Zwyciężamy – wojna z terroryzmem

Źródło: Rzeczpospolita: Zwyciężamy – wojna z terroryzmem
09.09.2006

USA odnoszą sukces w wojnie z terroryzmem. Nadszedł czas, by ogłosić jej zakończenie. I umożliwić jeszcze skuteczniejszą kampanię wojskowo-dyplomatyczną

Publiczne wypowiedzi Osamy bin Ladena to słowa fanatyka. Świadczą jednak o tym, że ich autor potrafi nieźle ocenić mocne i słabe strony swoich sojuszników i wrogów, a zwłaszcza Stanów Zjednoczonych. W wystąpieniu nagranym na wideo w 2004 roku, tuż przed wyborami prezydenckimi w USA, bin Laden natrząsał się z administracji Busha, że nie potrafi go dopaść, utknęła w irackim bagnie i uparcie nie chce sobie uświadomić przyczyn, które spowodowały powołanie Al-Kaidy do życia. Oto próbka jego retoryki: „Skoro Bush twierdzi, że nienawidzimy wolności – niechże nam wytłumaczy, dlaczego nie atakujemy na przykład Szwecji?”. Pysznił się też łatwością, z jaką potrafi „prowokować i wabić” amerykańskich przywódców: „Wystarczy, że każemy dwóm mudżahedinom podnieść w górę transparent z napisem „Al-Kaida”, a wszyscy ich generałowie ruszają w pościg”.

Być może przywódcy Al-Kaidy, jak to zwykle z ludźmi bywa, nie potrafią spojrzeć równie chłodnym okiem sami na siebie. Dla ludzi, którzy twierdzą, że ich walka może trwać wieki i że prowadzi ich moc nadprzyrodzona, realistyczna samoocena musi być zadaniem szczególnie trudnym. Co by jednak było, gdyby dostrzegali własne słabości i wady równie wnikliwie jak cudze? Gdyby tak porozmawiał z nimi szczerze jakiś Clausewitz czy Sun Tzu?

Wiosną i latem tego roku rozmawiałem z blisko sześćdziesięcioma specjalistami na temat aktualnego stanu owej walki, którą bin Laden nazywa światowym dżihadem, natomiast władze USA określały mianem światowej wojny z terrorem. Chciałem się dowiedzieć, jak to wygląda z perspektywy terrorystów. Co poszło lepiej, niż się spodziewali, a co gorzej? Czy – jeśli pominąć czystą wiarę – bin Laden ma jakieś podstawy, by sądzić, że sprzyja mu wiatr historii? Czy on i jego naśladowcy mogą oczekiwać, że będą mieli coraz większą przewagę, skoro współczesna technika tak bardzo ułatwia jednostkom dokonywanie zniszczeń na masową skalę, a media tak bardzo utrudniają mocarstwom długotrwałe prowadzenie brudnych wojen? A może właśnie stratedzy bin Ladena muszą dojść do wniosku, że przynajmniej na obecnym etapie tej, jak uważają, wielowiekowej walki ich najlepsza chwila już minęła?

Mniej więcej połowa autorytetów, z którymi miałem do czynienia, związana była z wojskiem lub wywiadem; resztę stanowili naukowcy i przedstawiciele różnych think tanków; było też kilku biznesmenów. Połowa pochodziła z USA, reszta z Europy, Bliskiego Wschodu, Australii i innych części świata. Cztery lata temu większość z nich popierała inwazję na Irak; teraz uważali wprawdzie, że wojna była błędem, a późniejsza okupacja katastrofalnym popisem partactwa, jednak mało kto twierdził, że Amerykanie powinni się stamtąd w najbliższym czasie wycofać. Na ogół podkreślano, że trzeba dotrzymać zobowiązań, że nie można dopuścić do tego, aby sunnicka część kraju stała się kolejnym schronieniem terrorystów z całego świata, oraz że sytuacja w Iraku może się w końcu poprawić.

