Katolickie ośrodki muszą oddawać dzieci gejom

Źródło: Rzeczpospolita: Katolickie ośrodki muszą oddawać dzieci gejom
31.01.2007

ADOPCJE Tony Blair poparł homoseksualistów

Zgodnie z przewidywaniami brytyjski rząd nie zgodził się na zwolnienie katolickich organizacji z obowiązku oddawania dzieci pod opiekę również parom homoseksualnym.

Agencje te uzyskały tylko tyle, że na dostosowanie się do wchodzącej wżycie za dwa miesiące ustawy będą miały czas do końca 2008 roku. Potem staną przed wyborem: traktować starających się o adopcję homoseksualistów zgodnie z prawem albo stracić rządowe dotacje.

To kompromisowe rozwiązanie, dzięki któremu premier Tony Blair oddalił widmo kolejnego kryzysu rządowego. Udało mu się zatrzymać ministra edukacji Alana Johnsona i minister ds. samorządów i społeczności lokalnej Ruth Kelly. Pani minister, jedyna konserwatystka w tym rządzie, niespodziewanie zaczęła bronić praw homoseksualistów do adoptowania dzieci.

– Wszyscy doskonale wiemy, że wiele osób, w tym geje i lesbijki, może zapewnić dzieciom kochającą rodzinę – powiedziała Ruth Kelly, zmieniając tym samym dotychczasowe stanowisko o 180 stopni.

-To triumf tolerancji z XXI wieku nad XIX-wiecznymi uprzedzeniami – skomentował decyzję rządu szef kampanii na rzecz gejów i lesbijek Ben Summerskill. Jego opinii nie podziela kardynał Cormac Murphy O’Connor. – Rząd powiedział nam właśnie, że w przestrzeni publicznej nie ma dla nas miejsca – oświadczył zwierzchnik Kościoła katolickiego Anglii i Walii.
raf, reuters

Francja na kolanach przed islamem

Źródło: Rzeczpospolita: Na kolanach przed islamem
27.01.2007

Wbrew temu, co głoszą sami islamiści, francuscy orientaliści uparcie powtarzają, że nie ma zderzenia cywilizacji.

Francuz Robert Redeker, który napisał, że Mahomet był nauczycielem nienawiści, musi ukrywać się we własnym kraju. Niemal nikt go nie broni, natomiast wielu potępia jego artykuł.

We wrześniu ubiegłego roku Robert Redeker, nauczyciel filozofii w liceum w Saint-Orens-de-Gameville pod Tuluzą i autor szeregu prac naukowych, opublikował w „Le Figaro” artykuł „Jak wolny świat powinien postępować w obliczu islamskiego zagrożenia”.

Był to głos w dyskusji na temat uwag o islamie, zawartych w wygłoszonym tydzień wcześniej przemówieniu papieża Benedykta XVI. Redeker ostro krytykował w nim zjawisko, które określił jako dążenie islamu do „nałożenia światu ołowianego płaszcza”. Pisał, że o ile Jezus był nauczycielem miłości, o tyle Mahomet był nauczycielem nienawiści. Spośród trzech religii ksiąg islam jest tą, która otwarcie głosi świętą wojnę. „Judaizm i chrześcijaństwo są religiami, których zasady odrzucają i delegitymizują przemoc, natomiast islam – według jego własnych świętych tekstów – pochwala przemoc i nienawiść” – podsumował Redeker.

Gdy artykuł dotarł za pośrednictwem Internetu do czytelników w całej Francji i w innych krajach oraz gdy został przetłumaczony na arabski, ruszyła lawina potępienia i protestów przeciw „obrazie proroka”. Już nazajutrz po publikacji artykuł potępił na falach al Dżaziry popularny medialny kaznodzieja (będący nieoficjalnym głosem Osamy bin Ladena) szejk Jusef el-Kardawi. W Egipcie i Tunezji zakazano rozpowszechniania bluźnierczej publikacji „Le Figaro'”, sam Redeker zaś wkrótce zaczął otrzymywać mnóstwo listów i mejli z pogróżkami. Na jednej z internetowych stron islamistów wydano na niego wyrok śmierci i – aby ułatwić zadanie wykonawcy wyroku – zamieszczono także jego adres i zdjęcie domu, w którym mieszka. Obawiając się o własne życie i o rodzinę, Redeker zwrócił się o ochronę do miejscowej policji, która przekazała sprawę krajowym organom kontrwywiadu. Za ich radą Redeker z żoną i trójką dzieci opuścił dom i ukrył się. Odtąd przemieszczają się z miasta do miasta, pod policyjną ochroną, ale na własny koszt. Francuskie Ministerstwo Oświaty mianowało już następcę Redekera, on sam bowiem zapewne nigdy więcej nie ujrzy swych uczniów.

Potępienie zamiast poparcia

Jako wieloletni przyjaciel Roberta jestem, oczywiście, głęboko poruszony tymi wydarzeniami i niepokoję się o bezpieczeństwo jego i jego rodziny. Ponadto martwi mnie reakcja francuskiego establishmentu. Spośród przedstawicieli władz tylko premier Dominique de Villepin postąpił honorowo, oświadczając, że nie można tolerować fatwy na francuskiego intelektualistę. Także centrowa grupa intelektualistów, wśród których znaleźli się Pascal Bruckner, Alain Finkielkraut, André Glucksmann i Bernard-Henri Lévy, wystąpiła w obronie Redekera i „najbardziej podstawowych francuskich swobód”. Natomiast przeważająca większość reakcji na sprawę Redekera – nawet jeśli formułowano je językiem, który broni prawa do swobody wypowiedzi – była faktycznie wroga nauczycielowi filozofii. Komunistyczny burmistrz Saint-Orens-de-Gameville i kierownik szkoły, w której Redeker uczył, zgodnie wyrazili ubolewanie z powodu tego, że na końcu artykułu autor wspomniał o swych związkach z ową instytucją. Dwa największe francuskie związki zawodowe nauczycieli (oba socjalistyczne) podkreśliły, że „nie podzielają poglądów Redekera”. Wiodące lewicowe organizacje praw człowieka posunęły się znacznie dalej, potępiając „nieodpowiedzialne oświadczenia” i „zgniłe poglądy” Redekera. Niejaki Pierre Tévanian, który także uczy filozofii w liceum, oznajmił (na muzułmańskiej stronie internetowej), że Redeker jest rasistą, którego zwierzchnicy powinni surowo ukarać.

Nawet francuski minister oświaty Gilles de Robien skrytykował Redekera za to, że zachował się „tak, jakby reprezentował francuski system oświaty”. Dziwny zarzut, zważywszy że redakcja wyraźnie zaznaczyła, iż artykuł przedstawia osobiste poglądy autora. W środowisku mediów krytykowano Redekera za nieostrożne wyrażanie poglądów. Na falach rozgłośni radiowej Europa 1 Jean-Pierre Elkabach wezwał osaczonego nauczyciela do wyrażenia skruchy. Opiniotwórcza „Le Monde” uznała artykuł Redekera za „niewyważony, wprowadzający w błąd i obraźliwy”. Redaktorzy „Le Monde” posunęli się wręcz do określenia jego uwag mianem „bluźnierczych” – z czego wynikałoby, że w niemuzułmańskim kraju nawet niemuzułmanie nie mogą badać i oceniać myśli założyciela islamu, lecz są mu winni cześć.

To prawda, że Redeker nie przebierał w słowach – ale od kiedy oględność stanowi wymóg intelektualnego dyskursu we Francji? Równie mocne określenia znajdujemy, na przykład, w założonej przez Jeana Paula Sartre’a gazecie „Les Temps Modernes”, z którą Redeker był przez wiele lat związany jako członek zespołu redakcyjnego. A jednak, sądząc po reakcji na jego „występek”, ogromna część francuskiego intelektualnego i politycznego establishmentu ustanowiła wyjątek od ciężko wywalczonej tradycji otwartej dyskusji? gdy chodzi o islam (w przeciwieństwie do chrześcijaństwa czy judaizmu), swoboda wypowiedzi musi się mieścić w określonych granicach.

Ostrożność polityków, brak odwagi mediów

Jak to się stało, że nasz kraj doszedł do tego punktu? Pierwsze wyjaśnienie, jakie natychmiast przychodzi na myśl, to fakt, że niedługo, bo już w maju, odbędą się wybory prezydenckie i parlamentarne. We Francji mieszka ponad pięć milionów muzułmanów, z których większość ma obywatelstwo i prawo głosu i żadna partia nie może sobie pozwolić na poważną konfrontację z tą społecznością stale zyskującą na znaczeniu. Co więcej, świeża jest jeszcze pamięć zamieszek, które jesienią 2005 r. przetoczyły się przez przedmieścia największych francuskich miast. W dzielnicach, zamieszkanych w znacznej części przez muzułmanów – urodzonych we Francji młodych ludzi pochodzenia afrykańskiego czy północnoafrykańskiego – przemoc podobnej natury (nawet jeśli mniej dramatyczna w przejawach) nadal stanowi problem, a lęk przed kolejnym wybuchem każe francuskiej klasie politycznej unikać jak ognia wszystkiego, co dotyka kwestii islamu. Trudniej pojąć zmowę francuskich mediów. Można zrozumieć, że one także nie chcą uchodzić za nieprzyjazne muzułmańskim społecznościom, ale przecież ewidentnie przekroczyły granice, jakie dyktuje zwykła ostrożność! Po rozruchach największe gazety, tygodniki i dzienniki telewizyjne nie zainteresowały się socjologicznymi realiami francuskiego islamu, zwłaszcza wzrostem wpływów islamistycznej propagandy. To nie dziennikarz, lecz skrajnie prawicowy polityk Philippe de Villiers zwrócił ostatnio uwagę na islamizację personelu lotniska Charles’a de Gaulle’a. Chociaż to zjawisko nie było tajemnicą – lotnisko jest położone w departamencie Seine-Saint-Denis, zamieszkanym głównie przez ludność muzułmańską i zatrudnia lokalną siłę roboczą – żadne z cieszących się poważaniem mediów nie uznało go za temat godny zainteresowania. Wydaje się, że w obliczu wojowniczych nastrojów wyznawców islamu francuscy dziennikarze jako klasa stracili odwagę i poszli na kompromis z zawodowymi zasadami.

Tabu i ostracyzm w środowisku akademickim

Postawa środowiska naukowego to bardziej złożona historia. Dla francuskiego naukowca – zwłaszcza jeśli jego poglądy nie mieściły się w konwencji akademickiej lewicy – decyzja zajęcia się drażliwymi kwestiami związanymi z rasą i religią nigdy nie należała do łatwych. W latach 50. ubiegłego wieku wielki historyk Fernand Braudel usiłował zniechęcić Léona Poliakova do pisania pracy doktorskiej na temat antysemityzmu, któremu Poljakov poświęcił wiele wybitnych prac. Wiele lat później mnie samemu perswadowano – w najlepszych intencjach i w trosce o mą karierę – bym nie zajmował się antysemityzmem. Kiedy zignorowałem te rady i napisałem książkę „L’Invention du Racisme” (1983), nie mogłem znaleźć pracy na wyższej uczelni. Na szczęście znacznie lepiej poszło mi w Stanach Zjednoczonych. Dziś we Francji prowadzenie badań nad budzącymi najwięcej kontrowersji kwestiami rasy i religii stanowi tabu – chyba że badający reprezentuje „słuszną” politykę. Naukowiec, któremu zależy na wygłaszaniu referatów na konferencjach albo który ubiega się o ważne stanowisko, musi zdecydować się na przedstawianie czasów, gdy Francja posiadała kolonie, jako – ni mniej, ni więcej – epokę ludobójstwa w jej historii, a amerykańską politykę na Bliskim Wschodzie ma potępiać jako barbarzyńskie okrucieństwo. Przed niepokornymi drzwi są zamknięte. Znamienny przykład wciągania na czarną listę miał miejsce w 2004 r. Pewien naukowiec starał się o trzyletni kontrakt w prestiżowym College International de Philosophie. Miał znakomite referencje – lecz gdy jeden z członków komisji dowiedział się o jego proamerykańskich poglądach (ubiegający się nie był do końca przeciwny wojnie w Iraku), zorganizowano cichą, lecz skuteczną kampanię na rzecz odrzucenia jego kandydatury. Przypadek ów relacjonował szczegółowo tygodnik „L’Express”. Niesprawiedliwie potraktowanym kandydatem był Robert Redeker.

Proarabska polityka Francji

Można by rozmaicie wyjaśniać te niesłychane uprzedzenia, lecz jestem przekonany, że wywodzą się one ze złożonej historii stosunków między Francją a światem arabskim w ciągu ostatnich 150 lat. Oczywiście, w tej historii dominują zabiegi Francji o stworzenie zamorskich dominiów. Francuski kolonializm zaczął się w Algierii w 1830 r., rozszerzył się na Maroko i Tunezję, by wreszcie sięgnąć Syrii i Libanu – dwóch nowo powstałych państw, oddanych pod protektorat Francji decyzją traktatu wersalskiego po zakończeniu pierwszej wojny światowej. W Algierii okres kolonialny trwał najdłużej, bo do 1962 r., i był najbardziej bolesny. Ostatnie jego lata splamiła krwawa wojna o niepodległość, podczas której muzułmańskie duchowieństwo odegrało kluczową rolę nie tylko poprzez wspieranie wojskowych operacji Frontu Wyzwolenia Narodowego (FLN), lecz i przez to, że uczynili islam ideologią tej wojny.

