Rosja – prognozy na 2007

Źródło: Rzeczpospolita: Kto z Kremlem wojuje
30.12.2006

Gospodarka będzie się rozwijać, a Europa zrozumie, że Rosji nie da się zastraszyć. Wrogowie Kremla nie pokrzyżują szyków Rosji

Być może jestem niepoprawnym optymistą, ale uważam, że w 2007 roku polepszy się współpraca gospodarcza między Rosją a Unią Europejską. Przemawiają za tym przede wszystkim obiektywne przesłanki: Europa jest i pozostanie dla Rosji najważniejszym partnerem handlowym, a Rosja dla Europy – atrakcyjnym rynkiem oraz ważniejszym dostawcą surowców i energii. Dotychczasowe trudności we współpracy między Rosją a UE wynikały z tego, że kraje europejskie próbowały narzucać nam swoje zasady gry. Pouczanie sąsiadów o tym, jak powinni organizować życie we własnym domu, nie służy jednak budowaniu partnerskich stosunków. Wydaje się, że ostatnio w Europie rośnie świadomość tej błędnej polityki.

Jeśli chodzi o Rosję – największym naszym problemem w stosunkach z Unią Europejską jest to, że jest ona partnerem trudnym do negocjacji. Z jednej strony – dogadywanie się z poszczególnymi państwami za plecami Brukseli bywa często nieskuteczne, gdyż głos decydujący w wielu sprawach należy do Komisji Europejskiej. Z drugiej zaś strony, ograniczanie aktywności tylko do kontaktów z Brukselą byłoby nierozsądne. UE nie stanowi przecież monolitu i są w niej mniej oraz bardziej znaczący gracze. Zrozumienie mechanizmu podejmowania decyzji w UE jest głównym zadaniem dla naszej dyplomacji na najbliższe lata.

W tym sensie doskonałą lekcją dla obu stron było nałożenie przez Polskę weta w sprawie negocjacji nowego porozumienia o współpracy między UE i Rosją. Moim zdaniem polskie weto wkrótce zostanie wycofane. Zarówno Europa, jak i Polska zdają sobie sprawę z tego, że Rosja nie podpisze Karty energetycznej w jej obecnym kształcie. Mówienie zaś o tym, że brak nowego porozumienia stanie się straszliwym ciosem dla Rosji, jest przesadą. Wniosek, który powinny wyciągnąć z tej lekcji Bruksela i Polska, jest dla mnie oczywisty: próby wymuszania na Rosji ustępstw, które są sprzeczne z jej zasadniczymi interesami, nie odnosi żadnego skutku. Uświadomienie tego faktu będzie sprzyjało większej racjonalizacji naszych stosunków.

Ropa to nie wszystko

Przy okazji rozwiejmy pewien mit. Mówi się, że wzrost gospodarczy Rosji spowodowany jest przede wszystkim wysokimi cenami ropy. To nie do końca prawda. Tendencja wzrostowa cechuje w ostatnich latach gospodarki większości krajów WNP – również tych, które są importerami ropy. Wbrew obiegowej opinii, także w Rosji, wcale nie ten sektor jest lokomotywą wzrostu gospodarczego. W segmencie wydobycia ropy tempo wzrostu utrzymuje się na poziomie zaledwie 2 procent, czyli znacznie ustępuje ogólnemu wskaźnikowi. Oznacza to, że inne dziedziny rozwijają się o wiele szybciej. Wysokie wskaźniki notowane są w usługach, produkcji rolnej, handlu detalicznym, w budowie maszyn, przemyśle lekkim, komunikacji oraz innych dziedzinach. Główną przyczyną rozwoju gospodarczego na postradzieckim obszarze są inwestycje. W Rosji ich odsetek nie jest na razie szczególnie wysoki w stosunku do dochodu narodowego, za to tendencja zwiększania rozmiarów inwestycji jest stabilna i dynamiczna.

W roku 2007 w gospodarce rosyjskiej utrzyma się tendencja wzrostowa na poziomie 5 – 7 procent. Sytuacja finansowa oraz kurs rubla pozostaną stabilne, a budżet państwowy zostanie przyjęty bez problemów. Oczywiście ceny ropy pomogą nam umocnić gospodarkę. Nie ma zresztą żadnych powodów do obaw przed ich gwałtownym spadkiem w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Cena baryłki przewyższająca 40 dolarów nie niesie dla Rosji żadnego zagrożenia. Obniżenie notowań do 30 dolarów wymagałoby z kolei podjęcia bolesnych kroków, ale nie doprowadziłoby do katastrofy.

To, że wzrost gospodarki rosyjskiej nie jest bezpośrednio związany z nadwyżką petrodolarów, nie oznacza, że problem zależności od handlu ropą i gazem Rosja ma już za sobą. Największym wyzwaniem dla rządu rosyjskiego w następnym roku pozostanie walka z pokusą wykorzystania pieniędzy z handlu ropą do rozbudowy systemu świadczeń socjalnych oraz do innych celów, które doprowadziłyby do zwiększenia konsumpcji w społeczeństwie rosyjskim. Co może wyniknąć z takich populistycznych decyzji, pokazują kryzysy z lat 80. i 90. ubiegłego stulecia. Na szczęście dotychczas rząd oraz bank centralny wykazywały rozwagę i nie uległy populistycznym hasłom wielu polityków rosyjskich – przy wysokich cenach ropy zachowywały rozsądek i odpowiedzialność. Nadwyżkę pieniędzy wykorzystano na przykład na spłatę znacznej części zagranicznego długu państwowego. Dzięki temu pozbyliśmy się problemu tak zwanego krótkiego długu i znacznie zwiększyliśmy swobodę manewru. Znacznie wzrosły także państwowe rezerwy złota i dewiz. Utworzony został fundusz stabilizacyjny, który ma zmniejszyć negatywne skutki dla gospodarki w przypadku ewentualnego pogorszenia koniunktury na rynku ropy. I nic nie przemawia za tym, żeby w nadchodzącym roku rosyjskie instytucje finansowo-gospodarcze porzuciły tę odpowiedzialną politykę i dały się ponieść populizmowi.

