Francja na kolanach przed islamem

Źródło: Rzeczpospolita: Na kolanach przed islamem
27.01.2007

Wbrew temu, co głoszą sami islamiści, francuscy orientaliści uparcie powtarzają, że nie ma zderzenia cywilizacji.

Francuz Robert Redeker, który napisał, że Mahomet był nauczycielem nienawiści, musi ukrywać się we własnym kraju. Niemal nikt go nie broni, natomiast wielu potępia jego artykuł.

We wrześniu ubiegłego roku Robert Redeker, nauczyciel filozofii w liceum w Saint-Orens-de-Gameville pod Tuluzą i autor szeregu prac naukowych, opublikował w „Le Figaro” artykuł „Jak wolny świat powinien postępować w obliczu islamskiego zagrożenia”.

Był to głos w dyskusji na temat uwag o islamie, zawartych w wygłoszonym tydzień wcześniej przemówieniu papieża Benedykta XVI. Redeker ostro krytykował w nim zjawisko, które określił jako dążenie islamu do „nałożenia światu ołowianego płaszcza”. Pisał, że o ile Jezus był nauczycielem miłości, o tyle Mahomet był nauczycielem nienawiści. Spośród trzech religii ksiąg islam jest tą, która otwarcie głosi świętą wojnę. „Judaizm i chrześcijaństwo są religiami, których zasady odrzucają i delegitymizują przemoc, natomiast islam – według jego własnych świętych tekstów – pochwala przemoc i nienawiść” – podsumował Redeker.

Gdy artykuł dotarł za pośrednictwem Internetu do czytelników w całej Francji i w innych krajach oraz gdy został przetłumaczony na arabski, ruszyła lawina potępienia i protestów przeciw „obrazie proroka”. Już nazajutrz po publikacji artykuł potępił na falach al Dżaziry popularny medialny kaznodzieja (będący nieoficjalnym głosem Osamy bin Ladena) szejk Jusef el-Kardawi. W Egipcie i Tunezji zakazano rozpowszechniania bluźnierczej publikacji „Le Figaro'”, sam Redeker zaś wkrótce zaczął otrzymywać mnóstwo listów i mejli z pogróżkami. Na jednej z internetowych stron islamistów wydano na niego wyrok śmierci i – aby ułatwić zadanie wykonawcy wyroku – zamieszczono także jego adres i zdjęcie domu, w którym mieszka. Obawiając się o własne życie i o rodzinę, Redeker zwrócił się o ochronę do miejscowej policji, która przekazała sprawę krajowym organom kontrwywiadu. Za ich radą Redeker z żoną i trójką dzieci opuścił dom i ukrył się. Odtąd przemieszczają się z miasta do miasta, pod policyjną ochroną, ale na własny koszt. Francuskie Ministerstwo Oświaty mianowało już następcę Redekera, on sam bowiem zapewne nigdy więcej nie ujrzy swych uczniów.

Potępienie zamiast poparcia

Jako wieloletni przyjaciel Roberta jestem, oczywiście, głęboko poruszony tymi wydarzeniami i niepokoję się o bezpieczeństwo jego i jego rodziny. Ponadto martwi mnie reakcja francuskiego establishmentu. Spośród przedstawicieli władz tylko premier Dominique de Villepin postąpił honorowo, oświadczając, że nie można tolerować fatwy na francuskiego intelektualistę. Także centrowa grupa intelektualistów, wśród których znaleźli się Pascal Bruckner, Alain Finkielkraut, André Glucksmann i Bernard-Henri Lévy, wystąpiła w obronie Redekera i „najbardziej podstawowych francuskich swobód”. Natomiast przeważająca większość reakcji na sprawę Redekera – nawet jeśli formułowano je językiem, który broni prawa do swobody wypowiedzi – była faktycznie wroga nauczycielowi filozofii. Komunistyczny burmistrz Saint-Orens-de-Gameville i kierownik szkoły, w której Redeker uczył, zgodnie wyrazili ubolewanie z powodu tego, że na końcu artykułu autor wspomniał o swych związkach z ową instytucją. Dwa największe francuskie związki zawodowe nauczycieli (oba socjalistyczne) podkreśliły, że „nie podzielają poglądów Redekera”. Wiodące lewicowe organizacje praw człowieka posunęły się znacznie dalej, potępiając „nieodpowiedzialne oświadczenia” i „zgniłe poglądy” Redekera. Niejaki Pierre Tévanian, który także uczy filozofii w liceum, oznajmił (na muzułmańskiej stronie internetowej), że Redeker jest rasistą, którego zwierzchnicy powinni surowo ukarać.

