Laicyzacja Europy

Źródło: Rzeczpospolita: Dzieci dla Boga
23.12.2006

Fakt, że coraz mniej Francuzów czy Anglików chodzi do kościoła, uważa się za dowód, iż świecka mentalność głęboko wkroczyła w życie Starego Kontynentu. Jednak wśród objawów zmierzchu wiary można dostrzec nowe zjawiska. Odrodzenie religijne w Europie może być równie wielkie jak to, które w IV wieku pchnęło rzymskie imperium na nową drogę rozwoju

W swojej godnej uwagi książce ” The Rise of Christianity” amerykański socjolog religii Rodney Stark pokazuje, w jaki sposób nieznana sekta, która w 30 r. n.e. składała się z zaledwie 30 nawróconych, w ciągu trzystu lat zdobyła pozycję oficjalnej religii rzymskiego cesarstwa. Według powszechnie przyjętej wersji cesarz Konstantyn miał widzenie, pod wpływem którego nawrócił się na chrześcijaństwo, lecz Stark wskazuje słabe punkty tego obrazu „historii stworzonej przez wielkiego męża”. Dowodzi, że przez ponad dwa wieki chrześcijaństwo rosło w spektakularnym tempie 40 proc. w ciągu dekady, co tylko częściowo można przypisać atrakcyjności chrześcijańskiej religii dla mającej liczebną przewagę populacji hellenistycznych pogan. Równie ważną rolę odgrywała chrześcijańska demografia. Chrześcijanie – inaczej niż poganie – pielęgnowali swych chorych podczas epidemii dżumy, zamiast zostawiać ich własnemu losowi, dzięki czemu znacznie spadła śmiertelność. W przeciwieństwie do pogańskiego etosu ” macho” chrześcijaństwo kładło nacisk na wierność mężczyzny i małżeństwo, co powodowało coraz liczniejsze nawrócenia kobiet – a one z kolei wychowywały coraz więcej chrześcijańskich dzieci. Wyższe wskaźniki dzietności dawały chrześcijanom coraz większą demograficzną przewagę.

Część twierdzeń Starka można kwestionować, lecz nie ulega wątpliwości, że wiele późniejszych grup wyznaniowych rozkwitło właśnie dzięki wysokiemu współczynnikowi dzietności. Na przykład populacja mormonów – podobnie jak wcześni chrześcijanie – przez sto lat rosła w tempie 40 proc. na dekadę. Mormoni nie tylko stanowią nadal 70 proc. populacji stanu Utah (i to pomimo znacznego napływu niemormońskiej ludności), lecz rozprzestrzeniają się na sąsiednie stany. W latach 80. XX w. ich społeczność miała wskaźnik dzietności blisko trzykrotnie wyższy od wskaźnika dzietności amerykańskich Żydów.

Demografia ma także kluczowe znaczenie dla wyjaśnienia wzrostu religijnej prawicy w Ameryce. Udział konserwatywnych wyznań protestanckich w łącznej populacji białych protestantów wzrósł od jednej trzeciej urodzonych w 1900 r. do dwóch trzecich urodzonych w 1975 r. Białe konserwatywne grupy wyznaniowe zawdzięczają trzy czwarte swego wzrostu czynnikom demograficznym, ponieważ te społeczności od dziesiątków lat mają wyższe wskaźniki dzietności niż bardziej liberalne grupy wyznaniowe. Tym razem rolę doradców Konstantyna odegrali republikańscy stratedzy: zorientowawszy się, z której strony wieje wiatr, nie omieszkali wykorzystać nowych społecznych trendów.

Nieuchronny proces

Na całym świecie ludzie wierzący – bez względu na wiek, poziom wykształcenia czy poziom zamożności – mają na ogół więcej dzieci. „Świecka” Europa nie jest pod tym względem wyjątkiem. Analizując statystyki dziesięciu zachodnioeuropejskich krajów za okres 1981 – 2004, doszedłem do wniosku, że religijność kobiety należała do najważniejszych – po wieku i stanie cywilnym – czynników decydujących o ilości potomstwa. Istnienie podobnych zależności ustalono także w wielu innych badaniach. U podłoża różnic dzietności w rozwiniętych krajach leżą różnice systemów wartości: niewierzący mężczyźni i kobiety nie chcą dla dzieci rezygnować z zawodowej kariery i upragnionego stylu życia.