Rozsądek zwycięży

Nadchodzący rok stanie się rokiem zwiększenia znaczenia Rosji na arenie międzynarodowej. Nie oznacza to oczywiście, że nasze możliwości staną się porównywalne lub chociażby zbliżone do tych, jakimi dysponują USA. Waszyngtońska administracja będzie jednak zainteresowana naszym poparciem w rozwiązywaniu wielu problemów.

Jednym z nich pozostanie wciąż nieprzezwyciężony chaos w Iraku. Geograficznie ten kraj leży o wiele bliżej Rosji niż Stanów Zjednoczonych i z tego powodu stabilizacja w tym rejonie leży w naszym interesie. Oczywiście – nie ma mowy o tym, żeby Rosja wsparła międzynarodową koalicję kontyngentem wojskowym. Co do innych form współpracy – administracja Białego Domu będzie mogła liczyć na Kreml.

Podobnie jak dla Amerykanów, także dla Rosji jednym z kluczowych problemów pozostanie kwestia nierozprzestrzeniania broni jądrowej. Uchwalenie w ostatnich dniach przez Radę Bezpieczeństwa ONZ rezolucji w sprawie irańskiego programu nuklearnego jest najlepszym przykładem zbieżności tych interesów.

Polityka zagraniczna nie była w ostatnich latach najmocniejszą stroną Rosji. Jednym z przykładów tego, jak nie należy postępować, stał się kryzys w stosunkach z Gruzją. Do plusów tej historii należy jednak zaliczyć to, że udało się nam zapobiec rozpoczęciu zbrojnej konfrontacji między Tbilisi a separatystyczną Abchazją i Osetią Południową. Niebezpieczeństwo podobnego rozwoju wydarzeń pozostanie niestety aktualne także w roku 2007. Mam nadzieję jednak, że Rosja zrobi wszystko, aby nie dopuścić do realizacji najgorszego scenariusza. To prawda, że są w naszym kraju siły, które domagają się uznania niepodległości separatystycznych republik. Taki krok miałby jednak fatalne następstwa. Wydaje mi się, że rozsądek weźmie górę.

Bardzo trudno snuć prognozy na temat stosunków Rosji z Białorusią. Przyczyna to nieprzewidywalność prezydenta Aleksandra Łukaszenki.

W moim odczuciu nie należy jednak oczekiwać zasadniczych zmian w tym zakresie. Nie wykluczałbym wszakże powstania problemów z tranzytem gazu przez Białoruś w ciągu najbliższych miesięcy. Gdyby do tego doszło, negatywne skutki odczułaby także, niestety, Polska. Zapewniam jednak, że byłoby to wbrew intencjom Rosji, która nie jest zainteresowana stwarzaniem problemów uczciwemu wobec niej partnerowi. Warto, by Polacy zrozumieli, iż projekt budowy gazociągu północnego jest korzystny także dla nich, gdyż stanowi gwarancję niezależności od kaprysów nieprzewidywalnego białoruskiego przywódcy. Gdybym był obywatelem Polski i znałbym Łukaszenkę tak dobrze, jak go znam – obiema rękami głosowałbym za powstaniem alternatywnego szlaku dostaw gazu do Europy. Przecież to tylko zwiększa bezpieczeństwo energetyczne całej UE, a więc także Polski.

Będą prowokacje

Rok 2007 zadecyduje o wyborze taktyki przekazania władzy następcy obecnego prezydenta. Myślę jednak, że będzie ona pokojowa. Mówienie o tym, że seria głośnych zbrodni (m.in. zabójstwa Anny Politkowskiej, Aleksandra Litwinienki oraz zamach na mnie) to element realizowanego przezKreml planu wyborczego, uważam za nieporozumienie. Zdrowy rozsądek podpowiada bowiem, że każdy wstrząs w okresie przedwyborczym niesie zagrożenie przede wszystkim dla obecnej władzy i może być korzystny wyłącznie dla jej wrogów.

Żeby to zrozumieć, wystarczy przypomnieć o tym, iż Putin bardzo konkretnie i jednoznacznie sformułował priorytety współczesnej Rosji. Najważniejszym z nich jest pogłębianie dialogu energetycznego i gospodarczego z Europą. W ramach tego priorytetu Rosja przekonuje kraje europejskie do zawierania długoterminowych kontraktów na dostawy gazu, zabiega o możliwość udziału rosyjskich spółek w jego sprzedaży detalicznej na europejskich rynkach, prowadzi trudne negocjacje o warunkach dopuszczenia zachodnich koncernów do złóż. Proszę się zastanowić: pomagają czy też szkodzą tym poczynaniom głośne zabójstwa i zamachy ostatnich miesięcy? Dla mnie odpowiedź jest oczywista: szkodzą, i to mocno!

