Buntownik z KGB – zbrodnia katyńska

Źródło: Rzeczpospolita Buntownik z KGB – zbrodnia katyńska
16.09.2006

W 1989 r. major Oleg Zakirow rozpoczyna własne śledztwo katyńskie. Naczelnik KGB w Smoleńsku kategorycznie mu tego zabrania. Wkrótce zabrania mu tego także centrala KGB w Moskwie, na Łubiance. Potępia go ówczesny prezydent ZSRR Gorbaczow. A on mimo to rwie naprzód jak czołg z wywieszoną flagą „Prawda o Katyniu„.

Oleg Zakirow
(c) MARIAN ZUBRZYCKI

Dlaczego rozpoczął śledztwo właśnie w tej sprawie? Wciągnął go hazard, jakim dla oficera śledczego jest każde trudne dochodzenie? Nagle stał się fanatykiem prawdy? Albo, jak twierdzi, uwierzył w pieriestrojkę i głasnost’, czyli w demokrację i prawdę? Wstrząsnął nim mord niewinnych i chciał ukarać winowajców? Mścił się na szefach za to, że przynależne mu dobra zawsze dostawały się komuś innemu? Może zaważył tu jakiś fragment własnego życiorysu, ból, upokorzenie, dramat? A może liczył na wdzięczność Polaków? Albo wreszcie – jak utrzymywał naczelnik smoleńskiego KGB – jest chory psychicznie?

Piętno

Ślepy jest ten, kto nie dostrzega rzeczy strasznych. Ale ten, kto je dostrzega, gdy inni uparcie chcą być ślepi, jest odszczepieńcem. Obcym. Wrogiem stada. Obcy nie chce być obcym, ale inaczej nie potrafi. Czasem dlatego, że już taki się urodził. Czasem ta odmienność to efekt przemyśleń. I nie ma co dręczyć Zakirowa pytaniem: dlaczego? Odpowiedzią jest całe życie, którego przecież nie da się zamknąć w zwięzłej, przekonującej frazie.

Gdzieś w tle, w dalekim wczoraj jest zagubiony w Azji Środkowej Uzbekistan drugiej połowy ubiegłego wieku. Komunizm w rozkwicie. „Ruki po szwam!”. Szkoła prawie jak więzienie. Dwója z historii za to, że Rewolucji Październikowej nie nazwał Wielką. Oczywistość rygoru pionierów i komsomołu. Oczywistość racji kolektywu. Oczywistość posłuszeństwa wobec władzy, choć władza kradnie i żąda łapówek. Równoczesna oczywistość, że ten świat to najlepszy ze światów: tam, za żelazną kurtyną, imperialiści wykorzystują robotników i robotnicy głodują.

Jest też ojciec, pracownik miejskiego komitetu partii, prawie taki jak inni, tyle że niebiorący łapówek. Ojciec, który napisał prośbę do Komitetu Centralnego, do samego Susłowa, o przeniesienie w inne miejsce, gdzie nie ma korupcji. List wrócił do Uzbekistanu i w gabinecie sekretarza kilku ludzi autora solidnie obiło. Upił się, choć muzułmanin i alkoholu unikał.

– Tato, zbuntuj się, odejdź stamtąd – mówił Oleg.

– Nie mogę. Nigdzie nie mogę.

I powtarzał to, co zwykle w rzadkich chwilach nietrzeźwości:

– Synku, ty nie wiesz… Ty jeszcze wiele nie wiesz…

Dowiedział się. Wiosną 1981 roku, w parku, wśród wiewiórek i róż ojciec wyrzucił z siebie straszną prawdę: jest CzSWN!!! „Czlien Sjemii Wraga Naroda!!!”. Członek Rodziny Wroga Narodu. Wróg Narodu – pieczęć z lat Wielkiego Terroru skazująca tysiące niewinnych na rozstrzelanie lub lata łagru za winy nigdy niepopełnione: zdradę państwa, szpiegostwo. Rodziny Wrogów Narodu zapełniały najcięższe obozy Syberii. Ich dzieci oddawano do domów dziecka. CzSWN – wymawiano szeptem jeszcze w latach siedemdziesiątych. Piętno, z którym wzbroniony był wstęp na studia, niemożliwe otrzymanie pracy, mieszkania. Piętno mogące odcisnąć jeszcze w latach osiemdziesiątych ślad na losie człowieka, tyle że ten ślad nie prowadził już do więzienia ani toczącego się w stronę Syberii pociągu. Ale życie na pewno utrudniał.