„Gdyby zbadać grupę 100 dorosłych liberałów, wybranych metodą losową i niezwiązanych przynależnością do partii politycznej – pisze w „Wall Street Journal” Arthur Brooks z Syracuse University – okazałoby się, że mają łącznie 147 dzieci. Na konserwatystów, tworzących taką samą próbę, przypada208 dzieci. Jest to „luka dzietności” wynosząca 41 proc. Biorąc pod uwagę, że mniej więcej 80 proc. ludzi głosuje – z racji wychowania – tak samo, jak głosowali ich rodzice, to luka ta oznacza, z punktu widzenia przyszłych wyborów, że rośnie o wiele więcej małych republikanów niż demokratów”.

Wielu liberałów podważa to rozumowanie. Z pewnością w USA dojdzie to tego, co ma miejsce od pokoleń w zachodniej Europie: wiele dzieci wierzących rodziców stanie się niewierzącymi. W Europie religia liczy się dziś w wyborach mniej niż kiedykolwiek, a europejscy katolicy – od Dublina po Barcelonę – entuzjastycznie opowiadają się za sekularyzacją. Nawet w USA w ostatnim dziesięcioleciu odnotowano znaczny wzrost (do 14 proc.) „bezwyznaniowej” populacji. Bazując na tych dowodach, Pippa Norris i Ronald Inglehart, dwoje wybitnych przedstawicieli nauk politycznych, wysunęło tezę, iż świat nadal zmierza w kierunku laicyzacji. Przyznając, że krótkookresowy trend jest odwrotny, uważają, że w rozwijającym się świecie wzrost zamożności i bezpieczeństwa spowoduje spadek religijności i dzietności. W ostatecznym rachunku sekularyzm „przebije” religijnie motywowaną dzietność.

Mają rację – ale tylko do pewnego stopnia. Gdyby dzietność zawsze była głównym mechanizmem społecznych zmian, społeczności amiszów, Adwentystów Dnia Siódmego, Świadków Jehowy i innych sekt o wysokich wskaźnikach dzietności powinny być znacznie liczniejsze. Tymczasem wiadomo, że mają one wysokie wskaźniki „odejść” – nawet mormoni tracą (procentowo) więcej dzieci niż większość amerykańskich wyznań. Populacje religijne łatwiej „wchłaniają i oddają” niż populacje etniczne, ponieważ konwersja lub odejście od wiary może nastąpić szybko i łatwo. Dopóki wskaźnik odejść jest na tyle wysoki, by zrekompensować przewagę dzietności wynikającej z nakazów wiary, sekularyzm nie jest zagrożony. Z danych dla Europy wynika, że przez kilka pokoleń wierzący mieli demograficzną przewagę nad niewierzącymi, jednak wyrównywała ją sekularyzacja dzieciwierzących Europejczyków. Mając to na uwadze, stworzyłem bardziej złożony model zmian religijności uwzględniający zarówno dzietność motywowaną względami religijnymi, jak i odchodzenie od wiary w Europie.

My i oni

Klasyczny trend sekularyzacji działa dziś inaczej niż w przeszłości, co ilustruje m.in. sytuacja w USA. Konserwatywne protestanckie wyznania mogły utracić znaczną część osiągniętego w XX w. wzrostu – czy to na rzecz sekularyzmu, czy bardziej liberalnych wyznań o wysokim statusie, takich jak Kościół episkopalny – w miarę jak konserwatywni protestanci stawali się lepiej wykształceni, zamożniejsi i przenosili się do miast. Tymczasem takiej „asymilacji” konserwatywnych protestantów przez bardziej liberalne teologie zapobiegł rozpad modelu wiążącego mobilność społeczną z mobilnością wyznaniową. Wśród konserwatywnych protestantów, do pewnego czasu akceptujących przywództwo miejskiej liberalnej protestanckiej elity, rosła świadomość grupowej tożsamości. Efektem stało się odrzucenie przywództwa liberalnych protestantów – poczynając od wystąpienia, w latach 20. XX w., z Federalnej Rady Kościołów. Ten proces nasilił się po 1970 r. w wyniku tzw. wojen kultur. Zaczęto przedstawiać liberalne teologie i sekularyzm jako szkodliwych „obcych”, którym prawdziwi chrześcijanie powinni dać odpór wspólnymi siłami. W miarę zyskiwania na samoświadomości ewangelicy coraz częściej wznosili wokół wspólnoty bariery – takie jak własne środki masowego przekazu – zdolne wiązać pokolenia bez względu na poziom wykształcenia czy zamożności.