Moim zdaniem możemy tu mieć do czynienia z przemyślanym planem dyskredytacji rosyjskiego kierownictwa i plan ten jest realizowany perfekcyjnie. Wystarczyło zostawić ślady polonu w samolotach, londyńskich pubach, na stadionach, w brytyjskiej ambasadzie i w Niemczech, by świat stanął na głowie i zaczął podejrzliwie patrzeć w kierunku Rosji. Nie trzeba było wysadzać elektrowni ani kierować samolotów w wieżowce.

Nie wykluczam, że w następnym roku staniemy się świadkami kolejnych prowokacji. Mam jednak nadzieję, że ludzie odpowiedzialni za kształtowanie wizerunku Rosji, bogatsi o doświadczenia ostatnich miesięcy, potrafią skuteczniej minimalizować negatywne skutki tych prowokacji. Umiejętnością najbardziej od nich oczekiwaną będzie lepsze zrozumienie zasad kształtowania zachodniej opinii publicznej. Przykładem rozumienia danego problemu stał się pobyt grupy śledczych Scotland Yardu w Moskwie. Kiedy w prywatnej rozmowie detektywi poskarżyli się, że nie zadali wszystkich pytań Kowtunowi i Ługowojowi – prokuratura rosyjska niezwłocznie zorganizowała im powtórne przesłuchanie świadków. To jest przykład właściwego zachowania się w takiej sytuacji.

Piłka po polskiej stronie

Zdaję sobie sprawę z tego, iż Polakom z trudem przychodzi uświadomienie sobie tego, że Rosja nie knuje przeciwko nim żadnych planów. W naszych stosunkach nad pragmatyzmem wciąż niestety przeważają kompleksy historyczne. Niebezpieczny jest jednak nie sam fakt ich istnienia, lecz to, że politycy uważają za dopuszczalne wykorzystywanie tych kompleksów do mobilizacji poparcia społecznego dla swoich decyzji.

Myślę, że pod tym względem nie są bez grzechu zarówno rosyjscy, jak i polscy rządzący. Oceniając sytuację z pragmatycznego punktu widzenia, nie dostrzegam jednak żadnych przeszkód, aby w roku 2007 odbyło się wreszcie spotkanie prezydentów Polski i Rosji. Jestem przekonany, że Władimir Putin jest zainteresowany rozwojem przyjaznych stosunków z Warszawą. Piłka w tej chwili znajduje się jednak po polskiej stronie.
Jegor Gajdar, Notował Andrzej Pisalnik

Jegor Gajdar, dyrektor Instytutu Gospodarki Okresu Transformacji, premier Rosji w latach 1991 – 1992

Reklamy

Jerzy Urban w Stanie Wojennym

Źródło: Rzeczpospolita: Nagroda za zwalczanie „Solidarności”
03.01.2007

Niepoddanie Daniela Passenta i Krzysztofa Teodora Toeplitza upokarzającej weryfikacji dziennikarzy było udaną inwestycją w przyszłość. Obaj w okresie stanu wojennego wsparli piórem władzę ludową walczącą z „kontrrewolucją” – pisze historyk IPN

Goebbels stanu wojennego” – tak Jerzego Urbana nazwał kiedyś Ryszard Bender. Rola Urbana – od sierpnia 1981 roku rzecznika prasowego rządu – nie sprowadzała się jednak jedynie do propagandowej tuby peerelowskich władz. Ten były błyskotliwy publicysta i felietonista był autorem wielu projektów strategii dla władz i to nie tylko w dziedzinie propagandy. Bez przesady można stwierdzić, że był wręcz współkreatorem polityki władz PRL w latach 1981 – 1989.

Poniżej publikujemy dwie perełki z tzw. archiwum Urbana, czyli z akt Biura Prasowego Rządu Urzędu Rady Ministrów. Doskonale ilustrują one stosunek rzecznika prasowego do dziennikarzy. Tych dyspozycyjnych wobec władz trzeba było dopieszczać (przykładowo w listopadzie 1981 roku dziennikarzowi „Trybuny Ludu” Janowi Brodzkiemu – jak Urban pisał – „człowiekowi wielkich zasług”, pomagał uzyskać asygnatę na samochód). Natomiast tych związanych z opozycją lub występujących przeciwko władzy ludowej należało albo posadzić w więzieniu, albo przynajmniej wyrzucić z pracy.

Pierwszy z cytowanych dokumentów to półprywatny list Urbana do Lesława Tokarskiego, kierownika Wydziału Prasy, Radia i Telewizji Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej z 1 stycznia 1982 roku. Dotyczy weryfikacji dziennikarzy (tak nazywano formalną ocenę dziennikarzy po wprowadzeniu stanu wojennego, której skutkiem było zwolnienie z mediów osób niechętnych władzy), a właściwie jest wnioskiem o niepoddawanie jej trzech kolegów rzecznika prasowego rządu z okresu jego pracy w tygodniku „Polityka” (Krzysztofa Teodora Toeplitza, Daniela Passenta i Andrzeja Krzysztofa Wróblewskiego). Miał to być rewanż za ich zasługi w walce przeciw „Solidarności”. Przy czym w przypadku dwóch pierwszych chodziło nie tylko o te jawne (czyli teksty sygnowane ich nazwiskiem), ale też o utajoną współpracę z władzami (opracowania dla władz, anonimowe teksty przeciwko związkowi).

