Strażnica imperium – Naddniestrze

Źródło: Rzeczpospolita: Strażnica imperium – Naddniestrze
30.09.2006

Nie wypada bez szacunku odnosić się do czasów Związku Radzieckiego. Na pewno nie w Tyraspolu

Za chwilę młodzież z Prorywu spali obwieszoną faszystowskimi symbolami kukłę prezydenta Mołdawii, 15 września 2006
(c) REUTERS/GLEB GARANICH

Nie jesteśmy Mołdawią, chcemy unii z Rosją — przypomina władza mieszkańcom Tyraspola
(c) AFP/VADIM DENISOV

W pierwszej chwili można przejść obok wielkiej murowanej trybuny obojętnie. Ornamenty z sierpem i młotem spotyka się przecież często na ulicach Tyraspola. Jednak słowa wyryte na tablicy przykuwają uwagę: „Pokoleniu tyraspolan, które będzie obchodzić setną rocznicę Wielkiej Rewolucji Październikowej. Otworzyć 7 listopada 2017 roku”.

– W środku jest przesłanie. Ludzie pamiętają, że w 1967 roku zamurowano tam kapsułę. Ale co napisano, nikt już nie wie – mówi starszy mężczyzna, który zatrzymuje się obok.

Przez dłuższą chwilę obserwował mnie w milczeniu. Teraz patrzy z rezerwą, bo nie mogłam się oprzeć niestosownemu rozbawieniu. A przecież nie wypada bezszacunku odnosić się do czasów Związku Radzieckiego. Na pewno nie w Tyraspolu.

– To była wielka demonstracja, na placu zgromadziły się tłumy. Uczczono pięćdziesięciolecie radzieckiej władzy – mówi dalej mężczyzna. – Oczywiście, że żyło się wtedy inaczej. Czy lepiej? Co za pytanie. To był prawie raj. A teraz proszę popatrzeć, przez plac idą kobiety z torbami. Na bazar, handlować. Innej pracy dla nich już nie ma.

Tyraspol, stolicę nieuznawanego przez świat Naddniestrza, które oderwało się od Mołdawii, przecina szeroka ulica 25 Października. Jest przy niej wszystko – siedziby władz, sklepy, skromnie wyglądające kawiarnie i nawet mające kilkadziesiąt lat, lecz wciąż sprawne automaty z wodą sodową. Przyjezdnym miasto przypomina skansen komunizmu. Pomniki Lenina nieomylnie pokazują, gdzie mieści się coś naprawdę ważnego – im Lenin przed budynkiem większy, tym władza ważniejsza. Ale miasto nie sprawia przygnębiającego wrażenia. Na klombach kwitną kwiaty, ulice są zamiecione. – A u nas jak w czasach radzieckich – mówi z dumą młoda kobieta, pracująca w agencji prasowej Naddniestrza.

Kiedy idzie się ulicą 25 Października – nazwaną tak oczywiście, by wszyscy pamiętali, że tego dnia padł wystrzał z pancernika „Aurora” i rozpoczęła się nowa, szczęśliwa epoka – można pomyśleć, że ogląda się obrazek z radzieckiej czytanki. Dziewczynki w granatowych spódniczkach i białych rajstopach, chłopcy w garniturkach. Witryny księgarni udekorowane rysunkami uczniów przedstawiającymi „Mój ukochany kraj”.

Ale kiedy przestaje się patrzeć na dziecięce rysunki i portrety zasłużonych obywateli czy przodowników pracy zdobiące ulice, rzeczywistość traci kolory. Wystarczy wejść do sklepu – wszystko staje się tak szare i tandetne, jak jedyny gatunek papieru toaletowego dostępny w mieście.
Śladami Che Guevary

Mężczyzna, z którym siedzę w kawiarni Eilenburg, jest poszukiwany przez Interpol. Trzydziestosiedmioletni Dmitrij Soin sprawia sympatyczne wrażenie. Patrzy szczerze w oczy, często się uśmiecha. Każdy z jego gestów wyraża pozytywne nastawienie do świata. W końcu w jednym ze swoich wcieleń Dmitrij Soin jest dyrektorem tyraspolskiej Wyższej Szkoły dla Politycznych Liderów imienia Che Guevary.

– Pociąga mnie romantyzm Guevary, jego chęć zmieniania świata – mówi Soin. Jest nieco zakłopotany, gdy pytam go, czy w równym stopniu pociąga go antyamerykanizm Che. Dobiera ostrożnie słowa. Mówi o tym, że nie ma nic przeciwko Ameryce, lecz niepokoi go, iż dąży ona do hegemonii nad światem.

Soin umie się dopasować do rozmówcy. Kiedy opowiada mi o swym drugim wcieleniu – założyciela młodzieżowego ruchu Proryw – ani słowem nie wspomina o tym, o czym chętnie mówi rosyjskim dziennikarzom: że Proryw ma być antidotum na wszelkie kolorowe rewolucje.

