Dlaczego Polacy wyjeżdzają (emigrują)

Źródło: Rzeczpospolita: Polska, czyli pływanie w kisielu
30.12.2006

Dlaczego Polacy tak masowo wyjeżdżają (emigrują) ze swojego kraju? I dlaczego tak wielu młodych Polaków marzy, żeby nie tylko wyjechać do Anglii albo Ameryki, ale żeby w ogóle stać się Anglikiem lub Amerykaninem, naprawiając ten niezrozumiały błąd natury, który sprawił, że zamiast w jakimś kraju cywilizowanym, urodził się człowiek właśnie w Polsce?

Standardowe odpowiedzi to oczywiście brak pracy, lepsze perspektywy materialne etc. Nie wydają mi się one właściwe. Często rozmawiam z ludźmi, którzy wyjechali, zbierają się do wyjazdu, a także z tymi, którzy wrócili – bo są i tacy, przeważnie z grona wyrzuconych na paszportach „w jedną stronę” z Peerelu – by po latach pobytu na Zachodzie lepiej lub gorzej próbować się zaadaptować do życia w ojczyźnie. I wydaje mi się, że kwestie materialne naprawdę nie są tutaj najważniejsze.

Moi rozmówcy formułują to różnie, ale większość z tego, co od nich słyszałem, daje się sprowadzić do jednego: w Polsce po prostu wszystko jest problemem. Wszystko to, co na Zachodzie jest proste i oczywiste, tu wymaga czasu, wysiłku i nerwów.

Muszę powiedzieć, że zgadza się to z moim własnym doświadczeniem, choć na Zachodzie bywałem zawsze krótko, w konkretnych sprawach. Ale to wystarcza, żeby zauważyć różnicę.

Najłatwiej zauważyć ją na poziomie spraw najprostszych, życiowych. Coś się w domu zepsuje. Tam – dzwonisz, płacisz, serwis przyjeżdża natychmiast i jeszcze przeprasza, że się guzdrał, naprawia, znika, nie pozostawiając po sobie ruiny.

W Polsce, jak wie każdy, nawet drobna awaria staje się kataklizmem. Fachowca nie ma, umawia się w najbardziej niedogodnym terminie, bo i tak robi łaskę, nie przychodzi, jak w końcu przyjdzie, to przy okazji naprawy zaświni i zdemoluje pół domu, a potem i tak okazuje się, że coś sknocił i trzeba go trzy razy łapać, żeby poprawił. Zmarnowany czas, niepotrzebne nerwy. Kiedy usłyszałem o kłopotach ministra Wassermanna z „fachowcem” od jacuzzi, to wbrew rechotowi mediów całym sercem od razu byłem po jego stronie – tak jest, rodzimego „fachowca” powinno się w ciemno skazać na ciupę, nawet razem z matką staruszką, choć lepsze byłyby tortury.

Podobnie, jak sądzę, reaguje każdy, komu przyszło niebacznie do głowy podnieść standard swojego życia, dajmy na to właśnie mieszkaniowy. Jeśli ktoś taki nie będzie cały czas stał robotnikom nad głową, to wszystko zrobią na opak i byle jak. A jeśli będzie stał, to zemszczą się za utrudnianie im życia, zostawiając jakąś trudno zauważalną a dokuczliwą niedoróbkę. Na byle mebel odrobinę lepszy od paździerzowo-laminatowego badziewia trzeba czekać miesiącami, bo w Polsce tzw. sklep meblowy to jedynie wystawa oraz jegomość wypisujący na wybrany towar zamówienie do producenta. Jak już dojedzie, to na pewno nie taki, jaki był zamówiony – albo w innym kolorze, albo z innym wypełnieniem, albo w ogóle inny.

Reklamacja to następne miesiące, i to tylko wtedy, jeśli się odpowiednio często wydzwania, popędza, awanturuje. Zasłony, szyte przez kolejny miesiąc, też okażą się albo nie w takim kolorze, albo w nieodpowiednim rozmiarze, choć firma sama wcześniej wszystko mierzyła.