Od razu zdumiała mnie zasadnicza zgodność moich rozmówców co do tego, jak musi postrzegać sytuację sam bin Laden. Zdarzały się rozbieżności co do szczegółów; nikt też nie formułował tego tak samo, jak ja w tej chwili – ale co do głównych punktów między moimi rozmówcami panowała zgoda.

Jeszcze większą i ważniejszą niespodzianką był dla mnie zasadniczy optymizm ich oceny, kiedy mówili o sytuacji USA – nie w kontekście Iraku, ale walki z Al-Kaidą i jej rozlicznymi naśladowcami. Przez ostatnich pięć lat Amerykanie uważali, że wplątali się w „wojnę asymetryczną”, a przewaga leży po stronie przeciwnika. Każdy spośród tych dziesiątek milionów obcokrajowców, którzy wjeżdżają co roku na terytorium USA, teoretycznie może być agentem wrogich sił – nie mówiąc już o milionach potencjalnych rekrutów już tu mieszkających. Dziesiątki portów, całe mnóstwo gazowni i elektrowni atomowych, setki ważnych mostów i tuneli, tysiące centrów handlowych, biurowców i ośrodków sportowych – każdy z tych obiektów może stać się kolejnym celem ataku. Ochronić ich wszystkich nie sposób; już sama próba mogłaby całkowicie zniszczyć tkankę życia społecznego i zrujnować system finansów publicznych. Najgorsza ze wszystkiego jest bezradność: oto władze i społeczeństwo USA czekają na atak i wiedzą, że nie mogą mu zapobiec.

Jeżeli jednak spojrzeć na świat z perspektywy Al-Kaidy, okazuje się, że Ameryka ma swoje niedoceniane mocne strony. Wojna istotnie pozostaje asymetryczna; jej dotychczasowy rozwój może jednak wskazywać, że kraje będące celem ataków – zwłaszcza Stany Zjednoczone – panują nad sytuacją w większym stopniu, niż sądziliśmy do tej pory. Owszem, jutro może dojść do kolejnego zamachu, a większość ekspertów przypuszcza, że jakieś próby wysadzenia w powietrze amerykańskich pociągów, mostów, budynków czy samolotów prędzej czy później dojdą do skutku. Żaden nowoczesny naród nie jest całkowicie odporny na akty przemocy o podłożu politycznym i nawet najsprawniej realizowana strategia antyterrorystyczna nie jest w pełni skuteczna.

A jednak perspektywa całościowa wygląda lepiej, niż sądzi wielu Amerykanów, i lepiej, niż wynikałoby z powszechnie używanej retoryki politycznej. Oto, na czym polega istota zmiany: dzięki błędom popełnionym przez Al -Kaidę oraz dzięki temu, co Amerykanie i ich sprzymierzeńcy wykonali jak należy, zdolność Al-Kaidy do zadawania Ameryce i Amerykanom bezpośrednich ciosów uległa znacznemu osłabieniu. Kontynuujące jej działalność grupy w Europie, na Bliskim Wschodzie i w innych częściach świata nadal stanowić będą zagrożenie. Jednak obecnie widoki Al-Kaidy na to, by zadać Ameryce jakiś zasadniczy cios, uzależnione są nie tyle od jej własnych możliwości, ile raczej od tego, do czego zdoła nas sprowokować i w jaką pułapkę zwabić. Los tej organizacji nie spoczywa już w jej własnych rękach.

„Czy Al-Kaida wciąż stanowi „zagrożenie egzystencjalne”?” – pyta David Kilcullen, autor kilku istotnych tekstów o konieczności przyjęcia nowej strategii wobec muzułmańskich bojowników, który jako oficer armii australijskiej dowodził jednostkami antypartyzanckimi w Timorze Wschodnim, a teraz jest ważnym ekspertem w dziedzinie antyterroryzmu w Departamencie Stanu. Chodziło o to, czy terroryzm XXI wieku zagraża samemu istnieniu USA i jego sojuszników w podobny sposób co radzieckie arsenały jądrowe w okresie zimnej wojny (a także jego pozostałości). „Sądzę, że tak – mówi Kilcullen – ale nie z tych najbardziej oczywistych powodów”.

