Stan Wojenny – 13 grudnia- Wspomnienia

Źródło: Rzeczpospolita: Niepamięć grudnia
09.12.2006

Jaruzelski przetrącił kręgosłup moralny każdemu z nas

Żołnierze przy koksowniku Stan Wojenny
Codzienny obrazek na ulicach Warszawy w grudniu 1981 r. Żołnierze przytupujący z zimna przy koksowniku i ludzie zdążający do swoich codziennych zajęć
CHRIS NIEDENTHAL/FORUM

11 grudnia 1981 r., piątek

Wieczorem na zebraniu Uczelnianego Komitetu Strajkowego Uniwersytetu Warszawskiego, które ma decydować o dalszym ciągu trwającego już miesiąc protestu, dochodzi do awantury. Matematycy (o których skądś wiadomo, że strajku mają dość) zgłaszają, że wprawdzie studiują na jednym wydziale, ale formalnie składa się on z trzech instytutów, więc odtąd będzie ich reprezentował nie jeden przedstawiciel, tylko trzech (jest to zgodne z literą, choć nie z duchem, przyjętego regulaminu). Charyzmatyczna członkini UKS Agnieszka stwierdza na to, że jest wstrząśnięta, bo walczymy przecież z komunistami, którzy permanentnie naginają prawo do swoich celów, a sami dopuszczamy się czegoś podobnego. I manifestacyjnie wychodzi.

Po jej wyjściu zgłoszony zostaje wniosek, by strajk zakończyć, który wygrywa dokładnie trzema głosami. Zebranie wprawdzie nie skończone, ale oddaję mandat Ryśkowi, swojemu koledze z wydziałowego komitetu, i wracam do budynku polonistyki, zapowiedzieć, że rano się zbieramy. O drugiej nad ranem Rysiek potwierdza moją informację, krzycząc od progu: „Zdrada!” i dodając, że on zostanie tu aż do zwycięstwa. Mam wrażenie, że ostentacyjnie stawia sobie przy wyjściu krzesełko, na którym owija się w śpiwór, żeby wstrząsać sumieniami małodusznych, gdy będą wracali do domów.

Przepraszam. Wiem, że są ludzie, których pamięć zachowuje poważne wydarzenia w wersji patetycznej. Moja przesuwa wszystko lub prawie wszystko w jakąś groteskę. To pewnie wada produkcyjna, jak kolorowych klisz ORWO z tamtych lat, na których wszystkie barwy robiły się mniej lub bardziej zielone.

12 grudnia 1981 r., sobota

Rano zwijamy manatki. Czujemy niesmak. Nawet nie z powodu porażki, ale tej manipulacji, niemoralnej choć legalnej. Naszą walkę z komunizmem postrzegaliśmy przecież jak pojedynek świętego Jerzego ze smokiem. I oto nagle smok przeniknął do wnętrza świętego.

Po przyjeździe do domu pewnie nie opowiadam o tym rodzicom i siostrze zbyt dokładnie. Raczej stylizuję się na partyzanta, który wrócił z lasu.

13 grudnia 1981 r., niedziela

Budzi mnie mama, wołając coś o stanie wyjątkowym. W telewizji Jaruzelski mówi, że są granice, których przekroczyć nie wolno. Przemówienie nadawane w kółko i w kółko wydaje się aż przesadnie dosłowną ilustracją poczucia, że nasz czas się skończył. Jesteśmy zapętleni jak Jaruzel i kto wie, może już tak zostanie na zawsze.

Od południa do naszego domu zaczynają docierać uczniowie, zaprzyjaźnieni z moją siostrą nauczycielką i moi dawni przyjaciele z liceum. Jak to nastolatki: co i rusz śmiejemy się, kpimy. Kiedy wieczorem mieszkanie pustoszeje, mama wybucha: w ojczyźnie doszło do katastrofy, a my stroiliśmy sobie żarty. Odpowiadam pierwszym, co mi przyszło do głowy: że śmiech to wyraz naszej niepodległości. Zdaje się, że przypadkiem powiedziałem coś mądrego.

14 grudnia 1981 r., poniedziałek.

