Oni z ZMP (Związek Młodzieży Polskiej)

Źródło: Rzeczpospolita: Oni z ZMP (Związek Młodzieży Polskiej)
14.10.2006

Czym był istniejący od 1949 roku Związek Młodzieży Polskiej? Warto o to pytać nie tylko z potrzeby lepszego poznania dziejów PRL, ale też i ze względu na półwiecze przełomowych wydarzeń 1956 roku

Październik przyniósł prawdziwie epokowe przemiany, które uczyniły z PRL najbardziej liberalny, a przynajmniej najweselszy z baraków obozu socjalistycznego. Czy ulga, jaką przyniósł ten czas przygniecionemu narzuconym ustrojem społeczeństwu polskiemu, była zasługą ZMP-owców, którzy z młodzieńczym zapałem i wiarą w podeptane przez stalinizm ideały „prawdziwego socjalizmu” stanęli na czele odnowy? Jedna z legend rozwiązanego w 1957 roku ZMP powiada, że oczywiście, tak było. Wydana niedawno książka Marka Wierzbickiego „Związek Młodzieży Polskiej i jego członkowie” może pomóc w sformułowaniu tej odpowiedzi.

Bardzo różne legendy

Każdy z mojego lub nieco starszego pokolenia (urodziłem się w 1939 roku) ma jakąś swoją opowieść o ZMP, która jest częścią jego osobistej opowieści o PRL, bo – obojętne, czy był nieprzejednanym i odważnym opozycjonistą, czy opływającym w przywileje członkiem nomenklatury – swoim życiorysem siłą rzeczy współtworzył historię tamtych dziesięcioleci. W jakikolwiek sposób je przeżył i jakiekolwiek dał odpowiedzi na wyzwania i znaki czasu, jest to niezbywalna część jego biografii i zapewne będzie teraz – u kresu życia – starał się tej biografii bronić.

Wspomniałem o „białej” – zapewne z dzisiejszego punktu widzenia najpiękniejszej – legendzie, która nie neguje oczywiście fasadowego charakteru ujednoliconej w 1948 roku organizacji młodzieżowej, narzuconej jej roli pasa transmisyjnego, przenoszącego partyjne dyrektywy ku młodemu pokoleniu. Była swego rodzaju urzędem ds. młodzieży, mającym ją przymusowo wychować w stalinowskim duchu, a niepokornych zastraszyć lub wyeliminować. To są oczywistości, od których nie sposób się dziś wykręcić, nawet jeśli się uważa, że do ZMP lgnęli najwartościowsi i najbardziej ideowi młodzi ludzie powodowani plebejską nadzieją lepszego życia dla robotników i chłopów, albo mesjańskim marzeniem o socjalizmie, któremu potem ostatni z wyznawców – aby ratować ten piękny, lecz zwodniczy, XIX-wieczny mit – przydawali określenie: o ludzkim obliczu. Według tej opowieści ci najwartościowsi i ideowi byli w oczywisty sposób najbardziej podatni na rozczarowanie tą przytłaczającą, biurokratyczną konstrukcją wzniesioną w miejscu, gdzie już widzieli realizację swoich marzeń. To wrażliwość ich sumień i prostolinijność charakterów najdotkliwiej i najbrutalniej testował ten ubecko-cenzorski moloch. To dla nich Adam Ważyk pisał swój gorzki „Poemat dla dorosłych”, to oni znajdowali swoje portrety we wczesnych opowiadaniach Marka Hłaski. Przecież daremne marzenie o szklanych domach nie było wyłączną własnością pokolenia Cezarego Baryki, a więc ich ojców. O ileż łatwiej mieli szukający swojej okazji karierowicze i zwykły motłoch powiadający po swojemu: „socjalizmu się nie lękaj, mało rób, a dużo stękaj”. W tej legendzie rok 1956 to przede wszystkim Październik, jako pokojowy, lecz stanowczy głos narodu za takim właśnie – jak to pięknie i ironicznie zarazem kiedyś ujął śp. Jan Strzelecki – „socjalizmem lirycznym”. Cóż z tego, że zdradzony potem przez wyniesionego do władzy na rękach wiecujących tłumów Władysława Gomułkę, cynicznie podeptany przez Edwarda Gierka, kiedy jednak w jakiś sposób skuteczny, skoro zmienił aż tak wiele bez jednego wystrzału. Po dziesięcioleciach tym samym głosem przemówi „Solidarność”, przynajmniej w swoich sierpniowych początkach.

Ale jest i czarna legenda. Według niej ZMP był kursem przygotowawczym dla PZPR (skrót rozszyfrowany później jako „Płatni Zdrajcy, Pachołki Rosji”), szkółką tajnych i jawnych współpracowników, rezerwuarem janczarów, z których sowiecki zaborca rekrutował namiestniczą kadrę agentów, aparatczyków i politruków. Szli tam najgorsi, bezideowi i wykorzenieni z narodowej tradycji; karierowicze bez sumienia lub Judasze złaknieni obcych srebrników. Wszystko, co polskie, wierne i wartościowe trwało przy Kościele i ojcowskim obyczaju, kultywując jeśli nie czynny, to przynajmniej bierny opór przeciw nowemu okupantowi. W tej legendzie rok 1956 to przede wszystkim poznański Czerwiec, kolejne przegrane i utopione we krwi polskie powstanie, które jednak przygotowało – podobnie jak grudniowa masakra roku 1970 – grunt w polskich sercach i umysłach dla pokojowego, lecz stanowczego protestu „Solidarności”. W tej legendzie Październik to przejściowe ustępstwo, kolejne oszustwo sterowanej z Moskwy władzy, która oddała elementy mniej ważne, by ocalić istotę swego panowania. Władza w kolejnych kryzysach opanowała takie szalbierstwo do perfekcji, nie inaczej postąpiła przy Okrągłym Stole, godząc się na niby to wolne wybory za cenę zakonserwowania w gospodarce i tajnych służbach wszechmocy postkomunistycznego układu.

Która z tych legend bliższa jest prawdy? Może żadna? Nie mam swojej własnej opowieści o ZMP, bo w ostatnich latach licealnych udało mi się jakoś wymigać od namolnie zalecanej przynależności. Nie musiałem śpiewać: „My z Zetempe…”. Ale cóż z tego, kiedy i tak straciłem polityczną cnotę, wstępując nieco później do PZPR, omamiony złudą, że jeśli będzie tam więcej przyzwoitych ludzi, to i narzucony ustrój będzie trochę lepiej funkcjonował (wydalono mnie – i chwała Bogu – zaraz po ogłoszeniu w 1981 roku stanu wojennego). Może więc z racji biografii jestem skłonny dostrzec coś pozytywnego w pierwszej z tych legend? Oddajmy jednak głos książce i badaniom autora.

Osiodłana krowa

Stalin miał powiedzieć w przystępie szczerości, że Polska tak nadaje się do komunizmu, jak krowa pod siodło. Militarny i polityczny podbój Polski został dokonany na mocy postanowień z Jałty i Poczdamu oraz obecności Armii Czerwonej nad Wisłą. Kolejnym – o wiele trudniejszym – zadaniem był duchowy podbój społeczeństwa polskiego przez zniechęcenie go do oporu i wychowanie „nowego człowieka”. Temu służył cały system organizacji, z bezpieką i aparatem partyjnym na czele, a Związek Młodzieży Polskiej miał grać tutaj bardzo ważną rolę.

Książka Marka Wierzbickiego nie zawiera indywidualnych opowieści byłych zetempowców. Ani tych z jasnej, ani tych z ciemnej legendy dawno nieistniejącego Związku. Może i szkoda, bo wiele byłoby wśród nich przejmujących historii, niby nowele lub scenariusze filmów o tamtych czasach. Książka nie jest jednak wyborem pamiętników, lecz owocem pracy badawczej, przede wszystkim żmudnej kwerendy dokumentów i akt ZMP. Z tych badań wyłania się inny jeszcze – pewnie najbardziej zbliżony do prawdy, choć oderwany od indywidualnych losów, pozbawiony ludzkich twarzy – obraz organizacji. Jest to – używając metafory Stalina – obraz przymusowo siodłanej krowy, która zupełnie nie nadaje się do roli czerwonego wierzchowca. Autor wspomina tak o ideowych socjalistach, jak o wierzących tylko w swój interes karierowiczach: jedni i drudzy byli obecni zarówno w szeroko rozumianym Związku, jak i w jego kadrowym aparacie, choć na pewno nie altruistyczni ideowcy tam przeważali. Ale z tych badań, z wertowania dokumentów obrazujących codzienność ZMP w miastach, powiatach i na wsi wynika, że była to organizacja – owszem – imponująco masowa (ponad 2 miliony członków w 1955 roku), ale bezwładna, niezdolna do samodzielności, podejmująca działania tylko w wyniku odgórnie sterowanych i nakazanych przez partyjne kierownictwo akcji i zaraz potem zapadająca w bierny sen. Co więcej, wymagająca stałego i wielopiętrowego nadzoru sprawowanego tak przez jej aktyw (któremu też nie całkiem ufano), jak i przez etatowy aparat instruktorski i kierowniczy, a w ostatecznym rachunku przez bezpiekę. Bardzo pouczające są – wyszperane tak z dokumentów organizacyjnych, jak i sądowych i ubeckich – informacje o udziale członków ZMP w różnego rodzaju tajnych organizacjach i sprzysiężeniach antykomunistycznych, których wiele powstawało nawet w małych miejscowościach na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Zwykle nie były w stanie dokonać niczego więcej, niż ponarzekać, posłuchać Wolnej Europy i rozrzucić nieco ulotek. Tworzone po amatorsku, bez trudu rozpracowywała bezpieka. Ale wśród oskarżonych o przynależność więcej było ZMP-owców niż wynikałoby to z udziału organizacji w całości młodej populacji Polaków. Potwierdza to tezę, że swojego miejsca w ZMP szukali aktywniejsi, bardziej zainteresowani otaczającym ich światem, choć zwykle nie pojmowali, że wszystko, czego się od nich oczekuje, to rola posłusznego trybika w wielkim mechanizmie transmisji z partyjnej centrali do mas.

Program, który ta transmisja oferowała młodemu pokoleniu, to śmiertelne nudy; mowa-trawa, jak wtedy powiadano. Książka zawiera bogatą dokumentację akcji i poczynań, jakimi mieli zajmować się ZMP-owcy i zrzeszające ich koła: przyjaźń ze Związkiem Radzieckim, plan sześcioletni, walka z analfabetyzmem, apel sztokholmski, pochody pierwszomajowe, żniwa, wykopki, odznaka SPO, wyścig pracy, czyny społeczne, szkolenia. Ale czasem zza sztampowej nudy wyziera coś znacznie gorszego: kolektywizacja wsi, w której ZMP-owcy mieli odegrać aktywną rolę. To oznaczało nie tylko namawianie rodziców lub sąsiadów do działania przeciw swemu sumieniu i interesowi, ale donoszenie na opornych, łamanie ich sprzeciwu. Podobnie było z pomocą ZMP w egzekwowaniu obowiązkowych dostaw zboża: brygady aktywistów przeszukiwały domy kułaków, nieraz bijąc podejrzanych i demolując co popadnie. Na co dzień była jednak poziewująca rutyna zebrań z obowiązkowym zagajeniem, referatem i podejmowaniem zobowiązań, albo równie pasjonujące uczestnictwo w „kółkach studiowania życiorysu” nie tylko generalissimusa Józefa Stalina, ale nawet Bolesława Bieruta. Albo daremna walka z „zacofaniem” wyrażającym się potajemnym uczestnictwem w mszy, pielgrzymkach i zawieraniu kościelnych małżeństw.

Nic dziwnego, że reakcją młodych był ciągły odpływ z organizacji. W tamtych czasach nikt nie ważył się na otwarte zerwanie z ZMP-owską przynależnością, ale po cichutku można było zgłosić przeniesienie i nie zarejestrować się w nowym kole; polska oporna „krowa” chętnie z tej ścieżki korzystała, stąd odpływ trzeba było wciąż uzupełniać fasadowym werbunkiem równie biernych i niechętnych delikwentów. Skoro ZMP-owski styl życia był po cichu uznawany za namolną sztampę, nie dziw, że dokumenty organizacyjne pełne są utyskiwań na bikiniarstwo, fascynację Zachodem, pijaństwo i ekscesy erotyczne. Skoro nic, co własne, nie było dozwolone, młodzi sięgali po cokolwiek, nawet po fałszywe światełka.

ZMP-owcy u władzy

Jaką rolę rzeczywiście odegrali rozczarowani – choć wciąż pełni socjalistycznych rojeń – ZMP-owcy w Czerwcu i w Październiku? Przecież w 1956 roku komunistyczny idealizm na chwilę znów doszedł do głosu. Trudno znaleźć odpowiedź opartą na rzetelnych dowodach. Na pewno rolę decydującą na zbuntowanych uczelniach, gdzie powstawał wtedy krótkotrwały – potem spacyfikowany i wcielony do ZMS – Związek Młodzieży Rewolucyjnej. Wśród wymienionych w książce młodzieżowych przywódców październikowego poruszenia na uniwersytetach i politechnikach są nazwiska dobrze znane z lat późniejszych i z różnych stron politycznych barykad: obok Jacka Kuronia, Jerzy Urban i niesławny antysemita Bernard Tejkowski. Lista znanych później nazwisk jest długa i pokazuje tylko to, że nie istniała wspólnota ZMP-owskiego losu: każdy w końcu podążał własną drogą i działał na własny rachunek. Jeszcze trudniej zorientować się w roli ZMP-owców przed półwieczem w strajkujących i wiecujących zakładach przemysłowych. Jednakże na pewno ani Październik, ani tym bardziej Czerwiec nie są ich wyłącznym dziełem. Byli, uczestniczyli, nieraz stawali w pierwszym szeregu, ale nie oni sami. Rok 1956 pokazał tylko – potwierdzoną w późniejszych kryzysach politycznych – prawdę, że ilekroćwładza się chwiała, tylekroć szeregowi członkowie, a nawet aktywiści fasadowych organizacji reżimowych, jak partia czy ZMP, szli raczej tam, gdzie naród, a nie tam, gdzie chciałaby ich widzieć komunistyczna biurokracja. I płacili za to swoją cenę, podobnie jak inni Polacy.

Większość ZMP-owskiego aktywu, a zwłaszcza aparatu, pozostała jednak na swoich miejscach. Nie nęciły ich rewolucyjne złudy, byli pragmatykami dobrze wiedzącymi, przy kim jest siła i ile kto ma dywizji. Dali się gładko wciągnąć do ZMS, z upływem lat, zajmowali stanowiska w aparacie PZPR, awansowali na kierowników wydziałów, a nawet sekretarzy. Pod koniec gnijącej gomułkowszczyzny pojawiła się nawet tu i ówdzie wyrażana nadzieja: stetryczały „Wiesław” wkrótce odejdzie, ster przejmą młodsi pragmatycy z pokolenia ZMP-owców. Wymieniano nazwiska: Kazimierz Barcikowski, Stanisław Kociołek, Wincenty Kraśko, Stefan Olszowski, Józef Tejchma i inni podobni, ukształtowani już po wojnie, jako tako wykształceni, twardo stojący na ziemi. Mieli być nie tylko siłą zdolną zastąpić nieudolne przywództwo dobiegających kresu lat sześćdziesiątych, ale też zaporą dla prących do władzy ” moczarowców”. Gorącogłowi idealiści z Października już dawno – niby upadli aniołowie – zostali strąceni z partyjnych szczytów i zapomniani przez lud. Tymczasem po kryzysie grudniowym 1970 roku władzę objęła ekipa z Katowic, w której też sporo było otaczających „towarzysza Edwarda” dawnych aktywistów zetempowskich. Co dobrego, lub o wiele częściej złego, zdziałali, dziś dobrze wiemy. Byli rzeczywiście pragmatykami swojego czasu i swojej formacji: ukształtowani w biurokratycznym i sztywnym aparacie molochowatej organizacji uruchamianej od akcji do akcji, od pokazu do pokazu, a na co dzień tkwiącej w tym samym sennym bezwładzie i pokątnie uprawianej rozrywce dla wybranych. Tacy ludzie nie opowiadają swoich własnych historii; oni piszą historię, przynajmniej wtedy pisali.

Dlatego prawdziwy obraz ZMP to nie twarze Lechosława Goździka, charyzmatycznego przywódcy robotników warszawskiego Żerania, albo Mateusza Birkuta, „człowieka z marmuru” w niezapomnianym filmie Andrzeja Wajdy, symbolu nadziei i rozczarowań polskiego plebejusza. Prawdziwy obraz ZMP to portrety pragmatycznych do ostatka „towarzyszy ze Śląska” – Jana Szydlaka i Zdzisława Grudnia. Albo jeszcze lepiej: gęba Stefana Olszowskiego, czołowego eksponenta pokolenia zetempowców u władzy, nie wiadomo dlaczego za schyłkowego Gomułki i wczesnego Gierka strojącego przymilne miny „liberała”? Gdy za Jaruzelskiego „gruby Stefan” rzeczywiście dorwał się do steru, to jako twardogłowiec, pogromca zerkających na „Solidarność” dziennikarzy, dociskacz śruby w mediach, przygotowujący je na stan wojenny. Potem ten sam Olszowski pragmatycznie uwił sobie gniazdko w Nowym Jorku, gdzie przebywa do dziś, słusznie wybierając życie lżejsze, choć jakże dalekie od szczytu.

Tylko po co mu był ten cały ZMP-owski kram?

JERZY SURDYKOWSKI

Polska – Rosja. Nowe otwarcie?

Źródło: Rzeczpospolita: Polska – Rosja. Nowe otwarcie?
14.10.2006

Po wizycie w Warszawie szefa rosyjskiej dyplomacji Siergieja Ławrowa jedni krytycznie dowodzili, że była ona pusta i pozbawiona konkretów. Inni, wręcz przeciwnie: oto, po latach zastoju, w stosunkach polsko-rosyjskich dokonał się kolejny przełom i teraz wszystko pójdzie już jak z płatka. Wkrótce spotkanie premierów, potem prezydentów…


Obie opinie są typowe dla sposobu, w jaki opisujemy relacje między Moskwą i Warszawą, miotając się między negacją i krytycznym przyjmowaniem wszystkiego, co płynie z Rosji, a niczym nieuzasadnionym optymizmem. Podobny scenariusz już kilkakrotnie przerabialiśmy. Po raz ostatni – kilka lat temu, po gwałtownym ochłodzeniu stosunków, gdy Warszawa uznała za persona non grata kilku dyplomatów rosyjskich podejrzewanych o szpiegostwo, a Kreml odpowiedział tym samym, nakazując opuszczenie Rosji całej grupie pracowników polskiej ambasady.

Zabłąkany kraj

Ostatnie „zlodowacenie” było jednak o wiele głębsze i poważniejsze. Udział Polski w rozwiązaniu kryzysu na Ukrainie; to, że Warszawie udało się w dużej mierze zmobilizować europejską opinię w obronie pomarańczowej rewolucji, potraktowano w Moskwie jako bezpośrednie wyzwanie rzucone Rosji, która cały obszar WNP traktuje jako swoje dominium, a Polskę – jako historycznego rywala konkurującego o wpływy na obszarze między Rosją i Zachodem. I chociaż pierwszy szok dość szybko minął – zwłaszcza gdy okazało się, że mimo polskich zabiegów Europa nie pali się zbytnio do rozpinania swego parasola nad Ukrainą – to jednak uraz i poczucie potencjalnego zagrożenia pozostały.

