Macdonaldyzacja świata – Gonitwa za chłamem

Źródło: Rzeczpospolita: Gonitwa za chłamem
24.02.2007

Z amerykańskim socjologiem George’em Ritzerem rozmawia Dariusz Rosiak

Rz: Czy jest w restauracjach McDonald’s coś, co się panu podoba?

GEORGE RITZER: Toalety. McDonald’s, gdziekolwiek się pojawiał, zawsze miał czyste toalety. Na przykład w Chinach dokonał prawdziwej rewolucji. To w dużym stopniu dzięki tej firmie są tam dziś czyste toalety publiczne. Gdy podróżuję po USA i potrzebuję wejść do toalety, czasem zdarza mi się korzystać z usług tej sieci. Przyznaję, że to trochę śmieszne, jeśli wziąć pod uwagę moje poglądy.

Trochę sobie żartujemy, ale również dla ludzi w Polsce toalety w McDonald’s były swojego czasu powiewem świeżości i normalności.

Doskonale to rozumiem, ale toalety to jedyna rzecz, która mi się podoba w restauracjach McDonald’s.

A co takiego złego jest w korzystaniu z usług tej firmy?

Oferuje jedzenie przemysłowe w przemysłowym otoczeniu. McDonald’s to przeniesienie taśmy produkcyjnej z fabryki Forda do restauracji. Co ważniejsze, McDonald’s stworzył wzór systemu funkcjonującego w całym współczesnym kapitalizmie, systemu opartego na trzech elementach: odgórnie narzuconej idei, centralnym sterowaniu i braku indywidualnej treści.

Dla Polaków to brzmi jak opis komunizmu.

Owszem. Tyle że komunizm zawierał znacznie więcej elementów kompletnie nieracjonalnych niż system McDonald’s. Makdonaldyzacja świata, o której często piszę, jest procesem racjonalnym, odgórnie wymyślonym po to, by skłonić nas do konsumowania coraz większej ilości rzeczy. Nie podoba mi się ten system, choć oczywiście wiem, że jest on ogromnie popularny na całym świecie. Miliony ludzi stołują się w restauracjach McDonald’s i uważają, że prawdziwe frytki powinny smakować jak frytki z McDonald’s, a prawdziwy hamburger jak hamburger z McDonald’s.

A może po prostu McDonald’s znalazł klucz do ludzkiej natury, przynajmniej w sferze żywienia? Dostajemy potrawę, która jest przewidywalna – zawsze smakuje tak samo, jest tania, szybko podana, czysta. Co w tym złego, że ludziom to się podoba?

Jeśli fast food byłby w naszej naturze, ludzie jedliby w ten sposób od setek lat. Tymczasem niezależnie od tradycji w większości miejsc na świecie ludzie jedli zwykle rodzinne posiłki, które zajmowały czas, wymagały przygotowań, wiązały się ze spotkaniem towarzyskim. Historycznie rzecz biorąc, posiłki służą do komunikowania się między ludźmi. Rodzina lub znajomi spotykają się i rozmawiają. W normalnej restauracji można nawiązać kontakt z kelnerem czy właścicielem. W McDonald’s obsługa posługuje się wyuczoną formułką, która nie ma nic wspólnego z normalnym dialogiem między ludźmi. Idea McDonald’s polega na tym, żeby zjeść jak najszybciej i zwolnić miejsce dla następnego klienta.

Ale przyzna pan, że McDonald’s potrafi doskonale odczytać potrzeby ludzi?

McDonald’s pojawił się w USA w połowie lat 50., gdy rodziło się nowoczesne społeczeństwo, powstawały autostrady, nowe miejsca pracy. Moim zdaniem można udowodnić tezę, że ta urawniłowka, którą zaproponował McDonald’s, była spełnieniem pragnień Amerykanów. Ale prawdą jest również to, McDonald’s zmienił społeczeństwo, zwłaszcza dzieci. Amerykanom wmówiono, że to jest rodzajjedzenia, który powinien im smakować, ten rodzaj obsługi, który powinien ich zadowalać, itd. Był to więc rodzaj procesu w obie strony: Amerykanie byli w okresie zmiany swoich przyzwyczajeń, a McDonald’s wpoił im nowe zwyczaje.

Ale dlaczego McDonald’s podbił takie kraje, jak np. Francja?