Domniemanie, że tak obciążona przeszłość musi owocować silnym antagonizmem między byłą metropolią a byłymi koloniami, narzuca się samo. Tymczasem, co dziwne, fakty są wręcz odwrotne. Z wyjątkiem nieudanej sueskiej ekspedycji z 1956 r., kiedy to Francja weszła w koalicję z Wielką Brytanią i Izraelem przeciwko Egiptowi, kolejne francuskie rządy utrzymywały bardzo przyjazne stosunki z krajami arabskimi. Można wręcz powiedzieć, że jeżeli we francuskiej dyplomacji pod rządami Charles’a de Gaulle’a, Francois Mitterranda i Jacques’a Chiraca istniała w ogóle jakaś stała tendencja, to jest nią utrzymywanie mocnej pozycji Francji w proarabskim obozie.

Fundamenty tego sojuszu stworzył de Gaulle. Pod koniec wojny algierskiej uznał odbudowę dobrych stosunków z arabskimi przywódcami – zwłaszcza z rządem egipskim, który silnie wspierał FLN – za sprawę najwyższej wagi. W tym celu musiał jednak zerwać dyplomatyczne i militarne partnerstwo Francji z Izraelem, istniejące od 1948 r. Wojna sześciodniowa z 1967 r. dała mu pożądany pretekst. Najbardziej pamiętnym (i z pewnością najbardziej znanym) epizodem świadczącym o zmianie frontu była uwaga, jaką de Gaulle wypowiedział podczas konferencji prasowej w listopadzie 1967 r.? że Żydzi są „elitarnym, zadufanym w sobie i dominującym narodem”. Wymowa tego sformułowania nie uszła uwagi wybitnego komentatora i politologa Raymonda Arona, który uznał je za klasyczny antysemicki stereotyp. Był to ze strony de Gaulle’a sygnał zwrotu we francuskiej polityce zagranicznej, która odtąd miała nie ograniczać się do bliskich stosunków z Arabami, lecz przyłączyć się do sprawy antysyjonizmu.

Wolta de Gaulle’a wzmocniła inne ideologiczne tendencje francuskiego społeczeństwa – już silne w owym czasie i utrzymujące się do dziś. Pierwszą był tradycyjny wieloletni opór francuskich katolików wobec perspektywy powrotu Palestyny – Ziemi Świętej, miejsca narodzenia Jezusa – pod władztwo Żydów, których uważali za nieprzyjaciół Chrystusa. Na bardziej praktycznej płaszczyźnie Kościół zawsze zabiegał o dobre stosunki z islamskimi rządami, aby chronić interesy chrześcijaństwa w regionie. Początkowa sympatia Francji dla Izraela szkodziła tym staraniom, a teraz de Gaulle dał Kościołowi dyplomatyczny atut. Jeszcze bardziej długofalowe znaczenie miało poparcie wolty de Gaulle’a przez ideologicznych zwolenników państw niezaangażowanych, jak wówczas zwano Trzeci Świat. Z ich punktu widzenia syjonizm był niczym więcej niż jedną z form zachodniego kolonializmu, wspieranego obecnie przez brutalną siłę imperialistycznych Stanów Zjednoczonych. Z biegiem lat ów pogląd stał się niemal powszechnym credo francuskiej lewicy, nie mówiąc już o poprawnie myślących intelektualistach w innych krajach zachodnich.

Jak na ironię, wskutek bezmyślnej nienawiści do Izraela francuska lewica stała się znacznie bardziej antysemicka niż skrajna prawica, znana z wrogości wobec Żydów.

Stronniczość orientalistów

Ostatnim, choć nie zawsze docenianym, czynnikiem osobliwego stosunku francuskich elit do arabskiego świata jest wpływ francuskich orientalistów. Kolonializm sprawił, że francuskie wyższe uczelnie jako jedne z pierwszych zaczęły tworzyć i rozwijać programy studiów bliskowschodnich i afrykanistycznych. Jednak ta dziedzina, mimo wielu osiągnięć, od początku była skażona jednym z najohydniejszych ideologicznych podskórnych prądów istniejących we francuskim społeczeństwie. Pierwszy z wielkich orientalistów – Louis Massignon (1883 – 1962) – katolicki intelektualista, który publikował swe pierwsze książki sto lat temu, gdy Francja była pochłonięta sprawą Dreyfusa – był otwarcie powiązany z kręgami antysemickimi. Po nim pojawiło się słynne trio? Jacques Berque (1910 – 1995), Maxime Rodinson (1915 – 2004) i Vincent Monteil (1913 – 2005).

Monteil, znawca Indonezji, przeszedł na islam i po drugiej wojnie światowej popierał rozmaite prawicowe teorie negujące realia Holokaustu; Rodinson, Żyd, był komunistycznym działaczem w okresie zimnej wojny. Z kolei Berque, wychowany w kolonialnym Maroku, tak długo mieszkał w arabskich krajach (w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie), że z czasem zatracił zdolność zachowania krytycznego dystansu. Gdy pracowałem w sekcji kulturalnej Ambasady Francuskiej w Kairze, Berque uraczył mnie pewnego dnia przy lunchu opowiadaniem o swej całkowitej asymilacji z kulturą arabską. Na początku lat 70. podróżował po Iraku, udając Marokańczyka, i jako taki został zaproszony przez imama wielkiego meczetu do komentowania wersu Koranu podczas piątkowego nabożeństwa. Gdyby go zdemaskowano jako intruza, groziłaby mu śmierć – ale, jak zaznaczył z satysfakcją, mówił tak płynnie po arabsku (był jedynym nie-Arabem w gronie członków Egipskiej Akademii Języka Arabskiego) i tak dogłębnie znał przedmiot, że żaden Irakijczyk nie rozpoznałby w nim Francuza. Identyfikacja Berque’a z Arabami nie ograniczała się wyłącznie do sfery kultury.

Z perspektywy czasu w jego politycznych wypowiedziach można dostrzec wyraźny schemat. Powstanie Państwa Izrael nazywał aktem bezprawia i utrzymywał, że żydowskie państwo nie przetrwa dłużej niż parę lat. W 1967 r. przepowiadał, że Nasser zetrze Izrael z mapy. Pod koniec lat 80. uznał Saddama Husajna za wielkiego socjalistę i świeckiego przywódcę, który przyniesie Bliskiemu Wschodowi demokrację, i domagał się, by Francja traktowała go jako dobrego przyjaciela – lecz ten pogląd nie zyskał liczącego się poparcia wśród elit krajów takich jak Egipt.

Na nieszczęście dzisiejsi spadkobiercy tradycji orientalistów we Francji żywią podobne uprzedzenia, a ich polityczne oceny nie są bardziej wiarygodne. Giles Kepel w książce „The War for Muslim Minds” („Wojna w sercu islamu”, 2004) nie tylko utrzymuje, że islamizm poniósł klęskę, a al Kaida wyczerpała swe siły, lecz posuwa się wręcz do uznania ataków z 11 września za akt desperacji. Olivier Roy, autor książki „Globalised Islam” (Islam zglobalizowany, 2004), postrzega islamizm jako rewolucyjny program, który odpowiada na powszechne aspiracje, nawet jeśli wyraża się reakcyjnym językiem. Inny naukowiec, Francois Burgat, dowodzi w książce „Face to Face with Political Islam” („Twarzą w twarz z politycznym islamem”, 2005), że zamiast zwalczać islamskich przywódców, zachodnie państwa powinny nawiązać z nimi przyjazny dialog.

Nie imputuję tym uczonym braku wiedzy o politycznej sytuacji w świecie arabskim. Mam im za złe to, że tworzą zniekształcony obraz tej sytuacji – moim zdaniem, rozmyślnie. Powodowani pragnieniem niedopuszczenia, by Zachód czuł się w jakimkolwiek sensie zagrożony przez islam i Arabów, minimalizują zarówno znaczenie radykalnego islamu, jak i zagrożenia, jakie stanowi on dla międzynarodowego pokoju i wolności.

Wbrew temu, co głoszą sami islamiści, francuscy orientaliści uparcie powtarzają, że nie ma zderzenia cywilizacji. Te poglądy mają daleko idące reperkusje dla politycznej debaty we Francji. Współczesne pokolenie orientalistów rządzi wszechwładnie francuskimi mediami, jest zawsze obecne w radiu i telewizji. Jego reprezentanci zapewniają społeczeństwo, że widoczna dla każdego postępująca islamizacja europejskich przedmieść nie stanowi żadnego zagrożenia. Sugerują, że problem z Izraelem polega na samym fakcie istnienia tego państwa. Otwarcie starają się wzbudzić sympatię dla Hamasu, Hezbollahu i Iranu, co widać w gazetach takich, jak „Le Monde” i „Libération”, oraz lansują pojęcie islamofobii (terminu ukutego przez irańskich duchownych) jako środka delegitymizacji wszystkich, którzy (jak Redeker) mogliby ulec pokusie posiadania innych niż oni poglądów.

Krwawy plon dżihadu

Nie jestem ani orientalistą, ani ekspertem w dziedzinie islamu. Jednak spędziłem lata na Bliskim Wschodzie i w innych muzułmańskich krajach i wiem, że sytuacja w islamskim świecie ma niewiele wspólnego z pobożnymi życzeniami owej rzeszy francuskich naukowców, dziennikarzy i przywódców politycznych. Wystarczy spojrzeć na mapę świata – na Czeczenię, Izrael, Autonomię Palestyńską, Liban, Iran, Irak, Afganistan, Sudan, Somalię, Kaszmir, południową Tajlandię i południowe Filipiny – by zobaczyć, że najbardziej niszczycielskie wojny, toczące się dziś na naszej planecie, to wojny mające charakter dżihadu. Ich siłą napędową jest islamizm.

Mam świadomość, że widoczne we Francji nasilanie się antysemityzmu, w połączeniu z coraz powszechniejszą wśród naszych elit tendencją do mówieniu o Izraelu jako tymczasowym państwie, to zjawisko nie tylko groźne same w sobie, lecz i złe dla Francji. W republice zbudowanej na fundamencie wolności i równości trudno znaleźć miejsce dla takich szkodliwych idei. Demoralizację niełatwo okiełznać, a moralne i intelektualne kompromisy, które pozwalają wykształconym ludziom negować charakter i realia współczesnej walki z islamizmem – walki, przed którą stoi cały Zachód – wkrótce utorują sobie drogę na inne płaszczyzny publicznego życia.

Udało mi się skontaktować z Robertem Redekerem, pocztą elektroniczną, dopiero kilka tygodni po tym, jak ukrył się wraz z rodziną. Nadal był w szoku. „Nie przypuszczałem, by coś podobnego mogło się zdarzyć w naszej starej republikańskiej Francji’ – napisał do mnie ze stoicyzmem w krótkim mejlu. Ja także nie przypuszczałem, ale wszystko się zmienia. We Francji już zdarzają się rzeczy niegdyś nie do pomyślenia.

Christian Delacampagne, tłum. Elżbieta Gołębiowska
Christian Delacampagne jest profesorem francuskiej literatury i filozofii naUniwersytecie im. Johna Hopkinsa. Ukończył Sorbonę, pracował jako nauczyciel we francuskim systemie oświaty i wsekcjach kulturalnych kilku francuskich ambasad. Artykuł ukazał się w styczniowym wydaniu „Commentary Magazine”

Inwestorzy z Bliskiego Wschodu inwestują w Europie

Źródło: Rzeczpospolita: Szejkowie ciągną do Europy
20.01.2007

Dżin to demon, który według arabskich legend powstał z płomienia. Posiada nadnaturalną moc i strzeże skarbów. Jest niewidzialny, ale może przybrać postać potwora, zwierzęcia lub człowieka. Kibice klubu piłkarskiego Liverpool nie mają wątpliwości: w Wielkiej Brytanii dżin zmaterializował się jako szejk Mohammed bin Rashid al Maktoum, który pod koniec ubiegłego roku kupił słynną angielską drużynę za 885 mln dolarów

Cena jest zawrotna, ale na władcy Dubaju oraz premierze i wiceprezydencie Zjednoczonych Emiratów Arabskich wydatek nie zrobił większego wrażenia. Kibicom obiecał nowy stadion za blisko 400 mln dolarów i zapowiedział kolejne inwestycje na Starym Kontynencie.

Zakupy w Europie stały się niezwykle modne wśród bliskowschodnich szejków, których portfele wypchane są petrodolarami. Ekonomiści szacują, że tylko w latach 2005 – 2007 państwa znad Zatoki Perskiej na handlu ropą zarobią na czysto 587 miliardów dolarów. Większość tej sumy trafi na prywatne konta władców oraz członków ich rodzin. Na Starym Kontynencie szejkowie wykupują nie tylko markowe ciuchy w butikach Fendi, Louis Vuitton czy Versace, ale także akcje europejskich koncernów. Przejmują na własność mniejsze firmy. Inwestują w niemal każdej branży. Liczą, że dzięki temu zapewnią dostatnie życie swoim dzieciom oraz kolejnym pokoleniom poddanych, kiedy wyczerpią się zasoby złóż naftowych.

Najazd szejków na europejskie rynki nie dziwi analityków. Zdaniem Moshina Khana, dyrektora departamentu Bliskiego Wschodu w MFW, na świecie jest niewiele rynków, które są w stanie wchłonąć ogromną falę arabskich inwestycji.

