Piosenka o dwóch ojcach – film


Piosenka o dwóch ojcach – film

artykuły na temat programu telewizyjnego:
Ojcowie zastąpią mi matkę
Szkoła uczy, jak być gejem
Od tolerancji do obowiązkowej sympatii wobec gejów

Z autorami artykułów polemizuje Robert Biedroń prezes Kampania przeciw Homofobii czytaj Spójrzcie gejom w oczy

Reklamy

Spójrzcie gejom w oczy

Źródło: Rzeczpospolita: Spójrzcie gejom w oczy
29.12.2006

POLEMIKA ROBERTA BIEDRONIA Z DZIENNIKARZAMI „RZ” Czy pary homoseksualne mają prawo wychowywać dzieci

W Polsce kilkadziesiąt tysięcy dzieci jest wychowywanych w rodzinach gejowskich i lesbijskich. Znam wiele z nich osobiście i zapewniam, że nie są to zdegenerowane dzieci dwóch zboczeńców

Nastolatek śpiewa piosenkę o swoich ojcach gejach. Opowiada w niej, jak żyje w homorodzinie, o swoich radościach i smutkach. To nagranie z popularnego holenderskiego programu telewizyjnego dla dzieci. Siedzące obok inne dzieci podchwytują słowa piosenki Terence’a, który został potraktowany tak jak setki innych występujących w tym programie. Normalnie.

Ale nie dla autorów „Rzeczpospolitej”, którzy obejrzeli fragmenty holenderskiego programu. Z zażenowaniem przeczytałem teksty Piotra Zychowicza („Szkoła uczy, jak być gejem„) i Beaty Zubowicz („Od tolerancji do obowiązkowej sympatii„) z 20 grudnia 2006 r., poświęcone „wychwalaniu homoseksualizmu”, a w istocie homorodzicielstwu.

Do niedawna takie teksty, pełne manipulacji, agresji i braku zrozumienia dla drugiego człowieka, publikowane były na łamach „Naszego Dziennika”. Teraz dołączyła do niego „Rzeczpospolita”.

Piotr Zychowicz uznał holenderski program za „wychwalanie homoseksualizmu” i przyłączył się do manipulacji uprawianej w telewizyjnym programie Jana Pospieszalskiego, wieszcząc: „Homoseksualiści wkraczają do szkół”.

Z tekstów w „Rzeczpospolitej” płynie przekaz: chrońmy dzieci, bo nasza cywilizacja jest zagrożona przez „potężne lobby”, które swoje „upodobania seksualne” próbuje narzucić większości społeczeństwa. Tym wstrętnym zboczeńcom nie chodzi już o równe prawa, ale „o afirmację ich stylu życia”, o hołd złożony ohydnym „upodobaniom seksualnym”.

Nie są to pierwsze manipulacje, jakich dokonują dziennikarze i publicyści piszący o rodzicielstwie gejów i lesbijek. Dyskusja na ten temat jest w Polsce celowo prowadzona tak, by zbrudzić i zohydzić ten temat i w ten odrażający sposób przedstawić go społeczeństwu. Z powodzeniem, ponieważ badania społeczne pokazują, że choć o gejach i lesbijkach wiemy niewiele, to chętnie ich potępiamy, z góry negatywnie kwalifikując ich potrzeby wychowawcze i możliwości rodzicielskie.

Proponuję, by zastanowić się nad tematem poważniej. Demonizowanie gejów i lesbijek, przedstawianie ich jako potworów, które chcą skrzywdzić dzieci, jest nie tylko niegodne, ale i nieprawdziwe. Czy tego chcemy bowiem, czy nie, geje i lesbijki także w Polsce dzieci wychowują. Robią to jako nasi nauczyciele, księża, babcie, wujkowie oraz – co najważniejsze – jako matki i ojcowie.

Tak jest, choć może to być dla redaktorów „Rzeczpospolitej” szokujące: osoby homoseksualne w III RP (a pewnie nawet w IV) wychowują dzieci jako rodzice. Mają je najczęściej z wcześniejszych związków heteroseksualnych, rzadziej poprzez indywidualną adopcję (co w Polsce jest możliwe).

Wychowując swoje dzieci, rodziny homoseksualne w Polsce z oczywistych względów ukrywają ten fakt. Niezrozumienie społeczne i nietolerancja wobec gejów i lesbijek w ogóle, a już homorodzicielstwa w szczególności, jest bowiem porażające. Teksty takie jak opublikowane na pierwszej stronie „Rzeczpospolitej” nienawiść tę tylko pogłębiają.

Kampania przeciw Homofobii szacuje, iż w Polsce jest kilkadziesiąt tysięcy dzieci wychowywanych w rodzinach gejowskich i lesbijskich. Wyrastają na takich samych Polaków i Polki jak inni – czasem lepszych, czasem gorszych. Znam wielu z nich osobiście i zapewniam, że nie są to zdegenerowane dzieci dwóch zboczeńców.

Proszę o zastanowienie się, dlaczego w kraju, w którym walczy się o dobro dziecka nienarodzonego nawet kosztem życia jego matki, w tak okrutny sposób traktuje się życie narodzonych? O chwilę refleksji nad tym, jak czuje się po przeczytaniu tekstów pani Zubowicz i pana Zychowicza para lesbijek, która wychowuje w Polsce swoje dziecko? Czy są one rzeczywiście częścią „potężnego lobby homoseksualnego”, czy chcą jedynie „afirmacji ich stylu życia”? A może po prostu chcą spokojnie, bez nienawiści i nietolerancji, wychowywać swoje dziecko?

A może nie powinny mieć do tego prawa? Może pani i pan redaktorzy w następnym artykule nakażą odbieranie dzieci gejom i lesbijkom? Boć przecież wiadomo, że „gejowski styl życia to narkotyki, alkohol, rozwiązłość seksualna”, by zacytować jedną z przytaczanych przez nich opinii. Przypominam jednak, że w historii XX wieku odbieranie dzieci już było. Pamiętamy takie systemy sami albo z lekcji historii. Uzasadnienie było takie samo jak w waszych tekstach – odmowa zrozumienia inności, uprzedzenie, nienawiść i pogarda dla drugiego człowieka.

Wstydzę się, że „Rzeczpospolita” drukuje i eksponuje teksty, w których nienawiść przesłania myślenie, które mieszają informację z agitacją. Gejów i lesbijek, a także ich dzieci, nie trzeba kochać, nie trzeba ich afirmować i dawać im szczególnych praw. Trzeba tylko pamiętać, że są takimi samymi ludźmi jak redaktorzy „Rzeczpospolitej”, że mają swoją niezbywalną godność i swoje uczucia. A może się nawet zdarzyć, że będą waszymi dziećmi, małżonkami, kolegami czy koleżankami z redakcji. Spójrzcie im w oczy i powiedzcie to, co napisaliście.

Robert Biedroń
Robert Biedroń jest politologiem i prezesem stowarzyszenia Kampania przeciw Homofobii


Dziecko powinno mieć ojca i matkę

Odpowiedz redaktorów na zarzuty Roberta Biedronia

Pan Robert Biedroń zarzuca nam „manipulację, agresję, brak zrozumienia dla drugiego człowieka”, twierdzi, że pisząc nasze teksty, kierowaliśmy się nienawiścią do homoseksualistów, która przesłania nam myślenie, oraz że mieszamy informację z agitacją.

Cóż, z tak sformułowanymi – niezwykle emocjonalnymi – oskarżeniami, które z jednej strony odnoszą się do naszego warsztatu dziennikarskiego, a z drugiej – do naszych rzekomych sympatii i antypatii, trudno polemizować. Ale spróbujmy.

Zacznijmy od strony warsztatowej. Zarzut, że mieszamy informację z agitacją, wydaje się chybiony. Czym innym jest bowiem tekst informacyjny, a czym innym komentarz. Naturą komentarza jest to, że autor wyraża w nim własne opinie. Ponieważ w Polsce wolność słowa jest respektowana, każdy ma prawo do swoich poglądów, nawet jeśli panu Biedroniowi się one nie podobają.

W tekście informacyjnym natomiast autor powinien możliwie najpełniej opisać dany problem, pozwalając zabrać głos obu stronom. Taką możliwość miał również m.in. pan Biedroń, którego opinia znalazła się w „Rzeczpospolitej”, choć raczył tego nie zauważyć.

Jeśli chodzi o nasze sympatie, to sprawa jest trudniejsza. Moglibyśmy starać się przekonywać, że nie pałamy nienawiścią do homoseksualistów z powodu ich „inności” i że ani nam było w głowie wzbudzać agresywne nastawienie do ludzi o odmiennych upodobaniach seksualnych, ale pan Biedroń i tak nam zapewne nie uwierzy. Środowiska aktywistów gejowskich zwykły bowiem oskarżać o homofobię każdego, kto do ich postulatów i żądań nie odnosi się z należytym entuzjazmem.

Pan Biedroń rację ma tylko w jednym: w przeciwieństwie do niego nie uważamy, by ” homorodzina” i ” homorodzicielstwo” – jak to określa – były czymś normalnym. Choć zdajemy sobie sprawę, że zapewne są homoseksualiści, którzy wychowują dzieci pochodzące z ich poprzednich heteroseksualnych związków, to nie sądzimy, by ten model zasługiwał na krzykliwą promocję. (Pan Biedroń pisze zresztą o kilkudziesięciu tysiącach takich dzieci. Ciekawi nas, jak to policzył, bo niestety nie podał źródeł informacji).

Rzeczywiście sprzeciwiamy się zarówno adopcji dzieci przez homoseksualne pary, jak i nachalnemu wmawianiu ludziom, że jest to norma. Powtarzamy: nie jest. Dziecko powinno mieć ojca i matkę. Tylko to jest normą.

Pan Biedroń ubolewa, że ” Rz” opublikowała nasze teksty. My z kolei cieszymy się, że cenzura należy już do przeszłości i że każdy może wyrażać własne poglądy: i my, i pan Biedroń. Rzeczywiście sprzeciwiamy się zarówno adopcji dzieci przez homoseksualne pary, jak i nachalnemu wmawianiu ludziom, że jest to norma. Powtarzamy: nie jest
Beata Zubowicz, Piotr Zychowicz

Chrześcijanie muszą wreszcie się obudzić

Źródło: Rzeczpospolita: Chrześcijanie muszą wreszcie się obudzić
23.12.2006

Wywiad z kardynałem Walterem Kasperem, przewodniczącym Papieskiej Rady ds. Popierania Jedności Chrześcijan

RZ: Święta Bożego Narodzenia stają się coraz bardziej komercyjne. Większości ludzi kojarzą się z prezentami, zakupami, choinką i dobrym jedzeniem. Czy nie powinniśmy, jak sugerowało niedawno „L’Osservatore Romano”, w ogóle zrezygnować z obchodzenia Bożego Narodzenia?

Kardynał Walter Kasper: Tekstu nie czytałem. Uważam, że nie ma powodu, by rezygnować z obchodzenia świąt. Przypomina mi się od razu moje własne dzieciństwo. Wtedy Boże Narodzenie stanowiło bardzo ważny moment życia duchowego mojej rodziny i całej parafii. Moim zdaniem tak jest do dziś w Europie Zachodniej. Jest konsumpcja i komercyjny szał, lecz z drugiej strony nadal wielu ludzi przychodzi w święta do kościoła. Szukają spokoju, chcą uciec przed tą konsumpcją i komercją. Powstaje szansa na rozmowę, przekaz świątecznego przesłania. Dlatego Bożego Narodzenia nie można zlikwidować, trzeba je ratować.

Co Kościół może zrobić w tej sprawie?

No cóż. Wiara zaczyna się w sercu każdego człowieka. Musimy się więc zwrócić do każdego człowieka, do każdej rodziny osobno. Stworzyć nową chrześcijańską kulturę świętowania w naszych społeczeństwach. Jestem przekonany, że bardzo wielu ludzi właśnie na to czeka.

Jednak w Europie tępi się symbole chrześcijańskie. Wiernym nie wolno nosić krzyży na szyi, np. na pokładach samolotów w Anglii, lub są one zdejmowane ze ścian, jak na przykład w Niemczech.