Paragraf 58

Wrogiem Narodu był dziadek Olega, Madamin Chodżajew Chałchodża, który pewnego dnia roku 1931 r., w miasteczku Dżalalabad w Kirgizji, na bazarze, powiedział coś „nieprawomyślnego”. Aresztowano go i po miesiącu rozstrzelano… To właśnie dlatego, a nie na skutek wojennego osierocenia – jak zawsze myślał – jego ojciec wraz z bratem znaleźli się w domu dziecka. Tam, korzystając z wojennego zamieszania, przedstawili się nazwiskiem Kołchodżajew. A jeszcze później, aby lepiej zatrzeć ślady Wroga Narodu, ojciec Olega Zakir przybrał nazwisko od swego imienia: Zakirow. I przez całe życie bał się, by nie wykryto, że on i jego dzieci to CzSWN.

Ojciec Olega chciał być porządnym człowiekiem. Nie pojmował, że miejscowa mafia działa ręka w rękę z moskiewskimi protektorami. Jego krąg się zamknął. Niedługo po rozmowie w parku potrącił go samochód. Zmarł na miejscu. Najbliżsi wątpią, by to był przypadek.

Tam, w parku, ojciec prosił syna, by dotarł do akt dziadka. O co go oskarżono? Jak zginął? Ale nawet dla oficera śledczego KGB takie akta były tajne. Skryte w specjalnym archiwum. Pomógł przypadek: Oleg brał udział w ważnym śledztwie (zabito premiera Kirgizji), miał dostęp do wszystkich akt, nawet tych z archiwów specjalnych. Teczkę dziadka udało mu się wynieść na pół godziny. Zdołał wynotować, że Madamina Chodżajewa Chałchodżę oskarżono z art. 58 kodeksu karnego ZSRR za organizowanie powstania antysowieckiego. I że dziadek przed śmiercią krzyczał: „Jestem niewinny! Co robicie!! Mam troje dzieci!!!”. Zginął, nie dożywszy czterdziestki.

Nie zrozumiesz bólu cudzej stopy, jeśli nie włożysz cudzego buta – mówi przysłowie. Nikt, kto nie zetknął się na dłużej z Rosją, nie pojmie, jak bardzo rządzi nią strach. Pierwotny, nieprzemijający, wrodzony. Dodatkowy rosyjski chromosom. Historia utrzymuje jego żywotność. „Krawiec, odkładając na bok igłę, wetknął ją w gazetę, którą wyklejona była ściana – i trafił Kaganowicza w oko. Widział to klient. Paragraf 58, 10 lat łagru” – pisze Sołżenicyn w „Archipelagu Gułag”. I dalej: „Ekspedientka, przyjmując towar, zapisywała cyfry na gazecie. Liczbę kawałków mydła zanotowała na czole towarzysza Stalina. Paragraf 58, 10 lat… Głuchoniemy cieśla powiesił swoją marynarkę na popiersiu Lenina. Paragraf 58, 10 lat…”. Co też musiał wykrzykiwać dziadek Olega, że – z tego samego paragrafu 58 – nie do łagru trafił, a przed pluton egzekucyjny? Tego się już nikt nie dowie.

Wydaje się, że te pół godziny Olega Zakirowa spędzone nad aktami rozstrzelanego dziadka zaiskrzyły buntem. Myśl zbuntowana nie może się obyć bez pamięci – jest pod ciągłym napięciem. Czeka na właściwy moment. Miliony Rosjan, które – uwierzywszy w pieriestrojkę, w powiew demokracji – wychodziły na place, odrzucały przede wszystkim strach.

Domy na ludzkich kościach

Zakirow czekał na swoją godzinę. Nie zżył się z KGB.

– Źle pani wybrała – powiedział jeden z szefów żonie Zakirowa. – Nie zrobi on u nas kariery. On „czużak”, nie nasz.

Wysyłali go jednak ciągle w delegacje, prowadził śledztwa daleko od domu.

– Żyło nam się dobrze – wspomina. – Było co postawić na stół, gości dużo…

– „Czużak”, obcy… To trochę jak pański ojciec w partii. Jak on zareagował na pański pomysł pracy w KGB?

– Nie był przeciwny. Męska sprawa służyć – powiedział. Po stalinowskim terrorze, kiedy przyszedł Chruszczow, walka z kultem jednostki i odwilż, on też uwierzył w przemiany. Był idealistą. Mówił o socjalizmie z ludzką twarzą… A przecież niczego poza socjalizmem nie znał. Ja też nie… Być w organach to prestiż – tak myślała większość, i ja też. Był rok 1975. „Czyste ręce, chłodny umysł, gorące serce” – to hasło szefa KGB Andropowa. Wierzyłem. Wierzyłem, że będę walczył w dobrej sprawie. Prokuratura, milicja, sądy były powiązane z miejscową mafią. KGB – inaczej. Podlega centrali – Moskwie. Tam są najlepsi – myślałem.

