Świat według goryli

Źródło: Tygodnik Powszechny: Świat według goryli
26.03.2007

Z Bartłomiejem Dobroczyńskim, psychologiem, rozmawia Michał Kuźmiński

MICHAŁ KUŹMIŃSKI: – Starsi się przy tym gubią, a znamy to zjawisko także z własnego podwórka, choćby z przypadku molestowania Ani, która popełniła później samobójstwo – filmowanie i umieszczanie w internecie scen przemocy. Po co?

BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI: – Przemoc jest częścią ludzkiego świata od zarania dziejów. Jest wręcz archetypem osiągania pozycji społecznej. Z jednej strony nie chcemy jej, ale z drugiej podskórnie pamiętamy, że jest przydatna. Nawet sport jest próbą skanalizowania przemocy: dobrze być zwycięzcą, ale z przegranym nic się nie dzieje. Umiejących przegrywać się ceni.

Tymczasem kultura, w której żyjemy, w poszukiwaniu odbiorców, zbytu na swoje produkty, poszła w stronę zainteresowań ludzi na poziomie biologicznym: seksu i przemocy. Jeżeli należę do stada goryli, to interesuje mnie tylko to, z kim mogę kopulować i kto ma prawo do większej ilości kopulacji – a to wynika z miejsca w hierarchii, którą ustala się przemocą.

– Tyle że kultura powinna sublimować takie instynkty.

– Sublimująca presja kultury słabnie ze względu na interesy rządzących światem ponadnarodowych korporacji, wskutek czego naturalne podmioty hamowania tego rodzaju aktywności, jak państwo, szkoła czy Kościół, tracą wpływy na rzecz lansowanej przez korporacje małpiej wizji świata: masz komórkę, samochód, dobrą pracę, jesteś przystojny – masz więcej lasek, jesteś lepszy, będą cię bardziej lubić. Więcej: jeśli tego nie będziesz miał, żadna laska na ciebie nie spojrzy. Jesteś dobry, bo ty masz, a inni – nie.

Ten schemat pojawia się w mediach: w reklamie, w reality shows, w których podtrzymuje się zasadę, że nie tylko należy fetować zwycięzców, ale i upokorzyć pokonanych. Zaczyna to być modelem dla funkcjonowania społecznego. Nominacje i eliminowanie, znane z programów pokroju „Big Brothera”, są z punktu widzenia goryla bardzo dobre. Pokazują, co się podoba, a co nie. I wiele naszych zachowań sprowadzają do podstawowej zasady: przetrwają najpiękniejsi czy najsilniejsi.

Każdy może dziś robić zdjęcia, kręcić filmy, i to zgodnie z obowiązującym modelem: musi być zwycięzca i pokonany, a więc walący po mordzie i walony. Po co? Bo taki jest model, na tym polega świat.

Decydujące jest to, że z niektórych programów nie wynika, iż mamy w nich do czynienia z fikcją. W „Big Brotherze” autentyczni ludzie odnoszą autentyczne korzyści, w „Najsłabszym ogniwie” przegranych upokarza się jako prywatne osoby, nie aktorów. Nawet w przypadku publicznych egzekucji była sankcja prawna, tu natomiast dzieje się tak wyłącznie na potrzeby widowiska. Potrzeba czynienia z wszystkiego widowiska zakorzeniła się w mentalności. McLuhan mówił „medium is the message” (medium jest przekazem) – skoro tak, to określone media wymuszają określoną dramaturgię. Komórka daje możliwość sfilmowania rzeczywistej sytuacji zgodnej z wzorcem widowiska. Wzorca niepochodzącego z fikcyjnych filmów, ale z pokazujących rzeczywistość programów.

– Pewnie stąd znacznie ciekawsze od nagrywania aranżowanych scenek okazało się nagrywanie prawdziwej przemocy.

– To ciekawsze, bo zgodne z gotowością na sytuację, w której masakrując innych zwiększa się własne szanse na kopulację. Oczywiście mądry goryl wie, że jeśli pozabija wszystkich, straci stado, w którym jest bezpieczny. U zwierząt rywalizacja przeplata się ze współpracą.

– Pojedynek wilków służy ustaleniu hierarchii, a nie upokorzeniu przeciwnika.

– Wilk przyjmuje przegraną. U ludzi ten związek z naturą został rozregulowany.

– McLuhan był zwolennikiem twardego determinizmu. Medium determinuje przekaz, a internet czy komórki pozwalają nie tylko na oglądanie, ale też na tworzenie przekazów. Czy jednak komórka, „narzędzie zbrodni” w naszej kieszeni, wymusza takie zachowanie, czy raczej mu sprzyja? Nie wszystkie dzieci filmują sceny przemocy, choć większość ma komórki.

– Sprzyja, nie wymusza. Zaś decyduje społeczny kontekst. Badania pokazują, że postępowanie dzieci wcale tak bardzo nie zależy od rodziny, lecz od bliższego i dalszego środowiska: grupy rówieśniczej. Jedyna droga do wpływania na takie zjawiska może prowadzić przez grupę rówieśniczą i przez ów szerszy kontekst, czyli np. przez media. Ale to oczywiście postulat antyliberalny, bo zakłada, że ktoś musi decydować, co powinno być w mediach. Nie jest to jednak sprawa polityczna. Weźmy np. wolność wypowiedzi. Jeśli we Francji ma być karany i ten, kto bije, i ten, kto filmuje, to ów drugi może się bronić, że to jego sposób wypowiedzi. Nasza mentalność każe myśleć, że kto robi show, jest niewinny. Co więcej – że nie ma nic lepszego, niż robić show. Nie ma cię w telewizji – nie żyjesz.

– Czy portalowi internetowemu działającemu wg tzw. filozofii Web 2.0 – czyli dającemu tylko ramy, które treścią wypełniają użytkownicy – np. YouTube, można zarzucić, że propaguje przemoc?

– To odwieczny problem, na który pewnie nikt nie odpowie. Ja też.

Co więc robić? Albo zabrać się za edukację – ale to nazbyt często rozbija się o drobiazgi; albo za media – tu z kolei czasem wychodzi z tego coś dobrego, a czasem totalitaryzm. Istnieje dialektyka wolności i bezpieczeństwa – gdy wzrasta bezpieczeństwo, to maleje wolność, i odwrotnie.

– Ten dylemat przeżywają Stany Zjednoczone z ustawą Patriot Act.

– Dokładnie. Liberał powie, że każdy ma prawo do wolności wypowiedzi, a sądy mają rozdzielać zachowania mieszczące się w ramach tej wolności od nawołujących do przemocy, obraźliwych itp. Ale to sytuacja, gdy chodzi o dzieci, ryzykowna. Trudno się zgodzić, by dzieci robiły, co chcą, a w sądach i poprawczakach będziemy decydować, czy doszło do nieszkodliwego wybryku, czy przestępstwa.

Nie jestem prawicowcem, przeciwnie, ale w tej kwestii myślę jak prawica. Jestem za edukacją, tyle że jak tu edukować w świecie, w którym nie ma już hierarchii wartości? Ludzkość staje się zbiorem pojedynczych konsumentów. To oni są ostateczną instancją decydującą o tym, co się im podoba, a co nie. Przy czym kształtują ich korporacje narzucające potrzeby, których wcześniej jakoś nie było.

– A zatem jesteśmy skazani na podobne zdarzenia?

– Niestety, tak. Co by się musiało stać, żeby ten scenariusz nie zaczął się sprawdzać? Wyobrażam to sobie wyłącznie w obliczu bardzo silnego zewnętrznego zagrożenia. W USA wygenerowała je Al-Kaida. Ale dla Polski jest ono za małe.

– A przekładając to na młodocianych filmujących sceny przemocy? Jaki bodziec musiałby zadziałać, żeby dostarczyć wartości przekraczające czystą konsumpcję?

– Nie może u nich dojść do żadnej refleksji, bo dzieci nie są jej w stanie wygenerować z przyczyn rozwojowych. To sprawa dorosłych. Tymczasem okres burzy hormonalnej to wiek, w którym postanowiono młodzież zebrać w gimnazjach. Spodziewanie się po nich w tym momencie, że będą zachowywać się dorośle, jest bezmyślnością dorosłych. Dotychczas dzieci nie odpowiadały za swoje czyny jak dorośli i odpowiadał za nie kto inny, dlatego że zakładano potrzebę zewnętrznego nacisku regulującego ten stan. Reklamy mówią inaczej: „zaufaj pragnieniu”, „nie poddawaj się restrykcjom”. Dlaczego? Bo to grupa konsumencka. Trafia się do nich puszczając oko i omijając rodziców, Kościół czy szkołę.

– Francuzi zdecydowali się karać skutki, Pan rozkłada ręce nad przyczynami… Możemy dać jakiś pozytywny trop wychowującym?

– Wyobrażam sobie tylko jeden: jakość, pokazywanie pozytywów w kulturze i nauce, fascynowanie rzeczami trudniejszymi do zdobycia, ale dającymi więcej satysfakcji niż bezmyślna przemoc czy aktywności typu „Jackass”. Francuzi wiedzą, że dzieci pójdą do McDonalda, ale mimo to poznają w szkołach sztukę kulinarną Francji. Dzieci uczy się rozróżniać gatunki serów, co nie powstrzyma ich przed hamburgerami. Ale gdy będą miały 17 lat, to w nich wróci. Ten typ oddziaływania można przełożyć na wszystkie inne wartości.

Gorzej, że struktura postępu faworyzuje młodych: to dzieci uczą dorosłych, jak obsługiwać komórkę czy internet. Młody człowiek nie czuje, że musi uznać autorytet starszego, bo ów jest od niego w czymś lepszy.

– Wobec tego kroki podejmowane przez ministra Giertycha, mające zwiększać szacunek dla szkoły, wydają się sensowne.

– Tak i nie. Tak – bo wszelki przejaw dbania o bezpieczeństwo jest godny pochwały. Nie – bo płynie to z wizji, z którą się nie godzę. Problem nie w tym, czy odosabniać najgorszych bądź czy ubrać uczniów w mundurki. Głównym problemem jest to, by nauczyciel zyskał szacunek uczniów. A to możliwe jest tylko wtedy, jeśli nauczyciel będzie fachowcem, lubiącym to, co robi, i któremu zależy na losie uczniów jako ludzi.

– Odpowiedzią na twierdzenie, że przemoc w mediach rodzi przemoc, jest tzw. hipoteza katharsis, twierdząca, że oglądając sceny przemocy rozładowujemy napięcie, uspokajamy się.

– Istnieje typ przemocy katarktycznej, z którą mamy do czynienia np. w sporcie.

– A gry komputerowe?

– Myślę, że tu jest tak samo. Choć fachowcy mówią, że jest to przeciw naturze. Człowiek nie lubi zabijać. Badania prowadzone na żołnierzach podczas wojen pokazywały, że wielu z nich strzelało tak, żeby nie zabić. Pewien amerykański generał stwierdził nawet, że w krótkim czasie dzięki komputerom wychowaliśmy pokolenie niebojące się pociągnięcia za spust.

Gorsze są sytuacje, w których sankcjonowana jest przemoc sprawiająca wrażenie autentycznej. Ta tworzy model funkcjonowania w życiu codziennym; przekonanie, że tak można. Gdy Andrzej Lepper mówi: „Panie Tusk, pan płaczesz, nic się panu nie udało”, nikt nie mówi, że nie jest to sposób prowadzenia dyskursu w Sejmie. Gdy o. Rydzyk mówi o szambie, wszyscy powinni zareagować. Młody człowiek nie dostaje wyraźnego sygnału od kultury, w której żyje, że jest to zachowanie naganne.

