityki znajdują się w fazie niewinnej gry wstępnej, nie ma też zalewu księżowskich romansów (jak w Irlandii). Takim optymistom chciałoby się przypomnieć, że na zło i ludzką głupotę nie wynaleziono dotąd szczepionki. I nawet jeśli kryzys nie przyjdzie wśród burzy, to czy śmierć powolna – na przykład na skutek postępującego zobojętnienia – jest w sumie inną śmiercią niż ta w spazmach i konwulsjach skandali? Choć dziś brzmi to jak herezja – za dwieście czy pięćset lat Kościoła w Polsce naprawdę może nie być. Po prężnych diecezjach zakładanych niegdyś w Afryce czy Azji mniejszej dzisiaj hula piasek.

Tam i tak jest pełno

Kościół to odpowiedzialność. Dom, który mamy w swojej pieczy. Nie można wykręcać się tym, że przypilnuje go za nas ktoś inny. Na przykład stały „kościelny kolektyw”, dewotki, ministranci, bielanki. Wielu moich znajomych przyznaje, że nie chodzi do kościoła, bo przecież „tam i tak jest pełno”. To kolejny mit, który trzeba podważyć, zanim weźmiemy się do dalszej pracy. Dominikanie rok temu uruchomili niedzielną mszę o 21.30 dla zaganianych warszawiaków, którzy późno wracają z weekendu. To piękne. Ale są i inne obrazki. W mojej rodzinnej białostockiej parafii księża z powodu niskiej frekwencji odwołali ostatnio na stałe jedną z mszy odprawianych od lat o poranku. Ksiądz z małego miasteczka na Mazowszu żali mi się w e-mailach, że statystyk nie czyta, bo stojąc za ołtarzem, widzi, że jego lokalny Kościół kurczy się z każdym zawieszonym na płocie nekrologiem.

Histeria? Wszak ubiegłoroczne liczenie wiernych pokazało, że na obowiązkową mszę od lat fatyguje się 45 proc. polskich katolików. Tyle że ów wskaźnik, który niezmiennie ekscytuje media, mówi nam o obyczajowości, o przyzwyczajeniach ludzi. W przypadku pytań o ich wiarę znacznie bardziej istotna jest inna liczba, którą w analizach zwykle się pomija. Do komunii – absolutnie niezbędnej w życiu świadomego chrześcijanina – przystępuje w niedzielę około 15 proc. polskich katolików.

I oczywiście znów znajdą się tacy, którzy odtrąbią z tej okazji duszpasterski sukces. Słyszałem opinie, że tak niski wynik to dobry znak – efekt tego, że Polacy mają doskonale wyrobione sumienia i w przeciwieństwie do Włochów czy Amerykanów boją się przystępować do komunii w stanie grzechu. Inni pocieszają się, wskazując na Niemcy, gdzie wskaźniki frekwencyjne są niższe (14 proc. wiernych w świątyniach w niedzielę), ale im wypada zacytować stary żart o Jasiu, który chwalił się ojcu, że zaoszczędził dwa złote, bo zamiast kupić bilet, biegł za autobusem. Ojciec na to, że gdyby biegł za taksówką, zaoszczędziłby dziesięć razy tyle. My też – w celu obrony dobrego humoru – możemy porównać się do Francji, gdzie na mszę chodzi 5 procent wiernych. Albo – jeszcze lepiej, do Mongolii, tam katolików w ogóle jest bodaj ze trzy setki.

Przestańmy też koić sobie dusze frazesami o „kościołach pełnych młodzieży”. W badaniach z lat 90. coniedzielny udział we mszy świętej deklarowało ponad 20 proc. młodych ludzi. Dziś w Warszawie jest kilkanaście kościołów, gdzie na mszach młodzieżowych w niedzielę tłoczy się zwykle kilkaset osób. Proste mnożenie wskazuje, że takich ludzi może być w sumie kilkanaście – kilkadziesiąt tysięcy. Wniosek? W aglomeracji liczącej prawie 5 milionów ludzi radykalna większość młodych katolików niedzielę spędza w parku, w pubie lub przed telewizorem. Gdyby zadać im pytanie: „Po co Kościół?” – byliby kompletnie zagubieni.

Wspólnota marginesów

Zaklinanie pięknym słowem nic tu nie pomoże. To zagubienie, chaos w duszach, który pogłębia się w ostatnich latach w całym zachodnim świecie, nie ominie kraju nad Wisłą. Widać to było na poznańskiej procesji, widać to w rozmowach o Kościele, jakich podczas ostatnich kilku miesięcy stoczyłem kilkadziesiąt podczas wykładów, debat czy całkiem prywatnych spotkań. Wciąż hodujemy na przykład w głowach inny wielki mit, który wszelkich zagrożeń dla wiary każe nam szukać poza naszą grupą. Wielu z nas rygluje drzwi, czekając, aż staną pod nimi masoni, scjentolodzy oraz geje. Znam ludzi, którzy dadzą się pokroić za tezę, że podstawowym problemem Kościoła w Polsce jest Radio Maryja czy prałat Jankowski. Tyle że o. Rydzyk czy Tom Cruise nie są w stanie urządzić nas tak, jak możemy urządzić się sami. Dziś grozi nam przede wszystkim ustawiczny i masowy spadek temperatury w duszach poszczególnych katolików.