Chyba dlatego, że takie cechy, jak wydajność czy przewidywalność, są generalnie pozytywne. Nie mam zamiaru dowodzić, że mniej wydajne jest lepsze od bardziej wydajnego. Problem pojawia się, gdy wszystko zostaje poddane wymogowi wydajności i przewidywalności, gdy nie ma miejsca na indywidualność i zaskoczenie. Mój zasadniczy sprzeciw budzi również to, że system funkcjonujący w McDonald’s rozprzestrzenił się praktycznie na cały sposób konsumowania dóbr. I nie chodzi wyłącznie o dobra materialne – jedzenie, samochody, pralki. Makdonaldyzacja obejmuje coraz więcej sfer naszego życia. W Europie nasilenie tego procesu jest mniejsze niż w USA. Mam wrażenie, że u was panuje większa świadomość zagrożeń związanych z makdonaldyzacją. W USA obejmuje ona coraz więcej sfer. Mamy np. protestancki ruch zwany megakościołem. To jest ogromne zgromadzenie, które zaczyna obecnie wprowadzać franczyzę, podobnie jak McDonald’s. Te placówki podległe centrali działają według znormalizowanych zasad. Każda stara się być najlepsza – w wynikach finansowych, w liczbie nawróconych, w sposobie odprawiania nabożeństw itd. Mówimy o zaniku autentyczności, o wtłoczeniu naszego życia w system, który wszystkich nas wyjaławia.

A równocześnie – jak pan pisze – wywołuje w nas czasem niemal religijne uniesienia. Używa pan określenia „świątynie konsumpcji”. Co jest takiego magicznego czy religijnego w robieniu zakupów?

Po pierwsze, skojarzenie z religią można odnaleźć w samej konstrukcji świątyń konsumpcji. Duże centrum handlowe czy kasyno w Las Vegas ma cię przygnieść swoim splendorem, masz być oszołomiony ich bogactwem. Przychodzimy do tych sklepów, żeby praktykować coś w rodzaju religii konsumeryzmu. Słyszałem, że nawet w waszym kraju całe rodziny chodzą do centrów handlowych i spędzają w nich wiele czasu, uczestnicząc w rytuale oglądania, kupowania, smakowania atmosfery wielkiego sklepu. To jest sposób osiągania satysfakcji osobistej przez kupowanie rzeczy. Ksiądz mówi: jeśli chcesz się lepiej poczuć, idź do spowiedzi. Kultura konsumencka nakazuje: jeśli chcesz się dobrze czuć – kupuj. A jeśli to ci nie pomoże, leć do Las Vegas albo do Disneylandu. Tam na pewno znajdziesz ukojenie swoich smutków. To jest rzeczywiście religia konsumeryzmu.

W swoich pracach opisuje pan miejsca, których jeszcze do niedawna nie kojarzyliśmy z konsumeryzmem, a dziś traktowane są jak świątynie konsumpcji: uniwersytet albo stadion sportowy. W jaki sposób rozszerza się ta strefa konsumpcji?

Kilka lat temu poszedłem na mecz futbolowy Washington Redskins. Jak zwykle, bilety były wyprzedane. Usiadłem na trybunach i byłem bardzo zaskoczony, bo zawody zaczęły się, a połowa miejsc była pusta. Okazało się, że dziesiątki tysięcy ludzi przebywało wewnątrz budynku stadionu, gdzie mieściło się ogromne centrum handlowe, jakieś bary, sklepy. Połowa widzów, którzy kupili drogie bilety, na mecz przyszła po to, by się napić, zrobić zakupy i może raz na jakiś czas rzucić okiem na telebim, na którym pokazywano mecz. Tak mniej więcej wygląda dziś sport w USA. Stadiony stają się świątyniami konsumpcji.

Uniwersytety amerykańskie także myślą o swoich studentach jako o konsumentach. Szkoła musi konkurować o uczniów, musi okazać się najlepszą świątynią konsumpcji edukacji w okolicy. Nie chodzi o jakość nauczania, ale o to, jaki mamy stadion futbolu amerykańskiego, jaki stadion koszykarski, jakie restauracje działają w kampusie uniwersyteckim. Wszystko powinno służyć konsumpcji i rozrywce. Uniwersytet musi być zabawny, nabożeństwo musi być atrakcyjne. Mecz piłkarski nie może być po prostu meczem, musi jeszcze być zabawnym meczem. I, wracając do McDonald’s: przecież ta restauracja też chce być cyrkiem. Ci klauni, baloniki, barwne kolory. Ma być wesoło i radośnie. Nie przychodzisz tam zjeść dobry posiłek – jesz plastikowy substytut potrawy, ale będziesz miał frajdę.

Ale co w tym złego? Ludzie mają pieniądze i je wydają, a przy okazji mają ubaw. Dlaczego jest to tak godne potępienia?