Zmiany systemu wartości Ameryki lat 60. XX wieku okazały się linią przypływu kulturowej mobilności, po której przyszła swoista zimna wojna w społecznej świadomości. Szeregi ludzi spokojnie pewnych swych racji czy umiarkowanie religijnych przerzedzają się, natomiast rozszerzają się skrajne obszary fundamentalnej religijności i sekularyzmu. W sytuacji wyraźnie wytyczonych linii walki źródło potencjalnych konwertytów wysycha. Wydaje się, że podobny proces trwa w Europie: wierzący, czując coraz silniej, że ich tożsamość w świeckim społeczeństwie jest czymś nietypowym, uodporniają się na sekularyzację.

Europę – zwłaszcza zachodnią – uważa się za światowego przywódcę świeckiej modernizacji. Norris i Inglehart wzięli ją za model dla potrzeb swej teorii sekularyzacji. Jeśli jednak Europa istotnie wyznacza trend sekularyzmu, istnieje pewien problem: wiele wskazuje na to, że sekularyzacja wytraca impet na własnym boisku.
Lustrzane pokolenia

Zachodnią Europę można z grubsza podzielić na dwie części. Z jednej strony są katolickie kraje, takie jak Hiszpania czy Irlandia, gdzie ilość wierzących jest nadal wysoka (około 60 proc. ludności Irlandii regularnie chodzi do kościoła), a sekularyzacja doszła do głosu dopiero w drugiej połowie XX wieku. Do drugiej grupy należą kraje głównie protestanckie (włącznie z Wielką Brytanią) i katolicka Francja, które zlaicyzowały się wcześniej. Jednak dane z badań, obejmujących lata 1981 – 2004, wskazują, że w tych krajach proces sekularyzacji powojennych pokoleń nie postępuje. Można odnieść wrażenie, że w zachodniej Europie – może za wyjątkiem Włoch – udział chodzących do kościoła ustalił się na poziomie nieco powyżej 5 proc. Ustalenie tego wskaźnika utrudnia wyższa (bliska połowy) liczba tych, którzy nadal określają się jako wierzący i należący do określonego wyznania.Tych ludzi – których Grace Davie określa jako „wierzących nienależących” – niektórzy badacze uważają za nosicieli wątłej wiary, skazanej na rychły uwiąd i niewpływającej na ich zachowania ani postawy. Jeśli tak jest, czym wytłumaczyć fakt, że dzietność tych niepraktykujących wierzących jest znacznie bliższa dzietności praktykujących niż niewierzących? Co więcej, na ogół wierzący niepraktykujący znacznie częściej niż niewierzący określają się jako ideologicznie konserwatywni – nawet w grupach o takim samym poziomie wykształcenia, zamożności, wieku i należących do tego samego pokolenia.

Szczególne znaczenie ma linia równowagi między dzietnością motywowaną względami religijnymi a odchodzeniem od religii w „tworzących trend” społeczeństwach Francji i protestanckiej Europy. Proporcje w tych krajach wynoszą z grubsza: 53 proc. niewierzących do 47 proc. wierzących. Moje własne projekcje, oparte na demograficznych różnicach między poszczególnymi populacjami i obecnymi modelami odchodzenia od religii sugerują, że przez trzydzieści do czterdziestu lat laicka populacja będzie rosnąć w malejącym tempie, by osiągnąć szczyt na poziomie około 55 proc. Następnie – w latach 2035 – 2045 r. – rozpocznie się spadek udziału niewierzących. Siłą napędową sekularyzacji w większości laickich krajów jest odchodzenie od religii, pokoleń urodzonych przed 1945. – proces, który okazał się silniejszy niż przewaga dzietności wierzących. Kres apostazji młodszych pokoleń oznacza, że pod koniec XXI w. ludność będzie bardziej religijna niż na początku obecnego stulecia. Podobnie jak w przypadku mormonów czy wczesnych chrześcijan, głównym czynnikiem zmian nie będą masowe nawrócenia, lecz demografia.