Z dziesiątek rozmów, jakie odbyłem z księżmi, zakonnikami i świeckimi, wyłania się bowiem obraz polskiego Kościoła jako wspólnoty, w której przez ostatnich kilkanaście lat umacniały się marginesy. Z jednej strony powoli, lecz systematycznie rośnie i krystalizuje się grupa ludzi zaangażowanych w duszpasterstwa, inicjatywy, zbierających się pod szyldem Pokolenia JP2, albo – coraz częściej – bez wchodzenia w ruchy odkrywających w sobie potrzebę pogłębienia wiary (liczba młodych ludzi określających się jako „głęboko wierzący” wzrosła w ciągu ubiegłej dekady z 6 do 10 proc.). Niestety, chyba szybciej rośnie grupa „katolików kulturowych”, którzy na mszę chodzą raz do roku, a nauczanie Kościoła traktują z równą powagą co powieści historyczne lub science fiction. A to jest przecież sygnał, że za chwilę na naszych oczach powstanie przepaść – z dużą częścią naszych braci w wierze coraz trudniej będzie się dogadać.

Oto przykład. Dla sporej części nieuczestniczących regularnie w sakramentach ludzi pojęcie grzechu to średniowieczna abstrakcja. Wyobraźmy sobie, że toczy się debata – dyżurny temat – dotycząca związków gejów. Obie strony zgodzą się najpierw, że każdy ma prawo wyboru. Później ktoś pokaże badania, że gejów można leczyć, ktoś inny, że leczyć się nie da. Kłócić się można przez dobę, ale i tak na końcu jedna ze stron powie: a to, co robią geje, to grzech. Na co druga odpowie: nie rozumiem. I tak będzie również z in vitro, seksem bez małżeństwa czy debatą na temat komórek macierzystych. Zeświecczali zwolennicy swobody w tym względzie, być może i za 10 lat, na pytania ankieterów odpowiedzą, że czują się związani z Kościołem katolickim. Pytanie jednak, czy biorące się stąd liczby można traktować poważnie.

Taniec z politykami

Znakiem czasów jest fakt, że symptomy zobojętnienia obserwować można nie tylko u świeckich. Czym innym wytłumaczyć ogłoszenia parafialne w pewnej wiosce, parę kilometrów od Kielc, w których ksiądz informuje, że mszę w tygodniu odprawi tylko wtedy, jeśli ktoś mu przyniesie intencję? Postępowanie księdza, który wyprowadza się z małej parafii na Mazurach, bo na wsi jest nudno i „do pracy” woli dojeżdżać z miasta? Uszy bolą od słuchania skarg proboszczów, do których trafiają młodzi księża mający jedno pragnienie: odprawić mszę i zwiać do znajomych. Kilka dni temu odwiedziłem fantastycznego starszego księdza, który prowadzi dom opieki nad starymi samotnym rolnikami. To do niego, choć jest emerytem, zgłaszają się interesanci w sprawach pogrzebów i chrztów, bo młody proboszcz ciągle jest „w mieście”, biega, lata, załatwia, jest na spotkaniach i zakupach.

Oczywiście byłoby grzechem nie zauważyć, że są świetni księża, którzy spowiadają i rozmawiają z ludźmi po 20 godzin dziennie. Są też sensowni biskupi, którzy wiedzą, co chcieliby zrobić w diecezji. Wiedzą, że muszą zidentyfikować w swoich wspólnotach gorące jednostki i wysłać je, aby ogrzewały całą resztę. Ludzie potrzebują wyznaczenia im odpowiedzialności, choćby najdrobniejszej. Obserwuję to co rano na mszy w mojej warszawskiej parafii, na której gromadzą się nie tylko starsi państwo, jest też ze dwóch biznesmenów, jeden młody prawnik, kilku studentów. Nowy proboszcz próbuje jakoś związać ich ze sobą. Dba o to, by lekcję czytał ktoś z Kościoła, ktoś inny zaśpiewał, a jeszcze inny pomógł przy ołtarzu. Proste, oczywiste rzeczy, które sprawiają, że ludzie czują się wspólnotą.