Przedstawiciel innej firmy, dajmy na to robiącej wystrój kuchni, choć żąda ogromnych pieniędzy, i tak nigdy nie zjawia się w umówionym czasie, nie odpowiada na telefony ani e-maile, a dopadnięty wreszcie, z rozbrajającą szczerością mówi, że i tak ma dość zamówień, więc nie będzie się wysilał. Zmarnowany czas, niepotrzebne nerwy.

Rzecz bowiem bynajmniej nie dotyczy tylko pracowników fizycznych. Ogólne lekceważenie dla klienta i jego czasu, dla własnych obowiązków, bylejakość, niedoróbka, to taka sama norma wśród wysiadujących po warszawskich biurowcach krawaciarzy, jak i wśród zapitych roboli.

Nie chcę dłużyć tego wątku – pisać o sprzedawcach, niemających pojęcia o tym, czym handlują, o przepychankach z reklamacjami, o problemach ze sprzedażą wysyłkową, która na świecie jest czymś normalnym, a u nas hazardem, ani o setkach podobnych spraw. Ale koniecznie trzeba osobno wspomnieć o urzędach. Polski urząd to przecież jakaś makabra, wydębienie zeń jakiegokolwiek kwitu, przeważnie potrzebnego tylko dla innego urzędu, to pasmo upokorzeń, strata wielu godzin i dojmujące poczucie wszechobecnego lekceważenia dla człowieka, jego czasu i spraw.

Przyjaciel, który zdecydował się osiąść w Kanadzie – kraju w końcu odległym od wolnorynkowej ortodoksji – o mało nie zgubił ze zdumienia szczęki, kiedy poszedł zarejestrować firmę. Urzędnik sam wypełnił wszystkie papiery, poinformował o możliwych wariantach rozliczeń, o ewentualnych dalszych formalnościach i wręczył swoją wizytówkę, informując, że będzie się tym wszystkim zajmował na bieżąco według otrzymanych wskazówek. Ten sam znajomy wcześniej w Polsce trzy razy nie mógł sobie z prowadzeniem własnej firmy poradzić i w rodzinie zaczął uchodzić za nieudacznika. W Kanadzie prosperuje.

Można by ciągnąć anegdotyczne przypadki w nieskończoność. Cokolwiek chce się w Polsce zrobić – zawsze oznacza to zmarnowany czas, wysiłek i nerwy. Rzeczy, które obywatelowi Zachodu przychodzą bez żadnego trudu, tu zawsze trzeba wymóc, wywalczyć, wymęczyć na innych i na sobie. Podczas gdy oni mogą robić ze swoim życiem coś ciekawego, my, Polacy, tracimy większość sił na samo życie.

Mówiąc obrazowo, żyć w Polsce to tak, jakby być zanurzonym w przezroczystym kisielu. Każdy ruch, dla innych po prostu normalny ruch, u nas wymaga wysiłku i większość energii, którą w innym kraju mógłby zużyć na osiągnięcie czegoś, musi Polak zmarnować na samo chodzenie. A nawet jeśli wielokrotnie większym kosztem coś osiągnie, to już na pewno nie będzie miał siły się tym cieszyć.

Bo myślę, że właśnie to codzienne użeranie się z każdym głupstwem nadaje Polsce charakterystyczną cechę, która czyni ją szczególnie niemiłym miejscem do życia – wszechobecną agresję i powszechną, bezinteresowną chęć zaszkodzenia innym, choćby tylko słowem. Proszę podczas wyjazdu przeprowadzić prosty eksperyment: na ulicy czy w autobusie zacząć się komuś przyglądać. Kiedy on to zauważy, ponad wszelką wątpliwość odpowie uśmiechem – can I help You? Polak w identycznej sytuacji wykrzywia gębę w agresywny grymas – czego, k…?!.

Mieszkańcy żadnego chyba innego kraju nie są tak rozlubowani w mówieniu źle o bliźnich, w podchwytywaniu każdej, najbardziej nawet absurdalnej plotki. Proste polactwo integruje się towarzysko, wspólnie miotając niewybredne obelgi na głowę znanych z telewizji przedstawicieli tzw. elit, gdy jednocześnie wśród owych tzw. elit panuje analogiczny zwyczaj wzajemnego utwierdzania się w poczuciu wspólnoty wymienianiem negatywnych uwag o moherach, zet-chaenie czy Kaczorach. Ta powszechna agresja, nakładając się na ogólną trudność życia, uderza w nas rykoszetem, potęgując psychiczny koszt przedzierania się przez trudności związane z załatwianiem podstawowych spraw i czyniąc codzienne życie jeszcze bardziej nieznośnym.

