Piosenka o dwóch ojcach – film


Piosenka o dwóch ojcach – film

artykuły na temat programu telewizyjnego:
Ojcowie zastąpią mi matkę
Szkoła uczy, jak być gejem
Od tolerancji do obowiązkowej sympatii wobec gejów

Z autorami artykułów polemizuje Robert Biedroń prezes Kampania przeciw Homofobii czytaj Spójrzcie gejom w oczy

Spójrzcie gejom w oczy

Źródło: Rzeczpospolita: Spójrzcie gejom w oczy
29.12.2006

POLEMIKA ROBERTA BIEDRONIA Z DZIENNIKARZAMI „RZ” Czy pary homoseksualne mają prawo wychowywać dzieci

W Polsce kilkadziesiąt tysięcy dzieci jest wychowywanych w rodzinach gejowskich i lesbijskich. Znam wiele z nich osobiście i zapewniam, że nie są to zdegenerowane dzieci dwóch zboczeńców

Nastolatek śpiewa piosenkę o swoich ojcach gejach. Opowiada w niej, jak żyje w homorodzinie, o swoich radościach i smutkach. To nagranie z popularnego holenderskiego programu telewizyjnego dla dzieci. Siedzące obok inne dzieci podchwytują słowa piosenki Terence’a, który został potraktowany tak jak setki innych występujących w tym programie. Normalnie.

Ale nie dla autorów „Rzeczpospolitej”, którzy obejrzeli fragmenty holenderskiego programu. Z zażenowaniem przeczytałem teksty Piotra Zychowicza („Szkoła uczy, jak być gejem„) i Beaty Zubowicz („Od tolerancji do obowiązkowej sympatii„) z 20 grudnia 2006 r., poświęcone „wychwalaniu homoseksualizmu”, a w istocie homorodzicielstwu.

Do niedawna takie teksty, pełne manipulacji, agresji i braku zrozumienia dla drugiego człowieka, publikowane były na łamach „Naszego Dziennika”. Teraz dołączyła do niego „Rzeczpospolita”.

Piotr Zychowicz uznał holenderski program za „wychwalanie homoseksualizmu” i przyłączył się do manipulacji uprawianej w telewizyjnym programie Jana Pospieszalskiego, wieszcząc: „Homoseksualiści wkraczają do szkół”.

Z tekstów w „Rzeczpospolitej” płynie przekaz: chrońmy dzieci, bo nasza cywilizacja jest zagrożona przez „potężne lobby”, które swoje „upodobania seksualne” próbuje narzucić większości społeczeństwa. Tym wstrętnym zboczeńcom nie chodzi już o równe prawa, ale „o afirmację ich stylu życia”, o hołd złożony ohydnym „upodobaniom seksualnym”.

Nie są to pierwsze manipulacje, jakich dokonują dziennikarze i publicyści piszący o rodzicielstwie gejów i lesbijek. Dyskusja na ten temat jest w Polsce celowo prowadzona tak, by zbrudzić i zohydzić ten temat i w ten odrażający sposób przedstawić go społeczeństwu. Z powodzeniem, ponieważ badania społeczne pokazują, że choć o gejach i lesbijkach wiemy niewiele, to chętnie ich potępiamy, z góry negatywnie kwalifikując ich potrzeby wychowawcze i możliwości rodzicielskie.

Proponuję, by zastanowić się nad tematem poważniej. Demonizowanie gejów i lesbijek, przedstawianie ich jako potworów, które chcą skrzywdzić dzieci, jest nie tylko niegodne, ale i nieprawdziwe. Czy tego chcemy bowiem, czy nie, geje i lesbijki także w Polsce dzieci wychowują. Robią to jako nasi nauczyciele, księża, babcie, wujkowie oraz – co najważniejsze – jako matki i ojcowie.

Tak jest, choć może to być dla redaktorów „Rzeczpospolitej” szokujące: osoby homoseksualne w III RP (a pewnie nawet w IV) wychowują dzieci jako rodzice. Mają je najczęściej z wcześniejszych związków heteroseksualnych, rzadziej poprzez indywidualną adopcję (co w Polsce jest możliwe).

Wychowując swoje dzieci, rodziny homoseksualne w Polsce z oczywistych względów ukrywają ten fakt. Niezrozumienie społeczne i nietolerancja wobec gejów i lesbijek w ogóle, a już homorodzicielstwa w szczególności, jest bowiem porażające. Teksty takie jak opublikowane na pierwszej stronie „Rzeczpospolitej” nienawiść tę tylko pogłębiają.

Kampania przeciw Homofobii szacuje, iż w Polsce jest kilkadziesiąt tysięcy dzieci wychowywanych w rodzinach gejowskich i lesbijskich. Wyrastają na takich samych Polaków i Polki jak inni – czasem lepszych, czasem gorszych. Znam wielu z nich osobiście i zapewniam, że nie są to zdegenerowane dzieci dwóch zboczeńców.

Proszę o zastanowienie się, dlaczego w kraju, w którym walczy się o dobro dziecka nienarodzonego nawet kosztem życia jego matki, w tak okrutny sposób traktuje się życie narodzonych? O chwilę refleksji nad tym, jak czuje się po przeczytaniu tekstów pani Zubowicz i pana Zychowicza para lesbijek, która wychowuje w Polsce swoje dziecko? Czy są one rzeczywiście częścią „potężnego lobby homoseksualnego”, czy chcą jedynie „afirmacji ich stylu życia”? A może po prostu chcą spokojnie, bez nienawiści i nietolerancji, wychowywać swoje dziecko?

A może nie powinny mieć do tego prawa? Może pani i pan redaktorzy w następnym artykule nakażą odbieranie dzieci gejom i lesbijkom? Boć przecież wiadomo, że „gejowski styl życia to narkotyki, alkohol, rozwiązłość seksualna”, by zacytować jedną z przytaczanych przez nich opinii. Przypominam jednak, że w historii XX wieku odbieranie dzieci już było. Pamiętamy takie systemy sami albo z lekcji historii. Uzasadnienie było takie samo jak w waszych tekstach – odmowa zrozumienia inności, uprzedzenie, nienawiść i pogarda dla drugiego człowieka.

Wstydzę się, że „Rzeczpospolita” drukuje i eksponuje teksty, w których nienawiść przesłania myślenie, które mieszają informację z agitacją. Gejów i lesbijek, a także ich dzieci, nie trzeba kochać, nie trzeba ich afirmować i dawać im szczególnych praw. Trzeba tylko pamiętać, że są takimi samymi ludźmi jak redaktorzy „Rzeczpospolitej”, że mają swoją niezbywalną godność i swoje uczucia. A może się nawet zdarzyć, że będą waszymi dziećmi, małżonkami, kolegami czy koleżankami z redakcji. Spójrzcie im w oczy i powiedzcie to, co napisaliście.

