Górnictwo a stan wojenny

Źródło: Rzeczpospolita: Wciąż budzą się z tym wspomnieniem…
09.12.2006

Trza fedrować, fedrować, fedrować! – to zawołanie towarzyszyło polskiemu górnictwu przez całe czterdziestolecie Polski Ludowej

Władza kokietowała górników w sposób szczególny: „z pracy, trudu i znoju waszych rąk rośnie ludowa ojczyzna”, „węgiel – towar nr 1 polskiego eksportu”. I oto oni właśnie „zdradzili” władzę ludową. I dlatego tak brutalnie potraktowano górników i Śląsk 25 lat temu w czasie wprowadzania stanu wojennego.

W akcjach strajkowych w samym tylko górnictwie węgla kamiennego na Górnym Śląsku wzięło udział ponad 45 tys. osób. Zginęło dziewięciu górników kopalni Wujek. Wielu było rannych. Ponad 120 trafiło do szpitali, a 3 tys. udzielono pomocy lekarskiej. Ponad 1 tys. górników zwolniono dyscyplinarnie, a 141 wytoczono proces. Strajkowało 25 na 68 kopalń. Zatrzymano prawie 1 tys. osób, skazano 121, kilkaset postawiono przed kolegiami ds. wykroczeń. Oprócz górników pracę straciło prawie 1,5 tys. pracowników innych zakładów.

Kopidoły i łapańce

Do tłumienia protestów wojewódzka Milicja Obywatelska miała 5,5 tys. funkcjonariuszy, z czego 2,5 tys. przysłano spoza Śląska, a część sił stanowili członkowie Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej. Posługiwano się również jednostkami wojska.

Na Śląsku atak na zakłady przemysłowe był totalny, dobrze zorganizowany, przeprowadzony wielkimi siłami. Zastraszyć miały też komunikaty Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego zapowiadające ostre represje.

Wbrew temu, a może właśnie na skutek tej skali operacji, odzew na wprowadzenie stanu wojennego był największy w kraju. Mimo braku łączności i koordynacji niezależnie od siebie zastrajkowało w regionie kilkadziesiąt przedsiębiorstw. Największe nasilenie protestów wystąpiło 14 i 15 grudnia, czyli w poniedziałek i wtorek po wprowadzeniu stanu wojennego. Strajkowały kopalnie, huty, w tym największa – Huta Katowice, przedsiębiorstwa transportowe, fabryki.

W 1987 roku jeden z liderów śląskiego podziemia ps. Karol (późniejszy premier Jerzy Buzek) opowiadał:

– Kim były kopidoły, które zjechały do kopalni 13 i 14 grudnia 1981 roku i zaczęły strajkować? Akurat tego dnia zjechali strajkować i Ślązacy, i napływowi. Ale rzeczywiście postawy miejscowych i napływowych są różne. Ma to swoje wytłumaczenie. Na terenie, na którym jesteśmy obcy, gdzie nie zostajemy dłużej, pozwalamy sobie na robienie różnych rzeczy, takich, z których nie będziemy musieli się rozliczać. Tam, gdzie chcemy zostać na zawsze, czy w miejscu urodzenia jakiś wewnętrzny hamulec broni nas przed ich robieniem. Z drugiej strony ludzie, którzy nie urodzili się na Śląsku, a tylko tu zamieszkali, chętniej idą na manifestacje. „Jak mnie wypieprzą, to najwyżej wrócę w Kieleckie” – myśli łapaniec. U napływowych z jednej strony spotykamy się z postawą naganną moralnie, z drugiej, z nieprawdopodobną odwagą i zdolnościami do brawurowej akcji. Ale tym, którzy mówią, że 13 grudnia kopidoły poszły kopać, należałoby to wcisnąć z powrotem w gardło. Determinacja śląskich górników brała się może stąd, że oni w pewnym sensie uznawali „Solidarność” za swoją władzę. I tej władzy, w tym momencie, oddali cześć. W kopalniach działy się wówczas rzeczy straszne. Świadomość ludzka nie wymaże tego tak szybko. Ci, co wtedy strajkowali i oglądali rozbijanie kopalń przez ZOMO, wciąż budzą się z tym wspomnieniem.

Ataki 14 i 15 grudnia

14 grudnia 1981 r. zaatakowano trzy strajkujące zakłady: kopalnię Wieczorek oraz huty Katowice i Baildon. Pacyfikacja katowickiej kopalni Wieczorek trwała cztery godziny. Przeciwko dwóm tysiącom strajkujących wysłano siedmiuset milicjantów i armatki wodne.

Przed godz. 16 zaatakowano Hutę Katowice. Siły były większe: obok ZOMO, ORMO i sześciu armatek wodnych użyto czterech kompanii piechoty, czterech kompanii czołgów i dwóch kompanii rozpoznania (kilkuset żołnierzy i kilkadziesiąt czołgów). Interwencja odniosła połowiczny sukces – strajkujący wycofali się na lepiej zabezpieczone wydziały.