Wbrew jednak temu, co wmawiają nam rozmaici specjaliści od badania „charakterów narodowych”, Polak bez trudu zmienia nawyki, gdy znajdzie pracę i mieszkanie na Zachodzie.

Oczywiście, trafiają się nieudacznicy, którzy zasilają szeregi miejscowych kloszardów, a w skrajnych wypadkach zionących nienawiścią do kapitalizmu pisarzy. Ale większość rodaków w takiej na przykład Anglii adaptuje się całkiem gładko, zaczyna przychodzić do pracy punktualnie i na trzeźwo, przykładać do swoich obowiązków, uśmiechać i schludnie ubierać. Tym szybciej, im bardziej populacja emigrantów rozcieńczona jest wśród tubylców.

Trudno nie zadać pytania: dlaczego Polak, by zacząć się zachowywać inaczej, musi wyjechać z Polski? Dlaczego nie można zbudować Zachodu tu, na miejscu, bez wyjeżdżania?

Dlatego, że zachowując się tutaj tak, jak tam, czułby się Polak frajerem i faktycznie by nim był. Przeciętny człowiek zawsze dostosowuje się do otoczenia – jeśli nieuczciwość, cwaniactwo i nieliczenie się z innymi stanowią normę, to trzeba tej normy przestrzegać. Skąd jednak uczynienie normą takich a nie innych zachowań? Znowu – nie z żadnego charakteru narodowego, tylko po prostu z panującego systemu. Z takich, a nie innych przepisów i zarządzeń, sprawiających, że pewne społeczne postawy są opłacalne, a inne nie.

Przeciętny człowiek, bez względu na narodowość, jest zasadniczo istotą racjonalną. W społeczeństwie, w którym opłaca się być pracowitym i przedsiębiorczym, będzie się starał wykazać tymi cechami. W kraju, w którym na każdego, kto wykaże się pracowitością i przedsiębiorczością, czyha czterdzieści kilka kontroli plus podatkowe „policji widne, tajne i dwupłciowe”, a każdego lenia i nieudacznika politycy obsypują dotacjami i subwencjami, gnąc się przed nim w przedwyborczych landsadach, zachowuje się dokładnie odwrotnie. To oczywista, podstawowa zasada postkomunistycznego ” surwiwalu”.

Nieznośny opór, jaki stawia nam życie codzienne, to niejedyny, ale najbardziej odczuwalny skutek powszechnego (spójrzmy na wyniki badań opinii publicznej) żądania, żeby państwo polskie było społecznie wrażliwe i chroniło przed wilczymi prawami kapitalizmu. Polak oczywiście wolałby, aby ekspedientka była uprzejma, firma świadcząca mu usługę kompetentna i rzetelna, kontrahent solidny – jak na Zachodzie. Ale jednocześnie sam nie życzy sobie wylecieć z pracy za nieuprzejmość, niekompetencję, nierzetelność i niesolidność.Partię, która mu nie obieca ochrony, skreśli więc w przedbiegach.

W wydanym niedawno wywiadzie Barbary Toruńczyk z Jerzym Giedroyciem Redaktor opowiada z irytacją o kunktatorstwie sanacyjnych polityków, którzy bali się decyzji niepopularnych, choćby konieczność ich podjęcia i błogosławione skutki były po stokroć oczywiste. Dziś brzmi to absurdalnie, bo przecież sanacja w zasadzie nie musiała się obawiać niezadowolenia wyborców. A jeśli mimo wszystko tak postępowała, to cóż powiedzieć o naszych politykach, którzy nigdzie narodu nie prowadzą, tylko dają się mu przed sobą gnać w stronę podyktowaną li tylko owczym pędem?