Robert Biedroń
Robert Biedroń jest politologiem i prezesem stowarzyszenia Kampania przeciw Homofobii


Dziecko powinno mieć ojca i matkę

Odpowiedz redaktorów na zarzuty Roberta Biedronia

Pan Robert Biedroń zarzuca nam „manipulację, agresję, brak zrozumienia dla drugiego człowieka”, twierdzi, że pisząc nasze teksty, kierowaliśmy się nienawiścią do homoseksualistów, która przesłania nam myślenie, oraz że mieszamy informację z agitacją.

Cóż, z tak sformułowanymi – niezwykle emocjonalnymi – oskarżeniami, które z jednej strony odnoszą się do naszego warsztatu dziennikarskiego, a z drugiej – do naszych rzekomych sympatii i antypatii, trudno polemizować. Ale spróbujmy.

Zacznijmy od strony warsztatowej. Zarzut, że mieszamy informację z agitacją, wydaje się chybiony. Czym innym jest bowiem tekst informacyjny, a czym innym komentarz. Naturą komentarza jest to, że autor wyraża w nim własne opinie. Ponieważ w Polsce wolność słowa jest respektowana, każdy ma prawo do swoich poglądów, nawet jeśli panu Biedroniowi się one nie podobają.

W tekście informacyjnym natomiast autor powinien możliwie najpełniej opisać dany problem, pozwalając zabrać głos obu stronom. Taką możliwość miał również m.in. pan Biedroń, którego opinia znalazła się w „Rzeczpospolitej”, choć raczył tego nie zauważyć.

Jeśli chodzi o nasze sympatie, to sprawa jest trudniejsza. Moglibyśmy starać się przekonywać, że nie pałamy nienawiścią do homoseksualistów z powodu ich „inności” i że ani nam było w głowie wzbudzać agresywne nastawienie do ludzi o odmiennych upodobaniach seksualnych, ale pan Biedroń i tak nam zapewne nie uwierzy. Środowiska aktywistów gejowskich zwykły bowiem oskarżać o homofobię każdego, kto do ich postulatów i żądań nie odnosi się z należytym entuzjazmem.

Pan Biedroń rację ma tylko w jednym: w przeciwieństwie do niego nie uważamy, by ” homorodzina” i ” homorodzicielstwo” – jak to określa – były czymś normalnym. Choć zdajemy sobie sprawę, że zapewne są homoseksualiści, którzy wychowują dzieci pochodzące z ich poprzednich heteroseksualnych związków, to nie sądzimy, by ten model zasługiwał na krzykliwą promocję. (Pan Biedroń pisze zresztą o kilkudziesięciu tysiącach takich dzieci. Ciekawi nas, jak to policzył, bo niestety nie podał źródeł informacji).

Rzeczywiście sprzeciwiamy się zarówno adopcji dzieci przez homoseksualne pary, jak i nachalnemu wmawianiu ludziom, że jest to norma. Powtarzamy: nie jest. Dziecko powinno mieć ojca i matkę. Tylko to jest normą.

Pan Biedroń ubolewa, że ” Rz” opublikowała nasze teksty. My z kolei cieszymy się, że cenzura należy już do przeszłości i że każdy może wyrażać własne poglądy: i my, i pan Biedroń. Rzeczywiście sprzeciwiamy się zarówno adopcji dzieci przez homoseksualne pary, jak i nachalnemu wmawianiu ludziom, że jest to norma. Powtarzamy: nie jest
Beata Zubowicz, Piotr Zychowicz

Chrześcijanie muszą wreszcie się obudzić

Źródło: Rzeczpospolita: Chrześcijanie muszą wreszcie się obudzić
23.12.2006

Wywiad z kardynałem Walterem Kasperem, przewodniczącym Papieskiej Rady ds. Popierania Jedności Chrześcijan

RZ: Święta Bożego Narodzenia stają się coraz bardziej komercyjne. Większości ludzi kojarzą się z prezentami, zakupami, choinką i dobrym jedzeniem. Czy nie powinniśmy, jak sugerowało niedawno „L’Osservatore Romano”, w ogóle zrezygnować z obchodzenia Bożego Narodzenia?

Kardynał Walter Kasper: Tekstu nie czytałem. Uważam, że nie ma powodu, by rezygnować z obchodzenia świąt. Przypomina mi się od razu moje własne dzieciństwo. Wtedy Boże Narodzenie stanowiło bardzo ważny moment życia duchowego mojej rodziny i całej parafii. Moim zdaniem tak jest do dziś w Europie Zachodniej. Jest konsumpcja i komercyjny szał, lecz z drugiej strony nadal wielu ludzi przychodzi w święta do kościoła. Szukają spokoju, chcą uciec przed tą konsumpcją i komercją. Powstaje szansa na rozmowę, przekaz świątecznego przesłania. Dlatego Bożego Narodzenia nie można zlikwidować, trzeba je ratować.

Co Kościół może zrobić w tej sprawie?

No cóż. Wiara zaczyna się w sercu każdego człowieka. Musimy się więc zwrócić do każdego człowieka, do każdej rodziny osobno. Stworzyć nową chrześcijańską kulturę świętowania w naszych społeczeństwach. Jestem przekonany, że bardzo wielu ludzi właśnie na to czeka.

Jednak w Europie tępi się symbole chrześcijańskie. Wiernym nie wolno nosić krzyży na szyi, np. na pokładach samolotów w Anglii, lub są one zdejmowane ze ścian, jak na przykład w Niemczech.

To jest bardzo przykre zjawisko. Krzyże są tępione w Europie z powodu fałszywego pojęcia tolerancji. Tolerancja to szacunek dla przekonania innych bez rezygnowania z własnych przekonań. Papież bardzo stanowczo wypowiedział się przeciwko fałszywemu pojęciu tolerancji religijnej. A my wszyscy powinniśmy zrobić to samo. Tylko wtedy będzie można ten proces powstrzymać.

Ale czy ten proces nie jest dowodem klęski Kościoła katolickiego?

Nie formułowałbym tego w ten sposób. Oczywiście jest on objawem zmniejszenia się wpływu Kościoła na życie publiczne. Oznacza to także, że sekularyzacja Europy podąża coraz szybciej i coraz dalej. Ale słowo „klęska” brzmi jak „wina”. A w tej sprawie trudno kogoś obwiniać. To jest zbyt skomplikowany proces, aby mówić o klęsce.

Czy Watykan może coś zrobić, aby chrześcijańskie wartości i tradycje stały się znów atrakcyjne?

Papież głosi kazania, które przyciągają ogromne tłumy ludzi. Więcej zrobić chyba nie może. Reszta musi być zadaniem księży naszych diecezji i parafii, którzy teraz zajmują się głównie udzielaniem sakramentów. A powinni ewangelizować, zdobywać nowych wiernych. Nadszedł czas drugiej ewangelizacji Europy.

