Sieciowa utopia 2.0

Źródło: Rzeczpospolita: Sieciowa utopia 2.0
24.02.2007

Martwy, jak mogłoby się wydawać, projekt budowy raju na ziemi ma się zupełnie dobrze i przemawia językiem jeszcze ciepłym od kontrkulturowego zapału sprzed 40 lat, przyprawionym nieco technologicznym żargonem i biznesową nowomową

Spojrzenie na najmodniejsze dziś w świecie Internetu zjawiska jest jak wycieczka wehikułem czasu w przeszłość, w krainę dobrze znanych z XX wieku utopii. Na wyciągnięcie myszy w najbardziej popularnych i codziennie wykorzystywanych miejscach w sieci znajdziemy podstawowe teorie emancypacji człowieka, prawdziwej wolności i sprawiedliwego ładu, występujące w klinicznie czystej postaci i formułowane z niczym niezmąconą pogodą szkolnej czytanki. Rzecz cała mogłaby budzić po prostu wzruszenie uporczywą powtarzalnością pewnych schematów. Tym razem jednak jesteśmy nieco bliżsi niż kiedykolwiek spełnienia totalnej rajskiej wizji, bo przychodzi niejako zaszyta w narzędzia niezbędne nam w codziennym życiu do pracy i komunikacji, pożyteczne i budzące odruchowo dobre skojarzenia.
·

„Samotny marzyciel może tylko marzyć. Tysiące mogą zmieniać świat” – głosi na swoich stronach Wikipedia, jeden z najdalej posuniętych w realizacji projektów tak zwanej drugiej fazy Internetu. Pojęcie web 2.0 to co prawda zbiór mętnych i nieraz sprzecznych ze sobą definicji i zasad, z którego dowolnie czerpią dziennikarze (zgodnie z tym, jaką publiczność mają przekonać) oraz konsultanci (w zależności od tego, jakich przedsiębiorców chcą oskubać). Twierdzenie, że oto w ciągu minionych dwóch – trzech lat sieć nagle stała się czymś innym lub uwolniła z siebie nieznany wcześniej potencjał, jest czystym mydleniem oczu mającym raczej zatrzeć przykre wspomnienia z czasów krachu internetowego i zapewnić bezpieczne złudzenie, że teraz to już całkiem inna przygoda i zupełnie nowe możliwości inwestowania. Najważniejsze czynniki i tendencje, które bywają wymieniane przy okazji dyskusji o web 2.0: łączenie ludzi w wiele nakładających się na siebie społeczności, zatarcie granicy między profesjonalnym a amatorskim tworzeniem treści, umasowienie środków ekspresji oraz łatwość operowania na poziomie „meta”, czyli mechanicznego zestawiania w dowolny sposób treści wytworzonych gdzie indziej – to wszystko było na zawołanie dla wszystkich i działało, od kiedy Internet przestał być akademickim przedsięwzięciem dla wtajemniczonych.

Niemniej jednak prawdą jest, że od kilkunastu miesięcy szczególnej dynamiki nabrały akurat te miejsca w sieci, które eksploatują ludzką skłonność do zbijania się w gromady, i te, które wykorzystują możliwość kompilowania wszystkiego ze wszystkim. Mówi się o nich także w kontekście gigantycznych pieniędzy, jakie płacą inwestorzy. Wypada w tych miejscach zaistnieć, dokładać swoją cegiełkę czy korzystać. Niektóre z nich, tzw. serwisy społecznościowe, ponoć odmieniają w sposób już zauważalny na poziomie badań socjologicznych model interakcji młodych użytkowników. Poświęcają oni, jak się powiada, więcej czasu na kreowanie swojego wizerunku na stronie takich serwisów oraz pięcie się wzwyż w tamtejszych hierarchiach niż na osiąganie sukcesu w pozasieciowych grupach rówieśniczych. Czas pokaże, jak dalece trwała pozostanie ta zmiana i czy obecni uczniowie, kiedy dorosną, na wizytówkach oprócz numeru telefonu będą podawać nazwę swojej strony w MySpace. Z większą pewnością można stwierdzić, że na stałe zostaną z nami inne dzieci web 2.0, takie jak Wikipedia czy tzw. agregatory wiadomości (o których więcej za chwilę), tak skutecznie bowiem wypierają swoich poprzedników, że niedługo pozostaną same na placu boju jako podręczne źródła informacji.
·