Po doświadczeniach ostatnich kilkunastu lat nie ma wśród nich odważnego, który gotów byłby naruszyć podstawy, powiedzmy z to z sarmacka, nierządu, w jakim pozostaje kraj, i socjalnej złotej wolności. Każda próba poprawy, choćby tak skromna i czołobitna wobec bożka społecznej sprawiedliwości jak plan Hausnera, grzęźnie więc w ogólnej niemożności. Ta z kolei powszechnie doświadczana niemożność pozbawia nadziei i sprawia, że pracowity i przedsiębiorczy Polak poprawy swego losu poszukuje – racjonalnie – poza Polską.

Powtarza sobie przy tym, nie bez słuszności, że w Polsce nie da się żyć, nie da się uczciwie bogacić, nie da się zrobić kariery, że nie da się w ogóle. I że to wina aferzystów, złych polityków, księdza proboszcza, Unii, Ameryki, Bóg jeden wie, kogo jeszcze.

Ale prawda jest taka, że Polskę krajem nieznośnym do życia uczynili zbiorowym wysiłkiem sami Polacy. I podświadomie chyba zdają sobie z tego sprawę, skoro instynktownie szukają szczęścia tam, gdzie ich nie ma. ¦
Rafał A. Ziemkiewicz

Obchody 1000 lecia Polski

Źródło: Rzeczpospolita: Pokolenie 1966
30.12.2006

Czterdzieści lat temu, w roku milenijnych uroczystości, Kościół wygrał rywalizcję z władzami PRL o rząd dusz nad Polakami

Rok 1966 to data wciąż zaskakująco słabo ugruntowana w świadomości historycznej Polaków. Dlaczego tak słabo pamiętamy o najbardziej masowych w latach 60. demonstracjach wiary i oporu wobec komunistycznej władzy

Właśnie mija 40 lat od roku, który z perspektywy czasu można uznać za kluczowe „doświadczenie pomostowe” między Październikiem ’56 a powstaniem jawnej opozycji w końcu lat 70. i wybuchem w 1980 roku rewolucji „Solidarności”.

Obchody 1000 lecia Polski - Czestochowa
Główne obchody milenijne w święto NMP Królowej Polski. Do Częstochowy przybywa według różnych ocen od 300 do 500 tys. wiernych. Byłoby ich znacznie więcej, gdyby nie utrudnienia komunikacyjne i wcześniejsze naciski SB na proboszczów w całym kraju, aby nie organizowali wyjazdów na Jasną Górę
ARCHIWUM ARCHIDIEZJALNE W GNIEŹNIE

Mimo to data uroczystości Milenium Chrztu Polski z 1966 roku nadal rzadko bywa wymieniana w sekwencji dat 1956 – 1968 – 1976 – 1980, jakimi odmierzany jest opór Polaków wobec komunistycznej władzy.

Przykładowo zabrakło dla niej miejsca na pomniku poznańskiego Czerwca. Pomijano ją w skrótowych historiach polskiej opozycji, w których rok 1956 znaczył odrzucenie stalinizmu, a 1968 r. ponowne odkrycie brutalności reżimu.

Generacja lewicy laickiej, jeśli sięga po rok 1966, to głównie w celu przypomnienia wznoszącego się ponad narodowe partykularyzmy listu biskupów polskich do biskupów niemieckich.

A przecież gromadzące po sto czy nawet dwieście tysięcy ludzi w dziesiątkach miast Polski uroczystości milenijne były najbardziej masowymi demonstracjami oporu w latach 60.W tym czasie w żadnym innym kraju bloku sowieckiego nie doszło do podobnej sekwencji manifestacji religijnych, których na skutek typowo polskiej specyfiki nie sposób oderwać od aspiracji niepodległościowych Polaków.

Obchody tysiąclecia Polski - Gdańsk
Kościelne obchody millenijne w Gdańsku. Po uroczystościach starcie sił ZOMO z demonstrantami, którzy zniszczyli tablice z jątrzącymi hasłami antykościelnymi. Czterech młodych gdańszczan zatrzymanych pod zarzutem udziału w niszczeniu propagandowej instalacji zostało potem skazanych w trybie doraźnym na kary 6 lub karę 3 miesięcy więzienia. W jednym wypadku orzeczono pobyt w poprawczaku
ARCHIWUM PARAFII BAZYLIKI MARIACKIEJ

Słaba pamięć elit

Skąd ta dziura w zbiorowej pamięci?