To jest bardzo przykre zjawisko. Krzyże są tępione w Europie z powodu fałszywego pojęcia tolerancji. Tolerancja to szacunek dla przekonania innych bez rezygnowania z własnych przekonań. Papież bardzo stanowczo wypowiedział się przeciwko fałszywemu pojęciu tolerancji religijnej. A my wszyscy powinniśmy zrobić to samo. Tylko wtedy będzie można ten proces powstrzymać.

Ale czy ten proces nie jest dowodem klęski Kościoła katolickiego?

Nie formułowałbym tego w ten sposób. Oczywiście jest on objawem zmniejszenia się wpływu Kościoła na życie publiczne. Oznacza to także, że sekularyzacja Europy podąża coraz szybciej i coraz dalej. Ale słowo „klęska” brzmi jak „wina”. A w tej sprawie trudno kogoś obwiniać. To jest zbyt skomplikowany proces, aby mówić o klęsce.

Czy Watykan może coś zrobić, aby chrześcijańskie wartości i tradycje stały się znów atrakcyjne?

Papież głosi kazania, które przyciągają ogromne tłumy ludzi. Więcej zrobić chyba nie może. Reszta musi być zadaniem księży naszych diecezji i parafii, którzy teraz zajmują się głównie udzielaniem sakramentów. A powinni ewangelizować, zdobywać nowych wiernych. Nadszedł czas drugiej ewangelizacji Europy.

Czy jej elementem jest powrót do dawnej łacińskiej liturgii? Watykan popiera tę inicjatywę?

Takie tendencje faktycznie istnieją. Nie dotyczą one jednak większości Kościoła. Ja osobiście popieram pomysł odprawiania mszy po łacinie, jeżeli jest to możliwe i jeżeli istnieje taka potrzeba. Kiedy byłem biskupem, chętnie godziłem się na to, aby w mojej diecezji od czasu do czasu odprawiano nabożeństwo po łacinie. Jednak wątpię, aby to dotyczyło wielu wiernych, ponieważ chodzi tu o formę liturgii, która obowiązywała przed Soborem Watykańskim II, a odbył się on 40 lat temu. Ci, którzy pamiętają dawną liturgię, mają dziś powyżej 60 lat. Reszta nawet nie wie, o co chodzi. Dla mnie jest dużo ważniejsze, aby nasza nowoczesna liturgia była odprawiana w sposób godny i ciekawy dla wiernych. Odprawianie mszy po łacinie nie stanowi z mojego punktu widzenia ważnego problemu w Kościele.

Istnieje także drugi spór, tym razem o liturgię słowa. W niektórych krajach mówi się, że Chrystus przelał krew „za wszystkich”, a w niektórych, że „za wielu”. Które sformułowanie jest prawidłowe?

Prawidłowe tłumaczenie brzmi „pro multi” (za wielu), a nie jak głoszono w niektórych krajach, „pro tutti” (za wszystkich). Przez długi czas toczył się spór o prawidłowe przetłumaczenie tekstów. Tak naprawdę jednak nie ma tu wielkiej różnicy. Chrystus umarł za wszystkich, ale pozyskał tym tylko wielu. Zmiany są obowiązkowe, ale minie kilka lat, zanim je odczujemy, bo trzeba będzie najpierw wymienić wszystkie księgi mszalne. Przeciwnicy tych zmian oczywiście są w Kościele, ale zawsze się znajdą jacyś przeciwnicy. To jest w tej sprawie bez znaczenia.

Papież Benedykt XVI wyraził podczas swojej wizyty w Turcji chęć do dialogu z islamem. To brzmi poprawnie politycznie. Jak ten dialog ma konkretnie wyglądać? W jaki sposób mogłoby dojść do zbliżenia pomiędzy chrześcijanami i muzułmanami?

Nie zaczynamy tego dialogu od zera. Już od dawna Rada ds. Dialogu Międzywyznaniowego działa w tej sprawie. Dialog z islamem jest w końcu jednym z zadań, które postawił Sobór Watykański II. Opiera się na wartościach, które dzielimy z muzułmanami. Do tego należy wiara w jednego Boga i niektóre nakazy moralne. Na tej podstawie porozumienie jest możliwe. Oczywiście trzeba mieć świadomość, że ten dialog jest niesłychanie trudny. Islam stanowi dziś dla Europy wyzwanie, jeżeli nie – w niektórych okolicznościach – zagrożenie. Trzeba jednak rozróżnić islam i fundamentalizm, a nawet terrorystyczny islam, który nie ma nic wspólnego z religią, tylko jest jej instrumentalnym wykorzystaniem do celów politycznych. Ta ideologia stanowi niebezpieczeństwo dla całego świata.

Chrześcijanie w krajach islamskich są często prześladowani, wolność religijna ich nie obejmuje, często nie mają prawa do wyznawania swej wiary. Co Kościół ma zamiar w tej sprawie zrobić?

Żądamy od islamu wzajemności. My gwarantujemy muzułmanom wolność religijną i oczekujemy, że zostanie ona zagwarantowana chrześcijanom w krajach islamskich. Nic więcej nie możemy zrobić.

Chrześcijanie nie potrafią bronić swej religii, okazać jedności, kiedy jest potrzebna. Muzułmanie, którzy też są podzieleni, są w stanie się zjednoczyć. Przykładem były protesty po publikacji karykatur Mahometa. Zostały odebrane jako atak chrześcijańskiego Zachodu na cały islam. Dlaczego my nie potrafimy tak się bronić?

Po pierwsze można temu przeciwdziałać, występując i przemawiając, tak jak papież to zrobił w Turcji. Benedykt XVI zachował się skromnie, wyrażając swój szacunek do islamu. To wywarło bardzo pozytywne wrażenie na wielu muzułmanach. Tak jak to robił mnich Charles de Foucauld, który niedawno został beatyfikowany. Żył długo wśród muzułmanów, okazując im szacunek, miłość i przyjaźń. Trzeba także rozróżniać kraje i sytuacje. W Syrii, gdzie niedawno przebywałem, chrześcijanie i muzułmanie żyją w pokoju. Nie wszędzie dochodzi do spięć. Nie jest też prawdą, że muzułmanie żyją w jedności. Wręcz przeciwnie. Wystarczy spojrzeć na arabskich muzułmanów, na podziały między szyitami i sunnitami. Mimo to nadszedł czas, aby chrześcijanie się obudzili. Aby zaczęli głosić aktywniej swą wiarę, bronić jej, kiedy jest to konieczne.

To znaczy, że Oriana Fallaci miała rację, twierdząc, że jeżeli chrześcijanie się nie obudzą, grozi im zagłada?

Całkowicie się z tym zgadzam. Chrześcijanie muszą się wreszcie obudzić, żyć swą wiarą na co dzień w sposób świadomy, bronić jej, a nie działać według jakiegoś źle zrozumianego pojęcia tolerancji.

Czy to fałszywe pojęcie tolerancji nie bierze się stąd, że Europejczycy, jak potwierdziły badania opinii przeprowadzone w różnych krajach, po prostu boją się islamu? W Europie żyją miliony muzułmanów, część z nich nie szanuje państwa prawa. Francja jest dobrym przykładem, gdzie regularnie miliony francuskich obywateli wyznania muzułmańskiego terroryzują państwo podpalaniem całych dzielnic.

Na to nie mam odpowiedzi. Oczywiście muzułmanie, którzy tu żyją i chcą żyć, muszą szanować reguły gry. Jeżeli oczekują tolerancji, muszą przestrzegać panującego prawa. Integracja jest magicznym słowem. Nie zawsze się udaje. We Francji jest to także problem społeczny. Brak perspektyw jest tu podłożem przemocy wobec państwa i reszty obywateli. W Anglii natomiast dobrze sytuowani obywatele dokonali ataku bombowego na metro londyńskie. Nie było tu niezadowolenia społecznego, którym można by wytłumaczyć postępowanie tych ludzi. Ten zamach pokazał, że musimy walczyć z ideologiczną infiltracją muzułmanów w Europie przez islamskich fundamentalistów.

Czy w kontekście tych zagrożeń może być miejsce dla Turcji w Unii Europejskiej?

Chciałbym odpowiedzieć tak, jak powiedział papież, kiedy był w Turcji. Mianowicie, że Kościół nie jest władzą polityczną. A przystąpienie Turcji do Unii Europejskiej to kwestia polityczna. Dlatego Kościół nie będzie się wypowiadał bezpośrednio na ten temat, ale mówi, że Turcja i Europa muszą się do siebie zbliżyć w dziedzinie wartości, bo inaczej nasze współżycie w Europie nie ułoży się pomyślnie. Czy z tego wyniknie lub powinno wyniknąć członkostwo w Unii Europejskiej, to polityczne pytanie, na które nie chcemy i nie będziemy odpowiadać. My domagamy się zbliżenia w dziedzinie wartości duchowych. Chcemy, aby w Turcji były przestrzegane wolność religijna i prawa człowieka. Aby chrześcijanie mogli swobodnie wyznawać swoją wiarę. Mentalność musi się w Turcji powoli zmieniać. Nad tym chcemy i będziemy pracować.

Mówi ksiądz kardynał, że Kościół nie będzie się wypowiadał bezpośrednio na temat członkostwa Turcji w Unii. Ale słowa papieża, wypowiedziane w Ankarze, uznano za poparcie dla unijnych dążeń Turcji.

Mnie przy tej rozmowie papieża z premierem Erdoganem nie było. Ale ci, którzy tam byli, mówią,że papież nie opowiedział się bezpośrednio za wstąpieniem Turcji do Unii Europejskiej. Powiedział tak samo jak ja, że nie chce i nie będzie się na tematy polityczne wypowiadać. Wyraził po prostu nadzieję na duchowe zbliżenie, które mogłoby pozwolić Turcji w przyszłości zostać częścią Europy.

To znaczy, że wypowiedź papieża została źle zrozumiana przez premiera Erdogana?

Nie. Po prostu została przez niego ze zrozumiałych powodów zinstrumentalizowana. Papież tego tak nie powiedział.

Ale Watykan nie zdementował.

Nie. Nie zdementował.

Czy nie wydaje się waszej eminencji, że nie tylko z powodu odmiennych wartości dialog między islamem a chrześcijaństwem jest trudny? Dzieli nas także przepaść cywilizacyjna. To trochę tak, jakby nowoczesność dialogowała ze średniowieczem.

Islam jest inną kulturą, w wielu dziedzinach, nie we wszystkich, z naszego punktu widzenia pozostał daleko z tyłu. Jedno z najważniejszych pytań w następnych latach będzie brzmiało: czy islamowi uda się nadążyć za zachodnią cywilizacją bez przejęcia jej negatywnych cech. Wielu muzułmanów odrzuca Zachód z powodu objawów dekadencji, które, i tego trzeba mieć świadomość, faktycznie występują. Dlatego może to być tylko krytyczna recepcja cywilizacji zachodniej.

Można więc powiedzieć, że protestując po publikacji karykatur Mahometa, islam po prostu bronił swych wartości, a chrześcijanie tego nie potrafią?

Chrześcijanie, jak już powiedziałem, powinni bronić swych wartości, ale nie tak, jak robią to muzułmanie. Takiej postawy nie da się w żaden sposób usprawiedliwić. W przypadku karykatur Mahometa zachowanie obu stronbyło nieodpowiednie. Nie powinno się wyśmiewać czyjejś religii. Religia musi pozostać czymś świętym. To dotyczy także symboliki chrześcijańskiej. Ale z drugiej strony nie możemy zaakceptować podżegania muzułmanów do gwałtownych protestów przeciwko wszystkim chrześcijanom. Większość protestujących w sprawie karykatur pewnie ich nie widziała. Zostali zinstrumentalizowani. Z powodów niereligijnych.

Przejdźmy do podziałów w chrześcijaństwie. Czy zdaniem waszej eminencji może wkrótce dojść do spotkania między papieżem a patriarchą moskiewskim?

My życzymy sobie takiego spotkania, ponieważ byłoby ono ważnym symbolem zbliżenia. Patriarcha Aleksy II zawsze mówił, że w gruncie rzeczy nie ma nic przeciwko temu. Twierdził jednak także, że muszą być spełnione pewne warunki, a jego zdaniem na razie nie są. My ciężko pracujemy nad zlikwidowaniem tych przeszkód. Jestem osobiście przekonany, że dojdzie do takiego spotkania. Nie potrafię tylko powiedzieć kiedy. Mamy na razie dość przykrą sytuację. Nie może przecież tak być, żeby papież i głowa tak ważnego Kościoła jak Cerkiew rosyjska nie mogli się spotkać. Tym bardziej że papież już spotkał się z przywódcami pozostałych Kościołów prawosławnych.