Zniechęceni do Ameryki

Pomnażaniem fortuny perskich władców zajmują się specjalne fundusze inwestycyjne, które powstały nawet w najmniejszych emiratach. Według szacunków banku Standard Chartered na całym świecie zarządzają już majątkiem o wartości 1,5 biliona dolarów. Ostatnio najchętniej inwestują w Europie, bo po zamachach terrorystycznych w Stanach Zjednoczonych amerykański rząd nieprzychylnie patrzy na arabskich inwestorów.

Szejk Mohammed bin Rashid al Maktoum śmiertelnie obraził się na Amerykanów, kiedy w marcu ubiegłego roku uniemożliwili jego firmie Dubai Ports przejęcie portów w Nowym Jorku, New Jersey, Filadelfii, Baltimore, Nowym Orleanie i Miami. Amerykańscy kongresmeni zgłaszali również zastrzeżenia do przejęcia przez inwestorów z Dubaju firmy Doncasters produkującej podzespoły wykorzystywane m.in. przez amerykański przemysł zbrojeniowy. W dodatku we wrześniu ubiegłego roku do sądu w Miami wpłynął pozew przeciwko szejkowi o zatrudnienie 30 tys. nieletnich chłopców, którzy w ciągu ostatnich 30 lat brali udział jako dżokeje w organizowanych w Dubaju wyścigach wielbłądów. Al Maktoum rozkazał natychmiast odesłać do domu wszystkie dzieci pracujące w jego stajniach, ale był wściekły, bo amerykański sąd popsuł jego ulubioną zabawę. Tegobyło już za wiele. Szejk przestał odwiedzać swoją ogromną stadninę koni na Florydzie i postanowił, że będzie inwestować głównie w Europie.

Biznesową strategię układa w położonej pod Londynem niewielkiej wiosce Windlesham. Tutaj al Maktoum oraz jego dwaj bracia kupili ogromne rezydencje. Wśród nich także wartą 139 mln dolarów posiadłość Updown Court – najdroższy dom na świecie. Rodzina szejka ma w nim do dyspozycji 103 pokoje, pięć basenów, prywatne kino mogące pomieścić 50 widzów oraz kręgielnię. Sąsiedzi al Maktouma pieszczotliwie nazywają go szejk Mo, inni mówią o nim królik – to aluzja do seksualnych możliwości władcy Dubaju. Szejk ma dwie żony, siedmiu synów i dziewięć córek. Kiedy cała rodzina przyjeżdża do Windlesham, mieszkańcy wioski podziwiają kawalkadę kilkunastu luksusowych mercedesów i rolls-royce’ów majestatycznie przemierzających centrum miejscowości.

Al Maktoum doskonale czuje się w Wielkiej Brytanii i chętnie wydaje i inwestuje tu swoją fortunę szacowaną na blisko 28 mld dolarów. W sierpniu ubiegłego roku kontrolowany przez al Maktouma fundusz inwestycyjny Dubai International Capital (DIC) kupił za ponad miliard dolarów firmę Travelodge. Spółka prowadzi sieć blisko 300 hoteli w Wielkiej Brytanii, Irlandii i Hiszpanii. Niespełna rok temu Dubai Ports wyłożyło 7 mld dolarów na przejęcie brytyjskiej firmy P & O – pod względem wielkości czwartego na świecie operatora morskich terminali. Brytyjczycy bez protestu oddali szejkowi władzę nad P & O, choć założona sto siedemdziesiąt lat temu firma nigdy nie miała obcego udziałowca. W marcu 2005 roku DIC kupił za ponad 1,5 mld dolarów firmę Tussauds, do której należą m.in. słynne londyńskie Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud oraz ustawiona nad brzegiem Tamizy ogromna widokowa karuzela London Eye. Natomiast dwa lata temu fundusz nabył za miliard dolarów akcje koncernu motoryzacyjnego DaimlerChrysler, produkującego rozchwytywane nad Zatoką Perską mercedesy. DIC posiada 2 proc. udziałów i jest trzecim co do wielkości akcjonariuszem firmy.

Petrochemiczne inwestycje za petrodolary

Akcje DaimlerChryslera kupili także Kuwejtczycy, którzy kontrolują już pakiet ponad 7 proc. papierów wartościowych koncernu. Wśród największych udziałowców Arabów wyprzedza tylko Deutsche Bank, do którego należy przeszło 10 proc. akcji DaimlerChryslera. Na Starym Kontynencie kuwejccy szejkowie inwestują również w przemysł petrochemiczny, choć przecież nie mogą narzekać na brak rafinerii we własnym kraju. Kontrolowana przez emira Kuwejtu Sabaha al Ahmad al Jaber al Sabaha firma Kuwait Petroleum Corporation już na początku lat dziewięćdziesiątych kupiła sieć stacji paliwowych we Włoszech. Razem z włoską firmą paliwową Agip zarządza rafinerią w Milazzo. Sprzedaje paliwa w Szwecji, natomiast w Belgii odkupiła stacje benzynowe od koncernów BP i Aral.

Akcje europejskich firm petrochemicznych skupuje także szejk Khalifa bin Zayed al Nahayan, prezydent Zjednoczonych Emiratów Arabskich oraz władca Abu Zabi. Należąca do władz emiratu firma International Petroleum Investment Company posiada ponad 17 proc. udziałów austriackiego koncernu paliwowego OMV. W październiku 2005 roku kosztem ponad 700 milionów euro przejęła kontrolę nad przedsiębiorstwem Borealis, jednym z największych w Europie producentów plastikowych rur, przewodów i podzespołów motoryzacyjnych.

Wszystkie decyzje dotyczące inwestycji zagranicznych zapadają w siedzibie funduszu inwestycyjnego Abu Dhabi Investment Authority (ADIA), 40-piętrowej szklanej wieży, która góruje nad stolicą emiratu. ADIA to bardzo potężna i tajemnicza organizacja. Od momentu powstania trzydzieści lat temu nie wydano żadnego raportu opisującego jej działalność. O tym, gdzie inwestują szejkowie z Abu Dhabi, analitycy rynku finansowego dowiadują się z komunikatów innych spółek. Nieoficjalnie wiadomo, że ADIA zarządza majątkiem o wartości ok. 700 mld dolarów. To prawdopodobnie największy fundusz inwestycyjny na świecie. Khalifa bin Zayed al Nahayan może sobie pozwolić na kosztowne inwestycje, bo budżet jego państewka co miesiąc zasilają ponad 3 mld dolarów zarobione na sprzedaży ropy naftowej.

Disneyland i inne nieruchomości

Fortunę na zakup europejskich firm wydał także saudyjski książę al Waleed bin Talal Alsaud. Ten pięćdziesięciolatek zdobył swój majątek – szacowany przez magazyn „Forbes” na 20 mld dolarów – w nietypowy sposób, jak na członka rodziny królewskiej. Sam zarobił każdego dolara. W 1980 roku za pożyczone od ojca 30 tys. dolarów założył Kingdom Holding Company. Doradzał zagranicznym firmom, które zamierzały wejść na saudyjski rynek. Ale wkrótce zorientował się, że większe zyski daje skupowanie i sprzedawanie akcji firm, z którymi współpracował. Szybko stał się właścicielem pakietu udziałów amerykańskich koncernów: AOL, Apple Computers, News Corp., Citigroup i Motoroli.

Na początku lat dziewięćdziesiątych zaczął inwestować również w Europie. W 1994 roku kupił akcje holenderskiej firmy budowlanej Ballast Nedam Group, specjalizującej się w budowie tam i stadionów piłkarskich, oraz za 350 mln dolarów nabył blisko jedną czwartą udziałów Disneylandu wybudowanego pod Paryżem. Rok później przystąpił do spółki Canary Wharf, która w opuszczonych londyńskich dokach wzniosła nowe centrum finansowe Wielkiej Brytanii. Wartość projektu to grubo ponad miliard dolarów. Na Starym Kontynencie książę inwestuje również w nieruchomości, m.in. za 185 mln dolarów kupił hotel George V w Paryżu i wydał na jego remont kolejne 120 mln dolarów.

Na europejskich inwestycjach skupił się, podobnie jak szejk Mohammed bin Rashid al Maktoum, po zamachach terrorystycznych w 2001 roku. Tuż po ataku na World Trade Center zaoferował swoją pomoc, jednak burmistrz Nowego Jorku Rudolph Giuliani nie przyjął od księcia czeku na 10 mln dolarów. Urażony al Waleed bin Talal Alsaud dofinansował 20 mln dolarów rozbudowę paryskiego Luwru i postanowił przenieść swoje międzynarodowe biuro na Stary Kontynent.

Swoim imperium kieruje z pokładu luksusowego jachtu „Kingdom 5KR” zacumowanego w Antibes na francuskim Lazurowym Wybrzeżu. Wybudowana we włoskiej stoczni łódź to prawdziwy pałac na wodzie. Książę ma do dyspozycji 11 luksusowo wyposażonych kajut, wykończonych drewnem tekowym i masą perłową. Na pokładzie znajduje się kino, sauna, basen, a nawet miniaturowy okręt podwodny. Jacht zachwycił hollywoodzkich scenarzystów, którzy postanowili wykorzystać go w filmie o Jamesie Bondzie „Nigdy nie mów nigdy więcej”. Między swoim pałacem w Rijadzie a Niceą podróżuje flotą prywatnych odrzutowców składającą się z: Boeingów 747 i 767, Airbusa 340 oraz Hawkera Siddeley 125800A. Na lotnisko książę zazwyczaj zajeżdża rolls-royce’em phatomem.

Jednak można go zobaczyć podróżującego także daewoo matizem. To pamiątka po inwestycji w akcje koreańskiego koncernu motoryzacyjnego. Poddani księcia żartują, że za kierownicą autka wygląda jak dżin zamknięty w lampie Aladyna.

Nad Wisłą

Arabscy inwestorzy coraz częściej zaglądają także do Polski. W czerwcu 2002 roku wizytę w Senacie złożył emir Kataru, szejk Hamad bin Khalifa al-Thani. W dwa lata później Dolny Śląsk wizytowała delegacja biznesmenów z tego kraju. Odwiedzili Polanicę-Zdrój, Duszniki-Zdrój i Lądek-Zdrój. Interesowali się tamtejszymi uzdrowiskami.Arabskich inwestycji jest niewiele, ale na naszym rynku działają już pierwsze bliskowschodnie przedsiębiorstwa. Wśród nich jest saudyjska firma Zamil Steel – producent stalowych hal, w których urządzane są magazyny, fabryki, hipermarkety oraz obiekty sportowe. Biuro w Warszawie otworzyła również firma Sabic jeden z największych na świecie koncernów petrochemicznych, którego centrala znajduje się w Rijadzie. Arabscy inwestorzy chętnie lokują pieniądze na warszawskiej giełdzie, gdzie inwestują przez brytyjskie i luksemburskie fundusze inwestycyjne. – Inwestorzy z Kataru skupili już udziały polskich spółek o wartości 60 mln dolarów – mówi Marek Kubicki, redaktor naczelny serwisu internetowego arabia.pl.
Jarosław Olechowski

Chińskie gwiezdne wojny

Źródło: Rzeczpospolita: Chińskie gwiezdne wojny
20.01.2007

Jako trzeci kraj w historii Chiny przeprowadziły udaną próbę zestrzelenia satelity w kosmosie. Nowa chińska broń może być wymierzona tylko w jeden kraj – Stany Zjednoczone

Waszyngton potwierdza: Chiny użyły 11 stycznia rakiety średniego zasięgu do zniszczenia swego starego satelity meteorologicznego.

Gwiezdne Wojny - Chiny

Wcześniej tylko ZSRR i USA przeprowadzały tego rodzaju testy. Wystrzelony z Centrum Kosmicznego w Xichang w środkowych Chinach pocisk kinetyczny – a więc nieuzbrojony w materiał wybuchowy – roztrzaskał cel krążący na wysokości ponad 860 km. Jak podają źródła amerykańskie, satelita, i tak przeznaczony już na złom, rozleciał się na tysiące kawałeczków.

W obecnym układzie geopolitycznym jest tylko jeden kraj, przeciw któremu Chiny mogą skierować taką broń: Stany Zjednoczone. Po tzw. niższej orbicie okołoziemskiej, gdzie został przeprowadzony test, krąży większość amerykańskich satelitów działających na potrzeby wywiadu oraz systemu GPS. Baker Spring, ekspert amerykańskiej Heritage Foundation, przyznaje w rozmowie z „Rz”, że Amerykanie otrzymali cios w czuły punkt. – Armia USA od lat inwestowała ogromne sumy w satelitarne systemy wymiany informacji i jest dziś uzależniona od tej technologii. Teraz okazuje się, że mogą zakłócić ich działanie i sparaliżować prowadzone przez Waszyngton działania wojenne – przyznaje analityk.

Nic dziwnego, że chiński test zaniepokoił Biały Dom. – Stany Zjednoczone uważają, że stworzenie i użycie takiej broni jest niezgodne z duchem współpracy między oboma krajami – oświadczył rzecznik Rady Bezpieczeństwa Narodowego Gordon Johndroe.

Sprzeciw wyraziły też rządy Wielkiej Brytanii, Japonii, Korei Południowej, Australii i Kanady. Rzecznik brytyjskich władz podkreślał, że próbę przeprowadzono bez uprzedzenia.

Rząd w Pekinie nie potwierdził doniesień o teście, zapewnił jedynie, że jego program kosmiczny na charakter pokojowy. -Trudno to nazwać pokojowym wykorzystaniem przestrzeni kosmicznej -stwierdził jednak szef japońskiego MSZ Taro Aso. Tokio domaga się od Pekinu wyjaśnień.