Być może na pewne „upośledzenie” roku 1966, na przykład w porównaniu z Marcem ’68, wpływa fakt, że było to wydarzenie ludowe.

Elity intelektualne związane z Kościołem odgrywały w nich pewna rolę, ale nie były one spiritus movens ówczesnych wydarzeń. Równie „ludowe” i spontaniczne były zajścia, do jakich doszło w ciągu 1966 roku w Gdańsku, Krakowie czy Warszawie. Dochodziło do starć z milicją z użyciem gazów łzawiących i armatek wodnych.

W każdym z tych wypadków protesty uliczne zostały sprowokowane przez agresywną, antykościelną postawę władz.

Ludowy charakter mają też legendy dotyczące ówczesnych demonstracji wierności wierze.


Wierni Dolnego Śląska gromadzą się na uroczystościach w sanktuarium maryjnym w Bardzie Śląskim. Miejscowe władze prowadzą zintensyfikowaną operację przeszkadzania wiernym w dotarciu na uroczystości. Odwoływane są pociągi, utrudnia się za pomocą dolegliwych kontroli przejazd samochodom prywatnym. Podobne środki stosowane są na wszystkich etapach uroczystości milenijnych
ARCHIWUM KLASZTORU REDEMPTORYSTÓW W BARDZIE ŚLĄSKIM

To prości Polacy mieli ponieść w Poznaniu na własnych ramionach półtoratonowy mikrobus z kopią jasnogórskiego obrazu, gdy milicja zakazała przejazdu z fary do katedry. Nie pozwalają wieźć obrazu? Ale nieść wolno, poniesiemy auto! – tak według żywej do dziś legendy mieli zakrzyknąć wówczas poznaniacy.

Największą pokojową demonstracją 1966 roku – bo licząca według różnych ocen od trzystu do pięciuset tysięcy wiernych – było nabożeństwo Tysiąclecia odprawione 3 maja 1966 roku na Jasnej Górze. Podczas tej głównej uroczystości obchodów milenium zabrakło papieża Pawła VI, któremu władze nie pozwoliły przyjechać do Polski. Swoistą demonstracją protestu wobec postawy ekipy Gomułki było obdarzenie prymasa Stefana Wyszyńskiego na czas uroczystości honorowym tytułem legata papieskiego. Co myślał prymas patrząc na wielotysięczne tłumy? Czy nie mógł czuć satysfakcji, że Polacy przeszli jakieś duchowe katharsis po potwornościach wojny i upodleniach stalinizmu?

Wyjście z szoku

Nie byłoby uroczystości roku 1966 bez idei Wielkiej Nowenny, jaką rozpoczęto w sierpniu 1956 roku poprzez odnowienie Ślubów Jasnogórskich Narodu.

Ich tekst powstał w miejscu uwięzienia prymasa Polski w bieszczadzkiej Komańczy, ale nie sposób wątpić, że był owocem znacznie wcześniejszych refleksji Stefana Wyszyńskiego nad sytuacją duchową Polaków. Z licznych dywagacji na temat genezy idei Wielkiej Nowenny najbardziej bliska jest mi opowieść o przewiezieniu prymasa w 1954 roku do miejsca odosobnienia w śląskim Prudniku. Rozmiłowany w Trylogii kard. Wyszyński miał wtedy uświadomić sobie, że niemal dokładnie 300 lat wcześniej opatrzność rzuciła na opolski Śląsk króla Jana Kazimierza uciekającego z zalanego szwedzkim potopem kraju. I tam też w umyśle króla wygnańca miała narodzić się idea ślubów jasnogórskich, do których doszło potem we Lwowie.

W 1954 roku powodów do gorzkiej refleksji było równie wiele jak trzysta lat wcześniej. Klęsce militarnej i utracie niepodległości po 1944 roku towarzyszyła demoralizacja społeczeństwa wynaturzonego wojną, a potem zmiażdżonego obcęgami strachu epoki stalinowskiej.