– A więc nie chodzi tylko o reality shows.

– Ależ polityka to reality show. Telewizja jako najpowszechniejsze medium jest dostarczycielem standardów życia publicznego. Jeśli młodzi widzą, że tak można, to jak tu mieć pretensje o ich zachowania?

Watykan nie wyśle bombowców przeciwko al Kaidzie – antychrześcijańskie prześladowania

Źródło: Rzeczpospolita: Watykan nie wyśle bombowców przeciwko al Kaidzie
29.03.2007

Islamscy ekstremiści chcą polować na chrześcijan, bić, zabijać. Od katolików Bóg nie żąda zabicia wszystkich idiotów na ziemi

Rz: Europie, która wstydzi się swych korzeni, mówi pan o nękaniu chrześcijan. To takie niemodne…

Thomas Grimaux : Nie zależy mi, by być modnym. Próbuję zwrócić uwagę na antychrześcijańskie prześladowania, także w Europie. Są prześladowania podstępne i krwawe. Podstępne można znaleźć na przykład w filmach, w których ksiądz katolicki jest ośmieszany. Chodzi o negatywne nastawienie do wszystkiego co katolickie. Ale są też napaści na księży, pastorów, popów. W Kosowie i Bośni niszczono kościoły. W dawnym bloku wschodnim większość świątyń była ograbiana, profanowana – stały się salami kinowymi, jeśli nie chlewami…

Znajduje pan dziś takie przypadki?

Na przykład turecka okupacja północnej części Cypru. Kościoły nie służą tam za świątynie. Jeden pełni nawet funkcję toalety publicznej. Kilka miesięcy temu do katedry w Paryżu weszła grupa homoseksualistów, by urządzić „ślub” dwóm kobietom. Proboszcz prosił, by sobie poszli, a oni go pobili. Nienawiść narasta. W imię laickości chce się zakazać widocznych znaków religijnych. Stewardesa, która nosiła krzyżyk, została zwolniona z pracy. Przestano wysyłać życzenia bożonarodzeniowe, robić żłóbki, stawiać choinki.

Przejaw głupoty?

Zdarzają się idioci, ale ja mówię o celowych działaniach orędowników laickości zwalczających obecność Kościoła.

Po opublikowaniu karykatur Mahometa płonęły ambasady. Dlaczego chrześcijanie nie wyjdą na ulice?

Po publikacji karykatur, tak jak po przemówieniu Benedykta XVI w Ratyzbonie, doszło do krwawych starć. W Egipcie zginęło dziesięciu Koptów. Zamordowano katolicką zakonnicę. Islamscy ekstremiści mają wolę urządzania polowań na chrześcijan, bicia, zabijania. Od katolików Bóg nie żąda zabicia wszystkich idiotów na ziemi.

Mówię o reagowaniu.

W krajach takich jak Francja trudno organizować protesty, bo prawie nie ma już praktykujących katolików. Jest nas może trzy – pięć procent. Gdybyśmy chcieli manifestować, nie byłoby nas dużo.

Co chce pan osiągnąć, dokumentując prześladowania?

Rozpoznać rzeczywistość, o której się zapomina albo której się nie zna. Są cztery źródła prześladowań chrześcijan. Pierwsze to komunizm. W Chinach o niektórych biskupach katolickich nie wiadomo, czy jeszcze żyją, są w więzieniach. Miliony katolików nie mogą praktykować religii. Drugie – hinduizm. Trzecie – islamski ekstremizm, z Arabią Saudyjską na czele. Katolik, który odmawia różaniec w domu, może zostać zatrzymany, wsadzony do więzienia, torturowany. Czwarty występuje w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych. To laicyzm, który chce sprowadzić religię do sfery prywatności, promuje niepohamowany liberalizm i relatywizm.

Jak z tym walczyć?

Z punktu widzenia doktryny katolickiej zawsze będą prześladowania, a my musimy się modlić za prześladowców. Z politycznego punktu widzenia trzeba wrócić do zdrowej koncepcji państwa, polityki i religii. Watykan nie wyśle bombowców przeciw al Kaidzie. Nie my podkładamy bomby w Arabii Saudyjskiej, nie my mordujemy w Chinach. Katolicy nie robią awantur w lokalach dla homoseksualistów, to ci ostatni przychodzą do katedry. Trzeba być dumnym ze swej wiary. Widzieć rzeczy takimi, jakie one są, i nie bać się o tym mówić.
rozmawiała Małgorzata Tryc-Ostrowska

Thomas Grimaux – francuski dziennikarz, autor książki „Prześladowania antychrześcijańskie w świecie” współpracuje z międzynarodową organizacją Pomoc Kościołowi w Potrzebie.

Inne artykuły o prześladowaniu chrześcijan i ich sytuacji w Afryce, na Bliskim Wschodzie i Azji:
Chrześcijanie giną w obronie wiary
Podejrzani, kontrolowani, prześladowani – prześladowania w Chinach i na Dalekim Wschodzie
Cierpią w samotności – prześladowania w krajach Islamskich
Królestwo nietolerancji – Chrześcijanie w Arabii Saudyjskiej
Laicki fundamentalizm – dyskryminacja Chrześcijan w Europie
Wstydź się swojej wiary – brak tolerancji dla chrześcijan w Europie i USA
Kościoły pełne nieochrzczonych katolików – sytuacja Chrześcijan w Indiach
Ziemia Święta bez chrześcijan – Chrześcijanie w Ziemi Świętej
Za zdradę Allaha groziła mu śmierć – sytuacja apostatów w krajach islamskich
Najłatwiej zabić w czasie modlitwy – wojujący islam w Afryce
Na straconej pozycji – Chrześcijanie w Nigerii
Być Koptem – Chrześcijanie w Egipcie
Cierpią w samotności – Chrześcijanie na celowniku
Watykan nie wyśle bombowców przeciwko al Kaidzie – antychrześcijańskie prześladowania

Giną, bo wierzą w Chrystusa – prześladowania Chrześcijan

Źródło: Rzeczpospolita: Giną, bo wierzą w Chrystusa
29.03.2007

W krajach Trzeciego Świata zabijanych jest coraz więcej chrześcijan. W niektórych państwach ich sytuacja jest gorsza niż w Rzymie za czasów Nerona

W jednej ze szkół w nigeryjskim mieście Gombe chrześcijańska nauczycielka uczyła muzułmańskie dzieci. W dniu, w którym przeprowadzała trudne egzaminy, obrażeni na nią podopieczni oskarżyli ją o”zbezczeszczenie Koranu”.

Kobieta została wywleczona z klasy na boisko szkolne. Tam dzieci dokonały na niej zbiorowego linczu. Rozwścieczony, krzyczący „Allah Akbar!” tłum długo bił i kopał leżącą nauczycielkę. Według nigeryjskiej gazety „This Day” konającą kobietę podpalono.

Co roku na całym świecie dochodzi do tysięcy zbrodni na wyznawcach Chrystusa. Zarówno duchowni, jak i wierni są zarzynani, bici, topieni, kamienowani i paleni. Nie pozwala się im praktykować wiary, wtrąca do więzień i obozów koncentracyjnych. Na porządku dziennym jest palenie świątyń.

– Chrześcijanie są najbardziej prześladowaną grupą religijną na świecie. Ico ciekawe, padają ofiarą wyznawców tych religii, które powszechnie uznawane są za najsilniej dyskryminowane: muzułmanów, hinduistów czy buddystów -powiedział „Rz” dr Grzegorz Kucharczyk, autor książki „Pod rządami półksiężyca” (wydana przez Christianitas).

Krzyż to zakazany symbol

Szczególnie w krajach muzułmańskich chrześcijanie traktowani są jak obywatele drugiej kategorii. Na terenie Arabii Saudyjskiej zabronione są nawet prywatne praktyki chrześcijańskie. Za posiadanie Biblii grozi zaś aresztowanie przez specjalną policję religijną. Doszło nawet do tego, że tamtejszy rząd zwrócił się swego czasu do skandynawskich ambasad, aby nie wywieszały flag narodowych… bo widnieje na nich symbol krzyża.

Grzegorz Kucharczyk zwraca uwagę na zaskakującą asymetrię. -Arabia Saudyjska pakuje miliony petrodolarów w budowę meczetów w Europie. Jednocześnie nie dopuszcza nawet myśli o tym, żeby pozwolić na zbudowanie na swoim terenie kościoła -podkreślił.

Wyjątkowo ostre, zinstytucjonalizowane prześladowania wymierzone w chrześcijan stosowane są jednak przede wszystkim w krajach komunistycznych – ChRL, Korei Północnej, Wietnamie, Laosie.

Obozy i egzekucje

Według amerykańskiej organizacji International Christian Concern w obozach koncentracyjnych w Korei Północnej przebywa od 50 do 100 tysięcy chrześcijan. – To, co dzieje się w tym kraju, to prawdziwy horror. Za samo posiadanie Biblii ludzie są stawiani przed plutonem egzekucyjnym. Cała ich rodzina trafia zaś do obozu -powiedział „Rz” Jeremy Sewall z ICC. Tortury, głód, wyjątkowo ciężka praca, mrożące krew w żyłach eksperymenty medyczne. Ze zbudowanych według sowieckich wzorców obozów mało kto wychodzi żywy. -W Korei można czcić tylko jednego boga: Kim Dzong Ila. To wyjątkowo zazdrosny bóg, który nienawidzi wszelkiej konkurencji – podkreślił Sewall.

Zachodu to nie obchodzi

Według ekspertów każdego dnia na prześladowania narażonych jest 200 milionów wyznawców Chrystusa. Niestety, nie mogą liczyć na pomoc potężnych krajów chrześcijańskich z Europy i Ameryki. – Cywilizacja zachodnia odchodzi od swoich chrześcijańskich wartości i nic jej nie obchodzą cierpienia współwyznawców w Trzecim Świecie. Ze względu na polityczną poprawność Europejczycy po prostu wstydzą się upomnieć o wyznawców Chrystusa -mówi Sewall.

Podkreśla, że najważniejsze światowe media, takie jak „New York Times”, CNN czy BBC, po prostu odmawiają pisania o prześladowaniach chrześcijan. – Ci ludzie czują się opuszczeni i zapomniani – powiedział „Rz” Jeremy Sewall.
PIOTR ZYCHOWICZ

Ostatnie przypadki prześladowań chrześcijan na świecie

Irak

Dwa dni temu w położonym na północy Kirkuku zamordowano w bestialski sposób dwie katolickie zakonnice. Jedna miała 85, druga 79 lat. Jedna została zaszlachtowana w ogrodzie własnego domu, drugą mordercy dopadli w łóżku, gdzie leżała po przebytej kilka dni wcześniej operacji.

Trynidad i Tobago

Nieznani sprawcy zamordowali protestanckiego pastora podczas odprawiania porannej mszy. Morderca przystawił mu pistolet do głowy i dwukrotnie nacisnął spust. Kevin Austin zginął na miejscu. Brutalnego mordu dokonano na oczach wiernych, w tym wielu małych dzieci.

Uzbekistan

Sąd skazał ewangelickiego duchownego Dimitra Szestakowa na cztery lata pobytu w kolonii karnej o zaostrzonym rygorze. Uznano, że propagował religijny ekstremizm. Warunki panujące w uzbeckich łagrach określane są jako straszliwe.

Chiny

W prowincji Henan brutalnym represjom poddano żonę jednego z tamtejszych pastorów. Gdy upomniała się o skonfiskowane jej rzeczy – telefon komórkowy, komputer i Biblię – została brutalnie pobita przez funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa. Następnie osadzono ją w areszcie za „zakłócanie porządku publicznego”. p.z.