Jako najbardziej użyteczną analogię wskazuje dziewiętnastowiecznych anarchistów w Europie. „Gdyby tak policzyć wszystkich ludzi, których osobiście zabili, wyszłoby może ze dwa tysiące osób, co samo w sobie nie jest zagrożeniem egzystencjalnym”. Jednakże, dodaje, wśród ofiar ich ataków znaleźli się arcyksiążę Ferdynand i jego żona. Sam ten konkretny zamach przyniósł śmierć dwojga ludzi; bezmyślna reakcja rządów europejskich spowodowała wybuch I wojny światowej. Tak więc dzięki sprowokowanej przez siebie reakcji zdołali zabić miliony ludzi i zniszczyć całą cywilizację. „Zatem – podsumowuje Kilcullen – to nie morderstwa, których może dokonać Al-Kaida, stanowią główne niebezpieczeństwo. Źródłem egzystencjalnego zagrożenia są jej działania w połączeniu z naszą reakcją”.

Od 11 września 2001 była to prawidłowość działająca na korzyść Al-Kaidy. Teraz można ją odwrócić.

Brian Michael Jenkins, doświadczony specjalista w zakresie terroryzmu z Korporacji RAND, opublikował niedawno książkę „Unconquerable Nation: Knowing Our Enemy, Strengthening Ourselves” (Naród niepokonany. Poznać wroga – wzmocnić siebie). Zamieścił w niej opis fikcyjnego spotkania w górskiej kryjówce Osamy bin Ladena, na którym pewien strateg Al-Kaidy podsumowuje stan światowego dżihadu pięć lat po 11 września. „Każdy analityk Al-Kaidy musiałby przyznać, że ostatnie pięć lat było okresem trudnym” – pisze Jenkins. Jego fikcyjny strateg streszcza bin Ladenowi, co nastąpiło po 11 września: „Talibowie zostali rozpędzeni, a obozy szkoleniowe Al-Kaidy w Afganistanie przestały istnieć”. Tysiące jej agentów aresztowano, pojmano lub zabito – podobnie jak wielu członków ścisłego przywództwa z otoczenia bin Ladena, wśród których znalazł się jej główny strateg Ajman al-Zawahiri. Co więcej – ostrzega analityk Jenkinsa – pozostałym przy życiu przywódcom Al-Kaidy coraz trudniej uporać się z podstawowymi funkcjami organizacji: „Zwiększone wysiłki wywiadowcze Amerykanów i ich sojuszników sprawiły, że wszelkiego rodzaju transakcje – komunikacja, podróże, przekazywanie pieniędzy – stały się dla dżihadystów bardziej niebezpieczne. Szkolenia i operacje zdecentralizowano, to zaś niesie ze sobą ryzyko rozdrobnienia i utraty jedności. Dżihadystom zewsząd grozi pojmanie lub męczeńska śmierć”.

Michael Scheuer w latach 1995 – 1999 był w CIA szefem komórki do spraw Osamy bin Ladena, a po 11 września został na trzy lata jej specjalnym doradcą (latem tego roku CIA rozwiązała komórkę). On również przedstawia często na konferencjach wojskowych fikcyjną sytuację, w której pewien analityk Al-Kaidy mówi swoim przełożonym: „Musimy stale mieć na uwadze ogrom niepowodzeń, jakie przyniosła nam ta wojna. Mówiąc najkrócej: jesteśmy ścigani i atakowani przez najpotężniejszy kraj w dziejach świata. I choć ponieśliśmy ciężkie straty w ludziach – oby Bóg przyjął ich jako męczenników – USA wciąż jeszcze nie dały nam w pełni odczuć całego ogromu swej niszczycielskiej siły”.