Nawet francuski minister oświaty Gilles de Robien skrytykował Redekera za to, że zachował się „tak, jakby reprezentował francuski system oświaty”. Dziwny zarzut, zważywszy że redakcja wyraźnie zaznaczyła, iż artykuł przedstawia osobiste poglądy autora. W środowisku mediów krytykowano Redekera za nieostrożne wyrażanie poglądów. Na falach rozgłośni radiowej Europa 1 Jean-Pierre Elkabach wezwał osaczonego nauczyciela do wyrażenia skruchy. Opiniotwórcza „Le Monde” uznała artykuł Redekera za „niewyważony, wprowadzający w błąd i obraźliwy”. Redaktorzy „Le Monde” posunęli się wręcz do określenia jego uwag mianem „bluźnierczych” – z czego wynikałoby, że w niemuzułmańskim kraju nawet niemuzułmanie nie mogą badać i oceniać myśli założyciela islamu, lecz są mu winni cześć.

To prawda, że Redeker nie przebierał w słowach – ale od kiedy oględność stanowi wymóg intelektualnego dyskursu we Francji? Równie mocne określenia znajdujemy, na przykład, w założonej przez Jeana Paula Sartre’a gazecie „Les Temps Modernes”, z którą Redeker był przez wiele lat związany jako członek zespołu redakcyjnego. A jednak, sądząc po reakcji na jego „występek”, ogromna część francuskiego intelektualnego i politycznego establishmentu ustanowiła wyjątek od ciężko wywalczonej tradycji otwartej dyskusji? gdy chodzi o islam (w przeciwieństwie do chrześcijaństwa czy judaizmu), swoboda wypowiedzi musi się mieścić w określonych granicach.

Ostrożność polityków, brak odwagi mediów

Jak to się stało, że nasz kraj doszedł do tego punktu? Pierwsze wyjaśnienie, jakie natychmiast przychodzi na myśl, to fakt, że niedługo, bo już w maju, odbędą się wybory prezydenckie i parlamentarne. We Francji mieszka ponad pięć milionów muzułmanów, z których większość ma obywatelstwo i prawo głosu i żadna partia nie może sobie pozwolić na poważną konfrontację z tą społecznością stale zyskującą na znaczeniu. Co więcej, świeża jest jeszcze pamięć zamieszek, które jesienią 2005 r. przetoczyły się przez przedmieścia największych francuskich miast. W dzielnicach, zamieszkanych w znacznej części przez muzułmanów – urodzonych we Francji młodych ludzi pochodzenia afrykańskiego czy północnoafrykańskiego – przemoc podobnej natury (nawet jeśli mniej dramatyczna w przejawach) nadal stanowi problem, a lęk przed kolejnym wybuchem każe francuskiej klasie politycznej unikać jak ognia wszystkiego, co dotyka kwestii islamu. Trudniej pojąć zmowę francuskich mediów. Można zrozumieć, że one także nie chcą uchodzić za nieprzyjazne muzułmańskim społecznościom, ale przecież ewidentnie przekroczyły granice, jakie dyktuje zwykła ostrożność! Po rozruchach największe gazety, tygodniki i dzienniki telewizyjne nie zainteresowały się socjologicznymi realiami francuskiego islamu, zwłaszcza wzrostem wpływów islamistycznej propagandy. To nie dziennikarz, lecz skrajnie prawicowy polityk Philippe de Villiers zwrócił ostatnio uwagę na islamizację personelu lotniska Charles’a de Gaulle’a. Chociaż to zjawisko nie było tajemnicą – lotnisko jest położone w departamencie Seine-Saint-Denis, zamieszkanym głównie przez ludność muzułmańską i zatrudnia lokalną siłę roboczą – żadne z cieszących się poważaniem mediów nie uznało go za temat godny zainteresowania. Wydaje się, że w obliczu wojowniczych nastrojów wyznawców islamu francuscy dziennikarze jako klasa stracili odwagę i poszli na kompromis z zawodowymi zasadami.