Nie ma nic złego w tym, że idziesz do sklepu i kupujesz rzeczy. Nie ma nic złego w tym, że czasem idziesz do centrum handlowego i dla rozrywki oglądasz wystawy. Problem rodzi się wtedy, gdy jesteś otoczony przez tysiące restauracji McDonald’s i firm działających według podobnego systemu zabijającego indywidualizm i odrębność. Problem rodzi się wtedy, gdy w centrum ludzkiego życia staje robienie zakupów. Gdy zamiast szukać życiowego spełnienia w pracy, życiu rodzinnym, hobby – szukamy go w kupowaniu rzeczy, które na dodatek w większości nie są nam potrzebne. Koszula czy samochód to tylko rzeczy. One nie czynią ludzi szczęśliwymi. W momencie gdy je zdobędziemy – przestajemy się nimi interesować. Boję się, że jeśli w centrum naszego życia postawimy spędzenie weekendu w centrum handlowym, to niewiele z tego życia wyniknie.

Czy to my wybieramy ten sposób życia, czy ktoś wybiera go za nas?

Moim zdaniem ludzie nie wiedzą, w jakim systemie żyją przez ostatnich 50 lat. Większość konsumentów nie wie np., jak działa reklama. Nie wie, że nie można po prostu wejść do kasyna w Las Vegas „po to, żeby zobaczyć”. To są miejsca wymyślone przez ekspertów w ten sposób, by skłonić nas do wydawania jak największej ilości pieniędzy. Moim zdaniem żyjemy w czymś w rodzaju Matriksa, którego znaków nie potrafimy rozpoznać, który jest atrakcyjny, kuszący, który wabi błyskotkami. To jest zresztą ogromna różnica między współczesnym kapitalizmem a kapitalizmem, powiedzmy, z początku XX wieku. Wtedy kapitalista zmuszał robotnika do pracy, dziś nikt nas nie zmusza, sami wybieramy tryb życia, który jest pusty i w efekcie głęboko dla człowieka upokarzający.

Żyjemy w systemie, który zmusza nas do coraz wyższego poziomu konsumpcji. Współczesna gospodarka kapitalistyczna zależna jest coraz bardziej od czegoś, co nazywam hiperkonsumpcją. Gdyby ludzie przestali kupować coraz więcej, to gospodarki wielu krajów, a na pewno gospodarka Ameryki – zawaliłyby się. Przypomnijmy sobie, jak dwa dni po 11 września burmistrz Rudolph Giuliani wezwał nowojorczyków, by zaczęli robić zakupy. Później George W. Bush powtórzył to wezwanie, bo wielu Amerykanów było tak przerażonych, że bali się wychodzić z domów. To oczywiście wynikało z tego, że gdybyśmy przestali w coraz większych ilościach konsumować, to mielibyśmy ogromny kryzys gospodarczy.

W naszym kraju i w naszej części Europy pana krytyka kapitalizmu wielu ludziom może wydać się luksusem, na który stać Amerykanina. W Polsce kapitalizm oznacza raczej wolność niż zniewolenie, raczej uwolnienie talentów i przedsiębiorczości ludzkiej niż ich dławienie…

To, że kapitalizm jest lepszy od komunizmu, nie znaczy, że jest pozbawiony wad. Ten system kojarzy się dobrze w Polsce, ale lepiej mieć świadomość jego błędów.

To, co pan mówi, jest strasznie przygnębiające…

Tak, współczesność mnie przeraża.

Tytuł pana najnowszej książki brzmi „Globalizacja niczego”. Uważa pan, że tak naprawdę głównym towarem globalizacji jest właśnie nic, pustka, rzeczy wyprane z indywidualnej treści i wartości? Czy naprawdę sądzi pan, że żyjemy w świecie, który reprodukuje jedno wielkie nic?

Tak myślę. Stworzyliśmy system, który wypluwa z siebie ogromne ilości „niczego”, a ludzie pracują godzinami, poświęcając życie na powielanie bezwartościowego chłamu. Chłamu, który przypomina hamburgery McDonald’s: jest odgórnie wymyślony, odgórnie sterowany i nie ma żadnych cech indywidualnych. Ta eskalacja „niczego” jest tragedią tego świata. Oczywiście nie przesadzajmy – to nie jest tragedia na skalę obozów koncentracyjnych w czasie II wojny światowej. Ale mówimy o smutnym procesie, w którym uczestniczymy.

Widzi pan jakąś alternatywę?

Próbowaliśmy alternatyw dla kapitalizmu i wiemy, jak to się kończyło. Możemy natomiast zadbać o swoje życie i przeżyć je z sensem. Jeśli ktoś czuje się aktywistą, niech się przyłączy do ruchu slow food czy innych tego typu inicjatyw, niech broni swojego jedzenia, swojego tradycyjnego stylu życia, niech nie ulega pokusie kupowania bez sensu. A jeśli musi chodzić do McDonald’s – to tylko do toalety.
Dariusz Rosiak
W sobotę 24 lutego o godz. 16 w Fabryce Trzciny w Warszawie profesor George Ritzer wygłosi wykład na temat „Globalisation of Nothing”. Wstęp wolny

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s