Które problemy nie pozwalają obu Kościołom się porozumieć?

Cerkiew rosyjska zarzuca Kościołowi katolickiemu prozelityzm i uniatyzm. My wciąż podkreślamy, że jesteśmy przeciwni prozelityzmowi. Jest oczywiście możliwe, że jeden lub dwóch księży nie przestrzega zakazu prozelityzmu i próbuje zdobyć wiernych pieniędzmi lub obietnicami. To jest oczywiście zakazane. Potępiamy takie zachowanie.

Czy rosyjska Cerkiew prawosławna nie dlatego oskarża księży katolickich o prozelityzm, ponieważ traci wiernych z innych powodów?

Nie mamy strategii, aby celowo i masowo namawiać prawosławnych chrześcijan do przejścia na katolicyzm. Absolutnie odrzucamy prozelityzm. Jeżeli jednak ktoś chce przejść na katolicyzm z powodu własnego sumienia, to oczywiście go przyjmiemy. Teoretycznie Cerkiew to rozumie i akceptuje. Jednak tylko teoretycznie. Czasami katolicy przechodzą na prawosławie. My nie mamy o to do nikogo pretensji. Z patriarchatem Moskwy nie zawsze jest tak łatwo.

Więc prozelityzm istnieje w końcu w Rosji czy nie? Czy strona rosyjska przytacza jakieś dowody na prozelityzm uprawiany przez katolickich księży?

Nie mogę wykluczyć, że jeden lub drugi ksiądz może popełnić taki błąd. Dlatego moja odpowiedź dla patriarchy zawsze brzmi tak samo: Podajcie mi dowody prozelityzmu ze strony katolickich księży, ponieważ na ogólny zarzut nie możemy i nie chcemy reagować. Jednak w konkretnych przypadkach złego zachowania naszych duchownych możemy zadziałać, badając sprawę. Dlatego utworzyliśmy specjalną komisję z patriarchatem, w której sprawdza się konkretne przypadki.

Czy nie jest tak, że to głównie polscy księża, którzy pracują na terenie Rosji, szkodzą stosunkom pomiędzy Watykanem a patriarchatem Moskwy?

Takie stwierdzenie byłoby bardzo niesprawiedliwe. Wielu polskich księży pracuje z poświęceniem dla wiernych w Rosji. Nie szkodząc, lecz pomagając. Nie, tego nie można tak powiedzieć. Oczywiście, relacje pomiędzy Polską a Rosją są historycznie trudne. Trzeba zrobić wszystko, aby doszło do pokojowego i przyjaznego sąsiedztwa pomiędzy tymi krajami. Podam znów przykład z mojego dzieciństwa w czasach Trzeciej Rzeszy. Uczyłem się z podręczników, że Francuzi są naszymi wrogami, od zawsze i na zawsze. Gdybym to dziś powiedział młodemu człowiekowi, toby mnie wyśmiał. Doszło do porozumienia między Francuzami a Niemcami. Coś trzeba zrobić, aby doszło do zbliżenia Polakami z Rosjanami.

Papież spotkał się niedawno z patriarchą Konstantynopola i arcybiskupem Aten, z patriarchą Moskwy się to na razie nie udaje. Dlaczego istnieją tak wielkie różnice pomiędzy Kościołami prawosławnymi?

Różnice nie są wielkie, często wcale nie chodzi o różnice dogmatyczne. Dla Cerkwi rosyjskiej najgorszy nie jest wcale rzekomy prozelityzm Kościoła katolickiego, lecz problem relacji z Kościołem greckokatolickim na Ukrainie. Nasze stanowisko w tej sprawie jest jasne. Kościół greckokatolicki ma prawo do istnienia, musicie to zaakceptować. Dziś dialog z Kościołami polega na tym, że się żadnego, absolutnie żadnego nie wyklucza.

Czy nie ma pomiędzy Atenami, Konstantynopolem i Moskwą walki o prymat w Kościele prawosławnym?

Oczywiście dochodzi do spięć. Ale to są wewnętrzne kłótnie Kościoła prawosławnego. My się do tego nie wtrącamy.

Światowy Kongres Żydów ostro skrytykował plany beatyfikacji Piusa XII, który jego zdaniem nie robił nic, by ratować Żydów w czasie Holokaustu. Czy Kościół weźmie tę krytykę pod uwagę?

W dialogu z judaizmem Kościół osiągnął wielki postęp od Soboru Watykańskiego II. Jest to głównie zasługa papieża Jana Pawła II. Żydowska strona podziwia i szanuje Jana Pawła II. Teraz powstał ten problem w stosunku do Piusa XII. Niektórzy Żydzi go krytykują, niektórzy wręcz przeciwnie. Tak samo zresztą jak katolicy. Szczerze mówiąc, uważamy, że nie powinno obchodzić Światowego Kongresu Żydów, kogo Kościół katolicki będzie beatyfikował. Jest to wyłącznie wewnętrzna sprawa Kościoła. Istnieją wewnętrzne reguły, kogo można beatyfikować, a kogo nie. Trzeba spełnić pewne kryteria. Do tego Żydzi nie mogą się wtrącać i dobrze o tym wiedzą. Drugą sprawą jest to, że Żydzi chcą otwarcia archiwów Kościoła z czasów drugiej wojny światowej. My to popieramy, ale Żydzi muszą zrozumieć, że tu chodzi o miliony akt, które trzeba przejrzeć i udostępnić. Jan Paweł II zadecydował o tym, że mają zostać udostępnione, ale to nie może się stać od razu. Na razie dostępne są akta do 1939 roku. Reszta także zostanie udostępniona. Trzeba też powiedzieć, że mimo iż Pius XII jest kontrowersyjną postacią, to uratował tysiące Żydów. Światowy Kongres Żydów przyznaje mu tę zasługę. Sprawa nie jest więc prosta.

Jak wasza eminencja będzie obchodzić w tym roku święta? Jak są one obchodzone w Watykanie?

W Watykanie odbywa się wielka msza, po której papież składa kardynałom i biskupom życzenia świąteczne. Ja potem wracam do domu, święta spędzę w klasztorze benedyktyńskim w mojej diecezji w Badenii-Wirtembergii. W prezencie dostaję głównie wino i ikony, jest ich już tak dużo, że nie ma ich gdzie wieszać. W tym wieku prezenty nie są już takie ważne. Jako dziecko, podczas wojny, byłem bardzo biedny. I prezenty były raczej skromne. Mama uszyła jakieś ubranie, upiekła ciasteczka. W tamtych czasach to było bardzo dużo. Teraz pewnie zjem pieczeń z gęsi lub z sarny. W Niemczech to zależy od regionu. U nas na południu podaje się na święta potrawy z mąki, na przykład Schpätzle. W południowych Niemczech Boże Narodzenie to nadal chrześcijańskie święta. Wiele rodzin i w tym roku przyjdzie do kościoła świętować narodziny Chrystusa.
rozmawiali w Watykanie Jerzy Haszczyński i Aleksandra Rybińska

Kardynał Walter Kasper

Jeden z najważniejszych i najbardziej wpływowych kardynałów Kurii Rzymskiej. Przewodniczy Papieskiej Rady ds. Jedności Chrześcijan. Wieloletni przyjaciel obecnego papieża Benedykta XVI. Towarzyszył mu w pielgrzymkach do Polski, Bawarii i Turcji. Jeden z najtęższych watykańskich umysłów, napisał kilkadziesiąt książek, w tym szczególnie cenioną „Teologię i Kościół”. Niemiecki kardynał ma 73 lata. W 1956 r. ukończył filozofię na uniwersytecie w Tybindze. Rok później otrzymał święcenia kapłańskie. Od 1989 roku biskup. W 1999 r. po nominacji na sekretarza Papieskiej Rady ds. Popierania Jedności Chrześcijan opuścił swoją diecezję Rottenburg-Stuttgart i przeniósł się do Rzymu. W 2001 r. został wyniesiony do godności kardynalskiej przez Jana Pawła II i stanął na czele Rady, która zajmuje się również dialogiem z Żydami

Likwidacja Bożego Narodzenia

Źródło: Rzeczpospolita: Życzymy wam wesołego Luminosa!
23.12.2006

Skoro nawet katolicka Hiszpania nie oparła się trendowi politycznej poprawności – cóż dopiero mówić o krajach dłużej naznaczonych ideami oświecenia

Jakie święto mają obchodzić 25 grudnia Europejczycy? Zdaniem wielu władz miejskich w Wielkiej Brytanii i lewicowych posłów Parlamentu Europejskiego najlepiej Luminos – fantazyjny obrzęd wzięty prosto z ” Harry’ego Pottera”.

Polska, Oćwieka koło Biskupina. W Centrum Obozów Chrześcijańskich kilkaset dzieci tygodniowo bierze udział w spotkaniach na temat tradycji i świąt Bożego Narodzenia.

– Uczymy dzieci o narodzeniu Jezusa i odkupieniu, które przez Niego przyszło – objaśnia pomysłodawca spotkań Piotr Sobolewski, animator kultury. – Tłumaczymydzieciom znaczenie adwentu, symbolikę potraw, pustego miejsca przy stole wigilijnym. Przypominamy i pokazujemy tradycje, które były niegdyś kultywowane w wielu domach. Dzieci są w to wszystko bardzo mocno zaangażowane.

Część praktyczna zajęć polega na wypiekaniu bułek i pierników zdobiących stół wigilijny, do którego później zasiadają najmłodsi. – Każde dziecko wykonuje własny stroik i zabiera go do domu. Tak aby pozostała pamiątka. Ci, którzy do nas przyjechali pierwszy raz, później często wracają. Dzieci uczą się również śpiewać kolędy.

Obrazek drugi. Saragossa, Hiszpania. Uczniowie państwowej szkoły Gilarion Gimeno nie będą w tym roku śpiewali tradycyjnych kolędani nie otrzymają prezentów od Trzech Króli. Dyrekcja szkoły, powołując się na opinię nauczycieli i rady szkolnej, zakazała wszelkiego nawiązywania do zbliżających się świąt ze względu na ich „chrześcijański charakter”, który „może obrazić wyznawców innych religii”. Rada podkreśla „świecki charakter szkoły”.

Marisol Lara, matka jednego z uczniów, jest oburzona likwidacją szkolnych jasełek: – Nie mam nic przeciwko dzieciom muzułmańskim, ale nasza tradycja święta Bożego Narodzenia ma kilkaset lat. Jak mam wytłumaczyć dziecku, że w tym roku nie przyjdą do niego Trzej Królowie z darami? (stary zwyczaj hiszpański – przyp. M.M.)Rodzice zebrali dotąd dwieście podpisów pod żądaniem przywrócenia tradycyjnego świętowania w szkole. – Nikomu nie można nakazać celebrowania świąt, ale też nikomu nie można tego zabronić – powiedział lokalny rzecznik praw obywatelskich.

Zareagowała też posłanka do autonomicznego parlamentu Aragonii z prawicowej Partii Ludowej. – To poważna sprawa, gdyż szkoła chce narzucić jeden, laicki światopogląd – stwierdziła Ana Grande. – Ale Hiszpania nie jest państwem laickim, lecz, zgodnie z konstytucją, niewyznaniowym.

Głos zabrali też biskupi. Rzecznik Konferencji Episkopatu Hiszpanii Juan Antonio Martinez Camino oświadczył, że „negowanie świątBożego Narodzenia to akcja sztuczna i śmieszna”.

Skoro nawet katolicka Hiszpania nie oparła się trendowi politycznej poprawności, – cóż dopiero mówić o krajach dłużej naznaczonych ideami oświecenia.

Władze wielu miast w Wielkiej Brytanii zakazały stosowania w miejscach publicznych nazwy Boże Narodzenie. Włodarze Birmingham nie używają słowa Christmas, ponieważ uznali, że może być obraźliwe dla wyznawców innych religii, i przyjęły nową nazwę: Winterval, stanowiącą zbitkę słowną ” winter” i ” festival”.

Na Wyspach coraz popularniejsza staje się nazwa Luminos pochodząca z ” Harry’ego Pottera”. Zaczęło się od tego, że pięć lat temu w Luton koło Londynu pojawiły się lampki świąteczne nazwane luminosami. Od tego czasu określenie zrobiło wielką karierę.