Do tego doszedł jeszcze jeden czynnik. W warunkach wielkiej hossy na rynkach paliwowych Moskwa zaczęła na nowo definiować swoją politykę zagraniczną, uznając, że ropa i gaz mogą być znacznie skuteczniejszym instrumentem w realizacji jej celów mocarstwowych aniżeli klasyczne środki dyplomatyczne. Tymczasem Warszawa, już jako pełnoprawny członek Unii, nieustannie to kwestionowała; nie tylko sprzeciwiała się budowie gazociągu północnego – tak ważnego z punktu widzenia rosyjskiej strategii – ale jeszcze występowała z irytującymi Kreml projektami dotyczącymi wspólnej polityki energetycznej itp.

Wszystko to wpływało na wybór strategii dyplomatycznej Moskwy wobec Warszawy. Jej celem była maksymalna izolacja Polski w Europie, a środkiem – budowanie negatywnej opinii wśród jej unijnych partnerów, jako kraju cierpiącego na rusofobię, a przez to niezdolnego do racjonalnych działań na scenie europejskiej.

Dał temu wyraz Siergiej Karaganow, szef Rady Polityki Zagranicznej i Obronnej. „Polska – mówił wiosną tego roku – znów stała się chorym człowiekiem Europy wytykanym palcami przez niemal wszystkich na kontynencie: Francuzów, Niemców, a nawet Litwinów. W najlepszym razie postrzegana jest jako koń trojański Stanów Zjednoczonych w Europie, w najgorszym – uważana za przykład kraju, który podąża w nieznanym kierunku i który stał się nieprzewidywalny…”. Dwa miesiące później pytany o perspektywę polsko-rosyjskiego spotkania na szczycie, dowodził: Nie bardzo wiem, czego miałoby ono dotyczyć i jaki kształt miałoby przyjąć. Jeśli Warszawa ma jakieś konstruktywne propozycje, to Moskwa nie ma nic przeciwko poprawie naszych stosunków. Na razie jednak jest oczywiste, że Polska stała się czarną owcą w Europie. Nie wiem więc, dlaczego Rosjanie mieliby pomagać w poprawianiu złej opinii, jaką Polska zyskała na forum europejskim…

Stanowisko wyrażone przez wpływowego rosyjskiego politologa można było uznać nieomal za wykładnię oficjalnej polityki Moskwy. Zwłaszcza że podobnie wypowiadali się inni – np. uważany za doradcę prezydenta Putina Gleb Pawłowski. I trudno się dziwić satysfakcji, z jaką media rosyjskie, komentując sytuację w Polsce, ograniczały się do obszernego cytowania komentarzy prasy zachodniej bardzo krytycznych wobec tego, co dzieje się w naszym kraju.

Zbędny konflikt

Zamiast sprzeczać się o ocenę wizyty ministra Ławrowa, najpierw należałoby zapytać: dlaczego Moskwa właśnie teraz zdecydowała się na odmrożenie stosunków i – po drugie – czy kierowały nią motywy taktyczne, czy też strategiczne, długofalowe?

Chyba jednak raczej te pierwsze. Andrzej Nowak ma oczywiście rację, gdy pisze (” Rz” 5.10), że długofalowym celem Moskwy może być – tak jak w minionych dziesięcioleciach – dążenie do stopniowego usunięcia Ameryki z Europy oraz ostateczny upadek wspólnoty euroatlantyckiej i podtrzymującej ją konstrukcji ideowej Zachodu”. W końcu Rosja niejednokrotnie dawała jednoznacznie do zrozumienia, że najkorzystniejszym dla niej modelem ładu światowego i europejskiego – zwłaszcza w okresie, gdy sama przeżywa kłopoty – byłby model „koncertu mocarstw”. W niczym nie umniejszając znaczenia geopolitycznej analizy prof. Nowaka, wydaje mi się jednak, że o zmianie dotychczasowego stanowiska Moskwy wobec Warszawy, to że zrezygnowała ona z prowadzonej dotąd polityki izolacji Polski, zadecydowały względy taktyczne, a przede wszystkim przygotowywana przez Rosję, nazwijmy to tak, ofensywa europejska.

W roku przyszłym wygasa dziesięcioletni układ o partnerstwie i współpracy między Unią Europejską oraz Rosją i trzeba przygotować nowy. Dotychczas Moskwa z wielką rezerwą odnosiła się do obowiązującego układu. Zapisany w nim mechanizm konsultacji politycznych funkcjonował wprawdzie bez większych zgrzytów, za to znaczna część zapisów ściśle ekonomicznych pozostała wyłącznie na papierze. Także kolejne dokumenty, przyjęta w 1999 r. unijna wspólna strategia oraz późniejsza o kilka miesięcy rosyjska strategia średniookresowa więcej mówiły o różnicach dzielących obie strony niż o wspólnocie. Wynikało to być może stąd, iż Moskwa traktowała ten układ jako coś wymuszonego. Choćby przez to, że podpisany został w połowie lat 90., gdy osłabiona Rosja pogrążała się w coraz większym kryzysie i chaosie.

Teraz sytuacja jest inna.

Dzięki koniunkturze naftowej rosyjskie rezerwy walutowe osiągnęły poziom 300 mld dolarów i wciąż rosną. Rosja czuje się już równorzędnym partnerem Unii i próbuje narzucić jej wygodne dla siebie rozwiązania. Tydzień po wizycie ministra Ławrowa w Warszawie do Niemiec udał się prezydent Władimir Putin. Przywiózł atrakcyjną ofertę. Krótko przed podróżą szef Gazpromu ogłosił, że bogate złoże sztokmanowskie na Morzu Barentsa Rosja będzie zagospodarowywała własnymi siłami, bez udziału obcych inwestorów, a wydobywany z niego gaz ziemny będzie kierowany za pośrednictwem gazociągu północnego do Niemiec, a stąd rozsyłany do innych odbiorców europejskich. Nie zaś, jak wcześniej sugerowano, do Stanów Zjednoczonych.

Moskiewski dziennik ” Kommiersant”, który podał tę wiadomość, uznał to za zasadniczą zmianę strategii energetycznej Rosji. W myśl nowej koncepcji Federacja Rosyjska ma być podstawowym dostawcą paliw i energii dla Europy, a Niemcy jej głównym partnerem energetycznym oraz rzecznikiem Rosji w Unii Europejskiej. Moskwa proponuje przyspieszenie budowy wspólnego obszaru energetycznego oraz synchronizację systemów energetycznych Rosji i UE. W zamian chce przede wszystkim otwarcia dla rosyjskich inwestycji – głównie w energetyce. No i bardzo zdecydowanie występuje przeciwko projektom przyjęcia wspólnej polityki energetycznej Unii, o co z kolei gorąco zabiega Warszawa.

Moskwa bardzo liczy też na to, że w okresie, gdy Niemcy przejmą przewodnictwo w UE, łatwiej będzie lobbować rosyjskie interesy, a także uzgodnić korzystne dla Rosji zapisy w nowym układzie o partnerstwie i współpracy. W tym kontekście wizytę ministra Ławrowa w Warszawie można potraktować – z jednej strony – jako próbę sprawdzenia gotowości Polski do kompromisu w sprawach dla Moskwy najważniejszych (gazociąg północny, polityka energetyczna itp.), a z drugiej – chodziło również o zmianę wizerunku Rosji jako kraju skonfliktowanego z Polską choćby dlatego, aby nie stawiać w trudnej sytuacji kanclerz Angeli Merkel, z którą Kreml wiąże tak duże nadzieje.

Za dużo retoryki

Jakkolwiek by oceniać wizytę Ławrowa, należy potraktować ją jako swego rodzaju zaproszenie do nowej gry. To zaś wymaga istotnej korekty naszej polityki wobec Rosji, a właściwie, jak słusznie pisał wiosną tego roku Zdzisław Najder, stworzenia jej na nowo, bo jak dotąd mieliśmy jedynie jej ideologię.

Kiedyś sytuacja była jasna. Chodziło o zneutralizowanie sprzeciwów Moskwy, gdy zabiegaliśmy o członkostwo w NATO i UE. Później wznieśliśmy się na szczyty, angażując się w rozwiązanie konfliktu na Ukrainie. I znowu utknęliśmy, gdy okazało się, że rzeczywistość ukraińska jest o wiele bardziej skomplikowana i raczej trzeba się nastawiać na długi marsz. W tym samym czasie, przy okazji prawie każdego spotkania na szczycie, przytaczaliśmy stale ten sam protokół rozbieżności, ze sprawą Katynia, żeglugi w Cieśninie Pilawskiej czy rosyjskich nieruchomości w Polsce, a od niedawna także gazociągu północnego oraz blokady polskiego eksportu mięsa. Jednocześnie chcieliśmy uchodzić w Unii za specjalistów od Rosji, za tych, którzy znają ją i czują lepiej od innych. I jest w tym wiele racji. Tyle że na co dzień najczęściej byliśmy więźniami własnych, negatywnych emocji, dając im upust w retoryce. I jeszcze pół biedy, jeśli czynili to dziennikarze i publicyści. Gorzej, że w podobnym tonie często wypowiadali się również politycy, co było zupełnie niezrozumiałe dla Europy przyzwyczajonej do uprawiania dyplomacji w kategoriach Realpolitik.

Powtarzam: tu nie chodzi o to, aby ustępować Moskwie w sprawie gazociągu północnego. W końcu, co piszę od lat, obowiązuje jakaś hierarchia interesów strategicznych – politycznych i gospodarczych. Chodzi natomiast o zmianę samego podejścia, stylu uprawiania polityki. Bo obecny, oparty w dużej mierze na wspomnianych negatywnych emocjach, zwyczajnie okazuje się nieskuteczny.

Nowe i stare rury

Musimy nauczyć się grać na wielu fortepianach, z pełną świadomością, że Rosja jest ważnym, ale bynajmniej niejedynym i na pewno nie najważniejszym układem odniesienia dla naszej polityki zagranicznej; że trzeba traktować ją, jak każde inne państwo, które – czy nam się to podoba, czy nie – po swojemu formułuje swoje interesy i ich broni. Naszym zadaniem jest natomiast maksymalnie skuteczna obrona własnych, byle jasno i sensownie zdefiniowanych. I z tego, a nie z retoryki, powinni być rozliczani nasi politycy.

Potrzebne jest też to, co nazwałbym pozytywną dyplomacją wobec Rosji. Przykład? Z wyliczeń ekspertów (Mirosław Grelik, ” Rz” z 4.04.2006) wynika, że za kilka lat, nawet po zbudowaniu gazociągu północnego, może zabraknąć mocy przesyłowych, aby zaspokoić zapotrzebowanie Europy na rosyjski gaz ziemny. Mówiąc krótko: trzeba będzie budować nowe rurociągi. Może więc, niezależnie od starań o dywersyfikację europejskich dostawców gazu, warto byłoby wystąpić z polską inicjatywą powołania międzynarodowego konsorcjum do budowy odkładanej od lat drugiej nitki gazociągu jamalskiego? – Mogłoby to być interesujące i dla Europy, i dla Rosji, a sama propozycja byłaby znaczącym sygnałem politycznym…

Wreszcie, musimy zdawać sobie sprawę, że w układzie bilateralnym zawsze będziemy wobec Moskwy partnerem słabszym. Choćby dlatego, że – jak otwarcie pisze Irina Kobrinskaja (” Rz” z 5.10) – Polska i Rosja występują, używając języka bokserskiego, w różnych kategoriach wagowych.

Z tego oczywiście wcale nie wynika, że mamy rezygnować z bezpośrednich kontaktów. Przeciwnie. Nie jesteśmy też tak słabi i tak bezradni, jak sugerują niektórzy. Chodzi o coś innego – o skuteczne wykorzystanie naszego głównego obecnie atutu: członkostwa w Unii. Dlatego z uporem będę powtarzał, że obecnie skuteczność polityki na Wschodzie, w tym również wobec Rosji, w znacznie większym stopniu zależy od naszej pozycji w Unii Europejskiej aniżeli od bezpośrednich relacji z Moskwą. I jeśli – jak słusznie pisał Sławomir Dębski w „Polskim Przeglądzie Dyplomatycznym” – chcemy cokolwiek osiągnąć, to powinniśmy dążyć do zbudowania wobec Rosji wspólnej polityki Unii, a przynajmniej jej największych państw członkowskich.

To nie będzie łatwe, bo wymaga zbudowania swego rodzaju wspólnoty interesów, a więc również różnego rodzaju kompromisów. Wreszcie, wymagać będzie bardzo umiejętnej dyplomacji, choćby wobec Niemiec, które – jak pisał przed tygodniem Paweł Zalewski (” PlusMinus” z 7-8.10) – dokonują zasadniczej korekty paradygmatu swojej polityki, stały się europejskim supermocarstwem i są gotowe realizować własne interesy, nawet kosztem ważnych, regionalnych partnerów. Tylko czy jest inne rozwiązanie, skoro bez uwzględnienia wspomnianego „komponentu europejskiego” nasza polityka wschodnia, także wobec Rosji, będzie nieustannie buksowała? To abecadło, dlaczego więc tak często o tym zapominamy?

Gramy w orkiestrze

Prezydent Lech Kaczyński powtarza, że poprawa stosunków z Moskwą będzie procesem długofalowym. I ma sto procent racji. Spotkanie prezydentów Polski i Rosji, do którego w końcu dojdzie, nie jest celem samym w sobie. Może ono pomóc w uspokojeniu nastrojów, dać impuls do wznowienia dialogu. I niewiele więcej. Przełomów mieliśmy dość, a potrzebna jest zwyczajna, racjonalna i elastyczna polityka. Zimna do bólu. I nie tylko reaktywna, dyktowana bieżącymi wydarzeniami, ale – inicjatywna, wybiegająca w przód, oparta na chłodnej analizie tego, jaka może być Rosja (i Europa) za lat dziesięć czy 20. Mówiąc krótko: jeśli już mamy grać na wielu fortepianach, a faktycznie w orkiestrze symfonicznej, to starajmy się przynajmniej nie fałszować.

SŁAWOMIR POPOWSKI

Azja w cieniu Kim Dzong Il-a

Źródło: Rzeczpospolita: Azja w cieniu Kim Dzong Il-a
14.10.2006

Pozycja tyrana słabnie i być może to właśnie powinno być powodem do niepokoju: reżimy totalitarne na krawędzi upadku często stają się nieobliczalne. Im słabsza Korea Północna, tym bardziej niebezpieczna

Oficerowie amerykańscy, mówiąc o Korei Północnej, używają skrótu, który mówi wszystko: KFR, Kim Family Regime. Demonizacja tego reżimu przez amerykańskie media i politycznych decydentów sprawia, że zapomina się o pewnych istotnych faktach. Twórca Korei Północnej, Kim Ir Sen, nie był jedynie potworem i stalinowskim tyranem. Uciekinierzy z jego państwa mogą potwierdzić, że był też popularnym przywódcą antyjapońskiej partyzantki, trochę jak Enver Hoxha, stalinowski tyran z Albanii, który dowodził antyhitlerowskim powstaniem. Również syn Kim Ir Sena, Kim Dzong Il, w niczym nie przypomina swojej parodii z filmu „Team America: World Police”, zdziecinniałego psychopaty. Kiedyś istotnie był playboyem, ale wyrósł na sprawnego intryganta.

Swoją sukcesję Kim Dzong Il zawdzięcza po części temu, że jego ojciec zaszczepił w umysłach Koreańczyków z Północy odruch kojarzenia rodziny Kimów z dynastią Dzoson, która od XIV wieku panowała na Półwyspie Koreańskim przez pięćset lat. Umiejętnie wyszkolony przez ojca Kim Dzong Il skupił władzę w swoim ręku i tak skutecznie manipulował Chińczykami, Amerykanami i Koreańczykami z Południa, że ci wspierali go finansowo przez całe lata 90. Poza tym Kim bynajmniej nie jest człowiekiem impulsywnym: ma swoje odpowiedniki think tanków, które opracowują najlepsze strategie na wypadek ataku ze strony USA i Korei Południowej, ataku, który skądinąd sam byłby reakcją na kryzys wywołany przez władze w Phenianie. „Ten reżim – mówi Lankow – to ekipa wyjątkowo racjonalnie myślących zabójców”.

A jednak, mimo całej przebiegłości Kima, są powody, by podejrzewać, że jego pozycja słabnie. I być może to właśnie powinno być powodem do niepokoju: reżimy totalitarne na krawędzi upadku mają to do siebie, że często wpadają w panikę i stają się naprawdę nieobliczalne. Im słabsza Korea Północna, tym bardziej niebezpieczna. Pytanie, które powinno stanowić największą troskę wojsk amerykańskich na Pacyfiku, brzmi: co będzie, kiedy Korea Północna upadnie? Bowiem to wydarzenie zadecyduje o równowadze sił w całej Azji.

Kolejny koszmar po Iraku

Na Półwyspie Koreańskim zimna wojna nigdy się nie zakończyła. Na posępnej, spowitej w kolor morskich wodorostów granicy między dwiema Koreami, wśród krzyku białych czapli i żurawi mandżurskich, widziałem południowokoreańskich żołnierzy stojących bez ruchu w pozycjach taekwondo, z zaciśniętymi pięściami i napiętymi przedramionami, spoglądających w oczy swoich odpowiedników z Północy. Obydwie strony wybierają do tego celu najroślejszych, najbardziej przytłaczających wzrostem wojaków – jak na amerykańskie przyzwyczajenia i tak są raczej niscy.

Bezpośrednio po wojnie Korea Południowa postawiła przy granicy flagę na stumetrowym maszcie; w odpowiedzi Koreańczycy z Północy ustawili po swojej stronie maszt stupięćdziesięciometrowy i wciągnęli nań flagę o wadze ćwierć tony. W strefie bezpieczeństwaPhenian zbudował dwupiętrowy budynek; Seul postawił trzypiętrowy, a wówczas Koreańczycy z Północy dobudowali jeszcze jedno piętro. „To obszar nieustannej wojny na symbole”, jak określił strefę zdemilitaryzowaną pewien amerykański sierżant. Kiedyś obie strony zorganizowały w Panmundżom spotkanie, które trwało jedenaście godzin. Ponieważ nie było oficjalnego uzgodnienia, kiedy zrobić przerwę na wyskok do łazienki, wszyscy trzymali się twardo. Spotkanie przeszło do historii jako „bitwa pęcherzy”.

W innych podzielonych krajach XX wieku, jak Wietnam, Niemcy czy Jemen, ostatecznie zwyciężyły siły dążące do zjednoczenia. Z dotychczasowych doświadczeń wynika jednak, że podobne zjednoczenia raczej nie wynikają ze starannie zaplanowanego procesu politycznego, w którym respektuje się interesy obu stron. Na ogół stanowią efekt gwałtownych wydarzeń, które zaskakują ekspertów na przekór wszystkim ich raportom i strategicznym spekulacjom.

Dlatego być może to właśnie Korea jest dla amerykańskich wojsk najpaskudniejszym miejscem, w jakie można trafić, w pewnym sensie gorszym nawet od Iraku. Kiedy jeździłem po półwyspie, różni ludzie ze środowisk wojskowych, zarówno z sił powietrznych, jak i piechoty, mówili mi, że woleliby już siedzieć w Iraku lub Afganistanie, bo Korea łączy wszystko, co z wojskowego punktu widzenia najgorsze. Żołnierze i lotnicy żyją tu zgodnie z uciążliwym regulaminem wojennym, poddani surowym rygorom; równocześnie jednak muszą trzymać się etykiety i przyjmować inspekcje jak w warunkach pokoju, zachowując wszystkie te oficjalne pozory, które schodzą na dalszy plan podczas działań wojennych, gdy liczą się już tylko zdolności bojowe. Na półwyspie panuje też okropna pogoda: zimy są koszmarnie mroźne z powodu wiatrów wiejących z Syberii, a latem monsuny znad Pacyfiku przynoszą duchotę i upał. Pył znad pustyni Gobi nie poprawia sytuacji.