Ten powolny zwrot od sekularyzacji miałby jedynie stopniowy wpływ na ducha europejskiego społeczeństwa, gdyby nie imigracja. Dzięki imigracji z Ameryki Łacińskiej społeczność amerykańskich katolików rośnie, mimo ujemnego salda konwersji z katolicyzmu i na katolicyzm. Podobnie będzie w Europie: imigracja spowoduje wzrostwierzącej populacji, zwłaszcza jej islamskiej części.

Wiadomo, że do 2050 r. biali nie-Latynosi będą stanowić mniej niż 50 proc. całej populacji USA. Natomiast trudno prognozować udział ludności nieeuropejskiego pochodzenia w europejskiej populacji, ponieważ tylko nieliczne europejskie kraje uwzględniają w spisach ludności dane takie, jak przynależność do grupy etnicznej i wyznanie. Okazjonalnie przywoływany trzydziestoprocentowy udział etnicznych mniejszości w Europie do 2050 r. to tak naprawdę „naukowa zgadywanka”. W Austrii, która jako jeden z nielicznych krajów zbiera dane o etnicznej przynależności i wyznaniu ludności, najnowsze projekcje mówią o udziale muzułmanów w granicach 14 – 26 proc. ludności w 2050 r. (obecnie 4 proc.).

Sekularyzacja muzułmanów niezawodnie zmieniłaby ten obraz – i stanowi ona kamień węgielny tezy Norris-Ingleharta. Jednak wystarczy spojrzeć na badania etnicznych mniejszości w Europie, by stwierdzić, że nic nie wskazuje na istnienie takiego zjawiska. W Wielkiej Brytanii drugie pokolenie afrokaraibskiej ludności i chrześcijan z wschodniej Europy jest na ogół mniej religijne niż ich rodzice – ale bardziej niż ogół populacji. Natomiast między pierwszym a drugim pokoleniem muzułmanów z Bangladeszu i Pakistanu w ogóle nie widać różnic religijności. Z ostatnio przeprowadzonego badania mniejszości etnicznych w Holandii wyłania się podobny obraz „zachowania religijnego stanu posiadania” muzułmańskich grup.

Koalicje wierzących

Trudno ocenić przyszłe reakcje Europejczyków, którzy odeszli od chrześcijaństwa, na wzrost europejskiego islamu. Wzrost muzułmańskich społeczności może wywołać ostrzejszy laicki nacjonalistyczny odzew (co, jak się, wydaje ma miejsce we Francji i w Holandii) albo doprowadzić do podkreślania z nową siłą chrześcijańskiej tożsamości (patrz ostatnie przemówienia papieża Benedykta XVI). David Voas i Steve Bruce znaleźli dowody na to ostatnie w danych z brytyjskiego spisu ludności z 2001 r., w którym udział brytyjskich respondentów określających się jako chrześcijanie (zamiast ” niewyznający żadnej religii”) był wyższy w okręgach o dużych muzułmańskich populacjach. Świadomość chrześcijańskiej tożsamości nie jest równoznaczna ze wzrostem wiary – ale i tego nie można wykluczyć. W etnicznie podzielonej Irlandii Północnej konflikt wyznaniowy jest „paliwem” znacznie większej religijności niż w innych częściach Wielkiej Brytanii. W każdym razie połączony efekt wzrostu muzułmańskiej populacji i stabilności (lub wolnego wzrostu) chrześcijańskiej ludności spowoduje nacisk na bezwyznaniowców – a za tym pójdzie zasadniczy zwrot w sekularyzacyjnych trendach XX wieku.