Wykształciuchy płyną z prądem – czyli lustracja na uniwersytetach

Źródło: Rzeczpospolita: Wykształciuchy płyną z prądem
28.03.2007

Prawdziwy intelektualista czy choćby inteligent to nie ten, który idzie ze wszystkimi, płynąc z prądem powszechnej w środowisku opinii, ale ten, kto potrafi się jej przeciwstawić, odważnie broniąc opinii niepopularnych. Ale dziś w środowiskach naukowych niewielu jest odważnych, którzy chcieliby płynąć pod prąd – pisze Tomasz Terlikowski, publicysta „Rzeczpospolitej”

Histeria pracowników naukowych trwa. Kolejne uczelnie i wydziały wydają oświadczenia, w których sprzeciwiają się „łamaniu sumień”, „atakowi na niezależność wyższych uczelni” czy nawet „zamachowi na demokrację”. Rektorzy – w imię wierności powołaniu naukowca – sugerują, jak ominąć prawo, przechodząc ze stanowiska profesora na stanowisko asystenckie. A wszystko przy wsparciu czy wręcz pod wpływem niechętnej jakiejkolwiek lustracji części mediów, które kreują niechętnych oczyszczeniu pracowników nauki na bohaterów sumienia porównywalnych tylko z tymi, którzy przed laty sprzeciwiali się komunizmowi.

Nacisk środowiska

Tyle tylko, że akurat obecnie odwagi trzeba raczej do tego, by głosić poglądy prolustracyjne. Zwolennicy oczyszczenia środowiska są skutecznie marginalizowani. – Istnieje niezwykle silna presja środowiska, by nie głosić poglądów prolustracyjnych. Część moich kolegów nie przyznaje się do tego, że jest za oczyszczeniem, bo obawia się, że ich projekty badawcze zostaną utrącone – opowiada jeden z pracowników naukowych niższego szczebla Uniwersytetu Warszawskiego. – Istnieje także bardzo silny nacisk, by decyzje podejmować jednogłośnie, bez sprzeciwu.

Przyznaje to, choć niezwykle ostrożnie, nawet prof. Mirosława Grabowska, którą trudno posądzić o poglądy bliskie rządowi PiS. – Ja nic takiego nie odczułam, może dlatego, że jestem przyzwyczajona do bycia w mniejszości. Ale zgłaszają się do mnie od dwóch – trzech dni młodsi koledzy z innych wydziałów, którzy opowiadają o naciskach – mówi prof. Grabowska. – Ale nawet jeśli nie ma nacisków, to doskonale widać zmianę atmosfery na antylustracyjną.

To właśnie ta atmosfera sprawia, że wiele osób podpisuje się pod apelami o zaprzestanie lustracji. A żeby podpisów było odpowiednio dużo, listy podsuwane są przez profesorów doktorantom i początkującym doktorom, którzy bez szemrania je podpisują. – Nie ma oczywiście przymusu, ale trudno odmówić człowiekowi, od którego zależy twoja kariera – opowiada historyk do niedawna związany z jednym z polskich uniwersytetów.

Nacisk środowiska jest tak mocny, że z wykonywania ustawy lustracyjnej wycofują się nawet ci, którzy początkowo ją wspierali. Na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie rektor prof. Karol Musioł ogłosił, że zrealizuje ustawę lustracyjną, niezwykle ostre naciski na niego trwały tak długo, aż zdecydował się wstrzymać przesyłanie oświadczeń lustracyjnych do momentu orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego. W oświadczeniu przekazanym mediom swoje stanowisko wyjaśnia wątpliwościami prawnymi. Jednak nieoficjalnie w Krakowie sugeruje się, że nie mniej istotną przyczyną tej decyzji były niezwykle mocne naciski środowiska naukowego, które przeciwne jest jakiejkolwiek lustracji.

Środowisko nieoczyszczone

Skąd bierze się tak mocny nacisk na wstrzymanie lustracji? Poza słuszną krytyką niektórych rozwiązań prawnych zastosowanych w ustawie powodem może być absolutna niechęć do oczyszczenia środowiska w ogóle. W polskiej nauce nadal jako autorytety funkcjonują profesorowie, którzy jak Eugeniusz Duraczewski, karierę zrobili w peerelowskiej propagandzie historycznej. I nikomu nie przeszkadza, że jeszcze w 1987 roku przekonywał on w oficjalnych publikacjach, że za mordem polskich oficerów w Katyniu stali Niemcy, a nie Sowieci. – Profesorowie, którzy pisali magisteria i doktoraty z myśli ekonomicznej Stalina, nadal pracują. I dla nich jakiekolwiek wspomnienie o oczyszczeniu jest niedopuszczalne – wskazuje dr Piotr Gontarczyk, historyk z IPN.

Brakuje w tym środowisku nawet próby dokonania moralnej oceny współpracy z SB. Bo choć kilku starszych profesorów przeniesiono na emerytury po ujawnieniu ich współpracy z bezpieką, to inni nadal funkcjonują w swoich środowiskach. Profesor Andrzej Garlicki (KO Pedagog), choć przyznał się do podpisania deklaracji współpracy, a z informacji podawanych przez media wynika, że współpracował z bezpieką do roku 1989 – nie tylko nie zaprzestał działalności badawczej, ale wciąż uchodzi za eksperta i wybitnego specjalistę.

Takich historii może być zresztą o wiele więcej. – Środowisko naukowe obok dziennikarskiego i prawniczego było jednym z najlepiej zinfiltrowanych w Polsce. Na razie trudno jednak o jednoznaczne dane procentowe ilości agentury – podkreśla dr Gontarczyk. A dr Tomasz Ochinowski, socjolog i psycholog z Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego, konkluduje: – Komunistom udało się przetrącić moralny kręgosłup inteligencji humanistycznej. Aby robić karierę w naukach społecznych, szło się na ustępstwa. I to widać do tej pory.

Zapewne dlatego tak niechętnie – szczególnie na wydziałach humanistycznych – patrzy się nie tylko na przypominanie niewygodnych wydarzeń z przeszłości, ale nawet na badania nad historią najnowszą. – Na spotkania IPN czy Ośrodka Myśli Politycznej w Krakowie przychodzi wyłącznie inteligencja techniczna, humaniści otwarcie je ignorują – podkreśla Michał Szułdrzyński, doktorant na Uniwersytecie Jagiellońskim i redaktor naczelny kwartalnika „Nowe Państwo”.

Inteligencja w opozycji

Ogromne znaczenie dla podtrzymywania histerii wokół oświadczeń lustracyjnych ma również fakt programowej opozycyjności elit naukowych wobec PiS. – Do dobrego tonu należy wyśmiewanie się ze zdolności naukowych Lecha Kaczyńskiego. I mało kto chce pamiętać, że po elektryku i niedoszłym magistrze mamy obecnie prezydenta doktora habilitowanego – opowiada dziekan Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu ks. prof. Paweł Bortkiewicz. – Zdarzają się oczywiście inne poglądy, ale traktowane są one trochę jak underground.

Programowa antyrządowość, podobnie zresztą jak przyłączenie się do antylustracyjnej nagonki, sprawia wrażenie najprostszego sposobu na załapanie się na intelektualne salony.

Tyle tylko, że ci wszyscy, którzy próbują polepszyć sobie w ten sposób samopoczucie, mogliby pamiętać, że prawdziwy intelektualista czy choćby inteligent to nie ten, który idzie ze wszystkimi, płynąc z prądem powszechnej w środowisku opinii, ale ten, kto potrafi się jej przeciwstawić, broniąc opinii niepopularnych. Obecnie zaś taką niepopularną opinią wśród naukowców pozostaje opowiedzenie się po stronie oczyszczenia własnego środowiska.

Tomasz P. Terlikowski

Był świetny w pracy, ale jako Steve, nie Susan

Źródło: Rzeczpospolita: Był świetny w pracy, ale jako Steve, nie Susan
28.03.2007

Steve Stanton był uważany za znakomitego skarbnika miejskiego, dopóki nie postanowił zostać kobietą. Rada miasta Largo na Florydzie natychmiast go zwolniła

Los urzędnika wzbudza wiele kontrowersji. Jedni widzą w nim obrońcę ostatniej dyskryminowanej mniejszości seksualnej kraju. Inni agenta liberalnych mediów, który zagraża resztkom moralności.

Takiej sławy Stanton, który już w sierpniu ma się przemienić w Susan, wcale nie chciał. Choć od dawna czuł się źle w skórze mężczyzny, dopiero w wieku 48 lat zdecydował się na przeprowadzenie operacji zmiany narządów płciowych. Na transformację męża zgodziła się po latach rozmów żona, choć ostrzegła go, że odtąd będą ich łączyły już wyłącznie więzi uczuciowe.

– Ona nie chce zostać lesbijką – wyjaśnia dziennikarka sieci CBS, która rozmawiała z małżonkami. – Steve natomiast jest gotów nadal sypiać z żoną. Jej zdaniem z posiadaniem dwóch mam nie ma problemów nawet 13-letni syn Stantonów.

Znacznie trudniej do zmiany płci skarbnikowi było jednak przekonać1200 pracowników samorządu Largo, którzy mu podlegają. Aby uniknąć szoku, Stanton opracował plan stopniowego powiadamiania współpracowników o swojej decyzji. Z tej strategii nic jednak nie wyszło, gdy „życzliwy” kolega doniósł o zamiarach Stantona lokalnej gazecie. Sensacja szybko rozniosła się po całej Florydzie, a gdy przed urzędem Largo zjawiły się setki gejowskich i transseksualnych aktywistów – sprawa nabrała wymiaru narodowego.

W miniony weekend rada miasta pięcioma głosami przeciwko dwóm zdecydowała, że dla skarbnika pracy już nie ma. Od tej pory rajcy starają się przekonać media, że zmiana płci nie ma nic wspólnego z tą decyzją. Wskazują na trudny charakter Stantona i wypominają, że kiedyś zwolnił pracownika, gdy ten nie przyszedł do pracy, bo w czasie huraganu został z samotną matką.

Organizacje transseksualistów twierdzą, że trudności z zaakceptowaniem swojej męskości lub kobiecości przeżyło nawet kilkaset tysięcy Amerykanów. Tylko jeden procent, czyli 12 tysięcy osób, zdecydował się jednak na operację zmiany płci. A i w tej grupie zaledwie dziesięć procent to mieszkańcy małych miasteczek i wsi.
Jędrzej Bielecki z Waszyngtonu

Piekło istnieje naprawdę

Źródło: Rzeczpospolita: Papież: piekło istnieje naprawdę
28.03.2007

Grzesznicy będą się smażyć w ogniu piekielnym po wsze czasy – ostrzegł Benedykt XVI

Piekło nie jest wcale religijnym symbolem, który został wymyślony po to, żeby zastraszać wiernych i zmusić ich do przestrzegania dekalogu. Jak powiedział papież, jest to realne miejsce, w którym grzesznicy cierpią katusze w ogniu piekielnym.

Piekło od wieków fascynowało artystów. Przykładem jest obraz Fra Angelico z 1431 roku

Ojciec Święty podkreślił, iż w dzisiejszym nowoczesnym świecie wiele osób zapomniało, że „nie przyznając się do popełniania grzechów i nie obiecując poprawy, skazuje się na wieczne potępienie”.

– Bóg dał ludziom wolną wolę, aby mogli sami wybrać, czy chcą być zbawieni – powiedział Benedykt XVI w homilii wygłoszonej w parafii w Fidene na przedmieściach Rzymu.