Tabu i ostracyzm w środowisku akademickim

Postawa środowiska naukowego to bardziej złożona historia. Dla francuskiego naukowca – zwłaszcza jeśli jego poglądy nie mieściły się w konwencji akademickiej lewicy – decyzja zajęcia się drażliwymi kwestiami związanymi z rasą i religią nigdy nie należała do łatwych. W latach 50. ubiegłego wieku wielki historyk Fernand Braudel usiłował zniechęcić Léona Poliakova do pisania pracy doktorskiej na temat antysemityzmu, któremu Poljakov poświęcił wiele wybitnych prac. Wiele lat później mnie samemu perswadowano – w najlepszych intencjach i w trosce o mą karierę – bym nie zajmował się antysemityzmem. Kiedy zignorowałem te rady i napisałem książkę „L’Invention du Racisme” (1983), nie mogłem znaleźć pracy na wyższej uczelni. Na szczęście znacznie lepiej poszło mi w Stanach Zjednoczonych. Dziś we Francji prowadzenie badań nad budzącymi najwięcej kontrowersji kwestiami rasy i religii stanowi tabu – chyba że badający reprezentuje „słuszną” politykę. Naukowiec, któremu zależy na wygłaszaniu referatów na konferencjach albo który ubiega się o ważne stanowisko, musi zdecydować się na przedstawianie czasów, gdy Francja posiadała kolonie, jako – ni mniej, ni więcej – epokę ludobójstwa w jej historii, a amerykańską politykę na Bliskim Wschodzie ma potępiać jako barbarzyńskie okrucieństwo. Przed niepokornymi drzwi są zamknięte. Znamienny przykład wciągania na czarną listę miał miejsce w 2004 r. Pewien naukowiec starał się o trzyletni kontrakt w prestiżowym College International de Philosophie. Miał znakomite referencje – lecz gdy jeden z członków komisji dowiedział się o jego proamerykańskich poglądach (ubiegający się nie był do końca przeciwny wojnie w Iraku), zorganizowano cichą, lecz skuteczną kampanię na rzecz odrzucenia jego kandydatury. Przypadek ów relacjonował szczegółowo tygodnik „L’Express”. Niesprawiedliwie potraktowanym kandydatem był Robert Redeker.

Proarabska polityka Francji

Można by rozmaicie wyjaśniać te niesłychane uprzedzenia, lecz jestem przekonany, że wywodzą się one ze złożonej historii stosunków między Francją a światem arabskim w ciągu ostatnich 150 lat. Oczywiście, w tej historii dominują zabiegi Francji o stworzenie zamorskich dominiów. Francuski kolonializm zaczął się w Algierii w 1830 r., rozszerzył się na Maroko i Tunezję, by wreszcie sięgnąć Syrii i Libanu – dwóch nowo powstałych państw, oddanych pod protektorat Francji decyzją traktatu wersalskiego po zakończeniu pierwszej wojny światowej. W Algierii okres kolonialny trwał najdłużej, bo do 1962 r., i był najbardziej bolesny. Ostatnie jego lata splamiła krwawa wojna o niepodległość, podczas której muzułmańskie duchowieństwo odegrało kluczową rolę nie tylko poprzez wspieranie wojskowych operacji Frontu Wyzwolenia Narodowego (FLN), lecz i przez to, że uczynili islam ideologią tej wojny.