Wbrew argumentom, które pojawiły się w Hiszpanii, część muzułmanów sprzeciwia się sekularyzacji świąt chrześcijańskich, między innymi uczestnicy Christian Muslim Forum.

Kto zatem jest głównym sprawcą zamieszania? Komu dzieci z Saragossy zawdzięczają w tym roku likwidację uroczystości bożonarodzeniowych?

Negowanie Bożego Narodzenia jest częścią znacznie szerszej akcji rugowania religii z życia publicznego.

Na Starym Kontynencie od kilku lat najbardziej radykalne stanowisko w tej sprawie prezentują cztery frakcje Parlamentu Europejskiego – dwie socjalistyczne, liberalna i Frakcja Zielonych.

Kwintesencję ich działań można było obserwować w roku 2002, kiedy powstawała rezolucja pod niewinnym tytułem „Kobiety i fundamentalizm”.

Treść rezolucji (która wzywa instytucje europejskie do wydania prawa wiążącego dla państw członkowskich) kwestionuje wpływ chrześcijaństwa na tworzenie kultury europejskiej.

Znalazły się w niej jawnie antyklerykalne sformułowania, jak choćby to: „ubolewając nad wpływem Kościołów i społeczności religijnych na życie publiczne i polityczne kraju”. Albo to: „Parlamentpotępia przywódców religijnych, którzy wykorzystują systemy religijne w celu wykluczenia kobiet lub propagują ich niższość w stosunku do mężczyzn”. Jest to oczywista aluzja do sprzeciwu Kościołów wobec wyświęcania kobiet.

Autorzy zamierzali pójść jeszcze dalej. Chcieli doprowadzić do likwidacji szkół religijnych w Europie, w tym uniwersytetów katolickich.

W tamtym czasie, ze względu na wcześniejsze studia w Mediolanie, utrzymywałem kontakt z wykładowcami Universita Cattolica. Byli poważnie zaniepokojeni tym, co proponował Parlament Europejski. Przypominali, że podobne sankcje spotykały twórcę uczelni ojca Agostina Gemellego ze strony reżimu Benito Mussoliniego.

W trakcie dyskusji nad rezolucją europoseł Maurizio Turco z włoskiej Partii Radykalnej postulował dołączenie zapisu w sprawie odebrania Watykanowi oficjalnego statusu obserwatora przy ONZ oraz w sprawie wykluczenia udziału Komisji Episkopatów Unii Europejskiej w pracach Konwentu Europejskiego zajmującego się konstytucją dla Europy.

Te pomysły nie trafiły jednak do ostatecznej wersji rezolucji, głównie dzięki sprzeciwowi frakcji chadeckiej.

Ale to, co zostało przegłosowane, budzi sprzeciw wielu konserwatywnych środowisk, nie mówiąc już o Kościołach, bowiem rezolucja pozostaje w dorobku prawnym UE, z czym trudno się pogodzić.
Miłosz Marczuk

Siła dolara – problemy gospodarcze USA

Źródło: Rzeczpospolita: Żegnaj Chicago
23.12.2006

Dobiega końca najdłuższa zabawa w historii świata. Przez 30 lat Amerykanie nie tylko kupowali w większości rzeczy wytworzone przez innych, ale płacili też za nie pożyczonymi pieniędzmi. Przyszedł czas na otrzeźwienie

Odkąd pamięć sięga, Polacy wierzyli w dolara. Widniejący na nim amerykański orzeł z błyskawicami w szponach symbolizował dla wielu z nas potęgę, która doprowadziła do rozpadu Związku Radzieckiego, a przedtem dwukrotnie uratowała Europę przed niemiecką hegemonią. Waluta, za którą stoi kolos zdolny do takich czynów, nie może znacząco stracić na wartości – podświadomie rozumowaliśmy. Dlatego do dziś ceny nieruchomości wciąż są często określane w dolarach.

Pieniądz jak weksel

Nie tylko Polacy czują podziw dla Ameryki. Odkąd przeszło 100 lat temu amerykańska gospodarka stała się największą na świecie, dolar stopniowo przejął od brytyjskiego funta rolę głównego punktu odniesienia dla międzynarodowych rynków finansowych. Od Argentyny po Estonię, od Chin po Arabię Saudyjską, dziesiątki krajów ściśle związało z dolarem swoją walutę, aby pozyskać dla niej zaufanie inwestorów. Ropę, najbardziej pożądany surowiec świata, na rynkach światowych do dziś można kupić, tylko płacąc dolarami. A banki centralne, chcąc bezpiecznie ulokować swoje oszczędności, wciąż najczęściej zamieniają je na banknoty z Waszyngtonem.

Kto, mogąc drukować tak rozchwytywany pieniądz, nie poszedłby na łatwiznę? Amerykanie w każdym razie ulegli pokusie. Wychodzące z Rezerwy Federalnej nowiutkie studolarówki, natychmiast kupowane przez zagranicznych inwestorów, stopniowo w coraz większym stopniu finansowały te wydatki państwa, których nie dało się pokryć z podatków. W taki sam sposób Amerykanie mogli teżutrzymać rosnący import towarów i usług z Azji i Europy. „Stany Zjednoczone w ciągu jednego pokolenia przemieniły się z największego wierzyciela w największego dłużnika świata. W historii to sytuacja bez precedensu” – mówi Lawrence Summers, były sekretarz skarbu.

Gra w zielone

Zwyczaj życia na kredyt zaczął się już na długo przed dojściem do władzy George’a W. Busha, ale to obecny prezydent doprowadził zgubny nawyk do niespotykanych rozmiarów. Amerykański przywódca nie tylko bardziej niż którykolwiek z jego poprzedników obniżył podatki, ale także rozpoczynając wojnę w Iraku i szeroko zakrojony program zbrojeń, radykalnie zwiększył wydatki państwa. Rosnącą dziurę budżetową finansowali przede wszystkim Chińczycy, Japończycy i Koreańczycy. Deficyt rachunku bieżącego Ameryki, syntetyczna miara określająca zobowiązania Stanów Zjednoczonych wobec zagranicy, osiągnęła bezprecedensowy poziom prawie 7 procent amerykańskiej gospodarki.

Gdyby polskie finanse stoczyły się do takiego punktu, powtórkę bolesnych doświadczeń Argentyny mielibyśmy jak w banku. Ameryka nie tylko od lat nie przeżyła prawdziwej recesji, ale do 2004 roku dolar utrzymywał się na stabilnym, wysokim poziomie. Dlaczego? Na sile złotego zależy właściwie tylko Polakom. Na sile dolara – całemu światu, a przede wszystkim azjatyckim inwestorom. „Chińczycy, Japończycy, Koreańczycy od lat prowadzą podwójną grę. Masowo kupują dolary, aby kurs ich własnego pieniądza wobec amerykańskiej waluty pozostał słaby. To pozwala na zalew amerykańskiego rynku azjatyckimi produktami. Azjaci kupują jednak też obligacje StanówZjednoczonych. Dzięki temu Rezerwa Federalna nie musi wysoko windować stóp procentowych, aby zaciągnąć za granicą coraz większy dług. Ceny kredytów w Ameryce od lat są przez to niskie, co zachęca Amerykanów do zadłużania się… i kupowania jeszcze więcej produktów z Azji” – tłumaczy „Rz” dyrektor waszyngtońskiego Centrum Badań nad Polityką Gospodarczą CEPR Mark Weisbrot.

Skutek? Gdy wyjrzę przez okno, na parkingu przed moim domem na kilka toyot, hond i nissanów trafi się zwykle jeden, może dwa starej daty chevrolety czy buicki. Gdy chcę kupić lepszej jakości żywność, w lokalnym hipermarkecie muszę sięgnąć po produkty z Francji czy Włoch. Ale najbardziej frapująca jest inwazja produktów z Chin. W centrach Wal-Marta, które każdego tygodnia odwiedza 100 milionów Amerykanów, od dawna nie ma innych telewizorów, telefonów, ubrań, zabawek czy odkurzaczy niż „made in China”.

12 lat do katastrofy

Życie na kredyt ma jednak swoją drugą, mniej przyjemną stronę: uzależnienie od wierzyciela. Tylko w ostatnich siedmiu latach azjatyckie banki centralne zwiększyły rezerwy w amerykańskiej walucie z 500 milionów do przeszło 2 bilionów dolarów. Gdyby w Pekinie czy Tokio któregoś dnia postanowiono zmienić te oszczędności na euro czy jeny, kurs dolar poszybowałby gwałtownie w dół, ceny kredytów w Stanach Zjednoczonych raptownie poszłyby w górę, a miliony Amerykanów, nie mogąc spłacić zaciągniętych pożyczek, znalazłoby się na skraju bankructwa. Dlaczego prezydent Bush doprowadził do takiego uzależnienia nie tylko od japońskiego sojusznika, ale też komunistycznych Chin, a nawet, w mniejszym stopniu, autorytarnej Rosji?

Najprostsza odpowiedź brzmi: z wygody. Dzięki azjatyckim inwestorom Ameryka uniknęła kilka lat temu głębokiej recesji po pęknięciu na nowojorskiej giełdzie bańki internetowej. Choć za rządów obecnego prezydenta dochody przeciętnej amerykańskiej rodziny nie tylko nie wzrosły, ale nawet spadły o kilka procent, George W. Bush w 2004 roku dość swobodnie wygrał wyścig o Biały Dom. Eksperci tłumaczą to przede wszystkim wciąż żywym wówczas strachem Amerykanów przed kolejnym atakiem terrorystycznym. Ważny był jednak też dostęp do tanich chińskich produktów, które zapewniają gorzej sytuowanym obywatelom jaki taki poziom życia.Niepisany układ między Ameryką i Azją pod hasłem „dostęp do rynku za podtrzymywanie wzrostu gospodarczego w USA” musiał się jednak kiedyś skończyć. „Gdyby dług Stanów Zjednoczonych narastał w obecnym tempie jeszcze przez 12 lat, wartość giełdowa wszystkich amerykańskich przedsiębiorstw stałaby się mniejsza niż zobowiązania, jakie Waszyngton miałby wówczas wobec zagranicy. Ameryka okazałaby się po prostu niewypłacalna” – tłumaczy Mark Weisbrot. W miarę, jak zbliżamy się do tego punktu, banknoty z Waszyngtonem coraz bardziej parzą tych, którzy je posiadają. Ich kurs tak bowiem dalece odbiega od rzeczywistych możliwości amerykańskiej gospodarki. Ryzyko załamania notowań i kolosalnych strat dla Chińczyków i Japończyków staje się zbyt duże.

Koniec potęgi USA

Dwa lata temu wydawało się, że moment załamania amerykańskich finansów nadszedł. Dolar stracił w ciągu paru miesięcy aż jedną trzecią swojej wartości wobec euro. Co prawda gwałtowna zwyżka stóp procentowych przez Rezerwę Federalną ustabilizowała później kurs amerykańskiej waluty na obniżonym poziomie. Pierwszy raz od rozpadu brytyjskiego imperium okazało się jednak, że dolar ma godnego siebie konkurenta: euro.

Dziś sytuacja jest poważniejsza. Mimo osłabienia dolara Amerykanie wciąż nie potrafią powstrzymać rosnącego deficytu handlowego, który w tym roku zbliży się do symbolicznego poziomu 1 biliona dolarów. Pierwszy raz od kilkunastu lat Unia Europejska zaczyna też rozwijać się szybciej niż Ameryka, co dodatkowo skłania inwestorów do wycofania się z amerykańskiego rynku.

Dolar nie był w Polsce tak tani od przeszło 10 lat. Wobec euro, funta i jena waluta USA bije też rekordy słabości. Ale to tylko początek. Zdaniem szwajcarskiego banku UBS dolar musi stracić kolejne 20 – 30 procent ze swojej wartości, aby amerykańskie firmy znów mogły konkurować na rynkach światowych.

Jeśli tak się rzeczywiście stanie, skutki ekonomiczne, ale przede wszystkim geostrategiczne będą ogromne. „Wchodzimy w jeden z najbardziej dramatycznych epizodów w dziejach światowych finansów, na miarę kryzysu gospodarczego lat 30.” – ostrzega Peter Schiff, dyrektor międzynarodowego funduszu Euro Pacific Capital.