– I rzeczywiście pan myślał, że już więźniów politycznych nie ma, łagry zamknięto na kłódkę, a KGB zajmuje się tylko łapaniem złodziei? Przecież Andropow tymi „czystymi rękami” wsadzał dysydentów do domów wariatów. I nadal skazywano za „antysowiecką agitację i propagandę”. I o tym pan nie słyszał?

– Nie za bardzo. To były sprawy wielkich miast, Moskwy, Leningradu… Tam o nich mógł coś wiedzieć każdy w KGB. U nas o polityce nie rozmawiano. Ja pracowałem w wydziale zajmującym się przestępstwami gospodarczymi i nie miałem z „politycznymi” kontaktu. Pewnego wieczoru wpadł mi w ręce jeden tom „Archipelagu Gułag” zarekwirowany komuś przez kolegę. Szok. „Ale to już przeszłość” – myślałem.

– Czym więc pan sobie zasłużył na taką wrogość KGB?

– Chciałem pomóc tym, którzy się skarżyli. Kierowcy z bazy samochodowej jeździli rozlatującymi się starymi samochodami, bo nowe sprzedawano na lewo. Zaczynam śledztwo i okazuje się, że nowe samochody sprzedają działacze partyjni. Wzywa mnie naczelnik obwodowego KGB, tam siedzi prokurator i wrzeszczy, że na co ja sobie pozwalam! Nie mam prawa mieszać się do pracy prokuratury!

– Dlaczego nie opuścił pan KGB?

– Wtedy?! Przed pieriestrojką? To samobójstwo. KGB to była twierdza bez wyjścia.

– A dlaczego po prostu nie wyrzucili pana z KGB pod byle pretekstem?

– Nie mogli sformułować podstaw prawnych. No bo jak karać kogoś, kto chce walczyć z korupcją? Tyle że robiłem to naprawdę, a im potrzebna była pokazucha, pozór… Nie mogli wyrzucić, to przenieśli. Do sąsiedniej republiki, Kirgizji, do stolicy, Frunze. Byłem dobrym śledczym. Dochodzenie w sprawie zabójstwa premiera Ibragimowa prowadziłem jako zastępca szefa sztabu. Do pomocy przyjechali ludzie z Moskwy. Moi szefowie sugerowali im napisanie donosu na mnie. A tamci napisali list pochwalny… Tak czy inaczej udało się doprowadzić mnie do ostateczności: poprosiłem o przeniesienie z Frunze. Marzyły mi się Moskwa, Leningrad…

Trafił do Smoleńska. Przeznaczenie. Kismet.

Smętna, szara mieścina przyjęła go bez entuzjazmu. Dostało mu się – zapewne na skutek „polecenia” z poprzedniego miejsca pracy – mało znaczące stanowisko. Mieszkanie miał otrzymać w nowo budowanym bloku, ale dostał w starym. – I bardzo dobrze – mówi. – Potem szeptano, że ten nowy dom zbudowano na ludzkich kościach, na dołach, do których wrzucano zabitych, Rosjan chyba. To nie był szczęśliwy dom: ktoś się tam powiesił, ktoś zwariował, ktoś zapił się na śmierć, ktoś kogoś zabił…

Szepty, ściszanie głosu, porozumiewawcze spojrzenia… Tutejsi wiedzą coś, czego jemu wiedzieć nie wolno. Tabaczkow, emeryt z czasów NKWD, który wpadał na herbatę do „firmy”, napomknął, że służył z tymi, którzy strzelali do Polaków. A jego kolega natychmiast: – Co gadasz, to nie my, to Niemcy! Zakirow domyślał się, że spoisty, potężny mur chroni coś więcej niż zwykły las. Tam po wiosennych roztopach spod ziemi widać kości ludzkie – mówiono. Zanim ciekawość zamienił w śledztwo, wysłano go „z internacjonalistyczną pomocą bratniemu Afganistanowi”.

W Charkowie też…

Przydzielony do Specjalnego Oddziału KGB 40. Armii w Kabulu, miał ścigać przestępstwa popełniane przez wojsko. Wojsko składa się jednak z wysokich rangą oficerów i zwykłych żołnierzy.