Domniemanie, że tak obciążona przeszłość musi owocować silnym antagonizmem między byłą metropolią a byłymi koloniami, narzuca się samo. Tymczasem, co dziwne, fakty są wręcz odwrotne. Z wyjątkiem nieudanej sueskiej ekspedycji z 1956 r., kiedy to Francja weszła w koalicję z Wielką Brytanią i Izraelem przeciwko Egiptowi, kolejne francuskie rządy utrzymywały bardzo przyjazne stosunki z krajami arabskimi. Można wręcz powiedzieć, że jeżeli we francuskiej dyplomacji pod rządami Charles’a de Gaulle’a, Francois Mitterranda i Jacques’a Chiraca istniała w ogóle jakaś stała tendencja, to jest nią utrzymywanie mocnej pozycji Francji w proarabskim obozie.

Fundamenty tego sojuszu stworzył de Gaulle. Pod koniec wojny algierskiej uznał odbudowę dobrych stosunków z arabskimi przywódcami – zwłaszcza z rządem egipskim, który silnie wspierał FLN – za sprawę najwyższej wagi. W tym celu musiał jednak zerwać dyplomatyczne i militarne partnerstwo Francji z Izraelem, istniejące od 1948 r. Wojna sześciodniowa z 1967 r. dała mu pożądany pretekst. Najbardziej pamiętnym (i z pewnością najbardziej znanym) epizodem świadczącym o zmianie frontu była uwaga, jaką de Gaulle wypowiedział podczas konferencji prasowej w listopadzie 1967 r.? że Żydzi są „elitarnym, zadufanym w sobie i dominującym narodem”. Wymowa tego sformułowania nie uszła uwagi wybitnego komentatora i politologa Raymonda Arona, który uznał je za klasyczny antysemicki stereotyp. Był to ze strony de Gaulle’a sygnał zwrotu we francuskiej polityce zagranicznej, która odtąd miała nie ograniczać się do bliskich stosunków z Arabami, lecz przyłączyć się do sprawy antysyjonizmu.

Wolta de Gaulle’a wzmocniła inne ideologiczne tendencje francuskiego społeczeństwa – już silne w owym czasie i utrzymujące się do dziś. Pierwszą był tradycyjny wieloletni opór francuskich katolików wobec perspektywy powrotu Palestyny – Ziemi Świętej, miejsca narodzenia Jezusa – pod władztwo Żydów, których uważali za nieprzyjaciół Chrystusa. Na bardziej praktycznej płaszczyźnie Kościół zawsze zabiegał o dobre stosunki z islamskimi rządami, aby chronić interesy chrześcijaństwa w regionie. Początkowa sympatia Francji dla Izraela szkodziła tym staraniom, a teraz de Gaulle dał Kościołowi dyplomatyczny atut. Jeszcze bardziej długofalowe znaczenie miało poparcie wolty de Gaulle’a przez ideologicznych zwolenników państw niezaangażowanych, jak wówczas zwano Trzeci Świat. Z ich punktu widzenia syjonizm był niczym więcej niż jedną z form zachodniego kolonializmu, wspieranego obecnie przez brutalną siłę imperialistycznych Stanów Zjednoczonych. Z biegiem lat ów pogląd stał się niemal powszechnym credo francuskiej lewicy, nie mówiąc już o poprawnie myślących intelektualistach w innych krajach zachodnich.

Jak na ironię, wskutek bezmyślnej nienawiści do Izraela francuska lewica stała się znacznie bardziej antysemicka niż skrajna prawica, znana z wrogości wobec Żydów.