Na marginesie warto zauważyć, że współpraca dziennikarzy z władzami, o czym się dzisiaj zapomina, miała niejedno oblicze. Od tej najbardziej utajonej, czyli agenturalnej np. ze Służbą Bezpieczeństwa, przez również niejawne służenie władzy swym piórem, aż po teksty pisane podwłasnym nazwiskiem i piętnujące aktualnego wroga rządzących Polską Ludową.

Nieco odmienny od spraw Passenta i Toeplitza jest przypadek Wróblewskiego. Urban zastosował tutaj zasadę „wróg mojego wroga, jest moim przyjacielem”. Nie przeszkadzało mu to, iż Wróblewski opowiedział się, jako jedyny z tej trójki, przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego. Wystarczyło, że między sierpniem 1980 roku a grudniem 1981 roku, jak pisał rzecznik prasowy rządu, „raczej grał po naszej stronie”, a więc krytykował wiele działań NSZZ „Solidarność”.

Oczywiście niepoddawanie części dziennikarzy upokarzającej procedurze weryfikacji miało być również inwestycją w przyszłość. W przypadku Toeplitza i Passenta z całą pewnością udaną. Obaj w okresie stanu wojennego wsparli piórem władzę ludową walczącą z „kontrrewolucją”. Przykładowo Passent w 1982 roku na łamach „Polityki” o weryfikacji swych kolegów po piórze pisał: „Zgadzam się z Urbanem, że wiarygodność pewnych ludzi, a także prasy po 13 grudnia wymagała, aby część aktywu odeszła, aby ludzie najbardziej krótkowzroczni i zacietrzewieni, którzy utracili poczucie rzeczywistości i stracili tę niezbędną dla dziennikarza kwalifikację usunęli się, niekoniecznie na zawsze, ale przynajmniej na czas otrzeźwienia i kaca. Słowem problem polityczno-kadrowy w dziennikarstwie istniał. Ani Urban, ani weryfikanci go nie wymyślili”.

Ciekawe, że jeśli wierzyć zapiskom ówczesnego wicepremiera Mieczysława Rakowskiego, w poufnym liście skierowanym do niego Passent krytykował przebieg weryfikacji. Stwierdzał w nim bowiem: „trwa czystka bez precedensu w okresie 25 lat mojej pracy zawodowej”. A jednocześnie ubolewał w nim, iż jej ofiarami padają nie tylko działacze opozycyjni, ale też „ludzie słabsi, zagubieni lub po prostu z charakterem – wszyscy oni mogliby być pomocni w procesie wychodzenia z kryzysu, do jakiego doprowadzono nasz kraj”.

Z całą pewnością zawiodły natomiast nadzieje pokładane w osobie Wróblewskiego. Ten bowiem, jak pisał Urban na łamach swego „Alfabetu…”, na zebraniu w sprawie reaktywowania „Polityki” po wprowadzeniu stanu wojennego wystąpił niespodziewanie jako „lider grupy opozycyjnej”, a nawet „dążył do zniszczenia pisma”. Gdy mu się to nie udało i zespół redakcyjny podjął decyzję o dalszym wydawaniu „Polityki”, odszedł (wraz z kilkoma innymi osobami) z redakcji i stał się „wyrazistym stronnikiem opozycji”.

Znacznie krótszy, ale równie ciekawy, jest drugi dokument z połowy grudnia 1984 roku. Urban „na prośbę” Rakowskiego zwraca się w nim do ministra spraw wewnętrznych Czesława Kiszczaka z propozycją wydania jego podwładnym polecenia zbadania publikacji związanego z opozycją korespondenta socjalistycznego dziennika ” Le Matin de Paris” Krzysztofa Wolickiego pod kątem możliwości postawienia go przed sądem „za kłamstwa ewidentne i możliwe do udowodnienia”. Notabene wicepremier i rzecznik prasowy rządu proponowali taki sposób postępowania wobec niewygodnych dziennikarzy stosować „możliwie szeroko”. No cóż, widocznie uznali, iż lepiej stosować represje, niż prostować nieprawdziwe informacje. Autor jest historykiem, pracownikiem Biura Edukacji Publicznej IPN
Grzegorz Majchrzak

Z tzw. archiwum Urbana
Trzech kolegów rzecznika

Nr 1
Warszawa, 1 I 19[82]
Tow[arzysz]
L[esław] Tokarski
Pozwalam sobie na prywatny list dotyczący trzech moich kolegów. Sądzę jednak, że wynikają z niego pewne ogólniejsze problemy dotyczące weryfikacji dziennikarzy.

I) K[rzysztof] T[eodor] Teplitz. Był jednym z policzalnych na palcach jednej ręki wybitnych dziennikarzy bezpartyjnych, który z umiarem obiektywizując jednak walczył z „S[olidarnością]” i amokiem inteligencji. Zrezygnował z przyczyn politycznych z funkcji sekretarza generalnego St[owarzyszenia] Filmowców [Polskich], u [Andrzeja] Wajdy. Zespół „Kultury” usiłował go usunąć z redakcji i zlikwidować jego felieton. Wybronił się przemówieniem do zespołu. Od lutego [19]81 był doradcą [Mieczysława] Rakowskiego, pisał cenne memoriały dla kierownictwa, współpracował z moim biurem, robiąc teksty anonimowe ostro już walczące z „S[olidarnością]”. Potrafił się narazić otoczeniu. Oczywiście byli ludzie, którzy pisali bardziej jednoznacznie, ale oni nie są Toeplitzami. Jego wybór był tym cenniejszy, bo wolny, niezdeterminowany żadnymi związkami, przynależnościami, nawykami itd.