Już teraz Unia Europejska, jeśli traktować ją jako całość, ma gospodarkę większą od amerykańskiej. Amerykanie wciąż jednak widzą wswoim kraju jedyną superpotęgę świata, gdyż traktują każdy z krajów Wspólnoty osobno. Z Chinami już takiego manewru zrobić się nie da. „Gdyby przyjąć realny kurs dolara i juana, a więc taki, jaki będzie po nadchodzącej dewaluacji amerykańskiej waluty, okaże się, że chińska gospodarka już teraz stanowi dwie trzecie gospodarki Stanów Zjednoczonych. A za 10 lat, pierwszy raz od końca XIX wieku, Ameryka straci na rzecz Państwa Środka tytuł największej potęgi ekonomicznej świata. To będzie dla Amerykanów szok” – ostrzega Mark Weisbrot. Jak na to zareaguje Waszyngton? Już teraz jastrzębie w Białym Domu zalecają przygotowania do globalnej konfrontacji między oboma kolosami, zapewne wokół sporu o Tajwan.

Kryzys może być pożyteczny

Najpoważniejsze zmiany zapewne dotkną jednak samych Amerykanów. Załamanie kursu dolara to wzrost cen importu, przede wszystkim ropy. Dziś po amerykańskich szosach suną potężne jeepy i limuzyny. Auto z silnikiem o mniejszej pojemności, niż 2,4 litra trudno znaleźć. Gdy jednak rachunek przy benzynowej pompie zacznie rosnąć, Amerykanie zostaną zmuszeni do zmiany motoryzacyjnych upodobań. To samo dotyczy domów – zwykle budowanych z płyt wiórowych i innych tandetnych materiałów, których izolacja, według standardów europejskich, jest słaba.

Wyższe ceny importowanych dóbr staną się poważnym wyzwaniem dla dziesiątek milionów Amerykanów zarabiających 1,5 – 2 tysiące dolarów miesięcznie. Niektórzy ekonomiści cieszą się, że to wreszcie pozwoli amerykańskiemu przemysłowi na rozwinięcie skrzydeł. Jednak nawet jeśli tak się stanie, nikt w USA nie będzie w stanie produkować po tak niskich cenach, jak robią to dziś Chińczycy. Realny poziom życia Amerykanów znacząco więc spadnie. „Będziemy musieli konsumować o wiele mniej, a oszczędzać o wiele więcej” – ostrzega Peter Schiff.

Czy Amerykanie przyjmą taką zmianę ze spokojem? Nie można być tego pewnym. Zapoczątkowana przez prezydenta Reagana i kontynuowana z największym entuzjazmem przez George’a W. Busha polityka niskich podatków i likwidacji większości zdobyczy socjalnych New Dealu doprowadziła do niespotykanej polaryzacji dochodów w amerykańskim społeczeństwie. Dalsze zubożenie najbiedniejszych może okazać się niebezpieczne dla stabilności amerykańskiego państwa. Nie jest więc wykluczone, że następca prezydenta Busha, szczególnie jeśli to będzie demokrata, znów wróci do zaleceń Franklina D. Roosevelta.
Polskie rachuby

Amerykanie będą też musieli nauczyć się większej skromności w polityce zagranicznej. Już teraz iracka interwencja, która pochłonęła przeszło 500 miliardów dolarów, jest na granicy możliwości budżetu Stanów Zjednoczonych. Ze słabszym dolarem Waszyngton będzie stać na mniej. Groźba ewentualnej interwencji w Iranie, Syrii czy Korei Połnocnej okaże się jeszcze mniej wiarygodna niż dziś.

Można też spodziewać się pogorszenia wizerunku Ameryki na świecie. Europejski model rozwoju gospodarczego, przez wielu dawno skazany na wymarcie, znów może stać się wzorem dla reszty świata. „Bawią mnie zapewnienia w mediach, że Europa, szczególnie ta stara, nie jest konkurencyjna, a Ameryka jest. W końcu najlepszą miarą konkurencyjności jest bilans handlowy. A nikt nie radzi sobie lepiej na światowych rynkach niż Niemcy. I nikt gorzej niż Stany Zjednoczone” – uważa Mark Weisbrot.

Załamaniu dolara
może też nie oprzeć się wyidealizowany obraz Ameryki w Polsce. Miliony Polaków już na pewno liczą straty z powodu trzymania oszczędności w dolarach, a nie euro czy złotych. W Stanach miliony polskich imigrantów biją się z myślami, czy jednak nie lepiej wracać do ojczyzny, skoro zarobki w Chicago i Nowym Jorku wcale już nie są tak dużo wyższe niż w Warszawie i Krakowie. Współpraca z trzeźwiej myślącym, czy wręcz bardziej cynicznym, polskim sojusznikiem to jeszcze jedna rzecz, z którą wkrótce będzie musiała nauczyć się żyć Ameryka.

Jędrzej Bielecki z Waszyngtonu

Laicyzacja Europy

Źródło: Rzeczpospolita: Dzieci dla Boga
23.12.2006

Fakt, że coraz mniej Francuzów czy Anglików chodzi do kościoła, uważa się za dowód, iż świecka mentalność głęboko wkroczyła w życie Starego Kontynentu. Jednak wśród objawów zmierzchu wiary można dostrzec nowe zjawiska. Odrodzenie religijne w Europie może być równie wielkie jak to, które w IV wieku pchnęło rzymskie imperium na nową drogę rozwoju

W swojej godnej uwagi książce ” The Rise of Christianity” amerykański socjolog religii Rodney Stark pokazuje, w jaki sposób nieznana sekta, która w 30 r. n.e. składała się z zaledwie 30 nawróconych, w ciągu trzystu lat zdobyła pozycję oficjalnej religii rzymskiego cesarstwa. Według powszechnie przyjętej wersji cesarz Konstantyn miał widzenie, pod wpływem którego nawrócił się na chrześcijaństwo, lecz Stark wskazuje słabe punkty tego obrazu „historii stworzonej przez wielkiego męża”. Dowodzi, że przez ponad dwa wieki chrześcijaństwo rosło w spektakularnym tempie 40 proc. w ciągu dekady, co tylko częściowo można przypisać atrakcyjności chrześcijańskiej religii dla mającej liczebną przewagę populacji hellenistycznych pogan. Równie ważną rolę odgrywała chrześcijańska demografia. Chrześcijanie – inaczej niż poganie – pielęgnowali swych chorych podczas epidemii dżumy, zamiast zostawiać ich własnemu losowi, dzięki czemu znacznie spadła śmiertelność. W przeciwieństwie do pogańskiego etosu ” macho” chrześcijaństwo kładło nacisk na wierność mężczyzny i małżeństwo, co powodowało coraz liczniejsze nawrócenia kobiet – a one z kolei wychowywały coraz więcej chrześcijańskich dzieci. Wyższe wskaźniki dzietności dawały chrześcijanom coraz większą demograficzną przewagę.

Część twierdzeń Starka można kwestionować, lecz nie ulega wątpliwości, że wiele późniejszych grup wyznaniowych rozkwitło właśnie dzięki wysokiemu współczynnikowi dzietności. Na przykład populacja mormonów – podobnie jak wcześni chrześcijanie – przez sto lat rosła w tempie 40 proc. na dekadę. Mormoni nie tylko stanowią nadal 70 proc. populacji stanu Utah (i to pomimo znacznego napływu niemormońskiej ludności), lecz rozprzestrzeniają się na sąsiednie stany. W latach 80. XX w. ich społeczność miała wskaźnik dzietności blisko trzykrotnie wyższy od wskaźnika dzietności amerykańskich Żydów.

Demografia ma także kluczowe znaczenie dla wyjaśnienia wzrostu religijnej prawicy w Ameryce. Udział konserwatywnych wyznań protestanckich w łącznej populacji białych protestantów wzrósł od jednej trzeciej urodzonych w 1900 r. do dwóch trzecich urodzonych w 1975 r. Białe konserwatywne grupy wyznaniowe zawdzięczają trzy czwarte swego wzrostu czynnikom demograficznym, ponieważ te społeczności od dziesiątków lat mają wyższe wskaźniki dzietności niż bardziej liberalne grupy wyznaniowe. Tym razem rolę doradców Konstantyna odegrali republikańscy stratedzy: zorientowawszy się, z której strony wieje wiatr, nie omieszkali wykorzystać nowych społecznych trendów.

Nieuchronny proces

Na całym świecie ludzie wierzący – bez względu na wiek, poziom wykształcenia czy poziom zamożności – mają na ogół więcej dzieci. „Świecka” Europa nie jest pod tym względem wyjątkiem. Analizując statystyki dziesięciu zachodnioeuropejskich krajów za okres 1981 – 2004, doszedłem do wniosku, że religijność kobiety należała do najważniejszych – po wieku i stanie cywilnym – czynników decydujących o ilości potomstwa. Istnienie podobnych zależności ustalono także w wielu innych badaniach. U podłoża różnic dzietności w rozwiniętych krajach leżą różnice systemów wartości: niewierzący mężczyźni i kobiety nie chcą dla dzieci rezygnować z zawodowej kariery i upragnionego stylu życia.

„Gdyby zbadać grupę 100 dorosłych liberałów, wybranych metodą losową i niezwiązanych przynależnością do partii politycznej – pisze w „Wall Street Journal” Arthur Brooks z Syracuse University – okazałoby się, że mają łącznie 147 dzieci. Na konserwatystów, tworzących taką samą próbę, przypada208 dzieci. Jest to „luka dzietności” wynosząca 41 proc. Biorąc pod uwagę, że mniej więcej 80 proc. ludzi głosuje – z racji wychowania – tak samo, jak głosowali ich rodzice, to luka ta oznacza, z punktu widzenia przyszłych wyborów, że rośnie o wiele więcej małych republikanów niż demokratów”.

Wielu liberałów podważa to rozumowanie. Z pewnością w USA dojdzie to tego, co ma miejsce od pokoleń w zachodniej Europie: wiele dzieci wierzących rodziców stanie się niewierzącymi. W Europie religia liczy się dziś w wyborach mniej niż kiedykolwiek, a europejscy katolicy – od Dublina po Barcelonę – entuzjastycznie opowiadają się za sekularyzacją. Nawet w USA w ostatnim dziesięcioleciu odnotowano znaczny wzrost (do 14 proc.) „bezwyznaniowej” populacji. Bazując na tych dowodach, Pippa Norris i Ronald Inglehart, dwoje wybitnych przedstawicieli nauk politycznych, wysunęło tezę, iż świat nadal zmierza w kierunku laicyzacji. Przyznając, że krótkookresowy trend jest odwrotny, uważają, że w rozwijającym się świecie wzrost zamożności i bezpieczeństwa spowoduje spadek religijności i dzietności. W ostatecznym rachunku sekularyzm „przebije” religijnie motywowaną dzietność.

Mają rację – ale tylko do pewnego stopnia. Gdyby dzietność zawsze była głównym mechanizmem społecznych zmian, społeczności amiszów, Adwentystów Dnia Siódmego, Świadków Jehowy i innych sekt o wysokich wskaźnikach dzietności powinny być znacznie liczniejsze. Tymczasem wiadomo, że mają one wysokie wskaźniki „odejść” – nawet mormoni tracą (procentowo) więcej dzieci niż większość amerykańskich wyznań. Populacje religijne łatwiej „wchłaniają i oddają” niż populacje etniczne, ponieważ konwersja lub odejście od wiary może nastąpić szybko i łatwo. Dopóki wskaźnik odejść jest na tyle wysoki, by zrekompensować przewagę dzietności wynikającej z nakazów wiary, sekularyzm nie jest zagrożony. Z danych dla Europy wynika, że przez kilka pokoleń wierzący mieli demograficzną przewagę nad niewierzącymi, jednak wyrównywała ją sekularyzacja dzieciwierzących Europejczyków. Mając to na uwadze, stworzyłem bardziej złożony model zmian religijności uwzględniający zarówno dzietność motywowaną względami religijnymi, jak i odchodzenie od wiary w Europie.