Zagrożenie z Północy jest nie byle jakie. Korea Północna dysponuje siłami operacyjnymi w liczbie stu tysięcy dobrze wyszkolonych żołnierzy; ma też jeden z największych na świecie arsenałów chemicznych i biologicznych. Posiada obfite zapasy wąglika, cholery i dżumy, jak również osiem zakładów przemysłowych, wytwarzających środki chemiczne. Wszystko to można zrzucić na Seul za pomocą konwencjonalnej artylerii. Gdyby pheniańska infrastruktura władzy miała się rozsypać, prawdopodobnie zapanowałoby powszechne bezprawie (zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę partyzancką mentalność sił zbrojnych na Północy). Mówiąc krótko: jeżeli chodzi o możliwości wywoływania chaosu na świecie, Korea Północna ma potencjał zbliżony do Iraku, natomiast w zastosowaniu broni masowego rażenia potencjał ten jest nieporównywalnie większy.

Aby zyskać jakieś wyobrażenie o tym, jaki chaos grozi Półwyspowi Koreańskiemu, pomyślmy o Albanii, która przez wiele lat była najbardziej anarchicznym krajem w postkomunistycznej Europie Wschodniej, jeśli nie liczyć wojennej Jugosławii. Kiedy pojechałem do Albanii jeszcze przed upadkiem stalinowskiego reżimu, widziałem tam agresywne grupki ośmioletnich chłopców, którzy napastowali przechodniów. Podobna plaga nęka ponoć również Koreę Północną z wyjątkiem pokazowego Phenianu; być może mówi to coś o dalszych perspektywach. W gruncie rzeczy Koreańczyków z Południa jeszcze bardziej od północnokoreańskich rakiet przeraża myśl o wielkiej fali uciekinierów z Północy. Z kolei Chińczycy też ze zgrozą myślą o tym, że miliony Koreańczyków mogłyby ruszyć na północ i przez rzekę Jalu przedostać się do Mandżurii.

Upadek w siedmiu etapach

To, że Kim Dzong Ilowi tak bardzo zależy na zademonstrowaniu swej rakietowej potęgi, świadczy o jego słabości. Wbrew powszechnemu w USA przekonaniu, Kim bynajmniej nie zamartwia się po nocach tym, co mogą mu zrobić Amerykanie; to nie słabość wobec USA stanowi jego największą troskę. Jeżeli coś spędza mu sen z powiek, to raczej Chiny. Kim zdaje sobie sprawę, że położenie geograficzne Korei Północnej i jej dostęp do morza w bliskim sąsiedztwie Rosji zawsze interesowały Chińczyków bardziej niż trwałość jego reżimu. (Chińczycy, podobnie jak my, wolą wprawdzie, żeby reżim przetrwał, ale też mają własne plany w związku z północną częścią półwyspu, w których nie ma miejsca dla Ukochanego Przywódcy). Agresywne demonstracje siły ze strony Kima mają na celu zmuszenie Amerykanów, by rozmawiali bezpośrednio z nim, co przynajmniej pozornie umocni jego słabnącą pozycję. Im zaś Phenian wyda się mocniejszy, tym lepszą będzie miał pozycję w tym, co dla Kima naprawdę ważne, czyli w stosunkach z Pekinem.

Amerykańscy stratedzy powinni skupić się nie na samych pociskach Kima, ale na tym, co decyzja o ich odpaleniu mówi o stabilności jego władzy. Stacjonujący w Korei Południowej i Japonii oficerowie amerykańscy średniej i wyższej rangi szykują się na gwałtowny upadek Korei Północnej, wydarzenie, po którym w ciągu zaledwie paru dni, czy nawet godzin, mogłaby nastąpić największa operacja stabilizacyjna od zakończenia II wojny światowej. Jak powiedział mi pułkownik David Maxwell z amerykańskich sił specjalnych, „byłaby to matka wszystkich humanitarnych operacji wojskowych”. Z dnia na dzień odpowiedzialność za los 23 milionów na wpół zagłodzonych ludzi przeszłaby z Kim Dzong Ila na wojska USA, które w sprawie opanowania tego kryzysu musiałyby się porozumieć (między innymi) z Ludowo-Wyzwoleńczą Armią Chin.

Na szczęście wygląda na to, że upadek Korei Północnej będzie rozciągnięty w czasie. Robert Collins, emerytowany starszy sierżant wojsk amerykańskich, obecnie ekspert wojskowy w Korei Południowej, przedstawił mi szkic upadku Phenianu w siedmiu etapach:

etap 1 – niedobór zasobów;

etap 2 – utrata ogólnokrajowej kontroli nad infrastrukturą z powodu niedoboru zasobów;

etap 3 – umacnia się pozycja niezależnych władyków pod nieformalną kontrolą miejscowych bonzów partyjnych lub dowódców wojskowych; równocześnie szerzy się korupcja, umożliwiająca działanie poza nadzorem słabnących władz centralnych;

etap 4 – reżim uznaje, że lokalni władykowie wystarczająco już urośli w siłę i podejmuje próbę ich podporządkowania;

etap 5 – czynny opór wobec władzy centralnej;

etap 6 – rozpad reżimu;

etap 7 – wyłonienie nowego przywództwa kraju.

Gdzieś w połowie lat 90. Korea Północna prawdopodobnie osiągnęła etap 4, ale uratowały ją fundusze i pomoc humanitarna USA. Teraz cofnęła się do etapu 3.

Kim Dzong Il śledził upadek reżimu rodziny Ceausescu w Rumunii, po czym wyciągnął z tych wydarzeń jeden zasadniczy wniosek: trzeba przejąć absolutną kontrolę nad wojskiem, i zrobił to; teraz reżim sprawuje władzę za pomocą wojska. Jak dotąd miały miejsce tylko odosobnione przypadki dezercji żołnierzy północnokoreańskich na stronę południową. Nie dochodziło nawet do pomniejszych aktów dezercji na poziomie jednostki, które mogłyby świadczyć, że żołnierze rozmawiają ze sobą i że nie boją się już, że zostaną zadenuncjowani przez towarzyszy. Pewien dezerter z północnokoreańskich oddziałów specjalnych mówił mi, że zwykli żołnierze wciąż boją się rozmawiać o polityce.

Północnokoreańska Armia Ludowa jest zwyczajnie zbyt wielka, by dało się ją porządnie wykarmić i utrzymać w dobrych nastrojach, toteż reżim skupia się na dopieszczaniu jednostek elitarnych. Dezerter, z którym rozmawiałem, powiedział mi, że oddziały do zadań specjalnych mają się dobrze, natomiast zwykli żołnierze żyją w tak skrajnej nędzy, że nie jest jasne, czy dochowaliby wierności Kim Dzong Ilowi w razie wojny. Czy walczyliby w obronie reżimu, gdyby miało dojść do jakiegoś buntu? Doświadczenia rumuńskie sugerują, że wiele zależy od okoliczności: w 1987 roku, kiedy zbuntowali się robotnicy w Braszowie, wojsko stłumiło ich protest, ale dwa lata później, kiedy to samo zrobiła mniejszość węgierska w Timiszoarze, armia sama wystąpiła przeciwko władzy.

Zjednoczenie?

Oczywiście ekonomiczny i społeczny ciężar przywracania normalności na półwyspie spadłby na Koreę Południową. Żaden jej oficjalny przedstawiciel nie powie tego na głos, ale Korea Południowa, podobnie zresztą jak wszystkie pozostałe kraje regionu, bynajmniej nie jest zainteresowana zjednoczeniem, chyba że miałoby ono charakter stopniowy i trwało kilka czy nawet kilkadziesiąt lat. Najlepszym wyjściem byłoby wprowadzenie na znacznej części Północy południowokoreańskiego protektoratu pod oficjalnymi auspicjami społeczności międzynarodowej, w ramach którego obie Koree zachowałyby na dłuższy czas funkcjonalną odrębność. Dzięki temu miałyby czas, by przygotować się do utworzenia wspólnego państwa koreańskiego i uniknąć związanego z tym chaosu.A jeżeli Korea Północna, zamiast ulec rozpadowi, dokona niespodziewanego uderzenia na Południową? Taki wariant wydaje się dziś mniej prawdopodobny niż 20 lat temu, kiedy Kim Ir Sen był przywódcą mocnego państwa, a południowokoreańskie siły zbrojne nie miały jeszcze dostatecznej siły. Ale pułkownik Maxwell i inni szykują się i na tę ewentualność.

W razie ataku z Północy

Gdyby Korea Północna miała zaatakować, zapewne dokonałaby akcji typu „szok i przerażenie”, wykorzystując swoje 13 tysięcy dział artyleryjskich i wyrzutni rakietowych i odpalając ponad 300 tysięcy pocisków na godzinę w stronę Seulu, gdzie żyje blisko połowa 49-milionowej ludności kraju. Skalę zniszczeń dodatkowo powiększyłyby oddziały specjalne z Północy, które wdarłyby się na terytorium Korei Południowej, niszcząc elektrownie wodne, wysadzając dworce kolejowe i autobusowe. Tymczasem Armia Ludowa uderzyłaby na położone na północ od Seulu miasto Uidżongbu, gdzie mogłaby przekroczyć rzekę Han i obejść stolicę od wschodu.

Taka strategia przyniosłaby jednak klęskę. Amerykańskie samoloty A-10 Warthog, F-16 Viper i inne przystąpiłyby do niszczenia nieprzyjacielskiej artylerii, a także wybiłyby znaczną liczbę wojsk agresora na terenie Korei Południowej; równocześnie zaś pociski z łodzi podwodnych i bombowców B-2, nadciągających z Guam i bazy Sił Powietrznych Whitehead w Missouri, zaczęłyby likwidować kolejne cele strategiczne na terytorium Północy. Tymczasem armia południowokoreańska szybko zajęłaby węzły komunikacyjne i wypuściła własne dywizje i oddziały specjalne na maruderów z Armii Ludowej. Phenian zdaje sobie z tego sprawę. Jedyna nadzieja Korei Północnej polegałaby na tym, że już sama ta rzeź, jakiej zdążyłyby dokonać jej wojska w krótkim czasie między pierwszym atakiem artyleryjskim na Seul a energiczną reakcją Korei Południowej i USA, skłoni południowokoreańską lewicę, ONZ i część światowych mediów do wołania o rozwiązanie dyplomatyczne i negocjacje, które położą kres przemocy.

A skala owej przemocy byłaby straszliwa, co do tego nie ma wątpliwości. W porównaniu z Koreą Irak i Afganistan mogłyby się wydawać sielanką. Terytorium Korei Południowej pełne wojsk z Północy byłoby, jak to mówią wojskowi, „środowiskiem obfitującym w cele”, w którym wrogowie i sprzymierzeńcy znajdowaliby się zawsze blisko siebie. „Totalny chaos. Wojna prowadzona całkowicie na oślep” – powiedział mi jeden z pilotów F-16. Sytuację na polu bitwy dodatkowo komplikowałaby poważna bariera językowa między amerykańskimi pilotami a południowokoreańskimi służbami JTAC (czyli Wspólnej Taktycznej Kontroli Powietrznej), które musiałyby naprowadzać Amerykanów na znaczną część celów. Stacjonujący w Korei Południowej piloci A-10 i F-16 skarżyli mi się, że to słabe ogniwo wojskowej współpracy może stać się przyczyną wielu „sojuszniczych ostrzałów” i spowodować śmierć cywilów, co niewątpliwie skupi uwagę mediów. Presja, by powstrzymać rozlew krwi, mogłaby umożliwić przedstawicielom reżimu wynegocjowanie sobie jakiejś formy przetrwania.

Gdyby udało się zapewnić półwyspowi stabilizację po upadku reżimu Kima, zjednoczone państwo koreańskie miałoby od razu jednego bezwzględnego wroga: Japonię. Każdy polityk koreański mógłby wzmocnić swoją pozycję, wygłaszając w parlamencie antyjapońskie tyrady. Japończycy wiedzą o tym, i ta świadomość sprzyja remilitaryzacji ich kraju. (Zwłaszcza marynarka japońska ostatnimi czasy lubi eksponować swoje nowe łodzie podwodne na ropę i niszczyciele Aegis). W lipcu tego roku Tokio i Seul potrząsały szabelkami nad spornym archipelagiem, zwanym przez Koreańczyków Tokdo, a przez Japończyków Takeshima, i leżącym na morzu, które Koreańczycy nazywają Wschodnim, a Japończycy Japońskim. Doszło do ostrej wymiany słów, kiedy Korea Południowa wysłała w tamtą okolicę statek badawczy. W USA istnieje długa tradycja lekceważenia sporów historyczno-narodowych: w latach 80. Amerykanie przeoczyli napięcia etniczne w Jugosławii, ostatnio nie docenili konfliktu szyicko-sunnickiego w Iraku. Lepiej, żeby nie powtórzyli tego błędu w Azji.

Chiny kontra Ameryka

Prawda jest taka, że w interesie wielu Koreańczyków z Południa leży utrzymanie reżimu rodziny Kimów, ponieważ jego upadek oznaczałby konieczność ekonomicznych poświęceń, do których nikt w Korei Południowej nie jest gotów. Długotrwałe zaangażowanie wojskowe USA sprawiło, że Koreańczycy z Południa stali się społeczeństwem materialistycznym. Mało kto spośród nich życzy sobie chaosu, jaki nastąpiłby po upadku pheniańskiego reżimu.

Tymczasem inwestycje infrastrukturalne Chińczyków tworzą już fundament państewka buforowego na kształt Tybetu, które po upadku Kimów objęłoby znaczną część Korei Północnej i byłoby zarządzane przez koreańskie marionetki Pekinu. Państewko to miałoby charakter mniej opresywny niż obecna upiorna i chorobliwa tyrania. Z punktu widzenia przeciętnego Koreańczyka z Południa oferta chińska może się więc wydawać bardziej atrakcyjna niż pomysły Amerykanów na wolny, demokratyczny i zjednoczony półwysep, których koszty poniósłby w znacznej mierze podatnik południowokoreański. Im bardziej Waszyngton skłania się ku wąskiemu myśleniu o demokratycznym Półwyspie Koreańskim, tym większe szanse ma Pekin na to, by wyeliminować Amerykanów z gry o Koreę.

Między stalinowską tyranią Kimów a stabilną demokracją w zachodnim stylu jest bowiem ogromna przepaść; pomiędzy tymi dwiema skrajnościami istnieją rozwiązania pośrednie w postaci ustrojów mieszanych i łagodnych dyktatur, i każde z nich mogłoby zapewnić Korei Północnej znacznie większą stabilność jako mechanizm przejściowy niż wszelkie możliwe propozycje USA. Nie wolno zapominać, że Korea Południowa osiągnęła dobrobyt i spoistość państwową bynajmniej nie w warunkach czystej demokracji, ale pod łagodną dyktaturą prezydenta Park Czung Hi w latach 60. i 70. Poza tym Koreańczycy z Północy, którzy nigdy nie zaznali władzy brytyjskiej, mają jeszcze mniej historycznego doświadczenia w dziedzinie demokracji niż Irakijczycy. Tak więc ostateczne zwycięstwo na Półwyspie Koreańskim zapewni strategia najbardziej ostrożna i pośrednia.

Długoterminowy sukces polityki amerykańskiej na półwyspie zależy od tego, na ile Koreańczycy z Południa będą skłonni dokonać na pewnym etapie poważnych poświęceń na rzecz wolności rodaków z Północy. Ale w wolnych i zamożnych społeczeństwach „poświęcenie” nie jest słowem lubianym przez wyborców. Jeżeli wyborcy w demokracjach zachodniego typu są w czymś dobrzy, to przede wszystkim w wynajdywaniu racjonalnych uzasadnień dla własnego egoizmu, i może się okazać, że autorytarne władze Chin rozumieją południowokoreańskich wyborców lepiej niż my. Jeżeli to prawda, zjednoczona Korea, jaką sobie wyobrażamy, może nigdy nie powstać: to raczej Chiny ostrożnie pokierują upadkiem północnego reżimu w taki sposób, że kraj ten z „państwa zbójeckiego” stanie się de facto satelitą Państwa Środka, aczkolwiek będzie utrzymywał stosunki z Południem w wystarczającym stopniu, by zaspokoić koreańskie tęsknoty za zjednoczeniem.

Należy pamiętać, że Azja, głównie z racji swego dynamizmu gospodarczego, to obszar kruchy pod względem politycznym i wojskowym. Struktury sojusznicze są tam znacznie słabiej rozwinięte niż w Europie, gdzie funkcjonują NATO i Unia Europejska. W Azji rywalizujące ze sobą nacjonalizmy znajdują ujście nie tylko w meczach piłkarskich. Dlatego to, czy w Korei Północnej realizowana będzie wizja chińska, czy też amerykańska, może zależeć od decyzji polityczno-wojskowych podejmowanych w samym środku niejasnego i skomplikowanego kryzysu.

Przyszłość należy do Pekinu

Amerykanie mają nadzieję zredukować swoją obecność wojskową w Korei Południowej do roku 2008. Kiedy przyszłość Korei wydawała się mocno niepewna, wprowadzili się do garnizonu Jongsan; teraz zamierzają opuścić tę znakomitą lokalizację w centrum miasta i przeprowadzić się 45 kilometrów na południe, do Camp Humphreys w miejscowości Piongtaek. Siły lądowe zmniejszą się do 25 tysięcy żołnierzy i będą w razie wybuchu wojny lub konieczności interwencji wojskowej po upadku pheniańskiego reżimu stanowić kościec struktury logistycznej.

Cierpliwość i zawzięty upór to postawa heroiczna. Ale bohaterstwa można oczekiwać ze strony oddziałów wojskowych, trudniej natomiast wymagać nieustannego heroizmu od sektora cywilnego. Cierpliwość i upór mogą przynieść sukces, ale niekoniecznie samemu zwycięzcy, raczej temu graczowi, który najbardziej umiejętnie wykorzysta nową sytuację. Za wcześnie jeszcze, by stwierdzić, kto ostatecznie będzie beneficjentem stabilizacji i dobrobytu w Mezopotamii, o ile coś takiego w ogóle kiedyś nastąpi. Ale jeżeli chodzi o Koreę, wygląda na to, że wygrana należeć będzie do Chińczyków. Azja w cieniu Kima

Robert D. Kaplan, przełożył Łukasz Sommer

Autor jest amerykańskim dziennikarzem, pisarzem i analitykiem politycznym. Był reporterem podczas wojny iracko-irańskiej oraz inwazji radzieckiej na Afganistan. Publicysta wielu znanych gazet, m.in. ” The Washington Post”, ” The Atlantc”, „New York Times”

Gazprom blokuje budowę gazociągu Nabucco

Źródło: Rzeczpospolita: Gazprom blokuje budowę gazociągu Nabucco
17.10.2006

Rosjanie kuszą Węgrów i Włochów propozycją udziału w budowie nowego gazociągu z Turcji do Europy. Jeśli ci ją przyjmą, budowa rurociągu Nabucco może stracić sens. Tym rurociągiem miał trafiać na Stary Kontynent konkurencyjny wobec rosyjskiego gaz irański i kaspijski.

Szefowie rosyjskiego koncernu przekonują partnerów z węgierskiego MOL i włoskiego ENI, by zaangażowali się w projekt rurociągu. I są bliscy sukcesu. Chodzi o tzw. przedłużenie gazociągu Błękitny Potok, który biegnie z Rosji przez Morze Czarne do Turcji. Rosjanie mają pomysł, by dobudować jego połączenie z Europą przez Bałkany na Węgry oraz do Włoch.