Jesienią Chińczycy wywołali ogromne zaniepokojenie w Pentagonie, skutecznie oślepiając amerykańskiego satelitę szpiegowskiego przy użyciu lasera. Wiadomo, że od paru lat pracują nad mikrosatelitami zdolnymi unieruchomić sprzęt przeciwnika w kosmosie. Broń rakietowa znacznie zwiększa ich kosmiczny potencjał.

Jak twierdzi John Pike, analityk z portalu globalsecurity.org, będzie to miało poważne konsekwencje dla zdolności bojowych armii USA, uzależnionej od sprawnej komunikacji satelitarnej. W razie wojny o Tajwan Chińczycy byliby prawdopodobnie wstanie zestrzelić wszystkie amerykańskie satelity szpiegowskie w regionie. -To tak, jakby zamknęli nam oczy -uważa Pike.

Według „New York Timesa”, posunięcie Chińczyków może być próbą zmuszenia George’a W. Busha do zmiany polityki militaryzacji kosmosu. W nowej strategii ogłoszonej w zeszłym roku prezydent wypowiedział się przeciw kontroli zbrojeń w kosmosie. Amerykański sinolog Wenran Jiang zauważa, że jednym z niepokojących elementów tej strategii jest dla Pekinu rozbudowa tarczy antyrakietowej.

Baker Spring nie sądzi, by Chińczycy, mając w ręce taki atut, chcieli podejmować z Waszyngtonem rokowania na temat ograniczania zbrojeń. Przekonuje jednak, że Amerykanie wciąż mogą uratować swoją przewagę militarną. – Stany Zjednoczone powinny przyspieszyć program zbrojeń kosmicznych, w tym rozwijanie systemu obrony antyrakietowej. To dziedzina, w której Chiny są na razie właściwie bezbronne – mówi nam amerykański ekspert.
PIOTR GILLERT, JĘDRZEJ BIELECKI z Waszyngtonu

Uderzenie w satelitę na orbicie okołoziemskiej

Uderzenie w satelitę na orbicie okołoziemskiej

Satelita Feng Yun od 1999 roku służył chińskim meteorologom do obserwacji pogody. Termin jego przydatności już minął, ale był wciąż czynny, a więc widoczny na radarach kosmicznych. Dzięki temu stanowił idealny obiekt symulowanego ataku. Uwolniony przez rakietę pocisk kinetyczny (pozbawiony ładunku wybuchowego) samą siłą uderzenia roztrzaskał Feng Yun na drobne kawałki. Japoński rząd wyraził w piątek obawy, czy krążące po niskiej orbicie Ziemi szczątki satelity nie będą stanowiły zagrożenia dla innych misji kosmicznych.

Pomyślmy o Chinach Oburzenie i niepokój – tak można by określić reakcje na chiński test. Nie powinien on jednak dziwić. Pekin przeprowadził go z prostego powodu: bo mógł. Jeszcze w zeszłym roku Pekin wolał nie drażnić tygrysa. Teraz zdecydował się na próbę, bo stwierdził widocznie, że nic mu nie grozi. Z chińskiego punktu widzenia oburzenie Ameryki trudno uznać za uzasadnione. Chińczycy pamiętają, że Amerykanie sami przeprowadzali kiedyś podobne testy, a niedawno opowiedzieli się przeciwko kontroli zbrojeń w kosmosie. W dodatku nad ChRL wciąż przelatują amerykańskie instalacje szpiegowskie. Dziś chińscy generałowie mówią swym kolegom zza Pacyfiku: – Chcieliście zbrojeń w kosmosie, to je macie! Krok po kroku cierpliwi Chińczycy budują swą potęgę. Do Ameryki jeszcze im daleko, ale jednak z dnia na dzień coraz bliżej. To powinno i nam dać domyślenia. Od paru lat Unia Europejska rozważa, czy znieść, czy nie, embargo na dostawy broni dla Chin. Polska nie ma w tej sprawie zdania, sądząc, że nas to nie dotyczy. Błąd. Przede wszystkim dlatego, że Polska postawiła na sojusz z Ameryką i pilnowała tylko spraw znanych i bliskich – czyli związanych z Rosją. Od dziś musimy także myśleć o Chinach.

Kościół przeciw gejowskiej adopcji

Źródło: Rzeczpospolita: Kościół przeciw gejowskiej adopcji
24.01.2007

Kościół katolicki w Wielkiej Brytanii może zamknąć swoje ośrodki adopcyjne. Wszystko z powodu zakazu dyskryminacji homoseksualistów, który niedługo ma wejść wżycie na Wyspach. Ustawa, która już od miesięcy budzi ogromne kontrowersje, może wejść w życie w kwietniu. A wtedy żaden katolicki ośrodek nie będzie mógł odmówić gejom prawa do adopcji.

Kardynał Cormac Murphy-O’Connor, przywódca Kościoła katolickiego w Anglii i Walii, napisał wczoraj list do brytyjskiego rządu. Podkreślił w nim, że zgoda na adoptowanie dzieci przez pary homoseksualne jest sprzeczna z nauką Kościoła. „Będzie to nierozsądna, niepotrzebna i niesprawiedliwa dyskryminacja katolików” -napisał kardynał. Argumentował, że zmuszanie katolików do akceptowania adopcji przez homoseksualistów jest nie tylko sprzeczne z nauką Kościoła, ale i z sumieniem katolików.

W ośrodkach Kościoła katolickiego rocznie dokonuje się 4 procent spośród wszystkich 200 adopcji w całej Wielkiej Brytanii. Na razie z ich pomocy nie korzystały pary gejowskie, choć w całym kraju co dwudzieste dziecko trafia pod opiekę właśnie takich rodzin. Jeśli ustawa o dyskryminacji homoseksualistów wejdzie w życie, zamknięciem jest zagrożonych siedem katolickich ośrodków.

Kilka tygodni temu na ulice Londynu wyszło ponad 1500 osób, protestując przeciwko ustawie. Wspólnie demonstrowali chrześcijanie i muzułmanie. Na razie ustawa przeszła tylko w Irlandii Północnej.

Ekonomia i etyka państwa socjalnego

Źródło: Tygodnik Powszechny: Z pełnego w próżne
25.07.2006

Rozrośnięte państwa socjalne, jak Polska, tworzą długofalowe bezrobocie, przyczyniając się do degradacji rodziny. Następuje w nich erozja norm etyki pracy i odpowiedzialności. Napędzają postawy roszczeniowe, sankcjonując sięganie po owoce cudzej pracy. Blokują autentyczną solidarność i wypierają społeczeństwo obywatelskie na rzecz politycznej klienteli demagogów. To system niemoralny.
Leszek Balcerowicz

Zagadnienie państwa socjalnego wiąże się z mnóstwem innych fundamentalnych tematów, dotyczących teorii państwa, rozwoju gospodarczego, kwestii sprawiedliwości i jej pojmowania. Zagadnienie, o którym mowa, budzi we współczesnych debatach wiele emocji i nieporozumień. Odbija się w nich magiczne myślenie i zwykła głupota, demagogia i cynizm, na które społeczeństwo daje się często nabrać. Wtedy, prędzej czy później, płaci wysoką cenę.

Państwo socjalne: co to jest?

Nie ma jednorodnego tworu, który można by nazwać „państwem socjalnym”, czy – jak to się również mówi – „państwem dobrobytu”. Nie istnieje podział na jednorodne państwa socjalne i państwa niesocjalne, jest bowiem wiele postaci tego, co się państwem socjalnym nazywa. Ale jak w ogóle opisać ten twór? Jednym z większych błędów jest definiowanie tworów człowieka, w tym rozmaitych konstrukcji instytucjonalnych, poprzez deklarowane cele – wtedy łatwo pada się ofiarą manipulacji, biorąc życzenia za rzeczywistość albo przyjmując za dobrą monetę deklamacje demagogów.

Dlatego trzeba definiować państwo socjalne (i wszelkie inne twory człowieka) w sposób niewartościujący – poprzez mechanizmy instytucjonalne. Można tu wyróżnić trzy konstytutywne składniki:

Po pierwsze są to wydatki socjalne, które dzielą się na dwie części. Pierwszą stanowią rozmaite zasiłki pieniężne. W tym mieszczą się emerytury (jeżeli nie są one efektem wcześniejszego oszczędzania, tylko podatków – składek płaconych w ramach tzw. systemu repartycyjnego), najrozmaitsze renty (podobnie finansowane) oraz zasiłki (od bezrobocia, pogrzebowe, rodzinne itd.). Drugą część stanowią dobra, za które nie płacimy bezpośrednio, ale przez podatki, jak choćby „darmowa” edukacja.

Po drugie są to podwyższone podatki, będące konsekwencją wydatków socjalnych. Za wszystkie dobra rzadkie trzeba bowiem płacić: jeżeli nie z własnej kieszeni, to właśnie poprzez podwyższone podatki. Do początku XX wieku relacja wydatków i podatków do PKB zwykle nie przekraczała dziesięciu procent, z wyjątkiem okresów wojen. A potem, szczególnie po II wojnie światowej, wzrosła ona w krajach rozwiniętych, wynosząc od trzydziestu do sześćdziesięciu procent PKB. Jedyną praktyczną przyczyną takiego stanu rzeczy był rozrost wydatków socjalnych.

Po trzecie wreszcie, są to najrozmaitsze regulacje, czyli przepisy, często nazywane właśnie „socjalnymi”. Najwięcej z nich dotyczy stosunków między pracodawcą a pracobiorcą, czyli tego, co nazywa się „rynkiem pracy”. Przepisy te czasem tak regulują ów rynek, że ów zanika. Każdy rynek to masa indywidualnych negocjacji między dostawcami i odbiorcami określonego dobra, co wymaga dostatecznej swobody umów. Jeżeli się ją nadmiernie zawęża, to nie ma mowy o rynku. W przypadku „rynku” pracy chodzi szczególnie o trzy typy regulacji zawierających się w pytaniach: Jaki jest poziom ochrony przed zwolnieniem z pracy? Czy obowiązuje urzędowa płaca minimalna, a jeśli tak, to na jakim poziomie? Wreszcie, jaki rodzaj negocjacji zbiorowych (czyli wykraczających poza negocjacje między indywidualnym pracobiorcą a indywidualnym pracodawcą) obowiązuje i czy owe zbiorowe negocjacje dotyczą poszczególnych branż i sektorów, czy też całego kraju?

Trzy wymienione składniki przyjmują różne stany i tworzą w efekcie mnóstwo odmian państwa socjalnego. Większość ludzi wyobraża sobie, że na jednym biegunie są kraje skandynawskie (w tym Szwecja), na drugim – „kowbojski” kapitalizm w Stanach Zjednoczonych. Nic podobnego. Pod pewnymi względami państwa skandynawskie są bliższe Ameryce i bardziej wolnorynkowe niż Niemcy, Francja i Włochy, zwłaszcza na rynku pracy (szczególnie w przypadku Danii). Ale z drugiej strony, są one podobne do Włoch, Francji, Niemiec pod względem poziomu wydatków socjalnych, choć mają różne ich struktury. Szczegółowe różnice mogą mieć bardzo duże znaczenie praktyczne.

Wzbogacanie bogatych

Największy rozdźwięk między tak deklarowanymi celami a rzeczywistością występuje w tzw. Trzecim Świecie. Rozdęte i źle zbudowane państwo socjalne jest największym nieszczęściem dla biednego kraju, bo uniemożliwia mu wyjście z biedy. Taki model państwa istnieje np. w Brazylii. Koszty pracy są tam na tyle wysokie, że Brazylia, w porównaniu z krajami Azji, rozwija się dosyć wolno. Swego rodzaju państwa socjalne istnieją też w Afryce – z „darmową” edukacją na szczeblu wyższym, kształcącą sfrustrowaną elitę, która następnie albo wznieca bunty, najczęściej pod hasłami marksizmu, albo emigruje. Natomiast bardzo mało przeznacza się z budżetu na edukację podstawową. Wydatki socjalne służą więc bogatszym. Jest to zresztą zjawisko ogólniejsze – badania pokazują, że wiele państw socjalnych w biedniejszych krajach potęguje nierówności dochodów, bo transfery socjalne idą od biedniejszych do bogatszych. W Indiach ogromne nierówności występują nie tylko ze względu na system kastowy, ale także ze względu na hinduskie państwo socjalne. Dwadzieścia procent najbogatszych ludzi uzyskuje tam od państwa socjalnego trzy razy więcej niż dwadzieścia procent najbiedniejszych. Indie obficie dotują rolnictwo pod hasłem pomocy biednym chłopom, ale korzystają z tego raczej bogatsi farmerzy. Występują tam też niesłychane usztywnienia rynku pracy – nie można zwolnić pracowników, nawet w przedsiębiorstwie prywatnym – a to przyczynia się w tym biednym kraju do bezrobocia.