Dobrze, tylko o co chodzi, skoro przecież i Ty zapewne uznasz, że Toeplitz jest typowym dziennikarzem do [pozytywnego] zweryfikowania.

Chodzi o to, że Toeplitz mi powiedział, że nie podda się żadnej weryfikacji, bo nie uważa, że zasługuje na potraktowanie w tym trybie i ma w dupie, bo może robić zupełnie inne rzeczy, niż pracować w propagandzie. Kwestia jest czysto ambicyjna i prestiżowa, on uważa, że weryfikował się tym, co pisał i [swą] postawą. Uważam, że ma rację. Sam też reagowałbym urazą, gdyby mnie teraz weryfikowano, i Ty też. Jednym słowem uważam, że Toeplitz jest ok[ay], ma bardzo cenne zdolności, nie będziemy mieli wielu takich intelektualistów gotowych do tak politycznej współpracy i że należy go popieścić i przyciągnąć, a nie weryfikować. I np. uważam, że tow. [Stefan] Olszowski powinien z nim pogawędzić, aby nie było tak, że gesty przyciągające to domena pewnych tylko osób z kierownictwa, a inne osoby są od gromienia wyłącznie. To oczywiście tylko taka sugestia.

II) [Daniel] Passent. Jego postawa była dosyć podobna jak Toeplitza. Passent nie mówi, że nie da się zweryfikować, ale także bym mu tego oszczędził i szukał gestów pozytywnych, a nie procedur weryfikacyjnych. (Np. poufnie mówiąc, tekst mojego biura o dostępie „S[olidarności]” do środków masowego przekazu on robił i różne inne). Zapewne są i inni tacy, w stosunku do których słowo „weryfikacja” nie jest zręczne.

III) Andrzej Krzysztof Wróblewski. Zupełnie inny problem. A[ndrzej] K[rzysztof] W[róblewski] zaraz po sierpniu [1980 roku] robił z Passentem wywiady z [Lechem] Wałęsą i innymi, porządnie ich dociskające. Wewnątrz „Polityki” na tej kanwie powstał podział i skandal. Np. przyjechał Wajda i wygłosił do zespołu płomienne przemówienie przeciw A.K. W[róblewskiemu] i P[assentowi], że szargają świętości. Potem A.K. W[róblewski] był jednym z niewielu, którzy obiektywizując tak lub owak, jednak konsekwentnie dosuwał „S[olidarności]” i nie dał się zwariować. Był jednym z niewielu tych, którzy byli gotowi pisać teksty przeciw „S[olidarności]”. Miał na tym tle różne nieporozumienia z żoną. Za szczucie Wałęsy przeciw Wróblewskiemu Rakowski wywalił z „Polityki” [Wojciecha] Giełżyńskiego i [Leszka] Stefańskiego. (Donieśli oni Wałęsie co A.K. W[róblewski] mówił o nim i „S[olidarności]” na zebraniu zespołu, a mówił dosadnie). W maju [19]81 ustąpiłem z kierownika działu krajowego w „Polityce”.

Mimo że wiązało się to z silnym antagonizmem politycznym między częścią działu a mną, kilkunastoosobowy zespół działu wraz z ekstremą typu [Ernest] Skalski, [Wanda] Falkowska podpisał petycję, żebym został, bo uważali Wróblewskiego, który przejmował schedę za jeszcze gorszego (no, nie tylko sprawy polityczne grały tam rolę). Detale te służą zobrazowaniu postawy Wróblewskiego, który pisał rzeczy rozmaite, ale generalnie nie ustawiał się okrakiem na barykadzie, lecz raczej grał po naszej stronie. W tej chwili jest on osobą, która oświadcza, że odchodzi od dziennikarstwa politycznego, gdyż nie akceptuje 13 grudnia. Sprawę A. K. W[róblewskiego] załatwi zapewne jakoś Rakowski, jak wszystkie sprawy „Polityki”, ale chodzi mi tu o problem znów szerszy: tego rodzaju ludzi szkoda się wyzbywać, bo oni odejdą, a skurwiele złożą galante deklaracje lojalności. Jest tu też ten problem, że w tej chwili postawy wielu ludzi kształtują się pod wpływem pewnego szoku, który przeminie wraz z normalizacją sytuacji i ludzie będą formować swą postawę w zależności od narastającej sytuacji politycznej w Polsce, a 13 grudnia stanie się jednak tylko epizodem w narastającym cyklu zdarzeń.

Wreszcie sprawa metodologiczna, którą chcę dziś podnieść na sztabie. Zdecydowaliście, że naczelny redaktor określa, z kim chce pracować, i tylko ci podlegają procesowi weryfikacji, inni już są wyeliminowani. Zasada niby słuszna, bo naczelny winien określać, z kim chce pracować. Tyle, że on pozbędzie się przecież tych, z którymi nie chce, stosując różne kryteria, niekoniecznie polityczne i niekoniecznie sprawiedliwe. Wyleje tych, którzy mu się nie nadają, albo z którymi jest w konflikcie. W porządku, ale ta eliminacja nie powinna przecież automatycznie rzutować na eliminację z zawodu, bo ktoś niechciany przez tego redaktora czy nie nadający się do tej redakcji może być znakomity gdzie indziej. Zmierzam do tego, że należałoby zastosować polityczną weryfikację do gremiów wyeliminowanych przez naczelnych redaktorów. Inaczej naczelny w obecnym systemie będzie miał jednoosobowe prawo eliminacji nie z redakcji, lecz z zawodu.