Stronniczość orientalistów

Ostatnim, choć nie zawsze docenianym, czynnikiem osobliwego stosunku francuskich elit do arabskiego świata jest wpływ francuskich orientalistów. Kolonializm sprawił, że francuskie wyższe uczelnie jako jedne z pierwszych zaczęły tworzyć i rozwijać programy studiów bliskowschodnich i afrykanistycznych. Jednak ta dziedzina, mimo wielu osiągnięć, od początku była skażona jednym z najohydniejszych ideologicznych podskórnych prądów istniejących we francuskim społeczeństwie. Pierwszy z wielkich orientalistów – Louis Massignon (1883 – 1962) – katolicki intelektualista, który publikował swe pierwsze książki sto lat temu, gdy Francja była pochłonięta sprawą Dreyfusa – był otwarcie powiązany z kręgami antysemickimi. Po nim pojawiło się słynne trio? Jacques Berque (1910 – 1995), Maxime Rodinson (1915 – 2004) i Vincent Monteil (1913 – 2005).

Monteil, znawca Indonezji, przeszedł na islam i po drugiej wojnie światowej popierał rozmaite prawicowe teorie negujące realia Holokaustu; Rodinson, Żyd, był komunistycznym działaczem w okresie zimnej wojny. Z kolei Berque, wychowany w kolonialnym Maroku, tak długo mieszkał w arabskich krajach (w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie), że z czasem zatracił zdolność zachowania krytycznego dystansu. Gdy pracowałem w sekcji kulturalnej Ambasady Francuskiej w Kairze, Berque uraczył mnie pewnego dnia przy lunchu opowiadaniem o swej całkowitej asymilacji z kulturą arabską. Na początku lat 70. podróżował po Iraku, udając Marokańczyka, i jako taki został zaproszony przez imama wielkiego meczetu do komentowania wersu Koranu podczas piątkowego nabożeństwa. Gdyby go zdemaskowano jako intruza, groziłaby mu śmierć – ale, jak zaznaczył z satysfakcją, mówił tak płynnie po arabsku (był jedynym nie-Arabem w gronie członków Egipskiej Akademii Języka Arabskiego) i tak dogłębnie znał przedmiot, że żaden Irakijczyk nie rozpoznałby w nim Francuza. Identyfikacja Berque’a z Arabami nie ograniczała się wyłącznie do sfery kultury.

Z perspektywy czasu w jego politycznych wypowiedziach można dostrzec wyraźny schemat. Powstanie Państwa Izrael nazywał aktem bezprawia i utrzymywał, że żydowskie państwo nie przetrwa dłużej niż parę lat. W 1967 r. przepowiadał, że Nasser zetrze Izrael z mapy. Pod koniec lat 80. uznał Saddama Husajna za wielkiego socjalistę i świeckiego przywódcę, który przyniesie Bliskiemu Wschodowi demokrację, i domagał się, by Francja traktowała go jako dobrego przyjaciela – lecz ten pogląd nie zyskał liczącego się poparcia wśród elit krajów takich jak Egipt.

Na nieszczęście dzisiejsi spadkobiercy tradycji orientalistów we Francji żywią podobne uprzedzenia, a ich polityczne oceny nie są bardziej wiarygodne. Giles Kepel w książce „The War for Muslim Minds” („Wojna w sercu islamu”, 2004) nie tylko utrzymuje, że islamizm poniósł klęskę, a al Kaida wyczerpała swe siły, lecz posuwa się wręcz do uznania ataków z 11 września za akt desperacji. Olivier Roy, autor książki „Globalised Islam” (Islam zglobalizowany, 2004), postrzega islamizm jako rewolucyjny program, który odpowiada na powszechne aspiracje, nawet jeśli wyraża się reakcyjnym językiem. Inny naukowiec, Francois Burgat, dowodzi w książce „Face to Face with Political Islam” („Twarzą w twarz z politycznym islamem”, 2005), że zamiast zwalczać islamskich przywódców, zachodnie państwa powinny nawiązać z nimi przyjazny dialog.