Odpowiedzialność za czyny

Papież – cytowany przez brytyjski „The Times” -podkreślił, że piekło, „o którym tak mało się mówi w naszych czasach, jest miejscem dla tych, którzy zamykają serce na Jego miłość”. Wypowiedź ta została odebrana jako sprzeciw Benedykta XVI wobec nowej, liberalnej wizji Kościoła forsowanej po Soborze Watykańskim II.

– Zgodnie z nią wszyscy, niezależnie od swoich czynów i od tego, czy czują skruchę za grzechy, po śmierci pójdą prosto do nieba – powiedział „Rz” Michael Akerman z katolickiej organizacji Pro Ecclesia et Pontifice. – Tymczasem każdy musi ponosić odpowiedzialność za własne czyny – podkreślił.

Autorytet Kościoła

Według Akermana konsekwencje stanowiska liberałów mogą być bardzo poważne. – Ludzie, którym wmawia się, że wszystko im wolno, nie tylko więcej grzeszą, ale w ogóle odsuwają się od religii. Miejmy nadzieję, że Benedykt XVI dalej będzie przywracał Kościołowi jego autorytet -powiedział.

To nie pierwsze tego rodzaju działania papieża. Kilka miesięcy temu Watykan nakazał episkopatom wielu krajów (m.in. Niemiec, Hiszpanii i Włoch) poprawienie fragmentu liturgii mszy świętej.

Chodziło o słowa towarzyszące przeistoczeniu wina w krew Chrystusa. „Bierzcie i pijcie z niego wszyscy? to jest bowiem kielich krwi mojej nowego i wiecznego przymierza, która za was i za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów…” – mówi polski kapłan do klęczących wiernych. W wielu krajach łacińskie sformułowanie „pro multis” (za wielu) zostało podczas opracowywania liturgii w językach narodowych przetłumaczone jako „za wszystkich”. Według Stolicy Apostolskiej w ten sposób wypaczono sens eucharystii, sugerując, że każdy niezależnie od jego czynów czy stosunku do Kościoła zostanie automatycznie zbawiony.

Działania Benedykta XVI wywołują niezadowolenie liberalnych katolików. – Jezus zbawia wszystkich! Gdy dowiaduję się o takich wystąpieniach papieża, jest mi bardzo przykro – powiedział „Rz” Jon O’Brien, przewodniczący wpływowej amerykańskiej organizacji Katolicy za Wolnym Wyborem.

Jego zdaniem papież usiłuje przywrócić „Kościół oparty na strachu”. – Nie chcemy chyba wpajać w młodych ludzi wizji Kościoła, którego trzeba się bać? Chcemy ich uczyć o Kościele, który jest źródłem miłosierdzia – podkreślił O’Brien. – Poza tym katolicyzm nie może się wiecznie separować od nowoczesnego świata .

To nic nowego

Zdecydowane wystąpienie Ojca Świętego na temat piekła wywołało ożywioną dyskusję również we Włoszech.

– Słowami Benedykta XVI nikt nie powinien być zaskoczony – powiedział „Rz” znany historyk Kościoła prof. Agostino Paravicini Bagliani. Zwrócił uwagę na to, że Joseph Ratzinger wyrażał takie stanowisko, jeszcze zanim został papieżem. -To, że przez jakiś czas papieże o czymś nie mówią, nie znaczy, że to nie istnieje – tłumaczy prof. Bagliani. Nie wyklucza on, że Benedykt XVI zdecydował się przypomnieć o istnieniu piekła ze względu na to, że coraz więcej ludzi odwraca się od chrześcijańskich wartości.

– Słowa papieża dla wielu Europejczyków mogą być szokujące. Piekło wydawało się im bowiem mitem – powiedział „Rz” włoski historyk. -W minionym wieku mieliśmy do czynienia ze spadkiem wiary w wieczne potępienie. Po doświadczeniu wojen światowych i totalitaryzmów wielu ludzi uznało, że piekło jest tu, na ziemi.
PIOTR ZYCHOWICZ

Rosyjski niedźwiedź i chiński smok, czyli romans z rozsądku

Źródło: Rzeczpospolita: Rosyjski niedźwiedź i chiński smok, czyli romans z rozsądku
27.03.2007

Za rządów Władimira Putina na linii Moskwa – Pekin doszło do zmian, o jakich nikomu się nie śniło jeszcze dekadę temu. Ale o sojuszu za wcześnie mówić – to raczej romans z rozsądku.

Chiński przywódca Hu Jintao zaczął wczoraj trzydniową wizytę w Rosji i już może być pewien, że zakończy się ona sukcesem. Oba kraje mają podpisać umowy gospodarcze o łącznej wartości około 4,3 mld dolarów. Eksperci zgodnie twierdzą, że relacje chińsko-rosyjskie są najlepsze w historii. I jak powiedział minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow, „nic nie jest w stanie ich zakłócić”.

Podstawą tego ocieplenia nie są osobiste sympatie czy wspólnota idei, ale zbieżność doraźnych interesów. Oba kraje łączy stosunek do Ameryki. Zarówno Rosja, której relacje ze Stanami Zjednoczonymi wyraźnie się w ostatnich latach pogorszyły, jak i Chiny, regularnie krytykowane w raportach Pentagonu za tempo i „nieprzejrzystość” zbrojeń, uważają amerykańską dominację nad światem za źródło poważnego zagrożenia dla własnych interesów. Robią więc wszystko, by utrudnić Ameryce prowadzenie wielkomocarstwowej polityki. Przykładem są rosyjsko-chińskie działania na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ w sprawie Iranu czy powołana z inicjatywy obu państw Szanghajska Organizacja Współpracy.

Ta niepozorna w momencie narodzin grupa zrzeszająca także byłe republiki sowieckie w Azji Środkowej okazała się – wedle słów samego Putina – „zaskakująco skuteczna”. Rosyjski prezydent nie wyjaśnia w czym, ale w Waszyngtonie i tak to wiedzą:w ograniczaniu wpływów USA w tym kluczowym regionie. Rosyjsko-chińskie partnerstwo nie jest jednak tylko reakcją na działania Stanów Zjednoczonych. Zaczęło żyć własnym życiem, nabierać własnej dynamiki.

Rosja ma gigantyczny przemysł zbrojeniowy, ogromne zasoby wiedzy naukowej i bogactw naturalnych, ale słabą gospodarkę. Chiny rozwijają się w zawrotnym tempie, ale potrzebują nowoczesnych technologii (w tym wojskowych) i coraz więcej surowców energetycznych, by podtrzymać wzrost. Co więcej, dla Moskwy dalekowschodni kierunek energetycznej ekspansji stanowi bardzo atrakcyjną alternatywę wobec nadąsanych odbiorców europejskich. I dodatkowy instrument nacisku na nich: jak nas zdenerwujecie, poślemy ropę Chińczykom.

Ten romans z rozsądku podszyty jest jednak nieufnością. Starsi mieszkańcy Pekinu pamiętają jeszcze czasy, gdy radziecka ambasada w centrum miasta oblężona była przez złowrogi tłum czerwonogwardzistów, a Mao szykował naród do wielkiej wojny z ZSRR. Wśród Rosjan panuje obawa, że w dalszej perspektywie wzrost Chin może oznaczać schyłek Rosji. Jak pisze rosyjska prasa, szczególnie odczuwalne jest to w dalekowschodniej części kraju, gdzie na słabo zaludnione tereny zjeżdża coraz większa rzesza chińskich imigrantów.

Z kolei Chińczycy podejrzewają, że Rosji wcale nie zależy na wzroście chińskiej potęgi, o czym świadczyć może rozgrywanie przeciwko sobie Pekinu i Tokio w kwestii dalekowschodnich dostaw rosyjskiej ropy. Obawiają się, że gdy Rosja stanie na nogi, nie będzie już tak przyjazna. Na razie jednak obie strony uznają, że w przewidywalnej przyszłości nie powinny się siebie bać. Wspólnota doraźnych interesów sprawia, że nie współpracować zwyczajnie nie ma sensu.
Piotr Gillert, zastępca kierownika działu zagranicznego „Rzeczpospolitej”

Wykładowcy i naukowcy w sieci SB

Źródło: Rzeczpospolita: Akademicy w sieci SB
26.03.2007

Po 1956 roku najważniejszym środkiem werbunku w środowiskach akademickich był paszport. Ale znam też przypadek osoby, która jako TW doszła do stanowiska rektora jednej z uczelni wyłącznie z nienawiści do innego profesora, którego chciała zniszczyć donosami – mówi znany historyk i politolog w rozmowie z Joanną Lichocką

Rz: Co pan myśli, kiedy słyszy pan protesty środowisk akademickich przeciw składaniu oświadczeń lustracyjnych?

Antoni Dudek: Ja złożyłem oświadczenie lustracyjne na Uniwersytecie Jagiellońskim i nie mam poczucia, że jakieś moje prawa osobiste zostały naruszone, choć rozumiem, że ktoś może czuć inaczej. Byłem przeciwny modelowi lustracji, który zakłada składanie oświadczeń na tak wielką skalę. Jestem za otwarciem archiwów, by wszystkie dokumenty, z zastrzeżeniem sfery intymnej, były dostępne dla wszystkich zainteresowanych. Senaty uczelni wyższych po zapoznaniu się z ustaleniami, które poczyniliby historycy lub dziennikarze, musiałyby podejmować indywidualne decyzje, czy chcą mieć w swoim gronie danego konfidenta SB.

Skąd tak gwałtowny protest pracowników wyższych uczelni?

Dla niektórych to część protestu przeciw obecnemu układowi rządzącemu. Inni uważają rzeczywiście, że coś się niedobrego dzieje, i nie chcą dowodzić, że nie są wielbłądem. I są tacy, którzy chronią swoją przeszłość. Na Uniwersytecie Jagiellońskim nie słychać tak gwałtownych protestów jak na przykład na Uniwersytecie Warszawskim, bo na krakowskiej uczelni już ujawniono wielu współpracowników SB, w tym dyrektora Instytutu Historii. Na większości polskich uczelni jednak wciąż występuje niepisana presja środowiska naukowego, by się tym po prostu nie zajmować.

Czy można oszacować, ile osób ze środowiska naukowego mogło być uwikłanych we współpracę z SB?

Nikt w SB nie prowadził tak szczegółowych statystyk. Mamy jednak dane z połowy lat 70. o wykształceniu tajnych współpracowników SB w całym kraju. O ile wśród ogółu społeczeństwa około 4 proc. ludzi miało wtedy wyższe wykształcenie, to wśród TW było ich 37 proc.

Niewykształceni mniej interesowali SB?

Chłop z zapadłej wsi był mało atrakcyjnym współpracownikiem, bo czego esbecy mogli się od niego dowiedzieć? Nauczyciele akademiccy, lekarze, prawnicy, dziennikarze mieli większe skłonności do kontestowania ustroju. Tam był ferment opozycyjny, kontakty z Zachodem. Środowiska te kształtowały też postawy społeczne i SB chciała mieć przez nie wpływy.

Jak duże były te wpływy?