Wszystkie diagnozy sytuacji na świecie pięć lat po 11 września zaczynają się od strat poniesionych przez „centralę Al-Kaidy”, organizację pod przywództwem bin Ladena i al-Zawahiriego, która od drugiej połowy lat 90. inspirowała i organizowała ogólnoświatową kampanię przeciw Ameryce. „Stracili struktury dowodzenia, stracili swoje afgańskie sanktuarium, stracili zdolność do przemieszczania się i organizowania spotkań, a ich sieci finansowe i komunikacyjne zostały poważnie uszkodzone” – twierdzi Seth Stodder, były urzędnik Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (DHS).

Z kolei Kilcullen mówi: „Al-Kaida z roku 2001 po prostu przestała istnieć. Wtedy była to organizacja w miarę scentralizowana, miała swój ośrodek planowania, ośrodek propagandowy, miała ekipę przywódców, a wszystko to na dość ograniczonym geograficznie obszarze. Wszystko to już przeszłość, ponieważ udało nam się to zniszczyć”.

Kiedyś ekipa bin Ladena mogła przesyłać pieniądze do miejsc na całym świecie, korzystając ze zwykłych kanałów bankowych – dziś musi polegać na kurierach z kamizelkami wypchanymi gotówką. Kiedyś ludzie bin Ladena mogli porozumiewać się za pomocą telefonów satelitarnych i Internetu – dziś na ogół unikają komunikacji elektronicznej, bo pozostawia ona ślady, które pozwalają wytropić użytkownika. Bin Laden i al-Zawahiri przesyłają teraz informacje za pośrednictwem wideokaset i internetowych chat roomów. „Internet to dobra rzecz, ale jednak nie to samo co bezpośrednie spotkania i szkolenia” – mówi Peter Bergen, autor książki „The Osama bin Laden I Know” (Osama bin Laden, jakiego znam). – „Uzależnienie od Internetu świadczy o ich słabości”.

Michael Scheuer, Richard Clarke (były doradca Białego Domu do spraw terroryzmu) i inni od dawna narzekali, że już w 2000 roku, po ataku bombowym na lotniskowiec U.S.S. „Cole”, USA powinny były przygotować się do uderzenia odwetowego na Afganistan w razie jakiegokolwiek kolejnego zamachu – i to, jak usłyszałem od Scheuera, „następnego dnia!”, a nie po kilku tygodniach. Dodawali też, że gdyby w roku 2002 skupiono się na osobach bin Ladena i al-Zawahiriego, zamiast rozpraszać się i wkraczać do Iraku, to bardzo możliwe, że udałoby się ich dopaść. Mimo to większość ekspertów zgadza się, że rozbijając talibów, niszcząc ich obozy szkoleniowe, kontrolując sieci finansowe, zabijając wielu przywódców Al-Kaidy i poddając region stałej obserwacji elektronicznej, doprowadzono do sytuacji, w której bin Laden i al-Zawahiri mogą przetrwać i być dla innych źródłem inspiracji, ale niewiele więcej.

„Al-Kaida otrzymała kilka potężnych ciosów” – powiedział mi Martin van Creveld, historyk wojskowości z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie, autor książki „The Transformations of War” (Przemiany wojny). „Z operacyjnego punktu widzenia Osama bin Laden nie odgrywa już prawie żadnej roli. Dlatego musi ciągle rozsyłać kolejne wideokasety”.

Czy to istotne, skoro bin Laden został już ikoną na podobieństwo Che Guevary? I skoro od 11 września 2001 roku zdążył rozesłać na wideo aż dwadzieścia cztery odezwy? „Dla niego jest to najwyraźniej rodzaj nagrody pocieszenia, że zamiast organizacji zaczął reprezentować pewną „filozofię”” – odpowiada Caleb Carr, profesor historii z Bard College i autor książki „The Lessons of Terror” (Lekcje terroryzmu). „Pewną globalną filozofię Al-Kaida reprezentowała już wcześniej, ale miała też struktury dowodzenia. To trochę jak różnica między marksizmem a leninizmem, natomiast oni musieli cofnąć się do czystego Marksa”.