To projekt konkurencyjny wobec Nabucco, czyli przygotowywanego od kilku lat rurociągu, którym ma popłynąć surowiec m.in. z Iranu i Azerbejdżanu. Trasa wiedzie z Turcji przez Bułgarię, Rumunię, Węgry do Austrii. Wstępnie rozważano nawet odgałęzienia do Czech i Polski, czyli krajów uzależnionych od rosyjskich dostaw surowca. To dlatego Nabucco, choć ma kosztować 4,6 mld euro, zyskał poparcie Unii Europejskiej. Chcą go dofinansować unijne instytucje finansowe. Pierwsze dostawy zaplanowano na mniej więcej 2010 rok. W konsorcjum, które przygotowuje budowę, zaangażował się m.in. węgierski koncern MOL. Trudno liczyć jednak, że firma ta jednocześnie będzie uczestniczyć w dwóch projektach: Nabucco i Błękitny Potok. Nabucco ma biec przez Węgry do Austrii, jeśli jednak MOL zrezygnuje z niego, to wątpliwa staje się cała budowa. Zwłaszcza że rosyjski koncern zachęca także bułgarskie i rumuńskie firmy do bliższej współpracy.

Węgierski minister gospodarki Janos Koka zapowiedział po rozmowach w Moskwie w ubiegły piątek, że w ciągu pół roku gotowy będzie wstępny plan inwestycji zaproponowanej przez Gazprom. Wcześniej MOL może zawrzeć z tym koncernem porozumienie. Poza tym Gazprom przygotowuje umowę z włoskim ENI, m.in. o współpracy przy przedłużeniu Błękitnego Potoku do Włoch, podpisanie dokumentu możliwe jest jeszcze w październiku.

Gazprom w rozmowach używa argumentu, który trudno byłoby odrzucić nie tylko Węgrom. Kraj ten jako uczestnik gazociągu może zmienić swoją pozycję – z nabywcy rosyjskiego surowca stanie się jego dystrybutorem dla państw bałkańskich i Europy Środkowej.

Wiele wskazuje na to, że MOL skorzysta z propozycji Rosjan. W ostatnich miesiącach oba koncerny zacieśniają kontakty i planują budowę wielkich magazynów gazu na terenie Węgier. Kilka tygodni temu Władimir Putin osobiście zapewniał, że rosyjski surowiec będzie dostarczany do tego kraju bez zakłóceń. Rosjanie chcą, by dzięki przedłużeniu Błękitnego Potoku można było dostarczać do Europy od 8 do 10 mld m sześc. gazu rocznie. Koszt tej inwestycji szacuje się na 5 mld euro.

Rosyjska oferta dla Węgrów do złudzenia przypomina tę, jaką kilka dni temu otrzymali Niemcy. Władimir Putin w czasie wizyty w Dreźnie zaproponował, by ten kraj również stał się głównym w Europie miejscem dystrybucji rosyjskiego gazu, i ma to być swoista nagroda za udział niemieckich koncernów w budowie gazociągu przez Bałtyk (z Rosji do niemieckiego wybrzeża).

Agnieszka Łakoma

Rosjanie nadchodzą – rosyjskie inwestycje

Źródło: Spiegel: Rosjanie nadchodzą – rosyjskie inwestycje
10.10.2006

Rozpoczynając oficjalną wizytę w Niemczech, Władimir Putin nie przyjeżdża po prośbie, ale jako inwestor
Za pomocą miliardów z ropy naftowej i gazu prezydent Władimir Putin chce w wielkim stylu nabyć udziały w kluczowych gałęziach niemieckiego i europejskiego przemysłu. Podczas wizyty w Berlinie spotka się jednak ze sceptyczną panią kanclerz. Czy niemiecka gospodarka zejdzie na drugi plan?
Rozpoczynając oficjalną wizytę w Niemczech, Władimir Putin nie przyjeżdża po prośbie, ale jako inwestor. Od dawna nie chodzi wyłącznie o to, czy wielkie niemieckie firmy, jak E.on czy BASF, mogą uczestniczyć w eksploracji rosyjskich złóż gazu. Teraz wiatr wieje z innego kierunku. Wkrótce gospodarstwa w Północnej Nadrenii-Westfalii lub Bawarii mogłyby płacić rachunki za gaz i olej opałowy rosyjskim firmom, które naciskają na to, by mogły wreszcie nabywać udziały w niemieckich koncernach.

fot. AP

Ten niesłychany impet, z jakim dokonał się zwrot w stosunkach gospodarczych, jako pierwsze dostrzegło rosyjskie lobby w niemieckiej gospodarce. „Rosyjskie firmy będą coraz aktywniej działać za granicą – uważa Klaus Mangold, przewodniczący Komisji Wschodniej Niemieckiej Gospodarki. – Bez znacznych inwestycji za granicą Rosjanie nie będą w stanie wypełnić luki w kluczowych dziedzinach swojego przemysłu, dzielącej ich od zachodnich konkurentów”.

Wydaje się, że Putin widzi sprawy podobnie. Pod jego reżyserią państwowe koncerny chcą w wielkim stylu nabywać udziały w europejskim przemyśle. Pieniędzy im nie brakuje.

Trwająca od lat hossa na ropę i energię wypełniła po brzegi kasę bogatego w surowce kraju. A teraz Kreml razem z rosyjskimi biznesmenami o miliardowych majątkach z Moskwy czy St. Petersburga gorączkowo poszukują lukratywnych inwestycji w zachodnioeuropejskiej energetyce, przemyśle chemicznym, lotniczym czy ciężkim.

Podczas posiedzenia w czerwcu rząd rosyjski ogłosił „skok w globalną gospodarkę”. Tę ofensywę kupiecką rosyjska prasa opisuje już w stylu godnym wojskowych podbojów. Gazprom, czwarty pod względem wartości giełdowej koncern świata, chce kupić brytyjską firmę energetyczną Centrikę. Państwowy Wniesztorbank za prawie 800 milionów euro nabył pięć procent w europejskim koncernie kosmicznym i lotniczym EADS. Stalowy koncern Siewierstal kierowany przez Aleksieja Modraszowa przejął włoskiego konkurenta Lucchini.

Ale na samej górze listy zakupów znajdują się niemieckie firmy. Kiedy Putin zajedzie z oficjalną wizytą do Drezna czy Monachium, znów przedstawi kanclerz Angeli Merkel swój ulubiony pomysł. Niemieckie koncerny samochodowe, chemiczne czy budowy maszyn mogłyby w znacznie większym stopniu angażować się na rosyjskim rynku. W zamian Putin SA miałaby udziały w niemieckich elektrowniach, w dostawcach dla przemysłu motoryzacyjnego czy w przemyśle lotniczym.

W końcu gospodarki Rosji i Unii Europejskiej stopiłyby się w jeden blok, zamieszkany przez 600 mln ludzi, który w globalnej konkurencji mógłby dotrzymać kroku ekspansji gospodarczych mocarstw: Chin i Indii.

Ale poglądy, które Kreml podnosi do rangi strategii właściwej dla globalnych rynków XXI wieku, wywołują w Berlinie mieszane uczucia.

Minister spraw zagranicznych Frank-Walter Steinmeier, tak jak jego niegdysiejszy mentor Gerhard Schröder, zaleca przyjmować Rosjan, z otwartymi ramionami. (…) Za cel swojej polityki wschodniej uważa „nieodwołalne związanie Europy z Rosją”, włącznie ze strefą wolnego handlu.

Natomiast pani kanclerz obserwuje ten proces z wyraźnym sceptycyzmem, chociaż sama od czasu objęcia prawie rok temu stanowiska szefa rządu darzy Rosjan większą przyjaźnią. Jej zdaniem granica powiązań z Rosją zostałaby osiągnięta tam, gdzie mogłoby to zagrażać sojuszowi z Ameryką. Termin „strefa wolnego handlu” wywołuje u niej skojarzenia raczej ze Stanami Zjednoczonymi niż z Moskwą.

Ścisłe gospodarcze powiązania z Rosją narzucają wiele pytań – zdają sobie z tego sprawę zarówno Steinmeier, jak i pani kanclerz. Czy Niemcy stałyby się jeszcze bardziej uzależnione od rosyjskich surowców, gdyby Moskwa miała współdecydujący głos w zarządach niemieckich koncernów energetycznych? Jak dalece można wiązać się z gospodarką, która w międzynarodowych rankingach figuruje jako jedna z najbardziej skorumpowanych na świecie? A przede wszystkim czy sojusz z Moskwą nie doprowadzi automatycznie do oddalenia od USA?

Dyplomatów w Berlinie przeraża zwłaszcza to, że państwo w większym niż kiedykolwiek stopniu kieruje rosyjskimi koncernami. Jeśli rosyjskie firmy nabędą udziały w niemieckich przedsiębiorstwach, wzrośnie również wpływ Kremla w centralach niemieckich firm – a tym samym niebezpieczeństwo, że Rosja będzie używać swoich udziałów jako środka nacisku dla osiągnięcia politycznych celów.

(…) „Kiedyś niemieckie firmy zastanawiały się, czy mogą odważyć się na inwestycje w Rosji, dzisiaj zastanawiają się, czy mogą odważyć się na wpuszczenie Rosjan do siebie” – wyjaśnia były ambasador Niemiec w Moskwie Hans-Friedrich von Ploetz.

Z odpowiedzią na to pytanie nie można dłużej zwlekać. Dla rosyjskich menedżeró, zahartowanych jak stal w krwawej łaźni błyskawicznej prywatyzacji za czasów Borysa Jelcyna, wykształconych w wielu przypadkach na najlepszych akademiach ekonomicznych USA i Wielkiej Brytanii, własny kraj już dawno stał się za ciasny. W pierwszej połowie 2006 roku rosyjskie inwestycje bezpośrednie na całym świecie osiągnęły rekordowy poziom 13 miliardów dolarów.

Rosjanie zdominowali turystykę w Namibii, ożywili stare powiązania z Kubą i nazywają Czarnogórę, której eksport w osiemdziesięciu procentach kontroluje przez swoją hutę aluminium oligarcha Oleg Deripaska, „przedmieściem Moskwy”.

Rosyjski koncern naftowy Łukoil kupił sieć stacji benzynowych w Ameryce, u niegdysiejszego wroga z czasów zimnej wojny. Teraz, pod kierownictwem Wagita Alekperowa, bliski jest nabycia za miliard dolarów od Kuwejtczyków rafinerii w Rotterdamie, pozostawiając w pobitym polu konkurentów z Europy Zachodniej i Ameryki Południowej.

Najbliższy słońcu Kremla jest Gazprom. Nie ma tygodnia, by w moskiewskich gazetach nie ukazały się pochwalne artykuły o zakończeniu nowej inwestycji czy nowym ambitnym planie. Nagłówki przypominają meldunki o zwycięstwie na froncie, który na pozór niepowstrzymanie przesuwa się we wszystkich kierunkach. Wczoraj Węgry, Polska i Słowacja, dzisiaj Indie, Francja i Szwajcaria, jutro może Kanada lub Australia.

W Niemczech Rosjanie za pośrednictwem firmy-córki Gazpromu i BASF Wingas docierają do końcowych odbiorców i zbierają wysokie zyski. BASF może w zamian uczestniczyć w eksploatacji potężnych złóż gazu Jużno-Ruskoje na Syberii.

Gwiazdą niemiecko-rosyjskiej osi energetycznej ma być liczący 1200 km rurociąg na dnie Bałtyku, którym rosyjski gaz pompowany będzie do Greifswaldu. Do konsorcjum należą Gazprom z 51 procentami udziałów oraz niemieckie firmy E.on i BASF – każda z nich ma po 20 procent. Szefem rady nadzorczej jest poprzednik Merkel, Gerhard Schröder. (…)

Zachodnioeuropejscy politycy poszukują wciąż wspólnej linii działania, która pozwoliłaby im odpowiedzieć na rosyjską ofensywę. „Powinniśmy powitać rosyjskich inwestorów”– żądają prorosyjscy menedżerowie, tacy jak Mangold. Były szef zarządu DaimlerChrysler wskazuje na szanse robienia ogromnych interesów – otwierają się one przede wszystkim przed średniej wielkości niemieckimi firmami. „Skoro wpuszczamy do Europy indyjskich inwestorów, jak producent stali Mittal, dlaczego nie mielibyśmy wpuścić Rosjan?” – pyta Mangold. (…)

Ekonomia społeczna w praktyce Kościoła

Źródło: Tygodnik Powszechny: Ekonomia społeczna w praktyce Kościoła – Tylko miłość uskrzydla
26.09.2006

Każdy z nas jest odpowiedzialny za ten kawałek rzeczywistości, w którym przyszło mu żyć. Im wyżej usytuowani jesteśmy w hierarchii społecznej czy gospodarczej, tym większy wpływ mamy na rzeczywistość, ale i większą ponosimy za nią odpowiedzialność. Dla ludzi wierzących nauka społeczna Kościoła precyzyjnie wyznacza cel, zadania i zasady bycia w dzisiejszym świecie.

Mira Jankowska / 2006-09-26

fot. Ł. Pieńkowski

Człowiek, jak mówi Biblia, „korona stworzenia”, odbija obraz Stwórcy. Jest wolny. Obdarowany wpływem na rzeczywistość ma sprawiać, aby służyła ona jemu i innym ludziom. Czyni to poprzez pracę. Polska to kraj ludzi wierzących, 93 proc. narodu stanowią katolicy. Tak przynajmniej pokazują badania statystyczne. Jak sprawić, aby żyło się nam łatwiej, by nasze parafie tętniły życiem, a ludzkie potrzeby mogły szybko być zaspokajane?

Podpowiedzi świętych

Gigant wśród świętych – św. Teresa z Avila, reformatorka żeńskiej gałęzi zakonu karmelitańskiego (XVI w.), pisała, że marna to zakonnica, która przypala ziemniaki. Zwracała w ten sposób uwagę na łączność między sferą ducha i pracy. Modlitwa ma mi pomagać skutecznie służyć sobą innym, a nie być wymówką w zaniedbaniach lub lenistwie. Życie duchowe nie jest ucieczką od rzeczywistości. Tylko wtedy jest ono wartościowe, kiedy w konsekwencji prowadzi mnie do przenikliwości w patrzeniu na rzeczywistość, do zdolności czujnej obserwacji siebie (swoich zalet i wad) i świata naokoło, „namierzania” jego problemów i potrzeb oraz rozpoznawania sposobów zaradzenia im i konsekwentnego wdrażania pozytywnych zmian w życie. Te cztery zasady działania stosowane są dziś także w zarządzaniu. Św. Paweł pisząc listy-pouczenia do wspólnot pierwszych chrześcijan (I w. po Chrystusie) nie omieszkał im wyrzucać, że modlą się i nic nie otrzymują, bo się źle modlą! Że efektywność ich (także naszych) rozmów z Bogiem często jest żadna. Nie przynosi pożytku ani temu, kto się modli, ani dobru wspólnemu.

Można by zapytać, jak wywód z dziedziny teologii ma się do ekonomii społecznej? Kościół Katolicki, spadkobierca prawdy o miłującym i zakochanym do szaleństwa w człowieku Bogu, ma przebogatą naukę, która prawdę o miłości, będącej nieustannym ofiarowywaniem się drugiemu, stosuje także do sfery życia społecznego.

Ostatni papieże, a szczególnie Jan Paweł II, napisali kilka encyklik na tematy społeczne. Wniosek z tego, że świadomość siebie jako istoty społecznej, relacji, które łączą ludzi, więzi społecznych i ekonomicznych ma dla magisterium Kościoła ogromne znaczenie. W życiu ludzi wierzących (świeckich i duchownych) łączenie obu sfer: życia duchowego i życia społecznego, jest niekwestionowalne. O tyle jesteśmy prawdziwymi wyznawcami i świadkami żyjącego wśród nas Boga, o ile nasze przekonania i wiara znajdują pozytywny efekt w działaniu: zawodowym, obywatelskim, społecznym, gospodarczym, politycznym.

Dlaczego tak ciężko – doświadczenia po komunizmie

Warto wspomnieć, że Polska po rozbiorach miała jedynie 20 lat na stworzenie swojej państwowości i zasad życia społecznego. Wolny kraj wydał tylko jedno pokolenie wolnych Polaków. II wojna światowa i komunizm przetrzebiły budzący się do życia naród. Pięćdziesiąt lat zniewolenia (prawie trzy pokolenia) nie pozostało bez znaczenia dla tkanki narodu i społeczeństwa, także duchowej. Homo sovieticus nadal w nas żyje. Niemoc w podejmowaniu wspólnych działań, w samoorganizowaniu się, brak kreatywności, pomysłowości w szukaniu rozwiązań, wytrwałości w podjętych zadaniach są owocem ośmieszania naturalnych obywatelskich postaw i zachowań lub ich tępienia. Pozbawiono nas autorytetów, celowo niszczono twórcze jednostki, eksterminowano intelektualistów, wywożono na Wschód najbardziej zaradnych ludzi.

Kościół katolicki był w drugiej połowie XX wieku jedynym instytucjonalnym bastionem wolności i obrony praw człowieka w Polsce. Mimo tak wielkich przeszkód i dramatycznych zmagań, których dowodem są historie ludzi Kościoła oskarżanych o współpracę z SB, udało mu się obronić godność człowieka, niezależność i wolność. Formuła oblężonej twierdzy, jaką się stał przez te 50 lat, była koniecznością.

Kontestacja czy afirmacja

Dzisiaj, jak nigdy dotąd, potrzebny jest ludziom Kościoła nowy duch, by świeccy śmielej włączali się w zaspokajanie potrzeb człowieka i świata w swoich środowiskach i na własną miarę. To, co ostatnio wychodzi nam nadzwyczaj dobrze, to zdolność do protestowania, demonstrowania i kontestacji „świata”. Tymczasem tego typu postawa jest minimalizmem. Łatwo bowiem zmusić się do wystąpienia przeciwko czemuś, bo wymaga to jednorazowej aktywności. A i w mediach będzie o tym głośno. Tyle tylko że w ten sposób nie wpływa się skutecznie na zmianę rzeczywistości.

Znacznie bardziej twórcze jest zapobieganie zjawiskom niebezpiecznym społecznie przez proponowanie atrakcyjnych, nowatorskich, świeżych i pozytywnych rozwiązań. Ale to wymaga uwagi, wysiłku intelektualnego, pochylenia się nad zagadnieniem, czasu, pomysłu i faktycznej chęci znalezienia rozwiązania problemu. A potem wdrażania go w życie, co wiąże się z długotrwałą, mozolną, cichą, mrówczą pracą. Bez fanfar i braw. Czasem dopiero po latach widać efekty. Komu się chce tak angażować? A przecież chrześcijaństwo może i ma zmieniać świat.

Dzisiaj potrzeba nam w Polsce pracy organicznej i pracy u podstaw. To swoisty neopozytywizm. Ale by to robić, musimy być przekonani o słuszności takiej drogi. Parafie czekają na powiew Ducha, ożywienie potencjału, który w nich drzemie. Nie można narzucić tego odgórnie – reanimowanie Akcji Katolickiej jest tego dowodem. Młode wino, jak uczy Biblia, leje się do nowych bukłaków, bo stare nie wytrzymałyby energii, jaka je rozpiera. To samo dotyczy życia parafii i jej członków. Nie zdają sobie sprawy z siły, jaka w nich tkwi. Jeszcze nie.