– Zbombardowano wioskę z ludnością cywilną zamiast obozu talibów – wspomina Zakirow. – Prowadzę sprawę. Robię śledztwo. Rzucam prokuratorom wojskowym na stół plik dowodów winy. A oni ich wypuszczają, oficerków przeklętych. Albo sprawa pilota, który płonął w śmigłowcu. Prokuratorzy każą mu jeszcze majątek płacić za hełm, cudo nowoczesne naszpikowane drogą elektroniką. Bronię go. Sprawę kieruję nie do zwykłego sądu, lecz do sądu koleżeńskiego. Rezultat: posądzają mnie, że wziąłem łapówkę. Inna sprawa: aresztuję oficera GRU, który wywozi cztery pistolety Makarowa! I co? Nawet go ze służby nie zwolnili! Kto inny by dostał z 10 lat! A ja dostałem za swoje… Najczęściej prowadziłem śledztwa w sprawach o przemyt. Narkotyki, waluta, towary. Narkotyki to domena oficerów. Heroina, haszysz. Trudne sprawy. Mafia. Wpadają płotki. Ale gdy prowadziłem sprawę w miejscowości Hairaton, bliski byłem dużego sukcesu. Polowałem na dowód ostateczny: towar gotowy do transportu. W przeddzień lotu zaszedłem do stołówki, jak zwykle. Coś zjadłem, poczułem się źle. Przed oczami mgła, w głowie – wirówka. Dwa miesiące przeleżałem w szpitalu. Może to był przypadek, a może i nie. Tak czy inaczej wypadłem z gry na dwa miesiące. Koronny dowód diabli wzięli.

Żołnierze zajmowali się przemytem rzeczy, głównie ciuchów, tkanin. Całą Rosję zasypali chustkami z błyszczącą nicią i błyszczącymi materiałami. Co mieli robić, skoro nie płacono im żołdu? Jechali do domu na urlop z pustymi rękami, nawet na bułkę nie mieli. Nakryć ich było łatwo. Wtedy dostawałem ich sprawy. Bezradnych chłopaków ze szramami po ciężkich ranach. I miałem ich wsadzać za szmatki? Broniłem, nie kierowałem spraw do sądu. Narażałem się szefom. Ale prawdziwe piekło to fala. W KGB też. Bezkarne zabijanie. Odbiją wątrobę, połamią kości, zwalą na wojnę. Zaczynają niby niewinnie, niby tylko „przysposabiają do służby”, niby „tylko” depcą godność: podnieś niedopałek! Udawaj zegar! Udawaj bociana! Żabę! Dopiero potem biją. Czasem zabiją. A ja patrzę na trupa i…

Zakirow wstaje, wychodzi. Nie chwyta papierosa, bo nie pali. Nie chwyta butelki, bo nie pije. Wraca bledszy, mówi dalej. – I wyobrażam sobie wtedy, że chłopak padł od nagłej kuli i nie cierpiał. Co jeszcze mogę zrobić? Wszczynam śledztwo, zgłaszam dowódcy, generałowi Borczence, a ten wrzeszczy, że psuję obraz firmy! Fali w KGB być nie może, bo nie może i już. Borczence marzy się po powrocie z „Afgana” Moskwa, Leningrad, Krym, a ja mu tu będę karierę psuć! Udało mi się jedynie sierżanta Dołbijowa o pięści jak młot, którą tłukł każdego młokosa, wysłać bliżej frontu.

– Czy wierzyliście w sens tej wojny?

– Większość wierzyła. Otaczają nas Amerykanie! Zajmą Afganistan i wedrą się do nas od wschodu! Musimy się bronić! Inni w nic nie wierzyli i zajmowali się tym, żeby nie umrzeć i nabić sobie kabzę. Jeszcze inni, na ogół najporządniejsi – pili na umór. Żałowałem, że nie potrafię jak oni.

Siedzimy tak kiedyś z podpułkownikiem Giercenką z Charkowa. Jak zawsze korzystam z okazji, zahaczam o Katyń, czy on coś słyszał, coś wie? Napomykam, że pod Smoleńskiem to chyba nasi wykończyli Polaków, a on: – U nas w Charkowie też! Nie uwierzyłem. Myślałem, że tak palnął, żeby mi nie było głupio za to, co powiedziałem. A on wiedział, co mówi.

Przeczytać, napisać, zrehabilitować!

– Wrócił z Afganistanu mało przytomny, nieobecny, bez kontaktu – wspomina żona Zakirowa. – Kupiliśmy małą działkę, żeby miał się czym zająć. Niszczono go. Ci, którzy wracali, robili karierę, szli wyżej, dostawali mieszkania, samochody. On nie dostał nic, co mu się należało. Gorzej, po jakimś czasie odsunięto go od śledztw i przeniesiono do najniższej służby, dyżurnej. Jemu już chyba było wszystko jedno. Ale nie mnie. Byłam nauczycielką. Zarabiałam mało. Córka dorastała. Z czegoś musieliśmy żyć.

– W Afganistanie przestałem się bać – mówi Zakirow. – Przestałem się bać, bo już teraz naprawdę niczego od nich, od KGB, nie chciałem. Straciłem iluzje. Chciałem prawdy w tej jedynej sprawie, która mnie od dawna nurtowała. Słowa enkawudzisty Tabaczkowa. Szepty w sprawie Kozich Gór. Rozmowa z Giercenką. Ale od czego zacząć śledztwo? Jak?