Marc Sageman, autor książki „Understanding Terror Networks” (Zrozumieć siatki terroru), tłumaczy, że przed 11 września ludzie, których pociągały idee terrorystów, mogli pojechać do Afganistanu i znaleźć tam zarówno towarzyszy, jak i konkretne szkolenia operacyjne. „Dziś Al-Kaidy nie sposób odszukać, toteż trudno się do niej przyłączyć. Ludzie muszą podejmować decyzje na własną rękę”. Oczywiście, przemiana Al-Kaidy ze spójnej, scentralizowanej organizacji w całą masę rozrzuconych po świecie „samoczynnych” grup terrorystycznych – zainspirowanych przez ruch bin Ladena, ale niepodlegających jego kierownictwu – nie zlikwidowała niebezpieczeństwa ataków. Zamachy bombowe w Madrycie w 2004 roku, na Bali i w Londynie w 2005, a także wszystkie te, do których doszło w ciągu ostatnich trzech lat w Iraku, świadczą, że groźba wciąż istnieje. Jednakże owo przesunięcie akcentu z samej Al-Kaidy na ugrupowania pochodne sprawiło, że terrorystom dziś znacznie trudniej byłoby przygotować to, o czym wszyscy oni marzą – „drugi 11 września”, wielki zamach na terenie USA, który zabiłby setki lub tysiące osób i przeraził setki milionów.

John Robb – były specjalista do spraw tajnych operacji w Siłach Powietrznych USA, obecnie autor blogu Global Guerrillas (Partyzanci globalni) – twierdzi, że terroryści mogą w miarę łatwo zakłócać normalne funkcjonowanie społeczeństwa. Dość pomyśleć o życiu codziennym w Izraelu lub w Anglii w czasach zamachów IRA. Ale trudno byłoby im dziś powtórzyć czy też regularnie wywoływać jakieś symboliczne wstrząsy na wielką skalę – coś, co tak imponująco udało się osiągnąć 11 września i do czego od tamtej pory wciąż nawołuje bin Laden.

„Terroryzm symboliczny – powiedział mi Robb – przynosi coraz mniejsze zyski. Za każdym razem powoduje znieczulenie opinii publicznej i skupia na sobie coraz mniejszą uwagę mediów”. Aby utrzymać stały poziom zastraszenia, każdy zamach musi być potężniejszy od poprzedniego; tymczasem, jak twierdzi Robb, „nic już nie przebije 11 września”. Zastrzega, że oczywiście nie dotyczy to sytuacji, w której terroryści uzyskaliby dostęp do broni jądrowej; zarazem jednak, podobnie jak większość moich rozmówców, uważa coś podobnego za rzecz trudniejszą i mniej prawdopodobną, niż sądzi opinia publiczna. Co więcej, jeżeli jedyne prawdziwe zagrożenie egzystencjalne stanowi broń jądrowa, to USA powinny skupić się przede wszystkim na powstrzymywaniu jej rozprzestrzeniania, a nie na ogólnym zwalczaniu terroryzmu. Wielki skoordynowany zamach przy użyciu broni konwencjonalnej, powiada Robb, „wymaga zaangażowania znacznej liczby ludzi, mnóstwa czasu na przygotowania, ścisłej koordynacji i niebagatelnych umiejętności technicznych. Al-Kaida nie jest już do czegoś podobnego zdolna”.