W całej Polsce od połowy lat 40. liczba agentów systematycznie wzrastała. W 1956 r. sieć gwałtownie się załamała. Potem znowu była odbudowywana. Na uczelniach ważną cezurą jest Marzec ’68, bo kierownictwo bezpieki i partii dochodzi do wniosku, że za mało wiedziało o tym, co się dzieje w szkołach wyższych. W konsekwencji zaczęła się znacząca rozbudowa agentury. Apogeum przypada na lata 80. Mamy dane z lat 1981 – 1983, które mówią, że w warszawskich szkołach wyższych liczba tajnych współpracowników wzrosła z 58 do 124. A tajny współpracownik to tylko jedna z kategorii. I tak na przykład w Krakowie w 1981 roku na UJ działało 18 tajnych współpracowników, 25 kontaktów operacyjnych i 11 kontaktów służbowych. Tajny współpracownik był najwyższą formą współpracy agenturalnej, ale zgodnie z instrukcjami pracy operacyjnej, które obowiązywały po 1970 roku, nie można było jako TW rejestrować członków PZPR. Oni zostawali kontaktami operacyjnymi. Z 25 kontaktów operacyjnych 90 proc. to z pewnością członkowie PZPR. Wreszcie kontakty służbowe – to najbardziej dyskusyjny rodzaj agentury. Były to osoby funkcyjne – dziekani, prodziekani czy nawet prorektorzy, czyli ludzie, którzy z racji sprawowanej funkcji spotykali się z oficerami SB. Ale nie oznacza to, że każdy, kto zajmował funkcję kierowniczą, był kontaktem służbowym. Stawał się nim ten, kto wyraźnie wykazywał większą chęć do rozmowy z SB niż inny. Gdy dawał sygnały gotowości udzielania informacji, to był rejestrowany.

Mamy jeszcze jakieś dane?

Na Politechnice Warszawskiej w 1982 roku było 49 tajnych współpracowników i prawdopodobnie jeszcze więcej kontaktów operacyjnych. W tej grupie są zarówno studenci, jak i pracownicy administracji oraz nauczyciele akademiccy. Ale jaka była proporcja poszczególnych grup, możemy spróbować się dowiedzieć na przykładzie agentury na KUL w Lublinie. W 1983 roku było tam 39 TW. W 1988 roku liczba ta wzrosła do 50, z czego 23 było pracownikami naukowymi. Ale te dane nie obejmują wywiadu cywilnego, czyli Departamentu I MSW. Wywiad miał na uczelniach niezależną sieć nieuwzględnioną w danych, które podałem.

Jakie jeszcze rodzaje specsłużb PRL zajmowały się wyższymi uczelniami?

Najbardziej znaczące uniwersytety były przedmiotem zainteresowania kontrwywiadu i wywiadu, bo tam było dużo kontaktów zagranicznych. Mniejsze ośrodki były domeną Departamentu III, który zajmował się rozpracowywaniem opozycji i środowisk inteligenckich. A KUL zajmował się Departament IV, bo to uczelnia kościelna.

Wielu naukowców mówi, że rutyną było podpisywanie zobowiązania przed wyjazdem za granicę i składanie raportów po powrocie. Że każdy musiał tak robić.

Nieprawda. Nie każdy nauczyciel akademicki, który wyjeżdżał za granicę, musiał być zwerbowany. Wiele osób wyjeżdżało, choć nigdy niczego nie podpisało. Ale były i takie, które nigdzie nie wyjeżdżały, bo nie chciały niczego podpisać. Jedno jest prawdą – po 1956 roku najważniejszym środkiem werbunku w środowiskach akademickich był paszport. Były też inne – wypadek samochodowy, sprawy obyczajowe, ale też i chęć awansu. Znam przypadek osoby, która doszła do stanowiska rektora jednej z najważniejszych uczelni w Polsce i była tajnym współpracownikiem wyłącznie z nienawiści do innego profesora, którego chciała zniszczyć donosami.

Ta sprawa została ujawniona i opisana?

Wciąż czeka na swojego autora, choć w PRL była to postać znana, piastowała wysokie godności państwowe. Warto natomiast pamiętać, że wywiad PRL zajmował się przede wszystkim środowiskami polonijnymi oraz tzw. ośrodkami dywersji ideologicznej. Historyk, który chciał pojechać do Instytutu Sikorskiego czy Instytutu Piłsudskiego, był w znacznie gorszej sytuacji od biologa, który jechał do Francji albo do Szwecji, by się zajmować badaniami DNA.

Były uczelnie bardziej i mniej zinfiltrowane? Bardziej lub mniej „czerwone”? Do jakiego stopnia elita intelektualna PRL była świadomie kształtowana?

Tym zajmowała się PZPR. Byli wyznaczeni towarzysze, którzy prowadzili politykę kadrową uczelni. W drugiej połowie lat 80. studiowałem historię na UJ i nie mogłem wyjść ze zdumienia, że wśród wykładowców jest magister w wieku przedemerytalnym. Nazywał się Andrzej Kozanecki i dobiegał sześćdziesiątki. Nie rozumiałem, dlaczego magister w tym wieku wciąż pracuje na uczelni, dlaczego jest otoczony szacunkiem starszej kadry i dlaczego prowadzi ćwiczenia z historii PRL. Dopiero kilka lat później z akt krakowskiej PZPR się dowiedziałem, że był on na przełomie lat 60. i 70. sekretarzem komitetu krakowskiego PZPR i głównym architektem polityki kadrowej w krakowskich szkołach wyższych. Decydował o akceptacji wniosków o profesurę czy o wydaniu paszportu na wyjazd zagraniczny. W stanie wojennym został I sekretarzem PZPR na uniwersytecie. Na UJ trzymano go jeszcze w latach 90. Tego typu towarzyszy na uczelniach było więcej.

Z tego, co pan mówi, środowisko naukowe ma poważny problem z rozliczeniem się z przeszłością.

Tu są dwie kwestie. Pierwsza to sprawa tajnej współpracy z SB. Druga – zupełnie jawnej współpracy z reżimem PRL, co po roku 1989 odkreślono grubą kreską. Pomijając likwidację Akademii Nauk Społecznych przy KC PZPR, szkoły partyjnej, której wykładowcy rozeszli się zresztą bez większych problemów po innych szkołach wyższych, nie przeprowadzono żadnych procedur weryfikacyjnych. W NRD po 1989 roku od razu zwolniono niemal wszystkich wykładowców nauk społecznych i pokrewnych. Podobnie w Czechach. Tymczasem szkolnictwo wyższe w III RP uległo swoistej petryfikacji, a wielu ludzi skompromitowanych w czasach PRL wciąż odgrywa w nim istotną rolę.

Jest na to sposób?

Trzeba liczyć na proces biologicznej wymiany. Czas na gruntowną zmianę elit akademickich był po roku 1989. Usuwanie teraz kogoś z uczelni tylko dlatego, że przed 1989 rokiem był gorliwym marksistą, byłoby absurdalne, zwłaszcza że on już przecież dawno zmienił poglądy. Sensowniejsze wydaje się wprowadzenie takiego modelu kariery akademickiej, który pozwoliłby na szybszy awans i samodzielność młodych naukowców, a zarazem wyeliminował tych profesorów, którzy swoją karierę w większym stopniu zawdzięczają partii czy bezpiece niż rzeczywistym dokonaniom naukowym.

Czemu tego jeszcze nikt nie opisał?

Jest presja środowiskowa. Poza tym to wymaga przedarcia się przez ogromną liczbę dokumentów. Łatwo jest opisać konkretną sprawę, jeśli zachowała się teczka pracy agenta, natomiast pisanie przekrojowych zagadnień, np. opisanie dużego uniwersytetu, jest zadaniem ogromnym. Materiały są rozproszone, trzeba je jak mozaikę zbierać i układać. Historycy zaczęli to robić dopiero teraz. Dane, które podałem, pochodzą z badań nad KUL, UJ i środowiskami akademickimi w Warszawie. W ciągu roku, dwóch możemy się spodziewać pierwszych publikacji.
Rozmawiała Joanna Lichocka

Antoni Dudek jest politologiem i historykiem z UJ, doradcą prezesa IPN. Ostatnio wyszła jego książka „Historia polityczna Polski 1989 2005”

Zagrożenia dla Kościoła w Polsce

Źródło: Rzeczpospolita: Szukając korzeni zła
17.03.2007

Czy Kościołowi w Polsce grozi powtórka ze skandali homoseksualnych w Ameryce i Irlandii? Niekoniecznie, jeśli trafnie zdiagnozuje się sytuację i zacznie stosować narzucone przez Stolicę Apostolską zasady postępowania

Gdy jeszcze kilkanaście miesięcy temu rozmawiałem z polskimi duchownymi o watykańskiej deklaracji zakazującej wyświęcania homoseksualistów na duchownych, wydawało się, że ta sprawa wprost nas nie dotyczy. Większość księży sugerowała, że jest to problem Amerykanów, którzy tolerują w seminariach subkulturę gejowską i nie aprobują katolickiego nauczania w tej kwestii. Tylko nieliczni przyznawali wówczas (a i to raczej półsłówkami), że problem ten niebawem może pojawić się i w Polsce.

Jak może być poważny, pokazują na razie pogłoski. Trzech suspendowanych (w odniesieniu do jednego z nich karę zawieszono) duchownych w Płocku to dopiero początek – sugerują coraz częściej w prywatnych rozmowach księża i świeccy z innych diecezji. Już teraz wymienia się przynajmniej trzy miasta, w których sytuacja ma być równie poważna, a może nawet poważniejsza niż w Płocku. Nieoficjalnie przyznaje się, że w jednej z ważniejszych metropolii w Polsce księża są typowani na parafie ze względu na swoją orientację, w innej diecezji zdecydowana większość pracowników kurii ma mieć nieukrywane preferencje homoseksualne.

Czy tak rzeczywiście jest, trudno na tym etapie oceniać. Jeśli jednak choćby część tych rewelacji okaże się prawdziwa, Kościół w Polsce stanie wobec kolejnego kryzysu, którego skala może przyćmić nawet to, z czym mieliśmy do czynienia w sprawach lustracyjnych. Czy tak się stanie, zależy w znaczącym stopniu od tego, czy wcześniej uda się zaadaptować i zastosować watykańskie procedury postępowania z księżmi, którzy popełniają nadużycia seksualne wobec nieletnich lub nawet pełnoletnich pozostających wobec nich w służbowej czy hierarchicznej zależności.

Zero tolerancji

Procedury te zaś są jasne. W przypadku pojawienia się jakichkolwiek pogłosek o przestępstwach seksualnych duchownego musi zostać o tym poinformowana Kongregacja Nauki Wiary. Jeśli zaczynają się one w najmniejszym stopniu potwierdzać, konieczne jest odsunięcie podejrzewanego o nie duchownego od pracy duszpasterskiej z dziećmi, a jeśli zostaną ostatecznie potwierdzone, następuje suspensa, a następnie ostateczne wydalenie ze stanu duchownego.

I nie chodzi tu tylko o prawne oczyszczenie czy pozbycie się problemu, ale o zachowanie poprawnego rozumienia urzędu kapłańskiego. Ksiądz przez sam fakt swoich święceń na najgłębszym poziomie staje się ikoną Chrystusa. Istotą jego służby nie jest więc bycie urzędnikiem kultu religijnego, ale uobecnienie przez swoją posługę obecności Bożej. „Istotą rzeczy nie jest kara, lecz ikonografia. Ksiądz, który seksualnie wykorzystuje dzieci, okrutnie oszpecił siebie jako żywe przedstawienie Chrystusa (…) Czyż notoryczne grzechy tego rodzaju nie czynią człowieka niezdolnym do objawiania w sobie tego duchowego ojcostwa, które jest istotą katolickiego kapłaństwa?” – retorycznie pyta katolicki myśliciel i teolog George Weigel w pracy „Odwaga bycia katolikiem”.

Sporne w tej kwestii pozostaje więc nie tyle to, czy wydalać ze stanu duchownego przestępców seksualnych, ile to, kogo uznać za przestępcę. Czy jednorazowy akt molestowania homoseksualnego licealisty powinien skutkować usunięciem ze stanu duchownego, czy też w takiej sytuacji można nałożyć pokutę i zaufać księdzu? Zdaniem kard. Avery’ego Dullesa może to wystarczyć, ale tylko jeśli upadek był jednorazowy, a później nastąpiła wieloletnia nienaganna służba.