Dla zrozumienia uroków oraz niebezpieczeństw tej rewolucji trzeba zwrócić uwagę na znaczenia, jakich nabiera angielskie słowo community, młócone jak mantra przez każdego, kto chce dać świadectwo wyjątkowości naszych czasów. Społeczność lub wspólnota to określenia, które także po polsku powtarzają ewangeliści web 2.0, podkreślając, że Internet jest przede wszystkim narzędziem do komunikacji między ludźmi i pozwala na tworzenie nieosiągalnych wcześniej (z przyczyn czysto fizycznych) zbiorów jednostek połączonych dowolnym celem, pasją czy zadaniem. Byłoby jednak objawem myślenia po staremu przekonanie, że we wspólnocie internetowej chodzi tak jak dawniej o odnalezienie ludzi podobnych do nas lub budzących naszą ciekawość pod jakimś względem. Jak widać po szale, z jakim rozprzestrzeniły się serwisy społecznościowe na Zachodzie, chodzi już o tylko o to, żeby po prostu być we wspólnocie. Zapisać się do niej, stworzyć swoją stronę. Kto nie ma strony na przykład w MySpace, tego istnienie staje się kulawe. Miarą jego sukcesu i samooceny staje się liczba relacji z innymi użytkownikami. Relacji rozumianych nie jako wymiana słów czy gestów, lecz li tylko jako mechaniczne połączenie, które ustanawia ktoś na swojej stronie, kompilując listę znajomych. W żargonie tych serwisów zwie się ich jednak przyjaciółmi, niejeden ma zatem w tym lepszym świecie kilka setek przyjaciół.

Można zasadnie podejrzewać, że tworzona przez takie serwisy społeczność z sumy jednostek przemienia się w hipostazę, byt pierwotny i nadrzędny wobec ludzi, w coś, co nadaje im pełnię istnienia i ważność. Mamy więc do czynienia z kolejną w dziejach formą zaburzenia równowagi, w której instynkt stadny bierze górę nad poczuciem samodzielności. W tym sensie jest to zapewne zjawisko banalne i niegroźne, pomijając pogłębienie życiowej nudy samych zainteresowanych. Stado liczące wiele milionów członków jest zbyt luźne, by wyrodzić się w sektę lub grupę mogącą zagrozić społecznemu status quo.
·

O wiele większą uwagę i znacznie cięższe zarzuty ściągają na siebie środowiska i mechanizmy odpowiedzialne za gromadzenie wiedzy lub informacji. Tutaj przerodzenie się wspólnoty we wszechwiedzący albo bezmyślny kolektyw może istotnie pogorszyć jakość życia i podejmowanych przez wszystkich decyzji. W zeszłym roku w mediach internetowych przetoczyła się fala polemik wywołana przez jednego z pierwszych guru nowych technologii Jarona Laniera. Wystąpił on z manifestem „Cyfrowy maoizm – niebezpieczeństwa nowego kolektywizmu w Internecie”. Głównym przedmiotem analizy, czy raczej alarmu, była Wikipedia. Lanier zauważa, że stopniowo wypiera ona inne formy gromadzenia i publikowania wiedzy dla szerokiego odbiorcy (prowadząc przy okazji do standaryzacji, której pierwotnie Internet był zaprzeczeniem). Jest to o tyle niepokojące, o ile damy wiarę Lanierowi, że powodzenie Wikipedii, zawdzięczającej swój zasięg tematyczny rzeszom wolontariuszy, świadczy o odrodzeniu się kolektywizmu w jego najbardziej radykalnej formie. Wikipedia jest według niego najbardziej dziś żywotnym przejawem dominacji mądrości grupowej, butnego przekonania, że tylko maksymalnie bezosobowy konsensus jest wyrazem obiektywnej prawdy.

Analizę Laniera prędko podano w wątpliwość, wskazując na pewne cechy Wikipedii sprzeczne z jego opisem. Trudno jednak zachować całkowity spokój, jeśli bowiem w rzeczywistości odbiega ona od kolektywistycznej utopii, to dlatego, że nie do końca wciela wizje artykułowane przez twórców oraz zasady wyliczone na ich stronach. Są to na przykład owe tysiące marzycieli, którzy mają zmienić świat. To także deklaracja współzałożyciela Jimmy’ego Walesa: „Wyobraźcie sobie świat, w którym każdy człowiek na planecie ma swobodny dostęp do sumy całej ludzkiej wiedzy”. To wreszcie zasada „neutralnego punktu widzenia”, czyli osiągania konsensusu, dzięki któremu ma zostać opisana ludzka wiedza, czyli coś, co „obejmuje wszystkie odmienne (znaczące, opublikowane) teorie na wszystkie możliwe tematy”.