Czy jej elementem jest powrót do dawnej łacińskiej liturgii? Watykan popiera tę inicjatywę?

Takie tendencje faktycznie istnieją. Nie dotyczą one jednak większości Kościoła. Ja osobiście popieram pomysł odprawiania mszy po łacinie, jeżeli jest to możliwe i jeżeli istnieje taka potrzeba. Kiedy byłem biskupem, chętnie godziłem się na to, aby w mojej diecezji od czasu do czasu odprawiano nabożeństwo po łacinie. Jednak wątpię, aby to dotyczyło wielu wiernych, ponieważ chodzi tu o formę liturgii, która obowiązywała przed Soborem Watykańskim II, a odbył się on 40 lat temu. Ci, którzy pamiętają dawną liturgię, mają dziś powyżej 60 lat. Reszta nawet nie wie, o co chodzi. Dla mnie jest dużo ważniejsze, aby nasza nowoczesna liturgia była odprawiana w sposób godny i ciekawy dla wiernych. Odprawianie mszy po łacinie nie stanowi z mojego punktu widzenia ważnego problemu w Kościele.

Istnieje także drugi spór, tym razem o liturgię słowa. W niektórych krajach mówi się, że Chrystus przelał krew „za wszystkich”, a w niektórych, że „za wielu”. Które sformułowanie jest prawidłowe?

Prawidłowe tłumaczenie brzmi „pro multi” (za wielu), a nie jak głoszono w niektórych krajach, „pro tutti” (za wszystkich). Przez długi czas toczył się spór o prawidłowe przetłumaczenie tekstów. Tak naprawdę jednak nie ma tu wielkiej różnicy. Chrystus umarł za wszystkich, ale pozyskał tym tylko wielu. Zmiany są obowiązkowe, ale minie kilka lat, zanim je odczujemy, bo trzeba będzie najpierw wymienić wszystkie księgi mszalne. Przeciwnicy tych zmian oczywiście są w Kościele, ale zawsze się znajdą jacyś przeciwnicy. To jest w tej sprawie bez znaczenia.

Papież Benedykt XVI wyraził podczas swojej wizyty w Turcji chęć do dialogu z islamem. To brzmi poprawnie politycznie. Jak ten dialog ma konkretnie wyglądać? W jaki sposób mogłoby dojść do zbliżenia pomiędzy chrześcijanami i muzułmanami?

Nie zaczynamy tego dialogu od zera. Już od dawna Rada ds. Dialogu Międzywyznaniowego działa w tej sprawie. Dialog z islamem jest w końcu jednym z zadań, które postawił Sobór Watykański II. Opiera się na wartościach, które dzielimy z muzułmanami. Do tego należy wiara w jednego Boga i niektóre nakazy moralne. Na tej podstawie porozumienie jest możliwe. Oczywiście trzeba mieć świadomość, że ten dialog jest niesłychanie trudny. Islam stanowi dziś dla Europy wyzwanie, jeżeli nie – w niektórych okolicznościach – zagrożenie. Trzeba jednak rozróżnić islam i fundamentalizm, a nawet terrorystyczny islam, który nie ma nic wspólnego z religią, tylko jest jej instrumentalnym wykorzystaniem do celów politycznych. Ta ideologia stanowi niebezpieczeństwo dla całego świata.

Chrześcijanie w krajach islamskich są często prześladowani, wolność religijna ich nie obejmuje, często nie mają prawa do wyznawania swej wiary. Co Kościół ma zamiar w tej sprawie zrobić?

Żądamy od islamu wzajemności. My gwarantujemy muzułmanom wolność religijną i oczekujemy, że zostanie ona zagwarantowana chrześcijanom w krajach islamskich. Nic więcej nie możemy zrobić.

Chrześcijanie nie potrafią bronić swej religii, okazać jedności, kiedy jest potrzebna. Muzułmanie, którzy też są podzieleni, są w stanie się zjednoczyć. Przykładem były protesty po publikacji karykatur Mahometa. Zostały odebrane jako atak chrześcijańskiego Zachodu na cały islam. Dlaczego my nie potrafimy tak się bronić?

Po pierwsze można temu przeciwdziałać, występując i przemawiając, tak jak papież to zrobił w Turcji. Benedykt XVI zachował się skromnie, wyrażając swój szacunek do islamu. To wywarło bardzo pozytywne wrażenie na wielu muzułmanach. Tak jak to robił mnich Charles de Foucauld, który niedawno został beatyfikowany. Żył długo wśród muzułmanów, okazując im szacunek, miłość i przyjaźń. Trzeba także rozróżniać kraje i sytuacje. W Syrii, gdzie niedawno przebywałem, chrześcijanie i muzułmanie żyją w pokoju. Nie wszędzie dochodzi do spięć. Nie jest też prawdą, że muzułmanie żyją w jedności. Wręcz przeciwnie. Wystarczy spojrzeć na arabskich muzułmanów, na podziały między szyitami i sunnitami. Mimo to nadszedł czas, aby chrześcijanie się obudzili. Aby zaczęli głosić aktywniej swą wiarę, bronić jej, kiedy jest to konieczne.

To znaczy, że Oriana Fallaci miała rację, twierdząc, że jeżeli chrześcijanie się nie obudzą, grozi im zagłada?

Całkowicie się z tym zgadzam. Chrześcijanie muszą się wreszcie obudzić, żyć swą wiarą na co dzień w sposób świadomy, bronić jej, a nie działać według jakiegoś źle zrozumianego pojęcia tolerancji.

Czy to fałszywe pojęcie tolerancji nie bierze się stąd, że Europejczycy, jak potwierdziły badania opinii przeprowadzone w różnych krajach, po prostu boją się islamu? W Europie żyją miliony muzułmanów, część z nich nie szanuje państwa prawa. Francja jest dobrym przykładem, gdzie regularnie miliony francuskich obywateli wyznania muzułmańskiego terroryzują państwo podpalaniem całych dzielnic.

Na to nie mam odpowiedzi. Oczywiście muzułmanie, którzy tu żyją i chcą żyć, muszą szanować reguły gry. Jeżeli oczekują tolerancji, muszą przestrzegać panującego prawa. Integracja jest magicznym słowem. Nie zawsze się udaje. We Francji jest to także problem społeczny. Brak perspektyw jest tu podłożem przemocy wobec państwa i reszty obywateli. W Anglii natomiast dobrze sytuowani obywatele dokonali ataku bombowego na metro londyńskie. Nie było tu niezadowolenia społecznego, którym można by wytłumaczyć postępowanie tych ludzi. Ten zamach pokazał, że musimy walczyć z ideologiczną infiltracją muzułmanów w Europie przez islamskich fundamentalistów.

Czy w kontekście tych zagrożeń może być miejsce dla Turcji w Unii Europejskiej?