W Polsce jednak na razie większym problemem niż nadmierna surowość, przed którą ostrzega kard. Dulles, wydaje się nadmierna pobłażliwość wobec księży, którym udowodniono przestępstwa seksualne. O wiele częstsze pozostaje u nas załatwianie sprawy po amerykańsku, czyli przenoszenie duchownego do innej parafii i próba ukrywania jego skłonności przed wiernymi.

Pasterze chroniący wilki

Niewiele wskazuje, by w polskich diecezjach zalecenia Stolicy Apostolskiej były rzeczywiście realizowane. Pokazuje to przykład Płocka, gdzie ordynariusza informowano o nieodpowiednich zachowaniach seksualnych swoich podwładnych, ale ignorował te sygnały. I to mimo iż dokumenty watykańskie jasno stanowią, że już samo pojawienie się pogłosek o molestowaniu seksualnym nieletnich jest powodem nie tylko do rozpoczęcia procedur wyjaśniających, ale również do poinformowania o tym Stolicy Apostolskiej.

Blokowanie przepływu takich informacji lub co gorsza tuszowanie spraw przez biskupa może (a niekiedy powinno) stać się powodem jego odwołania. Pewien typ zaniechania staje się bowiem współuczestnictwem, które uniemożliwia dalsze wypełnianie posługi biskupiej. Nie może być bowiem pasterzem ktoś, kto chroni wilki porywające młode owieczki – by posłużyć się starą metaforą. Niestety, jak pokazują działania Stolicy Apostolskiej, w tej kwestii jest ona o wiele ostrożniejsza. Kard. Bernard Law został wprawdzie odwołany ze stolicy biskupiej, kiedy ujawniono, że po wybuchu skandalu seksualnego w swojej diecezji próbował go tuszować, ale inni biskupi pozostali na swoich stanowiskach. W Polsce, choć w krycie abp. Juliusza Paetza zamieszanych było kilku czołowych hierarchów (choćby tych, którzy nie przekazali listu z dokumentacją sprawy Janowi Pawłowi II), nikt nie poniósł najmniejszych konsekwencji.

Ikona Chrystusa

Ukaranie winnych jednak nie wystarczy. Konieczne jest jeszcze zdiagnozowanie przyczyn pojawienia się takich problemów w polskim Kościele. W tej kwestii nie wystarczy posiłkowanie się twierdzeniami sformułowanymi już przez amerykańskich badaczy problemu. Polska sytuacja jest zupełnie inna. Polscy duchowni i teolodzy wciąż nie mają problemów z głoszeniem ortodoksyjnej nauki Kościoła w dziedzinie moralności, a lobby gejowskie nie wkroczyło jeszcze do duszpasterstw czy seminariów.

Jedyną cechą wspólną sytuacji w Polsce i Stanach Zjednoczonych czy Irlandii pozostaje widoczny w każdym z tych krajów postępujący kryzys tożsamości duchownych. Już bowiem nawet poprawne zrozumienie, czym jest katolickie kapłaństwo i jaka jest jego istota, w zasadzie powinno uniemożliwić wieloletnie wykorzystywanie nieletnich przez księży czy tym bardziej jego tolerowanie przez przełożonych. „Człowiek, który rzeczywiście wierzy, że jest tym, kim jest, zgodnie z nauką Kościoła katolickiego jako ksiądz – żywą ikoną Jezusa Chrystusa Syna Bożego – nie zachowuje się jak seksualny napastnik. Nie może zachowywać się w ten sposób. Owszem grzeszy. Owszem jest glinianym naczyniem przechowującym wielki nadprzyrodzony skarb: może wygłosić nieciekawe kazanie, jego wybór muzyki na niedzielną mszę może być godny ubolewania, może czasem udzielić złej porady. Ale nie wykorzystuje swojego urzędu, by uwodzić i wykorzystywać seksualnie nieletnich” – podkreśla cytowany już Weigel.

W obawie przed schizmą

Ten wspólny dla Polski i Stanów Zjednoczonych kryzys kapłańskiej tożsamości ma różne w obu tych krajach przyczyny. Amerykański katolicyzm przez lata był formowany przez teologów, którzy mniej lub bardziej otwarcie odrzucali nauczanie w kwestii teologii kapłaństwa oraz moralności katolickiej. Ich zachowanie było od 1968 roku tolerowane przez Pawła VI i jego następców, którzy obawiali się całkiem realnej schizmy.

Ta schizofreniczna sytuacja trwa zresztą również obecnie. Choć ponad rok temu Kongregacja Wychowania Chrześcijańskiego wydała dokument poświęcony zakazowi przyjmowania do stanu kapłańskiego homoseksualistów, spora część środowisk teologicznych w Stanach Zjednoczonych kontestuje ten zapis. A sam papież na swojego następcę w Kongregacji Nauki Wiary powołał abp. Williama Levadę, który przez 10 lat był ordynariuszem San Francisco (homoseksualnej stolicy świata) i nie zasłynął tam jako wytrwały propagator doktryny moralnej Kościoła. „Kłopotliwe dla tych, którzy patrzą na obecny pontyfikat z pełną nadziei uwagą, było też mianowanie przez Benedykta XVI George’a H. Niederauera na następcę Levady w San Francisco. Otóż w Salt Lake City biskup Niederauer cieszył się opinią, jak to się mówi, przyjaznego gejom” – zauważa ks. Richard J. Neuhaus w eseju „Rozejm roku 2005” opublikowanym w polskiej edycji „First Things”.

W Polsce nic takiego się nie dzieje. Ze świecą można by szukać teologów otwarcie kwestionujących nauczanie Kościoła w kwestiach moralnych czy sakramentów. A jednak poziom uwewnętrznienia tych prawd w umysłach kleryków i młodych kapłanów pozostaje często minimalny. Intelektualne zgłębianie prawd Kościoła, konieczne dla ich głębokiego przeżywania, nie jest bowiem najmocniejszą stroną polskiego katolicyzmu. Najlepiej pokazują to badania prof. Józefa Baniaka wśród byłych księży. Prawie 40 proc. badanych jako jeden z powodów odejścia z kapłaństwa podaje brak wiary w realność przeistoczenia. Jeśli zaś rzeczywiście tak jest – to powstaje pytanie, po co w ogóle przyjęli święcenia, i na ile duża jest grupa podobnie „niewierzących” duchownych pozostających w stanie kapłańskim?

Menedżerowie w koloratkach

Takie zaniedbanie formacyjne związane być może z dominującym modelem duszpasterskim, do jakiego przygotowuje się polskich kleryków. Mają być nie tyle przewodnikami duchowymi, pasterzami, ile ekspertami w dziedzinach wszelakich. Stosunkowo najrzadziej w kwestiach duchowych. Dlatego w wielu seminariach nie uczy się modlitwy kontemplacyjnej, nie próbuje wprowadzać w praktykę rozmaitych katolickich tradycji mistycznych. Wszystkie te wielkie techniki modlitewne zastąpić ma brewiarz. Ma, ale często nie zastępuje, bowiem jak wskazują cytowane już badania prof. Baniaka, gdy nadchodzi pierwszy poważniejszy kryzys, księża często najnormalniej w świecie przestają odmawiać swoje prawem przewidziane modlitwy. To zaś jest już pierwszy krok do upadku.

Wychowanie do modlitwy, ascezy, wyrzeczenia pozostać zatem powinny, poza formacją intelektualną, podstawowym elementem życia seminaryjnego. Nie ma powodów, by sprawdzone przez wieki sposoby radzenia sobie z pokusami (nawet jeśli są one tak nienowoczesne jak biczowanie, włosiennica czy lodowate prysznice), nie były nadal propagowane w seminariach. To, co pomagało w osiągnięciu świętości św. Franciszkowi czy Benedyktowi, może pomagać także ludziom współczesnym.

Podobnie jest zresztą z zapobiegawczym znaczeniem stroju duchownego. Normalnemu uczciwemu mężczyźnie o wiele trudniej przychodzi działanie niegodne, jeśli ma zostać dokonane w stroju, który określa jego kapłańską godność. Dlatego zupełnie niezrozumiała pozostaje coraz powszechniejsza wśród młodych duchownych niechęć do manifestowania swojego powołania w stroju. Niechęć ta pozostaje zresztą w pewien sposób skorelowana z liberalizacją postaw moralnych…

Odzyskać męskość

Problemem wydaje się także w wielu seminariach wciąż brak pełnej formacji do bycia mężczyznami. Celibat kapłański przeżywany powinien być przez pewnych swojej męskości i dojrzałych ludzi. Nie powinien oznaczać jej wyparcia, ograniczenia, wykastrowania, ale dopełnienie w wolnym wyborze służby Bogu i Kościołowi. Aby jednak ten wybór był rzeczywiście dojrzały i wolny, musi być ściśle powiązany z męskością, która wyraża się w pragnieniu miłości z kobietą i posiadania z nią dzieci. Kto takiego pragnienia nie posiada, komu pragnień tych nie pozwolono dostrzec i wysublimować, nie może w sposób właściwy przeżywać kapłaństwa.

Jak wynika z moich rozmów z klerykami i młodymi księżmi, dla wielu rektorów i kierowników duchowych w polskich seminariach ideałem pozostaje chłopak, który nie odczuwa pragnień życia rodzinnego i bycia z kobietą. To zaś może oznaczać, że idealnym kandydatem do kapłaństwa pozostaje dla nich ktoś, kto może posiadać skłonności homoseksualne. Bo chyba tylko taki mężczyzna nie odczuwa dojmującego pragnienia posiadania rodziny, które złożyć można w ofierze celibatu Bogu i Kościołowi. Brak uświadomienia sobie tego elementu kapłaństwa rodzi nie tylko niebezpieczeństwo przepuszczania przez sita duchowe homoseksualistów, ale również sprawia, że wielu duchownych zatraca w posłudze duszpasterskiej męskość. Miękki głos, delikatne ruchy pozostają zbyt często najłatwiej rozpoznawalną częścią osobowości polskich księży.

Co dalej?

Przyczyn pojawienia się w polskim Kościele coraz bardziej widocznego problemu homoseksualizmu i związanego z nim wykorzystywania dzieci można by zapewne podać więcej. Jednak niezależnie od takich możliwości jedno pozostaje pewne: jeśli polska hierarchia rzeczywiście nie chce, by powtórzyła się tu sytuacja z Irlandii czy USA, konieczne jest jak najszybsze wprowadzenie w życie (a nie tylko w słowa) wypracowanych przy okazji tamtych dramatycznych sytuacji standardów zachowania.

Aktywni homoseksualiści (heteroseksualiści zresztą także), szczególnie ci molestujący nieletnich lub osoby pozostające wobec nich w zależnościach służbowych, powinni być wydalani ze stanu duchownego. Nie należy z tym czekać do momentu opisania sprawy przez media. Wymaga tego zarówno miłosierdzie wobec ich ofiar, jak i wobec nich samych. Tolerowanie zła może bowiem prowadzić do błędnego wniosku, że pozostaje ono jakimś dobrem.

