„Nie” dla związków nieformalnych

Źródło: Rzeczpospolita: „Nie” dla związków nieformalnych
19.03.2007

Włoski Kościół przystąpił do zdecydowanej ofensywy przeciw projektowi ustawy regulującej kwestie związków niemałżeńskich, w tym homoseksualnych

W diecezjach rzymskiej i florenckiej, odwiedzając przed Wielkanocą domy wiernych, księża będą zostawiać w nich list pasterski arcybiskupa Florencji kardynała Ennio Antonellego „Rodzina i społeczeństwo”. Można w nim przeczytać między innymi, że „rodzina pozbawiona została swego społecznego znaczenia, jakby była tylko jedną z form przyjaźni. Nietrwałość i niepewność związków wpływa negatywnie na przyrost naturalny i edukację dzieci, a narażając na szwank ich równowagę psychiczną, prowadzi często do zaburzeń osobowości”.

Hierarcha przypomina, że w USA 85 procent uwięzionych nieletnich przestępców wychowywało się bez ojca. We włoskich warunkach te słowa można odczytać tylko w jeden sposób: jako stanowczy protest przeciwko planom uchwalenia ustawy określającej prawa i obowiązki par niemałżeńskich żyjących pod jednym dachem. Rząd, zgodnie z obietnicą zawartą w programie wyborczym koalicji premiera Romano Prodiego, przedstawił jej projekt w połowie lutego. Jeszcze w tym miesiącu rozpocznie się poświęcona mu dyskusja w parlamencie.

W porównaniu z podobnymi regulacjami obowiązującymi we Francji czy Hiszpanii włoski projekt jest niesłychanie ostrożny. By uniknąć skojarzeń z francuskim PACS (Obywatelski Pakt Solidarnościowy), nazywa się DICO (Prawa współżyjących). Reguluje kwestie spadkowe, przejmowanie rent i emerytur w przypadku śmierci jednego z partnerów (dopiero po 9 latach współżycia), przyznaje prawo stałego pobytu we Włoszech partnerowi spoza UE. Gdy jeden z partnerów przebywa w więzieniu lub w szpitalu, drugi ma być traktowany jak współmałżonek. Projekt nie zezwala natomiast parom nieformalnym na adopcję dzieci i nakazuje partnerom rejestrować się w Urzędzie Ewidencji Ludności osobno, by ta formalność w żadnym razie nie kojarzyła się ze ślubem.

Watykan wielokrotnie sygnalizował, że jest przeciwny jakimkolwiek próbom formalnego uznania związków niemałżeńskich. Przewodniczący Papieskiej Akademii Pro Vitae arcybiskup Elio Sgreccia zachęcał wierzących do korzystania z prawa do obywatelskiego nieposłuszeństwa we wszystkich przypadkach, w których istnieje zagrożenie życia ludzkiego. Chodzi zarówno o aborcję, jak i o DICO.

Równie ostrą kampanię Watykan i włoski episkopat zorganizowali przed referendum w sprawie liberalizacji ustawy o sztucznym zapłodnieniu dwa lata temu. Wierni usłuchali apelu o bojkot, wskutek czego zabrakło quorum – połowy uprawnionych do głosowania. Wszystko wskazuje, że i tym razem Kościół wygra, choć z sondaży wynika, że ponad 60 proc. Włochów przyznałoby pewne prawa związkom nieformalnym (ale nie do adopcji dzieci). We Włoszech w związkach nieformalnych żyje około 550 tys. par.
Piotr Kowalczuk z Rzymu

Poczynania socjalistów na Węgrzech

Źródło: Rzeczpospolita: Węgry na zakręcie
10.03.2007

Rząd oskarża opozycję o zamiar wywołania zamieszek 15 marca – w dniu węgierskiego Święta Niepodległości. Opozycja obawia się prowokacji władz. Od upadku komunizmu nastroje Węgrów nie były tak złe jak teraz. Czekają ich bolesne reformy

Programy informacyjne węgierskiej telewizji publicznej przypominają peerelowski „Dziennik telewizyjny”. Żadnej krytyki władz, żadnych niewygodnych pytań do ministrów, tylko doniesienia o wielkich sukcesach i ambitnych planach rządzącej lewicy. Ta propaganda sukcesu kłóci się jednak z faktami: kiedy w 2002 r. prawicowy premier Viktor Orban oddawał władzę, Węgry były gospodarczym liderem Europy Środkowej, dziś natomiast wloką się w ogonie wyścigu ekonomicznego.