Jak robią to inni

Chlubnym przykładem w tej materii są parafie St. Timothy (www.massneverends.org) w Mesa w Arizonie (USA) i Sant’Eustorgio (www.santeustorgio.it) w Mediolanie (Włochy). Obie prężne i niebywale wyczulone na potrzeby ludzi (nie tylko ich członków). Idea jest taka: motorem naszego działania jest odpowiedzialna miłość bliźniego. Widzimy w swoich środowiskach mnóstwo potrzeb; jeśli nie zaradzimy im sami, to być może nikt tego nie zrobi.

Amerykańska parafia zatrudnia obecnie ok. 60 świeckich. Działa jak przedsiębiorstwo, którego obroty wynoszą ok. 4 milionów dolarów rocznie. Jej działania służą potrzebom przeciętnych ludzi – są skierowane do osób pragnących założyć własne przedsięwzięcie gospodarcze, osób w kryzysie, ludzi z depresją, samotnych matek, bezrobotnych, narkomanów i ich rodzin, osób samotnych i starszych, nastolatków. Powstają przedsięwzięcia edukacyjne, szkoleniowe, samopomocowe, naukowe, biblijne – do wyboru, do koloru. Są to często działania wykorzystujące narzędzia ekonomiczne. Parafianie na nich zarabiają!

Taka żywa wspólnota parafialna i współdziałanie ludzi jest możliwe dzięki proboszczom, którzy potrafili pobudzić świeckich do współodpowiedzialności. Właśnie owa miłość czujna na potrzeby człowieka obok jest motorem działania i poczucia, że każdy z parafian i sympatyków jest niezbędny do „pracy w winnicy Pana”, jeśli tylko zechce się przyłączyć.

Polska awangarda

W Polsce do takiego stanu rzeczy jeszcze nam daleko, choć i u nas pojawiły się pierwsze jaskółki zmian. W Korytowie koło Choszczna (woj. zachodniopomorskie) w popegeerowskiej parafii (50 proc. bezrobocia) zaradny ksiądz Sławomir Kokorzycki od ośmiu lat prowadzi z wiernymi Ośrodek Wspierania Rodziny (www.korytowo.zp.pl). Pracują w nim charytatywnie, i nie tylko, parafianie, ale przyjeżdżają też studenci i fachowcy różnych profesji, np. lekarz oraz prawnik. Ośrodek wygrał konkurs na wspieranie inicjatyw pomocy dzieciom. Dziś studiuje 40 młodych ludzi z Korytowa, dziesięć lat temu było tu dwoje studentów. Warto wspomnieć, że wysiłku włożonego w osiągnięcie takiego stopnia edukacji przez osobę pochodzącą ze wsi a tę z miasta nie można właściwie porównać. W wiejskim domu często brak nawet encyklopedii, a do najbliższego miasta jest kilkanaście kilometrów. Sto złotych za bilet miesięczny, gdy trzeba dojechać do szkoły ponadgimnazjalnej, to dla większości rodzin bariera trudna do pokonania. Z tego powodu wiele dzieci kończyłoby edukację na gimnazjum. Ośrodek Wspierania Rodziny daje młodzieży stypendia na bilety, ale także studentom na utrzymanie. W tym roku szkolnym finansował 15 stypendiów. Charakter ekonomiczny działań Ośrodka przejawia się na razie w próbach zdobycia środków na stałe funkcjonowanie.

Potężną i prężną organizacją kościelną jest ogólnopolska Caritas, zorganizowana w diecezjalne oddziały. Caritas Diecezji Ełckiej posiada aptekę, gdzie są sprzedawane leki w cenach hurtowych, oraz zakład krawiecki, który zatrudnia bezrobotne kobiety (www.caritas.pl). Caritas Archidiecezji Warszawskiej założyła jako działalność gospodarczą „Pierogarnię” i przyciąga doskonałymi wyrobami kulinarnymi turystów oraz mieszkańców stolicy, bo ulokowana jest na Starym Mieście. Od stycznia 2006 roku w ramach Caritas funkcjonuje też mająca kilkuletnią tradycję Fundacja „Tylko z darów miłosierdzia”. Misją tej fundacji, działającej przy ul. Żytniej w Warszawie, jest opieka nad osobami wykluczonymi społecznie. Fundacja utrzymuje noclegownię i schronisko dla bezdomnych oraz jadłodajnię dla tych, których nie stać na ciepłe posiłki. Ośrodek ten jako działalność gospodarczą prowadzi gospodarstwo rolne w Pieńkach Zarębskich k. Warszawy, gdzie hoduje się bydło, trzodę chlewną, króliki i drób oraz posiada uprawy rolne. Praca w gospodarstwie jest formą terapii dla osób z powikłanymi życiorysami oraz dla tych, którzy przyjeżdżają z popegeerowskich terenów w poszukiwaniu pracy. Gospodarstwo wspiera jadłodajnię, ale jest także sposobem na uczenie się pracy i odnalezienie swojego miejsca w życiu społecznym.

Świeccy w natarciu

Innym sposobem uczestnictwa w życiu społecznym jest działanie członków Opus Dei, którzy założyli w 2003 roku Stowarzyszenie Wspierania Edukacji i Rodziny STERNIK (www.sternik.edu.pl). To reakcja na niezadowolenie ze sposobu edukacji w instytucjach świeckich.

Dysonans, jaki istniał między sposobem wychowywania dzieci w publicznej szkole a tym, czego uczyły się one w domu, spowodował konkretną odpowiedź rodziców – założenie własnych szkół i przedszkoli. W Falenicy powstało pierwsze przedszkole i szkoła stowarzyszenia – nazwano je „Żagle”. Obecnie działa tam także przedszkole i szkoła podstawowa o nazwie „Strumienie”. Miejsca w nich są już zarezerwowane na lata. Instytucje te funkcjonują w ramach działalności gospodarczej stowarzyszenia i są odpłatne.

Stowarzyszenie Psychologów Chrześcijańskich (http://spch.w.interia.pl) od 12 lat skutecznie pomaga ludziom nie tylko w Warszawie, ale także w Poznaniu, Gdańsku, Krakowie, Płocku, Katowicach i Toruniu, gdzie ma swoje oddziały. Obok działalności charytatywnej służy pomocą odpłatną, oferując indywidualną pomoc psychoterapeutyczną, prowadząc Studium Psychoterapii i Studium Poradnictwa Psychologicznego (counseling), organizuje szkolenia, kursy, także rekolekcje. Nowatorskim pomysłem członków SPCh jest utworzenie specjalnego ośrodka terapeutycznego służącego pomocą psychologiczno-duchową osobom świeckim i duchownym. Co roku SPCh ubiega się o dofinansowanie ze środków gminnych i wojewódzkich.

Uwierzyć w siebie

Skutecznym pomysłem na pobudzenie obywateli do odpowiedzialności za własne życie są działania zaproponowane przez istniejące od czterech lat ogólnopolskie Stowarzyszenie Integracji Świata Pracy LABOR (www.labor.org.pl), które zrzesza przedsiębiorców, pracowników i osoby szukające pracy. Jego misją jest budowanie dobrych relacji między tymi środowiskami, służących szeroko pojętemu współdziałaniu.

Jednym z działań Stowarzyszenia LABOR są Spotkania Świata Pracy odbywające się co tydzień w Warszawie na Kole. Kłopoty w pracy lub jej brak często zmuszają do odpowiedzi na najprostsze pytania: kim jestem, po co żyję, co jest dla mnie ważne, dlaczego robię to, co robię, o czym marzę, do czego mam predyspozycje, czym jest dla mnie sukces, na czym opieram swoje życie, jak traktuję siebie, najbliższych, kolegów w pracy, przełożonych, podwładnych itd. Spotkania nie tyle służą znalezieniu pracy, ile porządkują myślenie o sobie w kategoriach podstawowych: mężczyzna – kobieta, w kategoriach społecznych (role społeczne: mąż – żona, matka – ojciec, pracownik – pracodawca, obywatel – Polak, Europejczyk) oraz w kategoriach religijnych: człowiek wiary (katolik, protestant, żyd itd.) albo osoba poszukująca prawdy i sensu życia.

Punkt wyjścia, jakim są trudności związane z życiem zawodowym, staje się trampoliną do układania sobie życia na nowo, precyzyjniej: do nowego spojrzenia na to, co jest obecnie, i planowania tego, ku czemu świadomie chcę zmierzać. Często okazuje się, że nie lubimy swojej pracy, a zwolnienie z niej okazuje się realnym wybawieniem i wyzwoleniem naszego twórczego potencjału. Spotkania prowadzone przez LABOR to potwierdzają: kiedy ludzie dostrzegają, kim są i co potrafią, jak są obdarowani, wtedy stają na własnych nogach. Zaczynają być bardziej świadomi swojej roli w danym miejscu, także zawodowym, są gotowi podejmować odważne decyzje osobiste i zawodowe, uświadamiają sobie własną niepowtarzalność i możliwości. Odzyskują nadzieję i wiarę w siebie, co pozwala im działać samodzielnie i twórczo, wraca im kreatywność i siła wewnętrzna. Podejmują się wówczas zadań, na które wcześniej nie było ich stać: porządkowania życia osobistego, małżeńskiego, rodzinnego, profesjonalnego. Niektórzy odważają się powoływać do życia podmioty gospodarcze (spółdzielnie socjalne albo własne przedsięwzięcia). Wszyscy natomiast uświadamiają sobie fakt, że rzeczywistość społeczno-ekonomiczna jest naturalnym sposobem obecności w świecie, i uczą się postaw przedsiębiorczych, czyli takich, które sprawiają, że jesteśmy aktywnymi uczestnikami życia społeczno-gospodarczego, rozumiemy jego zasady i sprawiamy, by służyły one społeczeństwu.

Rozumiejąc rzeczywistość, ludzie odważniej uczestniczą w życiu społecznym. Gotowi są poświęcać swój czas i siły dla innych. Te dokonania i zmiany życiowe są sukcesami pojedynczych osób i całego Stowarzyszenia LABOR.

Życie pełnią życia

Takie i inne działania dla dobra wspólnego są możliwe, kiedy człowiek zaczyna wierzyć, że sam jest coś wart i że wiele od niego zależy. Kiedy mądrze zaczyna kochać siebie, staje się zdolny do pokochania ludzi. Konsekwencją poczucia, że się kocha i że się jest kochanym, jest służba innym. Bo miłość uskrzydla. Bez tego doświadczenia niemożliwe jest gorliwe i wytrwałe bycie dla drugiego. A tym są przecież działania społeczne, które mogą i powinny przyjmować ostatecznie ekonomiczny charakter. Tej świadomości dziś najbardziej potrzeba ludziom wierzącym.

Mira Jankowska jest polonistką (UMK) i teologiem (ATK), ma za sobą studia MBA w Mediolanie. Publicystka, autorka audycji radiowych i telewizyjnych poświęconych problematyce pracy w teorii i praktyce. Inicjatorka i prezes Stowarzyszenia Integracji Świata Pracy LABOR, zrzeszającego przedsiębiorców, pracujących i bezrobotnych, promującego nowe podejście do rzeczywistości pracy i postawę przedsiębiorczą.

Ekonomia u podstaw

Źródło: Tygodnik Powszechny: Ekonomia u podstaw
26.09.2006

Z Henrykiem Wujcem rozmawia Konrad Piskała

Nikt nie wspiera drobnych inicjatyw terenowych, których celem byłoby właśnie przygotowanie projektów w małych społecznościach. Narzekamy, że Polacy nie chodzą na wybory, ale to efekt tego, iż duża grupa społeczeństwa czuje się wykluczona z normalnej działalności gospodarczej, z życia w społeczeństwie. Ekonomia społeczna to zmienia.

Henryk Wujec / 2006-09-26

Henryk Wujec /fot. E. Lempp

KONRAD PISKAŁA: – Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe niezbyt przysłużyły się idei ekonomii społecznej…

HENRYK WUJEC: – Niestety, ekonomia społeczna kojarzy się teraz głównie ze SKOK-ami. Ale przecież sama idea ich powstania była dobra. W PRL-u byłem zatrudniony w fabryce jako zwykły pracownik. Trafiłem tam od razu po studiach i natychmiast kazano mi się zapisać do związku zawodowego metalowców. „Ale po co?” – pytałem. „Żeby być w kasie zapomogowo-pożyczkowej” – padła odpowiedź. Byłem biedny, to się zapisałem. W tych kasach płaciło się bardzo niewielką składkę, a w zamian można było wziąć pożyczkę na kupno lodówki, pralki, czegokolwiek. Najważniejsze było to, że były to pieniądze nieoprocentowane, bo kasa była wspomagana z budżetu zakładu. W rzeczywistości była to celowa polityka firmy, aby skłonić pracowników do wstępowania do związku.

Po przemianach Lech Kaczyński, bo to on był specjalistą od prawa pracy, wymyślił, żeby kasy zapomogowo-pożyczkowe upodmiotowić. Przystępowanie do kas oczywiście nie miało być warunkowane członkostwem w związku. Powstała ustawa o tworzeniu takich spółdzielczych kas oszczędnościowo-kredytowych. Wtedy nikt nie zwrócił na to uwagi, bo przecież coś takiego istniało już od dawna. Jednak wkrótce kasy zaczęły się żywiołowo rozwijać, a ich zwolennicy postanowili zmodyfikować ustawę. Stworzyli, jak nazywaliśmy to w „Solidarności”, „czapę”. Kasy zostały scentralizowane i od tego momentu zaczęła się ich patologia. W tej chwili SKOK-i to olbrzymia instytucja, która kiedyś zawierała elementy ekonomii społecznej, ale dziś funkcję społeczną pełni tylko z nazwy. A więc powinna wrócić tam, gdzie jej miejsce, czyli do zakładów pracy, albo niech stworzy z tego bank i niech podlega normalnym regułom bankowym.

Ulgi i przywileje

– Co jest najważniejsze w ekonomii społecznej?

– Trzeba uważać, aby przy ocenianiu SKOK-ów nie poświęcić całej idei ekonomii społecznej. Chodzi tu głównie o działanie na rzecz ludzi, a zysk jest sprawą drugorzędną, ponieważ najważniejsza jest w tym przypadku misja społeczna. Ekonomia społeczna pomaga w procesie tworzenia społeczeństwa obywatelskiego.

Istotne jest to, że pomoc ta trafia do środowisk, które nie radzą sobie w gospodarce rynkowej. Do ludzi wykluczonych z normalnego życia. W Poznaniu działają np. spółdzielnie socjalne. Ich prekursorem jest Tomasz Sadowski z Fundacji Barka, który był inicjatorem takich spółdzielni. Funkcjonują w środowiskach o wysokim bezrobociu czy wśród osób niepełnosprawnych. Z punktu widzenia państwa jest to niezwykle korzystne. W końcu taka osoba pracuje, więc nie pobiera zasiłku. To ważne zarówno z punktu widzenia jej kondycji moralnej, jak i psychicznej. Poza tym ci ludzie są bardzo często niezwykle utalentowani. Wystarczy stworzyć im odpowiednią formułę funkcjonowania i często dają już sobie sami radę. Takie spółdzielnie korzystają z pewnych udogodnień, np. zwolnień z podatków. W sumie to i tak mniej kosztuje państwo niż wypłacenie zasiłków.

Ekonomia społeczna nie jest głównym nurtem ekonomii i nie ma takich aspiracji, ale powstałe dzięki niej instytucje wypełniają bardzo ważne nisze. Dla przykładu grupa bezrobotnych w Poznaniu wydaje pismo, które sama roznosi po domach. Gdyby ich spółdzielnię zlikwidować, trzeba by im płacić zasiłki. A tak udało się wciągnąć ich do normalnego życia. Mają satysfakcję z pracy i wiedzą, że są obywatelami, członkami społeczeństwa.

– Skoro SKOK-i nie mieszczą się już w kategorii przedsiębiorstwa ekonomii społecznej, co je czeka?

– SKOK-i powołują się na przedwojenne kasy Stefczyka. To była rzeczywiście świetna idea. Przecież biedni ludzie też musieli mieć możliwości pożyczania skądś pieniędzy. Zazwyczaj brało się od sąsiadów, ale nie zawsze przecież tak można. Dlatego tego typu kasy w Polsce powinny istnieć. Możliwe są dwa rozwiązania. Albo szefostwo SKOK-ów będzie czuło się tak silne, że nie ugnie się pod presją i będzie dalej korzystało z przywilejów, które im podarowano – wówczas zła opinia o SKOK-ach będzie dalej funkcjonować, czyli będą dalej działać na rynku jako instytucja parabankowa. Ale możliwe jest również, że Kasy wezmą pod uwagę silną krytykę społeczną i dostosują się do wymagań rynku lub będą działać w sferze ekonomii społecznej jak przedwojenne kasy Stefczyka. Jeśli jednak szefostwo SKOK-ów chciałoby wrócić do pierwotnej idei, musiałoby zrezygnować z rządzenia wszystkimi kasami.

Dziś to przecież wygląda tak, jakby SKOK-i były oddziałami jednego banku krajowego i realizowały politykę centrali. Nie wiem, czy parlament może coś narzucić kasom, szczerze mówiąc – nie sądzę, bo obecnie jest całkiem zdezorganizowany. Jedynie wola samych szefów SKOK-ów mogłaby coś zmienić. Na moje wyczucie będą bronić swojej pozycji.

– Czy tworzenie tego typu instytucji z przywilejami nie psuje rynku?

– Może psuć. SKOK-i wprowadziły chaos w bankowości. Bankowcy mogą się pytać, dlaczego firma oferująca takie same usługi nie podlega nadzorowi bankowemu i ma ulgi podatkowe. Tylko dlatego, że różni się nazwą?

Nie może to jednak podważać sensu całej idei ekonomii społecznej. W końcu w każdej działalności mogą się pojawić pokusy i mogą być działania, które są naganne. Trzeba tworzyć bariery przed politykami. W tym przypadku jedna partia zawłaszczyła sobie Kasy. Z własnego doświadczenia wiem, że takie firmy to ulubiony łup polityków. Towarzystwo Ubezpieczeń Wzajemnych, którego byłem jednym z założycieli i w którego radzie nadzorczej zasiadałem, podlegało bardzo silnym naciskom politycznym. Jak się tylko okazało, że jest to instytucja kusząca, bo organizuje rolników, to były takie presje ze wszystkich czołowych partii wiejskich, że zarząd miał olbrzymie problemy, by utrzymać niezależność.

Proszę sobie wyobrazić, jakie to jest szczęście, kiedy można rozdawać etaty. Zresztą polityk, który stracił miejsce w wyborach, też szuka jakiejś posady. Dlatego polityka musi trzymać się z dala od takich firm.

– Jakie powinny być mechanizmy kontroli?

– SKOK-i powstały na mocy specjalnej ustawy, która miała wadę. Nie dała mechanizmów zabezpieczających, które są w każdej dziedzinie. W bankowości jest nadzór bankowy, w ubezpieczeniach – nadzór ubezpieczeniowy itp. One nie tylko kontrolują, ale chronią firmy przez zapaścią finansową, kryzysem, który uderza w członków i klientów.

W SKOK-ach jest poważny problem z ubezpieczeniem ich działalności. Zajmuje się tym Towarzystwo Ubezpieczeń Wzajemnych „Praca”. Firma ta miała się początkowo zajmować ubezpieczeniem ludzi od utraty pracy. Jednak to nie wypaliło i gdy SKOK-i powstały, stworzył się wzajemny układ. Mimo to TUW „Praca” nie jest wystarczającym zabezpieczeniem w razie kryzysu. Dlatego niezbędny jest nadzór zewnętrzny. Ja uważam, że z tym TUW-em to wybieg, jak mówi młodzież: ściemnianie.