Kolejnym krokiem powinno zaś być takie przekształcenie struktur kształcenia seminaryjnego, by zamiast urzędników kościelnych, często nie do końca dojrzałych, wydawały one świadomych swojej wiary kapłanów, którzy potrafią i chcą się modlić, nie wstydzą się sutanny i koloratki, a ukojenia szukają w modlitwie, a niekoniecznie w spotkaniach towarzyskich… W tradycji katolickiej można znaleźć wiele metod kształtowania takich charakterów. Trzeba tylko do nich sięgać. I nie bać się, że zostanie się oskarżonym o anachronizm czy przestarzałość. O wiele lepiej mieć księdza we włosiennicy, który umie się opanować, niż księdza, który ociera się w czasie mszy świętej o ministrantów!
Tomasz P. Terlikowski

Demokratyczny millenaryzm

Źródło: Rzeczpospolita: Demokratyczny millenaryzm
17.03.2007

W latach 90. hasło końca historii miało nas pozbawić możliwości wyboru drogi modernizacji. Także i dziś nie słabnie tęsknota za rządami konieczności, która obwieszcza obywatelom swoje nieomylne wyroki

1.

Kiedy w latach 80 tych spotykałem mieszkańców zachodniej Europy zaskakiwała mnie ich obojętność wobec przeszłości. Sposób w jaki przeżywali politykę wydawał mi się gruntownie a historyczny – pozbawiony stałego wychylenia wstecz, które charakteryzowało nasze doświadczenie polityczności. W przeciwieństwie do nas, którzy jako problemy własne i współczesne przeżywaliśmy ideowe różnice okresu okupacji, międzywojnia, a nawet polskich powstań XVIII i XIX wieku – ich polityka działa się tu i teraz.

Kiedy myśmy rozpalali się do czerwoności Piłsudskim, Dmowskim i Sikorskim, ich zdumienie biorąc za dowód nieuctwa i braku horyzontów – oni ożywiali się dyskutując raczej o Kohlu, Reaganie i Thatcher niż Adenauerze, Roosevelcie i Churchillu o Cromwellu, Burbonach czy Bismarcku nawet nie wspominając. Historia była dla nas namiastką polityki, przeszłość stanowiła ersatz teraźniejszości. Przyzwyczajeni do życia w niewoli nie tylko nie potrafiliśmy wyobrazić sobie życia w wolnym państwie, ale obyczaje ludzi wolnych mieliśmy za gorsze i gorszące.
2.

PRL nie miał historii, bo historię – co oczywiste – mają tylko podmioty polityki. Tak jak czas jest miarą ruchu, historia jest miarą czynu. Dlatego luksus własnej historii posiadać mogą tylko wolne, suwerenne wspólnoty polityczne, wspólnoty, które działają – słowem twórcy politycznych dzieł (a nie materia z której te dzieła powstają). Przedmiotom polityki pozostaje tylko życie cudze, zegar bijący na ratuszu suwerena. Nie chodzi o to, że wspólnoty nie suwerenne istnieją poza historią, ale, że są elementami historii cudzej.

W tym sensie historia PRL-u stanowi podrozdział politycznej historii ZSRR – której poza historią rodzinną i prywatną wydarto niewiele: wyspy pisanych z dużej litery polskich miesięcy, antykomunistyczną partyzantkę, obchody milenium, historię polskiego Kościoła, opozycję demokratyczną, miesiące Solidarności, skrawki dziejów niezależnej kultury. W sumie niedługie okresy podmiotowości i pojedyncze wątki, które tworzyły historię tak krótką, że jeszcze w latach 80-tych czymś nieledwie współczesnym wydawała się polityka międzywojnia czy rzeczywistość tragicznej eksplozji politycznej suwerenności w Warszawie 44. Skoro podmiotowość, która pozwala tworzyć historię obdarza zarazem teraźniejszością – wspólnoty nie suwerenne muszą żyć wspomnieniami, albo, co gorsza, zmyśleniami.
3.

Nie jest dziś wyjątkowe przekonanie, że w 1989 roku nie weszliśmy w nurt historii, że zamiast skąpać się w niej po uszy, weszliśmy w nią tylko jedną nogą, połowicznie – wciąż z nadzieją wypatrując łódek niesionych cudzym nurtem. Na liście najważniejszych pojęć lat 90-tych podmiotowość, suwerenność polityki i kultury, tożsamość, interes narodowy czy racja stanu przegrały z ideami związanymi z transformacją ustrojową i gospodarczą. Próbę odpowiedzi na pytanie skąd idziemy i dokąd zmierzamy, pytanie jak w nowych warunkach zamierzamy realizować swoją tożsamość – zastąpiła pasja imitatorska (doganianie, dopasowywanie się, dostosowywanie etc.).

Ma to oczywiście pewien związek z doświadczeniem ogólniejszym niż polskie, które – jako koniec historii – językiem Kojeva i Hegla zapisał Francis Fukuyama. Skala i gwałtowność upadku komunizmu przywodziła na myśl wizje raczej eschatologiczne niż politologiczne, co wydawało się otwierać perspektywę jakby pozahistorycznego czasu. W nadchodzącej epoce wymarzonego przez Kanta wiecznego pokoju wielu wydawało się, że przygoda politycznego rozumu skończyła się na dobre. Skoro zaś dzieje polityczne osiągnęły swój kres, to jedynym co pozostaje do zrobienia są zadania dla maruderów, którzy najkrótszą i dobrze znaną drogą mają doszlusować do rozumnego oceanu trwania.

Gwałtowna krytyka, którą przyjęto tezy Fukuyamy nie powinna przysłonić faktu, jak dobrze odzwierciedlają one dość rozpowszechnione mniemanie dziedziców zachodniej cywilizacji, rodzaj pop heglizmu głoszącego, że – cokolwiek to znaczy – obecny model polityczny zachodu stanowi rozumny kres ewolucji ustrojowej świata. Jako taki może on po pierwsze podlegać korektom raczej niż głębokim przeobrażeniom, po drugie stanowi uniwersalny wzorzec dla innych, którzy jak się często sądzi znajdują się na wcześniejszych etapach rozwoju.

Kto nie wierzy niech weźmie pierwszą z brzegu europejską gazetę i zobaczy jak poważnie traktuje się tam przekonanie, że model własny stanowi wzorzec ustrojowego metra, a historia politycznego postępu, opisuje etapy upodabniania się świata do porządku obowiązującego w mieście gdzie znajduje się redakcja tej właśnie gazety.
4.

Rzecz jasna dla nas od wizji demokratyczno-liberalnych pop-heglistów ważniejsza jest polska wersja doktryny końca historii, ów polski millenaryzm, który stanowił ważny składnik ideowej otuliny transformacji. Choć dziś jest to koncepcja trochę zapomniana i pozbawiona głośnych obrońców – a i w przeszłości jak chcą niektórzy traktowana raczej instrumentalnie – to jest ona ciągle godna uwagi bo, podobnie jak wizja Fukuyamy, nie tylko posiada spory krąg wiernych i wpływowych wyznawców, ale dla bardzo licznej rzeszy nadal stanowi żywe kryterium oceny rzeczywistości politycznej. Pozostawienie wspólnoty politycznej poza strumieniem historii, i nasze ciągłe problemy z podmiotowością – a więc sprawy, z którymi zmagamy się do dzisiaj – pozostają z nią w ścisłym związku.
5.

Niesuwerenność, brak podmiotowości wspólnoty politycznej może przyjmować zarówno formę okupacji jaki i pewnych form złych (choć formalnie suwerennych) rządów np. oligarchii czy despotii. Jednak na poziomie kultury – zinterioryzowana przez wspólnotę – niesuwerenność zawsze wyraża się ideą rządów konieczności. Trudno wątpić, że obecny w krwioobiegu język konieczności, to dużo pewniejsza metoda paraliżowania podmiotowości od zawodnych przecież wojska czy tajnej policji. Potencjał podmiotowości kryje się w przekonaniu, że może być inaczej, i że to od nas – przynajmniej w jakimś stopniu – zależy jak będą się sprawy miały. Gdy ta myśl znika mamy do czynienia z niewolnikiem idealnym – z niewolą uwewnętrznioną. Pierwszy krok w nurt historii polega na odkryciu możliwości wyboru, na uświadomieniu sobie wielkiej rozmaitości możliwych scenariuszy i wreszcie, co bardzo ważne, na konstatacji ich wzajemnej niezgodności.

Jest to odkrycie niemożliwych do zażegnania sprzeczności pomiędzy konkurującymi wariantami marszruty i celów – bolesne odkrycie faktu, że wybór nie daje się podjąć na drodze uzgodnionej w ramach jakieś intersubiektywnie akceptowalnej procedury, w sposób który zdejmie z nas odpowiedzialność za ryzyko – przekładając je na barki władców, ekspertów czy pisanego z dużej litery rozumu.

Dlatego choć nic nie zwalnia nas z używania inteligencji, pamiętać należy, że polityczny rozum obdarza nas prawdopodobieństwem, a nie pewnością, że wielu obszarach musimy zdać się na wierność sobie, poczucie smaku czy wiarę i mimo tak niepewnych podstaw działać biorąc odpowiedzialność również za fatalne skutki swoich wyborów. Warunkiem suwerenności jest świadomość, że losem podmiotów politycznych jest konflikt racji i interesów, a działaniu nieodłącznie towarzyszy ryzyko, które można i należy pomniejszać, ale, którego niepodobna wyeliminować.
6.

W tym sensie projekt transformacyjny, przedstawiający pewien model demokracji i rynku jako jedyny i nie podległy negocjacji wzorzec do którego – co więcej – prowadzi tylko jedna droga próbował niemożliwego – miał zaprząc język konieczności do budowy wolnego państwa. Czy w ogóle nie widziano tu problemu, czy też zakładano, że modernizacja miała poprzedzać podmiotowość, (która tymczasem miała zadowolić się apolityczną sferą rzeczywistości „pozarządowej”) trudno dziś orzec. W tej sprawie opinie architektów były chyba dość różnorodne.

W każdym razie polityczna wolność miała być, przynajmniej na czas przemian, rodzajem „uświadomionej konieczności” celów, metod i kosztów modernizacji – i szło nie tylko o zasadnicze kierunki, ale i o najbardziej szczegółowe rozwiązania. Niepodległość nie zaowocowała wolną debatą ani nad przyszłym kształtem Polski, ani nawet nad sposobami działania, które doprowadzą ją do tego celu. Jako całkowicie bezalternatywny przedstawiano zarówno konkretny program reformy gospodarczej (inne były uważane po prostu za nierozumne), jak i transformacji ustrojowej. Związek władzy, racjonalności i doskonałych wzorców tworzyć miał wrażenie projektu, który w opozycji może mieć tylko głupców. Dziedziny tak spekulatywne jak ekonomia, prawo, ustrój polityczny przedstawiano jako systemy prawd, które nie podlegają żadnej dyskusji. O wszystkim orzekać mieli eksperci – kapłani konieczności, a pytanie o koszty przemian brali na siebie Panglossowie transformacji zawsze gotowi dowieść, że żyjemy na najlepszym ze światów, i że ci, którzy zanadto przejmują się „kosztami przemian” (jak nazywano niezbędne rzekomo ofiary transformacji, np. rolników z PGR-ów, pewną część emerytów, bezrobotnych, ofiary rosnącej w siłę mafii i skorumpowanej biurokracji, ale również panoszący się przemysł porno czy narkomanię) mają z pewnością kłopoty z przyjęciem „wielkiego daru wolności”.