Wieczorem rozpoczęła się interwencja w hucie Baildon w Katowicach, gdzie strajk podjęły 4 tys. osób. Zaangażowano siły milicyjne oraz dwie kompanie rozpoznania wojska. Akcja trwała dwie godziny. Strajkujący nie stawiali oporu, zostali jednak pobici w trakcie przepuszczania przez „ścieżkę zdrowia”.

Następnego dnia ponad tysiąc zomowców, kilkuset ormowców oraz cztery armatki wodne wysłano na teren Rybnickiego Okręgu Węglowego. Kilkusetosobową grupę skierowano do tłumienia strajku w KWK Staszic. Zomowców wspierały dwie kompanie wojska i pluton czołgów. Użyto gazów i armatek wodnych. Brutalnie zaatakowano również mieszkańców hotelu pracowniczego, skąd wypychano górników przez okna.

W kopalni Jastrzębie przeciw 3 tys. strajkujących górników użyto gazów i pałek. Stosunkowo spokojnie przebiegało „odblokowanie” kopalni Moszczenica, gdzie załoga opuściła bocznymi drogami atakowany zakład.

W trzeciej jastrzębskiej kopalni – Manifest Lipcowy (dawniej i dziś Zofiówka) – strajkowało 2,5 tys. osób. W ich pamięci została strzelanina, jaka miała miejsce w czasie pacyfikacji.

– Większość stwierdziła, że zostajemy, wychodzimy na plac i bronimy kopalni. Każdy bierze, co może, do ręki. Błyskawicznie wszelkiego rodzaju pręty, łomy, trzonki od kilofów, od młotów zostały wyzbierane. Wielotysięczna rzesza górników staje przed cechownią na długości bramy Jedynki i Dwójki z zamiarem obrony kopalni. Atak rozpoczął się w południe. – Zza bramy padły serie z broni palnej – opowiadał Alojzy Pietrzyk, górnik kopalni Manifest Lipcowy. – Rannych górników odnoszono na punkt opatrunkowy. W tym czasie bezbronni górnicy w konfrontacji z czołgami i z bronią palną tłukli reflektory w tych czołgach, które wjechały, walili stylami po burtach i ciągle spychani byli przez te czołgi. Za nimi szły ZOMO. Krzyczano „gestapo, gestapo”. Spychani byliśmy w stronę warsztatów mechanicznych, szybów, magazynów, a część w stronę placu drzewnego. Przed kopalnią ludzie rzucali pieniędzmi po burtach czołgów. Wołali do żołnierzy, bo myśleli, że ci w mundurach to Rosjanie. Pluli na nich….

To były pierwsze strzały w stanie wojennym.

Dziewięciu zabitych w Wujku

16 grudnia 1981 r. to był najtragiczniejszy dzień stanu wojennego. Przeciwko strajkującym górnikom katowickiej kopalni Wujek wysłano ponad dziesięć kompanii milicji, sześć kompanii wojska, sześć plutonów czołgów, pluton specjalny ZOMO (17 osób), siedem armatek wodnych, helikopter, 55 wozów bojowych. Użyto broni – było dziewięć ofiar śmiertelnych i 21 rannych.

Na miejscu polegli:
Józef Czekalski (48 lat),
Krzysztof Giza (24 lata),
Ryszard Gzik (35 lat),
Bogusław Kopczak (28 lat),
Zenon Zając (22 lata),
Zbigniew Wilk (30 lat),
Andrzej Pełka (19 lat,)
oraz zmarli w szpitalu
Jan Stawisiński (21 lat)
Joachim Gnida (28 lat).
Najdłuższy strajk

Wojskowi komisarze zakładów pracy prowadzili negocjacje ze strajkującymi załogami. Grozili represjami karnymi i interwencją. Czasami groźby wywoływały efekt oczekiwany, czasami zaostrzały protest. W kopalni Anna w Pszowie komisarz wojskowy, chcąc zdementować informacje o krwawej pacyfikacji w kopalni Jastrzębie, zaproponował wyjazd delegacji strajkujących. Po powrocie… potwierdziła ona użycie siły. W efekcie górnicy zjechali pod ziemię i tam ponad stu kontynuowało strajk do 20 grudnia.

W całym regionie najdłużej protestowały: Huta Katowice oraz kopalnie Piast i Ziemowit.

Atak na Hutę Katowice – ze względu na znaczenie kombinatu, obawy przed sabotażem oraz możliwością podejmowania różnorodnych działań ze strony strajkujących – przygotowywano długo. Komitet strajkowy, nie widząc żadnych możliwości negocjacji, 23 grudnia o godz. 5.30 zakończył strajk. O 13 do huty wjechały czołgi 10. Sudeckiej Dywizji Pancernej. Z pracy zwolniono blisko jedną piątą załogi.