I to znów wiąże się ze sprawą szerszą ewentualnej weryfikacji decyzji eliminujących. Będą przecież odwołania, pojawią się protektorzy, pojawi się problem znajdowania pracy dla tych, którzy odpadli. Czy to wszystko jest przewidziane i ujęte w jakieś instytucjonalne ramy?
Ukłony
[Jerzy] Urban
Metoda na Wolickiego

Nr 2
1984-12-14
JU/2740/84
Poufne
Towarzysz gen. broni Czesław Kiszczak
Minister Spraw Wewnętrznych
Na prośbę tow[arzysza] M[Mieczysława] Rakowskiego zwracam się z następującą sugestią: Krzysztof Wolicki regularnie publikuje w paryskim dzienniku „LeMatin” artykuły szkalujące zjadliwie polskie władze, pełne kłamstw i insynuacji. Jest to obywatel polski, zamieszkały w Warszawie. Ostatnio wytykałem mu publicznie ogłoszenie twierdzenia, że winę G[rzegorza] Piotrowskiego i innych [zabójców ks. Jerzego Popiełuszki – przyp. G.M.] pragnie się zatuszować, gdyż nie zostali oni oskarżeni o zabójstwo, lecz przestępstwo karane maksymalnie 15 latami więzienia.

Uważamy, że trafne byłoby pociągnięcie go do odpowiedzialności sądowej za szkalowanie, ale tak, aby to było wyraziście nie za poglądy (aby nie czynić zeń męczennika) tylko za kłamstwa ewidentne i możliwe do udowodnienia. Sądzimy też, że tą właśnie metodą [tak w oryginale – G.M.] warto stosować możliwie szeroko. Jeżeli towarzysz minister podzieli tę sugestię, prosimy o wydanie dyspozycji zbadania publikacji K[rzysztofa] Wolickiego z punktu widzenia możliwości prawnych pociągnięcia go do odpowiedzialności sądowej.

Jerzy Urban

Globalizacja – prognoza ekonomiczna na rok 2007

Źródło: Rzeczpospolita: Balon rośnie, że aż strach, przebrał miarę…
30.12.2006

Rok 2007 może przynieść wstrząs. Globalizacja prowadzi bowiem do zmian, które zagrażają zyskom firm i warunkom życia ich pracowników. Nic dziwnego, że powraca protekcjonizm

Jeśli ktoś lubi dobre wiadomości, to John Lipsky, główny ekonomista Międzynarodowego Funduszu Walutowego, ma dla nas takie. Przewiduje on mianowicie korzystny klimat dla gospodarki światowej i kontynuację najdłuższego dotychczas, trwającego nieprzerwanie od lat 70., okresu ekspansji gospodarki światowej ze średniorocznym wzrostem ok. 5 proc. w ciągu ostatnich czterech lat. Mimo zwyżki cen ropy naftowej, niepowodzenia kolejnej rundy negocjacji handlowych WTO w Dausze i braku porozumienia w sprawie ograniczenia emisji dwutlenku węgla, czyli protokołu z Kioto, rozpędzone gospodarki Chin i Indii oraz pozytywne prognozy dla krajów OECD powodują, że optymizm na 2007 r. mamy zaplanowany.Ta błoga pewność każe mi przywołać na zasadzie advocatus diaboli wspomnienie wykładu, który miałem przyjemność wygłosić na zaproszenie fundacji Goldman Sachs dla 200 najbardziej obiecujących absolwentów uczelni z całego świata. Wykład pod tytułem ” Living in Times of Peace and Plenty”, czyli „Żyjąc w czasach pokoju i dobrobytu” miał miejsce w szacownym hotelu w Nowym Jorku. Przypominałem m.in. prof. Jamesa Heckmana, który otrzymał w 2000 roku Nagrodę Nobla z ekonomii za swoje prace na temat oceny polityki ekonomicznej poszczególnych krajów i który zwracał uwagę na wiele zagrożeń dla państw najwyżej rozwiniętych. Sala słuchała z uwagą, ale bez przekonania, że lata dobrobytu wzmacniane dywidendą pokojową mogą się kiedyś skończyć. Dwa tygodnie później był 11 września. Hotel legł w gruzach, podobnie jak wiele naszych pewników. Efektem ubocznym tego dramatu było zwiększenie ekspansji monetarnej i posługiwanie się stopami procentowymi w celu natychmiastowego stabilizowania rynku. Tu trzeba przyznać, że Alan Greenspan, ówczesny szef Fed, okazał się mistrzem. I gdyby nie np. William White, doradca Bank of International Settlements, można by znowu powiedzieć: spokojnie, mamy wszystko pod kontrolą. Ale White twierdzi, że polityka monetarna nastawiona na stabilizację inflacji w średnim czasie, w dłuższej perspektywie może prowadzić do destabilizacji.

