Globalizacja – prognoza ekonomiczna na rok 2007

Źródło: Rzeczpospolita: Balon rośnie, że aż strach, przebrał miarę…
30.12.2006

Rok 2007 może przynieść wstrząs. Globalizacja prowadzi bowiem do zmian, które zagrażają zyskom firm i warunkom życia ich pracowników. Nic dziwnego, że powraca protekcjonizm

Jeśli ktoś lubi dobre wiadomości, to John Lipsky, główny ekonomista Międzynarodowego Funduszu Walutowego, ma dla nas takie. Przewiduje on mianowicie korzystny klimat dla gospodarki światowej i kontynuację najdłuższego dotychczas, trwającego nieprzerwanie od lat 70., okresu ekspansji gospodarki światowej ze średniorocznym wzrostem ok. 5 proc. w ciągu ostatnich czterech lat. Mimo zwyżki cen ropy naftowej, niepowodzenia kolejnej rundy negocjacji handlowych WTO w Dausze i braku porozumienia w sprawie ograniczenia emisji dwutlenku węgla, czyli protokołu z Kioto, rozpędzone gospodarki Chin i Indii oraz pozytywne prognozy dla krajów OECD powodują, że optymizm na 2007 r. mamy zaplanowany.Ta błoga pewność każe mi przywołać na zasadzie advocatus diaboli wspomnienie wykładu, który miałem przyjemność wygłosić na zaproszenie fundacji Goldman Sachs dla 200 najbardziej obiecujących absolwentów uczelni z całego świata. Wykład pod tytułem ” Living in Times of Peace and Plenty”, czyli „Żyjąc w czasach pokoju i dobrobytu” miał miejsce w szacownym hotelu w Nowym Jorku. Przypominałem m.in. prof. Jamesa Heckmana, który otrzymał w 2000 roku Nagrodę Nobla z ekonomii za swoje prace na temat oceny polityki ekonomicznej poszczególnych krajów i który zwracał uwagę na wiele zagrożeń dla państw najwyżej rozwiniętych. Sala słuchała z uwagą, ale bez przekonania, że lata dobrobytu wzmacniane dywidendą pokojową mogą się kiedyś skończyć. Dwa tygodnie później był 11 września. Hotel legł w gruzach, podobnie jak wiele naszych pewników. Efektem ubocznym tego dramatu było zwiększenie ekspansji monetarnej i posługiwanie się stopami procentowymi w celu natychmiastowego stabilizowania rynku. Tu trzeba przyznać, że Alan Greenspan, ówczesny szef Fed, okazał się mistrzem. I gdyby nie np. William White, doradca Bank of International Settlements, można by znowu powiedzieć: spokojnie, mamy wszystko pod kontrolą. Ale White twierdzi, że polityka monetarna nastawiona na stabilizację inflacji w średnim czasie, w dłuższej perspektywie może prowadzić do destabilizacji.

Nie bójmy się bać

Trzy minione dekady dostępu do łatwego i taniego kredytu oraz wywołany tym boom gospodarczy nie tylko nakręciły inwestycje, ale także doprowadziły do tego, co wielu analityków już określa jako tzw. asset bubble, bańkę nadmuchanych aktywów. O co chodzi? O to, że w sprzyjających warunkach malejącej inflacji i większej dostępności pieniądza rośnie wartość posiadanych aktywów, czyli w efekcie wzrasta też wartość zabezpieczeń pod nowo zaciągane kredyty tak, jak w dziecinnej wyliczance: „balon rośnie, że aż strach”. Zjawisko zauważyli m.in. analitycy grupy UniCredit Italiano ( UCI), identyfikując ryzyko na rok 2006. Zwrócili mianowicie uwagę, że wysoka wartość i cena w przypadku rozmaitych aktywów sugerują, iż wartość globalnych inwestycji i globalnych oszczędności zaczynają się rozmijać. Balon – jak to w wyliczance – może „przebrać miarę, no i trach”.

Korekta może przybrać postać „spuszczenia powietrza” za pomocą inflacji lub gwałtownej przeceny wartości aktywów, czyli kryzysu. Wielki ekonomista Fryderyk Hayek uważał, że właśnie zjawisko skrajnie przewartościowanych aktywów, asset bubble, było jedną z praprzyczyn wielkiej depresji w latach 30. w USA. Wygląda na to, że wielu ekonomistów się z nim znowu zgadza. Mało który wskaźnik jest bowiem wyczekiwany z takim napięciem jak dynamika cen sprzedanych domów w USA. A ostatnie dane okazały się więcej niż niepokojące: sprzedaż nowych domów w III kwartale 2006 r. spadła o 22 proc. (w ujęciu rok do roku) i był to najgłębszy spadek od lat.