Chciałbym odpowiedzieć tak, jak powiedział papież, kiedy był w Turcji. Mianowicie, że Kościół nie jest władzą polityczną. A przystąpienie Turcji do Unii Europejskiej to kwestia polityczna. Dlatego Kościół nie będzie się wypowiadał bezpośrednio na ten temat, ale mówi, że Turcja i Europa muszą się do siebie zbliżyć w dziedzinie wartości, bo inaczej nasze współżycie w Europie nie ułoży się pomyślnie. Czy z tego wyniknie lub powinno wyniknąć członkostwo w Unii Europejskiej, to polityczne pytanie, na które nie chcemy i nie będziemy odpowiadać. My domagamy się zbliżenia w dziedzinie wartości duchowych. Chcemy, aby w Turcji były przestrzegane wolność religijna i prawa człowieka. Aby chrześcijanie mogli swobodnie wyznawać swoją wiarę. Mentalność musi się w Turcji powoli zmieniać. Nad tym chcemy i będziemy pracować.

Mówi ksiądz kardynał, że Kościół nie będzie się wypowiadał bezpośrednio na temat członkostwa Turcji w Unii. Ale słowa papieża, wypowiedziane w Ankarze, uznano za poparcie dla unijnych dążeń Turcji.

Mnie przy tej rozmowie papieża z premierem Erdoganem nie było. Ale ci, którzy tam byli, mówią,że papież nie opowiedział się bezpośrednio za wstąpieniem Turcji do Unii Europejskiej. Powiedział tak samo jak ja, że nie chce i nie będzie się na tematy polityczne wypowiadać. Wyraził po prostu nadzieję na duchowe zbliżenie, które mogłoby pozwolić Turcji w przyszłości zostać częścią Europy.

To znaczy, że wypowiedź papieża została źle zrozumiana przez premiera Erdogana?

Nie. Po prostu została przez niego ze zrozumiałych powodów zinstrumentalizowana. Papież tego tak nie powiedział.

Ale Watykan nie zdementował.

Nie. Nie zdementował.

Czy nie wydaje się waszej eminencji, że nie tylko z powodu odmiennych wartości dialog między islamem a chrześcijaństwem jest trudny? Dzieli nas także przepaść cywilizacyjna. To trochę tak, jakby nowoczesność dialogowała ze średniowieczem.

Islam jest inną kulturą, w wielu dziedzinach, nie we wszystkich, z naszego punktu widzenia pozostał daleko z tyłu. Jedno z najważniejszych pytań w następnych latach będzie brzmiało: czy islamowi uda się nadążyć za zachodnią cywilizacją bez przejęcia jej negatywnych cech. Wielu muzułmanów odrzuca Zachód z powodu objawów dekadencji, które, i tego trzeba mieć świadomość, faktycznie występują. Dlatego może to być tylko krytyczna recepcja cywilizacji zachodniej.

Można więc powiedzieć, że protestując po publikacji karykatur Mahometa, islam po prostu bronił swych wartości, a chrześcijanie tego nie potrafią?

Chrześcijanie, jak już powiedziałem, powinni bronić swych wartości, ale nie tak, jak robią to muzułmanie. Takiej postawy nie da się w żaden sposób usprawiedliwić. W przypadku karykatur Mahometa zachowanie obu stronbyło nieodpowiednie. Nie powinno się wyśmiewać czyjejś religii. Religia musi pozostać czymś świętym. To dotyczy także symboliki chrześcijańskiej. Ale z drugiej strony nie możemy zaakceptować podżegania muzułmanów do gwałtownych protestów przeciwko wszystkim chrześcijanom. Większość protestujących w sprawie karykatur pewnie ich nie widziała. Zostali zinstrumentalizowani. Z powodów niereligijnych.

Przejdźmy do podziałów w chrześcijaństwie. Czy zdaniem waszej eminencji może wkrótce dojść do spotkania między papieżem a patriarchą moskiewskim?

My życzymy sobie takiego spotkania, ponieważ byłoby ono ważnym symbolem zbliżenia. Patriarcha Aleksy II zawsze mówił, że w gruncie rzeczy nie ma nic przeciwko temu. Twierdził jednak także, że muszą być spełnione pewne warunki, a jego zdaniem na razie nie są. My ciężko pracujemy nad zlikwidowaniem tych przeszkód. Jestem osobiście przekonany, że dojdzie do takiego spotkania. Nie potrafię tylko powiedzieć kiedy. Mamy na razie dość przykrą sytuację. Nie może przecież tak być, żeby papież i głowa tak ważnego Kościoła jak Cerkiew rosyjska nie mogli się spotkać. Tym bardziej że papież już spotkał się z przywódcami pozostałych Kościołów prawosławnych.

Które problemy nie pozwalają obu Kościołom się porozumieć?

Cerkiew rosyjska zarzuca Kościołowi katolickiemu prozelityzm i uniatyzm. My wciąż podkreślamy, że jesteśmy przeciwni prozelityzmowi. Jest oczywiście możliwe, że jeden lub dwóch księży nie przestrzega zakazu prozelityzmu i próbuje zdobyć wiernych pieniędzmi lub obietnicami. To jest oczywiście zakazane. Potępiamy takie zachowanie.

Czy rosyjska Cerkiew prawosławna nie dlatego oskarża księży katolickich o prozelityzm, ponieważ traci wiernych z innych powodów?

Nie mamy strategii, aby celowo i masowo namawiać prawosławnych chrześcijan do przejścia na katolicyzm. Absolutnie odrzucamy prozelityzm. Jeżeli jednak ktoś chce przejść na katolicyzm z powodu własnego sumienia, to oczywiście go przyjmiemy. Teoretycznie Cerkiew to rozumie i akceptuje. Jednak tylko teoretycznie. Czasami katolicy przechodzą na prawosławie. My nie mamy o to do nikogo pretensji. Z patriarchatem Moskwy nie zawsze jest tak łatwo.

Więc prozelityzm istnieje w końcu w Rosji czy nie? Czy strona rosyjska przytacza jakieś dowody na prozelityzm uprawiany przez katolickich księży?

Nie mogę wykluczyć, że jeden lub drugi ksiądz może popełnić taki błąd. Dlatego moja odpowiedź dla patriarchy zawsze brzmi tak samo: Podajcie mi dowody prozelityzmu ze strony katolickich księży, ponieważ na ogólny zarzut nie możemy i nie chcemy reagować. Jednak w konkretnych przypadkach złego zachowania naszych duchownych możemy zadziałać, badając sprawę. Dlatego utworzyliśmy specjalną komisję z patriarchatem, w której sprawdza się konkretne przypadki.

Czy nie jest tak, że to głównie polscy księża, którzy pracują na terenie Rosji, szkodzą stosunkom pomiędzy Watykanem a patriarchatem Moskwy?