– Wyjeżdżałem do Afganistanu ze Związku Radzieckiego Breżniewa, wróciłem do Związku Radzieckiego Gorbaczowa. Pieriestrojka! Głasnost’! Usuwanie z historii białych plam! Jakbym czekał na to całe życie. Naczelnik, generał Anatolij Szywierskich, szalał. Gorbaczowa traktował jak wroga. Ale musiał przynajmniej udawać, że jest za pieriestrojką. Wiosną 1989 r. Prezydium Rady Najwyższej wydało dekret o dalszej rehabilitacji ofiar stalinowskich represji. – Koniec nieróbstwa na dyżurach – rzucił mi Szywierskich. – Od jutra do archiwum. Sprawę przeczytać, notatkę napisać, do rehabilitacji skierować!

– Rehabilitacja! Widomy, głośny znak zmian. I tych, które zaczęły się po śmierci Stalina w 1953 r., i tych, które parę lat później inicjował Chruszczow. Trudno, by nie sięgnął po ten znak i Gorbaczow. Rehabilitacja – sabotowana na wszelkie sposoby przez KGB i Prokuraturę Generalną, z powodzeniem zahamowana po odejściu Chruszczowa. Najpilniej strzeżoną tajemnicą była zawsze liczba zakatowanych w więzieniach i łagrach. I liczba rozstrzelanych. Już w 1955 r. za zgodą KC KPZR i Prokuratury Generalnej ZSRR przewodniczący KGB Sierow podpisał ściśle tajną instrukcję, jak okłamywać rodziny ofiar kaźni, rejestrując ich nazwiska w urzędach stanu cywilnego miejsca aresztowania jako zmarłych śmiercią naturalną. Rodzajów takiej śmierci – we wcześniejszej instrukcji, z 1954 r. – podano 47. Od zapalenia otrzewnej po ostrą niewydolność serca. Jeszcze w 1989 r. ludzie – w odpowiedzi na pytania o los najbliższych – masami otrzymywali taki fałsz wsparty powagą ważnych pieczęci. Nawet jeśli tym razem nie miało być podobnie, to na pewno nikt nie zamierzał okazywać ofiarom i ich rodzinom nadmiernego szacunku. Przynajmniej w tym oddziale KGB, w którym rządził generał Szywierskich.

Szarża Zakirowa

Pewnego wiosennego dnia 1989 r. Oleg Zakirow schodzi do piwnicznego archiwum KGB w Smoleńsku. Pochyla się nad cudzymi aktami tak, jak pochylał się nad aktami dziadka: porażony. Nieskończone warianty paragrafu 58, teczki wyjące rozpaczą, śmiertelna bezradność, otchłań przemocy sprzed dziesiątek lat wydobywają go z własnej otchłani. W ogromnym pośpiechu zapisuje ludzkie losy, numery akt, daty, sposoby zabijania. Tam, gdzie czyta „przesłuchanie prowadził X, ale zakończyć nie zdążył w związku ze śmiercią znajdującego się pod śledztwem”, odnotowuje – tortury. Pracuje jak szalony przez parę miesięcy. Notatki wynoszone pod mundurem stają się zaczątkiem własnego, tajnego archiwum. Ale chociaż większość akt dotyczy Polaków ze Smoleńszczyzny, nie znajduje najważniejszego: dowodów rozstrzelania polskich oficerów wiosną 1940.

Istotą jego planu jest bunt jawny i głośny. Wywołanie szoku. Na partyjnych zebraniach żąda usunięcia dacz KGB z katyńskiego cmentarzyska. Rzuca na biurko oniemiałego naczelnika zeznania: „Ja, Frolenkow Wasilij, potwierdzam, że kiedy pracowałem w ochronie obiektu Kozie Góry w Katyniu, podczas kopania ziemi znajdowaliśmy pasy z orłami, bo tam był rów ze zwłokami polskich oficerów”.

Zakirow pisze do gen. Szywierskicha: „Odnalazłem naocznego świadka rozprawy z polskimi oficerami 1940 r. On widział trupy rozstrzelanych w rowie w Kozich Górach. Proszę o przekazanie jego oświadczenia do Smoleńskiego Komitetu Rehabilitacji. Oficer KGB ZSRR obwodu smoleńskiego Oleg Zakirow”.