Każdemu, kimkolwiek by nie był ekonomistą czy papieżem, a kto brał pod uwagę jakieś alternatywy, rozwiązania uwzględniające lokalne tradycje bądź kontekst natychmiast przyklejano etykietę fantasty jeśli nie głupca, który w swojej pysze chce budować jakąś trzecią drogę. Czy trzecia droga może gdzieś zaprowadzić, czy w ogóle istnieje – powtarzano. „Pytanie – rzucał sarkastycznie pod adresem Jana Pawła II jeden z agentów konieczności – sprowadza się w końcu do tego, czy Polska ma eksperymentować, szukać jakiejś „trzeciej drogi” (…) Czy będzie lepsza od innych, które zawiodły, dlatego, że jest polska?” Pytanie skądinąd bardzo zabawne, bo każdy kto ma choć minimalną wiedzę o rzeczywistości politycznej wie, że w empirycznym świecie istnieją wyłącznie trzecie drogi – i konia z rzędem temu kto znajdzie gdzieś pierwszą lub drugą.
7.

Inną ważną cechą silnego w początku lat 90 tych polskiego przeczucia końca historii była wizja nadchodzącej ery braku zasadniczych konfliktów. (W polityce zagranicznej, którą nie będę się tu zajmował występowało ono pod postacią obrazu rodziny narodów tak harmonijnej i bezinteresownej, że sama myśl o jakimkolwiek partykularyzmie stanowić miała głęboki nietakt). W sprawach wewnętrznych była to – jak pisze charakteryzując ten rodzaj zsekularyzowanych tęsknot religijnych Norman Kohn – millenarystyczna perspektywa utworzenia wspólnoty stanowiącej „jednomyślną, bezkonfliktową zbiorowość”. Demokracja urzeczywistniona i pożądana rysowała się nie jako instytucjonalizacja konfliktów, ale jako ich zakończenie. Widać to doskonale w traktowanej jako realny projekt polityczny moralistycznej wizji duchowego pojednania z PRL-owskim aparatem władzy i represji – pojednania miedzy katami i ofiarami. Budowanie platformy moralnej jednomyślności, która stanie u podstaw historycznego kompromisu, wspierała wizja politycznej apokatastazy, gdzie rozdarta rzeczywistość polityczna powraca do stanu utraconej jedności. Jedność ta, przekraczając porządek dotychczasowej polityki unieważnia i zamazuje dawne podziały – co więcej ukazuje wczorajszych wrogów jako nieświadomych tego faktu sprzymierzeńców. Ich sprzeczne na pozór postawy i działania z nowej perspektywy okazywały się sprzecznościami pozornymi, różnymi formami dążenia do tego samego celu.

Z tej perspektywy Mieczysław Rakowski od zawsze budował demokrację, Ireneusz Sekuła tworzył wolny rynek, Aleksander Kwaśniewski oddawał się działalności społecznej, Wojciech Jaruzelski dążył do niepodległości – zaś PRL en bloc był po prostu pewnym (wcześniejszym) projektem modernizacji Polski. Ten sposób myślenia wyrażał się nie tylko w praktycznym projekcie zbudowania trwałej konstrukcji na fundamencie okrągło stołowego kompromisu. Widać go również w głoszonej z powagą (przez najwyższe autorytety lat 90-tych) koncepcji końca epoki podziałów na lewicę i prawicę, czy pojawiającą się na samym początku przemian wizję demokracji bez partii, względnie demokrację jednej tylko partii czy ruchu społecznego nowego typu (co, swoją drogą stanowi mocny argument za tym, że w wielu istotnych wymiarach imitowany rzekomo wzorzec zachodniej demokracji istniał tylko w wyobraźni architektów polskich przemian ustrojowych).
8.

Ten millenarystyczny nastrój „końca historii” odnajdujemy również w koncepcji uzasadniającej brak lustracji – gdzie już bez osłonek racje polityczne (jak bezpieczeństwo państwa czy integralność dyskursu o sprawiedliwości) zastępowano dość mętnymi zresztą racjami religijnymi. Rzecz zasługuje na uwagę jako interesująca i po części udana próba wprowadzenia w obszar państwa elementów teokratycznych.

Czym innym bowiem była idea bezpośrednich rządów religijnego imperatywu miłosierdzia, jeśli nie urzeczywistnieniem pomysłu budowania porządku politycznego na nakazie postawy heroicznej, którą tradycja chrześcijańska uważa za jeden z podstawowych przejawów świętości. O tym, że jest to pomysł przypominający polityczne koncepcje wcielane w życie we Florencji Savonaroli, mówić nawet nie trzeba.
9.

Choć w kulturze katolickiej Polski ten rodzaj teokratyzacji polityki wywoływał niemały zamęt pojęciowy, to nie ma przecież wątpliwości, że doktrynalnie była ona mówiąc najdelikatniej dość ryzykowna. Zamęt powiększał fakt, że argumentacją tą posługiwała się strona nie tylko gwałtownie krytykująca Kościół za nadmiar politycznej pasji, ale strona, która podkreślając swój dystans do Kościoła zdawała się ewangelicznym radykalizmem przelicytowywać oziębłych katolików. Mówiąc trochę żartem miejsce Polaka-katolika zająć miał żarliwy Polak-millenarysta – a więc Polak nowej ery stanowiący za jednym zamachem kryterium chrześcijaństwa, europejskości, tolerancji, właściwej postawy obywatelskiej i oczywiście nowoczesności. Ciekawe jak rzadko zwracano wówczas uwagę na fakt, że ten polityczny projekt, który wznoszono na fundamencie darów Ducha Świętego (w argumentacji hojnie szafując Ewangelią) poważnie narusza autonomię sfery politycznej – i jako taki nie tylko nie mieści się w koncepcji świeckiego państwa, ale i w nauce społecznej Kościoła.

Nie od rzeczy będzie też przypomnieć, że polski millenaryzm posługiwał dość śmiało nieznaną katolicyzmowi koncepcją miłosierdzia i sprawiedliwości – gdzie sprawiedliwość utożsamiano z zemstą, nie widząc w niej formy miłosierdzia, a miłosierdzie traktowano nie jako zadanie i łaskę, ale dostępną dla każdego możliwość, ba zwykły obowiązek. Po trzecie wreszcie, że millenaryzm ten jak wszystkie projekty utopijne był oczywiście pelagiański – kierował się bowiem przekonaniem, że posługując się środkami politycznymi, edukacyjnymi i propagandowymi można (tu i teraz) wymusić na społeczeństwie cnoty heroiczne i przekraczając porządek skażonej grzechem natury zbudować jedność nie tylko bezgrzeszną, ale – w pewnych aspektach – świętą.

Rewolucyjna gorączka i gwałtowna walka z wrogami (w tym zwłaszcza z wyrosłymi na głównych przeciwników oziębłymi i pozornymi chrześcijanami, którzy nie kwapili się do przyjęcia orędzia nadchodzącej ery jedności i zgody) dopełniają wizji, pod wieloma względami, typowego ruchu millenarystycznego. Katolicki problem z tego typu zjawiskami jest zawsze ten sam – zamiana eschatologicznej nadziei na usunięcie skutków grzechu pierworodnego, w program polityczny bywa na ogół nie tylko dowodem braku realizmu. Doraźnie skutkuje zwykle niechęcią wobec wolności, przywilejami dla wybranych, brutalnością wobec wrogów, obojętnością dla ofiar, które trzeba złożyć na ołtarzu sprawy i wreszcie lekceważeniem wobec sprawiedliwości, która w promieniach nadchodzącej epoki Ducha wydaje się czymś przebrzmiałym i nieaktualnym.
10.

Czy millenaryzm lat 90-tych nie był tylko zasłoną dymną stworzoną na potrzeby projektu transformacji, która pozwoli na gospodarczą i ustrojową modernizację, a zarazem nie naruszy żywotnych interesów postkomunistów? Biorąc pod uwagę okoliczności i interesy stron można go tak właśnie traktować, ale też poważnym błędem byłoby negowanie jego etycznego czy parareligijnego patosu.

O ile wątpię by gen. Kiszczak i jego „ludzie honoru”, prywatyzujący się towarzysze, różni „nieznani sprawcy”, przebrani za kaznodziejów byli agenci w typie Szczypiorskiego czy Maleszki, czy wreszcie wchodzący w struktury bankowe ex-komuniści bardzo poważnie traktowali wizję politycznej apokatastazy, to, sądząc po stopniu najwyższej egzaltacji, szczerość wielu ówczesnych proroków wydaje się nie ulegać kwestii. W tej sprawie wystarczy zajrzeć do czytelni czasopism. Przez litość oszczędzę cytatów.
11.

Czy projekt ten się udał? W tej części w której stanowił tylko zasłonę dymną dla postkomuny udał się prawie doskonale. W części w której był projektem modernizacyjnym udał się połowicznie – a więc w stopniu, w którym w ogóle może udać się robiony odgórnie projekt modernizacji bez podmiotowości. Choć trudno lekceważyć istotne dokonania, to przecież konstruktywistyczny, narzucony bez dyskusji i namysłu nad rzeczywistością model ustrojowy nie mógł stać się niczym więcej niż proceduralną demokracją, która istnieje i jakoś działa, ale z pewnością ani ziębi ani grzeje. Robiona odgórnie przebudowa i parasol rozciągnięty nad postkomunistami skutkował oligarchizacją państwa, schizofrenią dyskursu o sprawiedliwości i rynkiem spętanym siecią koncesji. Wizja rządów konieczności, która zaowocowała cyniczną nauką o wiórach transformacji (np. rolnikach, emerytach czy tzw. budżetówce ) musiała zakładać częściowe przynajmniej zawieszenie ideałów solidarności. Nic dziwnego, że to właśnie postulaty demokratyzacji, większej spójności dyskursu o sprawiedliwości i powrotu do idei solidarności legły u podstaw politycznego końca tego projektu.
12.

Gdy mowa o jego utopijnej sferze millenarystyczny projekt doznał rzecz jasna bolesnej porażki. Jej przyczyny może wytłumaczyć każdy kto choć trochę zna historię filozofii czy choćby Katechizm Kościoła Katolickiego. Jednak fakt, że bezkonfliktowa wspólnota narodowej zgody nie powstała i nie powstanie – nie pozwala ignorować wpływu tej milenarystycznej nadziei na kształtowanie się pewnych politycznych tęsknot i wyobrażeń. W głowach wielu przetrwała ona jako niespełnione, choć realne marzenie. Widać to nie tylko w widocznej na każdym kroku tęsknocie za moralnym komfortem jednomyślnej i bezalternatywnej rzeczywistości lat 90-tych, ale również w niektórych uduchowionych wizjach zwolenników nowego początku, członków niewielkiego, ale – jak twierdzą wrogowie – wpływowego kręgu millenarystów prawej fali (gwałtowne spory obu sekt, to jedno z najżałośniejszych widowisk politycznych obecnego czasu).

Trudno wątpić, że millenaryzm to jedno z zasadniczych źródeł politycznego infantylizmu, tej niesłabnącej ciągle tęsknoty za rządami konieczności, która codziennie obwieszcza obywatelom swoje nieomylne wyroki. To między innymi stąd właśnie czerpie soki tak dobrze znany ton żalu do rzeczywistości politycznej pełnej spornych racji, do świata realnych i głębokich konfliktów interesów i wartości, ów ton pretensji do rzeczywistości niełatwej do zrozumienia, zmuszającej do samodzielności, do ryzyka i do wyboru.

Mówię o politycznym infantylizmie, który stale rozgląda się za kimś kto zdejmie z niego nieznośny ciężar podmiotowości, kto powie jak się zachowywać, co wypada i co jest konieczne – a więc za kimś kto znowu pozwoli wyjść na brzeg historii.
Dariusz Karłowicz
Pełny tekst referatu wygłoszonego na seminarium ,,Czy żyjemy w posthistorycznych czasach?”, które odbyło się w Lucieniu, 23 lutego 2007 r. Było to drugie w tym roku – i ósme z kolei – spotkanie z cyklu seminariów organizowanych pod patronatem i z udziałem Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Lecha Kaczyńskiego.