My i oni

Klasyczny trend sekularyzacji działa dziś inaczej niż w przeszłości, co ilustruje m.in. sytuacja w USA. Konserwatywne protestanckie wyznania mogły utracić znaczną część osiągniętego w XX w. wzrostu – czy to na rzecz sekularyzmu, czy bardziej liberalnych wyznań o wysokim statusie, takich jak Kościół episkopalny – w miarę jak konserwatywni protestanci stawali się lepiej wykształceni, zamożniejsi i przenosili się do miast. Tymczasem takiej „asymilacji” konserwatywnych protestantów przez bardziej liberalne teologie zapobiegł rozpad modelu wiążącego mobilność społeczną z mobilnością wyznaniową. Wśród konserwatywnych protestantów, do pewnego czasu akceptujących przywództwo miejskiej liberalnej protestanckiej elity, rosła świadomość grupowej tożsamości. Efektem stało się odrzucenie przywództwa liberalnych protestantów – poczynając od wystąpienia, w latach 20. XX w., z Federalnej Rady Kościołów. Ten proces nasilił się po 1970 r. w wyniku tzw. wojen kultur. Zaczęto przedstawiać liberalne teologie i sekularyzm jako szkodliwych „obcych”, którym prawdziwi chrześcijanie powinni dać odpór wspólnymi siłami. W miarę zyskiwania na samoświadomości ewangelicy coraz częściej wznosili wokół wspólnoty bariery – takie jak własne środki masowego przekazu – zdolne wiązać pokolenia bez względu na poziom wykształcenia czy zamożności.

Zmiany systemu wartości Ameryki lat 60. XX wieku okazały się linią przypływu kulturowej mobilności, po której przyszła swoista zimna wojna w społecznej świadomości. Szeregi ludzi spokojnie pewnych swych racji czy umiarkowanie religijnych przerzedzają się, natomiast rozszerzają się skrajne obszary fundamentalnej religijności i sekularyzmu. W sytuacji wyraźnie wytyczonych linii walki źródło potencjalnych konwertytów wysycha. Wydaje się, że podobny proces trwa w Europie: wierzący, czując coraz silniej, że ich tożsamość w świeckim społeczeństwie jest czymś nietypowym, uodporniają się na sekularyzację.

Europę – zwłaszcza zachodnią – uważa się za światowego przywódcę świeckiej modernizacji. Norris i Inglehart wzięli ją za model dla potrzeb swej teorii sekularyzacji. Jeśli jednak Europa istotnie wyznacza trend sekularyzmu, istnieje pewien problem: wiele wskazuje na to, że sekularyzacja wytraca impet na własnym boisku.
Lustrzane pokolenia

Zachodnią Europę można z grubsza podzielić na dwie części. Z jednej strony są katolickie kraje, takie jak Hiszpania czy Irlandia, gdzie ilość wierzących jest nadal wysoka (około 60 proc. ludności Irlandii regularnie chodzi do kościoła), a sekularyzacja doszła do głosu dopiero w drugiej połowie XX wieku. Do drugiej grupy należą kraje głównie protestanckie (włącznie z Wielką Brytanią) i katolicka Francja, które zlaicyzowały się wcześniej. Jednak dane z badań, obejmujących lata 1981 – 2004, wskazują, że w tych krajach proces sekularyzacji powojennych pokoleń nie postępuje. Można odnieść wrażenie, że w zachodniej Europie – może za wyjątkiem Włoch – udział chodzących do kościoła ustalił się na poziomie nieco powyżej 5 proc. Ustalenie tego wskaźnika utrudnia wyższa (bliska połowy) liczba tych, którzy nadal określają się jako wierzący i należący do określonego wyznania.Tych ludzi – których Grace Davie określa jako „wierzących nienależących” – niektórzy badacze uważają za nosicieli wątłej wiary, skazanej na rychły uwiąd i niewpływającej na ich zachowania ani postawy. Jeśli tak jest, czym wytłumaczyć fakt, że dzietność tych niepraktykujących wierzących jest znacznie bliższa dzietności praktykujących niż niewierzących? Co więcej, na ogół wierzący niepraktykujący znacznie częściej niż niewierzący określają się jako ideologicznie konserwatywni – nawet w grupach o takim samym poziomie wykształcenia, zamożności, wieku i należących do tego samego pokolenia.

Szczególne znaczenie ma linia równowagi między dzietnością motywowaną względami religijnymi a odchodzeniem od religii w „tworzących trend” społeczeństwach Francji i protestanckiej Europy. Proporcje w tych krajach wynoszą z grubsza: 53 proc. niewierzących do 47 proc. wierzących. Moje własne projekcje, oparte na demograficznych różnicach między poszczególnymi populacjami i obecnymi modelami odchodzenia od religii sugerują, że przez trzydzieści do czterdziestu lat laicka populacja będzie rosnąć w malejącym tempie, by osiągnąć szczyt na poziomie około 55 proc. Następnie – w latach 2035 – 2045 r. – rozpocznie się spadek udziału niewierzących. Siłą napędową sekularyzacji w większości laickich krajów jest odchodzenie od religii, pokoleń urodzonych przed 1945. – proces, który okazał się silniejszy niż przewaga dzietności wierzących. Kres apostazji młodszych pokoleń oznacza, że pod koniec XXI w. ludność będzie bardziej religijna niż na początku obecnego stulecia. Podobnie jak w przypadku mormonów czy wczesnych chrześcijan, głównym czynnikiem zmian nie będą masowe nawrócenia, lecz demografia.

Ten powolny zwrot od sekularyzacji miałby jedynie stopniowy wpływ na ducha europejskiego społeczeństwa, gdyby nie imigracja. Dzięki imigracji z Ameryki Łacińskiej społeczność amerykańskich katolików rośnie, mimo ujemnego salda konwersji z katolicyzmu i na katolicyzm. Podobnie będzie w Europie: imigracja spowoduje wzrostwierzącej populacji, zwłaszcza jej islamskiej części.

Wiadomo, że do 2050 r. biali nie-Latynosi będą stanowić mniej niż 50 proc. całej populacji USA. Natomiast trudno prognozować udział ludności nieeuropejskiego pochodzenia w europejskiej populacji, ponieważ tylko nieliczne europejskie kraje uwzględniają w spisach ludności dane takie, jak przynależność do grupy etnicznej i wyznanie. Okazjonalnie przywoływany trzydziestoprocentowy udział etnicznych mniejszości w Europie do 2050 r. to tak naprawdę „naukowa zgadywanka”. W Austrii, która jako jeden z nielicznych krajów zbiera dane o etnicznej przynależności i wyznaniu ludności, najnowsze projekcje mówią o udziale muzułmanów w granicach 14 – 26 proc. ludności w 2050 r. (obecnie 4 proc.).

Sekularyzacja muzułmanów niezawodnie zmieniłaby ten obraz – i stanowi ona kamień węgielny tezy Norris-Ingleharta. Jednak wystarczy spojrzeć na badania etnicznych mniejszości w Europie, by stwierdzić, że nic nie wskazuje na istnienie takiego zjawiska. W Wielkiej Brytanii drugie pokolenie afrokaraibskiej ludności i chrześcijan z wschodniej Europy jest na ogół mniej religijne niż ich rodzice – ale bardziej niż ogół populacji. Natomiast między pierwszym a drugim pokoleniem muzułmanów z Bangladeszu i Pakistanu w ogóle nie widać różnic religijności. Z ostatnio przeprowadzonego badania mniejszości etnicznych w Holandii wyłania się podobny obraz „zachowania religijnego stanu posiadania” muzułmańskich grup.

Koalicje wierzących

Trudno ocenić przyszłe reakcje Europejczyków, którzy odeszli od chrześcijaństwa, na wzrost europejskiego islamu. Wzrost muzułmańskich społeczności może wywołać ostrzejszy laicki nacjonalistyczny odzew (co, jak się, wydaje ma miejsce we Francji i w Holandii) albo doprowadzić do podkreślania z nową siłą chrześcijańskiej tożsamości (patrz ostatnie przemówienia papieża Benedykta XVI). David Voas i Steve Bruce znaleźli dowody na to ostatnie w danych z brytyjskiego spisu ludności z 2001 r., w którym udział brytyjskich respondentów określających się jako chrześcijanie (zamiast ” niewyznający żadnej religii”) był wyższy w okręgach o dużych muzułmańskich populacjach. Świadomość chrześcijańskiej tożsamości nie jest równoznaczna ze wzrostem wiary – ale i tego nie można wykluczyć. W etnicznie podzielonej Irlandii Północnej konflikt wyznaniowy jest „paliwem” znacznie większej religijności niż w innych częściach Wielkiej Brytanii. W każdym razie połączony efekt wzrostu muzułmańskiej populacji i stabilności (lub wolnego wzrostu) chrześcijańskiej ludności spowoduje nacisk na bezwyznaniowców – a za tym pójdzie zasadniczy zwrot w sekularyzacyjnych trendach XX wieku.

Na początku tych zmian zachodnia Europa stanie się bardziej religijnym – choć nie fundamentalistycznym – społeczeństwem. Religijność – rozumiana nie jako chodzenie do kościoła, lecz jako wiara – zapowiada poważny zwrot ideologicznej orientacji w stronę bardziej konserwatywnej. Chociaż przypływ ewangelizacyjnej polityki w Europie jest mało prawdopodobny, może nastąpić długofalowy zwrot ku bardziej konserwatywnym społecznym wartościom. Europejczycy staną się bardziej „tradycyjni” w takich moralnych kwestiach jak aborcja, wartości rodzinne, religijna edukacja i małżeństwa homoseksualistów. Międzywyznaniowa współpraca chrześcijan i muzułmanów wokół tych problemów jest wielce prawdopodobna, zważywszy, że w większości krajów istnieją już ekumeniczne struktury ułatwiające takie działania. Wystarczy spojrzeć, z jaką łatwością konserwatywni protestanci, katolicy tradycjonaliści i Żydzi współpracują w Stanach Zjednoczonych. Wiele będzie zależeć od tego, w jaki sposób partie i wyborcze systemy w poszczególnych krajach skanalizują te ideologiczne synergie – ale do połowy XXI w. szczyt laickiej europejskiej polityki będzie już dawno pieśnią przeszłości. Podobnie jak w Ameryce, politycy będą musieli trafnie wyczuć religijne nastroje, aby nie znaleźć się w okrążeniu.

W długim okresie może nastąpić wzrost fundamentalistycznego komponentu europejskiej populacji – z tych samych demograficznych przyczyn, co w Ameryce. Różnorodność grup wyznaniowych w Europie będzie gwarantować rozdzielność religii i państwa, lecz to nie zdoła uchronić laickich zasad współżycia społecznego od erozji pod wpływem koalicji wyznań, gdy te postanowią przejść do porządku dziennego nad tym, co je różni. Reprezentanci różnych wyznań będą domagać się odpowiedzi na pytanie, dlaczego laicki punkt widzenia w takich kwestiach jak aborcja, pornografia czy ewolucja ma być jedynym obowiązującym, rozpowszechnianym i „szanowanym”.

Bezdzietni liberałowie

Demograficzne prądy niosą Europę ku modelowi nowoczesności bardziej zbliżonemu do amerykańskiego. Zarazem ostrzegają, że aktualne teorie sekularyzacji wymagają rewizji. Dzietność w rozwijającym się świecie szybko spada w wyniku urbanizacji, ale z badania World Values Survey wynika, że w tych krajach nie widać oznak osłabienia religijności. W rozwijającym się świecie wierzący nadal mają więcej dzieci niż ich laiccy bracia – bez względu na dochody czy wykształcenie. Chiny pozostaną zapewne bardziej laickie niż zachodnia Europa, lecz mało prawdopodobne jest, by sytuacja rozwijała się tak samo w Ameryce Łacińskiej, południowej Azji czy na Bliskim Wschodzie. Co bardziej prawdopodobne, w tych częściach świata modernizacja doprowadzi do ukształtowania się religijnego społeczeństwa w amerykańskim stylu.

Dotychczas liberalny optymizm zdecydowanie wygrywał z przeciwnikami. Przestrogi Marksa przed katastrofalnymi gospodarczymi sprzecznościami między kapitałem a pracą okazały się równie chybione, jak późniejsze o cały wiek obawy Daniela Bella przed kulturową sprzecznością między dyscypliną w miejscu pracy a konsumerystycznym hedonizmem. Nawet wzrost wskaźników przestępczości i rozpad tradycyjnej rodziny nie zagrażają liberalnemu porządkowi. Zapowiadany przez Francisa Fukuyamę „kres historii” – zwycięstwo liberalnej demokracji i kapitalizmu – opiera się na założeniu wyższości zachodniej wojskowej technologii, dzięki której indywidualistycznie nastawione społeczeństwa są w stanie zabezpieczyć się przed zagrożeniem ze strony bardziej spójnych „barbarzyńskich” rywali. Fukuyama ma rację. Terroryzm może nam zadać straty, ale terroryści nie są w stanie zniszczyć naszych złożonych społeczeństw. Jednak to przekonanie opiera się na założeniu demograficznej zdolności liberalnego kapitalizmu do przetrwania. Jeżeli „ostatni ludzie” Fukuyamy nie pozostawią następców, po nich przyjdą wyznawcy bardziej tradycyjnego światopoglądu.