– Chciałem przerwać apatię młodzieży, wzbudzić w niej entuzjazm. Udało się to całkowicie, wstąpili do nas najlepsi: studenci socjologii, nauk politycznych, historii – wylicza. – Jest nas coraz więcej.

Dyskretnie przemilcza metody szkolenia. Trening sztuk walki, strukturę organizacji podzielonej na pięciosobowe oddziały. Każdym kieruje dowódca, któremu pozostali muszą się bezwzględnie podporządkować. Tematem tabu są pieniądze.

– Mecenasi chcą pozostać anonimowi. To hojni przedsiębiorcy, częściowo z Moskwy, częściowo miejscowi – mówi wymijająco Soin. Pieniądze na Proryw muszą być naprawdę spore. Kiedy zaglądam do siedziby organizacji, która mieści się tuż obok kawiarni, widzę nowoczesne wyposażenie i dużo komputerów. Przed wejście zajeżdżają niezłe samochody, a niekiedy aktywiści przemierzają miasto kawalkadą aut, wśród których zdarza się nawet długa limuzyna.

Soin chętnie opowiada o prześladowaniach ze strony władz Mołdawii. Zupełnie nie rozumieją teatralizacji życia politycznego. – Stosują represje zgodne z zasadami odpowiedzialności zbiorowej. Na przykład teraz nasze aktywistki nie mogą wylecieć z lotniska w Kiszyniowie na kongres młodzieży w Osetii Północnej – skarży się Soin. – To zemsta za to, że niektórzy z nas palili mołdawskie flagi czy kukłę prezydenta Mołdawii Władimira Woronina.

Sam czuje się też ofiarą reżimu Mołdawii. – Niedawno zatrzymano u nas wysłane stamtąd komando, które miało mnie schwytać – opowiada Soin. To przez władze Mołdawii, które napuściły na niego Interpol, żyje jak więzień, zamknięty w Naddniestrzu. Chociaż jest poważnym człowiekiem, dziekanem katedry socjologii tyraspolskiego uniwersytetu.

To już trzecie wcielenie Dmitrija Soina, lidera przyszłych elit politycznych Naddniestrza. Istnieje także czwarte, o którym nie opowiada jednak zagranicznym dziennikarzom. Soin jest majorem naddniestrzańskiej bezpieki, szefem wydziału do spraw przestrzegania konstytucji.

Dla Interpolu jednak to tylko bezwzględny zabójca. Zastrzelił człowieka na oczach jego dziecka, za to tylko, że ten potrącił jego samochód. Major Soin jest podejrzany także o co najmniej jeszcze jedno zabójstwo.
Trumna dla redaktora

Aleksandrowi Radczence przyniesiono do redakcji trumnę. Solidną, przykrytą kirem. Na wieku znajdowała się tabliczka z jego nazwiskiem i zdjęciem w czarnej obwódce.

Dowiaduję się tego od współpracowników Radczenki. On sam – wysoki mężczyzna o surowejtwarzy i wyprostowanej sylwetce byłego oficera Armii Radzieckiej – macha lekceważąco ręką, gdy wspominam o prześladowaniu w Naddniestrzu politycznych przeciwników.

– Kamień do szyi i do Dniestru. Tak kończyli jeszcze kilka lat temu. Teraz nie ma już o czym mówić. Przed moim domem stoi co prawda auto, w którym stale ktoś siedzi i jestem pod obserwacją. Ale to tylko psychologiczna presja. Nawet już nie wybijają szyb.

Kiedyś kamienie stale leciały w okna redakcji wydawanego przez niego tygodnika „Człowiek i Jego Prawa”. Podpalano drzwi. Wszystko działo się pod bokiem milicjantów, którzy zawsze są w okolicy, bo niedaleko jest siedziba prezydenta i parlamentu. Radczenko dzwonił na milicję, dowiadywał się, że ekipa już wyjechała. Śledczy pojawiali się wieczorem i szybko umarzali dochodzenie z powodu niewykrycia sprawców. Choć dla nikogo nie było tajemnicą, że są nimi aktywiści Prorywu.

– No to co chce pani wiedzieć o Naddniestrzu? Proszę bardzo, kilka podstawowych faktów – uśmiecha się Radczenko. – Co czwarty człowiek jest związany albo ze służbą bezpieczeństwa, albo z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych, albo z armią. Prezydent ma dwóch synów. Jeden pracował w Rosji, w Federalnej Służbie Bezpieczeństwa, wrócił do Tyraspola i objął miejscowy Gazprombank. Drugi kontroluje służby celne na granicy. Co jeszcze mam mówić?

Nawet nie bardzo mu się chce opowiadać, takie to wszystko oczywiste. Tak samo jak fakt, że kilka lat temu istniała szansa na uregulowanie konfliktu między Naddniestrzem i Mołdawią. Ale negocjacje nieoczekiwanie zerwano. Wszystko wskazuje na to, że prezydent Naddniestrza Igor Smirnow powiedział swojej ekipie: chwileczkę, jeszcze nie zakończyliśmy podziału majątku.

Tym, co się dzieje na górze, ludzie się nie interesują. Władzy nikt nie patrzy na ręce.