Nie bójmy się bać

Trzy minione dekady dostępu do łatwego i taniego kredytu oraz wywołany tym boom gospodarczy nie tylko nakręciły inwestycje, ale także doprowadziły do tego, co wielu analityków już określa jako tzw. asset bubble, bańkę nadmuchanych aktywów. O co chodzi? O to, że w sprzyjających warunkach malejącej inflacji i większej dostępności pieniądza rośnie wartość posiadanych aktywów, czyli w efekcie wzrasta też wartość zabezpieczeń pod nowo zaciągane kredyty tak, jak w dziecinnej wyliczance: „balon rośnie, że aż strach”. Zjawisko zauważyli m.in. analitycy grupy UniCredit Italiano ( UCI), identyfikując ryzyko na rok 2006. Zwrócili mianowicie uwagę, że wysoka wartość i cena w przypadku rozmaitych aktywów sugerują, iż wartość globalnych inwestycji i globalnych oszczędności zaczynają się rozmijać. Balon – jak to w wyliczance – może „przebrać miarę, no i trach”.

Korekta może przybrać postać „spuszczenia powietrza” za pomocą inflacji lub gwałtownej przeceny wartości aktywów, czyli kryzysu. Wielki ekonomista Fryderyk Hayek uważał, że właśnie zjawisko skrajnie przewartościowanych aktywów, asset bubble, było jedną z praprzyczyn wielkiej depresji w latach 30. w USA. Wygląda na to, że wielu ekonomistów się z nim znowu zgadza. Mało który wskaźnik jest bowiem wyczekiwany z takim napięciem jak dynamika cen sprzedanych domów w USA. A ostatnie dane okazały się więcej niż niepokojące: sprzedaż nowych domów w III kwartale 2006 r. spadła o 22 proc. (w ujęciu rok do roku) i był to najgłębszy spadek od lat.

Po latach przyspieszonego wzrostu napędzanego globalizacją i rozwijania nowych relacji międzynarodowych rok 2007 może być rokiem wstrząsów i zmian. Globalizacja prowadzi bowiem do wdrażania nowych zasad i wzorców produkcji, co zagraża zyskom niektórych firm i warunkom życia ich pracowników, nawet jeśli te procesy prowadzą do wyższej produktywności. Nic dziwnego, że słyszymy opinie o zmęczeniu, żeby nie powiedzieć odwrocie od globalizacji. Obawiam się jednak, że zamiast tego będziemy mieli do czynienia z nawrotem do protekcjonizmu.

Rok 2006 gospodarka amerykańska zakończy 3,4-procentowym wzrostem. Rok następny przyniesie znaczne zwolnienie tego tempa, do 2,1 proc. Takie są przewidywania Briana Farthinga, głównego ekonomisty prestiżowego Economist Intelligence Unit ( EIU). Prawdopodobieństwo wystąpienia recesji w USA ocenia na 33 proc. Za sprawdzeniem się negatywnego scenariusza przemawiają takie czynniki, jak schłodzenie rynku nieruchomości i deficyt obrotów bieżących oraz niepowodzenia USA w polityce zagranicznej, zwłaszcza w Iraku.

Cena optymizmu

Stany Zjednoczone płacą za nadmierny optymizm. Osiągnięty dzięki ekspansywnej polityce fiskalnej i monetarnej szybki wzrost gospodarczy okazał się nie dość silny, by przywrócić równowagę budżetową. Wiara, że w warunkach globalizacji i nowej rewolucji technologicznej dodatkowa emisja pieniądza nie pociągnie za sobą presji inflacyjnej, okazała się słuszna tylko na krótką metę. Po kilku latach szybkiego wzrostu w skali globalnej bariery podażowe dały o sobie znać gwałtownym zwiększeniem już nie tylko cen aktywów finansowych, ale także cen ropy oraz innych surowców i materiałów. Rosło zużycie, ale także szukano lepszej lokaty inwestycyjnej niż słabnącydolar i nisko oprocentowane papiery wartościowe w innych walutach. Dywersyfikację ogranicza jednak wąskie pole manewru. W opinii UCI przebiega ona i będzie przebiegała bardzo wolno. Nadal dwie trzecie rezerw jest w dolarze, a tylko jedna czwarta w euro i 4 procent w jenie. Co do siły dolara analitycy nie są zgodni. EIU prognozuje dalsze pogłębianie się spadku jego wartości. Analitycy grupy UCI widzą zaś już koniec tego procesu: w drugiej połowie roku dolar ma się odbić od dna. Jednocześnie jego kurs ciągle jeszcze będzie atrakcyjny dla amerykańskich eksporterów: rosnąca sprzedaż za granicę może się przyczynić do zmniejszenia deficytu obrotów bieżących USA. Za sprawdzeniem się w 2007 r. pozytywnego scenariusza przemawia też to, że mimo wszystkich kłopotów Amerykanie ciągle chętnie wydają pieniądze. Wydatki konsumenckie stanowiące dwie trzecie amerykańskiego PKB znowu wzrosły.

A Rosja korzysta

Amerykańsko-europejskie przepychanki w polityce zagranicznej oraz gwałtowny wzrost cen surowców, w tym energii, wzmocniły międzynarodową pozycję producentów surowców strategicznych. Dotyczy to przede wszystkim Rosji, która próbuje odbudować dawną pozycję w polityce międzynarodowej i to metodami charakterystycznymi dla państwa autorytarnego – a więc działaniem z pozycji siły i próbami przedefiniowania stosunków dwustronnych nakierowanymi na pogłębienie podziałów między innymi krajami.