Po latach przyspieszonego wzrostu napędzanego globalizacją i rozwijania nowych relacji międzynarodowych rok 2007 może być rokiem wstrząsów i zmian. Globalizacja prowadzi bowiem do wdrażania nowych zasad i wzorców produkcji, co zagraża zyskom niektórych firm i warunkom życia ich pracowników, nawet jeśli te procesy prowadzą do wyższej produktywności. Nic dziwnego, że słyszymy opinie o zmęczeniu, żeby nie powiedzieć odwrocie od globalizacji. Obawiam się jednak, że zamiast tego będziemy mieli do czynienia z nawrotem do protekcjonizmu.

Rok 2006 gospodarka amerykańska zakończy 3,4-procentowym wzrostem. Rok następny przyniesie znaczne zwolnienie tego tempa, do 2,1 proc. Takie są przewidywania Briana Farthinga, głównego ekonomisty prestiżowego Economist Intelligence Unit ( EIU). Prawdopodobieństwo wystąpienia recesji w USA ocenia na 33 proc. Za sprawdzeniem się negatywnego scenariusza przemawiają takie czynniki, jak schłodzenie rynku nieruchomości i deficyt obrotów bieżących oraz niepowodzenia USA w polityce zagranicznej, zwłaszcza w Iraku.

Cena optymizmu

Stany Zjednoczone płacą za nadmierny optymizm. Osiągnięty dzięki ekspansywnej polityce fiskalnej i monetarnej szybki wzrost gospodarczy okazał się nie dość silny, by przywrócić równowagę budżetową. Wiara, że w warunkach globalizacji i nowej rewolucji technologicznej dodatkowa emisja pieniądza nie pociągnie za sobą presji inflacyjnej, okazała się słuszna tylko na krótką metę. Po kilku latach szybkiego wzrostu w skali globalnej bariery podażowe dały o sobie znać gwałtownym zwiększeniem już nie tylko cen aktywów finansowych, ale także cen ropy oraz innych surowców i materiałów. Rosło zużycie, ale także szukano lepszej lokaty inwestycyjnej niż słabnącydolar i nisko oprocentowane papiery wartościowe w innych walutach. Dywersyfikację ogranicza jednak wąskie pole manewru. W opinii UCI przebiega ona i będzie przebiegała bardzo wolno. Nadal dwie trzecie rezerw jest w dolarze, a tylko jedna czwarta w euro i 4 procent w jenie. Co do siły dolara analitycy nie są zgodni. EIU prognozuje dalsze pogłębianie się spadku jego wartości. Analitycy grupy UCI widzą zaś już koniec tego procesu: w drugiej połowie roku dolar ma się odbić od dna. Jednocześnie jego kurs ciągle jeszcze będzie atrakcyjny dla amerykańskich eksporterów: rosnąca sprzedaż za granicę może się przyczynić do zmniejszenia deficytu obrotów bieżących USA. Za sprawdzeniem się w 2007 r. pozytywnego scenariusza przemawia też to, że mimo wszystkich kłopotów Amerykanie ciągle chętnie wydają pieniądze. Wydatki konsumenckie stanowiące dwie trzecie amerykańskiego PKB znowu wzrosły.

A Rosja korzysta

Amerykańsko-europejskie przepychanki w polityce zagranicznej oraz gwałtowny wzrost cen surowców, w tym energii, wzmocniły międzynarodową pozycję producentów surowców strategicznych. Dotyczy to przede wszystkim Rosji, która próbuje odbudować dawną pozycję w polityce międzynarodowej i to metodami charakterystycznymi dla państwa autorytarnego – a więc działaniem z pozycji siły i próbami przedefiniowania stosunków dwustronnych nakierowanymi na pogłębienie podziałów między innymi krajami.

Wzmocniona Rosja próbuje rozgrywać ważne dla niej interesy na zasadzie bilateralnej. Tu idzie śladem USA, dobierając selektywnie partnerów zgodnie ze swoim interesem. Najbliższym nam przykładem jest embargo na import polskiego mięsa. Po drugiej stronie tego sporu w sposób oczywisty powinna stanąć Unia Europejska. Ale tak się nie dzieje, co Moskwę utwierdza w przekonaniu, że ta instytucja jest wielka, ale nie jest silna. Widać to wyraźnie na przykładzie polityki energetycznej UE, a raczej jej braku.