Emanacją tego specyficznego konsensusu jest maszynka do redagowania haseł, czyli wiki, jeden z fetyszy epoki web 2.0. To idealny mechanizm do nieskończonego współredagowania porcji tekstu, gdzie wszystkie zmiany są całkowicie widoczne, a równie ważne, jeśli nie ważniejsze od tekstu, są wpisy w dyskusji nad poprawkami. Używają go zresztą nie tylko autorzy Wikipedii. To obecnie coraz modniejsze narzędzie dla firm i organizacji chcących prowadzić grupowe konsultacje czy opracować zbiorowo jakiś dokument. Jest to znakomite przeniesienie w świat wirtualny obrad kolektywu, w których każdy uczestnik czuje na sobie spojrzenia innych.

„Miłość. To bardzo ważny czynnik, który podtrzymuje spójność naszego projektu” – deklaruje Wales. Ale jak w każdej utopijnej komunie, złożonej z niedoskonałych ludzi, pojawiają się problemy z nielicznymi, którzy odstają. Śmiecą, wszczynają ambicjonalne spory albo piszą rzeczy niepasujące do kolektywnego punktu widzenia. Mówi Wales: „Ludzie nie są fundamentalnie źli. Wystarczą drobne mechanizmy poprawcze, aby zająć się tą niewielką mniejszością, która chce zakłócić prace wspólnoty”.
·

O ile w przypadku Wikipedii czynnik ludzki, który nie poddaje się całkowitej standaryzacji, osłabia szanse realizacji kolektywistycznej utopii, o tyle całkowicie zautomatyzowane serwisy agregujące wiadomości lub blogi stanowią wierne wcielenie ideału zbiorowej mądrości bez twarzy. Mechanizm ich działania opiera się na głosowaniu przez użytkowników nad wiadomościami (także zdjęciami, nagraniami itd.), które wcześniej zgłosił inny użytkownik. Przy wystarczająco masowym udziale możemy odnieść wrażenie globalnego targowiska wiadomości, na którym im bardziej coś się podoba masie, tym wyższe zajmie miejsce, przez co jeszcze większa masa to zauważy, przeczyta i znów zagłosuje. Istnieją wszelkie powody przypuszczać, że tego rodzaju serwisy staną się dla większości użytkowników Internetu podstawowym miejscem odnajdywania informacji bieżących, zapewniają bowiem wygodę „dostępu do wszystkich źródeł w jednym miejscu”. Kto raz korzystał z serwisu google.news, z trudem powróci do ręcznego przeglądania i selekcji materiału.
¦

Teoretycy internetowi lubią ostatnio napomykać o sztucznej inteligencji. Coraz częściej powiada się, mniej lub bardziej metaforycznie, że owa inteligencja już tu jest albo zaraz się ziści w sieci komputerów podłączonych do Internetu. Larry Page, współtwórca Google’a, napomykał niedawno, że sztuczna inteligencja to nic innego jak jego wyszukiwarka, która pamięta każde pytanie i zna sekwencje naszych poszukiwań w sieci. Więcej nawet: ma wpisane algorytmy pozwalające się od nas uczyć. Dwa lata temu jeden z najbardziej mesjanistycznie nastawionych wizjonerów Internetu, a zarazem redaktor autorytatywnego w branży miesięcznika „Wired”, Kevin Kelly ogłosił nawiedzony manifest „My jesteśmy siecią”. Opowiada w nim o Maszynie, czyli rozległej sieci, do której należą wszystkie komputery na naszych biurkach i którą każdym naszym gestem uczymy kojarzyć, zestawiając słowa z obrazami, i przewidywać. Gdzieś w środku tego fundamentalnego tekstu czytelnik traci poczucie, że wciąż jest mowa o jakichś ludziach – raczej już o użytkownikach będących częścią Maszyny.
¦

Zarówno Kelly, jak i jego najbliższe otoczenie to ludzie związani z kalifornijską kontrkulturą przełomu lat 60. i 70., środowisko wydające niegdyś słynny „Whole Earth Cathalog” (papierowy prekursor Wikipedii, w którym opisywano corocznie „wszystko”, co było potrzebne do życia). Trudno rozstrzygnąć, w jakim stopniu garstka wpływowych programistów, przedsiębiorców oraz wszechstronnych głosicieli prawdy świadomie odtwarza w Internecie swoje ówczesne nieudane przygody z ziemskim rajem, a w jakim tylko po swojemu interpretuje zjawiska od siebie niezależne. Pozostaje faktem, że jedynym naszym schronieniem przed tym wydaniem kolektywistycznej utopii jest nasza niedoskonałość: kłótliwość i ambicje redaktorów Wikipedii, chciwość inwestorów, którzy odbierają dziewiczy zapał młodym firmom, małostkowość polityków manipulujących blogosferą i jej „obiektywizującymi” serwisami. Oby nic nie wyszło nam do końca.
Paweł Bravo

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s