Nieposłuszeństwo obywatelskie wg Jacka Żakowskiego

Źródło: Rzeczpospolita: Między snem Martina Luthera Kinga a koszmarem Jacka Żakowskiego
12.03.2007

Sytuacji Martina Luthera Kinga czy Mahatmy Gandhiego nijak nie da się porównać z Polską Anno Domini 2007. Prawo dotyczące lustracji dziennikarzy nie łamie fundamentalnej zasady godności człowieka i nie narusza zasady równości wobec prawa, bez względu na rasę, orientację seksualną czy wyznanie religijne. Jest ono tylko próbą weryfikacji zawodowej osób, które pełnią funkcję czwartej władzy – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”

Nieposłuszeństwo obywatelskie – te dwa słowa od kilku dni nie schodzą z ust przeciwnikom lustracji dziennikarzy. Ich działania nie są przecież (któż śmiałby tak pomyśleć) próbą obrony kilku osób, które muszą się przyznać do bycia kapusiem, nie są łamaniem obowiązującego w suwerennym kraju prawa. Są natomiast szlachetnym odruchem walki o najbardziej podstawowe prawa człowieka, które są łamane przez rząd i pozostający na jego usługach Instytut Pamięci Narodowej. W tak zarysowanej scenie Jacek Żakowski, Ewa Milewicz, Wojciech Czuchnowski czy Wojciech Mazowiecki, a wraz z nimi redaktorzy naczelni „Gazety Wyborczej” i „Przekroju”, przekształcają się w bohaterów na miarę Martina Luthera Kinga czy Mahatmy Gandhiego, którzy zgodnymi z prawem metodami biernego oporu starają się zwyciężyć struktury zła…

Problem polega tylko na tym, że obraz ten nie ma nic wspólnego ani z polską rzeczywistością, ani z rzeczywistymi działaniami bojowników o prawa człowieka, posługujących się zasadą „obywatelskiego nieposłuszeństwa” i „zaniechania przemocy”.

Stosowanie takich porównań nie tylko deprecjonuje Kinga i Gandhiego, ale także ośmiesza rzeczywistość opisaną przez znakomitych przecież publicystów „GW” czy „Polityki”.

Nieposłuszeństwo amerykańskiego pastora…

Już sam pomysł, by zestawić sprzeciw wobec segregacji rasowej z obroną kapusiów, którzy będą musieli przyznać się do swojej działalności lub przestać wypowiadać się jako autorytety, wydaje się – najdelikatniej rzecz ujmując – nadużyciem. Obywatelskie nieposłuszeństwo Martina Luthera Kinga skierowane było przeciwko prawu, które naruszało najbardziej podstawową zasadę godności człowieka, która jest niezależna od jego pochodzenia, orientacji seksualnej, rasy czy religii. Prawo, które łamie tę podstawową zasadę godności osoby ludzkiej, jest prawem złym, któremu można i należy się przeciwstawiać.

Metoda obywatelskiego nieposłuszeństwa wybrana przez amerykańskiego pastora, choć zakorzeniona w chrześcijańskiej tradycji i ugruntowana lekturą Mahatmy Gandhiego, miała jednak wymiar pragmatyczny. Zasada non violence była na amerykańskim Południu najnormalniej w świecie jedyną skuteczną metodą walki politycznej. Próba siłowego rozwiązania w warunkach kontrolowania sił policyjnych i porządkowych przez białych musiałaby doprowadzić do rzezi czarnych.

Pokojowy protest, akcje bojkotu ekonomicznego czy polityczne happeningi były o wiele skuteczniejsze i pewniejsze niż siła. W tamtym czasie bowiem mało prawdopodobne wydawało się ściśle polityczne rozwiązanie kwestii. Partie na Południu kontrolowane były bowiem przez białych zwolenników segregacji, którzy skutecznie uniemożliwiali ściśle legalistyczne rozwiązanie problemów.

…i jego parodia

Sytuacji baptystycznego pastora nijak nie da się więc porównać z Polską Anno Domini 2007. Prawo dotyczące lustracji dziennikarzy nie łamie fundamentalnej zasady godności człowieka i nie narusza zasady równości wobec prawa, bez względu na rasę, orientację seksualną czy wyznanie religijne. Jest ono tylko próbą (kulawej, trzeba przyznać) weryfikacji zawodowej osób, które pełnią funkcję czwartej władzy.

Jeśli podobne oświadczenia składać musieli politycy i sędziowie, to nie ma najmniejszych powodów, by nie składali ich dziennikarze. Sugerowanie, że ma to ich poniżać nie wytrzymuje krytyki.

Sugestia, że rząd próbuje ograniczyć dostęp do zawodu dziennikarza, jest co najmniej zabawna. Ustawa nie karze bowiem – dokładnie tak jak w przypadku polityków – za sam fakt współpracy, lecz jedynie za jego zatajenie. Jeśli ktoś chce nadal pracować jako dziennikarz, a ma w swoim życiu epizod donoszenia na przyjaciół, musi się do tego przyznać. I nic więcej.

Nie ma to zatem nic wspólnego z dyskryminacją ze względu na przeszłość. Jest najwyżej jasnym pokazaniem, że zawód dziennikarza wymaga pewnych standardów etycznych. Jeśli więc można dostrzec analogie między postawą „obywatelskiego nieposłuszeństwa” Kinga a jego parodią w wydaniu współczesnych antylustytratorów – to jest to sfera taktyki politycznej.

Miara autentyczności

King miał pełną świadomość, że w sytuacji politycznej USA początku lat 50. jego wizja nie ma innych szans realizacji niż przy zachowaniu postawy non violence. Podobnie zdają się myśleć nasi przeciwnicy lustracji dziennikarzy. Oni także mają świadomość, że zdecydowana większość społeczeństwa (w tym także polityków, którzy uchwalali prawo) opowiada się za weryfikacją moralną osób odgrywających istotną rolę w życiu publicznym.

Obecnie nie ma więc możliwości takiej zmiany prawa, w której TW mogliby nadal chronić się pod maskę własnego dobrego imienia. Dlatego zamiast normalnej akcji polityczno-publicystycznej podejmują działania próbujące szantażem emocjonalnym wymusić zawieszenie (specjalnie dla nich) prawa.

Różnica jest jednak taka, że o ile w południowych stanach USA rzeczywiście łamano prawa ludzkie, a policja stanowa jednoznacznie opowiadała się po stronie osób je łamiących, o tyle w Polsce nie mamy z czymś takim do czynienia. IPN nie jest zbrojnym ramieniem rządu czy prezydenta (prezes Kurtyka krytykował przecież prezydencką nowelizację ustawy), a prawo lustracyjne nikogo nie dyskryminuje.

I wreszcie trudno nie dostrzec, że o ile „obywatelskie nieposłuszeństwo” Martina Luthera Kinga niosło ze sobą autentyczne zaangażowanie, o tyle w przypadku wezwań publicystów „GW” czy „Polityki” mamy do czynienia jedynie z jego pozorowaniem, swoistą medializacją. Amerykański pastor rozpoczynając akcję, miał pełną świadomość, że ryzykuje życiem. Tak się zresztą w końcu stało.

Czym natomiast ryzykują bojownicy o dobre imię agentów? Przykład Lesława Maleszki pokazuje, że nawet nie utratą ciepłej posadki. Najwyżej przesunięciem na inne odcinki pracy. Bufetową na pewno nikt nie zostanie.
Tomasz P. Terlikowski

Reklamy