– Jeszcze są wdzięczni, że nie jest gorzej. Przed wyborami dostają prezenty. Przyniesie się im do domu kilogram kaszy, odmaluje klatkę schodową – mówi z goryczą Aleksandr Radczenko – i już lecą na wybory poprzeć dobrą władzę.
Chleb był za darmo

Gdy rozmawiam z mieszkańcami Tyraspola, słyszę często dwa zdania. Jedno z nich brzmi: „Już tam na górze lepiej wiedzą, a my, zwykli ludzie, co tam możemy wiedzieć”. Pierwszy raz usłyszałam je pięć minut po przyjeździe do Tyraspola.

– Nie mogę was zawieźć do hotelu. Nie przyjmą. Najpierw trzeba pojechać na milicję. Zarejestrować się. Jakże tak, bez rejestracji i od razu do hotelu? – tłumaczył życzliwie taksówkarz. – Nie szkodzi, że jest noc. Milicja przecież rejestruje przyjezdnych całą dobę. Do rana czekać nie wolno. Jak tak naczelnicy wymyślili, to na pewno powód był.Drugie zdanie, które często można usłyszeć w Tyraspolu, to: „Chleb był za darmo”. Brzmi dość irracjonalnie. Kto rozdawał chleb? Bo kiedy, to wiadomo – za radzieckiej władzy.

Ale gdy jem pierwszy obiad w stolicy Naddniestrza, wszystko staje się jasne. – Chleb potrzebny? – pyta młoda kelnerka. Kiedy mówię, że tak, patrzy na mnie jak na niezbyt rozgarniętą osobę. Zadaje pytanie pomocnicze: – Ile chleba? – Trzeba powiedzieć z góry, ile się zje kromek. Dwie, trzy. Każda policzona i opłacona.

W Tyraspolu wspomina się więc szczęśliwą epokę, w której w stołówkach i restauracjach można było wziąć tyle chleba, ile się chciało. Wierzy się, że możliwe to było tylko w Związku Radzieckim. Kiedy mówię miejscowemu dziennikarzowi, że w Polsce kelnerka po prostu przynosi do stolika koszyczek z pieczywem, patrzy na mnie z urazą. Rozmowa gaśnie. Popełniłam nietakt. Chciałam zniszczyć jego wspomnienia o szczęśliwej przeszłości, wyjątkowym, jedynym na kuli ziemskiej państwie, w którym zrealizowano ideały społecznego dobrobytu.

Chleb dawany za darmo w stołówkach był symbolem. Mięso, jako powszechnie dostępny towar, miało się zapewne pojawić, gdy Związek Radziecki przejdzie do następnego etapu i zbuduje już komunizm. Może w okolicach stulecia rewolucji październikowej. Być może właśnie w zamkniętym w kapsule w przesłaniu do przyszłych pokoleń napisano między innymi, że na pewno na stole każdego radzieckiego człowieka jest już kotlet?

Kiedy idę na tyraspolski bazar, bez trudu znajduję mięso. Nie tylko dlatego, że budki są tuż przy wejściu. Unosi się wokół nich mdlący fetor. Na półkach leżą dziwne ochłapy, spiętrzone pazury kur, odrąbane głowy z szyją, jakieś trudne do zidentyfikowania fragmenty kurzej anatomii.

Kilka miesięcy temu paru polskim przedsiębiorcom udało się zrobić interes życia. Sprzedali do Naddniestrza olbrzymią partię amerykańskich przeterminowanych kurczaków. Wpadły do „czarnej dziury Europy”, jak określa się Naddniestrze, i szybko pojawiły się na sąsiedniej Ukrainie.

W Tyraspolu mięsa się nie kupuje, bo ludzi na nie nie stać.

– Żyje się ciężko. Nikt jednak nie protestuje, a o problemach otwarcie mówią tylko emeryci. Oni mogą być odważni, pracy już nie stracą – mówi mi pięćdziesięcioletnia Swietłana, spotkana w redakcji „Człowieka i Jego Praw”. – Najlepiej było za czasów radzieckich. No, może nie wszystko było idealne. Mój dziadek, zawodowy wojskowy, miał w 1937 roku, kiedy były największe represje, spakowany węzełek z czystą bielizną. Każdego wieczoru nasłuchiwał kroków na schodach, czy już po niego idą. Ale wie pani, że chleb był u nas za darmo?
Wymarzony paszport

W torebce Ludmiła ma dwa paszporty. Oba na okładce mają sierp i młot. Jeden to paszport naddniestrzański, drugi radziecki. Z obu pożytek niewielki – nie można z nimi wyjechać z Naddniestrza. Dlatego Ludmiła, czterdziestodwuletnia lekarka z Tyraspola, siedzi na ławeczce przed nowym budynkiem, na którym nie ma żadnej tabliczki, ale wszyscy mówią o nim „rosyjski konsulat”. Czeka, aż przyjdzie jej kolejka. Złoży papiery i za pół roku dostanie paszport Federacji Rosyjskiej.