Nic nie pamiętam. Powinienem przecież pojechać na uczelnię, zabarykadować się na wydziale. A jednak tam nie dotarłem. Stchórzyłem? Uznałem, że to bez sensu? Zaspałem? Wysilam pamięć, licząc nato, że znajdę jakieś urodziwe usprawiedliwienie. Ale w tym miejscu wspomnień zieje dziura. Tyle że nie dojechał prawie nikt. Owszem: Rysiek. Zawieźli go do komendy w Pałacu Mostowskich, ale chyba uznali, że mają do czynienia z wariatem, bo zaraz go wypuścili. Kiedy dwa miesiące później ruszyły zajęcia, powinniśmy uznać go za bohatera, ale zamiast tego zaczęły się szeptane rozważania, czy czegoś nie podpisał, skoro nie siedzi.

Następne dni i tygodnie wydają mi się zupełnie jałowe. Nie mieć pomysłu na resztę życia – głupie uczucie. I izolujące od bliźnich. Piotr Bratkowski napisał kiedyś, że stan wojenny pamięta jako nieustający ciąg spotkań towarzyskich. Ale myśmy byli kilka lat młodsi – właśnie kończyły się przyjaźnie szkolne, dopiero zaczynały studenckie. Byliśmy zbędnymi cząstkami, które nie zdążyły zorganizować sobie przydziału. Próby kontaktów z konspirą sprowadzały się do kolportażu gazetek wątpliwej jakości. Moja znajoma poszła do kościoła na Piwną, bo dowiedziała się, że tam można coś zrobić dla internowanych. Wyszła zawiedziona – nikt mnie tam nie chciał, powiedziała. Z pewnością istniał problem zaufania: człowiek, znany w najlepszym razie z widzenia, mógł być równie dobrze ubekiem. Ale chyba równolegle istniał i inny mechanizm: komitet skupił wokół siebie ludzi ze zwartego i dość elitarnego środowiska. Przybysze odbijali się od niego tak, jak trzynaście lat wcześniej od podobnie elitarnej grupy „komandosów”. Był to przejaw tyleż rozsądku, co arystokratyzmu. Wysokoenergetyczne więzi, które między Sierpniem a Grudniem budowało się z każdym, o ile miał w klapie znaczek „Solidarności”, rozpadły się definitywnie.
*

Od bardzo dawna nie sięgałem do tych wspomnień, a one przez ten czas zupełnie wyblakły. Ale nie tylko ja milczałem. O stanie wojennym właściwie się nie mówi. Także dzieciom, które tymczasem urodziły się i urosły.

W rezultacie ta część najnowszej historii Polski uległa dwóm procesom. Pierwszy: dla wszystkich, którzy są młodsi od nas, 13 grudnia to wydarzenie z przeszłości dość odległej, by ją lekceważyć. Odkładam odpowiednie odcinki na osi czasu: dla kogoś, kto dziś ma dziewiętnaście lat, to coś takiego jak dla mnie październikowy triumf Gomułki. Przecież ani razu nie zastanawiałem się, czy poszedłbym wtedy pod Pałac Kultury. Nawet nie jestem pewien, czy moi rodzice to zrobili. Nie zgadało się przez tyle lat.

Drugi proces określa się niekiedy mianem przegranej bitwy o pamięć. Dobrze zdawać sobie sprawę, że w wyniku skrócenia liceum do trzech lat nauczyciele historii nie mają żadnych szans, by przed maturą zdążyć z omówieniem wydarzeń powojennych. Szkoła więc milczy na temat 1981 roku. Milczy także, jako się rzekło, dom. A na obszarze pozbawionym w ten sposób interpretacji mnożą się chwasty interpretacji jakichkolwiek, zainspirowanych niedokładnie zrozumianymi resztkami kodów, którymi posługują się kombatanci lub ich dawni przeciwnicy. Jakaś „Solidarność”, jacyś Wałęsa, Jaruzelski, jakiś komunizm. Politycy powołujący się na „Solidarność” kłócą się okropnie, to pewnie tak robili i wtedy, więc dobrze, że im utarto nosa, a Kwaśniewski, co był w PZPR, to przynajmniej elegancki gość. No i skoro kiedyś tylko ocet na półkach, a teraz są supermarkety, no, to chyba dobrze, że ten stan wojenny zrobili.