– Jego brawura oszałamiała – mówi Giennadij Żaworonkow z „Moskowskich Nowosti”, pierwszy dziennikarz obszernie poruszający sprawę Katynia. – W 1989 r., kiedy bezskutecznie szukałem jakichkolwiek dowodów na to, że zbrodni dokonali nasi, dostaję nieprawdopodobny list. „Przeszedłem Afganistan. Widziałem daremną śmierć naszych żołnierzy. Nie chcę być uczestnikiem nowego oszustwa i przestępstwa. Przyjeżdżajcie do Smoleńska, opowiem, co wiem, i pomogę spotkać się z weteranami NKWD”. I kto to pisze! Major KGB! Wariat? Samobójca? To, co robił, było niebezpieczne. Nawet nas, moskiewskich dziennikarzy, ścigała smoleńska bezpieka. Ryzykował życie. Nie przesadzam. Kiedy w nocy podjechaliśmy pod jego dom i zobaczyłem karetkę pogotowia, byłem przekonany, że się spóźniłem. Koniec. Trup. Ale to tylko był atak wyrostka robaczkowego jego córki.

– Trzeba działać szybko, dokładnie, a najważniejsze: w porę zniknąć – powiedział dziennikarzowi Zakirow.

– To, co zaproponował, to była szarża – wspomina Żaworonkow. – On wchodzi do mieszkań weteranów NKWD, przedstawia legitymację KGB i wygłasza frazę: „Generał Szywierskich prosi, by pan opowiedział temu człowiekowi wszystko, co pan wie o represjach i rozstrzeliwaniach”. I tak poznałem dwóch najważniejszych świadków: Titkowa i Klimowa. Oleg promieniał. Mało tego – sprowadził potem jeszcze dziennikarzy ze smoleńskiego radia, a nawet z najpopularniejszego programu telewizyjnego „Wzgliad”.

Niegodny szeregów KPZR

Zakirowowi zamknięto dostęp do archiwum. Zakazano dochodzeń. Generał Szywierskich nie rozprawia się z nim radykalnie, bo nie wie, czy działa on w duchu pieriestrojki na polecenie z Moskwy, czy na własną rękę. Poleca, by śledzić majora, podsłuchiwać, szukać kompromitujących materiałów. Kartki jego akt personalnych są starte od częstego przeglądania. Zdrajca, sprzedawczyk, kunktator – szczują na coraz częstszych zebraniach partyjnych. Po ukazaniu się artykułu w „Moskowskich Nowostiach” wszystko staje się jasne: Zakirow działa na własną rękę. Rozgniewany przewodniczący KGB Kriuczkow wzywa Zakirowa do Moskwy. Przesłuchuje go pięciu pułkowników naraz. Pułkownik Iwanienko krzyczy, grozi. Wreszcie prosi, by Oleg wyjechał ze Smoleńska. Niebawem wysłannicy Kriuczkowa przyjeżdżają do Zakirowa. Znowu prośby i groźby: zostaw sprawę katyńską! Proponują dobre posady w jakimkolwiek miejscu poza Smoleńskiem. Odmawia. – Źle skończysz – grożą.

– Wyrzucić dziennikarza! – krzyczy Gorbaczow, telefonując do redaktora naczelnego „Moskowskich Nowosti”. Jegor Jakowlew Żaworonkowa nie wyrzuca, ale o Katyniu na razie pisać się nie będzie. W telewizji ginie taśma z nagraniem byłego kierowcy NKWD Titkowa wskazującego miejsca, gdzie leżą tysiące Polaków rozstrzelanych w 1940 r. Redaktora naczelnego smoleńskiego radia, które wypuściło w eter oświadczenie Titkowa, zawieszają w obowiązkach. Generał Szywierskich zaczyna nagonkę w prasie. Na początku 1990 r., jeszcze niepewny odgórnej reakcji, pisze w smoleńskiej gazecie „Droga Robotnicza”, że pojawili się tacy, co „rzucają cień przeszłości na dobre imię czekistów”. I że „o konkretnych miejscach pochówku kogokolwiek nie ma danych”. Ubolewa, że „w środkach masowej informacji mówi się tylko o jednej wersji: polscy oficerowie rozstrzelani przez NKWD. Innych wersji, bardziej wiarygodnych, nie bierze się pod uwagę”. Kpi z Zakirowa pismo „Smiena”, nazywając go „domorosłym szpiegiem”. Frontalny atak następuje po paru miesiącach, po ingerencji Kriuczkowa. „Droga Robotnicza” donosi o „pismakach uganiających się za sensacją, którzy publikują fakty dalekie od rzeczywistości”.

„Jeśli Zakirow prowadzi własne śledztwo bezprawnymi metodami, odrzucając naszą pomoc, robi to nie w imię prawdy, ale dla autoreklamy. Konflikty Zakirowa z kolegami, brak dyscypliny, nieetyczne zachowanie jako komunisty zmuszają nas nie tylko do zastosowania nagany partyjnej, ale i postawienia go przed Sądem Oficerskim” – pisze Szywierskich pod koniec 1990 roku. Krąg się zamyka.