Składka dla przyszłości

– Pierwsze TUW-y powstawały w latach 90. Jak to wyglądało?

– To było tuż przed wyborami 4 czerwca 1989 r. Na Fredry w Warszawie był komitet wyborczy. W małym pokoju był straszny hałas i rozgardiasz, bo przyjeżdżali ludzie z całej Polski. Któregoś dnia przyszedł do mnie jakiś Francuz i mówi: Dobrze, ale co wy po tych wyborach będziecie robić? Czy macie pomysł?”. Zdziwiłem się. „Jasne – odpowiadam. – W oparciu o wzory zachodnie będziemy budować kapitalizm, wolny rynek”. „Ale są też inne rozwiązania, nie tylko ściśle komercyjne, aby zarabiać, ale i społeczne. A wy macie w Polsce pod tym względem długą tradycję”. Pomysł był ciekawy, bo trochę w duchu tego, co robiliśmy w „Solidarności”. Nie tylko walka o zysk, ale i o człowieka. Powiedziałem, żeby przyszedł po wyborach i wtedy zobaczymy.

Pomysł chwycił. Zaczęliśmy szukać partnerów. Były różne fundacje, np. „SOS” Jacka Kuronia. Francuz był z firmy Macif, która dała nam część kapitału założycielskiego. W skład weszły też banki spółdzielcze. Podczas drugiego zebrania założycielskiego powstało TUW.

– Po co nam TUW-y, skoro mamy komercyjne przedsiębiorstwa ubezpieczeniowe?

– Towarzystwo Ubezpieczeń Wzajemnych TUW próbuje być w opozycji do niemalże monopolisty PZU, ale również do innych komercyjnych firm ubezpieczeniowych. Staramy się, żeby zasada ubezpieczenia nawiązywała do tradycji z XIX wieku. Takie towarzystwa rozwijały się dobrze na terenie zaboru austriackiego i pruskiego. Nazywano je „kasy ogniowe”: ludzie sami ubezpieczali się w swoim kręgu. Te ubezpieczenia wzajemnościowe bardzo dobrze rozwinęły się w Polsce przed wojną i miały nawet połowę rynku ubezpieczeniowego. Po wojnie największą firmą o tym charakterze był Powszechny Zakład Ubezpieczeń Wzajemnych (PZUW) i został znacjonalizowany; wszedł w skład PZU. System socjalistyczny nie dopuszczał, aby ktokolwiek na własną rękę mógł prowadzić taką działalność.

Na początku lat 90., gdy nadeszły zmiany, takich form nie było. Jednak przy pomocy Francuzów utworzyliśmy pierwsze Towarzystwo Ubezpieczeń Wzajemnych, które w tej chwili nieźle się rozwija. Funkcjonujemy głównie na rynku wiejskim. System polega na tym, że tworzy się związek wzajemności członkowskiej. Dana grupa, np. plantatorów buraków cukrowych, zawiera porozumienie, że będą się ubezpieczać wzajemnie, i aby nie prowadzić całości tych spraw ubezpieczeniowych, które są bardzo trudne i wymagają spełnienia wielu standardów – staje się częścią TUW. W sumie mamy chyba już ponad pół miliona członków. Taka formuła zachęca rolników do ubezpieczania się. Bo oni, jak coś jest obowiązkowego, to oczywiście robią to, ale jak coś jest już nieobowiązkowe, robią to raczej niechętnie. Kiedyś premier Cimoszewicz powiedział po powodzi rolnikom: „trzeba się było ubezpieczać”. W rzeczywistości trzeba wytworzyć formułę, która sprawi, że rolnikom będzie się opłacało ubezpieczać.

TUW-y zapełniają więc pewną lukę. Docieramy do rolników korzystając z organizacji, które funkcjonują na wsiach – straży pożarnej czy spółdzielni. Tłumaczy się, że składka jest niewielka, że te pieniądze nie idą do czyjejś kieszeni, ale to są ich fundusze. „Jeżeli będziecie mieli nadwyżkę, to się nią podzielicie. Zmniejszycie sobie składkę”. I to trafiło do wyobraźni rolników.

Tego typu przedsiębiorstwa społeczne mają znaczenie ekonomiczne, ale i drugie, nie mniej istotne: integracyjne. W związku z tym, że jest to ubezpieczenie wzajemnościowe, ludzie tworzą porozumienia, społeczność, jakąś wspólnotę. A za zarobione pieniądze mogą wyposażyć swoją straż pożarną, zbudować drogę.

– Co jest największym problemem przy tworzeniu takich instytucji?

– Bardzo trudny jest start. Nam pomogli Francuzi. Sądzę, że potrzebna jest jakaś pomoc państwa – grant. Nie dla ludzi, którzy poradzą sobie na rynku, ale dla niepełnosprawnych, bezrobotnych. Trzeba dać im jakiś wkład finansowy, który może z czasem spłacą, jak już wyjdą na swoje. Gdybyśmy startowali dziś, to pewnie by nam się nie udało – najpierw szliśmy głównie na deficycie. Na początku były nędzne płace, ludzie dużo pracowali społecznie.

Francuzi chcieli stworzyć sieć towarzystw wzajemnościowych w całej Europie. Wiedzieli, że muszą mieć przeciwwagę dla dużych firm komercyjnych, i tworzyli zalążki takich towarzystw w Czechach, na Węgrzech i innych krajach. Nie zawsze byli z nas zadowoleni, bo uważali, że powinniśmy pójść w kierunku ubezpieczeń samochodowych, a myśmy się tego potwornie bali, bo uważaliśmy, że to ogromne ryzyko. Wiedzieliśmy, że to niesłychanie trudny rynek. Że nas zjedzą. Rolnicy ubezpieczają się na niewielkie kwoty, a nie na setki tysięcy złotych.

Inna ważna kwestia: w firmach komercyjnych przychodzi klient z ulicy; nie wie się, kim on jest. W TUW-ach tymczasem działa się nie tylko przez biuro, ale i przez rozeznanie środowiskowe. Jak ktoś przychodzi, to wiadomo, czy to solidna firma, czy naciągacz. W efekcie na początku funkcjonowania okazało się, że tzw. szkodowość jest u nas znacznie niższa niż w innych firmach.

Z sensem

– Kto powinien wspomagać powstawanie przedsiębiorstw działających w sferze ekonomii społecznej?

– Trzeba pamiętać o równouprawnieniu na rynku. Dlatego te przywileje należy rozdawać ostrożnie. Jeżeli ktoś może sobie poradzić na normalnym rynku, to nie są mu one potrzebne. Dawałbym je tylko w okresie rozruchowym i tam, gdzie są istotne problemy społeczne, kłopoty z wejściem na rynek pracy, konieczność podniesienia poziomu edukacji itd. W takich sytuacjach powinno pomagać państwo przez odpowiednie agendy, samorządy. Samorząd powinien uruchomić inicjatywę mieszkańców. Oprócz tego organizacje pozarządowe, również parafie. W wielu miejscach ksiądz zakładał spółdzielnię, widząc biedę w upadłych osiedlach. Potem wszystko szło swoją drogą.

– Czyli do rozwoju takiej działalności potrzebne jest aktywne społeczeństwo.

– Na wsi nie jest tak beznadziejnie, jak to się z miasta wydaje. Wielu ludzi chwyta okazję, wystarczy im trochę pomóc. Oni nie chcą stać się wielkimi biznesmenami, ale żyć w swoim środowisku i wierzyć, że to, co robią, jest wartościowe. W każdej wsi jest co najmniej kilka osób, które chcą zrobić coś sensownego. Potykają się niestety o drobiazgi: nie potrafią napisać wniosku, nie mają dostępu do komputera. To są bariery do pokonania, tylko że nikt nie wspiera drobnych inicjatyw terenowych, których celem byłoby właśnie przygotowanie projektów w małych społecznościach. Narzekamy, że Polacy nie chodzą na wybory, ale to efekt tego, iż duża grupa społeczeństwa czuje się wykluczona z normalnej działalności gospodarczej, z życia w społeczeństwie. Ekonomia społeczna to zmienia.

– Co ogranicza rozwój ekonomii społecznej?

– Jesteśmy w nurcie gospodarki rynkowej, ale uważam, że to nie wystarczy; że to musi być poparte tkanką społeczną. Dlatego musimy dbać o oddolne inicjatywy. Rozwój ogranicza więc przede wszystkim polityka, brak rozwiązań prawno-ekonomicznych oraz słabość edukacji. Na każdym poziomie.

Niesłychanie ważne jest, żeby dzieci od początku w szkole były samorządne i uczyły się życia obywatelskiego. To ułatwi im później start w dorosłe życie.

– Jaka jest przyszłość ekonomii społecznej w Polsce?

– Generalnie jestem optymistą. To się sprawdzało w przeszłości, więc raczej i teraz będzie funkcjonować. Musi jednak do władzy dojść ugrupowanie polityczne, które rozumie znaczenie ekonomii społecznej. Niestety, jak na razie nie widzę takiego: PiS traktuje to bardzo instrumentalnie, głównie SKOK-i, a PO ma tylko kilku ludzi, którzy mają wyczucie spraw obywatelskich. Nadzieja w silnych i prężnych organizacjach pozarządowych, które już nieraz pokazały swoją siłę, i w zwykłych ludziach.

HENRYK WUJEC, z wykształcenia fizyk, jest działaczem społecznym i politykiem. W czasach PRL zaangażowany w opozycję demokratyczną, członek KSS „KOR”, redaktor „Robotnika” i współorganizator Wolnych Związków Zawodowych, w okresie 1980-90 działacz NSZZ „Solidarność”; członek Komisji Krajowej i władz Regionu Mazowsze, wielokrotnie zatrzymywany, internowany i więziony. W latach 1989–2001 poseł na Sejm RP z ramienia OKP, UD i UW. Zwolennik ekonomii społecznej i jeden z założycieli Towarzystwa Ubezpieczeń Wzajemnych, obecnie pracuje w Fundacji Dla Polski, która tworzy i upowszechnia różnorodne formy działań społecznych.

Strażnica imperium – Naddniestrze

Źródło: Rzeczpospolita: Strażnica imperium – Naddniestrze
30.09.2006

Nie wypada bez szacunku odnosić się do czasów Związku Radzieckiego. Na pewno nie w Tyraspolu

Za chwilę młodzież z Prorywu spali obwieszoną faszystowskimi symbolami kukłę prezydenta Mołdawii, 15 września 2006
(c) REUTERS/GLEB GARANICH

Nie jesteśmy Mołdawią, chcemy unii z Rosją — przypomina władza mieszkańcom Tyraspola
(c) AFP/VADIM DENISOV

W pierwszej chwili można przejść obok wielkiej murowanej trybuny obojętnie. Ornamenty z sierpem i młotem spotyka się przecież często na ulicach Tyraspola. Jednak słowa wyryte na tablicy przykuwają uwagę: „Pokoleniu tyraspolan, które będzie obchodzić setną rocznicę Wielkiej Rewolucji Październikowej. Otworzyć 7 listopada 2017 roku”.

– W środku jest przesłanie. Ludzie pamiętają, że w 1967 roku zamurowano tam kapsułę. Ale co napisano, nikt już nie wie – mówi starszy mężczyzna, który zatrzymuje się obok.

Przez dłuższą chwilę obserwował mnie w milczeniu. Teraz patrzy z rezerwą, bo nie mogłam się oprzeć niestosownemu rozbawieniu. A przecież nie wypada bezszacunku odnosić się do czasów Związku Radzieckiego. Na pewno nie w Tyraspolu.

– To była wielka demonstracja, na placu zgromadziły się tłumy. Uczczono pięćdziesięciolecie radzieckiej władzy – mówi dalej mężczyzna. – Oczywiście, że żyło się wtedy inaczej. Czy lepiej? Co za pytanie. To był prawie raj. A teraz proszę popatrzeć, przez plac idą kobiety z torbami. Na bazar, handlować. Innej pracy dla nich już nie ma.

Tyraspol, stolicę nieuznawanego przez świat Naddniestrza, które oderwało się od Mołdawii, przecina szeroka ulica 25 Października. Jest przy niej wszystko – siedziby władz, sklepy, skromnie wyglądające kawiarnie i nawet mające kilkadziesiąt lat, lecz wciąż sprawne automaty z wodą sodową. Przyjezdnym miasto przypomina skansen komunizmu. Pomniki Lenina nieomylnie pokazują, gdzie mieści się coś naprawdę ważnego – im Lenin przed budynkiem większy, tym władza ważniejsza. Ale miasto nie sprawia przygnębiającego wrażenia. Na klombach kwitną kwiaty, ulice są zamiecione. – A u nas jak w czasach radzieckich – mówi z dumą młoda kobieta, pracująca w agencji prasowej Naddniestrza.

Kiedy idzie się ulicą 25 Października – nazwaną tak oczywiście, by wszyscy pamiętali, że tego dnia padł wystrzał z pancernika „Aurora” i rozpoczęła się nowa, szczęśliwa epoka – można pomyśleć, że ogląda się obrazek z radzieckiej czytanki. Dziewczynki w granatowych spódniczkach i białych rajstopach, chłopcy w garniturkach. Witryny księgarni udekorowane rysunkami uczniów przedstawiającymi „Mój ukochany kraj”.

Ale kiedy przestaje się patrzeć na dziecięce rysunki i portrety zasłużonych obywateli czy przodowników pracy zdobiące ulice, rzeczywistość traci kolory. Wystarczy wejść do sklepu – wszystko staje się tak szare i tandetne, jak jedyny gatunek papieru toaletowego dostępny w mieście.
Śladami Che Guevary

Mężczyzna, z którym siedzę w kawiarni Eilenburg, jest poszukiwany przez Interpol. Trzydziestosiedmioletni Dmitrij Soin sprawia sympatyczne wrażenie. Patrzy szczerze w oczy, często się uśmiecha. Każdy z jego gestów wyraża pozytywne nastawienie do świata. W końcu w jednym ze swoich wcieleń Dmitrij Soin jest dyrektorem tyraspolskiej Wyższej Szkoły dla Politycznych Liderów imienia Che Guevary.

– Pociąga mnie romantyzm Guevary, jego chęć zmieniania świata – mówi Soin. Jest nieco zakłopotany, gdy pytam go, czy w równym stopniu pociąga go antyamerykanizm Che. Dobiera ostrożnie słowa. Mówi o tym, że nie ma nic przeciwko Ameryce, lecz niepokoi go, iż dąży ona do hegemonii nad światem.

Soin umie się dopasować do rozmówcy. Kiedy opowiada mi o swym drugim wcieleniu – założyciela młodzieżowego ruchu Proryw – ani słowem nie wspomina o tym, o czym chętnie mówi rosyjskim dziennikarzom: że Proryw ma być antidotum na wszelkie kolorowe rewolucje.

– Chciałem przerwać apatię młodzieży, wzbudzić w niej entuzjazm. Udało się to całkowicie, wstąpili do nas najlepsi: studenci socjologii, nauk politycznych, historii – wylicza. – Jest nas coraz więcej.

Dyskretnie przemilcza metody szkolenia. Trening sztuk walki, strukturę organizacji podzielonej na pięciosobowe oddziały. Każdym kieruje dowódca, któremu pozostali muszą się bezwzględnie podporządkować. Tematem tabu są pieniądze.

– Mecenasi chcą pozostać anonimowi. To hojni przedsiębiorcy, częściowo z Moskwy, częściowo miejscowi – mówi wymijająco Soin. Pieniądze na Proryw muszą być naprawdę spore. Kiedy zaglądam do siedziby organizacji, która mieści się tuż obok kawiarni, widzę nowoczesne wyposażenie i dużo komputerów. Przed wejście zajeżdżają niezłe samochody, a niekiedy aktywiści przemierzają miasto kawalkadą aut, wśród których zdarza się nawet długa limuzyna.

Soin chętnie opowiada o prześladowaniach ze strony władz Mołdawii. Zupełnie nie rozumieją teatralizacji życia politycznego. – Stosują represje zgodne z zasadami odpowiedzialności zbiorowej. Na przykład teraz nasze aktywistki nie mogą wylecieć z lotniska w Kiszyniowie na kongres młodzieży w Osetii Północnej – skarży się Soin. – To zemsta za to, że niektórzy z nas palili mołdawskie flagi czy kukłę prezydenta Mołdawii Władimira Woronina.

Sam czuje się też ofiarą reżimu Mołdawii. – Niedawno zatrzymano u nas wysłane stamtąd komando, które miało mnie schwytać – opowiada Soin. To przez władze Mołdawii, które napuściły na niego Interpol, żyje jak więzień, zamknięty w Naddniestrzu. Chociaż jest poważnym człowiekiem, dziekanem katedry socjologii tyraspolskiego uniwersytetu.

To już trzecie wcielenie Dmitrija Soina, lidera przyszłych elit politycznych Naddniestrza. Istnieje także czwarte, o którym nie opowiada jednak zagranicznym dziennikarzom. Soin jest majorem naddniestrzańskiej bezpieki, szefem wydziału do spraw przestrzegania konstytucji.

Dla Interpolu jednak to tylko bezwzględny zabójca. Zastrzelił człowieka na oczach jego dziecka, za to tylko, że ten potrącił jego samochód. Major Soin jest podejrzany także o co najmniej jeszcze jedno zabójstwo.
Trumna dla redaktora

Aleksandrowi Radczence przyniesiono do redakcji trumnę. Solidną, przykrytą kirem. Na wieku znajdowała się tabliczka z jego nazwiskiem i zdjęciem w czarnej obwódce.

Dowiaduję się tego od współpracowników Radczenki. On sam – wysoki mężczyzna o surowejtwarzy i wyprostowanej sylwetce byłego oficera Armii Radzieckiej – macha lekceważąco ręką, gdy wspominam o prześladowaniu w Naddniestrzu politycznych przeciwników.

– Kamień do szyi i do Dniestru. Tak kończyli jeszcze kilka lat temu. Teraz nie ma już o czym mówić. Przed moim domem stoi co prawda auto, w którym stale ktoś siedzi i jestem pod obserwacją. Ale to tylko psychologiczna presja. Nawet już nie wybijają szyb.

Kiedyś kamienie stale leciały w okna redakcji wydawanego przez niego tygodnika „Człowiek i Jego Prawa”. Podpalano drzwi. Wszystko działo się pod bokiem milicjantów, którzy zawsze są w okolicy, bo niedaleko jest siedziba prezydenta i parlamentu. Radczenko dzwonił na milicję, dowiadywał się, że ekipa już wyjechała. Śledczy pojawiali się wieczorem i szybko umarzali dochodzenie z powodu niewykrycia sprawców. Choć dla nikogo nie było tajemnicą, że są nimi aktywiści Prorywu.

– No to co chce pani wiedzieć o Naddniestrzu? Proszę bardzo, kilka podstawowych faktów – uśmiecha się Radczenko. – Co czwarty człowiek jest związany albo ze służbą bezpieczeństwa, albo z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych, albo z armią. Prezydent ma dwóch synów. Jeden pracował w Rosji, w Federalnej Służbie Bezpieczeństwa, wrócił do Tyraspola i objął miejscowy Gazprombank. Drugi kontroluje służby celne na granicy. Co jeszcze mam mówić?

Nawet nie bardzo mu się chce opowiadać, takie to wszystko oczywiste. Tak samo jak fakt, że kilka lat temu istniała szansa na uregulowanie konfliktu między Naddniestrzem i Mołdawią. Ale negocjacje nieoczekiwanie zerwano. Wszystko wskazuje na to, że prezydent Naddniestrza Igor Smirnow powiedział swojej ekipie: chwileczkę, jeszcze nie zakończyliśmy podziału majątku.