Osobnym problemem jest to, jak zachowują się osoby świadczące usługi darmowe, czyli finansowane z podatków. Gdy się za coś nie płaci, to trudniej wymagać wysokiej jakości i świadczący usługi o tym wiedzą. Może to prowadzić do różnego rodzaju wypaczeń. Dla przykładu: w Bangladeszu 74 proc. nauczycieli państwowych szkół w ogóle nie przychodzi do pracy. W Utar Pradesh, jednym ze stanów Indii, związki zawodowe nauczycieli sprzeciwiły się jakiemukolwiek wpływowi rodziców i ich przedstawicielstw na warunki zatrudniania i pracy nauczycieli. Ogólniej mówiąc, związki nauczycieli są często największą przeszkodą w reformach szkół. Dotyczy to nie tylko Utar Pradesh, ale i m.in. bogatej Kalifornii. W Meksyku w 1989 r. rozpoczęto realizację programu o nazwie, która może wzbudzać w Polsce zainteresowanie: „Narodowy Program Solidarności”. Przeznaczano na ten cel ogromną sumę – 1,2 proc. PKB. Po sześciu latach zbadano efekty i okazało się, że redukcja biedy, czyli zadeklarowany cel, wyniosła tylko 3 proc., gdy możliwy maksymalny efekt redukcji biedy oszacowano na 64 proc. Gdyby te same pieniądze rozdzielono po równo wśród biednych i bogatych, to redukcja biedy wyniosłaby trzynaście procent. Program „solidarności” trafił więc do bogatych.

Z historii państwa socjalnego

Państwo socjalne jest przede wszystkim tworem XX wieku. Jego początków szuka się zwykle w działalności kanclerza Bismarcka, który, chcąc pobić socjalistów ich własną bronią, wprowadził darmowe (czyli finansowane z podatków) ubezpieczenia socjalne. W czasach Bismarcka średnia długość życia była niewielka, a więc zaoferowanie państwowych emerytur po 60. czy 65. roku życia nie było kosztowne.

Największe przyspieszenie wydatków socjalnych w krajach rozwiniętych nastąpiło po II wojnie światowej, zwłaszcza między 1960 a 1975 r. Wydatki, jako odsetek PKB, osiągały wtedy maksimum, na różnym poziomie w zależności od kraju. Potem owa relacja zwykle się zmniejszała, choć nie do poziomu znanego z początku XX wieku. Prawidłowość ta pokazuje, że państwo socjalne nie może rozrastać się w nieskończoność. Znaczyłoby to ni mniej ni więcej tylko tyle, że podatki zbliżałyby się do stu procent dochodu.

W Polsce, wskutek zablokowania wielu prób reform, obciążenia są wciąż dużo wyższe niż te, które miała Szwecja, Dania, Niemcy czy Francja w czasach, gdy poziom dochodu na mieszkańca zbliżony był do dzisiejszego u nas. Szwecja, gdy rozwijała się szybko, była krajem o gospodarce wolnorynkowej i do lat 20. XX wieku udział obciążeń podatkowych w PKB był tam podobny jak w Stanach Zjednoczonych.

Rozrost państwa socjalnego nie był skutkiem biedy, gdyż następował on podczas szybkiego rozwoju gospodarki. Owszem, na XIX-wiecznym Zachodzie było dużo biedy. I nie dlatego, że nie rozwinęło się jeszcze wówczas państwo socjalne, lecz dlatego że kapitalizm był we wczesnej fazie i nie zdążył dać większych owoców. To dzięki kapitalizmowi dochód na głowę w Wielkiej Brytanii i w innych krajach, gdzie wprowadzono kapitalizm, po raz pierwszy w historii zaczął rosnąć systematycznie i na masową skalę.

Jeżeli nie bieda wywołała rozrost państwa socjalnego, to co? – należałoby więc zapytać. Za sprawą książki znanego amerykańskiego ekonomisty Benjamina M. Friedmana (nie mylić z Miltonem Friedmanem) pojawiła się ostatnio hipoteza, że państwo socjalne rozwijało się właśnie dlatego, że zaistniał wzrost w gospodarce. Miał on jakoby powodować większą skłonność ludzi do dzielenia się – poprzez państwo – swoimi pieniędzmi. Czyli ludzie byli bardziej skłonni płacić wyższe podatki. Teza interesująca, ale wydaje mi się dosyć naciągana. Rozrost państwa socjalnego wynikał raczej ze splotu wielu czynników. Określenie ich dla poszczególnych krajów wymagałoby szczegółowych badań historycznych i ekonometrycznych. Wymieńmy więc te, które zdają się być wspólne dla wszystkich.

Po pierwsze, powodem była rywalizacja polityczna w warunkach umasowienia prawa wyborczego. Samo masowe prawo wyborcze nie oznacza oczywiście, że nie da się państwa socjalnego ograniczyć – zrobiono to przecież w niektórych krajach. Ale było ono czynnikiem sprzyjającym jego ekspansji. W historii obietnicami socjalnymi posługiwali się politycy o różnej orientacji ideologicznej. Bismarck nie był socjalistą, ale wprowadził socjalistyczne reformy. To, w jaki sposób może dojść do podobnych licytacji socjalnych, wyjaśnia ekonomiczna teoria grup nacisku. Trzeba dodać, że podobne mechanizmy miały miejsce również w państwach niedemokratycznych – dyktatorzy lubią być zwykle popularni wśród mas.

Drugim czynnikiem była bardzo dobra sytuacja gospodarcza wtedy, kiedy państwo socjalne narastało – a więc od lat 60. do mniej więcej 1975 r. Był to złoty wiek gospodarki światowej, w tym gospodarki europejskiej – pomagało to finansować wydatki socjalne i nie spodziewano się wtedy problemów.

Po trzecie: korzystna wówczas sytuacja demograficzna. Nie było jeszcze widocznego problemu starzenia się społeczeństwa, który od pewnego czasu bardzo narasta.

Po czwarte: silne wpływy ideologiczne. Wybitny ekonomista Alberto Alessina, Włoch, profesor Harvardu, badając przyczyny narastania państwa socjalnego w Europie na tle USA, doszedł do wniosku, że nie da się pominąć o wiele silniejszej roli marksizmu na Starym Kontynencie. I nie chodzi tu bynajmniej o oficjalny marksizm w byłych państwach socjalistycznych – chodzi na przykład o jego wpływy w elitach opiniotwórczych Francji, Włoch, Niemiec. Jawny czy utajony, marksizm jest podstawowym źródłem antykapitalizmu, tak bardzo rozpowszechnionego w Europie Zachodniej. Działały także inne wpływy ideologiczne – twórcą rozgałęzionego państwa socjalnego był we Włoszech Benito Mussolini, dawny socjalista. Model państwa Mussoliniego został w dużej mierze przeniesiony do Ameryki Łacińskiej. Wzorowali się na nim np. Peron w Argentynie i Vargas w Brazylii.

Wreszcie, do rozrostu państwa socjalnego przyczyniała się pewnego rodzaju asymetria. Dużo łatwiej uchwalić ustawę przyznającą pewnym grupom pieniądze lub darmowe usługi, niż ją potem wycofać. Dlatego państwo socjalne często rozwijało się skokowo. Splot okoliczności ideologicznych czy personalnych – bo zdarzają się, niestety, zdolni demagodzy – powodował skok, a za nim wzrost wydatków, który bardzo trudno było już cofnąć. Dlatego niezwykle niebezpieczne i godne moralnego potępienia jest wprowadzanie nowych programów socjalnych, jeżeli będą one prowadzić do niekorzystnych skutków, np. wzrostu bezrobocia.

Patologia, kryzys, reforma

Z badań wynika, że w Stanach Zjednoczonych państwo socjalne, choć w porównaniu z XIX wiekiem jest bardziej rozbudowane, to jednak – znacznie mniej niż w krajach Europy Zachodniej. Przytacza się tu różne wyjaśnienia. Po pierwsze – wiążące się z większą mobilnością ludzi, zarówno przestrzenną, jak i zawodową, która przyczynia się do innych postaw w ocenie biedy. Europejczycy są zwykle o wiele bardziej skłonni obarczać winą za swój los czynniki zewnętrzne. Amerykanie częściej uważają, tak jak ludzie z epoki wiktoriańskiej, że ci, którzy są z jakichś powodów biedni, sami się do tej sytuacji doprowadzili. Czyli nie są skłonni tak łatwo ich rozgrzeszać. Warto przy tej okazji wspomnieć o badaniach socjologów nad zadowoleniem z życia. Okazuje się, że przeciętny poziom deklarowanej satysfakcji z życia w USA jest ponad dwa razy wyższy niż przeciętny poziom w krajach Unii Europejskiej.

Państwo socjalne narastało, ale – przynajmniej w niektórych krajach – zaczęło być ograniczane rozmaitymi reformami. Po pierwsze, ograniczono wydatki socjalne, aby zmniejszyć napięcia w finansach państwa. Jeżeli więc dzisiaj słyszy się w Polsce, że można ograniczyć globalne wydatki budżetu bez tykania wydatków socjalnych, to jest to wprowadzanie w błąd obywateli (a może i siebie samego). Wydatki socjalne są u nas bowiem ok. sześć razy większe niż administracyjne.

Po drugie, reformy polegały na eliminacji lub przynajmniej łagodzeniu patologii, zwłaszcza takich, które zniechęcały ludzi do poszukiwania pracy albo­ zwiększały liczbę samotnych matek. To ostatnie zjawisko wystąpiło np. w Stanach Zjednoczonych i usunęła je dopiero reforma Clintona. Przedtem samotna matka dostawała mieszkanie, a oprócz tego zasiłki na każde dziecko. Okazało się, że taki bodziec zwiększał, zwłaszcza w środowiskach biedniejszych, liczbę samotnych kobiet rodzących dzieci, co – poprzez nie najlepsze środowisko rodzinne – miało konsekwencje dla następnych pokoleń.

Trzecim składnikiem reform było likwidowanie usztywnień rynku pracy, czyli nadmiernych ograniczeń w umowach między pracodawcami a pracobiorcami. Chodziło tu głównie o zmniejszanie kosztów pracy i łagodzenie restrykcji przy zwolnieniach pracowników oraz – w niektórych krajach – o obniżanie płacy minimalnej, która, jeśli jest wysoka, przyczynia się do bezrobocia.

Ponadto reformy były zwykle podejmowane pod wpływem narastających zjawisk kryzysowych. To, na ile zdołano uprzedzić kryzysy, zależało od konfiguracji politycznej, czyli od tego, kiedy udało się przeciwstawić populistom broniącym rozdętego państwa socjalnego. Reformami reagowano zwykle na narastające problemy budżetowe, na podniesione i długofalowe bezrobocie i na jaskrawe nadużywanie zasiłków. To ostatnie dotyczyło różnych krajów, okazało się, że państwo socjalne nawet Niemców może zdemoralizować. Pojawiło się tam nawet specjalne określenie: Sozialbetrug, czyli „oszustwo socjalne”. Natomiast w Szwecji gwałtownie wzrosła liczba obywateli na chorobowym, choć jednocześnie poprawiły się tam wskaźniki zdrowotności. W 1955 r. na jednego Szweda przypadało 12 dni chorobowego rocznie, a w 2001 r. – 32 dni.

Do presji na reformowanie państwa socjalnego przyczyniają się migracje między krajami. Jak zwykle, ludzie głosują nogami. W Niemczech następuje ostatnio odpływ wysokokwalifikowanych kadr do Stanów Zjednoczonych. Z interesującego artykułu w „Gazecie Wyborczej” (z 9 lutego 2006) wynika, że po zjednoczeniu Niemiec wyemigrowało stamtąd 1,8 miliona ludzi, a po dojściu Hitlera do władzy – pół miliona. Wielu Francuzów mieszka w Londynie i twierdzi, że nie wróci do socjalnej Francji. Z drugiej strony, presję wywiera napływ ludzi biedniejszych do bogatszych krajów. Znane wszystkim dramatyczne rozruchy we Francji nie wynikły tylko z przyjmowania przez ten kraj milionów imigrantów, zwłaszcza z Afryki. To nie wystarcza – Amerykanie przyjmują miliony Meksykanów, którzy w USA znajdują zatrudnienie. We Francji obowiązuje model socjalny, którego cechą są wysokie płace minimalne i spore zasiłki dla niepracujących. W efekcie ponad połowa mieszkańców niektórych przedmieść nie pracuje, żyjąc z zasiłku. Chodzi tu o ludzi młodych, pochodzących w dodatku z innej kultury.

Zjawiska kryzysowe, które przyczyniały się do reform państwa socjalnego, nie były wyłącznie rezultatem jego narastania. Działały też inne czynniki. Na przykład w Danii i Holandii w latach 70. prowadzono politykę, której w Polsce domagają się wszyscy mówiący o „pobudzaniu” gospodarki, tzn. o zwiększaniu wydatków budżetowych i prowadzeniu polityki łatwego pieniądza. W efekcie wybuchły tam wówczas kryzysy, które wymusiły dość głębokie reformy, zarówno państwa socjalnego, jak i polityki makroekonomicznej. Prawdopodobnie nie mówiłoby się teraz o duńskim modelu socjalnym, gdyby nie tamte problemy.

Reformowanie państwa socjalnego wymusiła także pogarszająca się sytuacja w gospodarce światowej.

Deprecjacje

Jakie są skutki rozrośnięcia się państwa socjalnego? Na początek trzeba wyodrębnić trzy ich rodzaje, zależne od mechanizmu i rozkładu w czasie. Pierwszy wynika z tego, że zachowanie ludzi deformuje się pod wpływem patologicznych bodźców. Jeżeli przez długi czas dostaje się zasiłek od bezrobocia – na dodatek dość wysoki – to, jak pokazują badania, maleje chęć poszukiwania pracy, przez co ludzie dłużej są bezrobotni. I nie ma się co na to oburzać – nie oburzamy się zwykle na chmury za to, że pada deszcz, a przecież natura ludzka jest równie obiektywna.