Konserwatywnemu Fideszowi udawało się trzymać gospodarkę w ryzach – deficyt budżetowy wynosił 3,5 proc. w 2001 r. Kiedy rok później do władzy doszli socjaliści, zaczęli realizować obietnice z kampanii wyborczej, dzięki którym odnieśli zwycięstwo. Były to m.in. znaczne podwyżki płac dla pracowników sfery budżetowej. W rezultacie deficyt budżetowy poszybował do poziomu 8,4 proc. Teraz wynosi 10 proc. i jest najwyższy w Unii Europejskiej. A unijne normy dopuszczają 3 proc. deficytu. Hojność lewicowego rządu spowodowała, że dług publiczny wynosi ponad 62 proc. PKB, co też stanowi przekroczenie unijnych norm.

Od upadku komunizmu nie było tak złych nastrojów. Według Instytutu Gallupa aż 87 proc. Węgrów uważa, że sytuacja ekonomiczna kraju jest zła, a 60 proc. sądzi, iż w najbliższym czasie jeszcze się pogorszy. Z lewicowego rządu niezadowolonych jest 73 proc., a z premiera – 67 proc. obywateli.

Większość mediów zarówno państwowych, jak i komercyjnych (gdzie dominują sympatycy opcji lewicowo-liberalnej) o kłopoty obwinia jednak nie socjalistyczny rząd, lecz prawicową opozycję, która przedstawiana jest jako awanturnicza i nieodpowiedzialna. Dziennikarze powtarzają argumentację premiera Gyurcsanya, który mówił: – Węgry nie rozwijają się, ponieważ opozycja nie chce współpracować. Największą przeszkodą dla nas jest zła atmosfera, która nie pozwala się zająć problemami kraju.
Władza oszukuje, a potem bije

Od dłuższego czasu wrogiem numer jeden mediów pozostaje Viktor Orban, lider Fideszu, oskarżany o zapędy dyktatorskie lub chęć przejęcia władzy siłą. Ale w ostatnich tygodniach najbardziej krytykowaną osobą w kraju stała się Krisztina Morvai, do tej pory nieznana szerzej profesor prawa karnego na uniwersytecie w Budapeszcie.

23 października zeszłego roku, w dniu święta narodowego upamiętniającego powstanie 1956 r., Morvai z dwójką dzieci wzięła udział w patriotycznej manifestacji. Była świadkiem brutalnej rozprawy sił porządkowych z tłumem. Widziała funkcjonariuszy bijących gumowymi pałami bezbronne osoby, w tym kobiety i starców. Ona sama wraz z dziećmi została wepchnięta do jakiejś klatki schodowej, gdzie spędziła całą noc. Nazajutrz premier Gyurcsany oświadczył, że policjanci zachowali się wzorowo i jest z nich zadowolony.

Po tym doświadczeniu Krisztina Morvai, która wcześniej nie zajmowała się polityką, postanowiła stanąć na czele pozarządowej instytucji: Obywatelskiego Komitetu Prawników. Jego celem było wyjaśnienie kwestii odpowiedzialności za użycie przemocy podczas zajść ulicznych w Budapeszcie 19 – 20 września i 23 października 2006 r.

Iskrą, która wywołała wtedy wybuch niezadowolenia, było ujawnienie przez węgierskie radio przemówienia premiera Gyurcsanya na zamkniętym posiedzeniu Partii Socjalistycznej. Szef rządu przyznał, że lewica celowo mówiła nieprawdę o rzeczywistym stanie państwa, byle wygrać wybory. „Kłamaliśmy przezostatnie półtora roku. (…) Kłamaliśmy w dzień i w nocy. (…) Nie mieliśmy wyboru, bo spieprzyliśmy gospodarkę, i to nie tylko trochę, ale bardzo. (…) Nie znajdziecie ani jednego znaczącego posunięcia, z którego moglibyśmy być dumni” – mówił Gyurcsany, który aż trzy razy nazwał Węgry „tym kurewskim krajem”.

Kiedy przed wyborami w kwietniu 2006 r. Fidesz alarmował, iż gospodarka znajduje się w kryzysie, minister Janos Koka protestował: „Ten mistrz populizmu Orban nie wstydzi się nawet rozpowszechniać kłamstw o stanie kraju, byle tylko się dorwać do władzy”. Gyurcsany zapewniał zaś, że gospodarka „aż dudni”, a „panońska puma jest mocna i szykuje się do skoku”.