Nie sądzę, żebym przesadzał w przedstawieniu tej kompletnej kaszy, w jaką zamieniła się niedawna przeszłość. Z badań społecznych wynika, że większość z nas uważa generała Jaruzelskiego za dobrego patriotę, a wyprowadzenie 13 grudnia wojska na ulicę za decyzję uzasadnioną. Jest to przecież jawny nonsens, który mógł się rozplenić wyłącznie w wyniku nieznajomości faktów i wyparciu dawnych emocji. Zwłaszcza kiedy słyszę go z ust dzisiejszych dwudziestolatków, nie umiem sobie wyobrazić ich samych przed ćwierćwieczem inaczej, jak tylko podczas antyjaruzelskich manifestacji ulicznych. Oni po prostu nie wiedzą, co mówią. I przede wszystkim: nie czują wagi wypowiadanych opinii.

Ale jest inny aspekt tej sprawy, który przemilczamy skwapliwiej niż inne. Oto bowiem, skoro, by odkłamać tę wizję generała jako dobroczyńcy narodu, należałoby zacząć od początku, od osobistych opowieści – to o czym mianowicie mielibyśmy opowiadać? Aktywni opozycjoniści tak, mają piękną kartę, ale ilu ich było w czterdziestomilionowym kraju? Nie przypuszczam, żeby moje resztki wspomnień odbiegały znacznie od tego, co znajdzie każdy, kto pogrzebie w pamięci. Jakieś nieprzemyślane strajki jesienią osiemdziesiątego pierwszego. Akty buńczucznej odwagi, bliskie, niestety, nieszkodliwemu wariactwu. Brak dojrzałości, gdy zamilkły telefony. Potem wyskoczenie z kolein, żadnej wyrazistej decyzji, zredukowanie swego życia do prywatnych spotkań, jeśli ktoś miał wtedy zaufanych przyjaciół, albo do całkowitej samotni, jeśli ich nie miał. Po jakimś czasie jakiś jeden czy drugi gest o ograniczonym stopniu ryzyka. Tyle.

Generał Jaruzelski przetrącił naszemu społeczeństwu moralny kręgosłup. To zdanie jest prawdziwe, ale nikogo nie dotyka. Trzeba je sformułować inaczej: generał Jaruzelski przetrącił kręgosłup moralny każdemu z nas. Instynkt przetrwania okazał się w tobie i we mnie silniejszy niż przywiązanie do wartości, którymi się upajaliśmy przez półtora roku (dlaczego nie pojechałem 14 grudnia rano okupować Uniwersytetu? Co z moim oddaniem dla idei Samorządnej Rzeczypospolitej Akademickiej?). Zostaliśmy wszyscy w praktyce, nie w deklaracjach, wyznawcami Realpolitik, o której słusznie mówiła mi poznana w 1985 roku nauczycielka, że jej najbardziej konsekwentnymi realizatorami byli w swoim czasie folksdojcze. Diabli wzięli samoorganizujące się społeczeństwo, które przed stanem wojennym było o włos, na wyciągnięcie ręki. Niedopuszczenie do tego to właśnie zbrodnia generała Jaruzelskiego, której wybaczyć się nie da. Także dlatego, że oznaczałoby to wybaczenie i dla nas. A my ostatecznie ugięliśmy się przed przemocą, uznaliśmy, że naprawdę są granice, których przekroczyć nie wolno, a mianowicie granice rozsądku. Okazaliśmy się rozsądni – doprawdy, to nie komplement – i z osiągnięciem wolności doczekaliśmy w miarę grzecznie do roku 1989. Wolność wróciła. Społeczna energia, to niebywałe osiągnięcie Sierpnia – nie.

Oczywiście, sam widzę, że piszę trochę „powyżej” tego, co było naprawdę. Że wyostrzam, ocierając się niesmacznie o histerię. Ale chcę powiedzieć, że milczymy o 13 grudnia w rozmowach z ludźmi młodszymi, ponieważ do wspominania mielibyśmy zbyt wiele wstydliwych zaniechań i niesmacznych kompromisów. Być może przypomina to trochę problem z ofiarami gwałtów, które też doświadczają wstydu (one – bezpodstawnie). Ale przyznajmy, że jeśli stan wojenny był gwałtem na społeczeństwie, to w wersji soft (wystarczy porównać doświadczenia Węgrów z 1956 albo Czechów z 1968). I, niestety, wystarczył. Obawiam się, że właśnie ten fakt to czarna dziura, w której zapadła się zbiorowa pamięć o nocy, gdy ogłoszono w Polsce stan wojenny.

JERZY SOSNOWSKI

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s