Takie stwierdzenie byłoby bardzo niesprawiedliwe. Wielu polskich księży pracuje z poświęceniem dla wiernych w Rosji. Nie szkodząc, lecz pomagając. Nie, tego nie można tak powiedzieć. Oczywiście, relacje pomiędzy Polską a Rosją są historycznie trudne. Trzeba zrobić wszystko, aby doszło do pokojowego i przyjaznego sąsiedztwa pomiędzy tymi krajami. Podam znów przykład z mojego dzieciństwa w czasach Trzeciej Rzeszy. Uczyłem się z podręczników, że Francuzi są naszymi wrogami, od zawsze i na zawsze. Gdybym to dziś powiedział młodemu człowiekowi, toby mnie wyśmiał. Doszło do porozumienia między Francuzami a Niemcami. Coś trzeba zrobić, aby doszło do zbliżenia Polakami z Rosjanami.

Papież spotkał się niedawno z patriarchą Konstantynopola i arcybiskupem Aten, z patriarchą Moskwy się to na razie nie udaje. Dlaczego istnieją tak wielkie różnice pomiędzy Kościołami prawosławnymi?

Różnice nie są wielkie, często wcale nie chodzi o różnice dogmatyczne. Dla Cerkwi rosyjskiej najgorszy nie jest wcale rzekomy prozelityzm Kościoła katolickiego, lecz problem relacji z Kościołem greckokatolickim na Ukrainie. Nasze stanowisko w tej sprawie jest jasne. Kościół greckokatolicki ma prawo do istnienia, musicie to zaakceptować. Dziś dialog z Kościołami polega na tym, że się żadnego, absolutnie żadnego nie wyklucza.

Czy nie ma pomiędzy Atenami, Konstantynopolem i Moskwą walki o prymat w Kościele prawosławnym?

Oczywiście dochodzi do spięć. Ale to są wewnętrzne kłótnie Kościoła prawosławnego. My się do tego nie wtrącamy.

Światowy Kongres Żydów ostro skrytykował plany beatyfikacji Piusa XII, który jego zdaniem nie robił nic, by ratować Żydów w czasie Holokaustu. Czy Kościół weźmie tę krytykę pod uwagę?

W dialogu z judaizmem Kościół osiągnął wielki postęp od Soboru Watykańskiego II. Jest to głównie zasługa papieża Jana Pawła II. Żydowska strona podziwia i szanuje Jana Pawła II. Teraz powstał ten problem w stosunku do Piusa XII. Niektórzy Żydzi go krytykują, niektórzy wręcz przeciwnie. Tak samo zresztą jak katolicy. Szczerze mówiąc, uważamy, że nie powinno obchodzić Światowego Kongresu Żydów, kogo Kościół katolicki będzie beatyfikował. Jest to wyłącznie wewnętrzna sprawa Kościoła. Istnieją wewnętrzne reguły, kogo można beatyfikować, a kogo nie. Trzeba spełnić pewne kryteria. Do tego Żydzi nie mogą się wtrącać i dobrze o tym wiedzą. Drugą sprawą jest to, że Żydzi chcą otwarcia archiwów Kościoła z czasów drugiej wojny światowej. My to popieramy, ale Żydzi muszą zrozumieć, że tu chodzi o miliony akt, które trzeba przejrzeć i udostępnić. Jan Paweł II zadecydował o tym, że mają zostać udostępnione, ale to nie może się stać od razu. Na razie dostępne są akta do 1939 roku. Reszta także zostanie udostępniona. Trzeba też powiedzieć, że mimo iż Pius XII jest kontrowersyjną postacią, to uratował tysiące Żydów. Światowy Kongres Żydów przyznaje mu tę zasługę. Sprawa nie jest więc prosta.

Jak wasza eminencja będzie obchodzić w tym roku święta? Jak są one obchodzone w Watykanie?

W Watykanie odbywa się wielka msza, po której papież składa kardynałom i biskupom życzenia świąteczne. Ja potem wracam do domu, święta spędzę w klasztorze benedyktyńskim w mojej diecezji w Badenii-Wirtembergii. W prezencie dostaję głównie wino i ikony, jest ich już tak dużo, że nie ma ich gdzie wieszać. W tym wieku prezenty nie są już takie ważne. Jako dziecko, podczas wojny, byłem bardzo biedny. I prezenty były raczej skromne. Mama uszyła jakieś ubranie, upiekła ciasteczka. W tamtych czasach to było bardzo dużo. Teraz pewnie zjem pieczeń z gęsi lub z sarny. W Niemczech to zależy od regionu. U nas na południu podaje się na święta potrawy z mąki, na przykład Schpätzle. W południowych Niemczech Boże Narodzenie to nadal chrześcijańskie święta. Wiele rodzin i w tym roku przyjdzie do kościoła świętować narodziny Chrystusa.
rozmawiali w Watykanie Jerzy Haszczyński i Aleksandra Rybińska

Kardynał Walter Kasper

Jeden z najważniejszych i najbardziej wpływowych kardynałów Kurii Rzymskiej. Przewodniczy Papieskiej Rady ds. Jedności Chrześcijan. Wieloletni przyjaciel obecnego papieża Benedykta XVI. Towarzyszył mu w pielgrzymkach do Polski, Bawarii i Turcji. Jeden z najtęższych watykańskich umysłów, napisał kilkadziesiąt książek, w tym szczególnie cenioną „Teologię i Kościół”. Niemiecki kardynał ma 73 lata. W 1956 r. ukończył filozofię na uniwersytecie w Tybindze. Rok później otrzymał święcenia kapłańskie. Od 1989 roku biskup. W 1999 r. po nominacji na sekretarza Papieskiej Rady ds. Popierania Jedności Chrześcijan opuścił swoją diecezję Rottenburg-Stuttgart i przeniósł się do Rzymu. W 2001 r. został wyniesiony do godności kardynalskiej przez Jana Pawła II i stanął na czele Rady, która zajmuje się również dialogiem z Żydami

Likwidacja Bożego Narodzenia

Źródło: Rzeczpospolita: Życzymy wam wesołego Luminosa!
23.12.2006

Skoro nawet katolicka Hiszpania nie oparła się trendowi politycznej poprawności – cóż dopiero mówić o krajach dłużej naznaczonych ideami oświecenia

Jakie święto mają obchodzić 25 grudnia Europejczycy? Zdaniem wielu władz miejskich w Wielkiej Brytanii i lewicowych posłów Parlamentu Europejskiego najlepiej Luminos – fantazyjny obrzęd wzięty prosto z ” Harry’ego Pottera”.

Polska, Oćwieka koło Biskupina. W Centrum Obozów Chrześcijańskich kilkaset dzieci tygodniowo bierze udział w spotkaniach na temat tradycji i świąt Bożego Narodzenia.