23 grudnia zakończył się również strajk w kopalni Ziemowit. Spod ziemi wyjechało 1300 górników.

Najdłużej trwała strajkowa szychta w Piaście, gdzie blisko 1 tys. ludzi siedziało pod ziemią dwa tygodnie – do 28 grudnia 1981 r. Był to ostatni w Polsce strajkujący po wprowadzeniu stanu wojennego zakład przemysłowy. W czasie procesu mecenas Jerzy Kurcyusz, obrońca oskarżonego o kierowanie strajkiem Zbigniewa Bogacza, powiedział: „Wbrew oporom ludzi złych lub głupich, wbrew żądaniom drakońskich kar porozumienie kiedyś nastąpić musi”. Sąd Bogacza uniewinnił, a był to wyrok w tym okresie wyjątkowy.

W 1984 roku Tadeusz Jedynak, ówczesny szef śląskiego podziemia, (internowany przez rok – od 13 grudnia 1981 do 23 grudnia 1982) tłumaczył mi:

– Widzieliśmy tę siłę 13 grudnia. Myślę, że Śląsk został jakby uratowany. Wbrew pozorom ubecja do końca nie miała rozpracowanych wszystkich działaczy. Oni znali ludzi z nazwiska, ale nie mogli tak wyłożyć ludzi na patelnię, jak to zrobili w innych regionach. Może dlatego, że to za duże terytorium, za dużo MKZ-ów, żeby wszędzie szperać. Było parę nazwisk znanych i tych ludzi w jakiś sposób się przycisnęło. Oczywiście zdejmowano zakładowych przewodniczących, zdejmowano jakichś innych ludzi. A te strajki w zakładach po 13 grudnia robili całkiem inni ludzie. Ludzie, którzy się od tych swoich przywódców na zakładach pracy nauczyli.

Żądania górników były konkretne: odwołanie stanu wojennego oraz uwolnienie internowanych i aresztowanych działaczy „Solidarności”. Komunikaty podane przez zmilitaryzowane telewizję i radio oraz specjalne gazetki mówiły o nieodpowiedzialnych elementach; wrócono do retoryki używanej w prasie po wydarzeniach radomskich w roku 1976.

Kij i marchewka

Przywódcy strajków dostali wyroki od trzech do siedmiu lat więzienia. Nikt wówczas nie miał nadziei na szybką amnestię. Ludzie, których odwiedzałem na początku 1982 roku na Śląsku, patrzyli na mnie z przerażeniem i zdziwieniem. Obawiali się prowokacji. W 1982 roku, kiedy wielu działaczy „Solidarności” zostało internowanych, kiedy wielu siedziało w więzieniach, szczególnie na Śląsku władza starała się zmusić górników, robotników nastawionych opozycyjnie, do wyjazdu z Polski. Wojskowi byli komisarzami w kopalniach. To pogarszało stosunki międzyludzkie i zwiększyło ilość tragicznych wypadków pod ziemią.

Dla górników był kij i marchewka. Kartka górnicza dawała możliwość kupienia sześciu kilogramów mięsa wtedy, gdy zwykły śmiertelnik miał szansę jedynie na 2,5 kg. Górnik miał też większe przydziały alkoholu i papierosów, które w pierwszym okresie stanu wojennego były reglamentowane. Najważniejsze były jednak przywileje z tytuły książeczek G, czyli możliwość kupowania za pracę w soboty i niedziele towarów, których w Polsce nie było. Lodówek, pralek, nart. Barbórki lat 1982 – 1988 wiązały się zawsze z akademiami, karczmami piwnymi, orderami, ale też ćwiartką gorzały i pętem kiełbasy.

W 1982 roku zwiększono wydobycie. Militaryzacja kopalń, przywiązanie do zakładu i nakaz przychodzenia sześć dni w tygodniu do roboty swoje robiły. Górnicy, przytłoczeni ciężarem najdłuższego w dziejach PRL protestu przeciw władzy, przestali czuć się gospodarzami zakładów. Bali się podpaść, bo równało się to z przeniesieniem do innego, gorzej płatnego oddziału wydobywczego, a zależne było od decyzji sztygara. Bali się ludzi, których w 1982 r. przyjmowano do kopalń, a których zadaniem była nie tyle praca wydobywcza, ile szpiegowanie.

JAROSŁAW J. SZCZEPAŃSKI
W tekście korzystałem m.in. z opracowania Jana Jurkiewicza „Solidarność Śląsko-Dąbrowska” oraz swoich materiałów i publikacji, m.in. książki „Górnik polski. Ludzie z pierwszych stron gazet”, Iskry 2005.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s