Okazało się, że władza oszukiwała nie tylko obywateli, lecz także Komisję Europejską i zagranicznych inwestorów. Nic dziwnego, że ci ostatni zaczęli masowo pozbywać się węgierskich obligacji państwowych, co spowodowało zachwianie wartości forinta.

Ujawnienie mowy premiera wywołało uliczne demonstracje, rozpędzone brutalnie przez policję. – Najpierw socjaliści pokazali, że zdobyli władzę dzięki kłamstwu, potem pokazali, że utrzymują ją dzięki przemocy – mówi kalwiński pastor Zoltan Balog, szef parlamentarnej Komisji Praw Człowieka.

Krisztina Morvai wyjechała na zaproszenie Europejskiej Partii Ludowej do Brukseli, by opowiedzieć eurodeputowanym o jesiennych zajściach. Gazeta „Nepszava” porównała ją do Judasza, który sprzedaje i szkaluje własny kraj za granicą. Lewica rozpoczęła na uniwersytecie zbieranie podpisów pod petycją o wyrzucenie jej z uczelni. Jej mąż Gyorgy Balo, który prowadzi w państwowej telewizji M1 audycję będącą tubą propagandową rządu, wydał oświadczenie, że nie ma nic wspólnego z akcją żony. – Było mi smutno, gdy je czytałam, ale ufam, iż mąż zrozumie kiedyś, że nie mogłam inaczej postąpić – mówi Krisztina Morvai.

Spotykam się z nią w dniu, kiedy komisja pod jej przewodnictwem ogłasza raport dotyczący jesiennych wydarzeń. W dokumencie obarcza się premiera Gyurcsanya całkowitą odpowiedzialnością za użycie przemocy.

Morvai uważa, że przykład Węgier może być przestrogą dla innych krajów, gdyż pokazuje, do czego może dojść, gdy postkomuniści dwa razy z rzędu wygrają wybory. Tracą wtedy wszelkie hamulce i zrywają z pozorami praworządności, traktując państwo jak swój folwark.

– Od powstania 1956 r. nie było takiej brutalności władz wobec społeczeństwa – mówi profesor Morvai. – Między ludzi wkrada się strach. Znów jak za czasów komunistycznych posługują się półsłówkami, aluzjami, niedopowiedzeniami.

– Ale przecież dzisiejsi przywódcy lewicy, pokolenie Gyurcsanya, nie pamiętają czasów stalinowskich – oponuję.

– Mieszanka starej lewicy z nową dała dziwny efekt – mówi Morvai. – To połączenie młodzieżówki komunistycznej z dzikim XIX-wiecznym kapitalizmem oraz z obyczajowym libertynizmem.

Lewicowy rząd przeforsował niedawno prawo do dobrowolnej sterylizacji od 18. roku życia, teraz zaś wystąpił z inicjatywą częściowej legalizacji pornografii pedofilskiej. Władze nie mają nic przeciwko temu, by na Węgrzech powstawały legalnie filmy pornograficzne z udziałem dzieci powyżej 14. roku życia.

Krisztina Morvai jest autorką raportu o przestępstwach popełnianych na dzieciach. Według niej legalizacja pornografii pedofilskiej doprowadzi do ich poniżenia.

– Jak to się dzieje – pyta Morvai – że pedofil, który zgwałcił dziecko, czeka na wyrok trzy lata, a niektórzy nawet sześć lat, podczas gdy po jesiennych zajściach w Budapeszcie wyroki zapadały w ekspresowym tempie jednego – dwóch tygodni?

80 proc. wyroków skazujących uczestników jesiennych protestów zostało jednak uchylonych przez sądy drugiej instancji, które uznały zarzuty za bezpodstawne. Prywatny kanał Hir TV udokumentował natomiast przypadki prowokacji ze strony władz. Kamery uchwyciły pewnego cywila, który najpierw atakował z chuliganami gmach telewizji publicznej i zachowywał się bardzo agresywnie wobec sił porządkowych, a po jakimś czasie stał wśród uzbrojonych policjantów i przyjacielsko z nimi gawędził.

– Daleko nam do standardów demokracji zachodnich, w których publiczne kłamstwo oraz zgoda na nieuzasadnione użycie siły dyskwalifikują polityka – ubolewa Zsuzsa Halasz, rzecznik prasowy partii chadeckiej.