Nawała nieszczęść skłaniała niektórych do kpin z narodowej retoryki i ucieczki w szyderczy cynizm. Inni ubierali swój oportunizm w mędrkowanie o politycznym realizmie i konsekwencjach wydania Polski na pastwę Stalina przez zachodnich aliantów. Prymas wierzył, że ta lawina nieszczęść może być odwrócona tylko przy Bożej pomocy. Stąd program Wielkiej Nowennywcielany w życie po powrocie z więzienia.

Jej najbardziej znaczącym wydarzeniem-symbolem była pielgrzymka po kraju kopii obrazu Matki Jasnogórskiej, ale form pracy nad odnową duchową było znacznie więcej. Bez wychowawczej pracy prymasa między 1957 a 1965 rokiem nie byłoby spektakularnej mobilizacji narodu w roku milenium. Przykładowo tłum wiernych witający prymasa w Poznaniu szacuje się na 250 tysięcy ludzi. W Lublinie tłumy zgromadzone na uroczystościach zawładnęły na krótko centrum miasta i mimo zakazu władz przeniosły kopię obrazu w gigantycznym uroczystym pochodzie.

Terapeuta narodu

Trudno dziś rozdzielić religijne i niepodległościowe intencje setek tysięcy wiernych, którzy gromadzili się mimo aktywnego przeciwdziałania władz na etapach prymasowskich mszy w najważniejszych miastach kraju. To wtedy pierwszy raz Polacy mogli się wzajemnie policzyć. Jednocześnie ówczesna mobilizacja sił bezpieczeństwa była największą demonstracją siły komunistycznych rządów przed 1968 rokiem.


Uroczystości millenijne we Wrocławiu. Na Ziemiach Zachodnich kościelne obchody tysiąclecia ugruntowały poczucie „bycia u siebie”. Prymas Wyszyński wykorzystał bogate tradycje kultu Św. Jacka, Św. Czesława i Św. Jadwigi do przypomnienia polskich i piastowskich korzeni stolicy Dolnego Śląska
INSTYTUT PRYMASOWSKI

Władze, próbując przyćmić milenijne uroczystości kościelne, niechcący uwidoczniły swoje uzurpacje. Humorystycznie wyglądało rozdymanie tradycji Lenino, Gwardii Ludowej czy PPR na tle symboli tysiącletnich związków wiary i narodu w świątyniach Gniezna, Łęczycy, Wrocławia, Wawelu.

Wpływ Wielkiej Nowenny na morale Polaków łatwiej zauważyć na tle innych społeczeństw poddanych po wojnie władzy komunistycznej. Węgrzy po 1956 roku wpadli w apatię i zaakceptowali konsumeryzm epoki Kadara. Z kolei społeczeństwu NRD tamtejsi komuniści jako ersatz swobód rzucili nieformalną zgodę na swobodę obyczajową i łatwość rozwodów. W Polsce w tym czasie uratowano siłę rodziny i kulturowe przywiązanie do chrześcijaństwa. Bez sukcesu wielkiej nowenny ruch „Solidarności” w 1980 roku nie miałby tak chrześcijańskiego oblicza i symboliki. Bez tego dziedzictwa jakaś zdechrystianizowana „Solidarność” mogłaby być związkiem roszczeniowym, łatwym do manipulacji i pozbawionym ambicji wyrażania aspiracji Polaków.

Prymas, który doczekał powstania „Solidarności”, był wielkim terapeutą narodu. Po latach stalinizmu pomógł społeczeństwu odbudować poczucie własnej godności.

To on uformował posługę biskupią, a potem kardynalską Karola Wojtyły, który zawdzięczał mu siłę ducha w starciu z komunistycznym systemem.

Prymasowski program przygotowań do Milenium Chrztu Polski uczył myślenia o narodowej historii. Szlachetna, naznaczona męczeństwem więzienia twarz kardynała hipnotyzowała wręcz pokolenie moich rodziców. Jego królewski majestat stanowił niezwykły kontrast dla wulgarności komunistycznych władców kraju nad Wisłą.

Ku światłu

„O roku ów” – chciałoby się powtórzyć za Mickiewiczem, pisząc o roku 1966.