Wielu z nich ze zdumieniem patrzy na wcielanie w życie ostatniego, najbardziej szkodliwego mitu, z jakim powinien uporać się dziś polski Kościół. Mitu o Kościele jako instytucji nie tyle duchowej, ile przecież także politycznej, biznesowej, budowlanej. Przykre zdziwienie ogarnia na podbijane przez media wieści o finansowo-budowlanych negocjacjach rządu i warszawskiej hierarchii. Jakoś tak smutno się robi na widok zapamiętałego księdza lustratora, który za pośrednictwem mediów debatuje o historii PRL z grupą swoich zwierzchników. Nóż się w kieszeni otwiera na widok transmisji z dożynek, podczas której arcybiskup praski w czasie liturgii wymienia czułe słowa z podnoszącym się z atłasowego klęcznika szefem Samoobrony (a ten ofiarowuje mu w darze obraz, na którym hierarcha w generalskim mundurze, dosiadając kasztanki, spogląda na swoją katedrę).

I byłoby to nawet zabawne, gdyby nie gra, o którą toczy się stawka. Oto msza święta, żywa ofiara Chrystusa, zmienia się w dziwny państwowo-kościelny rytuał. Ludzie otrzymują wypaczony obraz Kościoła. Budzą się śpiące smacznie strachy z początków lat 90. Biskup kielecki – jak donosi lokalne „Echo Dnia” – bierze się domontowania prawicowej koalicji samorządowej. Wspominany już arcybiskup otwarcie zapowiada, że wskaże wiernym, na kogo mają głosować. Oto ponura parodia postulatu obecności Kościoła we współczesnym świecie. Kościół – na własną prośbę – cynicznie wykorzystywany.

Kilka miesięcy temu na łamach „Rz” polemizował ze mną w tej sprawie wybitny teolog prof. Michał Wojciechowski, pisząc, że od obfitych relacji na styku państwo – Kościół nie da się uciec. Głównie z winy sfery politycznej, która w naszym kraju jest tak rozrośnięta, że wciska się dosłownie wszędzie. Profesor Wojciechowski zarzucił mi, że chcę „zepchnąć księży do zakrystii”.

Pomijam przestrogi z Quebecu. Proszę zapytać przeciętnego Polaka, co myśli o klasie politycznej. George Orwell pisał kiedyś o politykach, że to ludzie, którzy „oddychają kłamstwem”, pod tym twierdzeniem podpisze się pewnie 90 proc. naszego społeczeństwa. Jaką korzyść odniesie Kościół z paktowania z kimś takim? Że misją Kościoła jest chrystianizowanie również sceny politycznej? Racja, tylko czy ten proces powinien polegać na tym, że urządza się mszę z marszałkiem czy premierem, którzy w ten sposób nabijają sobie wyborcze punkty? A może lepiej puścić parę w inny gwizdek – w stałą, mozolną formację nowych kadr, młodych ludzi, uodpornionych na liturgiczno-państwowy bizantynizm? Zamiast chrzcić politykę na siłę, wprowadzać do niej chrześcijan, którzy żyją apelem Jezusa, by nie robić z domu Ojca Jego targowiska?

Płyń na głębię

Docieramy do sedna problemu. Ładnie wyłożył je w swojej najnowszej książce „Listy do młodego katolika” amerykański pisarz George Weigel. W świecie, w którym Kościół bierze na siebie setki zadań w sferze społecznej, politycznej, charytatywnej – w zapomnienie idzie najprostsza z prawd: Kościół buduje się na relacji człowieka z Bogiem.

Przypominał o tym prorok Jeremiasz, którego zajmujący się polityką i biznesem żydowscy kapłani co chwila wrzucali do wypełnionej błotem cysterny. Czy inaczej było z Jezusem? Istnieje hipoteza, że Judasz wydając Go władzom, liczył, że ów – przyciśnięty do ściany – wreszcie się „przebudzi”, poprowadzi lud na barykady, stanie się przywódcą lokalnego powstania. Zbawiciel żył w najbardziej rozpolitykowanym obszarze ówczesnego świata, miał setki możliwości, żeby włączyć się w debaty, zasłynąć jako lider albo budowniczy. Skupił się jednak na rzeczach prawdziwych, choć mniej popularnych. Czytelnicy Ewangelii znają wszak chwilę nazywaną w biblistyce kryzysem galilejskim. Oto Jezus rozmnaża chleb i ryby, karmiąc kilka tysięcy ludzi. Gdy wszyscy się już najedli, zaczyna nauczać. Ludzie, którzy przed chwilą sycili oczy cudem, stopniowo odchodzą. „Trudna jest ta mowa, kto jej może słuchać?” – pytają. Przy Mistrzu zostaje kilkanaście osób. I nie jest to wcale wezwanie do chrześcijańskiego ekskluzywizmu. To wskazanie kierunku, w którym powinien iść Kościół. A prawdziwy kierunek jest od początku tylko jeden – w głąb.