Zakirow uparcie wysyła alarmujące petycje w sprawie Katynia do KC KPZR, do Rady Najwyższej ZSRR, a gdy Jelcyn zostaje prezydentem, i do Jelcyna. Miały one podobny skutek jak pismo wysłane kiedyś przez jego ojca do Moskwy. Porażająca naiwność…

Latem 1990 roku Oleg Zakirow pisze prośbę o umożliwienie mu wystąpienia z partii. Prośby nie przyjęto. Wydalono go jako „niegodnego szeregów KPZR”. Potem znalazła się ekspertyza psychiatryczna potwierdzająca jego niezdolność do służby w KGB. Na decydującym o jego losie zebraniu nie zjawił się żaden z jego stronników: wszystkich wysłano w delegację. Zakirowa zwolniono z KGB w czerwcu 1991 r.

Do Polski

Jak na metody sowieckich służb specjalnych rozprawiono się z Zakirowem łagodnie. Najprawdopodobniej dlatego, że od maja 1990 r. znalazł się pod opieką Ambasady Polskiej w Moskwie, a szczególnie konsula Michała Żórawskiego zajmującego się śledztwem katyńskim. Bombardował on generała Szywierskicha prośbami dotyczącymi Zakirowa.

„Chcę wyrazić gorącą wdzięczność za pozytywne odniesienie się do mojej prośby o zgodę na przyjazd majora Olega Zakirowa do Ambasady RP w Moskwie” – pisze Żórawski dyplomatycznie, mając za sobą dziesiątki próśb wysłanych w tej sprawie, na które Szywierskich nie odpowiedział, i konsul musiał działać innymi drogami. A chodziło tylko o to, by Zakirow mógł odebrać odznakę Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa.

Larisa marzy o medycynie, ale jej podanie odrzucają uczelnie Smoleńska i innych miast. Żórawski proponuje studia w Polsce. Znowu walki o paszport. „Rosyjska uczelnia wam nie odpowiada, polska lepsza?!”. Wreszcie kobiety wyjeżdżają do Łodzi. Do Polski prawdziwej. Wykładowczyni chemii na kursie przygotowawczym na medycynę, p. Bożena S., mówi: „Przyjechały tu Ruskie nas wystrzelać”, i stawia notę niedostateczną, o medycynie nie ma już więc mowy. Larisa dostaje się na psychologię kliniczną, kończy jako jedna z lepszych studentek. Zna biegle angielski, uczy się francuskiego.

Koniec studiów i stypendium oraz akademika, gdzie koczowała wraz z matką krążącą między Warszawą a Smoleńskiem. Galinie, poważnie chorej na serce, obniżono rentę inwalidzką. W Łodzi znajduje dorywczą pracę jako sprzątaczka. Larisa dźwiga towary w sklepach Makro, gdzie kierownik okrada ją z zarobków. Zajmuje się akupunkturą, pracuje jako masażystka, sprzątaczka, usiłuje włączyć się w system sprzedaży Net Work. Z trudem wystarcza im pieniędzy na wynajmowanie ciasnych klitek i na chleb.

Olegowi w Smoleńsku nie wystarcza. „Opiekunowie” z KGB uniemożliwiają każdą pracę: czy doradcy prawnego firm, czy człowieka, który pisze podania, czy fizyczną wreszcie. Dziś, pytany o tamte lata, Oleg mówi: – Naprawdę bolało, gdy nie miałem na jedzenie dla Ksjuszy. Jak kotu wytłumaczyć, że to nie moja wina? W 1998 roku decyduje się na opuszczenie Smoleńska. Przedtem dwukrotnie potrąca go motocykl. Sprzedaje mieszkanie. Pakuje dobytek na niewielką ciężarówkę. Mówi, że przeprowadza się do Moskwy.

Jest to jeszcze czas bezwizowych przejazdów przez granicę. Na polskiej granicy niechętnym jego niewielkiej ciężarówce celnikom pokazuje pismo dziękczynne z Kancelarii Prezydenta Lecha Wałęsy z odręcznym podpisem sekretarza stanu Andrzeja Zakrzewskiego, który „prosi o przyjęcie wyrazów szczerego szacunku”. Jest w Polsce.

