Nowa szkoła dziennikarstwa wg. Bogusława Woloszańskiego

Kiedy Bogusław Wołoszański tłumaczy dziś, że współpracował z wywiadem PRL, bo interesowało go to od strony dziennikarskiej, brzmi to dość zabawnie. Równie dobrze dziennikarz zajmujący się przestępstwami kryminalnymi mógłby wejść na jakiś czas do grupy przestępczej, włamać się do kilku sklepów i oświadczyć, że to bardzo pouczające zajęcie dla jego pracy dziennikarskiej.

Wołoszański uważa, że jako agent pracował z pożytkiem dla kraju. Zapewne w jego mniemaniu równie pożyteczne było wyznaczanie nowych standardów pracy dziennikarskiej – łączenia roboty korespondenta i szpiega. Jak rozumiem, chcąc być konsekwentnym, dziś powinien zalecać dziennikarzom śledczym równoczesną pracę dla Agencji Bezpieczenstwa Wewnętrznego.

W nowym kodeksie etyki zawodowej pewnie umieściłby zapis o celowości współpracy dziennikarzy ze specsłużbami – zwłaszcza ze specsłużbami totalitarnego państwa. Władze Białorusi na pewno chętnie zaprosiłyby go do opracowania zasad etycznych dla tamtejszych dziennikarzy.

Być może Wołoszański nie popełnił czynów haniebnych. Ale przekroczył dopuszczalne granice. To jest chyba oczywiste. I myślę, że sam zdawał i zdaje sobie z tego sprawę. Bo przecież, jeśli jego współpraca ze służbami PRL była w porządku, to w czym problem? Dlaczego tak się denerwuje? Skoro nie było w tym nic złego, to skąd ta złość znanego dziennikarza? Jeśli jest dziś z tego powodu dumny, to powinien być chyba zadowolony z publikacji „Rzeczpospolitej”?

A jeśli jego działalność była tak pożyteczna dla kraju i pouczająca dla niego jako dziennikarza, dlaczego nie pochwalił się tym w jednym z licznych programów czy książek? I o co chce wytoczyć „Rzeczpospolitej” proces? Dlaczego twierdzi, że nasza publikacja jest haniebna i przypomina mu ubeckie metody z 1968 roku?

Coś tu chyba jednak jest nie tak. Dziennikarz pewnych rzeczy robić nie powinien. Zwłaszcza dziennikarz pracujący w totalitarnym, zależnym od innego mocarstwa kraju.

Igor Janke

Reklamy