Profesor Laszlo Bogar, były minister w rządach Antalla i Orbana, uważa, że kryzysu na Węgrzech nie spowodowało feralne przemówienie Gyurcsanya. Ono tylko ujawniło skalę zapaści, w jakiej znalazł się kraj. Bogar przedstawia dane, które obrazują kondycję państwa i narodu. Węgrzy popełniają demograficzne samobójstwo – w przyszłym roku liczba ludności spadnie poniżej 10 milionów, do poziomu z 1960 r. Jeśli chodzi o stan zdrowia społeczeństwa, nastąpił znaczny regres. Niemal połowa ludności jest nieproduktywna – ogromną liczbę stanowią emeryci i renciści. Profesor Bogar sądzi, że Węgrów czeka nieuchronny krach systemu ubezpieczeń społecznych i służby zdrowia.
Reformy bez kredytu zaufania

Rząd Gyurcsanya wie, że nie da się już dłużej odkładać bolesnych reform. Dlatego zaproponował program terapii szokowej. Znany filozof Janos Kis, otwarcie sympatyzujący z lewicą, boi się jednak, że reformy mogą się nie udać, gdyż zależą od ogromnego zaufania obywateli do premiera. Tymczasem swymi kłamstwami Gyurcsany ten kapitał zaufania zaprzepaścił.

Minister gospodarki Janos Koka nie martwi się niskimi notowaniami rządu. Jego zdaniem bolesne reformy już za parę lat przyniosą pozytywne, odczuwalne także dla obywateli rezultaty i podczas wyborów w 2010 r. Węgrzy znów postawią na lewicę.

Inna wątpliwość dotyczy sposobu, w jaki władze zamierzają się uporać z kryzysem. Klucza do sukcesu upatrują w podwyżce podatków: mają wzrosnąć VAT, akcyza, podatek od osób prawnych, specjalny podatek od banków, podatek solidarnościowy od najlepiej zarabiających oraz składki na ubezpieczenie społeczne. Jednocześnie zmniejszą się zarobki i wzrosną ceny, np. gazu, prądu i lekarstw. To dokładnie odwrotność tego, co socjaliści obiecywali w czasie kampanii wyborczej.

Wiarygodność rządu podważają skandale. Kiedy władze postanowiły, że wizyty lekarskie będą płatne, w przychodniach pojawiły się automaty do pobierania należności. Okazało się, że producentem jest firma związana z członkami rządu. Zdecydowano też o zamknięciu z powodu oszczędności 200 szkół w kraju, zarazem zakupując do innych nowoczesne tablice cyfrowe – po cenach dwukrotnie wyższych niż rynkowe.

Rządowi zaszkodziło też ujawnienie tajnej analizy dotyczącej węgierskiej strategii migracyjnej, opracowanej przez kancelarię premiera. Przewiduje ona, że z powodu kryzysu demograficznego i braku rąk do pracy trzeba będzie ściągnąć na Węgry ok. miliona pracowników z Azji. Opozycja nie kryje oburzenia.

– Przecież jeszcze w grudniu 2005 r., gdy odbywało się referendum w sprawie przyznania obywatelstwa węgierskiego naszym rodakom mieszkającym za granicą, np. w Rumunii, na Ukrainie czy w Serbii, to właśnie socjaliści najmocniej straszyli naród napływem taniej siły roboczej z sąsiednich krajów – mówi pastor Zoltan Balog i wyjaśnia:

– Oni się boją, że Węgrzy z Siedmiogrodu, Banatu czy Zakarpacia są konserwatywni i mogą stanowić potencjalny elektorat prawicy, liczą natomiast, że Azjaci będą głosować na lewicę, której zawdzięczać będą otwarcie węgierskich granic.

Czy rzeczywiście rząd boi się obywateli? W budżecie policji na ten rok wzrosła o 2,2 mld forintów kwota na zakup środków przeznaczonych do rozpędzania demonstracji. Być może najbliższa okazja do ich użycia zdarzy się już 15 marca – w Święto Niepodległości. Minister gospodarki Janos Koka oskarżył Viktora Orbana o zamiar wywołania tego dnia wojny domowej. Krisztina Morvai boi się, że może dojść do prowokacji władz i brutalnego ataku na opozycję. Zsuzsa Halasz prosi, by 15 marca przybyli na Węgry obserwatorzy z zagranicy, także z Polski. – Kiedyś Polska dawała nam nadzieję, że system kłamstwa i przemocy nie trwa wiecznie – mówi Halasz. – Dziś też daje nam taką nadzieję.
Grzegorz Górny