Nie imputuję tym uczonym braku wiedzy o politycznej sytuacji w świecie arabskim. Mam im za złe to, że tworzą zniekształcony obraz tej sytuacji – moim zdaniem, rozmyślnie. Powodowani pragnieniem niedopuszczenia, by Zachód czuł się w jakimkolwiek sensie zagrożony przez islam i Arabów, minimalizują zarówno znaczenie radykalnego islamu, jak i zagrożenia, jakie stanowi on dla międzynarodowego pokoju i wolności.

Wbrew temu, co głoszą sami islamiści, francuscy orientaliści uparcie powtarzają, że nie ma zderzenia cywilizacji. Te poglądy mają daleko idące reperkusje dla politycznej debaty we Francji. Współczesne pokolenie orientalistów rządzi wszechwładnie francuskimi mediami, jest zawsze obecne w radiu i telewizji. Jego reprezentanci zapewniają społeczeństwo, że widoczna dla każdego postępująca islamizacja europejskich przedmieść nie stanowi żadnego zagrożenia. Sugerują, że problem z Izraelem polega na samym fakcie istnienia tego państwa. Otwarcie starają się wzbudzić sympatię dla Hamasu, Hezbollahu i Iranu, co widać w gazetach takich, jak „Le Monde” i „Libération”, oraz lansują pojęcie islamofobii (terminu ukutego przez irańskich duchownych) jako środka delegitymizacji wszystkich, którzy (jak Redeker) mogliby ulec pokusie posiadania innych niż oni poglądów.

Krwawy plon dżihadu

Nie jestem ani orientalistą, ani ekspertem w dziedzinie islamu. Jednak spędziłem lata na Bliskim Wschodzie i w innych muzułmańskich krajach i wiem, że sytuacja w islamskim świecie ma niewiele wspólnego z pobożnymi życzeniami owej rzeszy francuskich naukowców, dziennikarzy i przywódców politycznych. Wystarczy spojrzeć na mapę świata – na Czeczenię, Izrael, Autonomię Palestyńską, Liban, Iran, Irak, Afganistan, Sudan, Somalię, Kaszmir, południową Tajlandię i południowe Filipiny – by zobaczyć, że najbardziej niszczycielskie wojny, toczące się dziś na naszej planecie, to wojny mające charakter dżihadu. Ich siłą napędową jest islamizm.

Mam świadomość, że widoczne we Francji nasilanie się antysemityzmu, w połączeniu z coraz powszechniejszą wśród naszych elit tendencją do mówieniu o Izraelu jako tymczasowym państwie, to zjawisko nie tylko groźne same w sobie, lecz i złe dla Francji. W republice zbudowanej na fundamencie wolności i równości trudno znaleźć miejsce dla takich szkodliwych idei. Demoralizację niełatwo okiełznać, a moralne i intelektualne kompromisy, które pozwalają wykształconym ludziom negować charakter i realia współczesnej walki z islamizmem – walki, przed którą stoi cały Zachód – wkrótce utorują sobie drogę na inne płaszczyzny publicznego życia.

Udało mi się skontaktować z Robertem Redekerem, pocztą elektroniczną, dopiero kilka tygodni po tym, jak ukrył się wraz z rodziną. Nadal był w szoku. „Nie przypuszczałem, by coś podobnego mogło się zdarzyć w naszej starej republikańskiej Francji’ – napisał do mnie ze stoicyzmem w krótkim mejlu. Ja także nie przypuszczałem, ale wszystko się zmienia. We Francji już zdarzają się rzeczy niegdyś nie do pomyślenia.

Christian Delacampagne, tłum. Elżbieta Gołębiowska
Christian Delacampagne jest profesorem francuskiej literatury i filozofii naUniwersytecie im. Johna Hopkinsa. Ukończył Sorbonę, pracował jako nauczyciel we francuskim systemie oświaty i wsekcjach kulturalnych kilku francuskich ambasad. Artykuł ukazał się w styczniowym wydaniu „Commentary Magazine”

Reklamy