– Cała nasza nadzieja w Rosji. Tylko Rosja nam pomoże, tylko ona nas obroni – mówi Ludmiła z przejęciem, a wszyscy jej przytakują. W referendum, które odbyło się dwa tygodnie temu, 17 września, głosowali za oderwaniem od Mołdawii i stowarzyszeniem Naddniestrza z Rosją. Rosja jest silna i dobra. Na Ukrainę, która jest tuż za miedzą, nie ma co liczyć. A Mołdawia to państwo nie tylko rządzone przez nacjonalistów, którzy mogą włączyć ją do Rumunii, ale w dodatku ubogie.

– W końcu to do Rosji jedzie się, by zarobić. Nawet żony państwowych urzędników jeżdżą do Moskwy, by pracować jako guwernantki w zamożnych domach – mówi Ludmiła.

Każdy ma kogoś w rodzinie, kto wyjeżdża za granicę zarabiać, jeśli nie krewnych, to przynajmniej znajomych. Swietłana opowiada, co wydarzyło się w jej rodzinnej wsi. Dom sąsiada wyglądał coraz lepiej. Najpierw go odmalowano, potem pojawiły się nowe drzwi, porządne okiennice. Sąsiedzi byli zadowoleni, że córka nie zapomina o rodzinie. Wiedzieli, co robi. Pojawiała się nawet we wsi ze swoim sutenerem, przyjeżdżała z Turcji na krótko. Namawiała inne dziewczyny, żeby szły w jej ślady.

– Wróciła do domu w trumnie. Rodzinie powiedziano, że zginęła w wypadku samochodowym – opowiada Swietłana. – Otworzyli trumnę. Dziewczyna była w białej ślubnej sukni, bo tak chowa się u nas młode dziewczyny. Na szyi miała wielką szramę, poderżnięte gardło.

Kiedy pytam Swietłanę, czy przyjdzie za jedenaście lat, w rocznicę stulecia rewolucji październikowej, na plac w Tyraspolu i zobaczy, co za posłanie zamknięto w zamurowanej kapsule, uśmiecha się.

– Każde dziecko w radzieckiej szkole pisało takie wypracowanie. Jak będzie wyglądał nasz kraj za kilkadziesiąt lat, gdy wreszcie nadejdzie komunizm. Na pewno tam są takie marzenia o świetlanej przyszłości. Że każda rodzina ma własne mieszkanie, przejściowe trudności są już usunięte… Ojej, wy wszystko nagrywacie! I co teraz będzie?
Bez pancernych i pionierów

– U was w Polsce źle się dzieje – Nadieżda Iwanowna smutno kiwa głową. – Wiem, wiem, nie pozwalają już nawet w telewizji puszczać „Czterech pancernych i psa”. A to był ulubiony film mojej młodości. U nas w rosyjskiej telewizji zresztą też jest niedobrze. Powinno się jakąś cenzurę wprowadzić, ideologiczną. Bo jak to wszystko wpływa na młodzież? Zupełnie bez dyscypliny rośnie. Nie ma już pionierów, timurowców, żadnego wychowania.

Nadieżda Iwanowna pracuje w muzeum. Mały budynek mieścił kiedyś siedzibę sztabu brygady kawalerii Grigorija Kotowskiego, który w czasie wojny domowej wyparł z Tyraspola białą armię. W trzech małych salkach jest pusto, nie ma zwiedzających i Nadieżda Iwanowna może ze mną rozmawiać.

Kiedy zagaduje się starszą osobę w Tyraspolu, zawsze można się spodziewać, że jeden temat wzbudzi żywe emocje: jak trudno przeżyć z emerytury.

Sześćdziesięciotrzyletnia Nadieżda ma szczęście, że udało się jej znaleźć pracę. – Trochę mnie upokarza, że nie mogę jeść tego, co chcę, ale to, na co mnie stać. Kapustę, ziemniaki, marchewkę, kaszę. Śmietanę i twaróg to już dlatego, że dorabiam – wylicza jednym tchem produkty dostępne dla emeryta. Jeśli się dostaje czterysta rubli naddniestrzańskich emerytury, równowartość pięćdziesięciu dolarów, to na pewno nie można sobie pozwolić na kawałek mięsa.

A jak inaczej żyło się w czasach radzieckich.

– Idę sobie ulicą, mam w ręku dwie siatki – wspomina Nadieżda Iwanowna z rozmarzeniem – w każdej arbuzy. Mogę ich jeść, ile chcę. Ale człowiek zarabiał siedemdziesiąt rubli, a kilogram kiełbasy kosztował dwa ruble. To proszę sobie tylko to wszystko wyobrazić.