Po drugie, umiejętności bezrobotnego przez dłuższy czas deprecjonują się i w miarę upływu czasu ma on coraz mniejsze szanse na znalezienie pracy. Po trzecie zaś, gdy w skali masowej pojawiają się wyłudzenia socjalne i długofalowe bezrobocie, to coś złego dzieje się z całym społeczeństwem, a ściślej – z normami społecznymi. Tu docieramy do wymiaru etycznego. Narasta mianowicie akceptacja sytuacji patologicznych – to także pokazuje wiele badań – następuje erozja etyki pracy i spotęgowanie postaw roszczeniowych.

Warto w tym miejscu zacytować prof. Janusza Reykowskiego, psychologa, dawnego działacza lewicy: „Jak pokazują badania psychologiczne, sytuacja otrzymywania jakichś dóbr bez wyraźnego osobistego wkładu może wywoływać poczucie niższości. Broniąc się przed nim, ludzie wykazują tendencję do pomniejszania wartości tego, co otrzymują, a także przypisują negatywne cechy i niskie motywy tym, od których otrzymują”. W żadnej mierze nie należy traktować tego twierdzenia jako zniechęcania do prywatnej filantropii, ale jako przyczynek do poglądu, że rozrost państwa socjalnego nie pozostaje bez wpływu na normy społeczne czy rozpowszechnione w społeczeństwie postawy.

Reagowanie na bodźce następuje szybko i systematycznie, natomiast erozja umiejętności i norm następują później. Pozostaje pytanie empiryczne: jak szybko można to zmienić? Dość sprawnie można pewnie odwrócić postawy, gorzej z umiejętnościami. Dlatego gdy dochodzi do długofalowego bezrobocia, najczęściej potrzebne są specjalne programy. Z tego wynika jeden główny wniosek: należy unikać takiej polityki socjalnej, która produkuje długofalowe bezrobocie.

Niesprawiedliwość społeczna

Jakie natomiast można wyróżnić typy skutków rozrośniętego państwa socjalnego? Przede wszystkim, wysokie i wciąż rosnące wydatki socjalne prowadzą do wysokich i rosnących podatków. W naszych dyskusjach o podatkach na ogół zapomina się o wydatkach – jakby wysokie podatki wynikały ze złej woli polityków. Tymczasem biorą się one z uchwalania kolejnych socjalnych prezentów.

Ekonomia nie daje pełnej odpowiedzi na pytanie o wpływ wysokich podatków na długofalowy wzrost gospodarki, ale jest praktycznie pewne, że kraj na dorobku, tak jak Polska, z obciążeniami fiskalnymi sięgającymi ok. 45 proc. udziału wydatków w publicznym PKB, nie może być gospodarczym tygrysem. Maksymalne tempo naszego wzrostu może przy takich obciążeniach wynosić około 4 procent i nie więcej. Tymczasem wszystkie tygrysy gospodarcze startowały z niskiego poziomu wzrostu gospodarczego i utrzymywały relację wydatków i podatków do PKB w granicach 20 proc. Gospodarczym tygrysem był (i jest) Tajwan, Korea Płd., Tajlandia, Hong Kong, Singapur. Ostatnio zmierzają w tym kierunku Litwa i Słowacja. Polska z obecną pozycją fiskalną państwa będzie zostawać coraz bardziej w tyle za niektórymi swoimi sąsiadami. Kraj zaś o powoli rosnącej gospodarce nie będzie się politycznie liczyć. Siła państwa nie zależy tylko od uroku osobistego ministrów spraw zagranicznych, premierów i prezydentów – w ogromnym stopniu zależy właśnie od siły gospodarczej kraju. Dodajmy, że wolniejszy wzrost gospodarki to oczywiście również wolniejsza poprawa warunków życia i wolniejsze doganianie Zachodu.

Po drugie, ciężary podatkowe, zwłaszcza mające postać obciążeń kosztów pracy, hamują wzrost zatrudnienia, to rzecz znana. Ale i inne elementy państwa socjalnego działają w tym samym kierunku – chodzi o ograniczanie zatrudnienia i tworzenie długofalowego bezrobocia. Systemy socjalne, jak już to zostało wyżej objaśnione, osłabiają motywację do szukania pracy. Bywa też tak, że nie opłaca się przejść od zasiłków do legalnego zatrudnienia, bo przyrost dochodu, jaki można w ten sposób uzyskać, jest niewielki, a w skrajnych przypadkach ujemny: trzeba zapłacić za to, że się pracuje. Największym nieszczęściem (a wręcz przestępstwem z punktu widzenia moralności) jest tworzenie takich patologicznych bodźców, które po pewnym czasie degradują ludzi. Tworzy się je oczywiście zawsze w imię „dobra człowieka”. To niesłychany wykwit obłudy albo otumanienia.

Do wysokiego długofalowego bezrobocia przyczynia się też silna ochrona pracowników przed zwolnieniem. Zmniejsza to skłonność przedsiębiorców do zatrudniania, bo zwiększa ryzyko przyjmowania nowych pracowników. I wreszcie, wysoka płaca minimalna eliminuje z rynku pracy część pracobiorców – tych nisko wykształconych, czyli najczęściej – biedniejszych. Dzieje się tak dlatego, że człowiek o niskich kwalifikacjach nie może wnieść do przedsiębiorstwa dużego wkładu, więc przedsiębiorstwo nie może mu wiele zapłacić. A jeżeli płaca minimalna ustawiona jest powyżej owego wkładu, to przedsiębiorstwo po prostu danej osoby nie zatrudni.

Po trzecie, choć zabrzmi to może paradoksalnie, ale wynika z wielu badań: rozdęte państwo socjalne przyczynia się do narastania nierówności – choć jego ideologia głosi coś przeciwnego. W badaniach OECD stwierdzono, że w krajach o wysokim długofalowym bezrobociu nie są nim dotknięci mężczyźni w sile wieku. Za wysokie bezrobocie płacą więc najczęściej kobiety i młodzież. Tak jest np. we Francji, w Niemczech, również w Polsce.

Drugi niesprawiedliwy podział to ten na insiderów i outsiderów. Insider to ten, kto już ma pracę. Outsider to bezrobotny, ale też absolwent uczelni albo szkoły. Im silniej państwa socjalne bronią mających pracę, np. poprzez rygorystyczne przepisy o zwolnieniach albo duże odprawy, tym gorzej dla outsiderów. Przedsiębiorstwa boją się zatrudniać nowych pracowników, a ponadto wprowadza się swojego rodzaju apartheid – uelastycznienie form zatrudnienia dotyczy tylko nowych, ale nie tyka się przywilejów, za którymi stoją silnie zorganizowane grupy pracowników. Uleganie dyktatowi silnych, zorganizowanych grup pracowniczych to często spotykana w Polsce definicja „wrażliwości społecznej”.

Zanik społeczeństwa obywatelskiego

Wielu, skądinąd inteligentnych, ludzi uważa, że jeśli państwo czegoś nie zrobi, to nie zrobi tego nikt. Do niedawna przyjmowano, że jeżeli państwo nie zapewni lemoniady, butów lub cegieł, to lemoniady, butów czy cegieł nie będzie. Słyszało się kiedyś opowieści o tym, jak radzieckie delegacje, jeżdżąc do USA i oglądając znakomicie zaopatrzone sklepy, pytały, jaki minister za to odpowiada.

Mentalność radzieckiego działacza funkcjonuje dalej, gdy chodzi o państwo socjalne. Uważa się, że gdyby nie było państwowych szkół, to rodzice nie posyłaliby dzieci do szkół, a kupowaliby sobie samochody. Albo że gdyby nie było „darmowej” służby zdrowia, to ludzie by się nie leczyli, bo nie kupowaliby usług na rynku. Albo jeżeli nie byłoby emerytur, finansowanych przecież przez podatki, to ludzie nie oszczędzaliby na starość. Albo jeżeli nie byłoby zasiłków, to ludzie by się nie organizowali w organizacje samopomocy…

Do momentu powstania i narastania państwa socjalnego panowała powszechna bieda. Ale nie ze względu na brak tego modelu państwa, lecz dlatego że kapitalizm był jeszcze młody i nie zdążył dać większych owoców, choć warunki życia mas w XIX w. wyraźnie poprawił. Tymczasem na zagrożenia, na które ma teraz odpowiadać wyłącznie państwo socjalne, ludzie potrafili odpowiadać m.in. przez samoorganizację, pomoc w ramach rodziny, filantropię czy indywidualne oszczędzanie. Były to działania na miarę ówczesnego poziomu dochodów. Rozwój państwa socjalnego – i to nie jest spekulacja, istnieją dane – nie wypełniał próżni, za to wypierał istniejącą i potencjalną działalność pozapaństwową. Badania pokazują, że powstałe wcześniej organizacje samopomocy ograniczane były w miarę rozrostu tego modelu państwa. Im więcej państwa socjalnego, tym mniej potrzeby, aby zrobić coś samorzutnie. A przy mniejszych dochodach i wyższych podatkach potęguje się pogląd, że przecież to państwo ma załatwić wszelką opiekę.

Rozrost państwa socjalnego blokuje i wypycha więc rozwój społeczeństwa obywatelskiego. W skrajnym przypadku w miejsce społeczeństwa obywatelskiego powstaje społeczeństwo klientów władzy politycznej. Peron w Argentynie doszedł do władzy dzięki głosom biednych, rozdając im socjalne prezenty,

i sprowadził na swój kraj kolejne kataklizmy gospodarcze. Chavez w Wenezueli idzie obecnie podobną drogą. Ale można szukać przykładów bliżej, np. w Wielkiej Brytanii; przed rozrostem państwa socjalnego rozwijały się tzw. friendly societies, czyli towarzystwa samopomocowe. W 1877 r. miały one 2-3 mln członków, w 1897 r. – 5 mln, w 1910 r. – 6,6 mln. W miarę rozrostu państwa socjalnego zaczęły one zanikać.

***
Leszek Balcerowicz

Rozbudowane państwo socjalne jest efektem złej i niemoralnej polityki. Zwolennicy i twórcy takiego modelu państwa nie mają prawa do demonstrowania moralnej wyższości w stosunku do tych, którzy się im przeciwstawiają. Wręcz przeciwnie.

Tekst jest zredagowaną wersją wykładu wygłoszonego 1 lutego 2006 r. w auli Polskiej Rady Biznesu. Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.

Unia zostawiła nas samych

Źródło: Rzeczpospolita: Unia zostawiła was samych
19.01.2007

Rozmowa z Falkiem Bomsdorfem – Zawarcie niemiecko-rosyjskiego porozumienia w sprawie gazociągu spowodowało, że spora część działań budujących zaufanie między naszymi krajami została zaprzepaszczona. To jeden z największych błędów niemieckiej polityki zagranicznej po wojnie – mówi niemiecki analityk polityczny

Rz: W tle rozmów Angeli Merkel z Władimirem Putinem o energetyce będzie pewnie polskie weto blokujące rozpoczęcie negocjacji unijno-rosyjskich na temat nowego porozumienia partnerskiego.

Falk Bomsdorf: Polskie weto nie jest żadnym skandalem, choć uważają tak niektórzy w Unii i w Rosji. Prawdziwym skandalem jest, że Unia Europejska pozostawiła Polskę samą w sporze z Rosją i nie zareagowała na rosyjskie embargo na polskie produkty. W końcu embargo to jest skierowane przeciwko całej Unii. Jeżeli Merkel poruszy ten temat z Putinem, będzie to dobre ćwiczenie w określeniu zasad partnerstwa pomiędzy Rosją i Niemcami.

Czy jest jakaś zdecydowana różnica w polityce obecnego rządu niemieckiego w porównaniu z rządem Schrôdera?

Angela Merkel rozumie Rosję lepiej, chociażby z tego powodu, że pochodzi z byłej NRD. Schröder zaakceptował bezkrytycznie rosyjską koncepcję zakładającą, że najpierw trzeba zapewnić ludziom godziwe warunki życia, a na demokrację przyjdzie czas później. Patrzył na Rosję przez pryzmat Kremla. Dla niego Rosja i Kreml były pojęciami tożsamymi. Merkel wie doskonale, że tak nie jest.

Czy strategiczne partnerstwo pomiędzy Niemcami a Rosją będzie utrzymane?

To pojęcie nie zostało nigdy zdefiniowane. Ja też jestem zwolennikiem partnerstwa, ale gdy Rosja jest taka, jak obecnie, trudno mówić o prawdziwym partnerstwie. Kreml wyznaje całkiem inny system wartości niż my w Europie. Trudno oczekiwać, że to się szybko zmieni. Można i należy współpracować z Rosją w dziedzinie gospodarki, nauki, kultury, ale nie można mówić, że wszystko nas łączy. O tym, jak wielkie są różnice w podejściu do pojęcia demokracji, niech świadczy reakcja Rosji na gwałtowne pogorszenie się wizerunku Rosji za granicą. Przeważa opinia, że jest to wynik antyrosyjskiej kampanii zorganizowanej przez jej przeciwników na Zachodzie. Mało kto rozumie, że jest to po prostu reakcja na to, co się w Rosji dzieje.

Putin cieszy się jednak dużym poparciem, a Rosja przeżywa prawdziwy gospodarczy renesans.