– Uczymy dzieci o narodzeniu Jezusa i odkupieniu, które przez Niego przyszło – objaśnia pomysłodawca spotkań Piotr Sobolewski, animator kultury. – Tłumaczymydzieciom znaczenie adwentu, symbolikę potraw, pustego miejsca przy stole wigilijnym. Przypominamy i pokazujemy tradycje, które były niegdyś kultywowane w wielu domach. Dzieci są w to wszystko bardzo mocno zaangażowane.

Część praktyczna zajęć polega na wypiekaniu bułek i pierników zdobiących stół wigilijny, do którego później zasiadają najmłodsi. – Każde dziecko wykonuje własny stroik i zabiera go do domu. Tak aby pozostała pamiątka. Ci, którzy do nas przyjechali pierwszy raz, później często wracają. Dzieci uczą się również śpiewać kolędy.

Obrazek drugi. Saragossa, Hiszpania. Uczniowie państwowej szkoły Gilarion Gimeno nie będą w tym roku śpiewali tradycyjnych kolędani nie otrzymają prezentów od Trzech Króli. Dyrekcja szkoły, powołując się na opinię nauczycieli i rady szkolnej, zakazała wszelkiego nawiązywania do zbliżających się świąt ze względu na ich „chrześcijański charakter”, który „może obrazić wyznawców innych religii”. Rada podkreśla „świecki charakter szkoły”.

Marisol Lara, matka jednego z uczniów, jest oburzona likwidacją szkolnych jasełek: – Nie mam nic przeciwko dzieciom muzułmańskim, ale nasza tradycja święta Bożego Narodzenia ma kilkaset lat. Jak mam wytłumaczyć dziecku, że w tym roku nie przyjdą do niego Trzej Królowie z darami? (stary zwyczaj hiszpański – przyp. M.M.)Rodzice zebrali dotąd dwieście podpisów pod żądaniem przywrócenia tradycyjnego świętowania w szkole. – Nikomu nie można nakazać celebrowania świąt, ale też nikomu nie można tego zabronić – powiedział lokalny rzecznik praw obywatelskich.

Zareagowała też posłanka do autonomicznego parlamentu Aragonii z prawicowej Partii Ludowej. – To poważna sprawa, gdyż szkoła chce narzucić jeden, laicki światopogląd – stwierdziła Ana Grande. – Ale Hiszpania nie jest państwem laickim, lecz, zgodnie z konstytucją, niewyznaniowym.

Głos zabrali też biskupi. Rzecznik Konferencji Episkopatu Hiszpanii Juan Antonio Martinez Camino oświadczył, że „negowanie świątBożego Narodzenia to akcja sztuczna i śmieszna”.

Skoro nawet katolicka Hiszpania nie oparła się trendowi politycznej poprawności, – cóż dopiero mówić o krajach dłużej naznaczonych ideami oświecenia.

Władze wielu miast w Wielkiej Brytanii zakazały stosowania w miejscach publicznych nazwy Boże Narodzenie. Włodarze Birmingham nie używają słowa Christmas, ponieważ uznali, że może być obraźliwe dla wyznawców innych religii, i przyjęły nową nazwę: Winterval, stanowiącą zbitkę słowną ” winter” i ” festival”.

Na Wyspach coraz popularniejsza staje się nazwa Luminos pochodząca z ” Harry’ego Pottera”. Zaczęło się od tego, że pięć lat temu w Luton koło Londynu pojawiły się lampki świąteczne nazwane luminosami. Od tego czasu określenie zrobiło wielką karierę.

Wbrew argumentom, które pojawiły się w Hiszpanii, część muzułmanów sprzeciwia się sekularyzacji świąt chrześcijańskich, między innymi uczestnicy Christian Muslim Forum.

Kto zatem jest głównym sprawcą zamieszania? Komu dzieci z Saragossy zawdzięczają w tym roku likwidację uroczystości bożonarodzeniowych?

Negowanie Bożego Narodzenia jest częścią znacznie szerszej akcji rugowania religii z życia publicznego.

Na Starym Kontynencie od kilku lat najbardziej radykalne stanowisko w tej sprawie prezentują cztery frakcje Parlamentu Europejskiego – dwie socjalistyczne, liberalna i Frakcja Zielonych.

Kwintesencję ich działań można było obserwować w roku 2002, kiedy powstawała rezolucja pod niewinnym tytułem „Kobiety i fundamentalizm”.

Treść rezolucji (która wzywa instytucje europejskie do wydania prawa wiążącego dla państw członkowskich) kwestionuje wpływ chrześcijaństwa na tworzenie kultury europejskiej.

Znalazły się w niej jawnie antyklerykalne sformułowania, jak choćby to: „ubolewając nad wpływem Kościołów i społeczności religijnych na życie publiczne i polityczne kraju”. Albo to: „Parlamentpotępia przywódców religijnych, którzy wykorzystują systemy religijne w celu wykluczenia kobiet lub propagują ich niższość w stosunku do mężczyzn”. Jest to oczywista aluzja do sprzeciwu Kościołów wobec wyświęcania kobiet.

Autorzy zamierzali pójść jeszcze dalej. Chcieli doprowadzić do likwidacji szkół religijnych w Europie, w tym uniwersytetów katolickich.

W tamtym czasie, ze względu na wcześniejsze studia w Mediolanie, utrzymywałem kontakt z wykładowcami Universita Cattolica. Byli poważnie zaniepokojeni tym, co proponował Parlament Europejski. Przypominali, że podobne sankcje spotykały twórcę uczelni ojca Agostina Gemellego ze strony reżimu Benito Mussoliniego.

W trakcie dyskusji nad rezolucją europoseł Maurizio Turco z włoskiej Partii Radykalnej postulował dołączenie zapisu w sprawie odebrania Watykanowi oficjalnego statusu obserwatora przy ONZ oraz w sprawie wykluczenia udziału Komisji Episkopatów Unii Europejskiej w pracach Konwentu Europejskiego zajmującego się konstytucją dla Europy.

Te pomysły nie trafiły jednak do ostatecznej wersji rezolucji, głównie dzięki sprzeciwowi frakcji chadeckiej.

Ale to, co zostało przegłosowane, budzi sprzeciw wielu konserwatywnych środowisk, nie mówiąc już o Kościołach, bowiem rezolucja pozostaje w dorobku prawnym UE, z czym trudno się pogodzić.
Miłosz Marczuk

Siła dolara – problemy gospodarcze USA

Źródło: Rzeczpospolita: Żegnaj Chicago
23.12.2006

Dobiega końca najdłuższa zabawa w historii świata. Przez 30 lat Amerykanie nie tylko kupowali w większości rzeczy wytworzone przez innych, ale płacili też za nie pożyczonymi pieniędzmi. Przyszedł czas na otrzeźwienie

Odkąd pamięć sięga, Polacy wierzyli w dolara. Widniejący na nim amerykański orzeł z błyskawicami w szponach symbolizował dla wielu z nas potęgę, która doprowadziła do rozpadu Związku Radzieckiego, a przedtem dwukrotnie uratowała Europę przed niemiecką hegemonią. Waluta, za którą stoi kolos zdolny do takich czynów, nie może znacząco stracić na wartości – podświadomie rozumowaliśmy. Dlatego do dziś ceny nieruchomości wciąż są często określane w dolarach.