Czasami w myśli Nadieżdży Iwanowny, gdy snuje wspomnienia z czasów radzieckich, wkrada się pewien niepokój. Może nie wszystko było idealne? Przecież kiedy jeszcze trwał Związek Radziecki, w 1991 roku, ludziom przepadły oszczędności w bankach. Po prostu ich nie wypłacono i już. A ojciec Nadieżdy Iwanowny całej wypłaty do domu nie przynosił, bo musiał kupować państwowe obligacje. Stalin obiecał, że państwo je wykupi, ale tak się nigdy nie stało. Jak tak wszystko przemyśleć, można by powiedzieć, że chociaż tak ślepo państwu wierzyli, to państwo ich okradło. – Chyba nie trzeba było aż tak wierzyć? – pyta nieśmiało Nadieżda Iwanowna. Mimo wszystko przyjdzie jednak w setną rocznicę Wielkiej Rewolucji Październikowej na plac w Tyraspolu, by zobaczyć, co za przesłanie napisali kiedyś radzieccy ludzie dla przyszłych pokoleń.
Polskie geny buntu

Poszukuje się snajpera. Wynagrodzenie miesięczne w wysokości stu dwudziestu pięciu dolarów. Ta oferta długo wisiała w tyraspolskim Urzędzie Pracy.

Swietłana Bazylowska, inteligentnie wyglądająca pięćdziesięciolatka, pamięta, jak odwiedzając urząd, myślała sobie, że chyba w innych państwach specsłużby szukają specjalistów i killerów dyskretniej. Ale w końcu miała własne problemy. – Naczelnik to car i Bóg, a ty durak. Taka zasada u nas panuje. A ja nie umiałam zgiąć karku. Chyba przez te odziedziczone po dziadku polskie geny. I nie chodziło mi o to, że w archiwum państwowym Naddniestrza moim szefem był chłopak po technikum samochodowym. Naczelnikiem zaś pielęgniarka. Bo przecież tak już u nas jest, panuje system klanowy i o stanowisku decydują związki rodzinne.

Dlatego Bazylowska, samotna kobieta bez rodziny, historyk z uniwersyteckim wykształceniem i niegdyś archiwistka w stolicy Mołdawii, Kiszyniowie, wiedziała, że niżej od niej jest tylko sprzątaczka. Ale choć znała reguły gry, popełniła błąd. Dziwiła się, że z archiwum znikają pewne dokumenty, a do innych coś się dopisuje. Za późno zrozumiała, że ta dociekliwość ją zgubi. Zacierano ślady po prywatyzacji i jej pytania działały wszystkim na nerwy.

Nie dostanie już nigdy pracy w żadnej instytucji Naddniestrza. Na szczęście może jakoś przeżyć – Cerkiew płaci jej niewielkie pieniądze za poszukiwania w archiwach dokumentów dotyczących prawosławnych mnichów zamordowanych przez władzę radziecką. Co będzie dalej, nie wie.

– Co mi tam, w końcu, jak ginąć, to z hukiem i trzaskiem – mówi nieoczekiwanie. – Proszę się spotkać ze mną za dwie godziny, to coś pani przyniosę.

Kiedy siedzimy już na ławeczce w parku – to podobno najlepsze miejsce, w końcu ściany mają uszy – Swietłana triumfalnym gestem wyciąga z torebki małą, czerwoną książeczkę. Konstytucję Republiki Naddniestrza. Z początku obowiązywała konstytucja przepisana żywcem z ustawy zasadniczej Federacji Rosyjskiej. Jednak kilka lat temu prezydent Igor Smirnow wprowadził swoje zmiany. Parlament przyjął je bez sprzeciwu, szarpał się tylko Aleksandr Radczenko, który wówczas był deputowanym, i jeszcze dwóch innych, nieoczekiwanie hardych posłów.

– Smirnow ma teraz władzę absolutną, większą niż kiedyś car Mikołaj II. Powołuje i rozpuszcza gabinet, bo żadnego premiera nie ma. Mianuje i odwołuje sędziów – mówi Swietłana. – Ale proszę popatrzeć na artykuł 54.

Czarno na białym napisano, że w razie nadzwyczajnego położenia – a dotyczy to także „nadzwyczajnego położenia ekonomicznego” – odwołuje się pewne artykuły konstytucji. Co oznacza „nadzwyczajne położenie ekonomiczne”, nie wiadomo, ale może oznaczać na przykład blokadę ekonomiczną. Tak zaś władze określają porozumienie zawarte kilka miesięcy temu przez Mołdawię i Ukrainę, że żadne towary nie mogą wyjeżdżać z Naddniestrza bez mołdawskiej akcyzy i cła. Jeśli zaś prezydent Naddniestrza uzna, że położenie jest nadzwyczajne i przestaje obowiązywać dziesięć artykułów konstytucji, to okaże się, że nie ma tu już praktycznie wszystkich znanych na świecie praw człowieka i obywatela. Także prawa do procesu i sądu oraz własności prywatnej.
Przesłanie

Prezydent Igor Smirnow patrzy na mnie badawczo. Ma mi do powiedzenia coś ważnego, co powinnam przekazać światu. Zupełnie nieoczekiwanie znalazłam się w jednym z gabinetów siedziby władz Naddniestrza. Żadnej konferencji prasowej nie miało być, zapewniano o tym w centrum prasowym. Jednak uwierzyłam rosyjskiemu dziennikarzowi, który powiedział mi, że Smirnow mimo wszystko spotka się po referendum z prasą. Selekcja na bramce była ostra – weszli dziennikarze naddniestrzańskich gazet i telewizji oraz starannie wybrani z mediów rosyjskich. Po pertraktacjach uznano, że jako przedstawicielka zachodniej prasy też mogę być obecna.