Sam milenijnych uroczystości nie mogłem pamiętać, ale wyrosłem w legendzie opowieści o aresztowaniu przez milicję obrazu jasnogórskiego. Jak relikwie przechowywano zdjęcia z gigantycznej mszy księdza prymasa w moim rodzinnym Gdańsku. I pokazując je, opowiadano o fotografie, któremu za kopiowanie zdjęć z milenijnej mszy w kościele mariackim zabrano koncesje na prowadzenie skromnego zakładu.

Inna scena, jaką mam w pamięci: mój katecheta, który ze łzami w oczach opowiada nam, dziesięciolatkom, o tym, jak ludzie płakali na widok pielgrzymujących po Polsce pustych ram, kiedy to obraz Czarnej Madonny został przymusowo zatrzymany na Jasnej Górze.

Ludzie „pokolenia 1966” rzadko robili jakieś wielkie kariery. Owszem, dobry los nagrodził po latach Wiesława Chrzanowskiego, ówczesnego doradcę prymasa, zaszczytną funkcją marszałka Sejmu. Ale najczęściej ci usuwani w czasach PRL na margines ludzie wiary pozostawali szarymi obywatelami. Jeśli się o nich dowiadujemy, to raczej dzięki ich dzieciom wdzięcznym za otrzymany od nich duchowy depozyt. Do pokolenia 1966 r. można zaliczyć choćby skromnego księdza z Gorzowa Witolda Andrzejewskiego, który uformował Marka Jurka i Kazimierza Marcinkiewicza. Należał do niego ojciec wielodzietnej rodziny, częstochowski architekt Stanisław Pospieszalski, któremu nieraz przyszło płacić za swoje przekonania. Jego syn Jan szuka dziś w programie „Warto rozmawiać” odpowiedzi na pytania, których stawiania nauczył go ojciec. Byli też i tacy jak Antoni Zambrowski, późniejszy działacz opozycji, który pod wpływem uroczystości milenijnych zaczął odchodzić od marksizmu, by stać się potem głęboko wierzącym katolikiem.

W jakimś szerszym sensie dopełnieniem wielkiej nowenny z lat 1956 – 1966 była chwila, gdy godność następcy św. Piotra objął papież Polak. A rok potem polski kardynał Wyszyński mógł być świadkiem proroczych słów Jana Pawła II: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi!”.

Widząc setki tysięcy ludzi na papieskiej mszy w Warszawie, kardynał Wyszyński mógł zadumać się nad owocami, jakie wydały uroczystości milenijne.

Bez pokolenia 1966 roku nie byłoby pokolenia Jana Pawła II. Nie sposób oderwać dziedzictwa Karola Wojtyły od wcześniejszego skarbu nauczania prymasa Wyszyńskiego, które pozwoliło Polakom tak godnie przejść przez czerwoną niewolę. I dlatego warto pamiętać o wydarzeniach sprzed 40 lat przy zestawianiu dat polskiej drogi do wolności. ¦ Wierni przepiłowują łańcuchy jakimi „nieznani sprawcy” ze Służby Bezpieczeństwa zablokowali bramę kościelną w celu utrudnienia uroczystości millenijnych
Piotr Semka


W Szczecinie obchody millenium podkreślały historyczne prawa Polski do powrotu na ziemie należące niegdyś do orbity wpływów Piastów. Ale prymas mimo obaw o ataki propagandy nie wahał się też wspominać św. Ottona z Bambergu niemieckiego misjonarza, który zginał przy ewangelizacji Pomorza
ARCHIWUM KURII BISKUPIEJ W ZIELONEJ GÓRZE

Obchody milenijne 1966 - Białystok
Wielotysięczne tłumy na obchodach millenijnych w Białymstoku. Władze nerwowo reagowały na przypomnienie w homiliach więzi Białegostoku z archidiecezją wileńską. W kazaniu biskupa Władysława Suszyńskiego przypomniano też los licznych wiernych z Podlasia, których wywieziono w głąb Związku Sowieckiego i których sporo nie wróciło już nigdy do swych domów
ARCHIWUM ARCHIDECEZJI W GNIEŹNIE