Pieniądz jak weksel

Nie tylko Polacy czują podziw dla Ameryki. Odkąd przeszło 100 lat temu amerykańska gospodarka stała się największą na świecie, dolar stopniowo przejął od brytyjskiego funta rolę głównego punktu odniesienia dla międzynarodowych rynków finansowych. Od Argentyny po Estonię, od Chin po Arabię Saudyjską, dziesiątki krajów ściśle związało z dolarem swoją walutę, aby pozyskać dla niej zaufanie inwestorów. Ropę, najbardziej pożądany surowiec świata, na rynkach światowych do dziś można kupić, tylko płacąc dolarami. A banki centralne, chcąc bezpiecznie ulokować swoje oszczędności, wciąż najczęściej zamieniają je na banknoty z Waszyngtonem.

Kto, mogąc drukować tak rozchwytywany pieniądz, nie poszedłby na łatwiznę? Amerykanie w każdym razie ulegli pokusie. Wychodzące z Rezerwy Federalnej nowiutkie studolarówki, natychmiast kupowane przez zagranicznych inwestorów, stopniowo w coraz większym stopniu finansowały te wydatki państwa, których nie dało się pokryć z podatków. W taki sam sposób Amerykanie mogli teżutrzymać rosnący import towarów i usług z Azji i Europy. „Stany Zjednoczone w ciągu jednego pokolenia przemieniły się z największego wierzyciela w największego dłużnika świata. W historii to sytuacja bez precedensu” – mówi Lawrence Summers, były sekretarz skarbu.

Gra w zielone

Zwyczaj życia na kredyt zaczął się już na długo przed dojściem do władzy George’a W. Busha, ale to obecny prezydent doprowadził zgubny nawyk do niespotykanych rozmiarów. Amerykański przywódca nie tylko bardziej niż którykolwiek z jego poprzedników obniżył podatki, ale także rozpoczynając wojnę w Iraku i szeroko zakrojony program zbrojeń, radykalnie zwiększył wydatki państwa. Rosnącą dziurę budżetową finansowali przede wszystkim Chińczycy, Japończycy i Koreańczycy. Deficyt rachunku bieżącego Ameryki, syntetyczna miara określająca zobowiązania Stanów Zjednoczonych wobec zagranicy, osiągnęła bezprecedensowy poziom prawie 7 procent amerykańskiej gospodarki.

Gdyby polskie finanse stoczyły się do takiego punktu, powtórkę bolesnych doświadczeń Argentyny mielibyśmy jak w banku. Ameryka nie tylko od lat nie przeżyła prawdziwej recesji, ale do 2004 roku dolar utrzymywał się na stabilnym, wysokim poziomie. Dlaczego? Na sile złotego zależy właściwie tylko Polakom. Na sile dolara – całemu światu, a przede wszystkim azjatyckim inwestorom. „Chińczycy, Japończycy, Koreańczycy od lat prowadzą podwójną grę. Masowo kupują dolary, aby kurs ich własnego pieniądza wobec amerykańskiej waluty pozostał słaby. To pozwala na zalew amerykańskiego rynku azjatyckimi produktami. Azjaci kupują jednak też obligacje StanówZjednoczonych. Dzięki temu Rezerwa Federalna nie musi wysoko windować stóp procentowych, aby zaciągnąć za granicą coraz większy dług. Ceny kredytów w Ameryce od lat są przez to niskie, co zachęca Amerykanów do zadłużania się… i kupowania jeszcze więcej produktów z Azji” – tłumaczy „Rz” dyrektor waszyngtońskiego Centrum Badań nad Polityką Gospodarczą CEPR Mark Weisbrot.

Skutek? Gdy wyjrzę przez okno, na parkingu przed moim domem na kilka toyot, hond i nissanów trafi się zwykle jeden, może dwa starej daty chevrolety czy buicki. Gdy chcę kupić lepszej jakości żywność, w lokalnym hipermarkecie muszę sięgnąć po produkty z Francji czy Włoch. Ale najbardziej frapująca jest inwazja produktów z Chin. W centrach Wal-Marta, które każdego tygodnia odwiedza 100 milionów Amerykanów, od dawna nie ma innych telewizorów, telefonów, ubrań, zabawek czy odkurzaczy niż „made in China”.

12 lat do katastrofy

Życie na kredyt ma jednak swoją drugą, mniej przyjemną stronę: uzależnienie od wierzyciela. Tylko w ostatnich siedmiu latach azjatyckie banki centralne zwiększyły rezerwy w amerykańskiej walucie z 500 milionów do przeszło 2 bilionów dolarów. Gdyby w Pekinie czy Tokio któregoś dnia postanowiono zmienić te oszczędności na euro czy jeny, kurs dolar poszybowałby gwałtownie w dół, ceny kredytów w Stanach Zjednoczonych raptownie poszłyby w górę, a miliony Amerykanów, nie mogąc spłacić zaciągniętych pożyczek, znalazłoby się na skraju bankructwa. Dlaczego prezydent Bush doprowadził do takiego uzależnienia nie tylko od japońskiego sojusznika, ale też komunistycznych Chin, a nawet, w mniejszym stopniu, autorytarnej Rosji?

Najprostsza odpowiedź brzmi: z wygody. Dzięki azjatyckim inwestorom Ameryka uniknęła kilka lat temu głębokiej recesji po pęknięciu na nowojorskiej giełdzie bańki internetowej. Choć za rządów obecnego prezydenta dochody przeciętnej amerykańskiej rodziny nie tylko nie wzrosły, ale nawet spadły o kilka procent, George W. Bush w 2004 roku dość swobodnie wygrał wyścig o Biały Dom. Eksperci tłumaczą to przede wszystkim wciąż żywym wówczas strachem Amerykanów przed kolejnym atakiem terrorystycznym. Ważny był jednak też dostęp do tanich chińskich produktów, które zapewniają gorzej sytuowanym obywatelom jaki taki poziom życia.Niepisany układ między Ameryką i Azją pod hasłem „dostęp do rynku za podtrzymywanie wzrostu gospodarczego w USA” musiał się jednak kiedyś skończyć. „Gdyby dług Stanów Zjednoczonych narastał w obecnym tempie jeszcze przez 12 lat, wartość giełdowa wszystkich amerykańskich przedsiębiorstw stałaby się mniejsza niż zobowiązania, jakie Waszyngton miałby wówczas wobec zagranicy. Ameryka okazałaby się po prostu niewypłacalna” – tłumaczy Mark Weisbrot. W miarę, jak zbliżamy się do tego punktu, banknoty z Waszyngtonem coraz bardziej parzą tych, którzy je posiadają. Ich kurs tak bowiem dalece odbiega od rzeczywistych możliwości amerykańskiej gospodarki. Ryzyko załamania notowań i kolosalnych strat dla Chińczyków i Japończyków staje się zbyt duże.