I oto, gdy taktownie odczekałam, aż „szanownemu prezydentowi Igorowi Nikołajewiczowi”, jak go nazywano, pozwolono wypowiedzieć się na temat woli narodu do zjednoczenia z „wielką Rosją”, mogę wystrzelić z pytaniem. Kiedy władze Naddniestrza spodziewają się, że niepodległość ich państwa zostanie uznana przez świat?

Właśnie wtedy prezydent Igor Smirnow uznał, że mogę odegrać ważną rolę.

– Kłamstwa, oszczerstwa i propaganda rozpuszczane na nasz temat przez reżim Mołdawii szkodzą nam w świecie. To dlatego nie zostaliśmy uznani. Niestety, nie liczy się moralność w polityce, ale pieniądze i interesy – mówi z naciskiem Smirnow. – I proszę o tym napisać, proszę pokazać światu, jaka jest u nas obiektywna sytuacja. A na uznanie niepodległości będziemy czekać – czekać tak długo, jak trzeba.
MAJA NARBUTT

Reklamy

Projekt dla Polski


Na ważkie pytanie w wielkiej sprawie można dać odpowiedź wielowątkową, sięgającą wszerz i w głąb. Ale można też dać krótką, poruszającą wyobraźnię i emocje. Tej pierwszej udzielają historycy opisujący losy narodów, ludzi i myśli. Tę drugą dają sobie i społeczeństwu przywódcy, którzy wpisują się w historię


Wizje Polski, które mieli Piłsudski, Jan Paweł II, Wałęsa, streszczały się w paru prostych zdaniach. Nie miało znaczenia, że Wałęsa przedstawiał swoją wizję niegramatycznie. Zachowywał styl polskiej polityki. Wyznaczał jej kolejny idiom: otwierał przestrzeń nadziei na jutro oraz wytyczał na co dzień postawę elastycznej niezłomności. Za tymi wielkimi wizjami ludzie gotowi byli iść i doszli do realizacji swoich marzeń. Zamykały się one w paru słowach kluczach: Wolność i niepodległość. Godność i solidarność. Pluralizm i demokracja. Przez gospodarkę rynkową do kapitalistycznego dobrobytu. Polska w Europie, gdyż nie ma Europy bez Polski.

Gdy ludzie głoszący wizję są na miarę wyzwań, ci sami niesforni Polacy podążają za nią i dorastają do wielkości zadań. Co mogłoby być dzisiaj tą wizją ukierunkowaną na przyszłość Polski w Europie i świecie? Nowoczesne państwo-minimum, silne swoim pragmatyzmem. Ze sprawną armią, policją, służbami specjalnymi. Pozostawiające obywatelom maksimum wolności pod rygorami minimalistycznie zakreślonych zakazów. Każdy zbyt zachłanny prawodawca zapomina, że Polak – ten rzeczywisty – definiuje prawo jako to, co trzeba omijać. Trudno bowiem nie omijać kolejnych bezsensownych przepisów, nie tyle regulujących ruch, co zmieniających go z lewostronnego na prawostronny lub odwrotnie. Takie rozumienie prawa może najruchliwszych społecznie i ekonomicznie doprowadzić do katastrofy.

Problemem w Polsce nie jest wiedza, lecz charaktery i umiejętności przywódców. Gdy nie dają oni Polakom poczucia klasy, jakości, techniki organizacji, to trudno uwierzyć, że państwo jest stróżem spraw publicznych, choćby ich słowa ociekały troską o dobro wspólne. Zapatrzeni w siebie nie rozumieją, że im mniejsza będzie władza państwa polskiego nad Polakami, tym silniejszy solidarny naród i społeczeństwo.

Jest wiele przyczyn, dla których Polska przegrywa zwycięstwa i karleje właśnie wtedy, gdy mogłaby – mocą sił wewnętrznych i koniunktury zewnętrznej – znów dźwignąć się do wielkości. To, co zmienia znak przed polskimi wartościami z dodatniego na ujemny, jest pod koniec jednym gestem, jednym impulsem, jedną chwilą nieuwagi. W polityce jest miejsce i dla wizjonerów, i dla opowiadaczy, i dla politycznych dryblerów. Ale w tej drużynowej grze na końcu musi być sukces, czyli czyn. To jest miara wizji i przywództwa. Państwo ma być bardziej prawe i bezpieczne, obywatele wolni i szczęśliwi, pozycja kraju i jego autorytet w świecie na miarę obudzonego potencjału. Jeśli zaczyna się szerzyć strach przed chamem, który chce rządzić, i wstyd za tych, którzy rządzą, to choćby i mieli oni rację w 80 procentach, wdepną w klęskę. Ta racja skrojona i uszyta z ludzkich małości nigdy nie da poczucia wielkości niezbędnego do realizacji wizji. Przestrzeń nadziei, którą tworzy każda władza, musi się wypełnić pracą na rzecz państwa i społeczeństwa. Ale pracą pewnej jakości, ludźmi pewnej próby. Wtedy dopiero naród czuje się gospodarzem demokracji. Jest u siebie. Rezygnuje z podziału my – oni. Taka wizja Polski nie jest wbrew pozorom budowana ze słów, lecz z relacji słów do czynów. Polacy mają silne poczucie ironii. Frazes patriotyczny trawią tylko w sytuacjach walki. Gdy rzeczywistość skrzeczy, wysokie C, na którym przemawiają politycy nieumiejący radzić sobie z prostymi sprawami jak drogi i mosty, tylko śmieszy. Wszak obywatele muszą sobie radzić, żeby żyć, jeżdżąc po polskich drogach i mostach.