Tym, co się dzieje na górze, ludzie się nie interesują. Władzy nikt nie patrzy na ręce.

– Jeszcze są wdzięczni, że nie jest gorzej. Przed wyborami dostają prezenty. Przyniesie się im do domu kilogram kaszy, odmaluje klatkę schodową – mówi z goryczą Aleksandr Radczenko – i już lecą na wybory poprzeć dobrą władzę.
Chleb był za darmo

Gdy rozmawiam z mieszkańcami Tyraspola, słyszę często dwa zdania. Jedno z nich brzmi: „Już tam na górze lepiej wiedzą, a my, zwykli ludzie, co tam możemy wiedzieć”. Pierwszy raz usłyszałam je pięć minut po przyjeździe do Tyraspola.

– Nie mogę was zawieźć do hotelu. Nie przyjmą. Najpierw trzeba pojechać na milicję. Zarejestrować się. Jakże tak, bez rejestracji i od razu do hotelu? – tłumaczył życzliwie taksówkarz. – Nie szkodzi, że jest noc. Milicja przecież rejestruje przyjezdnych całą dobę. Do rana czekać nie wolno. Jak tak naczelnicy wymyślili, to na pewno powód był.Drugie zdanie, które często można usłyszeć w Tyraspolu, to: „Chleb był za darmo”. Brzmi dość irracjonalnie. Kto rozdawał chleb? Bo kiedy, to wiadomo – za radzieckiej władzy.

Ale gdy jem pierwszy obiad w stolicy Naddniestrza, wszystko staje się jasne. – Chleb potrzebny? – pyta młoda kelnerka. Kiedy mówię, że tak, patrzy na mnie jak na niezbyt rozgarniętą osobę. Zadaje pytanie pomocnicze: – Ile chleba? – Trzeba powiedzieć z góry, ile się zje kromek. Dwie, trzy. Każda policzona i opłacona.

W Tyraspolu wspomina się więc szczęśliwą epokę, w której w stołówkach i restauracjach można było wziąć tyle chleba, ile się chciało. Wierzy się, że możliwe to było tylko w Związku Radzieckim. Kiedy mówię miejscowemu dziennikarzowi, że w Polsce kelnerka po prostu przynosi do stolika koszyczek z pieczywem, patrzy na mnie z urazą. Rozmowa gaśnie. Popełniłam nietakt. Chciałam zniszczyć jego wspomnienia o szczęśliwej przeszłości, wyjątkowym, jedynym na kuli ziemskiej państwie, w którym zrealizowano ideały społecznego dobrobytu.

Chleb dawany za darmo w stołówkach był symbolem. Mięso, jako powszechnie dostępny towar, miało się zapewne pojawić, gdy Związek Radziecki przejdzie do następnego etapu i zbuduje już komunizm. Może w okolicach stulecia rewolucji październikowej. Być może właśnie w zamkniętym w kapsule w przesłaniu do przyszłych pokoleń napisano między innymi, że na pewno na stole każdego radzieckiego człowieka jest już kotlet?

Kiedy idę na tyraspolski bazar, bez trudu znajduję mięso. Nie tylko dlatego, że budki są tuż przy wejściu. Unosi się wokół nich mdlący fetor. Na półkach leżą dziwne ochłapy, spiętrzone pazury kur, odrąbane głowy z szyją, jakieś trudne do zidentyfikowania fragmenty kurzej anatomii.

Kilka miesięcy temu paru polskim przedsiębiorcom udało się zrobić interes życia. Sprzedali do Naddniestrza olbrzymią partię amerykańskich przeterminowanych kurczaków. Wpadły do „czarnej dziury Europy”, jak określa się Naddniestrze, i szybko pojawiły się na sąsiedniej Ukrainie.

W Tyraspolu mięsa się nie kupuje, bo ludzi na nie nie stać.

– Żyje się ciężko. Nikt jednak nie protestuje, a o problemach otwarcie mówią tylko emeryci. Oni mogą być odważni, pracy już nie stracą – mówi mi pięćdziesięcioletnia Swietłana, spotkana w redakcji „Człowieka i Jego Praw”. – Najlepiej było za czasów radzieckich. No, może nie wszystko było idealne. Mój dziadek, zawodowy wojskowy, miał w 1937 roku, kiedy były największe represje, spakowany węzełek z czystą bielizną. Każdego wieczoru nasłuchiwał kroków na schodach, czy już po niego idą. Ale wie pani, że chleb był u nas za darmo?
Wymarzony paszport

W torebce Ludmiła ma dwa paszporty. Oba na okładce mają sierp i młot. Jeden to paszport naddniestrzański, drugi radziecki. Z obu pożytek niewielki – nie można z nimi wyjechać z Naddniestrza. Dlatego Ludmiła, czterdziestodwuletnia lekarka z Tyraspola, siedzi na ławeczce przed nowym budynkiem, na którym nie ma żadnej tabliczki, ale wszyscy mówią o nim „rosyjski konsulat”. Czeka, aż przyjdzie jej kolejka. Złoży papiery i za pół roku dostanie paszport Federacji Rosyjskiej.

– Cała nasza nadzieja w Rosji. Tylko Rosja nam pomoże, tylko ona nas obroni – mówi Ludmiła z przejęciem, a wszyscy jej przytakują. W referendum, które odbyło się dwa tygodnie temu, 17 września, głosowali za oderwaniem od Mołdawii i stowarzyszeniem Naddniestrza z Rosją. Rosja jest silna i dobra. Na Ukrainę, która jest tuż za miedzą, nie ma co liczyć. A Mołdawia to państwo nie tylko rządzone przez nacjonalistów, którzy mogą włączyć ją do Rumunii, ale w dodatku ubogie.

– W końcu to do Rosji jedzie się, by zarobić. Nawet żony państwowych urzędników jeżdżą do Moskwy, by pracować jako guwernantki w zamożnych domach – mówi Ludmiła.

Każdy ma kogoś w rodzinie, kto wyjeżdża za granicę zarabiać, jeśli nie krewnych, to przynajmniej znajomych. Swietłana opowiada, co wydarzyło się w jej rodzinnej wsi. Dom sąsiada wyglądał coraz lepiej. Najpierw go odmalowano, potem pojawiły się nowe drzwi, porządne okiennice. Sąsiedzi byli zadowoleni, że córka nie zapomina o rodzinie. Wiedzieli, co robi. Pojawiała się nawet we wsi ze swoim sutenerem, przyjeżdżała z Turcji na krótko. Namawiała inne dziewczyny, żeby szły w jej ślady.

– Wróciła do domu w trumnie. Rodzinie powiedziano, że zginęła w wypadku samochodowym – opowiada Swietłana. – Otworzyli trumnę. Dziewczyna była w białej ślubnej sukni, bo tak chowa się u nas młode dziewczyny. Na szyi miała wielką szramę, poderżnięte gardło.

Kiedy pytam Swietłanę, czy przyjdzie za jedenaście lat, w rocznicę stulecia rewolucji październikowej, na plac w Tyraspolu i zobaczy, co za posłanie zamknięto w zamurowanej kapsule, uśmiecha się.

– Każde dziecko w radzieckiej szkole pisało takie wypracowanie. Jak będzie wyglądał nasz kraj za kilkadziesiąt lat, gdy wreszcie nadejdzie komunizm. Na pewno tam są takie marzenia o świetlanej przyszłości. Że każda rodzina ma własne mieszkanie, przejściowe trudności są już usunięte… Ojej, wy wszystko nagrywacie! I co teraz będzie?
Bez pancernych i pionierów

– U was w Polsce źle się dzieje – Nadieżda Iwanowna smutno kiwa głową. – Wiem, wiem, nie pozwalają już nawet w telewizji puszczać „Czterech pancernych i psa”. A to był ulubiony film mojej młodości. U nas w rosyjskiej telewizji zresztą też jest niedobrze. Powinno się jakąś cenzurę wprowadzić, ideologiczną. Bo jak to wszystko wpływa na młodzież? Zupełnie bez dyscypliny rośnie. Nie ma już pionierów, timurowców, żadnego wychowania.

Nadieżda Iwanowna pracuje w muzeum. Mały budynek mieścił kiedyś siedzibę sztabu brygady kawalerii Grigorija Kotowskiego, który w czasie wojny domowej wyparł z Tyraspola białą armię. W trzech małych salkach jest pusto, nie ma zwiedzających i Nadieżda Iwanowna może ze mną rozmawiać.

Kiedy zagaduje się starszą osobę w Tyraspolu, zawsze można się spodziewać, że jeden temat wzbudzi żywe emocje: jak trudno przeżyć z emerytury.

Sześćdziesięciotrzyletnia Nadieżda ma szczęście, że udało się jej znaleźć pracę. – Trochę mnie upokarza, że nie mogę jeść tego, co chcę, ale to, na co mnie stać. Kapustę, ziemniaki, marchewkę, kaszę. Śmietanę i twaróg to już dlatego, że dorabiam – wylicza jednym tchem produkty dostępne dla emeryta. Jeśli się dostaje czterysta rubli naddniestrzańskich emerytury, równowartość pięćdziesięciu dolarów, to na pewno nie można sobie pozwolić na kawałek mięsa.

A jak inaczej żyło się w czasach radzieckich.

– Idę sobie ulicą, mam w ręku dwie siatki – wspomina Nadieżda Iwanowna z rozmarzeniem – w każdej arbuzy. Mogę ich jeść, ile chcę. Ale człowiek zarabiał siedemdziesiąt rubli, a kilogram kiełbasy kosztował dwa ruble. To proszę sobie tylko to wszystko wyobrazić.

Czasami w myśli Nadieżdży Iwanowny, gdy snuje wspomnienia z czasów radzieckich, wkrada się pewien niepokój. Może nie wszystko było idealne? Przecież kiedy jeszcze trwał Związek Radziecki, w 1991 roku, ludziom przepadły oszczędności w bankach. Po prostu ich nie wypłacono i już. A ojciec Nadieżdy Iwanowny całej wypłaty do domu nie przynosił, bo musiał kupować państwowe obligacje. Stalin obiecał, że państwo je wykupi, ale tak się nigdy nie stało. Jak tak wszystko przemyśleć, można by powiedzieć, że chociaż tak ślepo państwu wierzyli, to państwo ich okradło. – Chyba nie trzeba było aż tak wierzyć? – pyta nieśmiało Nadieżda Iwanowna. Mimo wszystko przyjdzie jednak w setną rocznicę Wielkiej Rewolucji Październikowej na plac w Tyraspolu, by zobaczyć, co za przesłanie napisali kiedyś radzieccy ludzie dla przyszłych pokoleń.
Polskie geny buntu

Poszukuje się snajpera. Wynagrodzenie miesięczne w wysokości stu dwudziestu pięciu dolarów. Ta oferta długo wisiała w tyraspolskim Urzędzie Pracy.

Swietłana Bazylowska, inteligentnie wyglądająca pięćdziesięciolatka, pamięta, jak odwiedzając urząd, myślała sobie, że chyba w innych państwach specsłużby szukają specjalistów i killerów dyskretniej. Ale w końcu miała własne problemy. – Naczelnik to car i Bóg, a ty durak. Taka zasada u nas panuje. A ja nie umiałam zgiąć karku. Chyba przez te odziedziczone po dziadku polskie geny. I nie chodziło mi o to, że w archiwum państwowym Naddniestrza moim szefem był chłopak po technikum samochodowym. Naczelnikiem zaś pielęgniarka. Bo przecież tak już u nas jest, panuje system klanowy i o stanowisku decydują związki rodzinne.

Dlatego Bazylowska, samotna kobieta bez rodziny, historyk z uniwersyteckim wykształceniem i niegdyś archiwistka w stolicy Mołdawii, Kiszyniowie, wiedziała, że niżej od niej jest tylko sprzątaczka. Ale choć znała reguły gry, popełniła błąd. Dziwiła się, że z archiwum znikają pewne dokumenty, a do innych coś się dopisuje. Za późno zrozumiała, że ta dociekliwość ją zgubi. Zacierano ślady po prywatyzacji i jej pytania działały wszystkim na nerwy.

Nie dostanie już nigdy pracy w żadnej instytucji Naddniestrza. Na szczęście może jakoś przeżyć – Cerkiew płaci jej niewielkie pieniądze za poszukiwania w archiwach dokumentów dotyczących prawosławnych mnichów zamordowanych przez władzę radziecką. Co będzie dalej, nie wie.

– Co mi tam, w końcu, jak ginąć, to z hukiem i trzaskiem – mówi nieoczekiwanie. – Proszę się spotkać ze mną za dwie godziny, to coś pani przyniosę.

Kiedy siedzimy już na ławeczce w parku – to podobno najlepsze miejsce, w końcu ściany mają uszy – Swietłana triumfalnym gestem wyciąga z torebki małą, czerwoną książeczkę. Konstytucję Republiki Naddniestrza. Z początku obowiązywała konstytucja przepisana żywcem z ustawy zasadniczej Federacji Rosyjskiej. Jednak kilka lat temu prezydent Igor Smirnow wprowadził swoje zmiany. Parlament przyjął je bez sprzeciwu, szarpał się tylko Aleksandr Radczenko, który wówczas był deputowanym, i jeszcze dwóch innych, nieoczekiwanie hardych posłów.

– Smirnow ma teraz władzę absolutną, większą niż kiedyś car Mikołaj II. Powołuje i rozpuszcza gabinet, bo żadnego premiera nie ma. Mianuje i odwołuje sędziów – mówi Swietłana. – Ale proszę popatrzeć na artykuł 54.

Czarno na białym napisano, że w razie nadzwyczajnego położenia – a dotyczy to także „nadzwyczajnego położenia ekonomicznego” – odwołuje się pewne artykuły konstytucji. Co oznacza „nadzwyczajne położenie ekonomiczne”, nie wiadomo, ale może oznaczać na przykład blokadę ekonomiczną. Tak zaś władze określają porozumienie zawarte kilka miesięcy temu przez Mołdawię i Ukrainę, że żadne towary nie mogą wyjeżdżać z Naddniestrza bez mołdawskiej akcyzy i cła. Jeśli zaś prezydent Naddniestrza uzna, że położenie jest nadzwyczajne i przestaje obowiązywać dziesięć artykułów konstytucji, to okaże się, że nie ma tu już praktycznie wszystkich znanych na świecie praw człowieka i obywatela. Także prawa do procesu i sądu oraz własności prywatnej.
Przesłanie

Prezydent Igor Smirnow patrzy na mnie badawczo. Ma mi do powiedzenia coś ważnego, co powinnam przekazać światu. Zupełnie nieoczekiwanie znalazłam się w jednym z gabinetów siedziby władz Naddniestrza. Żadnej konferencji prasowej nie miało być, zapewniano o tym w centrum prasowym. Jednak uwierzyłam rosyjskiemu dziennikarzowi, który powiedział mi, że Smirnow mimo wszystko spotka się po referendum z prasą. Selekcja na bramce była ostra – weszli dziennikarze naddniestrzańskich gazet i telewizji oraz starannie wybrani z mediów rosyjskich. Po pertraktacjach uznano, że jako przedstawicielka zachodniej prasy też mogę być obecna.

I oto, gdy taktownie odczekałam, aż „szanownemu prezydentowi Igorowi Nikołajewiczowi”, jak go nazywano, pozwolono wypowiedzieć się na temat woli narodu do zjednoczenia z „wielką Rosją”, mogę wystrzelić z pytaniem. Kiedy władze Naddniestrza spodziewają się, że niepodległość ich państwa zostanie uznana przez świat?

Właśnie wtedy prezydent Igor Smirnow uznał, że mogę odegrać ważną rolę.

– Kłamstwa, oszczerstwa i propaganda rozpuszczane na nasz temat przez reżim Mołdawii szkodzą nam w świecie. To dlatego nie zostaliśmy uznani. Niestety, nie liczy się moralność w polityce, ale pieniądze i interesy – mówi z naciskiem Smirnow. – I proszę o tym napisać, proszę pokazać światu, jaka jest u nas obiektywna sytuacja. A na uznanie niepodległości będziemy czekać – czekać tak długo, jak trzeba.
MAJA NARBUTT

Projekt dla Polski


Na ważkie pytanie w wielkiej sprawie można dać odpowiedź wielowątkową, sięgającą wszerz i w głąb. Ale można też dać krótką, poruszającą wyobraźnię i emocje. Tej pierwszej udzielają historycy opisujący losy narodów, ludzi i myśli. Tę drugą dają sobie i społeczeństwu przywódcy, którzy wpisują się w historię


Wizje Polski, które mieli Piłsudski, Jan Paweł II, Wałęsa, streszczały się w paru prostych zdaniach. Nie miało znaczenia, że Wałęsa przedstawiał swoją wizję niegramatycznie. Zachowywał styl polskiej polityki. Wyznaczał jej kolejny idiom: otwierał przestrzeń nadziei na jutro oraz wytyczał na co dzień postawę elastycznej niezłomności. Za tymi wielkimi wizjami ludzie gotowi byli iść i doszli do realizacji swoich marzeń. Zamykały się one w paru słowach kluczach: Wolność i niepodległość. Godność i solidarność. Pluralizm i demokracja. Przez gospodarkę rynkową do kapitalistycznego dobrobytu. Polska w Europie, gdyż nie ma Europy bez Polski.

Gdy ludzie głoszący wizję są na miarę wyzwań, ci sami niesforni Polacy podążają za nią i dorastają do wielkości zadań. Co mogłoby być dzisiaj tą wizją ukierunkowaną na przyszłość Polski w Europie i świecie? Nowoczesne państwo-minimum, silne swoim pragmatyzmem. Ze sprawną armią, policją, służbami specjalnymi. Pozostawiające obywatelom maksimum wolności pod rygorami minimalistycznie zakreślonych zakazów. Każdy zbyt zachłanny prawodawca zapomina, że Polak – ten rzeczywisty – definiuje prawo jako to, co trzeba omijać. Trudno bowiem nie omijać kolejnych bezsensownych przepisów, nie tyle regulujących ruch, co zmieniających go z lewostronnego na prawostronny lub odwrotnie. Takie rozumienie prawa może najruchliwszych społecznie i ekonomicznie doprowadzić do katastrofy.

Problemem w Polsce nie jest wiedza, lecz charaktery i umiejętności przywódców. Gdy nie dają oni Polakom poczucia klasy, jakości, techniki organizacji, to trudno uwierzyć, że państwo jest stróżem spraw publicznych, choćby ich słowa ociekały troską o dobro wspólne. Zapatrzeni w siebie nie rozumieją, że im mniejsza będzie władza państwa polskiego nad Polakami, tym silniejszy solidarny naród i społeczeństwo.

Jest wiele przyczyn, dla których Polska przegrywa zwycięstwa i karleje właśnie wtedy, gdy mogłaby – mocą sił wewnętrznych i koniunktury zewnętrznej – znów dźwignąć się do wielkości. To, co zmienia znak przed polskimi wartościami z dodatniego na ujemny, jest pod koniec jednym gestem, jednym impulsem, jedną chwilą nieuwagi. W polityce jest miejsce i dla wizjonerów, i dla opowiadaczy, i dla politycznych dryblerów. Ale w tej drużynowej grze na końcu musi być sukces, czyli czyn. To jest miara wizji i przywództwa. Państwo ma być bardziej prawe i bezpieczne, obywatele wolni i szczęśliwi, pozycja kraju i jego autorytet w świecie na miarę obudzonego potencjału. Jeśli zaczyna się szerzyć strach przed chamem, który chce rządzić, i wstyd za tych, którzy rządzą, to choćby i mieli oni rację w 80 procentach, wdepną w klęskę. Ta racja skrojona i uszyta z ludzkich małości nigdy nie da poczucia wielkości niezbędnego do realizacji wizji. Przestrzeń nadziei, którą tworzy każda władza, musi się wypełnić pracą na rzecz państwa i społeczeństwa. Ale pracą pewnej jakości, ludźmi pewnej próby. Wtedy dopiero naród czuje się gospodarzem demokracji. Jest u siebie. Rezygnuje z podziału my – oni. Taka wizja Polski nie jest wbrew pozorom budowana ze słów, lecz z relacji słów do czynów. Polacy mają silne poczucie ironii. Frazes patriotyczny trawią tylko w sytuacjach walki. Gdy rzeczywistość skrzeczy, wysokie C, na którym przemawiają politycy nieumiejący radzić sobie z prostymi sprawami jak drogi i mosty, tylko śmieszy. Wszak obywatele muszą sobie radzić, żeby żyć, jeżdżąc po polskich drogach i mostach.