Sukcesy gospodarcze oceniam sceptycznie, bo tam nie podejmuje się żadnych poważnych reform gospodarczych. Rosja rzeczywiście rośnie w siłę. Nie mam nic przeciwko silnej Rosji, ale Rosji demokratycznej. Niepokojące jest, że rosyjskie elity zmierzają do tego, aby za pomocą ropy i gazu osiągnąć korzyści polityczne, których nie udało się im zdobyć, wykorzystując potęgę wojskową, w czasach zimnej wojny. Surowce energetyczne stały się instrumentem polityki. Widać to wyraźnie na przykładzie Ukrainy i Białorusi.

Czy w związku z tym sprzeciw Polski wobec planów budowy gazociągu północnego nie był uzasadniony?

Jak najbardziej. Sposób i pośpiech,w jakich doszło do zawarcia niemiecko-rosyjskiego porozumienia w sprawie gazociągu, sprawiły że spora część zaufania między Polską a Niemcami została zaprzepaszczona. To jeden z największych błędów niemieckiej polityki zagranicznej w okresie powojennym. Budowa tego gazociągu narusza nie tylko interesy Polski, ale także i Niemiec. Gdyby nawet gazociąg ten miał powstać, należało od samego początku pomyśleć o wybudowaniu odnogi do Polski. Ale wtedy powstałoby pytanie, czy nie lepiej przeprowadzić go drogą lądową.

W Niemczech argumentuje się, że to przedsięwzięcie gospodarcze prywatnych firm, które nie jest skierowane przeciwko nikomu.

Dla mnie to oczywiste, że w grę wchodziły interesy polityczne.

Czy Polska – skłócona z Rosją i mająca problem z Niemcami – nie jest sobie sama winna, że Moskwa i Berlin zawierają porozumienia ponad jej głową?

Bez wątpienia daje się zaobserwować pewną nadwrażliwość w Polsce w ocenie sytuacji w Rosji. Nie brak w Polsce opinii, że Rosja ma nadal imperialne ambicje i zmierza do odbudowania ZSRR i objęcia sferą swych wpływów byłych satelitów. Jednocześnie krytyka ze strony Polski pod adresem Rosji jest całkowicie zrozumiała. Rosyjskie walenie pięścią w stół nie tworzy klimatu zaufania. Rząd Angeli Merkel stawia sprawę jasno, zapewniając, że Berlin nie będzie negocjował z Moskwą ponad głowami Polaków. Żaden odpowiedzialny polityk w Niemczech nie powinien mieć w tej sprawie innego zdania.

Jednak krytyczne opinie pod adresem Rosji są rzadkością w Niemczech.

Takich opinii jest więcej, niż się sądzi. Inną sprawa, że rzadko są prezentowane publicznie. Moim zdaniem można być zwolennikiem silnej Rosji, ale nie należy zamykać oczu na niedostatki rosyjskiej demokracji. Tak postępuje także kanclerz Merkel, spotykając się z przedstawicielami rosyjskiej opozycji czy obrońcami praw człowieka.
rozmawiał Piotr Jendroszczyk
Falk Bomsdorf jest szefem moskiewskiego przedstawicielstwa Fundacji Friedricha Naumanna

Polityka Rosji w stosunku do Polski

Źródło: Rzeczpospolita: Mięso to problem Polski
19.01.2007

Rozmowa z Wiaczesławem Nikonowem – Polska powinna odrzucić fobie rodem sprzed półwiecza. Nic wam nie grozi. Ale celem dla rosyjskich głowic nuklearnych staniecie się, jeśli zgodzicie się na rozmieszczenie na swoim terytorium elementów amerykańskiej tarczy antyrakietowej – mówi politolog związany z Kremlem

Rz: W najbliższą niedzielę po raz pierwszy kanclerz Angela Merkel jako przewodnicząca Unii Europejskiej spotka się w Soczi z prezydentem Władimirem Putinem. Czy Rosja na niemieckim przewodnictwie w Unii skorzysta? Macie tradycyjnie dobre stosunki z Niemcami.

Wiaczesław Nikonow: Nie widzę większej różnicy między poprzednim a obecnym przewodnictwem. Rosji dobrze układa się współpraca zarówno z Finlandią, jak i z Niemcami. W Europie w ogóle jest niewiele krajów, z którymi mamy problematyczne stosunki. Należą do nich kraje bałtyckie i, niestety, Polska. Problemy rosyjsko-europejskie nie są aż tak wielkie, jeśli porównamy je do tych, które UE ma na przykład z USA. Brakuje nam właściwie tylko zgody w sprawie bezpieczeństwa energetycznego. Jeśli w UE wciąż są żywe oczekiwania, iż Rosję uda się przekonać do ratyfikowania Karty energetycznej – to taki postęp jest absolutnie niemożliwy. Karta energetyczna jest przecież korzystna tylko dla odbiorców, a nie dla dostawców surowców energetycznych.

Wciąż nierozwiązany pozostaje także spór o nałożone przez Rosję embargo na polskie mięso…

Nie przypuszczam, że ten temat będzie jakoś szczególnie omawiany między kanclerz Merkel i prezydentem Putinem. Z punktu widzenia Rosji jest to problem Polski i to Polska powinna zadbać o wyeliminowanie zjawiska reeksportu mięsa o wątpliwym pochodzeniu ze swojego terytorium.

Embargo pozostaje jednak jedną z przyczyn nałożenia przez Polskę weta na rozpoczęcie negocjacji w sprawie nowego porozumienia o partnerstwie między Rosją a UE.

W tym roku rzeczywiście upływa termin obowiązywania obecnego porozumienia. Przewiduje ono jednak możliwość automatycznego przedłużenia w przypadku, jeśli żadna ze stron nie wyrazi sprzeciwu. Weto Polski oznacza zatem tylko zachowanie obecnego status quo. Od nowego porozumienia i tak mało kto oczekiwał zasadniczo lepszych rozwiązań.

Wizyta pani kanclerz odbywa się tuż po zakończeniu konfliktu energetycznego między Rosją a

Białorusią. W wyniku tego konfliktu ucierpiały interesy odbiorców energii w Europie.

Nie ulega wątpliwości, że to, co się stało na linii Mińsk – Moskwa może denerwować Unię Europejską. Jednak konflikt ten powinien przyspieszyć realizację projektów, które mogłyby uchronić odbiorców w Europie przed kaprysami krajów tranzytowych. Mam tu oczywiście na myśli projekt budowy gazociągu północnego, któremu tak bardzo sprzeciwia się Polska. Ten sprzeciw jest całkowicie nieuzasadniony. Co więcej – on stawia Polskę w jednym szeregu z kapryśnymi krajami tranzytowymi, o których wspomniałem.

Podobno Niemcy, najbliższy partner Rosji w czasach rządów Gerharda Schrödera, dystansują się wobec Rosji pod rządami Angeli Merkel?

Trudno sobie wyobrazić, za pomocą jakiego instrumentu można byłoby zmierzyć bliskość naszych stosunków. Jeśli wziąć pod uwagę, iż Putin ze Schröderem razem chodzili do łaźni, a z panią Merkel nasz prezydent tego najprawdopodobniej robić nie będzie – to można uznać, iż nasze kontakty stały się bardziej zdystansowane… Obiektywnie zaś Rosja i Niemcy pozostają dla siebie najważniejszymi partnerami.

Podczas ostatniej wizyty prezydenta Putina w Niemczech kanclerz Merkel nie przyjęła jednak kuszącej propozycji współpracy energetycznej,

propozycji, która dawała spółkom niemieckim wyłączność na użytkowanie ogromnego złoża gazu ziemnego Sztokman.

W świecie polityki i współpracy gospodarczej pada bardzo wiele propozycji. Jedne z nich cieszą się większym zainteresowaniem, inne – mniejszym. Jestem absolutnie przekonany, iż gdy zacznie się eksploatacja złoża Sztokman, koncerny niemieckie tak czy inaczej wezmą w tym udział.

Bliska współpraca między Niemcami a Rosją nie będzie niebezpieczna dla Polski?

Przede wszystkim warto spojrzeć na kalendarz. Widnieje na nim: 2007 rok. To wystarczy, aby odrzucić fobie rodem sprzed półwiecza. Jestem głęboko przekonany, iż Polsce nic nie grozi w najbliższej perspektywie ze strony sąsiadów. Jedynym wyjątkiem może być zgoda Warszawy na rozmieszczenie na swoim terytorium elementów amerykańskiej tarczy antyrakietowej, gdyż automatycznie staniecie się celem dla rosyjskich głowic nuklearnych. To jest jedyne zagrożenie dla Polski we współczesnym świecie. Inne po prostu nie istnieją.
rozmawiał w Moskwie Andrzej Pisalnik

Wiaczesław Nikonow
jest prezesem fundacji Polityka, przewodniczącym Komisji Spraw Zagranicznych i Dyplomacji Społecznej w Izbie Obywatelskiej przy prezydencie Rosji

Irańska broń atomowa

Źródło: Rzeczpospolita: Irańska bomba spod lady
13.01.2007

Nie można wykluczyć, że Teheran chce sprowokować Izrael do wyprzedzającego uderzenia. Wtedy społeczność międzynarodowa uzna atomowy kontratak ze strony Iranu za odpowiedź adekwatną, a nawet uzasadnioną

Wygląda na to, że ciągu najbliższych 12 miesięcy Amerykanie albo Izraelczycy, a prawdopodobnie jedni i drudzy, zaatakują Iran, aby zdruzgotać jego ambicje nuklearne. Te ataki mogą nastąpić raczej wcześniej niż później. Izraelscy analitycy wojskowi twierdzą, że interwencji trzeba dokonać, zanim naukowcy irańscy doprowadzą do końca cykl jądrowy, czyli w ciągu 2007 roku, i zaczną produkować uran bojowy. Sam prezydent Ahmadineżad chwalił się, że „cykl zostanie ukończony” podczas uroczystości Dziesięciu Dni Świtu na początku lutego, kiedy Irańczycy świętują rocznicę rewolucji islamskiej. Z tą chwilą Iran, jak mówią Izraelczycy, osiągnie „punkt, z którego nie ma powrotu”: będzie mógł uzyskiwać wzbogacony uran i gromadzić go z dala od instalacji nuklearnych, gdzie nikt już go nie znajdzie.

Kto ma uderzyć

Z szacunków wywiadu wynika, że Iran potrzebuje jeszcze dwóch lat na zgromadzenie potrzebnej do wyprodukowania bomby atomowej ilości uranu bojowego. Mniejsze ilości mogą na razie otrzymywać drobne grupki terrorystyczne wspierane przez Teheran, na przykład Hamas, Hezbollah czy Islamski Dżihad, do produkcji brudnych bomb łączących konwencjonalny ładunek wybuchowy z materiałem radioaktywnym. Niedawno Home Office potwierdziło, że zamierza przeszkolić większą liczbę policjantów do pracy z brudnymi bombami.

Tylko Amerykanie i Izraelczycy są gotowi powstrzymać Irańczyków, nim przekroczą punkt krytyczny, i tylko oni wykazują taką wolę. W tym miesiącu USA zamierzają wprowadzić do Zatoki dodatkowy lotniskowiec z grupą uderzeniową, by wzmocnić obecną tam już flotę krążowników, niszczycieli i okrętów podwodnych. Wyżsi urzędnicy zastrzegają, że wzmocnienie sił Marynarki Wojennej w rejonie nie musi oznaczać przygotowań do ataku, ale przyznają, że dzięki temu będą mieli większe możliwości uderzenia na Iran.

Być może jednak bolesne doświadczenia irackie były dla Waszyngtonu zbyt potężną traumą, by zdobył się na otwarcie kolejnego frontu na Bliskim Wschodzie. Pozostaje Izrael. A że prezydent Ahmadineżad raz po raz nawołuje do wymazania Izraela z mapy, a w zeszłym miesiącu zorganizował w Teheranie konferencję na której negowano Holokaust, Izraelczycy mają wyjątkowo silną motywację.

Niszczyć i czekać

– Zagrożone jest samo istnienie państwa izraelskiego, a w tej sprawie nie może być miejsca na żaden kompromis – powiedział mi pewien wysoko postawiony Izraelczyk. – Jesteśmy wytworem europejskiego Holokaustu i zrobimy wszystko, powiadam, wszystko, żeby nie dopuścić do następnego Holokaustu w Izraelu. Jeżeli nie zadziałają Amerykanie, to my zadziałamy. A ta chwila może być bliżej, niż ludzie mają śmiałość przypuszczać. W zeszłym miesiącu to samo podkreślił premier Izraela Ehud Olmert. Kiedy niemiecki tygodnik „Der Spiegel” pytał go, czy może wykluczyć atak wojskowy na Iran, odpowiedział krótko: „Niczego nie wykluczam”. Oczywiście Izraelczycy nie zamierzają opowiadać, jak może wyglądać ewentualna operacja wojskowa, ale panuje zgoda, że nie chodzi o jakieś ostateczne załatwienie sprawy. Jeżeli bowiem zdobycie broni nuklearnej nadal będzie dla Iranu priorytetem, w końcu ją zdobędzie i nie da się temu zapobiec. Można zniszczyć irańskie instalacje, ale kraj ten ma dość naukowców, inżynierów, umiejętności i pieniędzy, by zacząć od nowa.

Scenariusz optymalny zakłada, że irańskie prace uda się zahamować do momentu aż powstanie skuteczny parasol antyrakietowy, a może w tym czasie w Teheranie pojawi się nowa władza, mniej przywiązana do wizji islamskiego podboju. Uderzenia będą więc miały na celu zakłócenie i spowolnienie działań Iranu przez zniszczenie kluczowych ogniw w łańcuchu nuklearnym.