Eric Kaufmann, tłum. Elżbieta Gołębiowska
Prospect 2006 Eric Kaufmann jest socjologiem, religioznawcą, wykładowcą polityki w Birkbeck, uczelni należącej do Uniwersytetu Londyńskiego

Od tolerancji do obowiązkowej sympatii wobec gejów

Źródło: Rzeczpospolita: Od tolerancji do obowiązkowej sympatii
21.12.2006

Homoseksualiści przebyli długą drogę. Jeszcze 40 lat temu ich upodobania seksualne niemal powszechnie były uważane za zaburzenia psychiczne. Wtedy nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby uważać ich za subkulturę, a co dopiero za mniejszość. Nikt też – zapewne nawet oni sami – nie przypuszczał, że w tak krótkim czasie stworzą tak potężne lobby. Że liczyć się z nimi będą musieli politycy. Że ich styl życia będzie jawnie promowany nawet w telewizyjnych programach dla dzieci.

Szermując hasłami walki z dyskryminacją, środowiska homoseksualne szybko zdobywają nowe przyczółki. Mnożą z zawrotną szybkością żądania. Już nie wystarcza im prawo do legalizacji związków cywilnych, lecz domagają się dla nich błogosławieństwa Kościoła. Za określenie „homoseksualizm to grzech” można nawet stanąć przed sądem, czego miał okazję doświadczyć szwedzki pastor Ake Green.

Prawo do adopcji dzieci, które oferują homoseksualnym parom niektóre państwa, to też za mało. Oprócz zmian w przepisach aktywiści tych środowisk chcą dokonać rewolucji nie tylko w naszych obyczajach, ale także w naszych głowach. Niemal jak u Orwella – chcą stworzyć nowy typ człowieka, który ich odmienność od małego będzie uważał za normę. Temu służą specjalne programy wychowawcze wprowadzane w holenderskich, szwedzkich czy amerykańskich podstawówkach. Temu służy jawna promocja rodzin homoseksualnych w młodzieżowych audycjach holenderskiej telewizji. – Chcieliśmy się przyczynić do szerzenia tolerancji między najmłodszymi dziećmi. Pokazać im w atrakcyjnej, przemawiającej do nich formie, że homoseksualne małżeństwa to coś pozytywnego, z czym coraz częściej będą się stykać – tłumaczyła z rozbrajającą szczerością jedna z autorek programu dla młodych widzów.

Zapamiętajmy to zdanie: „homoseksualne małżeństwa to coś pozytywnego”. Bo nie o równe prawa tu chodzi, ale o afirmację ich stylu życia. Nie o tolerancję, a nawet nie o bezwarunkową akceptację. Oni domagają się dla siebie obowiązkowej sympatii.
Beata Zubowicz

Ojcowie zastąpią mi matkę

Źródło: Rzeczpospolita: Ojcowie zastąpią mi matkę
20.12.2006

Obejrzyj film Piosenka o dwóch ojcach

oor Kinderen” to jedna z najstarszych audycji dla młodych widzów w holenderskiej telewizji. Pierwszy raz wyemitowano ją w 1980 roku. Niedługo będzie hucznie obchodziła swoje 27. urodziny.

Pod koniec kontrowersyjnej piosenki chłopiec śpiewa o tym, jak jego „ojcowie” się o niego troszczą i jak zgodnie dzielą się obowiązkami domowymi. Diederick sprawdza pracę domową, a Bas zmywa naczynia lub robi pranie. Terence przyznaje, że szkolni koledzy czasami zaczepiają go w szkole i wyśmiewają to, że jego rodzice są „homo”. On się jednak tym nie przejmuje, bo – jak zapewnia obecne na sali dzieci – jest to całkowicie normalne.

– Nasz show jest niezwykle popularny. Co tydzień, tuż przed położeniem się spać, oglądają go setki tysięcy dzieci. Kupują związane z programem gadżety, płyty DVD. Formuła polega na tym, że dzieci śpiewają o poważnych problemach, które je trapią. Na przykład o umierających dziadkach albo umierających zwierzątkach – powiedziała „Rz” zajmująca się produkcją serialu Helma Keller. Jak dowiedziała się „Rz”, pomysł na poświęcenie piosenki problemowi homoseksualizmu się sprawdził i w przyszłości można się spodziewać kolejnych programów na ten temat.

W Holandii, w której homoseksualne małżeństwa mają prawo do adopcji, program nie wzbudził większych emocji czy kontrowersji. Znana brytyjska specjalistka od wychowywania dzieci Lynette Burrows jest jednak oburzona. – To bezwstydna propaganda, do której wykorzystuje się najmłodszych – powiedziała „Rz”. Podkreśliła, że w rzeczywistości sytuacja dzieci wychowywanych przez homoseksualistów odbiega od sielanki przedstawionej w piosence odśpiewanej w telewizji przez Terence’a.
PIOTR ZYCHOWICZ

Z autorem artykułu polemizuje Robert Biedroń prezes Kampania przeciw Homofobii czytaj Spójrzcie gejom w oczy

kolejne artykuły:
Szkoła uczy, jak być gejem
Od tolerancji do obowiązkowej sympatii wobec gejów

Czytaj dalej

Szkoła uczy, jak być gejem

Źródło: Rzeczpospolita: Szkoła uczy, jak być gejem
20.12.2006

Homoseksualne lobby na Zachodzie stara się wywierać coraz silniejszy wpływ na dzieci. Aby wychować w „tolerancji” przyszłe pokolenia, homoseksualiści wkraczają do szkół

homoseksualizm i dzieci
W Kanadzie, Holandii czy w Stanach Zjednoczonych dzieci uczą się akceptować nowy model rodziny
EAST NEWS

Niedawno w Belgii wprowadzono specjalny podręcznik dla nauczycieli. Ma on wyeliminować ze szkół homofobię (w żargonie politycznej poprawności określa się tak prawdziwą lub urojoną niechęć do homoseksualistów) i wskazać, jak wspierać osoby o innej orientacji. W podręczniku można m.in. przeczytać o”trudnościach młodych ludzi ze zdefiniowaniem własnej tożsamości seksualnej”, stereotypach i uprzedzeniach. Nauczyciele powinni prowadzić zajęcia pt. „Kim jestem?”, „Mój najlepszy przyjaciel jest gejem” czy „Inna rodzina”.

Nauczyciel-bigot i religijni fanatycy

Homoseksualnej indoktrynacji poddawane są dzieci w Szwecji. W tamtejszych szkołach podstawowych prowadzi się już obowiązkowe lekcje o homoseksualizmie, biseksualizmie i transwestytyzmie. Dzieciom przedstawia się dwa wzorce – hetero- i homoseksualny – z których rzekomo mogą sobie wybrać ten, który im bardziej pasuje.

W zeszłym roku w jednej ze sztokholmskich szkół doszło do skandalu, gdy przedstawiciel organizacji pozarządowej odczytał sześciolatkom homoseksualną, porno-nowelę. Doincydentu doszło podczas tzw. godziny bajek. Autorzy pomysłu zamierzali zbadać „postawę dzieci i przeżywanie przez nie własnego ciała, miłości i seksualności”.

W Internecie można znaleźć opis zajęć, jakie w szkołach prowadzi Szwedzka Federacja Praw Gejów i Lesbijek. Celem przeznaczonych dla 14-latków lekcji ma być „rozpowszechnienie wiedzy o homoseksualizmie” i”walka z uprzedzeniami i nietolerancją”. Projekt przewiduje m.in. zadawanie następujących pytań sprowadzonym do klasy homoseksualistom: „Jak uprawiasz seks?”, „Co powiedzieli twoi rodzice, gdy dowiedzieli się, że jesteś gejem?”, „Co zrobisz, jak będziesz chciał mieć dzieci”. Federacja uprzedza, że podczas wdrażania programu może dojść do „nieprzyjemnych sytuacji”. Kłopoty może sprawiać „nauczyciel-bigot” (z reguły natychmiast wyprasza się go z klasy) albo same nastolatki. „Stawienie czoła uczniowi, który jest faszystowskim lub religijnym fanatykiem, nigdy nie jest zbyt przyjemne” -napisano w projekcie.

Inżynieria społeczna

Na agresję środowisk homoseksualnych i ich lewicowych patronów dzieci narażone są też po drugiej stronie oceanu. Lokalne władze Kalifornii usiłowały niedawno przeforsować ustawę wprowadzającą do publicznych szkół lekcje o zachowaniach seksualnych.

-To byłyby groźne eksperymenty na dzieciach, inżynieria społeczna. Ta drapieżna ustawa jest wymierzona w niewinność naszych dzieci – przekonywał republikański deputowany Dennis Mountjoy.

O tym, jaki wpływ na dzieci mogą mieć podobne lekcje, świadczy przykład z Karoliny Północnej, gdzie w jednej ze szkół prowadzono seminarium „Nowy homonastolatek”. Podczas zajęć dwóch homoseksualistów tłumaczyło dzieciom, że nie mogą być pewne swojej orientacji, i że powinny w szkole założyć „gejowski klub”. Dla części uczniów skończyło się to poważnymi zaburzeniami seksualności i problemami psychicznymi.

Podręcznik dla lesbijek

W Kanadzie na półkach supermarketów amerykańskiej sieci Wal-Mart znalazł się podręcznik lesbijskiego seksu dla małych dziewczynek. Autorzy przekonują, że tylko 10 procent społeczeństwa jest naprawdę hetero-, a reszta jest homo- lub biseksualna. Dziewczynkom radzi się m. in., żeby wkładały sobie w majtki kawałki lateksu używane podczas operacji dentystycznych. Po co? Oczywiście „dla większej frajdy”.

Całość napisana jest wyjątkowo wulgarnym językiem. Jeden z rozdziałów zatytułowany jest „Kiedy pierwszy raz pie… się z dziewczyną”. Dzieci mogą przeczytać następujące zdanie: „Jeżeli potrzebujesz Światobliwego Boga, to dla mnie jest nim wielka czarna lesba”.

Część kosztów związanych z wydaniem książki pokrył poprzedni, lewicowy, kanadyjski rząd.

– Publikacja ta może wyrządzić poważną krzywdę dzieciom. To skandal, że zostało to sfinansowane z pieniędzy podatnika! Większość Kanadyjczyków brzydzi się czymś takim – oburza się w rozmowie z ” Rz” Joseph Ben-Ami, dyrektor Instytutu Kanadyjskich Wartości z Ottawy.
PIOTR ZYCHOWICZ

Ameryka powinna ostrzej rozmawiać z Rosją

Źródło: Rzeczpospolita: Ameryka powinna ostrzej rozmawiać z Rosją
20.12.2006

Tak długo, jak tysiące fanatyków za wszelką cenę będą chciały nas zaatakować, ryzyko powtórki 11 września jest ogromne. Jeśli nie dojdzie do kolejnego zamachu, to będzie cud – mówi amerykański neokonserwatysta Richard Perle w rozmowie z Jackiem Przybylskim

Rz: Czy Amerykanie wiedzą, jak postępować z Rosją Władimira Putina?

Richard Perle
: Obecna administracja pozwoliła, by jej nadzieje wzięły górę nad rzeczywistością. Kiedy prezydent Bush mówił, że spojrzał w duszę Putina, zobaczył coś, czego tam nie było. Teraz należy jasno powiedzieć, że sytuacja w Rosji staje się niepokojąca, bo krajem rządzą dawni członkowie KGB. Dużo czasu zajęło nam zauważenie, jak poważny to problem. Mam nadzieję, że wkrótce amerykańska polityka się zmieni i że zaczniemy ostrzej rozmawiać z Rosjanami.

Czy po zagadkowych morderstwach – Politkowskiej w Moskwie i Litwinienki w Londynie – nie boi się pan jeździć po Europie?

Ameryka powinna potraktować tę kwestię bardzo poważnie. Oczywiście, analitycy będą dyskutować, czy można udowodnić komuś winę, ale sposób, w jaki dokonano tych morderstw, wydaje się znajomy. Nie można na to pozwalać.