Koniec potęgi USA

Dwa lata temu wydawało się, że moment załamania amerykańskich finansów nadszedł. Dolar stracił w ciągu paru miesięcy aż jedną trzecią swojej wartości wobec euro. Co prawda gwałtowna zwyżka stóp procentowych przez Rezerwę Federalną ustabilizowała później kurs amerykańskiej waluty na obniżonym poziomie. Pierwszy raz od rozpadu brytyjskiego imperium okazało się jednak, że dolar ma godnego siebie konkurenta: euro.

Dziś sytuacja jest poważniejsza. Mimo osłabienia dolara Amerykanie wciąż nie potrafią powstrzymać rosnącego deficytu handlowego, który w tym roku zbliży się do symbolicznego poziomu 1 biliona dolarów. Pierwszy raz od kilkunastu lat Unia Europejska zaczyna też rozwijać się szybciej niż Ameryka, co dodatkowo skłania inwestorów do wycofania się z amerykańskiego rynku.

Dolar nie był w Polsce tak tani od przeszło 10 lat. Wobec euro, funta i jena waluta USA bije też rekordy słabości. Ale to tylko początek. Zdaniem szwajcarskiego banku UBS dolar musi stracić kolejne 20 – 30 procent ze swojej wartości, aby amerykańskie firmy znów mogły konkurować na rynkach światowych.

Jeśli tak się rzeczywiście stanie, skutki ekonomiczne, ale przede wszystkim geostrategiczne będą ogromne. „Wchodzimy w jeden z najbardziej dramatycznych epizodów w dziejach światowych finansów, na miarę kryzysu gospodarczego lat 30.” – ostrzega Peter Schiff, dyrektor międzynarodowego funduszu Euro Pacific Capital.

Już teraz Unia Europejska, jeśli traktować ją jako całość, ma gospodarkę większą od amerykańskiej. Amerykanie wciąż jednak widzą wswoim kraju jedyną superpotęgę świata, gdyż traktują każdy z krajów Wspólnoty osobno. Z Chinami już takiego manewru zrobić się nie da. „Gdyby przyjąć realny kurs dolara i juana, a więc taki, jaki będzie po nadchodzącej dewaluacji amerykańskiej waluty, okaże się, że chińska gospodarka już teraz stanowi dwie trzecie gospodarki Stanów Zjednoczonych. A za 10 lat, pierwszy raz od końca XIX wieku, Ameryka straci na rzecz Państwa Środka tytuł największej potęgi ekonomicznej świata. To będzie dla Amerykanów szok” – ostrzega Mark Weisbrot. Jak na to zareaguje Waszyngton? Już teraz jastrzębie w Białym Domu zalecają przygotowania do globalnej konfrontacji między oboma kolosami, zapewne wokół sporu o Tajwan.

Kryzys może być pożyteczny

Najpoważniejsze zmiany zapewne dotkną jednak samych Amerykanów. Załamanie kursu dolara to wzrost cen importu, przede wszystkim ropy. Dziś po amerykańskich szosach suną potężne jeepy i limuzyny. Auto z silnikiem o mniejszej pojemności, niż 2,4 litra trudno znaleźć. Gdy jednak rachunek przy benzynowej pompie zacznie rosnąć, Amerykanie zostaną zmuszeni do zmiany motoryzacyjnych upodobań. To samo dotyczy domów – zwykle budowanych z płyt wiórowych i innych tandetnych materiałów, których izolacja, według standardów europejskich, jest słaba.

Wyższe ceny importowanych dóbr staną się poważnym wyzwaniem dla dziesiątek milionów Amerykanów zarabiających 1,5 – 2 tysiące dolarów miesięcznie. Niektórzy ekonomiści cieszą się, że to wreszcie pozwoli amerykańskiemu przemysłowi na rozwinięcie skrzydeł. Jednak nawet jeśli tak się stanie, nikt w USA nie będzie w stanie produkować po tak niskich cenach, jak robią to dziś Chińczycy. Realny poziom życia Amerykanów znacząco więc spadnie. „Będziemy musieli konsumować o wiele mniej, a oszczędzać o wiele więcej” – ostrzega Peter Schiff.

Czy Amerykanie przyjmą taką zmianę ze spokojem? Nie można być tego pewnym. Zapoczątkowana przez prezydenta Reagana i kontynuowana z największym entuzjazmem przez George’a W. Busha polityka niskich podatków i likwidacji większości zdobyczy socjalnych New Dealu doprowadziła do niespotykanej polaryzacji dochodów w amerykańskim społeczeństwie. Dalsze zubożenie najbiedniejszych może okazać się niebezpieczne dla stabilności amerykańskiego państwa. Nie jest więc wykluczone, że następca prezydenta Busha, szczególnie jeśli to będzie demokrata, znów wróci do zaleceń Franklina D. Roosevelta.
Polskie rachuby

Amerykanie będą też musieli nauczyć się większej skromności w polityce zagranicznej. Już teraz iracka interwencja, która pochłonęła przeszło 500 miliardów dolarów, jest na granicy możliwości budżetu Stanów Zjednoczonych. Ze słabszym dolarem Waszyngton będzie stać na mniej. Groźba ewentualnej interwencji w Iranie, Syrii czy Korei Połnocnej okaże się jeszcze mniej wiarygodna niż dziś.

Można też spodziewać się pogorszenia wizerunku Ameryki na świecie. Europejski model rozwoju gospodarczego, przez wielu dawno skazany na wymarcie, znów może stać się wzorem dla reszty świata. „Bawią mnie zapewnienia w mediach, że Europa, szczególnie ta stara, nie jest konkurencyjna, a Ameryka jest. W końcu najlepszą miarą konkurencyjności jest bilans handlowy. A nikt nie radzi sobie lepiej na światowych rynkach niż Niemcy. I nikt gorzej niż Stany Zjednoczone” – uważa Mark Weisbrot.

Załamaniu dolara
może też nie oprzeć się wyidealizowany obraz Ameryki w Polsce. Miliony Polaków już na pewno liczą straty z powodu trzymania oszczędności w dolarach, a nie euro czy złotych. W Stanach miliony polskich imigrantów biją się z myślami, czy jednak nie lepiej wracać do ojczyzny, skoro zarobki w Chicago i Nowym Jorku wcale już nie są tak dużo wyższe niż w Warszawie i Krakowie. Współpraca z trzeźwiej myślącym, czy wręcz bardziej cynicznym, polskim sojusznikiem to jeszcze jedna rzecz, z którą wkrótce będzie musiała nauczyć się żyć Ameryka.

Jędrzej Bielecki z Waszyngtonu