Jan Paweł II przy każdej okazji cytował Jezusa apelującego do Piotra: „Płyń na głębię”. Kardynał Joseph Ratzinger zaryzykował kiedyś stwierdzenie, że Kościół XXI wieku może być Kościołem mniej licznym, za to grupującym ludzi, dla których wiara naprawdę coś znaczy. Żona inżyniera Mamonia z kultowego „Rejsu” lubiła powtarzać, iż „nikt tu nikogo pod pistoletem nie zatrzymuje”. Doprawdy, nie ma obowiązku bycia katolikiem. To charakterystyczne, że współczesny człowiek, zapisując się do klubu golfowego, akceptuje bez szemrania wszelkie wynikające z tego konsekwencje, uciążliwości i opłaty, a gdy raz na pięć lat zgłasza się do świątyni, pokrzykuje, że przecież to mu się należy. Co winien zrobić Kościół z takim delikwentem?

We wspomnianym Quebecu biskupi na początku lat 90. zlecili opracowanie planów awaryjnych. Niektóre mówiły o potrzebie wyprzedaży kościołów, ale jeden szedł w poprzek – postulował „zagęszczenie sita”, odejście od automatycznego udzielania np. ślubów „katolikom kulturowym”, osobom, które nie uczestniczą w życiu Kościoła. Proponowano im, by najpierw zapytały samych siebie, w co wierzą.

Biskupi plan odrzucili. Można się spierać, czy mieli rację. Bezsporny pozostaje fakt, że Kościół to nie sklep z obuwiem, do oporu naginający się do fantazji klientów, którzy szantażują go wolnorynkową mantrą: „bo pójdę gdzie indziej”. Takim ludziom Kościół winien odpowiadać z życzliwym uśmiechem: „Możesz odejść, ale pamiętaj, że tego, co masz u nas, nie znajdziesz gdzie indziej”. Środowisk politycznych jest w naszym kraju dość. Ale tylko Kościół może dać człowiekowi lekarstwo dla jego duszy. Jeszcze pięć, dziesięć lat przemian i będzie to towar naprawdę wysokodeficytowy.

Religijność punktowa i codzienna

Przy bramach nieba nikt nie będzie nas pytał, czy zbudowaliśmy czwartą czy siódmą RP i jaki mamy stosunek do odkryć ks. Isakowicza. Zapytają nas za to, co zrobiliśmy, by wyżej wspomniany fan golfa trafił na niebiańskie polany?

Kościół w Polsce stoi dziś przed pytaniem, co robić, gdy połowa młodych ludzi (jak podała „Gazeta Wyborcza”) rozważa emigrację. Gdy ci ludzie wyjadą, można wysłać do nich księży, ale co będzie, gdy wrócą? Wyrwali się z domu i na Zachodzie nabędą zupełnie innych, czasem dobrych, a czasem złych wartości. Czy po swoim powrocie pogłębią dziurę ziejącą w sercu polskiego Kościoła, którego propozycja duszpasterska – mimo starań wspaniałych ludzi organizujących tu i ówdzie duszpasterstwa „absolwentów” czy ośrodki wsparcia dla rodzin – w zbyt wielu miejscach, zwłaszcza na wsi, wciąż koncentruje się na dzieciach i staruszkach? Co z rozpadem więzi pokoleniowych, z tymi, którym rodzice i dziadkowie nie przekazali wiary, a którzy sami za chwilę będą rodzicami? Co zrobić, by sakrament bierzmowania nie był nazywany – już nawet przez księży – „obrzędem uroczystego pożegnania z Kościołem”? Jak sprawić, by religijność punktowa – wielkie pielgrzymki, spotkania na Lednicy, ruch w sanktuariach – częściej przekładała się na religijność liniową, codzienną?

Wbrew pozorom nie chodzi o to, by ze wszystkich ludzi zrobić zakonników, ale my – polscy katolicy – naprawdę doszliśmy do punktu, w którym pytając o dalszą drogę, musimy cofnąć się do jej początków. Do prawdy, która – powiedziana głośno – może ściągnąć nam na głowę zarzuty dewotyzmu, braku dyplomacji, niezrozumienia niuansów dzisiejszego świata. Musimy skoncentrować wszystkie swoje siły na tym, by mówić ludziom o Jezusie. Nasz Kościół może być mniejszy. Odchudzony o tych wszystkich, którzy w nowym świecie wybiorą sobie nową drogę. Ale musimy zadbać o to, by dokonując wyboru, zobaczyli wcześniej Kościół prawdziwy. Musimy zaprowadzić ich do źródła. I albo tam z nimi pójdziemy, albo nas też nie będzie.

SZYMON HOŁOWNIA

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.