Polacy są Anglosasami w podejściu do państwa i prawa, tylko o tym nie wiedzą. A już na pewno nie wiedzą o tym nasi politycy. Polak – ten rzeczywisty, historycznie ukształtowany (a nie model z niedoszłych, mam nadzieję, lekcji patriotyzmu) nie przyjmuje do wiadomości prawa jako minimalnej regulacji. Tej, która ma zapobiegać, aby ludzie nie deptali sobie po nogach lub głowach. Takiego prawa Polak od dwustu lat nie znał. Znał prawo zaborców, okupantów, krótkotrwałych rządów, które za pomocą ustaw, rozporządzeń i ordynacji próbowały przepchnąć swoich. Określenie „polityka TKM” (dla najmłodszych: Tera, k…, my), jak Jarosław Kaczyński trafnie i dosadnie określił politykę AWS (dla najmłodszych: Akcji Wyborczej Solidarność), pasuje tak samo do jego własnej polityki, jak i do polityki wszystkich jego poprzedników. Gdy nie buduje się autostrad, trzeba albo „wyrąbać autostrady w przepisach”, albo „sczyścić” tych, którzy odpowiadają za infrastrukturę. Problemem jest albo niedoskonałość prawa, albo nie dość wierny i bezwzględny pretorianin. Słowem: jakiś układ prawny bądź ludzki powoduje, że pociąg historii wciąż stoi na stacji Trzeciej czy Czwartej Rzeczypospolitej. Maszynista nigdy nie jest winien.

Jest to ta sama od czasów Mazowieckiego czy Olszewskiego polityka niezgodna z duszą i mentalnością narodu. Polityka schlebiająca lenistwu myślowemu i fizycznemu, preferująca niemiecko-francuską wizję państwa i prawa. Rządzący wciąż szukają idealnego, jak najbardziej szczegółowego regulaminu, aby obywatele przestali pławić się, a jakże, w lenistwie, grzechu, pijaństwie i korupcji. Gdy słyszę dziś na serio wypowiadane słowa o rewolucyjnej misji administracji i innowacyjnej roli urzędników, ogarnia mnie pusty śmiech. Mrożkowsko-gombrowiczowski Polak, którego siłą była zawsze improwizacja, fantazja, zaradność i mobilizacja ad hoc, ma być znowu modernizowany przez korpus urzędniczy nowego Napoleona pod dyktatem Kulturkampf naszego Bismarcka, wspieranego przez Nikodema Dyzmę. Ten, mając sam wyroki, lekko wyrokuje o wyrokach innych.

Gdyby nawet Polak nie był świadomy swoich anglosaskich cech, udowodnił przez KOR, „Solidarność”, ruchy oazowe, Pomarańczową Alternatywę i Okrągły Stół, że rozumie i czuje, czym jest poszerzanie precedensów. Jeśli widzi sukces jakiegoś sposobu życia, podejścia do problemu, chwytu na rzeczywistość, to póki nie zaprzecza to imponderabiliom i poczuciu honoru, prze do przodu. Poszerza pole działania i zagospodarowuje przestrzeń wolności, do której się przebił. Nieważne, czy musiał omijać zaborcze, satelickie czy we własnym państwie uchwalone, ale równie idiotyczne, przepisy, które ograniczały jego aktywność i inteligencję. I nieważne, czy stanowimy prawo o lustracji i dekomunizacji, podatkach i wolności gospodarczej, oświacie i kulturze, obronności i bezpieczeństwie, służbie zdrowia i ubezpieczeniach społecznych lub infrastrukturze i planowaniu przestrzennym, zawsze musimy uwzględniać anglosaską mentalność Polaka. Tu trzeba minimum regulacji, ale jasnych na tyle, aby nie generowały „plusów ujemnych”. Nie gwałciły poczucia prawa i sprawiedliwości. Pozwalały na uczciwą, ale twórczą interpretację, bez zanurzania się w Kartezjański Ordnung. Polacy są zbyt bystrzy, aby wmawiać im, że istnieje konflikt interesów między mężem a żoną kierującymi dwiema ekonomicznymi instytucjami, ale nie ma konfliktu interesów między dwoma braćmi kierującymi dwiema najważniejszymi instytucjami państwa. Albo, albo. Zatem pierwszym warunkiem zarysowania politycznej wizji Polski jest przyjęcie innej, niż stosowana przez te kilkanaście lat, retoryki wypowiedzi – komunikowania się ze społeczeństwem zgodnie z jego charakterem. Wprost i bez wykrętów. Tu nie brakuje sprytnych nierobów. Ani wśród rządzonych, ani wśród rządzących.

W Polsce prawdziwego gospodarza rozpoznaje się po tym, że wciela swoją wizję w życie rzeczowo i merytorycznie, widzi proces realizacji w czasie i rozumie jej aspekt finansowy. A przede wszystkim potrafi wściekać się, gdy sprawy idą źle, a cieszyć i dziękować wszystkim, gdy idą dobrze. Realizując zatem swojąwizję, daje czytelne sygnały, że rozumie mechanizm działania. Bierze odpowiedzialność za jego organizację. Nie zwala go na innych, umie wymagać, bo wie, czego chce. I umie cieszyć się, gdy spotyka się z dobrą współpracą. Bowiem prawdziwy przywódca narodu nie może być ponurakiem podlizującym się społeczeństwu. Jakie ono jest, każdy widzi. W Polsce wystarczy jeden popsujzabawa, aby najlepszy zespół ludzki zdemoralizować, zablokować, sparaliżować. Toż to kraj liberum veto, nie ma tu odruchu natychmiastowego ukrócania napadów agresywnej głupoty, bezmyślnych podejrzeń czy bezinteresownej zawiści. Polska ryba nie psuje się od głowy, jak sądzą za każdym razem opozycyjni publicyści, przekonani, że ich głowa polityczna byłaby lepsza. Nasza ryba psuje się i od ogona, i od brzucha, i od głowy. To buzująca od dołu i od góry bezinteresowna nienawiść i zawiść powodują, że niemal każde społeczne współdziałanie napotyka na bezsensowny opór. Czasem określamy taką sytuację: jak z Mrożka. To obraza Mrożka, wszak on tylko wziął to „ze społeczeństwa”.

Byliśmy świadkami polskiej autodestrukcji tak samo w fazie transformacji po Okrągłym Stole i niezgody na dekomunizację, jak jesteśmy teraz, gdy młode kadry niedoszłych kombatantów próbują obalać wszystkie autorytety, licząc na zajęcie ich miejsc na pustych cokołach. Polska autodestrukcja wynika z pychy, z niezgody na hierarchię, z niezdolności do koncentracji w momencie zwycięstwa. Cwałująca ambicja każdorazowych zwycięzców każe im wierzyć, że 38-milionowym narodem da się rządzić za pomocą własnej kliki, familii, pretorianów. Rządzący nie widząkapitału ludzkiego i intelektualnego, bez którego Polska nie byłaby Polską i nie pozostałaby Polską. Nie ma w nich śladu zrozumienia, że największym atutem Polaka jest jego samodzielność, inteligencja, inicjatywa, fantazja. Zgoda – zbyt nieokiełznane, ale gdy się je okiełzna, Polak zaśnie. W naszym kraju plany długofalowe wyparowują natychmiast z głów. Wzrok mętnieje, powieka sama opada. Tu liczy się coś, co następuje dzisiaj, jutro, pojutrze, jeszcze za tydzień, a najdalej za miesiąc. Reszta to mowa-trawa, trele-morele. Tu dzieci śpiewały „w nocy nalot, w dzień łapanka”, „nie chcemy komuny, nie chcemy i już”. Każdy rządzący, jeśli nie zrozumiał tego „i już” w zestawieniu z grozą i nudą komuny, nie zrozumiał nic z Polaków i z Polski.

Słowa Piłsudskiego, Jana Pawła II i Wałęsy były różne, ale prowadziły do wielkości Polski ponad małością i miałkością Polaków. Alfred Jarry, pisząc „Ubu Króla”, umieścił akcję sztuki „w Polsce, czyli nigdzie”. Nasi przywódcy od 1989 roku prowadzą politykę w Polsce, czyli nigdzie. Próbują rządzić narodem, którego się boją, którym gardzą albo który lekceważą i któremu taktycznie schlebiają. Jakby ten naród nie znał swoich przywar. I jakby przywódcy, grając na przeciętnych, liczyli, że obywatele wybaczą im samym przeciętność. Że niby demokracja, więc my z nich, oni z nas. A ja myślę, że w każdej wizji Polski trzeba przede wszystkim widzieć Polaków i ich ducha – to jest geniusz i marność. Bowiem jak kończy się „Ubu Król”? Bohaterowie mijają Germanię, a na uwagę, iż to „kraj bardzo piękny”, Ubu odpowiada: „Ha! Panowie! Choćby był najpiękniejszy, to nie to, co Polska. Gdyby nie było Polski, nie byłoby Polaków!”.

CZESŁAW BIELECKI

Knut i piernik po raz trzeci – stosunki Polski z Rosją

Źródło: Rzeczpospolita: Knut i piernik po raz trzeci – stosunki Polsko-Rosjskie
05.10.2006

DWUGŁOS
Czy poprawią się stosunki Polski z Rosją?


Jeśli Polska wycofa się z amerykańskiego programu budowy tarczy antyrakietowej – Putin gotów przyjechać do Warszawy nawet uśmiechnięty


Utrudnienia w handlu z Rosją, odblokowanie żeglugi elbląskiej, słowne pojedynki wokół gazociągu północnego, sprawa Ukrainy i jej geopolitycznej orientacji to tylko niektóre kamyki mozaiki, nad którą pochylają się badacze naszej polityki wschodniej. Często słyszy się, że za całe zło w naszych stosunkach z Moskwą odpowiada polska polityka historyczna: powtarzające się oskarżenia pod adresem rosyjskiej historycznej pamięci, która nie chce przyjąć odpowiedzialności za zbrodnię katyńską i szuka jej fałszywych ekwiwalentów po stronie polskiej. Jeśli tylko zostawimy historię historykom – dowodzi się – to i nad naszymi relacjami z Rosją zaświeci w końcu słońce… Nie podzielam tej nadziei, podobnie jak nie wierzę w żaden uzdrawiający skutek spotkania prezydenta Putina z prezydentem Kaczyńskim.

POWÓD ŻYCZLIWOŚCI

Przypomnijmy: prezydent Rosyjskiej Federacji już dwa razy wykonał gest sugerujący możliwość historycznego pojednania. Najpierw uczynił to prezydent Jelcyn, 24 sierpnia 1993 roku prosząc Polaków przed krzyżem katyńskim na Powązkach o wybaczenie zbrodni. W styczniu 2002 roku prezydent Putin złożył kwiaty pod warszawskim pomnikiem upamiętniającym walkę bohaterów Polski Podziemnej o niepodległość – także od sowieckiego Wielkiego Brata. Oba te gesty, tylko pozornie związane z polityka historyczną, miały jednak drugie dno, o wiele istotniejsze dla Moskwy. W pierwszym przypadku prezydent Jelcyn chciał ostudzić zapał Polaków do NATO. W drugim prezydent Putin tworzył atmosferę, która miała sprzyjać pokojowej ekspansji rosyjskiego monopolu energetycznego na polski rynek (chodziło o przygotowywaną wówczas próbę przejęcia gdańskiego Naftoportu przez rosyjski Łukoil). I dwa razy się nie udało. Czy możemy się więc dziwić, że Pałac Prezydencki nie ma dobrej opinii na Kremlu?

Może się jednak doczekamy na jeszcze jeden taki gest. Widać już nawet ewentualny powód nawrotu życzliwości i dobrej woli ze strony Moskwy; to kwestia decyzji w sprawie ulokowania w Polsce istotnego elementu amerykańskiej tarczy antyrakietowej. Najpierw pojawił się knut – szef sztabu armii rosyjskiej generał Jurij Bałujewski już w grudniu ubiegłego roku zapowiedział, jakie to konsekwencje dla Polski, z militarnymi włącznie, pociągnie za sobą jej wejście do tego „antyrosyjskiego spisku”. Teraz więc pojawia się piernik – wizyta prezydenta Rosji w Warszawie. Jeśli tylko będzie miał realną nadzieję na to, że Polska wycofa się z amerykańskiego programu – prezydent może tu przyjechać nawet uśmiechnięty!

POLITYKA NIE-HISTORYCZNA

Nie sądzę jednak, by nawet przy takiej okazji gotów był do symbolicznej i tylko na użytek Polaków uczynionej reinterpretacji historycznego dziedzictwa, które reprezentuje jako gospodarz Kremla. Tu bowiem podkreślić koniecznie trzeba zasadniczą zmianę, jaka się dokonała w Rosji między rokiem 1993 – czasem „wczesnego Jelcyna” – a jesienią 2006 – czasem „dojrzałego Putina”. W tej pierwszej była widoczna gotowość do symbolicznego bodaj rozliczenia z totalitarną przeszłością systemu sowieckiego, od której Jelcyn chciał wówczas Rosję odciągnąć. W Rosji obecnej – tak oficjalnej, rządowej, jak i w opiniach ulicy – dominuje duch syntezy tego co najbardziej imperialne w spuściźnie sowieckiej i rosyjskiej. Nie tylko Katyń, ale także pakt Ribbentrop-Mołotow, a nawet największe zbrodnie Stalina na obywatelach samego ZSRR, są dziś w Rosji albo przemilczane, albo wręcz bronione jako mądre posunięcia służące wielkości rosyjskiego mocarstwa. Ci, którzy o tych zbrodniach w Rosji pamiętają (a jest ich wciąż jednak nie mało), traktowani są jako dysydencki, szkodliwy margines.

Dziś na uznanie naszej perspektywy historycznej przez Moskwę nie możemy liczyć. Ale też pamiętajmy: owa polska perspektywa – w dużym stopniu staje się tożsama z perspektywą historyczną tych Rosjan, którym owa sowiecko-imperialna synteza nie przypadła do gustu. Jeśli ją przekreślimy, to zaakceptować powinniśmy także przekonanie, że Rosja nie zasługuje na nic innego, jak tylko na rządy twardej, brutalnej nawet ręki – bez szans na demokrację zachodniego typu. Jeśli zaś będziemy jej bronić nadal – to już na pewno przeciw prezydentowi Putinowi, ale może za to nie bez szans na poparcie i owej innej, słabej teraz Rosji, oraz wcale niemałej części opinii politycznej Europy oraz Ameryki. Tej występującej przeciwko pacyfikacji Czeczenii, eliminacji niewygodnych biznesmenów (Chodorkowski), czy opozycyjnie nastawionych wobec imperialnego centrum peryferii ( ostatnio Gruzja).

GEOPOLITYCZNA TARCZA

Jeśli Rosja zechce podjąć z Warszawą poważny dialog polityczny, to w imię jakichś interesów. Sprawa wejścia Polski do NATO, bulwersująca Rosjan w roku 1993, czy sprawa głośnego sprzeciwu Warszawy wobec budowy gazociągu bałtyckiego „Putin-Schroeder” mają w tej perspektywie kontynuację i dopełnienie właśnie w kwestii obecności amerykańskiej tarczy antyrakietowej na polskiej ziemi.

Rosja wciąż jako głównego rywala na geopolitycznej szachownicy traktuje Stany Zjednoczone. Sprzeciw wobec poszerzania NATO wynikał z tego właśnie przeświadczenia i z tego wynika także stopniowe, ale coraz bardziej efektywne w ostatnich latach, zbliżanie się Rosji do Unii Europejskiej, a zwłaszcza jej „twardego jądra” francusko-niemieckiego. W tle tego procesu, wzmocnionego realizowaną przez Putina strategią uzależniania całej Europy od rosyjskich surowców energetycznych, znajduje się intencja geopolityczna: tworzenia rosyjsko-europejskiej „osi dobra”. Tracąca rozmach Unia może poszukać nowego rozpędu dla swych ambicji uczestniczenia w wielkiej grze o przyszłość świata we współpracy ekonomicznej, ale i politycznej, z rosyjskim neoimperium.

Myśl taka jest bliska, coraz bliższa, wielu poważnym politykom Francji, Niemiec, Włoch. Oczywiście, miewają jeszcze miejsce spory Rosji z Unią o wpływy na Ukrainie (zaostrzone przy polskim uczestnictwie podczas pomarańczowej rewolucji), w Mołdawii czy Gruzji. Oczywiście, Rosja stara się demonstrować od czasu do czasu, iż ma do wyboru także inne możliwości: strategicznego partnerstwa z Chinami, albo – ponad Europą – nawet z USA. Logika problemów ekonomicznych, demograficznych, a także pewnej tradycji politycznej (żywej na osi Moskwa – Berlin – Paryż) popycha jednak Rosję i Europę, przynajmniej tę starą, kontynentalną, do zbliżenia. Może więc alternatywą dla Eurabii jest właśnie Eurosja? Jej układem odniesienia jest i pozostanie jednak nie świat islamu, ale Ameryka. Tymczasem prawdziwą alternatywą dla Eurosji jest kruche dziś i coraz słabsze pojęcie Zachodu: wspólnoty euratlantyckiej.

POLSKA NA PRZESZKODZIE

Kraje „młodoeuropejskie” (jak z upodobaniem podkreśla się w Moskwie ich dystans wobec starej, „prawdziwej” Europy) ze swym ujawnionym w czasie wojny z Irakiem nastawieniem proamerykańskim przeszkadzają w realizowaniu długofalowego scenariusza tworzenia Eurosji. Przoduje w tym Polska, która ze swoim historycznym „uprzedzeniem” do współpracy rosyjsko-niemieckiej ponad jej głową, a także ze swymi ambicjami odgrywania aktywnej roli na obszarze dawnej Rzeczypospolitej, staje się kanałem wpływów amerykańskich, traktowanych jako przeciwwaga dla tendencji neoimperialnych w Rosji.

Może to błąd, z którego pora jeszcze się wycofać? Tak radzi część obserwatorów naszej polityki zagranicznej, którzy szansy dla Polski upatrują w roli aktywnego łącznika między Rosją a Unią Europejską, do której ma nas predestynować samo geograficzne położenie. Ale w obecnym układzie rywalizacji na kurczącej się mapie świata i jego zasobów oznacza to zgodę na stopniowe usunięcie Ameryki z Europy, ostateczny upadek wspólnoty euratlantyckiej i podtrzymującej ją konstrukcji ideowej Zachodu. Te wielkie problemy zdają się ogniskować dziś wokół problemu obecności – lub nieobecności – amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Polsce. Jeśli nie widać tego dziś w Warszawie, to, zaręczam, doskonale widać to w Moskwie.

ANDRZEJ NOWAK, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, redaktor naczelny pisma „Arcana”