Na początku tych zmian zachodnia Europa stanie się bardziej religijnym – choć nie fundamentalistycznym – społeczeństwem. Religijność – rozumiana nie jako chodzenie do kościoła, lecz jako wiara – zapowiada poważny zwrot ideologicznej orientacji w stronę bardziej konserwatywnej. Chociaż przypływ ewangelizacyjnej polityki w Europie jest mało prawdopodobny, może nastąpić długofalowy zwrot ku bardziej konserwatywnym społecznym wartościom. Europejczycy staną się bardziej „tradycyjni” w takich moralnych kwestiach jak aborcja, wartości rodzinne, religijna edukacja i małżeństwa homoseksualistów. Międzywyznaniowa współpraca chrześcijan i muzułmanów wokół tych problemów jest wielce prawdopodobna, zważywszy, że w większości krajów istnieją już ekumeniczne struktury ułatwiające takie działania. Wystarczy spojrzeć, z jaką łatwością konserwatywni protestanci, katolicy tradycjonaliści i Żydzi współpracują w Stanach Zjednoczonych. Wiele będzie zależeć od tego, w jaki sposób partie i wyborcze systemy w poszczególnych krajach skanalizują te ideologiczne synergie – ale do połowy XXI w. szczyt laickiej europejskiej polityki będzie już dawno pieśnią przeszłości. Podobnie jak w Ameryce, politycy będą musieli trafnie wyczuć religijne nastroje, aby nie znaleźć się w okrążeniu.

W długim okresie może nastąpić wzrost fundamentalistycznego komponentu europejskiej populacji – z tych samych demograficznych przyczyn, co w Ameryce. Różnorodność grup wyznaniowych w Europie będzie gwarantować rozdzielność religii i państwa, lecz to nie zdoła uchronić laickich zasad współżycia społecznego od erozji pod wpływem koalicji wyznań, gdy te postanowią przejść do porządku dziennego nad tym, co je różni. Reprezentanci różnych wyznań będą domagać się odpowiedzi na pytanie, dlaczego laicki punkt widzenia w takich kwestiach jak aborcja, pornografia czy ewolucja ma być jedynym obowiązującym, rozpowszechnianym i „szanowanym”.

Bezdzietni liberałowie

Demograficzne prądy niosą Europę ku modelowi nowoczesności bardziej zbliżonemu do amerykańskiego. Zarazem ostrzegają, że aktualne teorie sekularyzacji wymagają rewizji. Dzietność w rozwijającym się świecie szybko spada w wyniku urbanizacji, ale z badania World Values Survey wynika, że w tych krajach nie widać oznak osłabienia religijności. W rozwijającym się świecie wierzący nadal mają więcej dzieci niż ich laiccy bracia – bez względu na dochody czy wykształcenie. Chiny pozostaną zapewne bardziej laickie niż zachodnia Europa, lecz mało prawdopodobne jest, by sytuacja rozwijała się tak samo w Ameryce Łacińskiej, południowej Azji czy na Bliskim Wschodzie. Co bardziej prawdopodobne, w tych częściach świata modernizacja doprowadzi do ukształtowania się religijnego społeczeństwa w amerykańskim stylu.

Dotychczas liberalny optymizm zdecydowanie wygrywał z przeciwnikami. Przestrogi Marksa przed katastrofalnymi gospodarczymi sprzecznościami między kapitałem a pracą okazały się równie chybione, jak późniejsze o cały wiek obawy Daniela Bella przed kulturową sprzecznością między dyscypliną w miejscu pracy a konsumerystycznym hedonizmem. Nawet wzrost wskaźników przestępczości i rozpad tradycyjnej rodziny nie zagrażają liberalnemu porządkowi. Zapowiadany przez Francisa Fukuyamę „kres historii” – zwycięstwo liberalnej demokracji i kapitalizmu – opiera się na założeniu wyższości zachodniej wojskowej technologii, dzięki której indywidualistycznie nastawione społeczeństwa są w stanie zabezpieczyć się przed zagrożeniem ze strony bardziej spójnych „barbarzyńskich” rywali. Fukuyama ma rację. Terroryzm może nam zadać straty, ale terroryści nie są w stanie zniszczyć naszych złożonych społeczeństw. Jednak to przekonanie opiera się na założeniu demograficznej zdolności liberalnego kapitalizmu do przetrwania. Jeżeli „ostatni ludzie” Fukuyamy nie pozostawią następców, po nich przyjdą wyznawcy bardziej tradycyjnego światopoglądu.

Eric Kaufmann, tłum. Elżbieta Gołębiowska
Prospect 2006 Eric Kaufmann jest socjologiem, religioznawcą, wykładowcą polityki w Birkbeck, uczelni należącej do Uniwersytetu Londyńskiego