Piotrkowską na żebry

Jeszcze ze Smoleńska Zakirow śle pisma do prezydenta Kwaśniewskiego o pomoc w załatwieniu azylu politycznego. Popiera wycinkami z prasy. Milczenie. Pozostały starania o status uchodźcy, taki sam, jak dla wszystkich. W Urzędzie Imigracji MSW przy ul. Koszykowej, gdzie po całym dniu stania z trudem udało się wręczyć dokumenty, artykuły prasowe i poświadczenie medali Olega, usłyszeli: „Po coście przyjechali?! Tam wam dobrze, nie ma niebezpieczeństwa”. Trudno wymienić wszystkie urzędy, w których im mówiono: „Po coście przyjechali” i odrzucano ich prośby, petycje, błagania. Pieniędzy nie wystarczało nawet na obowiązujący uchodźców kwartalny przyjazd do Warszawy dla potwierdzenia dokumentów.

Nikt nie zaproponował Olegowi nawet kursu języka polskiego czy przysposobienia zawodowego. Zasługi Zakirowa były wszystkim obojętne. Zmieniały się władze Łodzi, nie zmieniał się ich stosunek do Zakirowa.

Dla Rodzin Katyńskich właściwie nie istniał. Jedna z nich odmówiła nie tylko pomocy, ale nawet napisania jakiegokolwiek listu popierającego jego prośbę. Na wniosek jej przewodniczącego UOP ponownie sprawdzał Zakirowa. I choć potwierdził jego „czystość”, z tamtej strony pomocnej ręki nie podano.

Zakirow chodził rankami na giełdę pracy. Murarka, naprawa dachów, betoniarka. Kiedy żona chorowała, córce nie zapłacono należnych pieniędzy, a Olega akurat nigdzie nie potrzebowano, zarośnięty – nie miał nawet na żyletki – usiadł na Piotrkowskiej. Żebrał. Rodzina żywiła się odpadkami z bazaru na Bałutach. Czy ma znaczenie, jak długo to trwało? Buntownik doszedł do swojej Golgoty.

Żona poczuła się lepiej. Z czasem zaczęła udzielać korepetycji z języka rosyjskiego. Córka znalazła pracę. Jeszcze później wspomnienia Zakirowa zaczęło drukować ukazujące się w Polsce w języku rosyjskim pismo „Nowaja Polsza”. Ale kancelarie Prezydenta, Premiera, wojewody, MSW męłły odpowiedzi w urzędniczym młynie z lodowatą obojętnością. Przyjaciele Zakirowa, dziennikarze, działacze, sąsiedzi, pisali artykuły, petycje, dzwonili do Bardzo Ważnych Osób. Bez skutku.

Niezupełnie, Zakirowowie otrzymali polskie obywatelstwo. Tuż przed końcem prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego przyznano Zakirowowi rentę w wysokości 1500 złotych. Przy okazji kolejnego masowego rozdawnictwa medali dostał mu się Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. W swoim garniturze za 10 złotych był jednym z dwustu wówczas nagradzanych. Wcześniej wysłał do Kancelarii Prezydenta Kwaśniewskiego odmowę przyjęcia odznaczenia. Przyjaciele namówili go jednak, by zmienił decyzję.

Na kopercie z pieczęcią Kancelarii Prezydenta RP zawierającej kolejną odmowę Zakirow nabazgrał wierszyk:

Zamęczył mnie wiek dwudziesty
I jego skrwawione rzeki.
I nie mówcie o prawach człowieka,
Ja już dawno nie jestem człowiekiem.

KRYSTYNA KURCZAB-REDLICH
Reklamy

5 thoughts on “Buntownik z KGB – zbrodnia katyńska

  1. eks0 26 grudnia 2006 / 10:07

    Co się aktualnie dzieje z p. O. Zakirowem?

  2. wrxpl2007 4 października 2007 / 19:51

    chwala mu za to co zrobil, dzieki Panie Zakirow.

  3. Jan Walczak 23 stycznia 2008 / 14:55

    Wstyd mi za nasz kraj, że człowiek który tyle zrobił w sprawie tak ważnej dla Polskiego narodu był tak źle traktowany przez nasz kraj. Medal, renta i obywatelstwo dla p. O. Zakwirowa się należą, on i jego rodzina się wiele nacierpiała w służbie prawdy. Zakwirowi słusznie należy się wdzięczność narodu Polskiego.

  4. Enter 10 lutego 2009 / 06:42

    To kolejny z wielu dowodów, że przemaiana w Polsce odbyła się pod nadzorem SB. Politycy z tych czasów byli upaprani w komuniźmie, upaprani brakiem moralności i żaden z nich nie chcial się wychylać. Tak jest i dzisiaj z POpaprancami. Czy ktoś wie jakie są obecne losy Pana Olega i jego rodziny? Poprosze o informacje.

  5. Enter 10 lutego 2009 / 06:43

    Panie Zalirow niech się Pan odezwie, sa w tym kraju normalni ludzie, ktorzy mysla tak jak Pan.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s