Polacy są Anglosasami w podejściu do państwa i prawa, tylko o tym nie wiedzą. A już na pewno nie wiedzą o tym nasi politycy. Polak – ten rzeczywisty, historycznie ukształtowany (a nie model z niedoszłych, mam nadzieję, lekcji patriotyzmu) nie przyjmuje do wiadomości prawa jako minimalnej regulacji. Tej, która ma zapobiegać, aby ludzie nie deptali sobie po nogach lub głowach. Takiego prawa Polak od dwustu lat nie znał. Znał prawo zaborców, okupantów, krótkotrwałych rządów, które za pomocą ustaw, rozporządzeń i ordynacji próbowały przepchnąć swoich. Określenie „polityka TKM” (dla najmłodszych: Tera, k…, my), jak Jarosław Kaczyński trafnie i dosadnie określił politykę AWS (dla najmłodszych: Akcji Wyborczej Solidarność), pasuje tak samo do jego własnej polityki, jak i do polityki wszystkich jego poprzedników. Gdy nie buduje się autostrad, trzeba albo „wyrąbać autostrady w przepisach”, albo „sczyścić” tych, którzy odpowiadają za infrastrukturę. Problemem jest albo niedoskonałość prawa, albo nie dość wierny i bezwzględny pretorianin. Słowem: jakiś układ prawny bądź ludzki powoduje, że pociąg historii wciąż stoi na stacji Trzeciej czy Czwartej Rzeczypospolitej. Maszynista nigdy nie jest winien.

Jest to ta sama od czasów Mazowieckiego czy Olszewskiego polityka niezgodna z duszą i mentalnością narodu. Polityka schlebiająca lenistwu myślowemu i fizycznemu, preferująca niemiecko-francuską wizję państwa i prawa. Rządzący wciąż szukają idealnego, jak najbardziej szczegółowego regulaminu, aby obywatele przestali pławić się, a jakże, w lenistwie, grzechu, pijaństwie i korupcji. Gdy słyszę dziś na serio wypowiadane słowa o rewolucyjnej misji administracji i innowacyjnej roli urzędników, ogarnia mnie pusty śmiech. Mrożkowsko-gombrowiczowski Polak, którego siłą była zawsze improwizacja, fantazja, zaradność i mobilizacja ad hoc, ma być znowu modernizowany przez korpus urzędniczy nowego Napoleona pod dyktatem Kulturkampf naszego Bismarcka, wspieranego przez Nikodema Dyzmę. Ten, mając sam wyroki, lekko wyrokuje o wyrokach innych.

Gdyby nawet Polak nie był świadomy swoich anglosaskich cech, udowodnił przez KOR, „Solidarność”, ruchy oazowe, Pomarańczową Alternatywę i Okrągły Stół, że rozumie i czuje, czym jest poszerzanie precedensów. Jeśli widzi sukces jakiegoś sposobu życia, podejścia do problemu, chwytu na rzeczywistość, to póki nie zaprzecza to imponderabiliom i poczuciu honoru, prze do przodu. Poszerza pole działania i zagospodarowuje przestrzeń wolności, do której się przebił. Nieważne, czy musiał omijać zaborcze, satelickie czy we własnym państwie uchwalone, ale równie idiotyczne, przepisy, które ograniczały jego aktywność i inteligencję. I nieważne, czy stanowimy prawo o lustracji i dekomunizacji, podatkach i wolności gospodarczej, oświacie i kulturze, obronności i bezpieczeństwie, służbie zdrowia i ubezpieczeniach społecznych lub infrastrukturze i planowaniu przestrzennym, zawsze musimy uwzględniać anglosaską mentalność Polaka. Tu trzeba minimum regulacji, ale jasnych na tyle, aby nie generowały „plusów ujemnych”. Nie gwałciły poczucia prawa i sprawiedliwości. Pozwalały na uczciwą, ale twórczą interpretację, bez zanurzania się w Kartezjański Ordnung. Polacy są zbyt bystrzy, aby wmawiać im, że istnieje konflikt interesów między mężem a żoną kierującymi dwiema ekonomicznymi instytucjami, ale nie ma konfliktu interesów między dwoma braćmi kierującymi dwiema najważniejszymi instytucjami państwa. Albo, albo. Zatem pierwszym warunkiem zarysowania politycznej wizji Polski jest przyjęcie innej, niż stosowana przez te kilkanaście lat, retoryki wypowiedzi – komunikowania się ze społeczeństwem zgodnie z jego charakterem. Wprost i bez wykrętów. Tu nie brakuje sprytnych nierobów. Ani wśród rządzonych, ani wśród rządzących.