Rozproszony charakter nowej Al-Kaidy oznacza dla potencjalnych terrorystów jeszcze inne trudności. Wygląda na to, że próby powołania samoczynnych komórek na terenie USA na razie się nie powiodły. W innych krajach, takich jak Hiszpania, Anglia, Francja czy Holandia, uświadomiono sobie ze zgrozą obecność muzułmańskich ekstremistów wśród ludzi, których rodziny mieszkają w Europie już od pokolenia albo dwóch. „Patriotyzm amerykańskiej społeczności muzułmańskiej okazał się znacznie silniejszy, niż sądzono” – mówi Marc Sageman, który badał, dlaczego i w jaki sposób ludzie dołączają do organizacji terrorystycznych bądź zrywają z nimi. Zdaniem Daniela Benjamina – byłego urzędnika Rady Bezpieczeństwa Narodowego i współautora książki „The Next Attack” (Następny atak) – amerykańscy muzułmanie „stanowią naszą pierwszą linię obrony”. Wprawdzie wielu z nich „zaniepokoiła polityka zaostrzania prawa, która może i była nie do uniknięcia, ale tak czy owak budziła niepokój”, zasadniczo jednak „społeczność okazała się odporna na wirus dżihadu”.

Pewne cechy arabskich i muzułmańskich imigrantów w Ameryce oraz sposób ich integracji sprawiły, że w znacznej mierze upodobnili się oni do pozostałych skutecznie zasymilowanych grup etnicznych, a zarazem różnią się zasadniczo od wyobcowanych muzułmanów z niższych warstw społecznych w wielu krajach Europy. Marc Sageman podkreśla, że społeczność muzułmańska w Europie Zachodniej jest ponad dwukrotnie liczniejsza niż w USA (około 6 milionów osób w USA, z drugiej zaś strony 6 milionów we Francji, 3 miliony w Niemczech, 2 miliony w Wielkiej Brytanii, ponad milion we Włoszech i kilka milionów w pozostałych krajach), jednakże stopień muzułmańskiego niezadowolenia w Europie – mierzonego liczbą aresztowań i zamieszek czy też wskaźnikami przemocy na tle religijnym – okazuje się od 10 do 50 razy wyższy niż u nas.

Średnia dochodów muzułmanów we Francji, Niemczech i Wielkiej Brytanii jest niższa od ogólnonarodowej średniej dochodów w tych krajach. Jeżeli natomiast idzie o Arabów w USA (wielu z nich to chrześcijanie rodem z Libanu), ich dochody przewyższają średnią ogólnoamerykańską, podobnie jak odsetek osób prowadzących własną działalność gospodarczą i posiadających wyższe wykształcenie. To samo zresztą można powiedzieć o większości grup, które mieszkają w USA od kilku pokoleń.

Odmienność procesów asymilacji wśród muzułmanów w Europie i Ameryce najbardziej daje o sobie znać w drugim pokoleniu: muzułmanie amerykańscy na tym etapie są już kulturowo i ekonomicznie zamerykanizowani, u europejskich natomiast uczucie wyobcowania często się zaostrza. Otoco mówi Robert Leiken, autor książki „Bearers od Global Jihad: Immigration and National Security After 9/11” (Nosiciele światowego dżihadu. Imigracja i bezpieczeństwo narodowe po 11 września): „Jeżeli zapytać amerykańskiego muzułmanina w drugim pokoleniu, powie: „Jestem Amerykaninem i muzułmaninem”. Natomiast Turek zamieszkały od dwóch pokoleń w Niemczech nadal jest Turkiem, a francuski Marokańczyk sam nie wie, kim jest”.

Nie oznacza to bynajmniej, że stosunki amerykańskich muzułmanów z ich współobywatelami układają się bezproblemowo. Wiele badań wykazuje wzrost nastrojów antymuzułmańskich, a muzułmanie uskarżają się na dyskryminację i urzędowe szykany. James Woolsey, były szef CIA, podkreśla, że jakkolwiek bardzo niewielu amerykańskich muzułmanów sympatyzuje z ekstremizmem w stylu wahabickim, ostatnio zaczęły pojawiać się meczety i instytucje, w których głoszone są skrajne poglądy. Jednakże to, czego lęka się wiele krajów Zachodu – powszechna rekrutacja i działalność terrorystów wśród miejscowej ludności – w USA na razie wydaje się mniej prawdopodobne.

James Fallows, „The Atlantic Monthly”, (c) TMSI/Syndykat Autorów, 2006, Przełożył Łukasz Sommer
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s