Bezużyteczne pociski

Mapę nuklearnych ambicji Iranu, a tym samym głównych celów przyszłego ataku, wyznaczają cztery najważniejsze ośrodki: Buszehr, gdzie właśnie powstaje elektrownia atomowa, Natanz, gdzie mieści się główny zakład wzbogacania uranu, Arak, gdzie otwarto fabrykę ciężkiej wody do produkcji plutonu bojowego, oraz Isfahan, gdzie trzy tysiące uczonych uczestniczy w rozmaitych działaniach związanych z energią jądrową, od opracowywania projektów broni atomowej po produkcję gazu UF6 (sześciofluorku uranu) wykorzystywanego przy wzbogacaniu uranu w wirówkach.

Szacuje się, że Iran może posiadać nawet 70 ośrodków związanych z programem nuklearnym. Zdaniem amerykańskich analityków wystarczyłoby jednak piętnaście celnych uderzeń, aby opóźnić realizację programu i na wiele lat zahamować budowę irańskiej bomby. Problem w tym, że amerykańskie pociski konwencjonalne są w stanie przebić 9 metrów utwardzonego gruntu lub 30 metrów ziemi, tymczasem niektóre instalacje irańskie mieszczą się na głębokości 60 metrów. Co gorsza, większość irańskich urządzeń osłaniają naprzemiennie ułożone warstwy betonu i ziemi, skonstruowane tak, by amortyzować siłę uderzeniową bomb penetrujących.

Głównym elementem procesu wzbogacania uranu są wirówki. One właśnie stanowią najsłabsze ogniwo i główny cel ataku. Są to urządzenia bardzo czułe na ruchy ziemi, a w niestabilnym otoczeniu łatwo się psują i przestają działać. Zdjęcia satelitarne zakładów w Natanz wskazują, że dwie główne instalacje wirówkowe znajdują się na głębokości co najmniej 23 metrów, pod osłoną betonu zbrojonego i ziemi, poza zasięgiem rażenia amerykańskich bomb.

Neutronowa alternatywa

Działanie wirówek można jednak zakłócić, wprawiając ziemię w drżenie za pomocą uderzenia nuklearnego. Pewne źródło europejskie podaje, że do tego celu idealnie nadaje się bomba neutronowa. Ta czysta broń atomowa emituje ogromne ilości neutronów o wysokiej energii, które zdolne są przeniknąć najtwardszy pancerz czołgu, niszczą wszelką tkankę organiczną i każdy system elektroniczny, na jakie natrafią. Bomba neutronowa ma dwie zalety: zasięg jej niszczycielskiej siły ogranicza się do kilkuset metrów, a jej wybuch nie pozostawia właściwie żadnego skażenia radioaktywnego. Podobno w skład izraelskiego arsenału nuklearnego wchodzi solidny zapas bomb neutronowych. Przypuszcza się dziś powszechnie, że tajemniczy podwójny błysk nad Oceanem Indyjskim we wrześniu 1979 roku, wychwycony przez amerykańskiego satelitę, pojawił się podczas testu izraelskiej bomby neutronowej o mocy 3 kiloton.

Prócz pocisków zdolnych wprawiać ziemię w drżenie, Izrael posiada również zespół nader precyzyjnych systemów rakietowych. Chodzi o pociski, które można odpalić z ziemi, morza lub powietrza i za ich pomocą przenosić również ładunki nuklearne. Odległość między Izraelem a Iranem sprawia, że atak z powietrza jest opcją wątpliwą, ale Izrael ma też inne możliwości: może na przykład zaatakować urządzenia irańskie za pomocą jednego z trzech okrętów podwodnych klasy Delfin, które w ciągu ostatnich ośmiu lat sprowadził z Niemiec. Urzędnicy z Pentagonu, a także z Departamentu Stanu, twierdzą, że w roku 2000 izraelski okręt podwodny przeprowadził na Morzu Śródziemnym próbę rakietową z nieuzbrojonym pociskiem zdolnym do przenoszenia ładunków nuklearnych.

Retoryczne pytania

Atak wojskowy w wykonaniu USA lub Izraela będzie ostatecznością, świadectwem, że dyplomacja zawiodła, a Iran lada chwila zamierza przystąpić do produkcji materiałów bojowych. W ostatnich latach, a zwłaszcza w ciągu ostatnich 12 miesięcy, najprzeróżniejsze organizacje występujące w imieniu różnych stron (G8 w imieniu krajów wysoko uprzemysłowionych, EU3 w imieniu Europy, P6 w imieniu ONZ) wydawały gniewne pomruki, podczas gdy zręczni negocjatorzy irańscy krążyli wśród niewiernych, zajmując się odwracaniem uwagi. Hossein Mousavian, delegat Iranu w Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, powiedział to otwarcie w wywiadzie dla irańskiej telewizji: Iran przedłużał negocjacje z Wielką Brytanią, Francją i Niemcami, aby w ten sposób „kupić czas” na dokończenie swych instalacji nuklearnych.

W ubiegłym miesiącu Rada Bezpieczeństwa ONZ przyjęła wreszcie rezolucję nakładającą na Iran łagodne sankcje. Niekorzystny dla Ahmadineżada wynik tego głosowania najwyraźniej nie miał wpływu na wojowniczą treść ani na pełen pogróżek styl jego reakcji po kilku dniach. Iran – ogłosił Ahmadineżad – właśnie przystąpił do instalowania 3 tysięcy nowych wirówek. Czy to się podoba Zachodowi, czy nie – ciągnął – Iran jest mocarstwem atomowym, toteż inne kraje „we własnym interesie powinny ułożyć sobie z nim poprawne stosunki”. Dodał jeszcze, że sankcje Irańczykom nie zaszkodzą. Ostrzegł jednak, że „sygnatariusze tej rezolucji (…) wkrótce pożałują swojego nieprzemyślanego i nieskutecznego kroku”.

Oficjalne deklaracje Teheranu, że program nuklearny ma charakter wyłącznie cywilny, spotykają się dziś z powszechną niewiarą ekspertów wojskowych, którzy pytają: po co krajowi posiadającemu jedne z największych w świecie złoża ropy i gazu coraz bardziej rozbudowany i kosztowny program nuklearny? Skoro zamiary Iranu są pokojowe, dlaczego przez tyle lat zwodzono oenzetowskich inspektorów? Dlaczego irańskie instalacje budowane są pod ziemią? I wreszcie: po co Iranowi tysiące wirówek umożliwiających wzbogacanie uranu i produkcję materiału o charakterze wojskowym? Warto też dodać, że irańskiemu programowi nuklearnemu towarzyszy energiczna rozbudowa systemów rakietowych. Już teraz w zasięgu irańskich pocisków znajduje się cały Bliski Wschód i część południowej Europy. Pod koniec dekady ich zasięg obejmie całą Europę, po czym zacznie zmierzać w stronę wymiaru globalnego.

Świadectwo irańskiej wiarygodności

Izrael nie jest jedynym państwem w regionie, dla którego perspektywa Iranu jako mocarstwa nuklearnego jest powodem do niepokoju. W Iraku konflikty wewnętrzne coraz bardziej się komplikują, zasadniczo jednak linie podziału w świecie muzułmańskim nabierają ostrości. Arabia Saudyjska, główny ośrodek świata sunnickiego, ze szczególnym niepokojem przygląda się, jak szyicki Iran zdobywa pozycję hegemona w regionie Zatoki Perskiej, a być może nie tylko tam.

Władze Arabii Saudyjskiej, a także mniejszych krajów regionu, Kuwejtu, Bahrajnu, Omanu, Kataru i Zjednoczonych Emiratów Arabskich, podobno rozważają już możliwość uruchomienia wspólnego programu nuklearnego. Egipt ze swoimi nuklearnymi ambicjami będzie im deptał po piętach, podobnie Turcja.

Skuteczne uderzenie w irańskie instalacje nuklearne, czy to w wykonaniu amerykańskim, czy izraelskim, wzbudzi dyskretną uciechę na całym Bliskim Wschodzie, ale reakcje publiczne i dyplomatyczne wyrazy oburzenia będą zapewne równie płomienne, jak te z 1981 roku, kiedy Izraelczycy dokonali wyprzedzającego uderzenia, niszcząc reaktor atomowy Saddama Husajna w Osiraku.

Niedawne sukcesy w Iraku i Libanie są dla Teheranu dodatkową zachętą. Nie oddając ani jednego strzału, bez ofiar w ludziach, Iran stał się w Iraku głównym rozgrywającym, bardziej wpływowym nawet od Amerykanów. – Irańczycy mają przed sobą wiele lat, kiedy będą mogli traktować Irak jak własne podwórko – powiedział mi w zeszłym tygodniu pewien wysoko postawiony polityk iracki. Równocześnie zaś, dzięki swoim syryjskim sojusznikom i podopiecznym z Hezbollahu, Iran zdobył dominującą pozycję w Libanie.

Poza tym Irańczycy starają się umacniać w świecie islamskim swoje wpływy ekonomiczne. Tu jednak pojawiają się dwie nieusuwalne przeszkody: po pierwsze Iran jest krajem szyickim w regionie zdominowanym przez sunnitów, po drugie jest krajem niearabskim w regionie zdominowanym przez Arabów. Aby przezwyciężyć te utrudnienia, musi dowieść swojej wiarygodności, a może to zrobić nie tylko przez zdobycie najpotężniejszej broni, ale również stając się pierwszym wśród równych pod względem wrogości do państwa żydowskiego, będącej symbolem jedności całego świata islamu.

Sen o potędze

Brak jeszcze odpowiedzi na dwa pytania: dlaczego Irańczycy tak bardzo obnoszą się ze swoim programem nuklearnym? I dlaczego w tak ewidentny sposób drażnią Izraelczyków, nieustannie grożąc im zagładą? Można wręcz odnieść wrażenie, że starają się sprowokować ich do ataku. Ale być może naprawdę to właśnie starają się osiągnąć.

Pojawiały się już doniesienia, że poza własnym programem nuklearnym Iran posiada kilka bomb atomowych, które sprzedali im spod lady zdeprawowani naukowcy z byłego ZSRR. Istnieje więc możliwość, że Irańczycy mają już w swoim arsenale kilka sztuk taktycznej broni jądrowej.

Być może Teheran przypuszcza, że jeżeli Izrael da się sprowokować do wyprzedzającego uderzenia, społeczność międzynarodowa uzna atomowy kontratak ze strony Iranu za odpowiedź adekwatną, a nawet uzasadnioną. Teherańscy mułłowie, których polityczny kompas stale prowadzi ku groźnemu skrzyżowaniu ideologicznej gorączki z religijnym fanatyzmem, mogą liczyć, że dzięki takiemu rozwojowi wydarzeń zdobędą poważanie w świecie islamskim, a zarazem ziści się ich kosmiczny sen o potędze.
Douglas Davis, przełożył Łukasz Sommer
Artykuł ukazał się na łamach tygodnika ‚‚Spectator” 6.01.2007

Nowa szkoła dziennikarstwa wg. Bogusława Woloszańskiego

Kiedy Bogusław Wołoszański tłumaczy dziś, że współpracował z wywiadem PRL, bo interesowało go to od strony dziennikarskiej, brzmi to dość zabawnie. Równie dobrze dziennikarz zajmujący się przestępstwami kryminalnymi mógłby wejść na jakiś czas do grupy przestępczej, włamać się do kilku sklepów i oświadczyć, że to bardzo pouczające zajęcie dla jego pracy dziennikarskiej.

Wołoszański uważa, że jako agent pracował z pożytkiem dla kraju. Zapewne w jego mniemaniu równie pożyteczne było wyznaczanie nowych standardów pracy dziennikarskiej – łączenia roboty korespondenta i szpiega. Jak rozumiem, chcąc być konsekwentnym, dziś powinien zalecać dziennikarzom śledczym równoczesną pracę dla Agencji Bezpieczenstwa Wewnętrznego.

W nowym kodeksie etyki zawodowej pewnie umieściłby zapis o celowości współpracy dziennikarzy ze specsłużbami – zwłaszcza ze specsłużbami totalitarnego państwa. Władze Białorusi na pewno chętnie zaprosiłyby go do opracowania zasad etycznych dla tamtejszych dziennikarzy.

Być może Wołoszański nie popełnił czynów haniebnych. Ale przekroczył dopuszczalne granice. To jest chyba oczywiste. I myślę, że sam zdawał i zdaje sobie z tego sprawę. Bo przecież, jeśli jego współpraca ze służbami PRL była w porządku, to w czym problem? Dlaczego tak się denerwuje? Skoro nie było w tym nic złego, to skąd ta złość znanego dziennikarza? Jeśli jest dziś z tego powodu dumny, to powinien być chyba zadowolony z publikacji „Rzeczpospolitej”?

A jeśli jego działalność była tak pożyteczna dla kraju i pouczająca dla niego jako dziennikarza, dlaczego nie pochwalił się tym w jednym z licznych programów czy książek? I o co chce wytoczyć „Rzeczpospolitej” proces? Dlaczego twierdzi, że nasza publikacja jest haniebna i przypomina mu ubeckie metody z 1968 roku?

Coś tu chyba jednak jest nie tak. Dziennikarz pewnych rzeczy robić nie powinien. Zwłaszcza dziennikarz pracujący w totalitarnym, zależnym od innego mocarstwa kraju.

Igor Janke