W Polsce prawdziwego gospodarza rozpoznaje się po tym, że wciela swoją wizję w życie rzeczowo i merytorycznie, widzi proces realizacji w czasie i rozumie jej aspekt finansowy. A przede wszystkim potrafi wściekać się, gdy sprawy idą źle, a cieszyć i dziękować wszystkim, gdy idą dobrze. Realizując zatem swojąwizję, daje czytelne sygnały, że rozumie mechanizm działania. Bierze odpowiedzialność za jego organizację. Nie zwala go na innych, umie wymagać, bo wie, czego chce. I umie cieszyć się, gdy spotyka się z dobrą współpracą. Bowiem prawdziwy przywódca narodu nie może być ponurakiem podlizującym się społeczeństwu. Jakie ono jest, każdy widzi. W Polsce wystarczy jeden popsujzabawa, aby najlepszy zespół ludzki zdemoralizować, zablokować, sparaliżować. Toż to kraj liberum veto, nie ma tu odruchu natychmiastowego ukrócania napadów agresywnej głupoty, bezmyślnych podejrzeń czy bezinteresownej zawiści. Polska ryba nie psuje się od głowy, jak sądzą za każdym razem opozycyjni publicyści, przekonani, że ich głowa polityczna byłaby lepsza. Nasza ryba psuje się i od ogona, i od brzucha, i od głowy. To buzująca od dołu i od góry bezinteresowna nienawiść i zawiść powodują, że niemal każde społeczne współdziałanie napotyka na bezsensowny opór. Czasem określamy taką sytuację: jak z Mrożka. To obraza Mrożka, wszak on tylko wziął to „ze społeczeństwa”.

Byliśmy świadkami polskiej autodestrukcji tak samo w fazie transformacji po Okrągłym Stole i niezgody na dekomunizację, jak jesteśmy teraz, gdy młode kadry niedoszłych kombatantów próbują obalać wszystkie autorytety, licząc na zajęcie ich miejsc na pustych cokołach. Polska autodestrukcja wynika z pychy, z niezgody na hierarchię, z niezdolności do koncentracji w momencie zwycięstwa. Cwałująca ambicja każdorazowych zwycięzców każe im wierzyć, że 38-milionowym narodem da się rządzić za pomocą własnej kliki, familii, pretorianów. Rządzący nie widząkapitału ludzkiego i intelektualnego, bez którego Polska nie byłaby Polską i nie pozostałaby Polską. Nie ma w nich śladu zrozumienia, że największym atutem Polaka jest jego samodzielność, inteligencja, inicjatywa, fantazja. Zgoda – zbyt nieokiełznane, ale gdy się je okiełzna, Polak zaśnie. W naszym kraju plany długofalowe wyparowują natychmiast z głów. Wzrok mętnieje, powieka sama opada. Tu liczy się coś, co następuje dzisiaj, jutro, pojutrze, jeszcze za tydzień, a najdalej za miesiąc. Reszta to mowa-trawa, trele-morele. Tu dzieci śpiewały „w nocy nalot, w dzień łapanka”, „nie chcemy komuny, nie chcemy i już”. Każdy rządzący, jeśli nie zrozumiał tego „i już” w zestawieniu z grozą i nudą komuny, nie zrozumiał nic z Polaków i z Polski.

Słowa Piłsudskiego, Jana Pawła II i Wałęsy były różne, ale prowadziły do wielkości Polski ponad małością i miałkością Polaków. Alfred Jarry, pisząc „Ubu Króla”, umieścił akcję sztuki „w Polsce, czyli nigdzie”. Nasi przywódcy od 1989 roku prowadzą politykę w Polsce, czyli nigdzie. Próbują rządzić narodem, którego się boją, którym gardzą albo który lekceważą i któremu taktycznie schlebiają. Jakby ten naród nie znał swoich przywar. I jakby przywódcy, grając na przeciętnych, liczyli, że obywatele wybaczą im samym przeciętność. Że niby demokracja, więc my z nich, oni z nas. A ja myślę, że w każdej wizji Polski trzeba przede wszystkim widzieć Polaków i ich ducha – to jest geniusz i marność. Bowiem jak kończy się „Ubu Król”? Bohaterowie mijają Germanię, a na uwagę, iż to „kraj bardzo piękny”, Ubu odpowiada: „Ha! Panowie! Choćby był najpiękniejszy, to nie to, co Polska. Gdyby nie było Polski, nie byłoby Polaków!”.

CZESŁAW BIELECKI