Polska też ma spore kłopoty z Rosją. Czy sądzi pan, że w polskim interesie jest przyjęcie oferty budowy w naszym kraju bazy amerykańskiego systemu obrony przeciwrakietowej?

W interesie nas wszystkich leży zniechęcanie rządów, które są przekonane, że mogą osiągnąć jakieś cele, grożąc rakietami. Jeśli Amerykanie zapytają Polaków, czy moglibyście pracować z nami nad tarczą antyrakietową, mam nadzieję, że odpowiedź będzie brzmiała „tak” i że będzie to kolejny element naszego sojuszu.

Polsce nie zagraża Iran ani Korea Północna. A przed Rosją i Białorusią tarcza nas nie ochroni.

System ma zestrzeliwać rakiety dalekiego zasięgu, ale rozwijamy też możliwości obrony przed rakietami krótkiego zasięgu. Taka baza mogłaby więc chronić przed oboma rodzajami rakiet. Poza tym sojusz polega na tym, że gdy Polska ma problemy, my jej pomagamy i odwrotnie.

Polski rząd wysłał kilka tysięcy ludzi do Iraku i wciąż nie może doprosić się choćby zniesienia wiz do USA.

Nasza polityka wizowa jest najgłupsza na świecie. Gdy przyjeżdżam do Warszawy, jest mi wstyd z tego powodu. Mam nadzieję, że w końcu uda się ten problem rozwiązać.

Co poza rakietami balistycznymi stanowi teraz największe zagrożenie dla państw zachodnich?

Broń masowego rażenia w rękach zamachowców-samobójców. Chodzi im zwłaszcza o Amerykanów, ale na celowniku mogą znaleźć się też Brytyjczycy, Hiszpanie czy Polacy. W czasie zimnej wojny przyzwyczailiśmy się, że dobrym sposobem obrony jest odstraszanie. Na razie nie mamy odpowiednich mechanizmów, by skutecznie chronić się przed islamskimi ekstremistami.

To znaczy, że wkrótce może nastąpić kolejny zamach na skalę World Trade Center?

Tak długo, jak tysiące fanatyków za wszelką cenę będą chciały nas zaatakować, ryzyko powtórki 11 września jest ogromne. Jeśli nie dojdzie do kolejnego zamachu, to będzie cud. Co prawda od ataku na World Trade Center dobrze sobie radziliśmy, ale trzeba być optymistą, by wierzyć, że uda nam się wykryć każdy spisek.

Nie boi się pan, że podczas kolejnego wielkiego zamachu terroryści użyją tzw. brudnej bomby?

Bardzo się boję. Widzieliśmy w Londynie, co można zrobić za pomocą niewielkiej ilości polonu. Proszę sobie wyobrazić, że nie chodzi o gram, lecz o kilogram tego pierwiastka. W dodatku eksplozja rozniosłaby polon po gęsto zaludnionym terenie. Straty byłyby olbrzymie. Nie możemy mieć złudzeń: próbujemy się bronić przed ludźmi, którzy nawet przez chwilę nie zawahają się przed takim atakiem. Wiem, że trudno w to uwierzyć, że ktoś byłby w stanie zabić tysiące niewinnych ludzi, w tym pewnie wielu muzułmanów. Islamscy ekstremiści są jednak obojętni na ludzkie cierpienie.

Ale czy wojny w Afganistanie i Iraku sprawiły, że świat jest bezpieczniejszy?

To dopiero początek wojny, którą musimy wygrać. Mogliśmy zostawić al Kaidę w Afganistanie lub Saddama Husajna w Iraku. Schować głowę w piasek i mieć nadzieję, że nie zostaniemy zaatakowani. Administracja poprzedniego prezydenta wiedziała, co się dzieje w Afganistanie, ale nic nie zrobiła. Czekano zbyt długo i my tego błędu nie chcieliśmy powtórzyć. Nie mogliśmy czekać, aż Saddam Husajn zacznie dzielić się bronią masowego rażenia z terrorystami.

Był pan zwolennikiem obalenia Saddama za pomocą siły. Nie sądzi pan, że to był błąd?

To nie obalenie Saddama było błędem, lecz okupacja Iraku. Trzeba było natychmiast przekazać władzę Irakijczykom. Oczywiście, nie jestem w stanie udowodnić, że wtedy sytuacja byłaby dużo lepsza. Jednak na samym początku wojny nie było żadnej partyzantki i gdyby od razu powstał iracki rząd, być może nie byłoby ruchu oporu. Potrzebny był iracki de Gaulle lub MacArthur.

Czy ktoś taki teraz byłby w stanie poprawić sytuację w Iraku?

Ten kraj najbardziej potrzebuje pewnych siebie, uczciwych i kompetentnych liderów. Obawiam się, że na razie ich nie ma. Można jedynie mieć nadzieję, że w końcu przywódcy szyitów i sunnitów zauważą, że ten konflikt niszczy i jednych, i drugich.

Czyli widzi pan szansę na wygraną?

Bardziej prawdopodobne jest to, że sytuacja w Iraku zacznie się poprawiać, niż to, że będzie się pogarszać. Rozwój wydarzeń zależy – jak już mówiłem – od irackich przywódców, a także od bardziej umiejętnego wykorzystania wojsk koalicji. Mam na myśli większą integrację oddziałów międzynarodowych z siłami irackimi. Wojska amerykańskie nie najlepiej radzą sobie w walce z partyzantką. Oczywiście, do mieszanych jednostek mogą przenikać szpiedzy, ale przecież już teraz wielu Irakijczyków ostrzega partyzantów przed akcjami wojsk koalicji lub pomaga im w podkładaniu bomb przy drogach.

By wygrać wojnę partyzancką, trzeba przekonać do siebie ludność. Gdy byłem w Bagdadzie w 2003 roku, widziałem, że Irakijczycy są pełni nadziei. Wierzyli, że wreszcie po zasobności swoich portfeli zobaczą, jak bogaty w ropę jest ich kraj. Uważa pan, że Amerykanie są jeszcze w stanie wygrać wojnę o dusze Irakijczyków?

Z upadku Saddama cieszyła się większość, również wielu sunnitów, był on bowiem okrutnym dyktatorem. Niewielka grupka osób z otoczenia byłego prezydenta była rzecz jasna niezadowolona i to oni położyli podwaliny pod ruch oporu. Odzyskanie zaufania zwykłych ludzi w Iraku, którzy mieli ogromne nadzieje i którzy się zawiedli, nie będzie łatwe. Myślę jednak, że Irakijczycy mogą być zainteresowani pomysłem Ahmeda Chalabiego, który proponował, by wszyscy obywatele byli udziałowcami przemysłu naftowego. Dostawaliby dywidendy ze sprzedaży ropy.

Na razie na sytuację w Iraku wpływa wiele różnych państw. „New York Times” podał niedawno, że Arabia Saudyjska zagroziła Amerykanom rozpoczęciem finansowania walki sunnitów z szyitami.

Byłby to kolejny przykry dowód, ile zła Saudyjczycy czynią na świecie.

Wydawało się, że Arabia Saudyjska jest amerykańskim sojusznikiem…

Chyba opacznie zrozumieliśmy intencje Saudyjczyków. Moim zdaniem oni nie są przyjaciółmi Stanów Zjednoczonych. Współpracowali z ekstremistami – wahabitami – i zachęcali ich, by szerzyli swoją pełną przemocy,utopijną ideologię. Jeśli zapyta mnie pan, co zrobić, by zadać potężny cios ekstremistom, moja odpowiedź będzie brzmiała: zróbcie coś, by władze Arabii Saudyjskiej przestały ich wspierać.

Wróćmy do Iraku. Jak pan ocenia raport Jamesa Bakera, szefa Irackiej Grupy Badawczej?

Pomysł przerzucenia odpowiedzialności za losy wojny w Iraku ze zwierzchnika sił zbrojnych na grupę emerytowanych oficerów był zły. Raport też jest zły, bo zawiera dwie rady, które – gdyby wprowadzić je w życie – doprowadziłyby do pogorszenia sytuacji. Pierwsza to rozpoczęcie rozmów z Syrią i Iranem. Gdybyśmy to zrobili, każdy Irakijczyk widziałby w tym oznakę naszej słabości. Gdy Irakijczycy będą przekonani, że wojska amerykańskie wkrótce wyjadą, zaczną robić wszystko, aby przetrwać. I nasza sytuacja znacznie się pogorszy. Druga rada dotyczy zmiany roli amerykańskich wojsk w Iraku. W pierwszym kwartale 2008 roku miałyby one zakończyć obecną misję. Raport nic nie mówi o wycofaniu żołnierzy, ale jest powszechnie źle interpretowany. Jego autorzy musieli wiedzieć, że tak sformułowane zalecenie zostanie błędnie odczytane.

Jak długo zatem amerykańskie wojska zostaną w Iraku?

Dopóki prezydent Bush będzie zwierzchnikiem sił zbrojnych. Nie wierzę, by mógł wycofać wojska z Iraku, bo byłaby to gwarancja porażki. A prezydent nie zgadza się z tezą, że nasza klęska jest nieunikniona.

Niewycofanie żołnierzy z Iraku to niemal gwarancja porażki republikanów w wyborach prezydenckich.

Bush nie ubiega się już o prezydenturę. Może więc pozwolić sobie na robienie rzeczy, któreuważa za słuszne, nie martwiąc się o wynik wyborów. To człowiek wielkiej odwagi, który podejmuje niepopularne decyzje, bo jest przekonany, że są słuszne. Tak samo postępuje brytyjski premier Tony Blair. Poza tym do wyborów zostały dwa lata. W tym czasie sytuacja w Iraku może się jeszcze zmienić. Proszę pamiętać, że gdy w 1968 roku byliśmy zaangażowani w Wietnamie, Amerykanie wybrali kandydata republikanów – Richarda Nixona, chociaż demokrata był znacznie bardziej skłonny do szybkiego wycofania żołnierzy.

Czy sądzi pan, że za dwa lata Iran będzie miał broń atomową?

Nie wiem, czy będzie to za rok, dwa lata czy pięć. W tej sprawie toczy się dyskusja. Jeżeli nikt nie powstrzyma Irańczyków, będą mieli broń atomową. A wtedy będą ją chcieli mieć też Saudyjczycy i zapewne inne kraje regionu. Świat stanie się dużo bardziej niebezpieczny. Jeśli społeczność międzynarodowa będzie zdeterminowana, by powstrzymać władze w Teheranie, może wywrzeć skuteczny nacisk. Niestety, takie kraje jak Rosja czy Chiny są w tej kwestii po drugiej stronie barykady. Z kolei Niemcy, Francuzi i Brytyjczycy, choć są niezadowoleni, że Iran będzie miał broń atomową, wątpię, by coś w tej sprawie zrobili. Jeśli prezydent Ahmadineżad mówi o zniszczeniu Izraela, trzeba się zastanowić, czy taki człowiek powinien mieć broń atomową.

Nie wydaje się panu, że światowi przywódcy nie wierzą w słowa Ahmadineżada? Uważają, że wygaduje bzdury, ale myśli inaczej.

Skoro tak nie myśli, dlaczego tak mówi? I dlaczego tak wiele osób w różnych częściach świata bardzo cieszy się z jego słów? Prezydent Iranu jest gotów zapłacić wysoką cenę za brońatomową, więc jego deklaracje należy traktować poważnie.

Czy opcja militarna jest więc możliwa?

Irański program atomowy jest rozwijany w stosunkowo niewielkiej liczbie obiektów. Znamy ich położenie i możemy je zniszczyć za pomocą precyzyjnych bomb. Taki atak nie powstrzyma całkowicie irańskiego programu atomowego, ale z pewnością opóźni moment, w którym Iran będzie miał broń nuklearną. Prezydent Bush może podjąć decyzję o bombardowaniu, jeśli otrzyma informację, że Irańczycy są już bardzo blisko pozyskania bomby atomowej.
rozmawiał Jacek Przybylski

Richard Perle, jeden z czołowych amerykańskich neokonserwatystów, był przewodniczącym Rady Polityki Obronnej Departamentu Obrony w gabinecie George’a W. Busha, a w latach 1981 – 1987, za Ronalda Reagana – doradcą sekretarza obrony do spraw bezpieczeństwa