Rozszerzenie Unii Europejskiej – bodaj największy i najtrwalszy sukces w instytucjonalizacji tendencji globalnych – okupiono spadkiem jej spójności wewnętrznej i klęską projektu konstytucyjnego, nieskrojonego zresztą namiarę wyzwań epoki globalizacji. Unia nadal poszukuje trzeciej drogi (teraz w wersji skandynawskiej), w której substytutem liberalizacji miałby być bardziej skuteczny interwencjonizm państwa nakierowany na pobudzanie innowacyjności i rozwój kapitału ludzkiego – poprzez politykę spójności, jak obecnie nazywa się redystrybucję dochodu na rzecz słabszych ekonomicznie grup społecznych. Jak złudne i jednocześnie niebezpieczne są to nadzieje, pokazuje ostatni raport oceniający postępy w realizacji strategii lizbońskiej. Na pierwszy rzut oka widać, że pozycje uzyskane w tym rankingu przez poszczególne kraje są wyraźnie negatywnie skorelowane z ich tempem wzrostu gospodarczego. Polska zajmuje w nim ostatnie miejsce, co głównie odzwierciedla niski poziom, a nie zdolność do zwiększania PKB, ale pozwala też mieć nadzieję, że nasz wzrost gospodarczy będzie w następnych latach wyraźnie szybszy niż średnia unijna.

Rynkowa neuroza

W 2007 r. główni gracze na międzynarodowej scenie będą próbowali zahamować globalizację – i zanim zrozumieją swój błąd, zapłacą za to sporą cenę. Okres łatwego wzrostu uzyskanego dzięki wykorzystaniu nowych, uwolnionych przez globalizację, zasobów się kończy. Jednak procesu globalizacji odwrócić się nie da. Jego siłą sprawczą była globalna liberalizacja, która stwarzała korzystne warunki do zmian instytucjonalnych w krajach emerging markets (rynki wschodzące). Wiele krajów skorzystało z tej szansy i jest mało prawdopodobne, by można je było z powrotem z tego obiegu wypchnąć. Dlatego próby większego protekcjonizmu obrócą się przede wszystkim przeciwko tym, którzy je wprowadzą. Jeśli gospodarka światowa zwolni, może początkowo rynki zareagują stereotypowo, próbując wycofywać kapitał z emerging markets i Europy Środkowej do światowych centrów finansowych. Ale takie postępowanie oznaczałoby skurczenie rezerw walutowych w tych krajach, a więc wyschnięcie głównego źródła finansowania deficytu Stanów Zjednoczonych i osłabienie dolara. W takiej sytuacji, wcześniej czy później, rynek przestanie się kierować stereotypami i zacznie oceniać państwa według ich fundamentów ekonomicznych – a to oznacza powrót inwestorów do krajów emerging markets.

Trudno ocenić, jak lekkomyślne w swoich antyglobalizacyjnych posunięciach mogą być rządy najbogatszych krajów. Od tego jednak będzie zależeć skala światowego spowolnienia. Im mniej protekcjonistyczno-socjalnych posunięć i im szybsze od nich odejście, tym większa szansa, że będzie miało ono łagodny charakter. Paradoksalnie, najmniej na tych zaburzeniach stracą – a może nawet zyskają – nowi członkowie UE. Trudno bowiem będzie zwiększyć protekcjonizm wewnątrz UE, a inne posunięcia bogatych państw tylko zwiększą konkurencyjność nowych członków Wspólnoty.

Nie można też wykluczyć, że globalne spowolnienie doprowadzi do istotniejszego spadku cen ropy. To byłoby politycznie bardzo korzystne dla Zachodu i oznaczało poważne kłopoty dla Rosji. Taki optymistyczny wariant jest jednak mało prawdopodobny.

W sumie trudno się oprzeć wrażeniu, że Mr. Market jest neurotykiem. Jego nastrój faluje pomiędzy huraoptymizmem a przygniatającą depresją. Neurotyzm rynku często przywołuje w swoich wypowiedziach Warren Buffett, guru inwestorów. Trzeba przyznać, że obecnie są powody, by w 2007 roku Mr. Market czuł zaniepokojenie, chociaż, jak powiedzieliśmy, ma on tendencję do ignorowania zakumulowanego ryzyka, szczególnie w trakcie silnej fazy wzrostu. Tak właśnie było w Japonii w latach 80.

Dodatkowo stan rozchwiania wzmacnia polityka gospodarcza krajów, które od globalnego otwarcia przechodzą do zamykania się w układach bilateralnych. Przez trzy dekady politycy i biznes trudzili się nad budową otwartej, globalnej gospodarki. A kiedy to się niemal udało, przestajemy się na tym poziomie dogadywać. Pozostaje pytanie, czy w nadchodzącym roku te sprzeczności potraktujemy wystarczająco poważnie, by zacząć rozwiązywać problemy, zanim wydarzenia wymkną się nam spod kontroli.

Jan Krzysztof Bielecki

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s