Wzmocniona Rosja próbuje rozgrywać ważne dla niej interesy na zasadzie bilateralnej. Tu idzie śladem USA, dobierając selektywnie partnerów zgodnie ze swoim interesem. Najbliższym nam przykładem jest embargo na import polskiego mięsa. Po drugiej stronie tego sporu w sposób oczywisty powinna stanąć Unia Europejska. Ale tak się nie dzieje, co Moskwę utwierdza w przekonaniu, że ta instytucja jest wielka, ale nie jest silna. Widać to wyraźnie na przykładzie polityki energetycznej UE, a raczej jej braku.

Rozszerzenie Unii Europejskiej – bodaj największy i najtrwalszy sukces w instytucjonalizacji tendencji globalnych – okupiono spadkiem jej spójności wewnętrznej i klęską projektu konstytucyjnego, nieskrojonego zresztą namiarę wyzwań epoki globalizacji. Unia nadal poszukuje trzeciej drogi (teraz w wersji skandynawskiej), w której substytutem liberalizacji miałby być bardziej skuteczny interwencjonizm państwa nakierowany na pobudzanie innowacyjności i rozwój kapitału ludzkiego – poprzez politykę spójności, jak obecnie nazywa się redystrybucję dochodu na rzecz słabszych ekonomicznie grup społecznych. Jak złudne i jednocześnie niebezpieczne są to nadzieje, pokazuje ostatni raport oceniający postępy w realizacji strategii lizbońskiej. Na pierwszy rzut oka widać, że pozycje uzyskane w tym rankingu przez poszczególne kraje są wyraźnie negatywnie skorelowane z ich tempem wzrostu gospodarczego. Polska zajmuje w nim ostatnie miejsce, co głównie odzwierciedla niski poziom, a nie zdolność do zwiększania PKB, ale pozwala też mieć nadzieję, że nasz wzrost gospodarczy będzie w następnych latach wyraźnie szybszy niż średnia unijna.

Rynkowa neuroza

W 2007 r. główni gracze na międzynarodowej scenie będą próbowali zahamować globalizację – i zanim zrozumieją swój błąd, zapłacą za to sporą cenę. Okres łatwego wzrostu uzyskanego dzięki wykorzystaniu nowych, uwolnionych przez globalizację, zasobów się kończy. Jednak procesu globalizacji odwrócić się nie da. Jego siłą sprawczą była globalna liberalizacja, która stwarzała korzystne warunki do zmian instytucjonalnych w krajach emerging markets (rynki wschodzące). Wiele krajów skorzystało z tej szansy i jest mało prawdopodobne, by można je było z powrotem z tego obiegu wypchnąć. Dlatego próby większego protekcjonizmu obrócą się przede wszystkim przeciwko tym, którzy je wprowadzą. Jeśli gospodarka światowa zwolni, może początkowo rynki zareagują stereotypowo, próbując wycofywać kapitał z emerging markets i Europy Środkowej do światowych centrów finansowych. Ale takie postępowanie oznaczałoby skurczenie rezerw walutowych w tych krajach, a więc wyschnięcie głównego źródła finansowania deficytu Stanów Zjednoczonych i osłabienie dolara. W takiej sytuacji, wcześniej czy później, rynek przestanie się kierować stereotypami i zacznie oceniać państwa według ich fundamentów ekonomicznych – a to oznacza powrót inwestorów do krajów emerging markets.

Trudno ocenić, jak lekkomyślne w swoich antyglobalizacyjnych posunięciach mogą być rządy najbogatszych krajów. Od tego jednak będzie zależeć skala światowego spowolnienia. Im mniej protekcjonistyczno-socjalnych posunięć i im szybsze od nich odejście, tym większa szansa, że będzie miało ono łagodny charakter. Paradoksalnie, najmniej na tych zaburzeniach stracą – a może nawet zyskają – nowi członkowie UE. Trudno bowiem będzie zwiększyć protekcjonizm wewnątrz UE, a inne posunięcia bogatych państw tylko zwiększą konkurencyjność nowych członków Wspólnoty.

Nie można też wykluczyć, że globalne spowolnienie doprowadzi do istotniejszego spadku cen ropy. To byłoby politycznie bardzo korzystne dla Zachodu i oznaczało poważne kłopoty dla Rosji. Taki optymistyczny wariant jest jednak mało prawdopodobny.

W sumie trudno się oprzeć wrażeniu, że Mr. Market jest neurotykiem. Jego nastrój faluje pomiędzy huraoptymizmem a przygniatającą depresją. Neurotyzm rynku często przywołuje w swoich wypowiedziach Warren Buffett, guru inwestorów. Trzeba przyznać, że obecnie są powody, by w 2007 roku Mr. Market czuł zaniepokojenie, chociaż, jak powiedzieliśmy, ma on tendencję do ignorowania zakumulowanego ryzyka, szczególnie w trakcie silnej fazy wzrostu. Tak właśnie było w Japonii w latach 80.

Dodatkowo stan rozchwiania wzmacnia polityka gospodarcza krajów, które od globalnego otwarcia przechodzą do zamykania się w układach bilateralnych. Przez trzy dekady politycy i biznes trudzili się nad budową otwartej, globalnej gospodarki. A kiedy to się niemal udało, przestajemy się na tym poziomie dogadywać. Pozostaje pytanie, czy w nadchodzącym roku te sprzeczności potraktujemy wystarczająco poważnie, by zacząć rozwiązywać problemy, zanim wydarzenia wymkną się nam spod kontroli.

Jan Krzysztof Bielecki